1. Ciara
Śmierć jeszcze nigdy nie jawiła się tak zjawiskowo pięknie jak w tamtym momencie. Mogłoby się zdawać, że kres życia będzie dla pana Calligana błogosławieństwem zesłanym przez samego anioła, jednakże nic bardziej mylnego. Ja nie miałam w sobie nawet uncji z tych mistycznych, przepełnionych dobrocią istot. Więcej łączyło mnie z demonami prosto z najgorszych, najstraszniejszych koszmarów zwiastujących rychły, okrutny i bolesny koniec niż z anielskimi orszakami.
Zawsze wykonywałam zlecenia z należytą starannością, ale tego dnia jeszcze bardziej niż zwykle nie mogłam sobie pozwolić na frywolność podczas egzekucji. Musiałam działać szybko i śmiertelnie skutecznie, a jednocześnie nie pozostawić za sobą żadnego, nawet najdrobniejszego śladu. Zwykle robiłam spory bałagan, ale tym razem nie miałam czasu na sprzątanie pobojowiska. Wieczorem czekała mnie niezbyt urocza kolacja z przyszłym mężem i jego rodziną.
Nic, tylko cieszyć się z zamążpójścia.
Z głośnym westchnieniem wsunęłam sztylet za pasek przymocowany na udzie, a metalową linkę z drewnianymi uchwytami schowałam do torebki. Poprawiłam czarną jak bezgwiezdna noc sukienkę sięgającą kostek, założyłam za ucho kosmyk włosów i tuż przed opuszczeniem pokoju włożyłam na stopy srebrne szpilki.
- Ciara!
Przystanęłam przy drzwiach prowadzących do salonu i spojrzałam na siedzącą na kanapie matkę. Przeglądała weselny magazyn, na co miałam ochotę przewrócić oczami i powiedzieć jej, że skoro jest taka chętna, to niech sama wyjdzie za MacRory'ego. Aczkolwiek ugryzłam się w język.
Niepotrzebna mi była kłótnia. Zwłaszcza teraz.
- Nie spóźnij się do restauracji. Pamiętaj, kolacja zaczyna się o siódmej.
- Tak, oczywiście - mruknęłam i ruszyłam do wyjścia, ignorując głupi półuśmieszek Caluma opierającego się ramieniem o ścianę w korytarzu.
Że też musiałam mieć samych braci... Gdybym miała siostrę, to wtedy może ona spełniłaby ten przykry obowiązek i uwolniła mnie od małżeństwa z obcym facetem. Ale cóż. Nie miałam. I to ja musiałam się poświęcić. Oczywiście. Jak zwykle kobieta ma najgorzej.
Na szczęście to małżeństwo to tylko papierek gwarantujący współpracę między naszymi rodzinami. Nigdy w życiu nie potraktowałabym tej farsy poważnie.
Po wyjściu z domu natychmiast skierowałam się do hondy accord. Choć wolałam bardziej luksusowe i przede wszystkim szybsze auta, to honda nie rzucała się w oczy, co w moim fachu było wręcz obligatoryjne. Wprowadziłam w nawigację adres kamienicy, w której powinien się znajdować Calligan.
Biedaczek... Dorobił się fortuny na nieruchomościach, ale nie będzie mu dane nacieszyć się pieniędzmi na emeryturze. Zbyt wiele osób zaostrzyło sobie ząbki na jego majątek, szczególnie gdy postanowił - po raz kolejny zresztą - ożenić się z dziewczyną młodszą o niemal trzydzieści lat. Jego dzieciom nie było to na rękę - obawiali się, że młodziutka macocha w przyszłości pozbawi ich spadku. I słusznie. Na ich miejscu też bym się tego obawiała.
Wyjechałam z posesji, dopiero gdy włączyłam ulubioną playlistę. Skoczna muzyka wprawiała mnie w odpowiedni nastrój do wypełnienia zlecenia. Zadania, za które miałam dostać naprawdę pokaźną sumkę.
Całe szczęście, że o tej porze na bostońskich ulicach prowadzących do centrum nie było dużego ruchu. Chyba dostałabym wścieklizny, gdybym utknęła w korku. Nie ominął mnie jednak postój na czerwonym świetle - najwyraźniej nie miałam aż takiego szczęścia. Korzystając z sytuacji, zerknęłam na telefon leżący w schowku między fotelami. Dostrzegłam powiadomienie o nowej wiadomości, więc wzięłam go do ręki.
Calum: Twoja czarna sukienka będzie pasować kolorem do ubrań Twojego przyszłego męża. Zamierzony efekt?
Przewróciłam oczami i zablokowałam urządzenie, po czym odłożyłam je na miejsce. Nie miałam najmniejszej ochoty mu odpisywać. Specjalnie mnie podpuszczał, bo odkąd dowiedziałam się o tym szalonym pomyśle dziadka, jakim jest ślub z MacRorym, nie chciałam nawet sprawdzać zdjęć przyszłego męża. Jakoś nie interesował mnie jego wygląd.
Cholera, kogo ja chciałam oszukać?
Przerażała mnie myśl, że jeśli facet nie spodoba mi się wizualnie, to ucieknę gdzie pieprz rośnie, zdradzając przy okazji rodzinę, a to ostatnie, czego w życiu pragnęłam. Dlatego przeciągałam moment poznania niejakiego Riana, jak najdłużej byłam w stanie. Tego dnia nastał ostateczny termin, bo lada moment mieliśmy stanąć na ślubnym kobiercu. MacRory'owie uparli się na ślub kościelny. Oczywiście. Nie mogło być za łatwo, prawda? Nie dość, że musiałam wyjść za mąż, to jeszcze za katolika.
Katolika-zabójcę, o ironio.
Gdy tylko zapaliło się zielone światło, zepchnęłam myśli o nadchodzącym spotkaniu w najgłębszą część umysłu i ruszyłam przed siebie. Teraz moja uwaga w pełni skupiona była na zadaniu, co wywołało uśmiech na mojej twarzy. Lubię to, co robię. Kocham skok adrenaliny. Ubóstwiam siłę i władzę, jaką daje mi pławienie się w gasnącym blasku oczu i zanikającym oddechu.
- Pieprzone, kurwa, gówno! - wydarłam się, uderzając kilka razy dłonią w kierownicę, gdy wjechałam w zator spowodowany wypadkiem.
Nienawidzę zawalidróg oraz nieprzewidzianych komplikacji.
Spojrzałam na nawigację, aby sprawdzić, czy mogę dojechać na miejsce okrężną drogą. Mogłam, tyle że w ciągu kilku chwil zrobił się taki korek, że nie byłam w stanie zawrócić.
Bębniłam palcami w deskę rozdzielczą, raz po raz zerkając na zegarek. Czas płynął nieubłaganie. Obawiałam się, że mogę już nie zastać Calligana w kamienicy. Byłam niemal pewna, że spóźnię się na kolację.
Szlag by to trafił!
Zatrąbiłam na pajaca przede mną, bo mimo że policjant pokazał, że można ruszać, by objechać miejsce wypadku, kretyn stał dalej.
- W końcu się łaskawie ruszyłeś! - warknęłam i przycisnęłam pedał gazu, chociaż na tyle delikatnie, by nie zwrócić na siebie uwagi gliniarzy.
Jeszcze tego by mi brakowało.
Dojechałam do celu niemal godzinę później, niż planowałam. Zatrzymałam się przecznicę od kamienicy i szybko upewniłam, czy aby na pewno mam przy sobie niezbędny sprzęt. Dopiero wtedy wyskoczyłam z samochodu.
Starałam się ignorować gwizdy i durne teksty jakichś frajerów stojących po drugiej stronie ulicy. Nie mogłam się rozproszyć, nie teraz. Przyspieszyłam kroku, gdy jeden z nich ruszył w moją stronę. Nie przejmował się nawet trąbiącym na niego samochodem. Skręciłam w boczną uliczkę, dalej ignorując kolesia, a on mimo to wciąż za mną szedł. Ciśnienie mi podskoczyło.
Że też idioci muszą chodzić po tym świecie.
- Laleczko, zaczekaj! Czemu uciekasz? - zawołał, zanim do mnie podbiegł. - A może to taka gra wstępna? Lubisz się bawić w kotka i myszkę? - Chwycił mnie za ramię, ale natychmiast się wyszarpnęłam.
Odwróciłam się przodem do niego i dla zachowania równowagi stanęłam w lekkim rozkroku.
- Bardzo lubię się bawić - wymruczałam kusząco z krzywym uśmiechem.
- A jaki rodzaj zabaw... - Oblizał wargi i zjechał spojrzeniem na mój głęboki dekolt. - ...lubisz?
- Netflixa i doprowadzanie facetów do głośnych jęków.
Na jego twarzy pojawił się obleśny uśmiech, który wywołał u mnie mdłości. Nic mnie tak nie brzydzi jak parszywe gęby zboczeńców.
- A może pokażesz, jak ty to lubisz robić, co? - zaproponowałam. - Zabawimy się?
- Oczywiście... - Zrobił krok w moją stronę, jakby chciał mnie chwycić, ale byłam znacznie szybsza.
Zanim się zorientował, co się dzieje, uderzyłam go z otwartych dłoni w uszy i od razu wyprowadziłam cios kolanem prosto w krocze. Koleś natychmiast upadł na beton z wypełnionym bólem głośnym jękiem.
Uniosłam kącik ust i odwróciłam się na pięcie, żeby jak najszybciej znaleźć się w kamienicy. Dobrze, że dzięki murom budynku obok nie mieliśmy żadnej widowni, bo naprawdę wystarczyło mi już na dziś problemów i niespodzianek.
Główne wejście do apartamentowca było otwarte, na co odetchnęłam z niemałą ulgą - to oznaczało, że Calligan wciąż jest w środku i ogląda swoją kolejną inwestycję.
Ach, raczej nie zdąży się nią nacieszyć.
Rozejrzałam się dookoła i dokładnie przyjrzałam okolicy - nigdy nie zaszkodzi upewnić się po raz kolejny, mimo że już wcześniej sprawdziłam, czy w pobliżu są zamontowane kamery. Niczego takiego nie dostrzegłam. Ten rejon zdawał się nieco opustoszały, z kilkoma budynkami do wyburzenia. Po drugiej stronie znajdowały się stare, nieczynne - przynajmniej na takie wyglądały - hale przemysłowe. To miejsce było wręcz idealne do dokonania morderstwa.
Wspięłam się po kilku rozlatujących się schodach i weszłam przez główne drzwi do kamienicy. Natychmiast uderzyły we mnie zapachy rozpuszczalnika i farby, a nie stęchlizny, jaka często jest wyczuwalna w starych budynkach. Zatrzymałam się i zaczęłam nasłuchiwać odgłosów, by szybciej namierzyć cel. Bezszelestnie wyciągnęłam z torebki linkę, a drugą ręką dotknęłam sztyletu przy udzie. Stąpałam delikatnie, by nie wydać żadnego dźwięku; dziękowałam za fleki wyciszające do obcasów. Nie mogłam spartaczyć tej roboty.
Skierowałam kroki na schody i powoli się po nich wspinałam, dalej wytężając słuch. Niestety nie docierał do mnie nawet minimalny szmer. Nie podobało mi się to, ale nie mogłam sobie przecież odpuścić.
Wieczorowa suknia i szpilki nie ułatwiały mi przeprawy między narzędziami malarskimi walającymi się pomiędzy piętrami, ale gdybym ubrała się "na roboczo", to na pewno nie wyrobiłabym się na kolację. Dziadek ustalił dzień i godzinę, więc ta data była święta. Nie przyjmował odmowy ani wymówek, a ja nie zamierzałam rezygnować ze zlecenia na setki tysięcy.
Gdy wspięłam się na ostatnie piętro, zmarszczyłam brwi i zacisnęłam mocno szczęki. Nadal nic nie słyszałam, a przecież samochód Calligana stał nieopodal budynku, więc mój cel na pewno znajdował się w środku. Po kolei zaglądałam do pustych mieszkań, tracąc cenne sekundy na dotarcie do restauracji MacRorych. Zaczynałam się coraz bardziej...
Kurwa jego mać.
Znalazłam Calligana, ale nie w takim stanie, na jaki liczyłam. Sądząc po wybroczynach na twarzy, został uduszony.
- Kurwa - syknęłam.
Ktoś, do cholery jasnej, mnie ubiegł. Przepadły mi pieniądze za zlecenie. Przepadły moje nowe szpilki od Louboutina, garnitur od Versace i sukienka od Very Wang!
Zwinęłam dłonie w pięści i zazgrzytałam zębami, licząc do dziesięciu. Nie miałam czasu na wkurwianie się i wyliczanie, ile moich planów poszło z dymem, bo w oknie dostrzegłam odbijające się niebieskie światło. Policja. Dopadło mnie przeczucie, że prawdopodobnie zmierzają właśnie tutaj.
- Cholera.
Wybiegłam z mieszkania i rzuciłam się w stronę schodów przeciwpożarowych. Obawiałam się, że nie zdążę czmychnąć głównym wyjściem.
- Ja pierdolę - pisnęłam, gdy chwyciłam świeżo pomalowaną barierkę. Na szczęście miałam na dłoniach skórzane rękawiczki, więc odcisków nie zostawiłam, ale zielona farba zdołała zabarwić skórę na nadgarstku.
Matka na pewno będzie kolejny tydzień prawić mi kazania za stan, w jakim zamierzałam zjawić się na kolacji, bo upierdzielenie się farbą raczej nie jest oznaką szacunku w stosunku do naszych gospodarzy. Tak samo zresztą jak spóźnienie. No cóż. Dziadek pewnie też się wkurwi.
Zeskoczyłam z ostatniego stopnia i natychmiast zdławiłam w sobie okrzyk spowodowany promieniującym bólem. Do kurwy nędzy, nie dość, że niemal skręciłam sobie kostkę, to do tego złamałam szpilkę! Czy ten dzień może się już skończyć?!
Jak dobrze, że mam zapasowe w aucie.
Biegiem, o ile tak można nazwać szybkie kuśtykanie, opuściłam teren kamienicy i skierowałam się do samochodu, ukrywając się w cieniu budynków. Serce waliło mi mocno w piersi, już dawno nie byłam tak zestresowana. Chyba nawet nigdy. Po raz pierwszy wszystko się totalnie spierdoliło, a ja nie przywykłam do porażek.
Gdy tylko wpakowałam się do auta, ruszyłam bez zastanowienia, ale spokojnie, aby nie wzbudzać podejrzeń. Jedno zerknięcie na zegar potwierdziło moje wcześniejsze przypuszczenia, że na kolację przyjadę po czasie. Spojrzałam na zabrudzoną farbą sukienkę i na szybko przekalkulowałam, co bardziej mi się opłaca. Czy pojechać do domu i doprowadzić się do porządku, ale spóźnić się o ponad godzinę, czy może jednak stawić się w restauracji z zaledwie kwadransem poślizgu, ale nie w idealnym stanie?
Uznałam, że gniew matki za tragiczny wygląd będzie mniej dotkliwy niż wkurwienie dziadka, więc ustawiłam w nawigacji adres restauracji i skierowałam się na spotkanie z przyszłym mężem i jego parszywą rodzinką.
Cholera. Ten dzień zapisze się w kalendarzu jako jeden z najgorszych w moim życiu.
Gdy tylko wpadłam do restauracji, uświadomiłam sobie, że mam totalnie przesrane. Dziadek Elijah już od progu posłał mi pełne dezaprobaty spojrzenie, wstając od stołu. Przełknęłam ślinę. Był jedynym mężczyzną, wobec którego czułam respekt. Nawet do ojca nie miałam takiego szacunku jak do dziadka.
- Jestem pewien, że moja wnuczka ma bardzo dobre wytłumaczenie na swoją niesubordynację - oznajmił, nie spuszczając ze mnie karcącego wzroku.
Nie musiałam się rozglądać, żeby wiedzieć, że matka ciska we mnie sztyletami z oczu, a ojciec jej w tym wtóruje. Bracia natomiast na pewno próbowali powstrzymać uśmiechy. Nie mogłam jednak tego sprawdzić, bo szacunek i wychowanie nakazywały mi skupienie uwagi wyłącznie na seniorze rodu. Nie patrzyłam nawet na rodzinkę MacRorych, choć cholernie mnie to korciło.
- Bardzo przepraszam, dziadku, ale jakiś... - Zwinęłam dłonie w pięści, gdy na nowo rozlała się po mnie wściekłość. - ...kretyn... - Chciałam powiedzieć "kutas", ale się powstrzymałam. - ...ubiegł mnie w zleceniu. Gdy byłam na miejscu, przyjechała policja, więc musiałam uciekać świeżo pomalowanymi schodami przeciwpożarowymi - wytłumaczyłam na jednym wydechu, wyrzucając z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.
Dziadek posłał mi pełne sceptycyzmu spojrzenie, ale chyba postanowił nie strofować mnie wśród wrogów, bo skinął nieznacznie głową i przyciągnął mnie lekko za łokieć do boku. Dopiero teraz mogłam zwrócić spojrzenie w stronę stołu i - rany boskie, niemal parsknęłam śmiechem.
Oni wszyscy wyglądali, jakby właśnie wrócili z pogrzebu. Co, do cholery? Rozumiem sympatię do czarnych ubrań - sama mam kilka sztuk w szafie - ale być ubranym na czarno od stóp do głów? Co oni, rodzina Addamsów?
Nie wiem, skąd u mnie pewność, który z nich to Rian, ale niemal od razu go rozpoznałam. Wysoki, szczupły brunet z lekkim zarostem i mocno zarysowaną szczęką. Siedział obok swojego ojca Maxa i wpatrywał się we mnie bez krzty zainteresowania. Jego wzrok był chłodny, wyrafinowany, niemal oceniający. Prychnęłam w myślach. Nikt nie ma prawa mnie oceniać, a już na pewno nie jakiś szczupły chłopczyk - nie wyglądał, jakby pod czarną koszulą miał jakiekolwiek mięśnie.
- Rianie, proszę, poznaj moją wnuczkę Ciarę - odezwał się dziadek.
Rian natychmiast wstał od stołu, zapiął marynarkę i zbliżył się do nas, nie spuszczając ze mnie wzroku. Machinalnie wystawiłam w jego stronę dłoń, ale zamiast silnego uścisku, poczułam na skórze delikatne muśnięcie męskich warg.
- Miło mi cię poznać - oznajmił niskim, ochrypłym głosem, patrząc mi prosto w oczy.
Odkaszlnęłam i się uśmiechnęłam - najpewniej trochę krzywo, bo nie zrobiłam tego szczerze.
- Super - mruknęłam na tyle cicho, by dziadek mnie nie usłyszał. Miał już swoje lata i słuch trochę go zawodził. - Darujmy sobie sztuczne uprzejmości. Ten ślub to jakaś kpina - dodałam, ale szeroko suszyłam zęby, by wszyscy myśleli, że sobie miło rozmawiamy.
Nawet mu brew nie drgnęła.
- Zawsze możesz odmówić.
Prychnęłam. Moja odmowa oznaczałaby zdradę i w najlepszym wypadku zostałabym tylko wydziedziczona. Nawet nie chciałam myśleć o najgorszym scenariuszu.
- Odsuń się od niej. - Kayden, jak zwykle jako mój nadopiekuńczy braciszek, próbował uratować mnie z opresji, w której nawet się nie znajdowałam. Lekko odciągnął mnie od Riana, patrząc na niego z kpiną. - Jeszcze nie jest twoją żoną.
MacRory'emu drgnął kącik ust, ale z nieznacznym skinieniem głowy posłusznie się wycofał. Wrócił na miejsce i sięgnął po szklankę, w której raczej miał wodę, a nie czystą wódkę.
Jezu, naprawdę? Tak po prostu odpuścił? Za jakie grzechy...
- Usiądź, Ciaro. - Dziadek posłał mi uważne spojrzenie, wskazując wolne krzesło obok mojej matki.
Pokręciłam powoli głową z niedowierzaniem. Mój przyszły mąż to jakaś pizda, a nie facet. Czemu akurat mnie musiało to spotkać?! Nie wierzyłam, po prostu nie mogłam uwierzyć w to, jak ogromnego mam pecha. Jak?! Jak to możliwe, że najstarszy syn MacRorych nie ma jaj?! Żeby dać się ustawić mojemu bratu, to już naprawdę trzeba nie mieć krzty męskości.