Rozdział 1
- Ktoś go zabił - szepcze kobieta.
Twarz ma całą w czerwone plamy od płaczu. A jej źrenice są ogromne.
Trzęsącym się palcem wskazuje leżące obok ciało.
Bo i jak inaczej miałaby zareagować matka? - myśli detektyw Cari
Garcia, kiwając głową ze współczuciem i jednocześnie rozglądając się po
wysprzątanym pokoju, którego ściany pokrywają oprawione w ramki
czarno-białe plakaty maratończyków oraz imprez biegowych. Dwoje
techników w białych kombinezonach bada miejsce zbrodni, zachowują się
jak zawsze, jakby oprócz nich nie było tam nikogo. Ofiara leży na
plecach, jej prawa noga opadła na bok zgięta w kolanie, a pod brodą
zebrała jej się kałuża wymiocin, co tłumaczy lekko kwaśny zapach
dobiegający do nozdrzy Cari.
Kiedy kapitan zadzwonił do niej z pilną sprawą, Cari jechała właśnie na
kolację. Poczuła niemal ulgę z powodu nagłego wezwania. Ponieważ
zgodziła się na tamtą randkę tylko dlatego, żeby udobruchać przyjaciela,
Benny'ego, który upierał się, że Cari za długo już "siedzi na ławce
rezerwowych" po rozstaniu z Mattiasem.
Cari spogląda znów na zrozpaczoną matkę, która teraz już cała się
trzęsie.
- Wiem, jak to wygląda - celuje palcem w detektyw. - Jak kolejne
zwyczajne samobójstwo nastolatka. Albo przypadkowe przedawkowanie.
Kolejny uzależniony, który wykiwał rodziców, co? To, kurwa, niemożliwe!
Znam mojego Owena - głos jej się załamuje, a broda trzęsie. - Nigdy,
nigdy, nigdy...
- Niczego nie zakładamy z góry - odpowiada Cari.
- Ktoś musiał zabić mojego syna!
Cari spotkała się z podobną reakcją już zbyt wiele razy. Z wściekłością.
Z szokiem. Z wyparciem. Ale nigdy nie odbywało się to w takich
okolicznościach. Nie z ciałem ofiary nadal rozpłaszczonym na podłodze
własnego pokoju. Normalnie mundurowi w życiu nie zgodziliby się na
obecność matki podczas przeszukiwania miejsca zbrodni przez dwóch
techników. Jednak ta akurat matka była jednym z najbardziej wpływowych
senatorów stanu Kalifornia, stałym tematem lokalnych wiadomości oraz,
według niektórych mędrców, faworytką do zastąpienia na stanowisku
obecnego gubernatora.
- Dowiemy się, co się stało Owenowi. Obiecuję, senator Galloway - mówi
Cari, ale musi się powstrzymać przed rutyną. To nie czas ani miejsce,
żeby zadawać standardowe pytania: Czy jej syn miał problemy zdrowotne
natury psychicznej? Czy istniały obawy o używanie substancji
odurzających? Czy w ostatnim czasie zauważono u niego zmiany nastroju?
Czy w ostatnim czasie rozstał się z kimś albo miał jakiś inny kryzys
życiowy?
Żadnych widocznych urazów - dlatego morderstwo od razu spadło na sam dół
listy Cari. Statystycznie rzecz biorąc, najbardziej prawdopodobny byłby
fentanyl albo jakiś inny opioid. Zaraz na drugim miejscu - samobójstwo.
Chociaż to nie jest normalne, że nigdzie nie widać akcesoriów do
przyjmowania narkotyków czy buteleczek po lekach. Może to nawet śmierć z przyczyn naturalnych? Chłopak jest chudy jak patyk. Cokolwiek się okaże,
normalnie do takiego przypadku nie wzywano by Wydziału do spraw
Kradzieży i Zabójstw Policji w Los Angeles.
Palec nieruchomieje i ręka pani senator opada wzdłuż ciała. Mówi już
spokojniej. Znów zakłada maskę doświadczonego polityka.
- Co teraz, detektyw Garcia?
- Zaczniemy od próbek znalezionych tutaj - Cari machnięciem ręki
wskazuje jednego z techników, badającego różowawy dywan, na którym leży
Owen.
Po sposobie, w jaki technik unika bezpośredniego kontaktu z ciałem, Cari
rozpoznaje, że mężczyzna nie czuje się komfortowo w obecności matki
ofiary na miejscu zdarzenia. Detektyw wychodzi więc na korytarz i nawet
bez oglądania się za siebie wyczuwa opór pani senator przed
pozostawieniem syna. Cari nie wyobraża sobie targających tą kobietą
uczuć. I, jak zwykle, wcale nie chce tego robić.
- Nie daj się zarazić uczuciami. Uczucia to kryptonit każdego śledczego
- zwykł mawiać instruktor podczas szkolenia na detektywów. - Oślepią
was.
Pani senator dołącza wreszcie do Cari na korytarzu i - na szczęście -
ciało syna nie znajduje się już w jej polu widzenia.
- To mogło być zabójstwo - Cari rozkłada ręce. - Bez wątpienia. Ktoś
mógł mu podać narkotyki albo truciznę. Jednak żeby ustalić, co mu się
przydarzyło oraz w jaki sposób, niezbędna będzie autopsja, a przede
wszystkim badania toksykologiczne.
Pani senator patrzy na nią nieruchomo. Głos ma teraz niepokojąco
spokojny, niemal przyjazny.
- Rozumiem, detektyw Garcia. Wszystko, żeby uspokoić rozżaloną matkę.
Przeprowadzicie badania. Toksykologia wykaże obecność fentanylu lub
czegoś jeszcze gorszego. A pani złoży raport. Będzie napisany bardzo
profesjonalnie i z szacunkiem dla rodziny zmarłego. Może nawet określi
to pani jako przypadkowe przedawkowanie, żeby ochronić reputację rodziny
- milknie, a ciszę wypełnia szum klimatyzatora. - Ale mojemu Owenowi
ktoś to zrobił. I oczekuję, że dowie się pani kto.
Rozdział 2
Schowek. Julie Rees wie, że to idiotyczne, ale nie może przestać o nim
myśleć. Stojąc przed przestronną garderobą, przypomina sobie, że właśnie
to pomieszczenie skłoniło ją do zakupu mieszkania z dwiema sypialniami.
Nie elegancki, szklano-betonowy wystrój wnętrz ani wygodna lokalizacja w samym centrum miasta, ani nawet godny pozazdroszczenia widok z okien na
góry North Shore oraz odrobinę oceanu (oczywiście wtedy, gdy uparte
listopadowe chmury postanowią się rozproszyć).
Ale detektyw Anson Chen naprawdę kocha swoje ubrania. Czy zmieszczą się
tu wszystkie jego koszule, marynarki i garnitury, kiedy się już
wprowadzi? Nie wspominając o jego pokaźnej kolekcji włoskich butów,
traperów i markowych ubrań sportowych.
- To jakbyś miał w szafie cały sklep Hugo Bossa - powiedziała mu
poprzedniego wieczora, kiedy leżeli przytuleni u niego w łóżku.
- Raczej Armaniego albo Balenciagi - pocałował ją w szyję. - Boss nie
leży mi dobrze na ramionach.
- Dlaczego nagle słyszę w głowie piosenkę Carly Simon?
- Tak, tak, tak. Jestem aż tak próżny - usiadł. - Julie, czy naprawdę
chodzi tylko o miejsce w garderobie?
Przyglądając się teraz rzędowi sukienek i spódnic, Julie zastanawia się
nad tym pytaniem. Jednak wcale nie czuje się, jakby tchórzyła. Dla niej
drobiazgowe podejście Ansona do ubioru (odzwierciedlające skrywany
głęboko brak pewności siebie) jest w pewnym sensie ujmujące. W zasadzie
jest dumna z tego, że wśród koleżanek ma zdecydowanie najlepiej ubranego
partnera. Jednak nie mieszkała z kimś od prawie dziesięciu lat. Może ta
garderoba rzeczywiście reprezentuje niepokój związany z kolejną próbą...
Zwłaszcza kiedy Julie przypomina sobie, jak tragicznie zakończył się jej
poprzedni i zarazem jedyny poważny związek.
Czuje ulgę, kiedy dzwonek telefonu wyrywa ją z zamyślenia. Cały dzień
upłynął jej tak spokojnie, że niemal zapomniała, iż nadal ma dyżur
telefoniczny w Ośrodku Kontroli Zatruć. Wraca szybko do kuchni i zgarnia
telefon z wyspy kuchennej.
- Doktor Rees - mówi.
- Julie, kochana! - odzywa się męski głos śpiewnym akcentem prosto z Yorkshire.
- Heja, Glen - rozwesela się, słysząc jednego z jej ulubionych
pielęgniarzy. - Co u ciebie?
- Och, od udaru dzieli mnie tylko jakieś dwa i pół kilo i dodatkowe
dziesięć punktów w pomiarze ciśnienia krwi, ale poza tym wszystko super.
A u ciebie? Co u tego twojego przystojnego detektywa?
- Nie uwierzysz - Julie nie potrafi się powstrzymać od podzielenia się
nowiną. - Wprowadza się do mnie.
- Och, gratulacje! Stan będzie podekscytowany. Wiesz, że jutro
obchodzimy dwudziestą ósmą rocznicę? Oczywiście nigdy nie poprosiłem go,
żeby się wprowadził. Zjawił się pewnego dnia i już został.
- Ha! To samo mówiłeś na balandze z okazji waszej dwudziestej piątej
rocznicy.
- Prawdy nigdy za wiele, kochana - odpowiada Glen. - Słuchaj, mam
poważną sprawę na drugiej linii. Prawdziwa zagwozdka.
- Mów.
- Dzwoni lekarz z oddziału ratunkowego z twojego własnego podwórka.
Doktor Veljkovic.
- Goran? - Julie jest zaskoczona, że jej przyjaciel i mentor (człowiek
starej szkoły aż do szpiku kości) w ogóle potrzebuje konsultacji z Ośrodkiem Kontroli Zatruć. Ma encyklopedyczną wiedzę medyczną, a jeśli
czegoś nie wie, to woli sprawdzić sam.
- O co chodzi?
- Trzydziestosześcioletni kulturysta z nawracającymi atakami padaczki.
Może być to związane z nowym suplementem, który przyjmował. Aha, i podobno ma bardzo wysoką temperaturę.
Julie napinają się mięśnie karku, ponieważ przypomina sobie podobny
przypadek z poprzedniego miesiąca. I to, jak źle się skończył.
- Połącz go, Glen. Proszę.
Kilka sekund później słyszy znajomy, głęboki głos z lekko słowiańskim
akcentem.
- Julija! - mówi, wymawiając jej imię, jak zwykle, po chorwacku. -
Właśnie ciebie szukałem.
- Cześć, Gor - odpowiada służbowo. - Co się dzieje?
- Mam pacjenta, którego ciągle męczą ataki padaczkowe. Faszerujemy go
benzodiazepinami i Dilantinem. Ale nada. Zero reakcji. A to wielki
chłop, Julija. Przynajmniej sto dziesięć kilogramów. Może sto
dwadzieścia. Bez wątpienia brał sterydy. Ale brał też coś innego. Jakieś
tabletki od kolegi. Och, i jego gorączka!
- Właśnie miałam zapytać.
- Ponad czterdzieści jeden stopni Celsjusza! To ponad sto sześć
Fahrenheita, gdybyś miała awersję do systemu metrycznego. Teraz majaczy,
ale pomiędzy atakami powiedział nam, że wziął pięć tabletek zamiast
jednej, jak mu kazano.
- A powiedział, co to było, Gor?
- Nie ma pojęcia. Bo po co miałby pytać kolegę o taką głupotę, jak nazwa
trucizny, którą sobie połknie? - parska Goran. - Zastanawiam się, czy to
nie jest zatrucie cholinolitykami? Albo może zespół serotoninowy?
Julie wie, że to dwa najbardziej znane typy przedawkowania, które mogą
powodować gorączkę, ataki padaczki i majaczenie, ale rozpoznaje te
objawy jako coś innego.
- Musicie obniżyć mu temperaturę. Nieważne jak, Gor. Schłodzone
kroplówki. Lód pod pachy i w pachwiny. Zmoczyć go lodowatą wodą i postawić pod wentylatorem. To kluczowe! Ach, i podajcie mu Dantrolen.
- Tak, tak. Już to zleciłem.
- I nie żałujcie benzodiazepin.
Głos Gorana nagle cichnie.
- Czego mi nie mówisz, Julija?
- Te tabletki, które dostał - robi powolny wdech. - Miałam taki
przypadek w zeszłym miesiącu. To przedawkowanie DNP.
- DNP? A co to jest?
- 2,4-dinitrofenol.
- Pierwsze słyszę.
- To dlatego, że nie jest przeznaczony do spożycia. To środek wybuchowy,
Gor.
- Wybuchowy? Taki jak w amunicji? - głos mu się załamuje. - Co to za
szaleństwo...?
- Będę za dziesięć minut! - mówi Julie i rozłącza się, nie czekając na
odpowiedź.
Rozdział 3
Ponad czterdzieści pięć milionów followersów na Insta. Lorraine Flynn,
dla większości po prostu Rain, nie może w to uwierzyć. Pięć lat temu
byłaby zachwycona, gdyby dobiła do dziesięciu tysięcy. Nie licząc kilku
zawziętych hejterów, Rain pławi się w internetowym uwielbieniu. Ono ją
pochłania. Inspiruje. Unosi w powietrze. Dzięki niemu jej muzyka jest
głębsza, a jej gra aktorska jeszcze bardziej autentyczna.
Przez większość czasu uwielbienie to rekompensuje jej obrzydzenie, jakim
darzy samą siebie.
Rain podnosi stopę, żeby zrobić krok w przód, ale powstrzymuje się. W ciągu ostatniej godziny sikała już dwa razy. Od prawie czternastu godzin
nawet nie dotknęła jedzenia ani kropli płynów. To idealna chwila, żeby
wejść na wagę. Ale w brzuchu nadal jej burczy. W miarę jak jej duży
palec u stopy zbliża się do wagi, Rain jest pewna, że zaraz zwymiotuje.
Nieważne, że kompletnie nie ma czym.
Można to zrobić tylko w jeden sposób. Szybko. Jakby się wskakiwało do
zimnej wody w basenie!
Rain wskakuje na wagę obiema stopami naraz. Ale wstrzymuje oddech. I niemal bezwiednie zamyka powieki. Dopiero kiedy się uspokaja, opuszcza
brodę i otwiera oczy. Jak źle może być?
"43,7 kg" - pokazują niebieskie cyferki na wyświetlaczu.
Obezwładnia ją euforia. Znacznie większa, niż gdyby się dowiedziała, że
ma kolejnych dziesięć milionów followersów. Modliła się, żeby zejść
poniżej czterdziestu pięciu, ale to jest prawie dwa kilogramy mniej.
Rain zawsze szczerze dzieliła się z fanami informacjami o zmaganiach ze
zdrowiem psychicznym, zwłaszcza w kwestii wyglądu ciała. Nadal nie
potrafi wyrzucić z pamięci wszystkich dołków - największym z nich była
noc po jej piętnastych urodzinach, kiedy poczuła się tak gruba i zawstydzona, że nie miała innego wyjścia, jak tylko połknąć wszystkie
tabletki, jakie znalazła u rodziców w szafce z lekami.
Teraz cały świat wie, że Rain radzi sobie już znacznie lepiej, niż kiedy
była nastolatką. Dr Markstrom przypomina jej o tym prawie codziennie.
Mówi, że Rain jest wzorem dla innych dzieciaków zmagających się z tymi
samymi problemami.
A ona cieszy się, że może im pomagać. Pokazywać, że da się to pokonać.
Jest tak szczęśliwa, że nie chce schodzić z wagi. Zamiast tego wyciąga
ramię i chwyta palcami buteleczkę z blatu.
Wysypuje na dłoń pojedynczą kapsułkę.
Rozdział 4
Julie wpada przez drzwi wejściowe na oddział ratunkowy szpitala św.
Michała i mija stanowisko triażu, machając w biegu do siedzącej za
kontuarem pielęgniarki. W poczekalni znajduje się spodziewanie duża
liczba osób czekających na rejestrację, w tym cztery zespoły ratowników
medycznych towarzyszące pacjentom na noszach, z których jeden zwija się
z bólu, a drugi wydaje się nieprzytomny. Dwie pielęgniarki SOR-u oceniają stan obu pacjentów.
Kiedy Julie pędzi korytarzem w stronę sali do resuscytacji, jej uszu
dobiega pikanie, szum i odgłosy zamieszania. Dociera wreszcie do
obszernej sali, w której zajęte jest tylko jedno stanowisko, ale wokół
leżącego na łóżku zwalistego mężczyzny wykonuje się mnóstwo czynności.
Pacjent, z maską tlenową na twarzy, jest podtrzymywany w pozycji
siedzącej i dotyka czegoś niewidzialnego przed sobą, ukazując drżącą,
wyżyłowaną rękę.
Technik radiolog usiłuje bardziej pochylić tego Goliata, aby włożyć mu
za plecy płytkę rentgenowską do prześwietlania klatki piersiowej. Jedna
z pielęgniarek pomaga mu z drugiej strony łóżka i razem wsuwają płytę
klinem pod plecy pacjenta.
Julie zawsze postrzegała Gorana Veljkovica jako mężczyznę potężnego jak
niedźwiedź, zarówno jeśli chodzi o wzrost, jak i owłosienie. Ale nawet
ten około sześćdziesięcioletni chorwacki lekarz z SOR-u wygląda na
małego w porównaniu ze swoim pacjentem.
Kiedy tylko Goran dostrzega Julie, natychmiast do niej podchodzi.
- Chodź, niech go prześwietlą... - mówi i dłonią w rękawiczce obejmuje
jej ramię, po czym łagodnie wyprowadza z pomieszczenia. Kiedy już
znajdują się na korytarzu, posyła jej zmęczony uśmiech. - Nie musiałaś
przyjeżdżać, Julija. Mogłaś oszczędzić gaz, elektryczność, deszczówkę...
czy cokolwiek, czym napędzany jest ten twój elegancki wóz...
- Ale chciałam.
Goran przytakuje z wdzięcznością.
- Od naszej rozmowy nie było ataków, dzięki Bogu! Ale laboratorium
właśnie przysłało wyniki badań. Prawdziwy bałagan. Albo nawet...
całkowity bajzel. Wysiadły mu nerki. A CK ma wysokie w kosmos - mówi,
mając na myśli poziom kinazy kreatynowej we krwi, czyli biochemicznego
markera rozpadu mięśni. - Jakby jego własne ciało usiłowało roztopić mu
te pnie drzew, które ma zamiast rąk.
Dokładnie to właśnie się dzieje - myśli Julie.
- A zauważyłaś zażółconą skórę na ciele i wokół oczu? - pyta.
Julie kręci głową.
- Spojrzałam tylko na niego przez chwilę.
- Pomyślałem, że to pewnie od wątroby, ale bilirubinę ma w normie.
- Po DNP może zostawać żółtawy osad pod skórą, Gor - mówi. - A jak jego
temperatura?
- Ani drgnie. Nadal ponad czterdzieści.
Julie bierze głęboki oddech.
- Mogę z nim porozmawiać?
Goran wzrusza ramionami.
- Do tej pory gadał od rzeczy. Co chwila majaczy. Ale możesz spróbować.
Po prześwietleniu.
- Dzięki.
Wpatruje się jej głęboko w oczy.
- Julija, środek wybuchowy? Naprawdę?
- Jak Boga kocham, Gor. DNP był najpierw używany do produkcji pocisków
moździerzowych podczas pierwszej wojny światowej - mówi, nadal lekko w to nie dowierzając, mimo że dokładnie sprawdziła te dane po przypadku z ubiegłego miesiąca. - Pracownicy, którzy go dotykali i wdychali we
francuskich zakładach zbrojeniowych, wpadali w hipermetabolizm.
Gorączka, poty, zawroty głowy. Potem tracili na wadze. W każdym razie
ci, którzy przeżyli.
- I z okopów we Francji do mojego kulturysty...
- W latach trzydziestych ktoś wpadł na cudowny pomysł, aby z DNP zrobić
pigułkę na odchudzanie. I przez kilka lat panował na jej punkcie szał.
Aż ludzie zaczęli umierać. Wtedy zakazała jej Agencja Żywności i Leków
oraz inne instytucje na całym świecie.
- A tymczasem mamy to - wskazuje kciukiem salę obok. - Dziewięćdziesiąt
lat później.
- DNP powróciło dzięki internetowi.
- Cholera jasna, Julija! Środek wybuchowy! - jęczy Goran. - To jak
postawiłaś na nogi swojego pacjenta po przedawkowaniu DNP?
Julie zakłada kosmyk włosów za ucho.
- Nie postawiłam.
- Umarł?
- Umarła - poprawia go Julie, odpychając od siebie wspomnienie
przerażonej, wychudzonej twarzy kobiety w średnim wieku. Ściska łokieć
Gorana. - Z twoim prawdopodobnie będzie tak samo, Gor.
Lekarz marszczy krzaczaste brwi.
- Ale on jest przytomny i rozmawia z nami.
Zanim Julie odpowiada, ktoś woła z sali:
- Doktorze Veljkovic!
Goran odwraca się, a Julie podąża za nim. Radiolog odsunął już przenośny
rentgen od łóżka i ktoś położył na płasko oparcie.
Pacjent rozgląda się dziko po sali, a Julie dostrzega jego zażółconą
skórę.
Sandy, niewzruszona pielęgniarka SOR-u, która wygląda na permanentnie
zmęczoną, wskazuje spokojnie monitor nad łóżkiem.
- Spadło mu ciśnienie i zaraz wpadł w to - czerwona linia na monitorze
gwałtownie podskakuje, co oznacza częstoskurcz komorowy, potencjalnie
śmiertelne zaburzenie rytmu serca.
- Przygotuj defibrylator - instruuje Goran wysokiego i żwawego
pielęgniarza, Jamesa, który stoi po drugiej stronie łóżka i podaje coś
strzykawką przez wenflon.
Pacjent gwałtownie wyciąga rękę, jakby chciał kogoś złapać.
- Defibrylator?
Goran podchodzi do niego szybko, a Julie pilnuje się, żeby nie wejść mu
w drogę, upominając sama siebie, że przyszła tutaj jako toksykolog, a nie lekarz SOR-u.
Goran łapie opadającą rękę pacjenta.
- To nic takiego, Nicholas - mówi uspokajająco. - Podajemy ci troszkę
soczku na szczęście. Poczujesz się śpiący, a potem - pstryka palcami -
szybki bzyk, żeby przypomnieć twojemu sercu, że powinno trochę bardziej
współpracować.
Głowa Nicholasa obraca się w stronę Gorana.
- Doktorze, co się ze mną dzieje?
- Te kapsułki, które połknąłeś. Nie służą ci, Nicholasie. Nic a nic.
- Ale one są nieszkodliwe! Tommy tak powiedział. Mówił, że dzięki nim
mam wygraną w kieszeni na zawodach w przyszłym miesiącu.
- Tommy sprzedał ci ściemę - Goran spogląda przez ramię na Sandy. -
Podaj ketaminę do znieczulenia.
- Tommy, Tommy... - mamrocze Nicholas, a potem jego głowa opada na bok.
Ręka Sandy natychmiast dopada do jego szyi.
- Brak tętna.
Oczy Julie przeskakują na monitor, na którym pojawiły się chaotyczne
ruchy migotania komór.
- Mamy migotanie! - woła James, jednocześnie składając dłoń na dłoni i przykładając je na środku klatki piersiowej Nicholasa, po czym pochyla
się całym ciężarem i zaczyna żwawo uciskać.
- Defibrylator włączony? - pyta Goran stanowczo.
Sandy przytakuje, stukając w urządzenie wielkości tostera, które ma pod
ręką.
- Naładuj do dwustu. I strzał.
Sandy naciska pomarańczowy przycisk, a maszyna odzywa się, nabierając
mocy. Nikt nie musi tłumaczyć Jamesowi, że ma przerwać uciskanie. Odrywa
ręce od pacjenta dokładnie w chwili, w której defibrylator pika,
ogłaszając gotowość.
- Odsunąć się! - mówi Sandy i zerknąwszy szybko, czy nikt nie dotyka
pacjenta, przyciska guzik. Wstrząs elektryczny natychmiast podrzuca
Nicholasa na łóżku.
Julie przeskakuje wzrokiem na monitor. Linia jest płaska przez chwilę,
ale potem wracają zakrętasy. James rzuca się do przodu i wznawia
uciskanie. Pielęgniarka anestezjologiczna, młoda, niedawno przyjęta do
pracy dziewczyna, której imię umknęło Julie, nakłada pacjentowi maskę
tlenową i podtrzymuje ją palcami wokół nosa i szczęki. Czeka, aż James
przerwie uciskanie, i wtedy wyciska dwa wdechy z podłączonego do maski
worka z tlenem.
- Adrenalina, miligram, już, i dołóż trzysta amiodaronu - instruuje
Goran. - Kolejny strzał po dwóch minutach.
Zsynchronizowany taniec ucisków klatki piersiowej i wpompowywanego
powietrza sprawia, że czas wydaje się płynąć szybciej.
- Dwie minuty - woła Sandy.
Wszyscy przerywają, kiedy defibrylator znów pika. Kolejny wstrząs
ponownie wygina plecy Nicholasa w łuk.
Julie wypuszcza powietrze z ulgą, kiedy zauważa na monitorze miarowe
podskoki zamiast szalonych zakrętasów.
- Mam puls - ogłasza Sandy.
- I oddycha - dodaje młoda pielęgniarka, nie zdejmując maski tlenowej z twarzy.
- Dobrze - Goran łapie na ułamek sekundy kontakt wzrokowy z Julie, a potem zwraca się do pacjenta. - Nicholas, jesteś z nami?
Z ust mężczyzny wydobywa się jedynie niewyraźny bełkot.
- Co mówiłeś, Nicholasie? - Goran wyciąga szyję i pochyla się bardziej
nad łóżkiem.
Nicholas podrywa głowę i uderza twarzą w policzek Gorana. Ten odskakuje
zaskoczony, a Nicholas zaczyna ciskać się po łóżku. Aż podłoga się
trzęsie od siły, z jaką gwałtowny atak miota jego ciałem.
- Dziesięć lorazepamu, teraz! - nakazuje Goran. - I podajcie leki do
intubacji, trzeba go zwiotczyć i podłączyć do respiratora.
James wstrzykuje przez wenflon przygotowane wcześniej leki i po - jak
się wydaje - kilku minutach, chociaż prawdopodobnie mniej niż jednej,
Nicholas pada na łóżko, znowu nieruchomy. Pielęgniarka oddechowa wciska
w niego kolejnych kilka oddechów, a w tym czasie Goran zajmuje miejsce w szczycie łóżka, tuż nad głową pacjenta.
Trzyma zakrzywiony metalowy laryngoskop za okrągłą rączkę i wsuwa go
wzdłuż języka Nicholasa. Podnosi rączkę do góry i unosi szczękę
pacjenta, żeby zobaczyć struny głosowe, próbuje przez kilka sekund, a potem się poddaje.
- Nie widzę strun - jęczy.
Julie tłumi w sobie chęć wkroczenia do akcji, jak robi zawsze po jednej
nieudanej próbie swoich praktykantów. Jednak tym razem przygląda się,
jak Goran poprawia ułożenie dużej głowy Nicholasa, wygina jego szyję i przy następnej próbie gładko wsuwa rurkę do środka, po czym podłącza ją
do respiratora, jak stary wyjadacz, którym przecież jest.
Sandy potwierdza, że ciśnienie krwi i inne ważne parametry
ustabilizowały się - poza temperaturą, która nadal utrzymuje się w granicach lekko ponad czterdziestu stopni.
Goran sprawdza połączenie i ustawienia respiratora, a kiedy wszystko
jest jak należy, podchodzi do Julie. Pociera zaczerwienienie na policzku
w miejscu, w które pacjent niechcący go uderzył.
- Jeśli Nicholasowi udało się przetrwać coś takiego, to...
- No, może - odpowiada Julie.
Ale myślami wraca do podobnej procedury, którą prowadziła miesiąc temu w tej samej sali. Nadal ma w głowie strach płonący w oczach tamtej
pacjentki. Podobnie jak Nicholas, Marcia Wildman też kłóciła się, leżąc
na tym samym łóżku, że DNP na pewno jest bezpieczny. Nikt jej nic o tym
nie mówił, ponieważ Marcia podkradała kapsułki swojej
dziewiętnastoletniej córce. Z tym że jej córka, Olivia, promieniała jak
nigdy, kiedy zaczęła przyjmować ten środek na odchudzanie, wyglądała na
zdrową i sprawną. Marcia nie mogła się doczekać takich samych cudownych
rezultatów. Dlatego postanowiła połknąć na raz trzy kapsułki Olivii, a krótko potem wylądowała w szpitalu.
- Proszę mi obiecać, że z tego wyjdę, doktor Rees - prosiła chwilę przed
tym, jak Julie wsunęła jej rurkę do gardła i podłączyła ją do
respiratora.
- Musisz się skupić na oddechu, Marcia. Wkrótce zaśniesz.
- Ale muszę się obudzić! - próbowała uchwycić coś przed sobą. - Nie mogę
umrzeć. Nie w taki sposób. Nie od pigułek, które podkradłam córce. Co
ona o mnie pomyśli?
- Dasz radę - odparła Julie, nie patrząc jej w oczy.
Ale Marcia nie dała rady.
I Nicholas też nie da.
Rozdział 5
Cari nie jest pewna, czy to przez lekkoatletyczne trofea poustawiane na
regale, staromodny dzwonek przymocowany nad drzwiami, czy dzieciaki
zebrane na trybunach za oknem, ale gabinet wicedyrektora przywołuje
niemiłe wspomnienia z czasów, kiedy sama chodziła do liceum. Kiedy tak
siedzi w zajętym chwilowo pomieszczeniu, powraca do niej wspomnienie
tamtego braku wiary we własne możliwości, uczucia pozbawienia praw
obywatelskich i niezachwiana zazdrość o popularność uzyskaną przez
młodszą siostrę bez najmniejszego wysiłku.
Przyjechała tu, żeby odnaleźć Mayę Townsend, uczennicę, której nazwisko
pojawiło się w wyniku przeszukania pokoju Owena Gallowaya. Podczas
wstępnych czynności na miejscu zdarzenia technicy niemal ominęli ukryte
butelki. Dopiero kiedy jeden z nich potknął się o welurową otomanę,
odkryli skrywający się pod nią prowizoryczny schowek. Znajdowały się w nim zapasy Owena: przezroczysta plastikowa butelka z dwudziestoma
pięcioma czarno-czerwonymi kapsułkami, opakowanie Miralaxu o pojemności
0,75 kilograma oraz fiolka z jedenastoma tabletkami Adderallu z naklejką
z apteki oznaczoną nazwiskiem Mai.
Nikt nie rozpoznał tych nieoznakowanych kapsułek, ale na widok
pozostałych dwóch po plecach Cari przebiegł zimny dreszcz. Dobrze znała
połączenie środka przeczyszczającego z pobudzającym. Owen musiał się
zmagać z zaburzeniami odżywiania, podobnie jak młodsza siostra Cari.
Odruchowo wraca myślami do przegranej walki Lucii. A razem z nimi
powraca poczucie winy. Odsuwając od siebie te wspomnienia, Cari znów
skupia się na siedzącej po przeciwnej stronie biurka uczennicy dwunastej
klasy.
- Ale recepta była wypisana na ciebie, Mayu - mówi.
Ramiona Mai są ciasno splecione, a na jej twarzy maluje się czysty
sprzeciw.
- W takim razie Owen ukradł tę butelkę.
- Skąd ukradł, Mayu?
- Z mojej szafki nocnej. Był u mnie parę tygodni temu. Nie było rodziców
i jakby... figlowaliśmy.
- A potem? Nie zauważyłaś, że zniknęły ci lekarstwa?
- Nie biorę Adderallu codziennie - odpowiada Maya. - Czasami, kiedy
dostaję nową receptę, w starej butelce zostaje mi parę tabletek. Miałam
parę takich niedokończonych.
- Owen nie prosił o nie?
- Nie - wydyma usta. - OK, może raz, dawno temu. Ale wszyscy to robią.
Wiedzą, że mam ADHD. I proszą mnie o Adderall, kiedy muszą przygotować
się do egzaminów albo napisać jakąś pracę i takie tam.
- Myślisz, że dlatego Owen je wziął?
- No - Maya mruży oczy. - A po co innego?
- Zauważyłaś, żeby Owen chudł?
- Nie wiem - Maya opuszcza ramiona. - Chyba. Dużo biegał. Mocno trenował
do wyścigu.
- Jakiego wyścigu?
- Nie mam pojęcia. Owen był gwiazdą bieżni. Biegał przełajowo. Miał
startować w jakimś ważnym wyścigu. Zawsze brał w takich udział.
- Może potrzebował Adderallu, żeby trenować?
- E-e. To niemożliwe.
Cari jest przekonana, że to Maya dała mu ten lek. Ale za odważną postawą
dziewczyny dostrzega skrywane cierpienie.
- Mayu, nie ma znaczenia, skąd Owen wziął Adderall. Patolog mówi, że to
nie to go zabiło.
- Nie? - nastolatka się rozluźnia.
- Nie. Ale brał też inne tabletki. I nie wiemy, co to jest.
Oczy Mai błyszczą, a usta drżą.
- Jakie tabletki?
- Czarno-czerwone kapsułki - odpowiada Cari, a potem czeka, ale
spojrzenie Mai jest bez wyrazu. - Owen nie wspominał nic o tabletkach na
odchudzanie?
- Był taki chudy - mówi zachrypniętym głosem Maya. - Kiedy zdjął
koszulkę, było mu widać wszystkie żebra. Mówił, że to od biegania,
ale...
- O co chodzi, Mayu?
- Nigdy nie widziałam, żeby jadł. Kompletnie nigdy. Jak gdzieś razem
wychodziliśmy, to pił tylko kawę albo dietetyczną colę. Mówił, że ma
bardzo wrażliwy żołądek i może jeść tylko domowe potrawy.
Cari bardzo dobrze zna tę wymówkę. Myśli o rodzinnych kolacjach, podczas
których Lucia nie chciała nic jeść, twierdząc, że ma nietolerancję
glutenu oraz całe spektrum innych wyimaginowanych alergii.
- Mógł je gdzieś kupić. Na ulicy? Albo przez internet? Czy kiedykolwiek
wspominał o zamawianiu dietetycznych suplementów albo w ogóle
czegokolwiek?
- Nie. Nic w tym stylu - Maya pociąga nosem i zaczynają jej płynąć łzy.
- Ale ciągle coś zamawiał w sieci. Nawet jakieś szemrane rzeczy.
- Szemrane?
- No. Kiedyś na przykład pokazał mi taki nóż sprężynowy i kastety.
- Po co Owen je zamawiał? Miał jakieś kłopoty? Ktoś mu groził?
- Nie! Wszyscy go kochali - Maya wyciera oczy. - Robił to dla zabawy.
Żeby pokazać, że może. Mówił, że kupowanie takich rzeczy przez internet
jest nielegalne.
- Czyli lubił adrenalinę?
- Pewnie tak - potrzebuje przerwy, żeby zmusić swój głos do współpracy.
- Zawsze był idealnym dzieciakiem. Najlepszym uczniem. Cudownym
lekkoatletą. Ideał. Prawie nie pił i nie palił zioła. Myślę, że
zamawianie tych rzeczy było jego sposobem na bunt, czy coś w tym stylu.
- Przeciwko?
- Mamie. Ona jest tak kurewsko kontrolująca.
Cari odnotowuje w myślach, że ma znowu zajrzeć do Wydziału Przestępstw
Cybernetycznych i zapytać o wyniki kontroli urządzeń elektronicznych
Owena. Musi też poprosić, żeby skoncentrowali się na jego zamówieniach
online.
- Dziękuję, Mayu - wstaje, kończąc rozmowę. - Naprawdę przykro mi z powodu Owena.
Maya spogląda na nią błagalnie zaczerwienionymi oczami.
- A Adderall...
- Nie będzie z nim problemu - zapewnia ją Cari, lekko się uśmiechając.
Idąc do samochodu, Cari sprawdza telefon i widzi dwie nowe wiadomości,
przy czym obie nieprzyjemne. Pierwsza, od komendanta, brzmi: Przyjdź,
proszę, do mojego gabinetu ASAP. Druga jest od Mattiasa i zawiera
tylko: cześć.
Od jego wyprowadzki minęło już pół roku. To on chciał odejść, a mimo to
dotąd nie potrafi odpuścić. Nie potrafi jej zostawić w spokoju. Cari
nadal od czasu do czasu dostaje od niego wiadomości. Na początku pytał o nic nieznaczące przedmioty, które rzekomo mógł u niej zostawić. Wkrótce
potem przestał udawać i pisał wprost, na przykład: Chciałem tylko
sprawdzić, co u ciebie, czy: Co słychać? albo najgorsze ze
wszystkich: Tęsknię.
Cari nie odpowiada na nie. Ale boli ją sam ich widok. A wiadomości te są
tylko po to, jak uwielbia jej wytykać przyjaciel, Benny, żeby ją więzić
emocjonalnie. Cari chce na każdą z nich odpisać: To ty odszedłeś! Ale
powstrzymuje ją duma i zdrowy rozsądek.
Przedpołudniowy ruch na drogach jest znośny i Cari dociera do
nowoczesnego szklano-kamiennego gmachu komendy policji Los Angeles w niecałe dwadzieścia minut. Kieruje się prosto do gabinetu komendanta
Darrena Taylora, mijając jego sekretarkę, która daje gestem znać, żeby
weszła.
Pani senator Galloway, ubrana w błękitny spodnium, siedzi dokładnie
naprzeciw komendanta. Ma pełen makijaż i nie widać po niej zmęczenia ani
najmniejszego śladu zaniedbania, jakiego można by się spodziewać po
kimś, kto właśnie stracił ukochaną osobę, a zwłaszcza własne dziecko.
- Ach, pani detektyw. Idealne wyczucie czasu - komendant wskazuje jej
wolne krzesło. - Oczywiście poznałaś już senator Galloway.
- Witam, pani senator - mówi Cari, zajmując miejsce.
Pani senator uśmiecha się do niej sztywno.
- Detektyw Garcia.
- Właśnie mówiłem pani senator, że jesteś jednym z najskuteczniejszych
detektywów, jeśli chodzi o wykrywalność sprawców - mówi komendant.
Cari zdaje sobie sprawę, że te słowa mają na celu wyłącznie uspokojenie
pani senator. W ciągu ostatnich pięciu lat Cari rzeczywiście była w swoim wydziale jednym z najskuteczniejszych detektywów, ale komendant
rzadko ją za to chwalił i nigdy nie zaproponował jej w nagrodę awansu na
stopień wyższy niż detektyw drugiego stopnia. Jednak od czasu do czasu
rzeczywiście lubi się pochwalić swoją produktywną latynoską panią
detektyw. Ale głównie chodzi o to, żeby samemu czerpać korzyści z pracy
podwładnych.
- Czy dowiedziała się już pani, co się przytrafiło Owenowi, pani
detektyw? - pyta senator. - Albo kto jest za to odpowiedzialny?
- Z całym szacunkiem, pani senator, nie wiemy jeszcze, co było przyczyną
śmierci. Nie mówiąc już o tym, czy w ogóle ktoś był w to zamieszany.
Pani senator ignoruje tę uwagę.
- A czego się pani dowiedziała o tych tabletkach z pokoju Owena?
Cari nie jest zaskoczona, że komendant podzielił się z panią senator
poufnymi danymi, ale i tak musi zagryźć dolną wargę, żeby powstrzymać
się przed skomentowaniem tego. Tej sztuczki nauczyła ją ciocia po tym,
jak w czwartej klasie Cari ciągle wpadała w tarapaty za pyskowanie
nauczycielce. I weszło jej to w krew. Natomiast w odróżnieniu od szkoły
podstawowej teraz nie musi już liczyć do dziesięciu, żeby powstrzymać
się od powiedzenia komuś czegoś w złości, czego może potem pożałować.
- Pracujemy nad tym - mówi spokojnie. - To nasz priorytet. Jednak te
czarno-czerwone kapsułki z jednej z butelek były nieoznaczone. Nie
zostały wyprodukowane przez żaden legalny zakład farmaceutyczny.
Wysłaliśmy je do laboratorium toksykologicznego, ale nie mam jeszcze
wyników.
Senator przechyla głowę.
- To leki z ulicy?
- Dowiemy się tego z badania toksykologicznego.
Pani senator zwraca się do komendanta.
- To powinno zostać przyśpieszone, czyż nie?
- Powinno - zgadza się on.
- Ale zidentyfikowaliśmy pozostałe dwa leki znalezione w pokoju Owena -
mówi Cari. - Jeden to środek na przeczyszczenie, a drugi, Adderall, to
stymulant, stosowany przy problemach z koncentracją uwagi. Czy Owen miał
kiedyś zdiagnozowane ADHD?
Senator marszczy nos.
- Owen wygrywał konkursy. Był w czołówce najlepszych uczniów w szkole.
Cari zastanawia się, dlaczego senator zakłada, że ADHD miałoby wykluczać
sukcesy w nauce, ale tego nie komentuje.
- Ktoś musiał ten Adderall dać Owenowi - stwierdza pani senator. -
Pewnie to ta sama osoba, która dała mu te czarno-czerwone kapsułki.
Wpadła pani w ogóle na jakikolwiek trop?
Cari myśli o komentarzu Mai na temat kontrolującego charakteru pani
senator i zastanawia się, jaki to mogło mieć wpływ na problemy z wagą
Owena. Spogląda na komendanta, a ten przytakuje, dając jej zgodę na
ujawnienie danych.
- Nadal czekamy na dane z urządzeń Owena, ale dziś rano byłam w jego
szkole. Przesłuchałam kilku jego kolegów z drużyny lekkoatletycznej i paru innych uczniów. W tym jego dziewczynę.
- Rozmawiała pani z Mayą?
- Tak.
- I co miała do powiedzenia?
Cari wyczuwa subtelną zmianę w tonie głosu pani senator, co mówi jej, że
mama nie lubiła dziewczyny Owena, więc postanawia nie mówić jej na razie
o Adderallu.
- Maya nic nie wiedziała o tych nieoznakowanych kapsułkach. Ani skąd
mógł je wziąć.
- Przynajmniej tak mówi.
- Wierzę jej, pani senator. Maya wspomniała natomiast o wadze Owena.
Pani senator mruży oczy.
- Co z jego wagą?
- Według Mai ostatnio bardzo zeszczuplał.
- Bo trenował. Ubiegało się o niego kilka największych uczelni.
Cari czuje na sobie ostrzegawcze spojrzenie komendanta.
- Oczywiście, pani senator - mówi. - Dowiedziałam się, że środki
przeczyszczające w połączeniu z Adderallem są czasami nadużywane przez
osoby z zaburzeniami odżywiania.
- Owen nie był jakąś nadwrażliwą nastolatką z anoreksją! - wybucha pani
senator. - Obsesyjnie naśladującą modelki i desperacko pragnącą
schudnąć. Nie! On biegał na długich dystansach. Był czempionem w całym
mieście. I był szczupły, jak wszyscy zawodnicy.
- Rozumiem, pani senator, ale muszę zapytać. Czy u Owena kiedykolwiek
zdiagnozowano zaburzenia odżywiania?
Pani senator wpatruje się w nią przez kilka kipiących sekund, a potem
nagle uśmiecha się pojednawczo.
- Możemy dyskutować o wadze Owena cały dzień, pani detektyw. Jednak
pytanie, na które musi pani znaleźć odpowiedź, brzmi: Kto dał mojemu
synowi te kapsułki? I czy to one go zabiły?
Rozdział 6
"Zmień umysł, a ciało podąży". Te słowa są zapisane lśniącymi, białymi,
pochylonymi literami tuż pod napisem ze stali nierdzewnej: "Centrum
Wellness - Umysł Ponad Ciałem", który przymocowany jest do wyłożonej
mahoniem ściany nad stanowiskiem recepcji.
Chociaż to banalne hasło, to jednak Gerard Martin nadal nakręca się,
widząc ten inspirujący slogan, który sam wymyślił. Także w ich biurze na
Rodeo Drive w LA wisi tabliczka z identycznym hasłem jak tutaj, czyli w Yaletown, modnej dzielnicy Vancouver.
Wpadł na ten pomysł ni z tego, ni z owego trzy lata temu podczas
intensywnych zajęć spinningu. Pocąc się na rowerze treningowym, wymyślił
nie tylko samo motto. Jak objawienie spłynęła na niego wtedy cała
koncepcja: punkt kompleksowej obsługi wellness. Totalnie holistyczne
podejście, obejmujące samoświadomość, jogę, odmładzanie, aerobik,
dietetykę i suplementy. Ta inspiracja pojawiła się dokładnie w chwili, w której jej najbardziej potrzebował, kiedy nie miał zleceń na treningi
personalne i zaczęły mu się piętrzyć niezapłacone rachunki.
- Hej, Gerard. A co z tym? - woła Colby, podnosząc dwa ciężkie pudła
spoczywające dotąd na szalenie drogim beżowym dywanie w foyer. "Écru",
tak określił go projektant.
- Do zamrażarki - mówi Gerard. - Znasz procedury. Tylko ostrożnie.
- Kilka buteleczek trzeba będzie postawić na widoku, chéri - odzywa
się Ad?le Gagnon, która wychodzi właśnie z sali do jogi.
Kto jest tym "chéri"? - zastanawia się Gerard. Czy ona się z nim
pieprzy?
Ale nie wolno mu zapytać. Taką umowę zawarli i trzymają się jej od
czterech lat. Gerard już rzadko decyduje się na skoki w bok. Ale nadal
czuje ból na myśl o Ad?le z kimkolwiek innym, a zwłaszcza z Colbym, tym
umięśnionym, elastycznym seksualnie, tępym dwudziestojednolatkiem.
Już sam lekko quebecki akcent Ad?le - nie mówiąc o widoku gibkiego ciała
w stroju do jogi - podnieca Gerarda. Jeśli chodzi o nią, Gerard nigdy
nie potrafi rozróżnić, czy to miłość, czy pożądanie.
Ad?le podchodzi do niego i przesuwa delikatnie palcami wzdłuż jego
kręgosłupa, jednak jej promienny uśmiech skierowany jest do Colby'ego.
- Pomóc ci?
- Nie trzeba - odpowiada Colby i przytakuje radośnie, odchodząc w kierunku magazynu.
Gerard wskazuje spray i ścierkę, które Ad?le trzyma w ręce.
- Kotku, chyba już minęły czasy, kiedy wszystko musieliśmy robić sami.
- Les petites attentions, jak mawiał mój pépé.
Gerard wzrusza ramionami.
- Jakie drobne detale?
- Trzeba o nie dbać, a wtedy te duże poukładają się same.
Gerard parska śmiechem. Dziadek Ad?le nabił jej głowę mnóstwem ludowych
aforyzmów w trakcie dzieciństwa, które spędziła w Trois-River?s.
- Mądry człek z tego twojego pépé.
- Genialny na swój sposób - mówi Ad?le, po czym chwyta go za kark i całuje namiętnie. - Prawie tak mądry jak ty, chéri. A wiesz, jak mnie
to podnieca.
Gerard.
Gerard ma ochotę wziąć ją tu i teraz, w lobby. Bo i czemu nie? Jest już
po szóstej i drzwi są zamknięte. Ad?le na pewno by na to poszła. Zawsze
tak jest. Pewnie spodobałoby jej się, gdyby Colby ich nakrył. Jednak ta
wizja studzi zapał Gerarda. A poza tym w biurze się pracuje, a nie
zabawia. Przeważnie...
- Musisz się zaraz przebrać - mówi, odsuwając się od niej.
- Przebrać? A po co?
- Na kolację. Będziemy świętować.
- Świętować...?
- Właśnie odezwał się do mnie prawnik z San Francisco.
Ad?le uśmiecha się wyczekująco.
- Mamy to?
- Mamy to! Umowa najmu podpisana.
Ad?le wykonuje radosny piruet, taki nawyk z czasów, kiedy uczyła się
tańca jako aspirująca baletnica. Często wspomina o dzieciństwie
spędzonym na lekcjach baletu. Natomiast nigdy nie wraca do tańca na
rurze, którym się trudniła, kiedy poznali się z Gerardem w tamtym klubie
ze striptizem w Montrealu.
Ad?le promienieje.
- Trzecia siłownia w mniej niż trzy lata!
- Trzecie centrum fitness - podkreśla Gerard.
- A na pewno możemy sobie teraz na to pozwolić?
- Prawie nie możemy tego nie zrobić - Gerard parska śmiechem na to
dziwaczne stwierdzenie. - Wiesz, co mam na myśli. Nie nadążamy za
popytem i tutaj, i w Los Angeles.
Ad?le przeciąga ręką po napisie na ścianie.
- Kotku, mamy najpopularniejsze miejscówki na Zachodnim Wybrzeżu.
- To prawda.
Ad?le nie przesadza. "Umysł Ponad Ciałem" to jeden z najpopularniejszych
trendów w dwóch miastach należących do najpopularniejszych na świecie...
przynajmniej jeśli chodzi o zdrowie i fitness. Do ich placówek w LA i Vancouver pchają się bogaci, sławni i ci należący do elit. I nic tego
nie zmienia, nieważne, jak często Gerard podnosi opłatę członkowską albo
dodaje nowe usługi za dodatkową opłatą.
Spełniło się marzenie Ad?le i Gerarda, a Gerard na pewno nie zamierza
teraz zwolnić. Odrzucił już dwie hojne oferty sprzedaży złożone przez
korporacje. Te wielkie, bezduszne molochy nie zaoferowałyby mu ani
centa, gdyby rozgryzły jego model biznesowy. Ale tego nie potrafią.
Każdy najmniejszy szczegół jego gwałtownego sukcesu został perfekcyjnie
wykalkulowany - nawet zmiana imienia z "Gerald" na "Gerard", żeby lepiej
wpasować się w swoją wysoko postawioną klientelę. Chociaż, patrząc na to
wszystko z dystansu, chyba mógłby się nazwać jakkolwiek, a oni i tak
waliliby drzwiami i oknami.
Klienci - ci tytani z papieru, starzejący się niespełnieni lekkoatleci,
wybotoksowane mamuśki w średnim wieku, a także wszystkie ich
uprzywilejowane bachory, którym się wydaje, że świat do nich należy -
wszyscy są zachwyceni efektami. Energią, która w nich wstępuje.
Młodością. Podniesieniem wydolności podczas ćwiczeń aerobowych. Lepszym
nastrojem. Ale przede wszystkim utratą wagi.
Nikt nie może uwierzyć, jak skutecznie ich metoda upiększa ciała.
Biznes się kręci.
Rozdział 7
- Nieco zuchwałe - mówi detektyw Theo Kostas, stojąc w szarej mżawce tak
typowej dla listopada w Vancouver.
- Tak sądzisz? - detektyw Anson Chen wskazuje rząd witryn sklepowych i stojących przed nimi policjantów, samochodów ekip telewizyjnych i flotę
pojazdów pierwszej pomocy zaparkowanych gdzie popadnie.
- Środek poranka na zatłoczonym parkingu przed centrum handlowym w szczycie sezonu zakupowego. I pluton egzekucyjny z bronią automatyczną.
Wszędzie leżą łuski od pocisków!
- I niecałe pięćdziesiąt metrów od sklepu z zabawkami - zauważa Theo.
- Aż cud, że żadna niewinna osoba nie dostała się przypadkowo pod ogień.
Theo wskazuje potłuczoną szybę w samochodzie za nimi.
- Sugerujesz, że ten tutaj, PG, nie był niewinny?
- Nie, odkąd skończył osiem lat - odpowiada Anson, odnosząc się do
lidera lokalnego gangu. Wsuwa głowę przez potłuczone okno od strony
kierowcy w czarnym sedanie bmw. Parminder Grewal (albo PG, jak nazywano
go w gangu) osunął się na prawą stronę, a na nogach pełno ma
potłuczonego szkła. Jego szyję pokrywa zaschnięta krew i brakuje mu
części skroni. Zapach jego kwiatowej wody kolońskiej miesza się z zapachem prochu i krwi.
- Spokojnie można domniemywać, że to odwet za Maddoxa - stwierdza Theo.
- Bez wątpienia.
Vancouverska policja, a w szczególności ludzie z wydziału do spraw
przestępczości zorganizowanej i tego od zabójstw, przyjęli za pewnik, że
to PG jest odpowiedzialny za zabójstwo Jamiego Maddoxa. Ten rywalizujący
z nim diler narkotyków został zastrzelony sześć dni wcześniej, kiedy
siedząc na harleyu, czekał przed swoim domem, aż otworzą się drzwi do
garażu. Jeśli to nie PG osobiście nacisnął na spust, co według Ansona
jest najbardziej prawdopodobne, to na pewno zlecił to komuś. Ale jak
zawsze, znalezienie świadka albo niezbitego dowodu zakrawało na cud.
- Jak możemy za nimi nadążyć? - pyta Theo.
- Nadążyć?
- Za tym dominem morderstw. Jak te tutaj: Maddoxa i PG.
Anson może tylko wzruszyć ramionami. Bo rzeczywiście wygląda na to, że
po każdym ataku gangu główny podejrzany zostaje zaraz zlikwidowany w odwecie, zanim jeszcze policja zdąży otworzyć sprawę tego pierwszego
morderstwa.
Theo opuszcza ramiona niżej niż zwykle.
- Ta wojna o wpływy mocno wymknęła się spod kontroli.
W luźnym brązowym garniturze i równie luźno zawiązanym krawacie Theo
bardziej przypomina sfrustrowanego księgowego albo wypalonego
nauczyciela akademickiego niż policjanta. Ale to zasłużony detektyw z doskonałymi wynikami, który przeżył spektakularny wypadek samochodowy,
kiedy wraz z partnerem ścigali z dużą prędkością podejrzanego. Partner
zginął, a on od tamtego czasu kuleje. Jest ojcem pięciu uroczych
chłopców i mężem swojej szkolnej miłości, Eleni, z którą jest od prawie
trzydziestu lat. A do tego jest jednym z najmądrzejszych, najmilszych i najbystrzejszych policjantów, jakich kiedykolwiek poznał Anson. Detektyw
Chen wie, że taki partner jak Theo to prawdziwe szczęście, ale nie
powiedziałby mu tego. Obaj czuliby się zawstydzeni takim wyznaniem.
- No cóż, wygląda na to, że zyski z fentanylu są dzisiaj za wysokie,
żeby się nimi dzielić - stwierdza Anson. - A zresztą, co my możemy
zrobić, żeby powstrzymać te gangi przed wyrzynaniem się nawzajem?
Theo wskazuje najbliższy wóz transmisyjny.
- Prasa rzuci nam się do gardeł za kolejną strzelaninę w środku dnia w miejscu publicznym.
- A zastępczyni szefa się posra. Już się nie mogę doczekać odprawy. -
Anson czuje w kieszeni pulsowanie telefonu i dzięki specjalnie
ustawionej wibracji od razu rozpoznaje, kto dzwoni. - To Julie -
informuje Theo, odsuwa się od samochodu i odbiera połączenie. - Cześć.
- No cześć - odpowiada Julie. - Masz czas na lancz?
Anson ogląda się za siebie na Theo, który wyciągnął obie ręce i udaje,
że celuje w szybę, usiłując ustalić w ten sposób kąt, pod jakim padł
strzał.
- Znajdę go - odpowiada. - A gdzie?
- Tam, gdzie zawsze?
- Oczywiście.
Tam, gdzie zawsze, to Brancz u Pete'a, przy ulicy Granville. Ukryta
knajpka, która stała się ich ulubionym miejscem na śniadania i lancze.
- Uwielbiam ich jajka po benedyktyńsku.
- Ciekawe, co by na to powiedziała twoja babcia? - żartuje z niego
Julie.
- Że zachodnie jedzenie smakuje jak karma dla psów - odpowiada Anson,
tłumacząc jedno z ulubionych mandaryńskich powiedzonek jego przebojowej
dziewięćdziesięciodwuletniej babci.
- A zachodnie dziewczyny?
- Cóż, jako lekarka jesteś dla niej prawie znośna.
- Prawie! - prycha głośno. - Możemy się tam spotkać za piętnaście minut?
- Postaram się - odpowiada Anson, a potem rozłącza się i znowu spogląda
na ostrzelanego sedana. Teraz otoczyli go technicy w białych
kombinezonach, a Theo stoi trochę dalej. - Pojadę na szybki lancz z Julie. Spotkamy się potem w biurze?
Theo udaje zawiedzionego.
- A ja się nie załapię?
- Nie.
- Uściskaj ode mnie panią doktor - Theo kręci głową. - Jakim cudem udało
ci się ustrzelić taką dziewczynę...
- Tak, tak - odpowiada Anson, kierując się do swojego samochodu.
Jeden z policjantów podnosi taśmę odgradzającą miejsce zbrodni i Anson
przejeżdża pod nią. Na parkingu jest mnóstwo ludzi: klientów,
ciekawskich oraz kilku reporterów i kamerzystów. Dostrzega dwie Azjatki
stojące za taśmą, jedna wypłakuje się drugiej w ramię.
Ansonowi zaciska się szczęka, kiedy przejeżdża obok nich. Nic nie jest w stanie usprawiedliwić tej strzelaniny, ani opisać zagrożenia, jakie dla
tych wszystkich niewinnych ludzi stworzyli sprawcy.
Ruch na ulicach jest mały i Anson dociera do restauracji w nieco ponad
piętnaście minut. Julie czeka już na niego przy stoliku pod oknem. Anson
zajmuje krzesło obok niej i całuje ją w policzek.
- Nadal zmagasz się z kryzysem egzystencjalnym z powodu garderoby? -
pyta.
- To zależy - uśmiecha się Julie tym swoim rozbrajającym półuśmiechem,
przy którym prawie nie poruszają jej się usta, a oczy w kolorze lasu
lśnią, co w jakiś sposób rozjaśnia ich barwę. - A ty nadal zmagasz się z kryzysem gromadzenia ciuchów?
- Julie, nic nas nie goni z tą przeprowadzką.
- Oznajmił ten, który już wypowiedział umowę najmu swojego mieszkania.
- Tak, ale jest parę idealnych mostów, pod którymi mógłbym zamieszkać.
- To równałoby się morderstwu twoich nubukowych butów.
- A no tak.
Julie kładzie mu dłoń na karku i zaczyna masować.
- Chcę tego tak samo jak ty, Anson.
Anson zdaje sobie sprawę, że to idealny moment, żeby opowiedzieć jej o swoim powtarzającym się śnie. Jednak nie robi tego. Kładzie tylko dłoń
na jej dłoni i ściska ją.
- W takim razie niedziela, tak?
- Do poniedziałku będziemy już jak stare dobre małżeństwo.
Anson parska śmiechem, ale jednocześnie niespokojnie porusza się na
krześle. Małżeństwo to dla nich drażliwy temat, zważywszy na przeszłe
doświadczenia obojga.
- Wiesz, miałam ciężki przypadek wczoraj na dyżurze w Ośrodku Kontroli
Zatruć.
- O co chodziło?
- Pamiętasz tę kobietę, o której ci opowiadałam? Tę z zeszłego miesiąca.
Która umarła po zażyciu dietetycznego suplementu...
Julie rzadko zabiera ze sobą pracę do domu, dlatego Anson dobrze
pamięta, jak ten przypadek nią wstrząsnął.
- To były tabletki na odchudzanie jej córki, prawda? - pyta.
- Tak. A ten przypadek z wczorajszego dyżuru był właściwie dokładnie
taki sam - odpowiada Julie. - To pacjent Gorana.
- Znowu tabletki na odchudzanie?
- Ten facet to był akurat kulturysta. Łyknął je, żeby nabrać masy
mięśniowej.
- Był?
- Zmarł dziś rano na SOR-ze. Przez to samo cholernie trujące gówno,
Anson. DNP.
- Mówiłaś, że to krąży już od jakiegoś czasu.
- Po świecie tak, ale nie w Vancouver. Do niedawna mieliśmy raptem parę
zgłoszonych zatruć i jeden przypadek śmiertelny. Ale ten ostatni pacjent
Gorana to trzeci zmarły w ciągu dwóch miesięcy.
- Był jeszcze jakiś?
- No. Potwierdziłam to w Ośrodku Kontroli Zatruć. Był taki przypadek
parę tygodni temu tu, w Vancouver, w szpitalu ogólnym. To była zawodowa
gimnastyczka - wzdycha. - Ktoś musi rozprowadzać DNP w mieście.
- Trzy zgony w ciągu dwóch miesięcy to już nie przypadek. Bez wątpienia.
Ale nie wydaje mi się, żeby ktoś to rozprowadzał tu, na miejscu.
- Czyli w sieci?
- Pewnie tak. Kulturysta, gimnastyczka i matka w średnim wieku? Co
mogłoby ich łączyć? Raczej dowiedzieli się o tym w internecie. Bóg jeden
wie, skąd to zamówili. To może być każde miejsce na ziemi. A do tego
każde z nich mogło kupować od innego dostawcy.
Julie wodzi palcami po jego palcach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki