II. PLAMKA NA KARTONIE
Następnego dnia na biurku dyrektora Bojanowa odezwał się telefon. Kiedy Mikołaj Aleksandrowicz podniósł słuchawkę, usłyszał bardzo zdenerwowany kobiecy głos:
- Towarzyszu dyrektorze, stała się straszna rzecz. Czy mogę do was przyjść?
- Dobrze - Bojanow wprawdzie miał za kilka minut spotkać się z grupą profesorów Akademii Sztuk Pięknych z Budapesztu, ale w głosie jego rozmówczyni było tyle niepokoju i rozpaczy, że po prostu dyrektor czuł, iż niepodobna nie spełnić prośby tej kobiety. Nie rozpoznał jej głosu i zapytał:
- Ale z kim mówię?
- Tu Markowa, z sali Chagalla.
- Natalia Iwanowna, co się stało? Naturalnie, możecie zaraz przyjść.
Nie upłynęło pięć minut, kiedy Markowa zjawiła się na parterze, w gabinecie dyrektora galerii.
- Siadajcie, towarzyszko - Bojanow wskazał wygodny fotel koło stolika i sam zajął miejsce naprzeciwko.
- No więc co was do mnie sprowadza?
- Towarzyszu dyrektorze, aż się boję o tym mówić. Może się mylę. Tak mi przykro, ale...
- Co się stało?
- Towarzyszu dyrektorze, ja bardzo przepraszam, ale zdaje mi się, że wasz przyjaciel zamienił jeden z obrazów Chagalla.
- Jak to zamienił obraz? Kto?
- No przecież mówię - kobieta jeszcze bardziej się zmieszała - ten, który robił kopię, stale zdejmował obraz ze ściany, a później zamienił go. Zabrał oryginał, a powiesił to, co sam namalował.
- O kim wy mówicie? Kto kopiował obraz Chagalla? Dlaczego ja nic o tym nie wiem?
Markowa była w tej chwili bardziej zdziwiona niż przerażona.
- Jak to kto? Powtarzam, że wasz przyjaciel, towarzyszu dyrektorze.
- Jaki przyjaciel? - ta kobieta i jej słowa zaczęły wprowadzać Bojanowa w gniew - mówcie krótko i jasno, o co chodzi.
- Tłumaczę jasno, że oryginał wisiał na ścianie, a Iwan Aleksandrowicz robił jego kopię. Bardzo udaną kopię. Nie można po prostu odróżnić od prawdziwego Chagalla. Nawet podpis wyrysował dokładnie. Ale kiedy pracował nad kopią, zauważyłam, że z boku na kartonie jest maleńka plameczka. Prawie niewidoczna. Ja ją jednak dostrzegłam. A dzisiaj, kiedy rano zaczęłam odkurzać piórkiem obrazy, widzę, że ta plamka jest na obrazie. Więc zaraz złapałam za telefon i dzwonię do towarzysza dyrektora. Może Iwan Aleksandrowicz sam się omylił i powiesił kopię zamiast oryginału.
- O jakim Iwanie Aleksandrowiczu wy ciągle mówicie?
- O waszym przyjacielu.
- Nie znam żadnego Iwana Aleksandrowicza. Jak jego nazwisko?
- Wołkow.
- Pierwszy raz słyszę.
- To niemożliwe! Sami, towarzyszu dyrektorze, telefonowaliście do mnie, aby Iwanowi Aleksandrowiczowi jak najbardziej ułatwić pracę przy sporządzaniu kopii obrazów Chagalla.
- Ja do was telefonowałem? - bezmierne zdziwienie zabarwiło głos dyrektora. - Kiedy to było?
- Jakieś dwa tygodnie temu.
- I co?
- Towarzysz Wołkow przyszedł ze sztalugami i zabrał się do pracy. Wczoraj skończył ostatni obraz.
- Dwa tygodnie pracował?
- Tak. Korzystał także z naszej pracowni fotograficznej.
- Ale dlaczego ja o tym nic nie wiem?
- Nie wiecie? - teraz Markowa zaczęła się złościć. - Telefonowaliście do mnie. Iwan Aleksandrowicz prawie codziennie chodził do was na koniak.
- Do mnie na koniak?
- Tak nam opowiadał. Mówił, że jest waszym kolegą z Instytutu w Leningradzie, a później razem walczyliście w oblężeniu. Chwalił się, że dostał medal "Za Odwagę", wspominał, że dyrektor ma Order Czerwonego Sztandaru. Skąd by o tym wiedział, gdyby was nie znał?
- To ładna sztuka - Bojanow spojrzał na klapę swojej marynarki, gdzie wraz z innymi znajdowała się miniaturka "Czerwonego Sztandaru". - Powtarzam wam, że nie znam żadnego Wołkowa i nigdy do was nie telefonowałam.
Rozmowę przerwał sekretarz, który wszedł do gabinetu.
- Towarzyszu dyrektorze - powiedział - węgierscy towarzysze już przyjechali i czekają w holu.
- Nie mam teraz dla nich czasu. Proszę, niech towarzysz Skwarcow się nimi zajmie. Mnie jakoś usprawiedliwcie. Powiedzcie, że wezwano mnie do ministra albo coś podobnego wymyślcie - zadecydował Bojanow i wrócił do rozmowy z Markową. - Jak on w ogóle dostał się do gmachu muzeum? - zapytał.
- Nie wiem. Po prostu przyniósł sztalugi i pracował. To wybitny fachowiec. Nigdy nie widziałam, żeby komuś udawało się robić tak podobne kopie.
- Ale kto i dlaczego go wpuścił do gmachu?
- Może towarzysz dyrektor telefonował także do portiera?
- Powtarzałem wam już ze trzy razy, że nie znam żadnego Wołkowa i do nikogo nie dzwoniłem - Bojanowa opanowała złość. Coraz lepiej rozumiał, że do muzeum udało się wtargnąć jakiemuś oszustowi.
- Może w administracji dali mu przepustkę jak każdemu malarzowi?
Dyrektor podniósł słuchawkę i wykręcił odpowiedni numer.
- Czy wystawialiście ostatnio, jakieś dwa tygodnie temu, przepustkę niejakiemu Wołkowowi? Iwanowi Aleksandrowiczowi?
Usłyszał przeczącą odpowiedź i rozłączył się. Nakręcił numer portierni:
- Kto przy aparacie? Dzień dobry, Dymitrze Piotrowiczu, mówi Bojanow. Czy znacie Iwana Aleksandrowicza Wołkowa? Wpuszczaliście go do muzeum? Wiem, że go dziś nie ma. Ale pytam, czy wpuszczaliście go przedtem do muzeum. Czy miał przepustkę? Tak. Dziękuję wam.
Dyrektor rzucił słuchawkę na widełki i oświadczył Markowej:
- Portier także twierdzi, że ja do niego telefonowałem i poleciłem mu zawsze wpuszczać do muzeum tego Wołkowa. Ładna sprawa!
- Ja tam nic nie wiem, towarzyszu dyrektorze. Kazaliście mu pracę ułatwić, to się nie sprzeciwiałam.
- Przecież do was nie telefonowałem. Ile razy mam wam to tłumaczyć?
- Nieraz towarzysz dyrektor telefonował do mnie, że przyjdzie jakiś malarz. Więc i tym razem o nic nie pytałam.
To była prawda. Bojanow rzeczywiście, jeśli miał do czynienia z osobiście sobie znanym artystą, najczęściej rekomendował go kobietom dyżurującym w salach. Nierzadko także polecał kogoś wpuścić do gmachu portierowi. Teraz widział, jak to się zemściło. Ktoś znający zwyczaje dyrektora, podszył się pod niego i umożliwił oszustowi czy też złodziejowi grasowanie po całym gmachu, a nawet korzystanie ze specjalistycznych pracowni.
- Ile ten Wołkow zrobił kopii? - dyrektor już się opanował.
- Sześć.
- Wiecie jakie?
- Naturalnie. Przez dwa tygodnie patrzyłam na jego robotę. Sama nieraz pomagałam mu zdejmować obrazy ze ściany.
- Chodźmy - Bojanow podniósł się z fotela - pokażecie mi te obrazy.
Weszli na pierwsze piętro i w sali Chagalla Markowa pokazała dyrektorowi sześć akwarel, kopiowanych przez tajemniczego Wołkowa. Bojanow, który poza tym, że pełnił funkcję dyrektora Galerii Tretiakowskiej, był także znanym i cenionym malarzem, sam teraz nie był w stanie powiedzieć, czy ma przed sobą kopię, czy oryginał. Jeśli kopię, była to naprawdę robota fachowca najwyższej klasy.
- O, widzicie - pokazywała Markowa - na tym obrazku w dolnym lewym rogu ta malutka plamka. Mogę przysiąc, że na oryginale jej nie było. Natomiast widziałam ją na bristolu, na którym Iwan Aleksandrowicz sporządzał kopię.
Bojanow zdjął niewielki obraz ze ściany i przyglądał mu się uważnie. Papier, na którym sporządzono akwarelę, był na pewno tak tamo stary i tego samego gatunku co używany przez Chagalla w epoce powstawania obrazu. To jest w pierwszej "epoce paryskiej" malarza, w latach 1910-1914. Tego dyrektor był absolutnie pewien. Sposób malowania także pozorował technikę mistrza. Farby również nie wykazywały żadnych różnic. Podpis jak gdyby ręką Chagalla.
Ale dyrektor Galerii Tretiakowskiej wiedział, że fałszerze potrafią podrabiać dzieła mistrzów, którzy tworzyli paręset lat temu. I to potrafią je podrabiać tak dobrze, że i płótno jest stare, i farby są sporządzane według średniowiecznych recept. Dopiero analiza spektralna potrafi wykryć różnice. Często zdarzają się spory pomiędzy fachowcami. Jedni gotowi są uznać dzieło za autentyk, inni za falsyfikat. Te trudności są znacznie większe przy dziełach artystów współczesnych albo niedawno zmarłych, bo tu łatwiej dobrać i chemikalia, i rodzaj papieru. Tak więc trzymając obraz w ręku, Bojanow nie mógł o nim powiedzieć nic konkretnego. Rzeczywiście, w lewym dolnym rogu widniała maleńka plameczka. Może ślad muchy? Ale czy jej nie było na oryginale, czy Natalia Iwanowna nie pomyliła się?
Na to pytanie, być może, odpowie tylko dokładna analiza obrazu dokonana przy użyciu skomplikowanych aparatów. Na szczęście Galeria Tretiakowska posiadała w wyposażeniu swoich pracowni najnowsze zdobycze nauki.
Bojanow zdecydował się. Ostrożnie powiesił obraz na miejsce i zapytał Markową:
- Towarzyszko, czy prócz mnie mówiliście jeszcze komuś o swoim odkryciu?
- Nie. Od razu jak zauważyłam tę plamkę, zatelefonowałam do was.
- Doskonale - pochwalił dyrektor. - Proszę was, zatrzymajcie wasze spostrzeżenie nadal w największej tajemnicy.
- Dobrze.
W głosie kobiety Bojanow wyczuł jednak niepewność. Żeby ją uspokoić, wyjaśnił:
- Podejrzewam, że ten Wołkow to kuty na cztery nogi złodziej i że zamienił nie tylko ten jeden obraz, ale także i pozostałe pięć. Sprawdzimy to w naszej pracowni. Chodzi jednak o to, aby teraz nie robić wokół tej sprawy niepotrzebnej sensacji. To by utrudniło pracę milicji.
- Milicji? - powtórzyła z przerażeniem Markowa. - Ja jestem niewinna - zapewniła.
- Naturalnie - potaknął dyrektor - ani przez chwilę was nie podejrzewam. Ale sami rozumiecie, że w tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zawezwać milicję. Niech się oni zajmą "moim przyjacielem" Iwanem Aleksandrowiczem Wołkowem.
- Towarzysz dyrektor myśli, że on ukradł te wszystkie obrazy? - do biednej, skołowanej wydarzeniami dnia kobiety dopiero teraz dotarły słowa Bojanowa. - Taka straszna strata. A to łotr! A z pozoru taki miły i grzeczny.
Markowa popłakała przy tych słowach. Wyciągnęła z kieszeni służbowego fartucha chusteczkę i ocierając łzy - powtórzyła:
- Co za łotr. Przecież nawet tę chusteczkę to on mi przyniósł w podarku, jak kiedyś zapomniałam swojej wziąć z domu.
Pomimo nieprzyjemnego położenia dyrektor nie mógł się powstrzymać od uśmiechu:
- Sami widzicie - powiedział - że w tej sytuacji nie pozostaje nam nic innego, jak wezwać milicję na pomoc. I jeszcze raz proszę - nikomu o tym ani słowa.
- Rozumiem. Ale co mam teraz robić?
- To co zwykle - Bojanow spojrzał na zegarek - za dziesięć minut dziesiąta. Zaraz tu przyjdą zwiedzający. Pilnujcie porządku.
- A milicja?
- Jak będzie chciała porozmawiać z wami, to was znajdzie.