Prolog
Pochylił się, przyłożył wydłużoną o tłumik lufę beretty do karku mężczyzny. Bałkańca? Turasa? Wszystko jedno.
Przytknięty do skóry wylot lufy najpierw zadrżał, potem już tylko parzył chłodem ofiarę, która zastygła z przerażenia. To było widoczne i, kurwa, podniecające, i takie... napawające dumą i mocą...
Klęczący teraz alfons, jeszcze chwilę temu taki ważny, śmiały, butny, bezlitosny i chamski, nagle poczuł, w ułamku sekundy, że jego egzystencja wisi na drżącej i wątłej pajęczej nici. W końcu był oblatany w życiu na ulicy; od razu skojarzył, co się dzieje, dodał dwa do dwóch i otrzymał, co miał otrzymać: wystarczy, że się poruszy, a pocisk przebije jego kark, przenicuje szyję, rozszarpie każdą tkankę na swojej drodze. Co oznacza koniec. Wszyst-kie-go. To, że pocisk utkwi w ciele kobiety, nad którą się pochylał, dziewczyny właściwie, wcale go nie obchodziło, ale własną szyję kochał, no i miał na niej gruby łańcuch, złoty łańcuch rowerowy, kurewsko kosztowny, bo przecież niewiele mniejszy niż oryginał ze stali!
Alfons znieruchomiał natychmiast, skamieniał. Jego pięść, uniesiona do kolejnego ciosu w twarz dziewczyny, zawisła na wysokości barku, palce lewej dłoni wolno się wyprostowały i uwolniły rozdartą bluzkę prostytutki. Pobita niemal do nieprzytomności, nie bardzo wiedziała, co się dzieje. Rozkaszlała się, kaszel przeszedł w krótkie torsje. Ale instynkt podpowiedział jej, że skoro czuje się wolna, to musi z tej wolności skorzystać, więc przekręciła się, przeturlała, zobaczyła coś, czego widzieć nie chciała, i obawiając się, że zobaczyła za dużo mimo opuchniętych i prawie całkowicie przesłaniających oczy powiek, przeturlała się jeszcze dwa razy po piasku pod palmą, poderwała się i nie wydawszy ani pół dźwięku, ruszyła przed siebie. Najpierw kilka kroków, podpierając się rękami, potem wyprostowana i już w pozycji homo sapiens - runęła do przodu, w mrok. Gdy już ledwie ją było widać, stanęła, kołysząc się jakby na wietrze, ale raczej usiłując zapanować nad bólem.
Mężczyzna w niewygodnym teraz zgięciu, pozbawiony podparcia, zachwiał się.
Torren myślał gorączkowo.
Walnąć skurwysyna w łeb? Przestrzelić mu nogi? Nie, narobi wrzasku, kto wie, ilu jego compadres sączy tequilę w barze. Ale co - zostawić tego bydlaka bez kary? Zostawić bez kary to zwierzę, które z taką radością wbijało piąchy w szczupłą, drżącą dziewczynę, sycząc do niej chyba jakieś przekleństwa? Kiedy w końcu powalił ją na ziemię kolejnym strasznym sierpowym, nie chciało mu się nawet schylić, żeby ją bić; po prostu wymierzył jej serię kopniaków, starając się trafiać w brzuch i piersi, żeby palce jego stóp w miękkich mokasynach się nie obiły, na przykład o twarde kości nóg. Potem alfons przymierzył się do kilku ciosów w twarz, szarpnięciem za bluzkę - zaterkotał pruty ścieg i był to najgłośniejszy dźwięk w najbliższej okolicy - ustawił sobie dziewczynę i wziął zamach do nokautującego uderzenia.
I to wszystko z uśmiechem kanalii na pysku, z radością w oczach, niczym ujarany kibic na dobrej napierdalance w klatce. Popiskujący z podniecenia po każdym kopniaku...
Kiedy to on kopał, oczywiście.
Torren też poczuł nagle szaloną ekscytację i przemożną żądzę wymierzenia sprawiedliwości. Zaczerpnął powietrza przez szeroko otwarte usta.
- Ty padalcu! - wycedził. Czuł, że nie ma sensu perorować, trzeba kopnąć alfonsa w krocze, wybić zęby lufą, uderzyć w głowę kolbą beretty. - Tylko drgnij, a będzie to twój ostatni ruch!
Słyszał i czuł, że jego głos drży, że trzęsie mu się z wściekłości cała głowa, jakby była kiepsko osadzona na jakichś wyrobionych kulkowych łożyskach.
Alfons zamarł.
- No... czego? - stęknął. - Obroniłeś ją, ale po co i co dalej? - Na chwilę zamilkł, kiwając się całym ciałem, mimo że miał cztery punkty podparcia. - Hej... - wydusił po chwili. - To nic takiego... to gówno takie... nic nie umie, nie pracu...
Torren uświadomił sobie, że za długo to trwa, jego niezdecydowanie już dało facetowi wyraźny sygnał: nic z tego nie będzie. Skończy się na obszczanych spodniach i bliźnie na ego.
- A ty jesteś przykładny pracuś, co?
Torren gorączkowo zastanawiał się, co ma teraz zrobić. "Może jednak walnąć go lufą? Ale czy to nie uszkodzi tłumika? Lepiej kolbą!" Przez trzy sekundy obmyślał akcję: przekłada kolbę w lewą dłoń, łapie za tłumik i wali kolbą w czachę tego skurwysyna. Tamten zepsuł jednak cały plan - lekko przekręcił głowę, jakby chciał popatrzyć na tego, kto go trzyma na muszce. Torren uznał, że nie ma możliwości i czasu na przekładanie broni i przymierzanie się, nigdy czegoś takiego nie robił, zero doświadczenia, więc uniósł lekko pistolet i walnął lufą w czaszkę mężczyzny. Końcówka lufy przeorała skórę, od razu pojawiła się krew, widoczna nawet w fałszującym kolory świetle księżyca. Alfons jęknął. Torren dostrzegł, że na starannie wyprasowanych jasnych chinosach tamtego poniżej krocza rozlewa się ciemna plama.
Serce zaczęło mu bić mocniej. Teraz nagle poczuł się dobrze, świetnie. Góruje nad tym śmieciem, ma nad nim władzę. Może zrobić, co chce, ale w tym problem: czego chce? Skopie go i co dalej? Gnojek wyleczy się, wstawi złote zęby i znów ruszy w obchód, żeby zabrać jakimś ćwierkającym po jugolsku dziewczynom cały urobek z kilkunastu dni, zwrócić sobie wydatki na stomatologa, i jeszcze pięścią odbije sobie na nich straty moralne. Torren rozumiał, że nie weźmie od niego przysięgi, że już nigdy, nikogo, w żaden sposób...
Słyszał swój przyspieszony oddech, czuł tętno wybijające w skroniach szaleńczy rapowy rytm. Odbezpieczył broń.
Nie, bicie nie ma sensu, tego śmiecia to nie reedukuje, taki nie pożałuje swoich czynów, nie poprawi się. Nadal będzie wrzodem na ciele społeczeństwa i jeszcze... Torren widzi na szyi mężczyzny łańcuch, pewnie na piersi pod koszulką wisi na nim potężny krzyż z Chrystusem, co daje temu skurwielowi legitymację: kocham Jezusa, on kocha mnie, on mi wybaczy, więc mogę...
- No co, gościu? - odezwał się pewniejszym głosem alfons.
Jakby wyczuł brak determinacji napastnika, jakby nabrał pewności, że ten się nie odważy. Podparł się dłońmi o trawę i lekko uniósł ciało.
Naparł na wylot tłumika.
I jakby tym wywołał reakcję: beretta szarpnęła dłonią Torrena. Tylko raz. Taki miły ruch, kwitujący strzał. Cholernie głośny w tej nocnej ciszy - wywołujący raptowny podskok serca.
Trzask!
Skurwiel zwalił się na pysk, głowa mu się przekrzywiła.
I nic więcej. Świat zatrząsł się i zmienił tylko tu, tylko przez układ tego ciała, jego życie, a właściwie jego brak.
A przecież jedynie drgnął palec na spuście, drgnął krótko, to było takie... mięśniowe warknięcie, krótki skurcz. Normalnie to mały ruch palca, może wystarczający do starcia kropelki soku z blatu szklanego stolika, ruch bez znaczenia, to znaczy - byłby bez znaczenia, coś jak próba zdrapania małego strupka z wierzchu dłoni, gdyby palec nie spoczywał na spuście... Dość czułym.
Pocisk prawie bezgłośnie opuścił lufę, gazy zakotłowały się i uspokoiły w tłumiku. Łańcuch podskoczył, a głowa Vojina Karataya poderwała się do góry, gdy kula przełamała stabilne połączenie czaszki z korpusem, przedarła się przez przestrzeń między kręgiem pierwszym, dźwigaczem, a drugim, obrotnikiem, dokonując nieodwracalnego spustoszenia w tym odcinku rdzenia kręgowego. Vojin nie poczuł, nie usłyszał już niczego, nie uświadomił sobie, że nie żyje, gdy uderzał twarzą w połyskujący krwią i strzępkami tkanki trawnik, w który wbił się pocisk beretty.
Torren chwilę wpatrywał się w leżącego nieruchomo, tak obrzydliwego chwilę temu człowieka, tak łatwo ukaranego za swoje obrzydliwe życie. Nie miał cienia skrupułów, co najwyżej błysnęła mu myśl, że nie może dać się za to ukarać, bo prawo, niereagujące na plugawe życie jakiegoś łotra i na krzywdy przez niego wyrządzane, natychmiast otrząsa się z letargu i reaguje żywiołowo, gdy tylko uda się komuś udowodnić samowolne wymierzenie sprawiedliwości, ukaranie ohydnego strzępu ludzkiego, bydlaka, bez którego Ziemia poczuje się odrobinę lepiej. Prawo zarezerwowało sprawiedliwość dla siebie, a to, że wymierza ją niezbyt skutecznie i szokująco wolno, nikogo nie obchodzi. Prawa zwłaszcza.
Torren uświadomił sobie, że kilkanaście sekund temu, kiedy łuska wyprysnęła z broni i poleciała w prawo, kątem oka zobaczył, gdzie spadła w trawę. Zrobił trzy kroki, pochylił się i podniósł ją, gorącą włożył do kieszeni. Pocisk był chyba nie do odzyskania.
Schował broń za pasek, przykrył koszulą i rozejrzał się, wolno oddalając się od ciała. Szurał stopami, usiłując iść po swoich śladach, żeby zatrzeć ewentualne zbyt wyraźne tropy.
Nikogo nie było w zasięgu wzroku. I dobrze, i źle. Torren wiedział, że gdyby ktoś zawołał: "Brawo, chłopie! Ten rzyg nie zasługiwał na ani jedną minutę życia więcej!", poczułby się jeszcze lepiej. Ale nie miał kto zawołać i fakt, że nikt niczego nie widział, racjonalnie zadowolił Torrena.
Odwrócił się i szybko pomaszerował plażą w kierunku parkingu.
Zabić kogoś, kto pędzi na ciebie z mieczem w ręku czy mierzącego z broni palnej... Ha, to przyjemność i satysfakcja z uratowania własnego, najcenniejszego przecież, życia. A tu? No... Wyeliminowanie takiego bydlaka, żyjącego w przeświadczeniu, że nikt go nie ruszy, że jego żywot jest najważniejszy, bo przecież jest jego...! Bił dziewczyny, pewnie mówił o nich "moje"! Dlaczego, kurwa, "moje"?! Kto mu dał prawo gnoić, sprowadzać innych ludzi do poziomu bydła tylko dlatego, że miał kozik, sklonowanych kumpli i dużo tupetu? Nie, nie będzie już puszczał na ulicę nieletnich ani odbierał im zarabianych w brudzie i poniżeniu pieniędzy! Tak, są inni, przejmą jego... "jego" dziewczyny, ale...
Torren nakazał sobie myśleć o czymś innym. Ale nie bardzo mógł.
W jego ciele szalała adrenalina produkowana przez gruczoły dokrewne i znajdująca ujście w koniuszkach włókien układu nerwowego. Torren odczuwał to jak jakiś złoty strzał w całe ciało: serce się tłucze, ale nie chorobowo, ciśnienie rośnie, epinefryna w mózg, mięśnie i stawy. Hormon strachu, hormon ucieczki... Torren znał go dobrze, zapoznał się z nim raz, ale porządnie, i wtedy uratowało mu to życie, ale teraz odbierał go inaczej, nie jak hormon ucieczki, o nie! Jak hormon triumfu! Tak. Dokładnie tak czuł się gladiator, pokonawszy na arenie głodnego lwa, patrzący z pogardą i satysfakcją w oczy setek niezadowolonych z takiego obrotu sprawy arystokratów. Tak czuł się niedoceniany rycerz, powalając faworyzowanego konkurenta do pokaźnego trzosu złota. Tak czuł się snajper, ulokowawszy w oku rywala pocisk, który musiał pokonać kilometrową odległość.
Torren odetchnął kilka razy głęboko i wrócił do poprzedniego rytmu oddechu; nie mógł pozwolić sobie na hiperwentylację, na utratę przytomności tu, na trawniku, trzysta metrów od ciała, z berettą dziewiątką w plecaku. Z tłumikiem. I świeżymi śladami w lufie. Przebiegł kilkadziesiąt metrów tylko po to, by trochę się wyładować, wykurzyć ulotną adrenalinę z organizmu, bo nie potrzebował teraz euforii, szału, podniecenia, tylko siarczyście zimnego stalowego wyrachowania, lodowatej kalkulacji, odmierzonego i precyzyjnego działania. Zacisnął zęby i nakazał sobie spokój; zbliżył się do pasma agaw oddzielających plażę od deptaka, żeby nadmiernie nie rzucać się w oczy z daleka. Szedł szybko, wymachiwał rękami, co kilka kroków wykonywał podskok. Ot, młody, niewyżyty spacerowicz, korzystający z wolnej wieczornej chwili, a nie, broń Boże, facet, który sześć minut temu zastrzelił męta swym istnieniem przynoszącego hańbę całej ludzkości.
Facet, który uczynił trudny, ale... Ale, kurwa, oczywisty, choć nie dany każdemu, ruch.
Torren zachichotał, a potem roześmiał się głośniej, nie za głośno, ale jednak. Najbardziej hałasowało - co zrozumiał dopiero po chwili wsłuchiwania się - jego serce. Pompowało krew w takim tempie i tak efektywnie, że Torren czuł przepełniającą go energię, dziką i nieposkromioną. Gdyby chciał, mógłby podskoczyć i szarpnąć czub wysokiej, smukłej palmy, może mógłby ją trącić i zwalić z łomotem na piach, może mógłby kopniakiem powalić byka. Z trudem powstrzymał się od dzikiego krzyku a la Tarzan. Zaciskał zęby, nie podskakiwał, nie łamał palm, nie kopał w przepełnione kubły z plażowymi śmieciami, opakowaniami chipsów, chrupek, gum, PET-ami po sokach i coli, strzykawkami...
Nakazał sobie - w końcu mógł wszystko! - spokój.
Nie spotykając nikogo, Torren dotarł na parking, wskoczył do swojego golfa kombi, rozejrzał się dokoła i niemal położył brzuchem na kierownicy, żeby wyjąć zza paska na plecach pistolet. Chwilę zastanawiał się nad ulokowaniem broni, w końcu wsunął ją pod swój fotel i zablokował zwiniętą bluzą.
- Łączy nas trup, co nie? - szepnął w zamkniętym wydłużonym salonie golfa. - My to zrobiliśmy. Zrobiliśmy TO!
Przełączył dźwignię świateł, by nie uruchamiały się automatycznie. Odpalił silnik i wyjechał wolno z parkingu. Z jednej strony myślał, że to przesada, taka jazda po ciemku, może nawet zwracająca uwagę kogoś postronnego, z drugiej - nawet jeśli ktoś go widział, mógł co najwyżej pomyśleć, że Torren się naćpał albo najzwyczajniej zapomniał włączyć światła. A poza tym cokolwiek ten ktoś by pomyślał, to nic nie widział - ani kierowcy, ani marki samochodu, ani numerów rejestracyjnych.
Bez użycia kierunkowskazów, chichocząc, zadowolony z własnej przemyślności, Torren wyjechał z parkingu, lekko przyspieszył i skręcił w lewo, w pierwszą uliczkę, zahamował ręcznym, by nie zapaliły się światła stopu.
Tu włączył reflektory i radio. I kolejny raz odetchnął.
Pół kilometra później nagle pojawiła się myśl będąca dokończeniem wcześniejszych rozważań. Wniosek był oczywisty i cholernie niebezpieczny.
"Inni przejmą... inni przejmą te jego biedne dziewczyny. Ale, do chuja pana, oni też nie są odporni na kulę w kark, prawda?"
Rozdział 1
W nocy orkan Xavier kończył żywot nad Berlinem. Stein budził się trzy, a może i cztery razy, za oknami gwizdało, huczało, trzeszczało i brzęczało, raz coś nawet huknęło, jakby wywrócony kubeł. Od Görlitzer Park dobiegły go nawet dwa trzaski - musiały polecieć sensownej wagi konary, skoro Stein to usłyszał. Pomyślał, że jakiś nadmiernie rozentuzjazmowany ambitny literat napisałby, że to wszystkie niedobre, złe, straszne sny berlińczyków zawirowały, splotły się, wyrwały się z sypialń i mieszkań, by zafundować sobie szaleńczy taniec, a ludziom strachy i straty na jawie. Noc Walpurgi! Potem pomyślał, że chyba się starzeje, skoro zaczyna przypisywać wichurze jakieś antropomorficzne cechy, jak jakiś Jo Nesb? czy inny skandynawski producent kryminałów. Gorszy od Nesb?.
Za drugim razem Stein musiał pójść do WC. Ból przy oddawaniu moczu spowodował, że przestał się wpatrywać w strugę i zerknął wyżej. W lustrze nad muszlą zobaczył swoją wykrzywioną twarz z wyszczerzonymi zębami i usłyszał własne syczenie. Mocz ewidentnie zabarwiony był krwią. Wracając do łóżka, Stein klął bezgłośnie, ale pieczenie w końcu ustało, zasnął więc bez poważniejszych problemów.
Od lat miał taką dziwną manię: uwielbiał wykonywać kilka rzeczy naraz, żeby nie marnować czasu. Dlatego kupił i zamontował bogato wyposażoną w dysze i przyciski kabinę prysznicową. Dlatego mógł rano, stojąc pod natryskiem, usłyszeć z radia, że wichura spowodowała śmierć siedmiu osób - sześć zabił Xavier, jedną pobudzone serce. Pięćdziesiąt bez jednej było, na tę chwilę, rannych - za sprawą gałęzi, dachówek, płatów dykty z bilbordów reklamowych, dwadzieścia cztery samochody zostały zmiażdżone powalonymi drzewami, straciły życie dwa bezdomne psy. Starannie i delikatnie obmył łagodnym, neutralnym mydłem całe podbrzusze, ale na pieczenie oraz ból dobre mydło nie pomagało. A do urologa, nefrologa czy - to już na sto procent! - proktologa Bernie Stein się nie wybierał. Przynajmniej na razie.
Wyszedł spod prysznica, wycisnął do ust porcję pasty i wlał trochę ciepłej wody. To był jego sposób na zęby. Wyczytał kiedyś, dokładnie siedem lat temu, że należy czyścić zęby trzy minuty; drogą analizy myślowej ustalił, że tak naprawdę chodzi nie o samo szorowanie, tylko o działanie składników chemicznych pasty, która potrzebuje około trzech minut na rozpuszczenie kamienia i neutralizację zapachu. Od tej pory nie używał szczoteczek, po prostu kilka minut trzymał w ustach roztwór pasty, w tym czasie albo brał prysznic, albo się golił, potem płukał zęby i chichotał, przypominając sobie, co powiedział stomatolog na ostatniej wizycie, jakieś pięć lat temu: "żadnych ubytków, kamienia, stan znakomity". Jedyne odstępstwo od wykoncypowanej metody higienizacji jamy ustnej trwało tylko pół roku, tyle, ile "łóżeczkowanie" z Gabrielą: "Wkurza mnie, że nie możesz mi odpowiedzieć spod prysznica, bo masz gębę zapchaną pastą!". Gabi odeszła po niemal sześciu miesiącach, a Bernie następnego dnia wrócił do swojej rutyny, poczęstowawszy szczoteczką kubeł na śmieci. Kubeł żółty: plastiki.
Drapał się suchą szczotką po plecach, gdy odezwał się smartfon. Chciał go zignorować, ale był to WhatsApp, którym posługiwał się niechętnie i rzadko. Ruszył więc do kuchni i otworzył apkę. "A.H." - wiadomość od koleżanki, Aliz Hartevelt... "Nowy trup, przyjedź, jeśli nie urwało ci schodów, dachu albo głowy". Uśmiechnął się pod nosem - a więc sprawa jest już oficjalnie na tapecie. W sumie się cieszył. Lepsze to niż, jak się spodziewał, sąsiedzkie gromadne sprzątanie gałęzi, kartonów i plastikowych butelek. "Ja sprzątam co innego" - pomyślał.
Odłożył komórkę i wszedł na wagę. Nie wiadomo dlaczego wydawało mu się, że pomiar po prysznicu jest dokładniejszy; może nie dokładniejszy, a właściwszy, jakby nocne miazmaty czy wyschnięty pot mogły zafałszować wynik. Wagę właściciel albo poprzedni najemca umieścił w precyzyjnie wyżłobionej kasecie, nie wystawała ani milimetr nad poziom wykafelkowanej podłogi. Za to gdy nadszedł czas wymiany baterii, Bernie dobry tydzień mocował się z urządzeniem, dokładnie rzecz ujmując - z wyjęciem go z dopasowanego gniazda. Dopiero użycie kuchennej ssawy do odtykania zlewu dało pożądany rezultat.
Waga Berniego od wczoraj czy przedwczoraj się nie zmieniła, z czego wysnuł dość egzotyczny wniosek, że cokolwiek powoduje, że fiut piecze go przy oddawaniu moczu żywym ogniem, nie jest to nowotwór. Dlatego pęcherz, cewka, członek, cały ten układ pracujący na odcedzane kartofelki - wszystko to musiało poczekać.
Ubierał się, stojąc przy oknie i gapiąc się na skwer niemal bez drzew, znaczy się - bez strat. Walał się tam jakiś kawałek wyłamanego szyldu z zaproszeniem na kebab czy sziszę, nie wiadomo, bo świat i Stein widzieli tylko pomarszczone od wody białe plecy płyty. Kilka konarów z jasnymi bliznami złamań. Furmanka śmieci, folie, kanistry, kubki plastikowe i tekturowe, pasma czegoś, co jeszcze trzy godziny temu było pokryciem parasola czy markizy. W zasięgu wzroku nie było większych szkód, stolica niewiele straciła w sensie materialnym. W sensie ludzkim - siedem osób plus ósma ta, przez którą Bernie musiał pojawić się na komendzie mimo wolnego dnia.
W resztkowych podmuchach Xaviera stadko gawronów, a może wron - nigdy ich nie rozróżniał - nurkowało w jakichś niewidocznych nurtach wzbudzonego nocą powietrza. Ptaki ewidentnie się zabawiały - wykonywały niespodziewane zwroty, wiraże, skręty, wszystko dwójkami. Bernie odnotował, że były to trzy pary; nie mieszały się, podlatywały do siebie, jakby chciały się skubać czy zderzyć, ale nie stykały się, tylko wykonywały uniki i goniły się radośnie. Bernie pomyślał, że zgodnie z jego wiedzą wykonywały wszystkie figury wyższego pilotażu, może poza beczkami. W każdym razie harce ludzi choćby w najlepszych akrobatycznych maszynach wyglądały przy tej ptasiej zabawie od niechcenia żenująco żałośnie.
Chwilę rozważał jazdę do pracy samochodem, ale posłuchał spikera, który malował ponury obraz berlińskich ulic poprzegradzanych powalonymi drzewami, połamanymi konarami, turlającymi się kubłami już bez śmieci, walającymi się kawałkami reklam czy parasolami restauracji - jakiś słuchacz meldował, że parasol rekordzista kołysze się na skwerze półtora kilometra od swojej kawiarni. Do tego orkan przeleciał się po rozsianych wszędzie parkingach. Spiker pozwolił sobie na lekki, stand-upowy ton: "Blacharze i lakiernicy zacierają ręce i uruchamiają spawarki, a agenci ubezpieczeniowi dopijają resztki zapasów waleriany!".
Bernie wyłączył radio; dysponował wystarczająco bogatą wyobraźnią, by domalować sobie w umyśle widok ulic wypełnionych uszkodzonymi samochodami i pojazdami służb usiłujących walczyć ze spadkiem po Xavierze.
Zerknął na ekran smartfona, nie było żadnego SMS-a, pal diabli, gorzej, że nie było też poczty, czyli szef albo nie przeczytał jego e-maila z przemyśleniami, albo przeczytał i nawet odpowiedział, ale przeciążone, a może uszkodzone w wichurze serwery nie przesłały wiadomości. Bernie uznał, że z jednej strony to po jego myśli, ten brak odpowiedzi; teoria była dość krucha i wymagała rozważenia, nie wiadomo, po co się pośpieszył i tuż po północy wypędził ją ze swojego laptopa. Z drugiej - złościło go to, że jego smartfon jest głuchy i raportuje przeciążenie sieci. No tak, bo przecież ludzie, i ci poszkodowani, i ci tylko obserwujący, musieli się podzielić z innymi obserwatorami i poszkodowanymi swoimi obserwacjami i przemyśleniami. Na pewno gremialnie uznali, że kiedyś było lepiej, inaczej i takie rzeczy się nie zdarzały. Był porządek i ład, zimy były zimami, a lata latami. Nie to co teraz.
"Dobra, a może uznał, że bredzę? - pomyślał Bernie. - Trzy piwa... Nie mogłem bredzić".
Chwycił smarciaka i dogrzebał się do poczty. Wysłane. Edward Destier. Jest:
"Może Pan uznać, że przesadzam i pochopnie przypisuję te zabójstwa jednemu osobnikowi, i to z cechami SM. Zrekapituluję: dwa identyczne pociski, zabójstwa w odstępie siedmiu dni. Może Pan zapytać, jak to wykoncypowałem. Otóż przed godziną dostałem poufną informację o trzecim podobnym zabójstwie - strzał w kark - w Berlinie. Co do pocisku, danych jeszcze brak, ale co Pan powie na to, że odstęp między drugim morderstwem a tym dzisiejszym wynosi dokładnie pięć dni? Gdy tylko dowiedziałem się, że mamy kolejną zbrodnię, natychmiast zadzwoniło mi w głowie to, co wiemy o seryjnych mordercach. A konkretnie, że często zabijają w jakimś swoim rytmie/cyklu. Często są to cykle matematyczne: dni parzyste, nieparzyste, kwadraty cyfr, dni kolejnych miesięcy odpowiadające ciągowi Fibonacciego... Dość popularne są liczby pierwsze, do malejących, oczywiście - odstępy między kolejnymi atakami zawsze się skracają, seryjnemu mordercy coraz trudniej wytrzymać bez mordu/gwałtu, coraz słabiej działają inne bodźce - alkohol, narkotyki, filmy erosadystyczne itp. Jak wiadomo, liczby pierwsze to te, które mają tylko dwa dzielniki naturalne, jedynkę i samą siebie. Czyli są to 2, 3, 5, 7, 11, 13, 17, 19 itd. Nasz SM zaczął od siódemki i zdąża do dwójki. Zaplanował, najwyraźniej, pięć zabójstw, przynajmniej jeśli chodzi o ten cykl z liczbami pierwszymi. Może potem zacznie zabijać w czwartki albo dziesiątego, dwudziestego i trzydziestego? Nie wiem, na razie mam tę pośpiesznie wyrobioną teorię, ale przyznam, że dawno już nie byłem tak pewien swojej racji".
Nie napisał, że skoro ma rację, to powinien prowadzić dochodzenie. Kriminaldirektor sam wyciągnie wnioski... Inna sprawa, czy szefa nie zirytuje ten wywołany piwem lekko protekcjonalny ton? No, trudno.
Bernie popatrzył na leżące na regale kluczyki do hondy. Zastanawiał się chwilę, czy mimo wszystko nie zaryzykować jazdy samochodem. W końcu uznał jednak, że skoro U-Bahn nie stoi, to musi być pewniejszym środkiem transportu od samochodu; pomaszerował na najbliższą stację, a potem znowu pieszo dotarł do budynku komendy.
Trzy linie, pomyślał, U1, U8 i U7, dwie przesiadki, czekanie na przystankach, a w sumie to jakieś trzy kilometry... "Dlaczego nie zrobiłem całej trasy pieszo? Ha, właśnie dlatego!"
W nocy korytarz został pomalowany. Tak szybko i niespodziewanie, że Bernie pomyślał, że jakaś ekipa malarzy, może ci, co przynieśli sprzęt i materiały, wystraszyła się orkanu i postanowiła przeczekać go w gmachu. A skoro już siedzieli tu bez piwa i kart, to zawzięli się i pomalowali i tak czekające na malowanie metry powierzchni. Renowacja komendy odbywała się po godzinach, rozpaczliwie szybko i mocno niestarannie. A ten korytarz - w ogóle w nocy. Oczywiście użyto taniutkiej farby, ratusz oszczędzał, na czym mógł, a na sobie wszak nie mógł i nie chciał. Chemiczny smród walił w nozdrza, wnikał pod powieki, wyduszając łzy. Bernard zaciągnął się papierosem i od razu zrozumiał, że to był błąd: prócz dymu do płuc wdarła się cała masa dodatkowych miazmatów, co zaowocowało kaszlem. Bernie pomyślał, charcząc i prychając, że ostatni raz kaszlał cholera wie kiedy, i wściekł się, że kolejny atak, po latach, trafił go w miejscu pracy, którego uniknąć przecież nie mógł. I nie chciał.
Skręcił do WC, podbiegł do okna i otworzywszy je, wychylił się mocno, żeby zaczerpnąć "świeżego" powietrza znad jednej z arterii miasta. Nad przedmuchaną wichrem ulicą spalin było mało, a w porównaniu z zajzajerem z korytarza pachniały błogo i wręcz działały kojąco na drogi oddechowe. Bernie dokończył papierosa przy oknie, zgasił niedopałek pod strumykiem wody i przykładnie wrzucił go do kubła, nie naśladując kolegów, którzy trafiali petami przede wszystkim w pisuary. I nie przejmowali się manierami.
Przed wyjściem na korytarz wciągnął głęboko powietrze, zamierzając na tym wdechu dotrzeć do sali odpraw. Udało się, choć Jim chyba się zdziwił, że Bernie tylko obdarował go szerokim niemym uśmiechem i pomknął dalej. Nie wiadomo dlaczego Jima ten smród nie ruszał.
Bernie skierował się do swojego pokoju, który dzielił z Christopherem Gofferem i Aliz Hartevelt, szybko włączył komputer i niecierpliwie bębniąc palcami w blat biurka, nie siadając nawet na krześle, doczekał się strony logowania do systemu TARS i sprawdził najświeższe dane. Rzuciwszy okiem na zegarek, zrozumiał, że nie ma już czasu nawet na poprawne zamknięcie systemu operacyjnego; wdusił i przytrzymał cztery sekundy przycisk zasilania, minął drzwi i pokonawszy zakręt i kilka metrów na bezdechu, wszedł do sali odpraw.
Byli tu już prawie wszyscy poza, rzecz jasna, Kriminaldirektorem Destierem i chyba dwoma urlopowanymi inspektorami oraz jednym na zwolnieniu lekarskim - przyznano mu je, bo nie rozpoznał narkomana na głodzie, a ten w porywie bólu głodowego przypadł do funkcjonariusza i ugryzł go w przedramię. Wszyscy się cieszyli, że trafił w mięsień, a nie w żyły, bo na dwóch zastrzykach i opatrunku by się nie skończyło. Narkoman leżał w pasach w kompletnie innym lokalu.
Bernie zobaczył, że w pierwszych rzędach rozsiadła się kamaryla Yuriego Patera, i skręcił pod okno, na krzesła zajmowane w ostatniej kolejności - słyszalny w tym miejscu uliczny szum przeszkadzał w zrozumieniu tego, co mówi szef, a ten interpretował to zazwyczaj jako przejaw arogancji i lekceważenia swojej osoby. Bernie przymknął okno, usiadł tak, że nie docierał do niego hałas śmieciarki na ulicy, i wyjął komórkę, by wyłączyć dźwięk.
- Ale najlepszy był ten: Umarł pewien klarnecista jazzowy... - Bernie usłyszał głos, którego nie cierpiał, należący do człowieka, którego nie znosił, w spektaklu, który nieodmiennie wprawiał go w irytację bliską szału. Mimo to milczał.
Yuri Pater - tak naprawdę Jurij, tylko kretyn wstydził się swoich wschodnich korzeni i robił z siebie, na ile mógł, prawdziwego syna zachodniej Europy - serwował swoim poplecznikom kolejny szajsowaty dowcip. Szajsowaty, bo innych nie cenił.
- Umarł, skubany, i nie wie, dokąd trafił, do raju czy do piekła. Idzie sobie, idzie i nagle patrzy: muszla koncertowa, Buddy Rich ustawia perkusję, obok Coltrane i Charlie Parker przedmuchują instrumenty. Wytrzeszczył gały, oni zaczęli grać, to szybko dołączył, grało się bosko, doszło do jego partii, to odwalił taką solówkę, że sam zwariował z radości, no i... wiecie: skończył się utwór. Klarnecista przeszczęśliwy pochyla się do Parkera i mówi: "Hej, to jest chyba raj, nie?". A Parker na to: "No, zaraz wyjdzie wokalistka, wtedy się okaże"...
Yuri został nagrodzony solidnym rechotem kamaryli. Wyprostował się, obrzucił spojrzeniem salę, dostrzegł Berniego. Spojrzenie Patera stężało i straciło kilkanaście stopni na temperaturze. Bernard widział, że znienawidzony przez niego gliniarz szuka jakiegoś celnego przytyku, jakiejś dowcipnej i bolesnej zaczepki, ale wiedział też, że Pater nie jest na tyle lotny, by zaserwować coś wartościowego. Istotnie, Yuri odwiesił zeń wzrok, uśmiechnął się krzywo i wrócił mentalnie do wiernych kompanów.
Do sali wszedł Christopher i ruszył bokiem między dwoma szpalerami krzeseł ku Berniemu, a za nim runęła nawałnica kilkunastu inspektorów z obu wydziałów; zazgrzytały nogi krzeseł, rozległo się kilka głosów dziękujących Bogu, że tej sali jeszcze nie odnowiono.
- Cześć! - powiedział Goffer i uścisnął dłoń Berniego. - Co tak galopowałeś po korytarzu? Zrzygałeś się? - Poruszył pytająco gęstymi jak u Fridy Kahlo brwiami.
- Prawie. - Bernie się uśmiechnął. - Ale potem wpadłem tutaj, a tu wcale nie lepiej. Tam cuchnie farbą, tu uryną, coś jakby z pampersa... - Odrobinę podniósł głos.
Usłyszało go kilku najbliżej ulokowanych policjantów. I - jak Bernie miał nadzieję - Yuri.
- Kurwa mać, tego gostka to ja... - zaczął Yuri-Jurij, ale do sali wszedł Edward Destier i Pater zamknął gębę.
Towarzyszący Destierowi Kriminalmeister Koltch, przechodząc obok Patera, umyślnie zwolnił i rzucił mu krótkie, moderujące spojrzenie.
Aliz śmignęła na palcach za plecami Kriminaldirektora i dotarła wzdłuż tylnych ścian sali do Bernarda i Christophera akurat, gdy szef się odwracał i stanowczym męskim spojrzeniem taksował obecnych.
Yuri powoli usiadł, nie centralnie na środku, nieco z boku, żeby nie wpadać ciągle w oko przełożonemu, a jednocześnie, jakby co - być w zasięgu jego wzroku. Ksywkę Pampers Pater zawdzięczał Chrisowi, a właściwie Robertowi Bacherowi, który zwierzył się Gofferowi, jak pół ranka ganiał za ukochaną suką swojej żony, żeby zdobyć próbkę jej moczu, po czym wstawił pojemnik z bezcenną zawartością do lodówki w pracy. Gdy tylko wyszedł, Christopher podobno porwał pojemnik i wlał zawartość do dużego kubka z kawą stojącego na biurku Yuriego. Przed wyrzuceniem pojemnika do kubła Patera Chris na wszelki wypadek wytarł z jego powierzchni odciski palców. Postąpił najsłuszniej, jak mógł, bo gdy Yuri wrócił z załzawionymi oczami z kibla, co rusz wycierając usta papierowym ręcznikiem, chlusnął zawartością kubka do swojego kubła i zobaczył w nim pojemnik na mocz. Skrzywił się w upiornym grymasie, wyłowił pojemnik przez plastikową koszulkę na dokumenty i wzrokiem oraz układem ciała obiecując zemstę, ruszył do laboratorium. Bernarda niestety przy tym nie było, ale wysłuchawszy szczegółowej relacji Aliz, wszedł do pokoju, w którym królował Yuri, i niewinnym głosem zapytał:
- Widział ktoś pampersa? Położyłem na biurku i nie ma... Nie? Szkoda... - Machnął ręką.
I wyszedł, zanim ktoś zdążył się odezwać.
Kriminaldirektor uderzył pięścią w lewą dłoń.
- Zaczynamy - rzucił głośno. - Większość z was już wie, to jest ta większość szczerze zaangażowana w pracę i oddana jej, że w Tiergarten znaleziono ciało pewnego Polaka. Ponieważ oberwał w kark, to możecie sobie dopowiedzieć, jakim był członkiem społeczności ludzkiej. Drobna menda, pasożyt, nierób. - Kriminaldirektor pokazał palcem na ścianę za sobą i natychmiast pojawiło się na niej pięć rzuconych z komputera fotografii. - Jak wiecie, dopiero po drugim trupie, a nawet przy trzecim, dokładnie rzecz ujmując, dotarło do co poniektórych, że sprawca to ten sam człowiek. Ta sama broń! - podniósł głos Destier. - I ofiara z tej samej, śmierdzącej normalnym ludziom, półki: przestępcy, pasożyty, nieroby. Czy dobrze mówię, twierdząc, że byli reprezentantami tych specjalności? - Odpowiedziała mu cisza. Akceptująca tezę. - Zbrodniczych specjalności, dodam!
Odczekał chwilę, rozglądając się po sali. Jakby szukał powiewu sprzeciwu, krzywego spojrzenia, niewłaściwego oddechu. Stein pomyślał, że dyrektor coraz bardziej lubi te chwile panowania nad jednostką. Gdyby to nie przeszkadzało w rytmicznej i wydajnej pracy posterunku, zwoływałby takie konwentykle dwa razy dziennie. A dzień roboczy zaczynałby apelem. Bernie uśmiechnął się do swoich myśli.
- Bernie? - usłyszał. - Śmieszy cię coś? - Kriminaldirektor założył ręce za plecy i kiwnął się na palcach. - Ja wiem, doszło do mnie, że niektórzy tu obecni uważają, że nie powinniśmy się śpieszyć ze schwytaniem sprawcy, bo w końcu morduje same odrzuty społeczeństwa i im dłużej taki żuk działa, tym więcej kulek gnoju usuwa nam z pola widzenia. Ponieważ pismaki na razie nie dostrzegły powiązania, mamy jeszcze jakieś kilka chwil względnego spokoju. Ale inne żuczki już coś zwąchały, wielu kręci się koło komendy i posterunków, bo bezpieczniej, a co do bezpieczeństwa, to w Baldwin właściciel sklepu z azjatycką żywnością, Syryjczyk z pochodzenia, wjechał, właściwie nieszkodliwie, jakimś rzęchem ze złomowiska do marketu i radośnie poprosił o areszt. Miejscowy szeryf zaprotokołował bezmyślnie, bezmyślnie, bo nie zrozumiawszy znaczenia, jego słowa: "...żeby w bezpiecznej celi przeczekać tornado". - Destier zacisnął usta i powiódł wzrokiem po podwładnych. - Lada moment wybuchnie więc sensacja. Mściciel! Odwet! Tajemniczy Sprawiedliwy! Pierdzielony Zorro! - rzucił kilkoma domniemanymi tytułami medialnymi. - Dlatego: bezwzględnie morda w kubeł! Jak dorwę kogoś, kto będzie strzępił jęzor z dziennikarzami, wylatuje. Bezapelacyjnie! Słyszycie?! I drugie: nie pozwolę, by moi policjanci cieszyli się z kolejnej ofiary. Słyszycie, uśmiechnięty komisarzu Stein?
- Tak jest, szefie.
Ale nie wytrzymał i pokazał trzy palce. Trzy zabójstwa. Seryjny zabójca. A poza tym - nic. Nie było sensu tłumaczyć, że uśmiech dotyczył czegoś innego. Kriminaldirektor potrafił korzystać z pretekstów i zawsze znajdował kogoś do objechania, bo to - sądził - podtrzymuje dyscyplinę i morale na odpowiednim poziomie.
- Sierżancie? - Destier odwrócił się do Koltcha. - Proszę w paru zdaniach opisać znalezisko w parku Tiergarten.
Destier odsunął się na bok, na ścianie-ekranie pojawiła się duża kolorowa fotografia. Ofiara leżała na boku, raczej nie odwrócona przez techników, tylko w tej pozycji znieruchomiała po strzale. Blady jak pobielona ściana mężczyzna około trzydziestki, może plus pięć? Chyba próbował ukształtować lakierem na środku głowy przedziałek, jak niemieccy piłkarze, znowu modny po trzydziestoletniej przerwie. Miał szeroko otwarte usta, wysączyła się z nich pewna ilość zabarwionej krwią śliny, która zaschła na płytach chodnika w kształcie dość dokładnie naśladującym włoski but. Pocisk, wychodząc z ciała, wyszarpał kawał krtani z grdyką, ale cała krew popłynęła w stronę dolnej części korpusu, z czego Stein wywnioskował, że zwłoki leżą na jakiejś pochyłości, może na fragmencie toru dla deskorolkowców albo beemiksiarzy. Odnotował jeszcze, że denat ma strasznie wybałuszone oczy. Przerzucił spojrzenie na inne ujęcie - z tym wytrzeszczem, nie wiadomo, czy tylko pośmiertnym, koleś wyglądał na cholernie zaskoczonego, zniesmaczonego albo wkurwionego. No i trudno byłoby się dziwić któremukolwiek z tych uczuć.
- To jest... Bocüdar... - zająknął się Kriminalmeister Koltch.
"Bożydar, kurwa, Bożydar!" - pomyślał Bernie.
- Kracynski.
"Krasiński" - skorygował w myślach Stein.
- Drobna szumowina. W tym roku lokator obozowiska w Tiergarten, tak zwanego Miasteczka Hańby. - Przebrnąwszy przez cholerne słowiańskie miana, Koltch mówił teraz szybciej. - Wcześniej nie pojawiał się w systemie. Handel tanimi narkotykami, o tyle wkurzający, że specjalizował się w tabletkach gwałtu, w wielu odmianach, ostatnio w GHB. Klientela: oczywiście przede wszystkim dzieciaki. Licealiści, ale nawet i młodsi. Byle mieli kasę. Handlował prymitywnie, ale skutecznie: dwaj-trzej pomocnicy z niewielkimi ilościami, forsa znikała w kieszeni rowerzystów albo rolkarzy, nie do dogonienia na bulwarze.
Na ekranie za Kriminalmeisterem pojawiła się kolejna fotografia z leżącym na boku ciałem i podpis: "Bozydar Kraziński".
"O, to nie miałem racji. Kraziński, nie Krasiński" - pomyślał Stein.
- Poprawka! Nie mieliśmy dowodów, ale teraz mamy. W kieszeniach miał dwadzieścia deko prochów. Nie zdążył rozprowadzić, a egzekutor najwidoczniej ich nie potrzebował - wskoczył z polemiką do opisu ofiary Kriminaldirektor. Uznał, że to będzie dobre wejście. - Załatwił drania, a my musimy i jemu załatwić kilkanaście latek. Dziś reorganizujemy zespół dochodzeniowy. Wyjaśnieniu tej, i tylko tej, sprawy poświęci cały swój czas i inteligencję Bernard Stein z Christopherem Gofferem i Aliz Hartevelt.
- Czasu to on ma duuużo - mruknął Pampers tak, że usłyszała go cała sala. - Ale co do... - Pokręcił głową.
Kilku zareagowało chichotem.
"Oj, chyba się trochę zagalopował - pomyślał Stein. - To mógł być dobry żarcik, ale w gronie jego kolesi, prawie samych potomków emigrantów. Tu, popisując się dowcipem, podważył ocenę mojej osoby wystawioną przez Kriminaldirektora. I podpadł całej grupie aborygenów. - Uśmiechnął się złośliwie w duchu. - Widać kawa z sikami to było dobre, ale niewystarczające!"
- Pater? - Kriminaldirektor Destier zmarszczył czoło, jego brwi niemal zetknęły się nad nosem. - Jak będę odchodził na emeryturę, stary, głuchy i ślepy, to wtedy poproszę cię, żebyś przygotował jakiś kabaretowy numer, stand-up na godzinę, w trakcie której wszyscy się znieczulą piwem, a ja słodko zdrzemnę. Ale do tego czasu nie wychylaj się ze swoimi marnymi grepsami. - Wszyscy widzieli, i Yuri też, że Kriminaldirektor, nie bardzo wiadomo dlaczego, nakręcał się coraz bardziej. - Może były to dobre szpasy, gdy jako szczeniak biegałeś chłopakom z amerykańskich koszar po piwo i dziewczyny, ale tu mamy inne standardy, zwłaszcza w pracy. Okej? Możesz to sobie przyswoić?
W sali zapanowała martwa cisza. Destier po raz pierwszy tak ostro kogoś zrugał, i to publicznie.
Yuri z zamkniętymi ustami poruszył żuchwą i przez chwilę wyglądał jak przeżuwający pokarm muł. Chris zbliżył usta do ucha Steina i szepnął niemal bezgłośnie:
- Ukraiński osioł.
- Tak, Kriminaldirektor - wychrypiał Pater.
Destier pochylił się w jego kierunku i chyba chciał przyłożyć dłoń do ucha, ale nie zdążył.
- Przepraszam... - zmusił się do skruchy Yuri.
Kriminaldirektor wyprostował się.
- To - wskazał kciukiem za siebie, na fotografię przedstawiającą życie pośmiertne Bożydara Krazińskiego - priorytet. Komisarz Stein prosi o pomoc, komisarz Stein ją dostaje. Dotarło?
Odpowiedział mu pomruk, nie jakiś radosny chór, ale pomruk służbowy, pomruk kilkunastu gotowych do działania i pomocy gardeł.
- Do roboty! - Klaśnięcie miało oznaczać koniec gadania.
Cała sala poderwała się, w różnym stopniu energicznie i ochoczo, ale wszyscy zamanifestowali ruch. Kriminaldirektor przeniósł spojrzenie na Berniego. Stein spodziewał się tego. Po awansie do grupy priorytetowej nie było zmiłuj.
"Ciekawe - myślał - jak się dowiedzieć, czym Destierowi podpadł Yuri, że aż tak po nim poskakał". Bernie obracał w myślach ten temat, aż doszedł do gabinetu przełożonego, który chwilę temu zdążył już do niego wejść, a drzwi same lub pociągnięte przez niego z lekkim trzaskiem zamknęły się tuż przed wyciągniętą ręką komisarza. Bernie na wszelki wypadek odczekał dwie sekundy, zanim stuknął w taflę piaskowanego szkła - podwójną, co zapewniało Kriminaldirektorowi komfort względnej ciszy i możliwości debat o dowolnym natężeniu akustycznym. Stein otworzył drzwi i wszedł.
Po drodze przypomniał sobie kilka podobnych samotnych wizyt w pokoju Kriminaldirektora. Ile ich było? Cztery? Sześć? Stein był raczej odpowiedzialnym gliną, traktował swoją pracę jak misję, a na pewno poważnie, był świadomy, że nieźle płacą mu za to, co robi, i dlatego jest okej. Nie było większych powodów, aby miał zbierać cięgi od szefa. I nigdy - a czytał trochę kryminałów i thrillerów - nie poklepywał swojego przełożonego po ramieniu ani z nim nie zadzierał, jak Holt, Bosch, Reacher i cała reszta wesołej paki z topowych publikacji tego gatunku. Może dlatego, że Destier niezbyt komponował się z szefami policji z powieści Ellroya, Delaneya, Chase'a, Tvedta, Griffitha i - nade wszystko - Chandlera. Szefowie w powieściach tych autorów mieli gabinety obwieszone głowami albo wilków, albo marlinów lub fotografiami dzieci i wnuków, i rodziców, i, oczywiście, samych siebie z Hooverem, kolejnymi ważnymi Kennedymi, Nixonem, Neilem Armstrongiem czy "Joltin' Joem" DiMaggio.
Destier był inny.
Miał wszystko to, co mieli tamci. Tylko że razem wzięci. Była tu głowa łosia, były dwa wypreparowane ogromne bassy, były dwie piłki do kosza, jedna z autografem Dirka Nowitzkiego, druga, chyba cenniejsza - Jordana, cztery piłki do bejsbola, też szczelnie zaautografowane. I był Destier z Obamą, i z Hillary Clinton, z generałem Potzelem, z Franzem "Kaiserem" Beckenbauerem, z dwoma Müllerami: z Thomasem na trybunie stadionu Bayernu i z Gerdem, gdy reklamował PerfectGoal, grę komputerową powstałą przy jego współudziale. Nie miał fotek z Christianem Müllerem i Andreasem Müllerem, widać nie byli jego ulubionymi futbolistami. Poza tym Destier pozował radośnie z Kobem Bryantem, Siergiejem Bubką i jeszcze kilkoma gwiazdami pierwszej wielkości.
Był okres, kiedy Bernie podejrzewał, że Kriminaldirektor ma po prostu zaprzyjaźnionego komputerowego geeka, który skleja mu to wszystko w Photoshopie, ale po jakimś czasie - dość długim, po kilku latach konkretnie - Bernie zrozumiał, że Destier to nie taki typ. Tak, jest pyszny i dumny z tych zdjęć, ale nigdy nie łechtałby swojego ego, patrząc na sfałszowane foty.
Kriminaldirektor właśnie wykonywał torsem energiczny ruch do tyłu, by odjechać fotelem od biurka, do którego widocznie za blisko się dosunął.
- Proszę siadać, komisarzu.
Bernard umyślnie odwrócił wzrok od szefa i lekko przesunął wygodne krzesło z giętych chromowanych rur i czarnej ekoskóry. Gdyby patrzył na przełożonego, ten mógłby pomyśleć, że Stein ma coś na sumieniu, spodziewa się, że zostanie zbesztany, i może nawet się tego boi. Tymczasem Bernie, jak niemal przez całe swoje zawodowe życie, miał czyste sumienie i zero powodów do usprawiedliwiania się, choćby miały to być jedynie powszechna praktyka obżerania się za darmo bratwurstami czy nieudolność zawodowa. Działał w tej placówce dwa lata, niedawno został szefem Christophera i Aliz, pracujących tu odpowiednio prawie dziewięć i pięć lat. Czyli wszystko było po jego myśli. Usiadł i podarował szefowi spokojne, lecz zawodowo zainteresowane spojrzenie.
I milczał.
Kriminaldirektor znowu szarpnął ciałem, tym razem, by zbliżyć się do biurka.
- W zasadzie powinienem przydzielić tę sprawę komu innemu. Na przykład Paterowi, kolej na niego, jeśli chodzi o coś spektakularnego...
"Tylko że pan wie: jeśli to on się do niej zabierze, kasztany zakwitną, przekwitną, zrzucą owoce, dzieci zrobią z nich wystawy zwierzątek w przedszkolnych gablotach, a wyniki ciągle będą tam, gdzie są w tej chwili - w dupie! Wraz z kłującymi łupinami!"
Bernie starał się, by ta myśl, niczym tasiemiec na prompterze przed spikerem, wyświetliła się na jego twarzy wolno i wyraźnie. Poza tym tkwił w bezruchu.
Destier westchnął.
- Czy utwierdził się pan w przekonaniu, że to SM?
- Wie pan, że mamy do dyspozycji program TARS? Ja chyba jedyny naprawdę go używam... - pochwalił się Stein.
- To ten upierdliwy program, w którym opisanie najdrobniejszego zdarzenia zajmuje godzinę? Nowość sprzed pół roku, z wszystkimi możliwymi grzechami programistów?
- Tak, no tak się mówi. - Berniemu lekko drgnęły ramiona. - A opisy? Na pewno idą trochę szybciej przy osiągniętej wprawie. Ja już ją mam. Inni przeklinają i się wycofują. A poza tym program ma być skorelowany z brytyjskim systemem HOLMES: Home Office Large Major Enquiry System. Dokładniej, HOLMES 2. Co prawda brexit może coś namieszać, ale jestem dobrej myśli. W każdym razie wyszukanie dwóch zabójstw zajęło mi trzydzieści cztery minuty. W podziękowaniu program zaoferował mi informację, że te dwa zabójstwa były wykonane tą samą bronią. Myślę, że za kilka godzin ktoś inny też by na to wpadł, może nawet sam system generuje taki komunikat, nie wiem, nie wgryzłem się w to aż tak głęboko. Poza tym otrzymałem cztery wykresy, trzy bezsensowne, a czwarty kalendarzowy. Wystarczyło zerknąć w dwie rubryki, by odnotować, że zabójstwo pierwsze dzieli od drugiego dokładnie siedem dni, a drugie od trzeciego dni pięć.
- To informacja z dziś rano?
- Tak, Herr Kriminaldirektor. Ten Polak dostał kulę w kark, a od poprzedniej ofiary dzieli go pięć dni. Dla mnie to co najmniej warte zastanowienia się.
Kriminaldirektor nie odzywał się przez długą chwilę. Bernie uznał, że informacja o kolejnym zabójstwie dotarła do Destiera wcześnie rano, a może nawet szef przeczytał wiadomość od niego już w nocy i sam sprawdził w TARS-ie dane oraz kalendarz, po czym doszedł do tych samych wniosków co on. Ale chciał mieć pewność.
- A jeśli ktoś się podszywa?
Bernie pozwolił sobie na sekundę rozciągnąć zamknięte usta w parodii uśmiechu.
- Co do broni i pocisku... mogłoby tak być. Okej, jestem w stanie wyobrazić sobie, że są dwie beretty M9 w rękach jakichś Nieuchwytnych Pierdolonych Mścicieli. Nawet mógłbym się zgodzić, że dwie osoby posługują się tą samą bronią. - Stein zaczerpnął powietrza i głośno je wypuścił. - Ale historia kryminalistyki nie zna albo zna bardzo niewiele przypadków seryjnego zabójcy w dwu osobach, już prędzej SM i jakiś pomagier, ale to rzadka para. A już na pewno nikt nie podszywa się pod oryginał, bo musiałby dużo o nim, o SM, wiedzieć, a przede wszystkim to, że morduje w konkretnych odstępach czasowych. Ta odkryta przez nas cecha jeszcze nawet nie wyciekła do mediów...
- "Przez nas"? - prychnął Destier. - Skromny pan jest, komisarzu.
- Nie, po prostu uważam, że to przydatna wiedza, ale poza tym, że pomaga w identyfikacji i klasyfikacji zbrodni, do niczego nie prowadzi.
Kriminaldirektor ponownie szarpnął górną połową ciała w tył. Fotel odjechał jeszcze kilkanaście centymetrów, Destier mógł teraz założyć nogę na nogę, po amerykańsku: lewą na prawą.
- A co nam to w tej chwili daje? - zapytał. - Jeśli się nie mylę, to mamy... - Wzniósł oczy do sufitu i przez sekundę liczył. - ...dwa dni spokoju. On sobie będzie planował, my będziemy czekać, a 8 października znajdziemy kolejne ciało z przestrzelonym kręgosłupem. Co można zrobić, żeby do tego nie doszło?
- Ująć go! - wypalił Bernie. Widząc łączące się w jedną linię brwi Kriminaldirektora, szybko dodał: - Oczywiście wyślemy na miasto wszystkie możliwe patrole, ale nawet gdybyśmy sprowadzili dywizję żandarmerii polowej, nie uchroni ona jakiegoś człowieka od kulki w kark. Zwłaszcza że może to być przecież nie w Berlinie, a... - pomachał palcami w powietrzu - ...w dowolnym niemieckim mieście. Nie stwierdziliśmy jeszcze, że ten zabójca działa tylko i wyłącznie w stolicy.
- A ten twój... - Kriminaldirektor uświadomił sobie, że przeskoczył na ty, i szybko skorygował pytanie: - ...komisarzu, TARS, nie podpowiada ci nic?
- Ani on, ani inne programy, ani raporty. Wygląda, że dotychczas nie było w Niemczech takiego serialu.
- Europa?
- Rozesłano zapytania, na razie odpowiedziały cztery kraje, Rumunia, Słowacja, Łotwa i Estonia. Akurat te kraje podejrzewamy o marne wykorzystywanie softu, a co za tym idzie, ich statystyki i cała sprawozdawczość są niepewne. A na resztę czekamy, muszą sprawdzić swoje bazy, zmodyfikować dane wyjściowe.
"Może ręcznie sprawdzić, kto u nich strzela do drobnego elementu kryminalnego?" - pomyślał.
- Dobra. - Destier zdjął nogę z kolana i znowu energicznie, niemal kompulsywnie szarpnął się na fotelu i dojechał do biurka. - Komisarzu, udało mi się przekonać szefostwo i mimo że dwa pierwsze miały miejsce w innych dzielnicach, a dopiero to trzecie w naszej, dostaliśmy tę sprawę. Dokładniej mówiąc, ty ją dostałeś, Bernie, bo nie wdając się w detale, mam nadzieję, że ją rozwiążesz.
"I to - pomyślał Stein, utrzymując na twarzy nieruchomą maskę - pomoże ci w karierze".
- Jeszcze jak usłyszałem, że to Polak... - zawiesił głos Destier. - Chciałeś mieć coś dużego? No to leć tam.
- Ale...
- I poza tym znasz polski?
- Szefie, ja?
"To Polacy to moja specjalność czy co? - pomyślał. - Ani razu nie prowadziłem sprawy z Polakiem w roli głównej, zresztą ten biedak już odrobinę zgnił, oderwał się z gałęzi i nie ma szans na objęcie wysokiego miejsca w rankingu na najciekawszego zabójcę, co najwyżej na najszybciej zabitego w parku Tiergarten".
- Tak gada Kriminalmeister... i nie tylko on.
Przełożony dziesięć sekund patrzył mu w oczy, ale Bernard Stein już w dzieciństwie wygrywał konkursy na najdłużej niemrugającego niewinnego łobuza.
Destier westchnął. Sondował podwładnego zmrużonymi oczami.
- To pędź i ruszajcie z robotą, niech się pojawią jakieś rezultaty. Domagają się ich wielce wysoko postawione osoby. I ja.
Bernie wstał energicznie. Powstrzymał się jednak od operetkowego zasalutowania i trzaśnięcia obcasami. W salomonach i tak by się to nie udało.
Wyszedł godnie z gabinetu przełożonego, już bez przeszkód pokonał wyziębiony wietrzeniem świeżo pomalowany korytarz i wszedł do pokoju, gdzie czekali na niego, pogrążeni w pracy, Aliz Hartevelt z Christopherem Gofferem.
Skręcił od drzwi w prawo i dotarł do swojego biurka.
- I? - rzuciła niecierpliwie Aliz.
Dwa razy rozprostowała palce i zacisnęła je w pięść. Bernie nie znał drugiej tak dynamicznej i porywczej osoby. Dwa lata temu "pasła" pewnego tureckiego gangstera; siedział w knajpie, wlewał w siebie litry herbaty i nie miał zamiaru zrobić niczego karygodnego. Aliz pilnowała go przy kawie, a raczej kilku kawach i kilku ciastkach. W pewnym momencie do jej stolika doturlał się ów łysawy, obśliniony, chwiejny gentleman, który bez pytania przysunął sobie krzesło i zaczął tłumaczyć Aliz, jak fajnie będzie już za chwilę w jego apartamencie na siódmym piętrze pobliskiego wieżowca. Na grzeczne propozycje, by poszukał sobie innego obiektu na siódme piętro, nie reagował. Dokładnie rzecz ujmując, nie zareagował na pierwszą i ostatnią taką propozycję. Aliz niecierpliwie poruszyła ręką i z premedytacją wylała na adonisa resztkę kawy, a gdy poderwał się i zamachnął na nią, trąciła go w ramię, odwróciła do siebie plecami, po czym wbiła w jego zadek widelczyk do ciastek. Następnie skuła gościa, z przodu, żeby nie sięgnął do widelczyka, wyciągnęła na parking i wepchnęła na tylne siedzenie samochodu. W pozycji klęczącej casanova z Turcji pokonał kilka przecznic, a potem korytarze posterunku i w końcu próg celi. Dopiero w tym momencie Aliz wyszarpnęła widelczyk i cisnęła do kubła.
Stała się osobą znaną w światku policyjnym, znaną i szanowaną. Bernie nie miał wątpliwości, że zwłaszcza na to drugie zasługiwała od dawna, od zawsze.
- Powiedz coś! - zażądała Aliz.
Wysunęła dolną wargę i dmuchnęła dość mocno, a jej grzywka posłusznie podzieliła się na dwie części; Stein myślał o nich "zachodnia grzywka" oraz "wschodnia grzywka".
Chris Goffer wolno i bezpiecznie odchylił się od biurka i naparł plecami na oparcie swojego krzesła. Założył ręce za głowę i splótł palce na karku.
"Muszę mu powiedzieć, że marynarki zużywają się pod pachami. A może po prostu kupić mu nową?" - pomyślał Bernie. Po raz tysięczny przypomniał sobie, jak kiedyś w toalecie Goffer, przekonany, że jest sam, sczesał sobie włosy na czoło i usiłował dmuchnięciem podzielić je na dwie części, "zachodnią" i "wschodnią" oczywiście. Stein widział to przez szczelinę w drzwiach, ale się nie odezwał, przeczekał kilka nieudanych prób i pomyślał, że oto ma haka na Goffera: gdyby kiedyś nie chciał wziąć nadgodzin, puści do niego oko i zaproponuje, żeby poćwiczył jeszcze rozdmuchiwanie grzywki pod okiem dobrego trenera i znawcy.
- Jesteśmy ekipą od tej sprawy, to wiecie. Dwa zabójstwa wydarzyły się w innych dzielnicach, ale to trzecie, z nocy, z Tiergarten, i to, że dostrzegliśmy wzorzec, pomogło szefowi załatwić przeniesienie sprawy do nas. Lokalne zespoły będą działać i dzielić się wiedzą, ale my jesteśmy nadrzędni.
- Bra-wo Beer-nie! Pa-pa-pam! - Aliz wyklaskała aplauz.
- Dzięki. - Ukłonił się i korzystając z pochylonej pozycji, usiadł na swoim krześle. Ktoś, kto przenosił ich meble do nowego zastępczego lokalu, zmienił ustawienie wysokości krzesła, tak że Bernie musiał przestawić je na nowo, żeby wyciągnąć klawiaturę. - Pomysły?
- To ja idę - oświadczył Christopher i chwycił myszkę, żeby kliknąć w ikonę systemu i wyłączyć komputer.
- Już wiesz, gdzie?
- Wiadomo, na miejsce pierwszego zabójstwa.
Goffer tym sposobem ujawnił swój pomysł na śledztwo. A dokładniej - ujawnił, że wie, jak jego przełożony poprowadzi dochodzenie. I miał rację, tak to sobie Bernie właśnie wymyślił, przemierzając chemiczną komorę między gabinetami Destiera i swojego zespołu. Chris uda się nad Wannsee, gdzie zastrzelono Vojina Karataya, Aliz - do byłego Berlina Wschodniego, gdzie tak samo, z przyłożenia w kark, zabito siedemdziesięcioparoletnią właścicielkę wietnamskiego baru. Oczywiście szef, Bernie, pogoni do Tiergarten i jak rasowy samiec alfa zacznie odganiać od trofeum innych samców i cudze samice. Jego zadanie było o tyle trudniejsze od sprawdzania miejsc wcześniejszych zabójstw, że po pierwsze, niewiele jeszcze było wiadomo poza tym, że ktoś kogoś zastrzelił, po drugie, na miejscu zbrodni na pewno już kręciło się spore stado hien z telewizji i kilku rozgłośni oraz sępów z "Tageszeitung" i "Bildu".
Czy sępy z "Taza" są gorsze od tych z "Bildu"? Bernie wzruszył w duchu ramionami. No i drugi problem: czy Aliz i Chris nie pomyślą, że pędzę do parku, żeby wmiksować się w obiektywy i potknąć o mikrofony?
"Nie pomyślą, kocham ich. Wiedzą to".
Bernie zastanawiał się chwilę. Warianty przemykały przez jego umysł: ten pozornie lepszy, ale wymagający więcej czasu, ten szybszy, ale muszą poczekać na dane z labo, a ten...
- Nie - ostatecznie skontrował pomysł Chrisa, który już wsuwał półkę z klawiaturą pod blat. - Pojedziecie razem z Aliz nad Wannsee. Ja się zajmę tym Polakiem, a po południu razem pojedziemy obsłużyć tę Chinkę.
- Wietnamkę - poprawiła Aliz.
Poderwała się, chwyciła swoją dużą, sztywną torbę, która mogła służyć jako tarcza albo jako maczuga.
I jako torba.
- Idziemy! - ponagliła Christophera.