6
Świat zawirował. Światło jedynej palącej się lampki zapulsowało. Przez moment wydawało się intensywne niczym słońce, by zaraz ściemnić się tak, że niemal nie rozjaśniało mroku panującego w pokoju.
Arleta Diak z trudem nabrała powietrza. Wydawało się jej, że to nagle zgęstniało i dosłownie rozsadza jej płuca. Po chwili jednak zrozumiała, że ból nie koncentruje się w jej klatce piersiowej, lecz nieco niżej. Po jej ciele przebiegł zimny dreszcz. Poczuła drętwienie nóg i w tym samym momencie jej serce uderzyło ze zdwojoną siłą. Kątem oka dostrzegła czubek zmasakrowanej głowy Daniela. Nie miała siły choćby próbować uciekać.
- Coś ty mi zrobił.... - wyszeptała drżącym głosem. - Błagam...
Nie wiedziała, czy od momentu, gdy wypiła podany przez oprawcę płyn, minęło kilka minut, czy kilka godzin. Czas biegł rytmem zupełnie odmiennym niż kiedykolwiek indziej.
- Chcę cię ocalić.
Ten człowiek brzmiał jak szaleniec, ale może to ona teraz niczego nie rozumiała? Może mówił zupełnie prosto i oczywiście, lecz ona nie potrafiła wychwycić logiki jego słów? Nie. Nie, to niemożliwe. Przecież ten świr zamordował jej ukochanego. Daniela. On... Wszedł...
Myśli zaczęły się jej rwać i w tej samej chwili poczuła skurcz. Skuliła się, dotykając brzucha. Boże.
- Moje dziecko... - wyszeptała.
- Tak. Jest tam - potwierdził oprawca. - Jeszcze.
Nagle między jej nogami rozlała się wilgoć. Lepka i zimna, a potem gorąca, jakby polewano ją wrzątkiem. Starała się poruszyć, lecz od pasa w dół była niemal całkowicie zdrętwiała. Wytrzeszczyła oczy, usiłując coś powiedzieć. Z jej ust dobył się jednak niezrozumiały bełkot.
- Nie wysilaj się. Bądź spokojna.
- Aleee... O... Ghh...
- Nic nie mów. Pomogę ci.
Oprawca kucnął przy niej i delikatnie podwinął jej sukienkę. Po chwili zrozumiała, że ściąga jej majtki, lecz niemal tego nie czuła. Spazmatyczne ruchy stóp to było wszystko, na co mogła się zdobyć.
- Uwolnij się.
Słowa mężczyzny wryły się jej głęboko w umysł. Miała wrażenie, że odbijają się od ścian czaszki i cichną, by zaraz rozbrzmieć jeszcze głośniej niż przed chwilą. "Uwolnij się!"
- Teraz ty musisz mi pomóc.
Oprawca zniknął jej z oczu. Wiedziała, że nachylił się, niemal kładąc pomiędzy jej nogami, lecz nie mogła nic zrobić. Usiłowała krzyknąć, jednak głos uwiązł jej w gardle.
- Musisz się pozbyć tego przekleństwa. Przyj.
Wraz z tymi słowami wszystko stało się jasne. Arleta zrozumiała, co robi ten mężczyzna i jakie działanie miał wypity przez nią płyn. Nadludzkim wysiłkiem przesunęła się o kilka centymetrów, po czym podciągnęła nogi. Chciała zacisnąć mięśnie, jakby w ten sposób mogła zatrzymać to, co miało się wydarzyć. Jednak już coś działo się z jej brzuchem, a jeszcze bardziej działo się niżej na wysokości jej łona, krzyża oraz pachwin.
Kobieta jęknęła przez zaciśnięte zęby. Oprawca jakby tylko na to czekał, momentalnie pojawił się tuż obok jej twarzy. Podobnie jak wcześniej łagodnie pogładził ją po policzku.
- Tylko w ten sposób możesz pozbyć się śmierci.
- Błagam...
To jedno słowo Arleta wypowiedziała całkowicie wyraźnie, jednak nie była w stanie sprecyzować, o co błaga. Z jej oczu pociekły łzy. Rozpaczliwie pociągnęła nosem i rozprostowała palce. Dziwny skurcz przebiegł niemal całe jej ciało. Poczuła go nawet w wypełniających się od niedawna mlekiem piersiach, w przełyku, a przede wszystkim w sercu.
- To już nie potrwa długo. Będziesz uratowana i wreszcie nic nie będzie ci grozić. Daję ci życie.
Oprawca uśmiechnął się do niej i przeciął powietrze lśniącymi nożyczkami chirurgicznymi.
- Raz, dwa, trzy. To nie będzie bolało.
Wtedy Arleta poczuła kolejny skurcz, tym razem tak mocny, że mimo pozornego bezwładu wierzgnęła nogami. Ogromny ból przeszył jej ciało. Jej nozdrza okleił nieprzyjemny, gorzki zapach. Przez chwilę w jej głowie krążyła myśl, że właśnie powinna usłyszeć płacz dziecka, lecz nic takiego się nie stało. Oprawca ponownie zniknął jej z oczu.
Upłynęło kilka sekund lub nawet godzina. Twarz kobiety była całkowicie mokra od potu, który szczypał ją w oczy i osiadał na jej wargach. W ustach czuła krwisty posmak. Jej policzki były rozpalone, a w uszach słyszała cichy świst.
Wycie wilków?
Skowyt mordowanych jagniąt?
Traciła przytomność, ale resztą świadomości uchwyciła jeszcze sylwetkę wstającego oprawcy. Mężczyzna coś trzymał na rękach. To coś było blade i sine. Przypominało rozkładające się zwłoki dzikiego zwierzęcia.
- Zabiorę go ze sobą, a ty jesteś już wolna - wycedził. - Nie martw się.
- Mój synek... - Chciała to powiedzieć, lecz z jej ust dobył się jedynie cichy, płaczliwy bełkot.
Potem nastała ciemność.