Dzień pierwszy - niedziela
Aspirant Andrzej Fąferek, jak każdej niedzieli, i tym razem zasiadł z żoną do porannej kawy. Katarzyna była trochę zagniewana, bo jego
wczorajsze jedno piwo z podwładnymi trwało bardzo długo. Przeciągnęło
się aż do północy. A że nie zadbał o to, by przed restauracją "Stara
Bydgoszcz" czekała na niego dorożka samochodowa, wracał pieszo. Z ulicy
Grodzkiej do domu jest kawałek, więc musiało to potrwać. Nie miał jednak
poczucia winy. Zakończyli poważne śledztwo, więc mieli powód, by
świętować.
Wszystko zaczęło się na początku marca. W klubie Związku Lekarzy przy
Jagiellońskiej napadnięto młodego sekretarza. Nieprzytomnego znalazła
posługaczka. Przewieziono go do Lecznicy Miejskiej, ale to nic nie dało.
Młodzieniec zmarł po kilku godzinach, nie odzyskując przytomności. Nie
odpowiedział na żadne pytania, nie wskazał winnego. Majaczył jedynie coś
półgłosem, ale ani policjantom czuwającym przy jego łóżku, ani nawet
siostrom, zdecydowanie bardziej nawykłym do wysłuchiwania takich
szeptów, nie udało się niczego zrozumieć.
Sprawa zabójstwa, choć sama zbrodnia była paskudna i okrutna, okazała
się tylko jedną z zagadek, które policjanci musieli rozwikłać. Należało
się pilnie zająć także drugą kwestią, czyli kradzieżą pieniędzy.
Sekretarz miał tego dnia przy sobie ogromną kwotę piętnastu tysięcy
złotych, którą otrzymał na wypłatę honorariów lekarzom. Dlatego
poproszono o pomoc Fąferka, który kierował komisariatem przy
Fordońskiej, choć przy Jagiellońskiej mieścił się inny komisariat oraz
komenda miejska. Aspirant poczuł się wyróżniony i doceniony. Pomyślał,
że może to być jego szansa na jeszcze lepszą posadę.
Do siedziby lekarskiego związku jednak nie pojechał. Tym zajęła się
ekipa z komisariatu przy Jagiellońskiej. Jemu i dwóm jego podwładnym
przypadło w udziale zadanie odszukania pieniędzy. Gdy to usłyszał, jego
nadzieje na sukces i rychły awans zmalały. Znalezienie pieniędzy, gdy
nie ma winnego, a tym samym jego mieszkania, biura czy warsztatu do
przeszukania, graniczyło przecież z cudem. Fąferek zaczął się więc
zastanawiać, czy włączenie go w tę sprawę nie było próbą, której miał
nie podołać. Być może komisariat przy Fordońskiej, który dla niego
stawał się już ciut przyciasny, był dla kogoś innego w sam raz? Może
ktoś młodszy od niego, dopiero rozpoczynający karierę w policji, miał
chrapkę na awans? I kogoś ważnego po swojej stronie, gotowego go
wesprzeć?
Wrażenie, że tak właśnie może być, było bolesne. Gdy mówił o tym
Katarzynie, czuł się tak, jakby stał pod pręgierzem. I przypomniał sobie
różne swoje błędy i porażki, które mogły utopić jego policyjną karierę.
Zawsze wychodził z nich obronną ręką. Odchorowywał je tylko w jeden
sposób - zdecydowanie intensywniejszym niż zwykle jąkaniem się. Bo na co
dzień nie jąkał się prawie wcale. Rozmawiał z podwładnymi, przesłuchiwał
podejrzanych i zdawał meldunki przełożonym bez zacinania się. Musiał
tylko w odpowiednim momencie zapalić papierosa.
Do poszukiwania pieniędzy zabrał się więc z wyjątkową energią. Jego
ludzie objechali wszystkie banki w mieście, zajrzeli do jubilerów,
przejrzeli informacje na temat kupna mieszkań wystawionych w ostatnim
czasie na sprzedaż. Bez skutku. Nie znaleźli choćby cienia śladu, którym
warto było podążyć.
Aż w końcu, po tygodniu, zdarzył się cud, którego potrzebowali.
Sprzedawcę z salonu Bunna z ulicy Gdańskiej zdziwiła wizyta młodzieńca,
który kupił motocykl marki Rudge i zapłacił za niego gotówką.
- Wyciągnął z kieszeni 2800 złotych. W nowiutkich banknotach... -
opowiadał tego samego dnia policjantom. - Nie potrzebował kredytu, nie
próbował się targować. Właściciel pewnie wyrzuciłby mnie z pracy, gdybym
próbował wyperswadować mu ten zakup, ale zrobi to na pewno, jeśli
pieniądze okażą się fałszywe. Możecie to sprawdzić?
Traf chciał, że policjantem, z którym sprzedawca rozmawiał, był Ambroży
Nowicki, starszy posterunkowy, człowiek Fąferka. Miłośnik motocykli,
jeżdżący policyjnym triumphem, mającym już swoje najlepsze lata za sobą.
O rudge'u, który był produkowany dopiero od kilku lat, mógł jedynie
pomarzyć. Skorzystał więc z okazji, by zajrzeć do salonu na Gdańską.
Swoją robotę jednak wykonał. Zauważył, że banknoty mają kolejne numery
seryjne. Od tego odkrycia blisko już było do wniosku, że mogą to być
pieniądze pochodzące z napadu. Nowicki sprawdził więc, kim był
tajemniczy, lekką ręką wydający pieniądze klient. Weryfikując nazwisko,
które kupujący podał podczas transakcji, ustalił, że to nie mężczyzna,
ale chłopiec - Przemek, czternastoletni brat zamordowanego.
Po kolejnych kilku godzinach chłopak był już w komisariacie. Nie musieli
go nawet przyciskać, by wyjawił, że tamtego dnia odwiedził brata w pracy. Nieco później przyszedł jego szesnastoletni kolega Feliks. Z młotkiem, którym uderzył sekretarza w głowę.
Z odnalezieniem Feliksa był już jednak kłopot. Jego rodzice udawali, że
nie wiedzą, gdzie jest. Trzeba było ich postraszyć, by wyznali, że
pomogli mu w ucieczce do krewnych aż pod Wilno. Gdy trafił do aresztu,
zeznał, że zabił, bo chcieli z Przemkiem na motocyklach odbyć podróż
dookoła świata. Nie zdradził, który z nich wpadł na pomysł zabójstwa.
- Mam nadzieję, że sąd nie będzie miał dla tych szczunów litości. Zabić
brata dla motocykla i wycieczki? - krzyczał w "Starej Bydgoszczy"
Fąferek, starając się przebić przez restauracyjny hałas.
- Przecież wiemy, kierowniku, że on tego nie zrobił. - Jeden z policjantów próbował trzymać się faktów, ale Fąferek go nie słuchał. Pod
wpływem emocji i wypitego alkoholu trajkotał dalej. Demonstrował przy
tym całkiem niezłą znajomość miejskiej gwary, którą poznawać zaczął
niedawno, po przenosinach do Bydgoszczy:
- Szczuny, szczuny uglajdane. Porów z tyłków nie miał kto tym lujom
ściągnąć i porządnie obić raz lub drugi...
Katarzyna dobrze o tym wszystkim wiedziała. Każdego dnia, gdy Fąferek
przychodził do domu - nawet gdy wracał w środku nocy - opowiadał jej w najdrobniejszych szczegółach o tym, co się wydarzyło. A jednak teraz się
boczy lub może raczej nie całkiem go słucha. Popijając świeżo zaparzoną
kawę i podjadając ciasto z zupełnie nowej cukierni Bigońskich, Fąferek
przegląda więc gazetę. "Dziennik Bydgoski" sprawie młodocianych zabójców
nie poświęca dziś już jednak ani słowa. Pisze za to szeroko o banalnej,
choć drastycznej sprawie z Warszawy, w której pierwsze skrzypce odgrywa
odgryzienie nosa pewnej młodej kobiecie.
"Zwierzęcy akt zemsty na dworcu warszawskim. Odgryzł jej nos i połknął
go..." - donosi wielkimi literami tytuł. Dalej było o tym, że krzywdę
młodej urzędniczce wyrządził odtrącony kochanek, ojciec jej dziecka.
Kiepski aktorzyna, którego długo utrzymywała, nim zdecydowała się go
opuścić. Uciekła do rodziców, a on ją nachodził i groził, że ją zabije.
W końcu dopadł ją w wagonie drugiej klasy w pociągu pospiesznym Warszawa
- Poznań...
- Bydlak - warknął Fąferek.
Gniewnie zamknął gazetę i rzucił ją na stół. Katarzyna zawsze była
bardzo czuła na takie zachowanie, więc raczej go unikał. Teraz jednak
bardzo chciał zwrócić jej uwagę. A ona nadal piła kawę, spoglądając w okno. Sięgnął więc znów po "Dziennik". Sprawdził, czy warto wybrać się
do Teatru Miejskiego. "Premiera nad wyraz miłej i barwnej a wesołej
sztuki fantastycznej w siedmiu obrazach ze śpiewami i tańcami
Twardowski na Krzemionkach" - przeczytał. Był pewien, że nie ma ochoty
na śpiewy i tańce, więc zerknął jeszcze na propozycję Teatru
Popularnego, który dawał występy w ogrodzie Patzera. Tam jednak też
królować miała komedia. Przez chwilę zastanawiał się, czy wbrew własnym
odczuciom nie zaproponować małżonce wyprawy na któreś z tych
przedstawień, jednak jego wzrok przykuł kolejny artykuł. "Księżna
Lubomirska aresztowana pod zarzutem kradzieży" - krzyczał tym razem
tytuł. Dziennik donosił, że księżna, jedna z najbogatszych ziemianek z czasów przedrewolucyjnych, obrabowana przez bolszewików ze wszystkiego,
została aresztowana w Leningradzie pod zarzutem popełnienia jakiejś
drobnej kradzieży na szkodę swej koleżanki.
Tego już było za wiele. Fąferek wstał gwałtownie od stołu. Tym razem
jego zachowanie nie umknęło uwadze Katarzyny. Spojrzała jednak na niego
niewidzącym wzrokiem i nic nie powiedziała.
- Pójdę się przejść - mruknął, zastanawiając się nad zachowaniem żony.
Szybko ubrał się i już nie mówiąc ani słowa, wyszedł. Słońce mocno
świeciło, było dużo cieplej niż w ostatnich dniach. Natychmiast
pożałował, że założył ciepły płaszcz. Nie chciał jednak cofać się do
domu. Szedł ulicą Sienkiewicza. Z odległego jej końca sięgającego
Bocianowa, gdzie jakiś czas temu przeniósł się pod numer czterdzieści
osiem spod siedemnastki. To była wielka zmiana w ich życiu - jego i Katarzyny. Pod siedemnastką stał odróżniający się od wszystkich
okolicznych okazałych kamienic ciasny, piętrowy domek, jakby siłą między
nie wciśnięty. Dzięki przeprowadzce zyskał gabinet do pracy. Rzadko w nim siadywał, to fakt, ale samo jego istnienie sprawiało mu radość.
Gromadził w nim przedmioty w jakiś sposób związane z prowadzonymi przez
siebie śledztwami - notatki, wycinki prasowe, czasem zdjęcia. Zbierał
też informacje o sprawach prowadzonych w pozostałych bydgoskich
komisariatach, także tych niewyjaśnionych. Miał tu również kryminały,
głównie zagraniczne, które lubił czytywać w wolne wieczory. Katarzyna
śmiała się wtedy, że nie potrafi oderwać się od pracy, ale w zasadzie
było to bardziej stwierdzenie niż żart.
Nawet nie zauważył, kiedy doszedł pod siedemnastkę. Zerknął w okna
dawnego mieszkania, przeszedł jeszcze kilka kroków i skręcił w Śniadeckich, skąd już było całkiem blisko do parku miejskiego, w którym
lubił posiedzieć chwilę przy wodotrysku Potop. Pomyślał o dzieciach,
którym pokazywał ten wodotrysk przy ich pierwszej wizycie w Bydgoszczy.
Ta myśl poprawiła mu humor. Uznał, że poranny zły nastrój był skutkiem
nadmiaru wypitego poprzedniego dnia alkoholu i źle przespanej nocy. Co
do "Dziennika" - raczej nie powinno go dziwić, że tamto śledztwo, choć
tak dla niego ważne, nie emocjonowało już dziennikarzy.
"Było, minęło" - stwierdził. I zamiast pójść do parku, zawrócił. Jeśli
Katarzyna zechce się do niego przyłączyć, może później razem
pospacerują. Jej roztargnienie też pewnie było wytworem jego wyobraźni.
***
Melania długo przeglądała się w lustrze. Przymierzała letnie sukienki.
Chciała wiedzieć, czy nadal ładnie w nich wygląda i czy przypadkiem
czegoś w nich nie trzeba naprawić. Robiła to jednak bez zaangażowania.
Myślami była gdzie indziej. Przy szarym młodzieńcu, który uśmiechnął się
do niej kilka dni temu na Mostowej. Zapamiętała jego oczy. Ciemne,
głębokie, smutne. Nazwała go szarym, bo jego cera była bladoszara, jakby
mało przebywał na świeżym powietrzu.
Nigdy wcześniej go nie widziała, choć bywała tam codziennie. Pracowała w sklepie przy Starym Rynku, mieszkała przy Fordońskiej, każdego dnia szła
więc Mostową. Nawet w te dni, gdy miała wolne, bo wtedy chodziła do kina
albo spotykała się z siostrą. Amelia wyszła już za mąż i mieszkała na
Szwederowie, osiedlu leżącym z drugiej strony Starego Rynku niż Mostowa,
usytuowanym na wzgórzu. Melania lubiła tam chodzić. Zachwycały ją pnące
się pod górę uliczki i maleńkie domki wśród zieleni. Marzyła, by kiedyś
w jednym z nich zamieszkać.
Każdego dnia jechała więc tramwajem linii C, z Fordońskiej na plac
Teatralny, i stamtąd szła do sklepu lub do Amelii. Być może któregoś
dnia ponownie spotka szarego młodzieńca? Może on zapyta ją o coś, by
rozpocząć rozmowę? Melania miała wiele pomysłów na to, co mogliby potem,
już razem, zrobić. Mogliby pójść do teatru lub pojechać gdzieś za
miasto. Bez trudu wyobraziła sobie, jak idzie z szarym młodzieńcem pod
rękę, a ci, którzy ich znają, witają się z nimi serdecznie. Wyobrażała
sobie nawet to, że zerkaliby wówczas na nich z zainteresowaniem nawet
nieznajomi, bo taką piękną tworzyliby parę.
***
Fąferek z daleka dostrzegł, że dzieje się coś wyjątkowego. Przed
wejściem do domu, w którym mieszkał, zgromadził się tłumek dzieciaków.
Przyspieszył kroku, niemal biegł, choć ciężki, zimowy płaszcz ograniczał
ruchy. W głowie kołatała mu myśl, czy coś złego nie stało się
Katarzynie. Gdy dotarł na miejsce, zrozumiał, że sprawa jest
rzeczywiście poważna, choć nie o Katarzynę chodzi. Zobaczył, że luntrusy
z sąsiedztwa zebrały się wokół triumpha, policyjnego motocykla. Stał
przy nim Ambroży Nowicki i spokojnie palił papierosa.
- Ja po pana, kierowniku - powiedział na widok Fąferka, rzucając peta na
ziemię. - Powiedziałem już pani Katarzynie, że pewnie nie wróci pan dziś
do domu na obiad.
Katarzyna stała w drzwiach mieszkania. Spojrzała na męża już całkiem
przytomnie, bez śladu porannej obojętności. Pomogła mu zdjąć płaszcz i poprosiła, by wszedł do kuchni.
- Zjedz coś. Ambroży uprzedził mnie, że to potrwa. Wiesz już, co się
stało? - wyrzuciła jednym tchem.
- Nie wiem. Za dużo było ludzi na dole - odparł Fąferek. Zjadł zupę,
wziął ze sobą zawiniątko z kilkoma kromkami chleba, z powrotem nałożył
płaszcz i wyszedł.
Gdy znalazł się na ulicy, Nowicki już odpalił motor. Wsiadając na
siodełko, Fąferek kątem oka sprawdził jeszcze, czy rzucony przez niego
niedopałek zniknął z chodnika. Zniknął. Poklepał Ambrożego w ramię.
Ruszyli.
***
Po tym pierwszym, przelotnym spotkaniu wiedziałem doskonale, co stanie
się później. Musiałem ją spotkać kolejny raz. Była idealna, nie miałem
wątpliwości. Mógłbym chodzić z nią do restauracji, zamawiać zupy, drugie
dania, desery i drinki. Mógłbym godzinami rozmawiać o pogodzie, nowych
trendach w modzie na lato, o premierach teatralnych, o dramatycznych
wydarzeniach z czasów wielkiej wojny, o biorących się wciąż za łby
politykach. O wszystkim mógłbym rozmawiać, gdybym wiedział, że potem
spotka mnie nagroda. Wiele rzeczy mógłbym zrobić.
Powinienem być ostrożny. Jeśli chcę się z nią spotykać, muszę się
przygotować. Po pierwsze, ona nie może wiedzieć, jak bardzo mi zależy.
Dlatego nie będę szukał jej od razu, ale za kilka dni lub nawet tygodni.
Wtedy znów pójdę na Mostową i zacznę się rozglądać. Pokręcę się po rynku
w dzień targowy, wpadnę do apteki, do restauracji, pogapię się na
miniaturową fontannę przedstawiającą dzieci bawiące się z gęsią.
Ufundował ją ponoć właściciel apteki "Pod Złotym Orłem" za to, że miasto
przeniosło targ na drugi koniec rynku. I o tym opowiadał mi kiedyś
ojciec. A może wuj? Nie bardzo pamiętam. Pewnie niespecjalnie słuchałem.
Zdecydowanie chętniej przysłuchiwałem się, ukryty za okiennymi kotarami,
rozmowom ojca z wujem, toczonym w jego posiadłości. Czasem kłótniom o polityce, o nowych europejskich granicach, o kobietach. W tych rozmowach
nie ważyli słów. Słuchałem przede wszystkim o kobietach, choć tego, co
mówili o nich, nie rozumiałem. Wyłapywałem jednak każde słowo i gest
świadczący o tym, ile emocji wywołują kobiety w mężczyznach. Było ich
zaskakująco wiele - tak wtedy to oceniałem.
***
Fąferek zeskoczył z siodełka, nim Nowicki zgasił motocykl. Bez słowa
stanął obok, wbijając wzrok w podwładnego.
- Mamy trupa. Kobieta z poderżniętym gardłem. Dlatego Kostecki wysłał
mnie po pana - powiedział krótko posterunkowy.
Przodownika Kosteckiego zastali za biurkiem. Odłożył słuchawkę telefonu
i potarł ręką czoło.
- Miejska komenda udostępni nam samochód - wyjaśnił. - Zaraz tu będzie i pojedziemy na miejsce.
- Dokąd? - zapytał Fąferek.
- Na Zimne Wody.
Ruszyli rzeczywiście niedługo potem. Dawną szosą fordońską, kilka lat
temu przemianowaną na ulicę Fordońską, jeszcze dalej na wschód od
centrum miasta. Przed fiatem 501, na motocyklu, jechał Ambroży Nowicki.
W samochodzie, oprócz Fąferka i kierowcy z komendy miejskiej, siedział
Kostecki i dwóch posterunkowych, również ściągniętych z domu chwilę
wcześniej. To dodawało sprawie dodatkowej powagi. Oznaczało, że
komisariat został zamknięty niemal na głucho.
Kostecki trzymał na kolanach, jak najcenniejszą zdobycz, aparat
fotograficzny marki Leica, ledwie co dostarczony do Bydgoszczy z Warszawy. To cudo nowoczesnej techniki produkowano w Niemczech od
niedawna. W porównaniu z aparatami znanymi mu z fotograficznych atelier,
był maleńki i lekki. Kostecki był przekonany, że to przyszłość
policyjnej roboty. Zebrać ślady, powtarzał przecież Fąferek, to jedno,
zapamiętać, jak były umiejscowione, to drugie.
Kostecki przyszedł do policji dopiero dwa lata temu. Zaraz po szkole.
Marzył o dalszej nauce i o awansie. Dlatego uważnie słuchał Fąferka. Z tego samego powodu, gdy tylko pojawił się w mieście pierwszy policyjny
aparat fotograficzny, na ochotnika zgłosił się do jego obsługi, choć
oznaczało to pracę po godzinach. Poznał Mariana Dziatkiewicza, który
ledwo co otworzył przy ulicy Garbary fabrykę płyt i papierów
fotograficznych o zuchwałej, ale doskonale brzmiącej nazwie "Alfa".
Dziatkiewicz był drogistą, za młodu praktykował w sklepie z artykułami
chemicznymi w Poznaniu. Potem przeniósł się do Bydgoszczy i zajął się
produkcją cukierków. Dorobił się na niej i wtedy powrócił do
młodzieńczych marzeń o fotografii. Wkrótce potem został właścicielem
wytwórni artykułów fotochemicznych, będącej jedynym w Polsce producentem
materiałów światłoczułych na podłożu papierowym. Pytania Kosteckiego
dotyczące najdoskonalszych sposobów wywoływania klisz zainspirowały
Dziatkiewicza do wydania podręcznika dla fotografów - amatorów. Zwrócił
się o jego napisanie do samego doktora Tadeusza Cypriana, znanego
prawnika i jednocześnie doskonałego fotografa, redaktora "Polskiego
Przeglądu Fotograficznego". Tak powstała broszura z tabelą naświetlań i różnymi poradami. Kostecki miał jedną z nich, z dedykacją od
Dziatkiewicza i podpisem Cypriana.
Teraz z pietyzmem trzymał służbowy aparat. I z niepokojem rozglądał się
dookoła. Rzadko wyprawiali się tak daleko od komisariatu. A jeśli już,
to omijali Zimne Wody i jechali do Brdyujścia. Od kilku lat były tam
tory regatowe, na których corocznie rozgrywano Wszechpolskie Regaty
Wioślarskie. Zawody, restauracja z ogrodem i gigantyczne trybuny dla
dwóch i pół tysiąca widzów przyciągały kieszonkowców. Do Brdyujścia
jeździli więc, by pilnować porządku podczas regat. Po drodze były jakieś
zakłady, miejscami las, gdzie indziej gęste krzaki. Ci, co w nich
przesiadywali, policji nie potrzebowali. Spory rozstrzygali bez jej
pomocy.
A teraz trup. Kobiety. Znaleziony na wyspie Zimne Wody, połączonej z lądem dwoma stalowymi mostami.
- Znalazł ją starszy mężczyzna. Mówi, że się przestraszył - wyjaśnił
przodownik Marian Prajchert, który przybył tu jako pierwszy. - Zwłoki
znalazł rano, ale siedział tu jeszcze ze dwie godziny, zanim ruszył na
komisariat. Brudny jest cały i zarośnięty. Nie zdziwiłem się, że nikt
nie chciał go podwieźć. Szedł więc długo, po drodze wskoczył gdzieś na
bombkę. Może nawet nie jedną, bo ostro cuchnie wódą. Ściągnąłem
Ambrożego i wysłałem go po pana, a sam wziąłem dorożkę od Piechockiego i przyjechałem z tym dziadem, żeby mi na miejscu wszystko pokazał.
Zgarnąłem jeszcze doktora Wolaka. Zwłoki są tam.
Poszli w kierunku wskazanym przez Prajcherta. Kostecki przełknął ślinę,
mocniej ścisnął aparat i razem z innymi ruszył do przodu. Zwłoki
dostrzegł niemal natychmiast. To była bardzo młoda kobieta. Mogła mieć
niewiele ponad dwadzieścia lat. Leżała na prawym boku, z ręką podłożoną
pod głową. Jakby spała. Na szyi miała pręgę. Krew była na sukience i na
ziemi. Dookoła ciała ktoś ułożył okrąg czy może raczej owal z żołędzi.
Pieprzony zbok - pomyślał Kostecki, gdy cała treść żołądka podeszła mu
do gardła. Zamiast robić zdjęcia, podniósł głowę i rozejrzał się wokół.
Tuż obok rosło wiele dębów.
W końcu jednak zabrał się do tego, po co tu przyjechał. Przygotował
aparat do pracy, spojrzał w wizjer i nacisnął wyzwalacz. Zrobił mnóstwo
zdjęć, zanim wreszcie odszedł kilka kroków od ciała, w miejsce jeszcze
niesfotografowane, i zaczął uważnie szukać jakichkolwiek świadectw
bytności człowieka. Nie było jednak niczego. Ruszył więc przed siebie,
zataczając ciasny krąg wokół ciała, potem nieco większy i kolejne, coraz
większe. Nie zrobił już ani jednego zdjęcia. Fragment wyspy, który
obszedł, wyglądał tak, jakby wcześniej nie dotknęła go ludzka stopa.
Nigdzie nie było najdrobniejszych choćby papierków, połamanych gałęzi,
żadnych śladów walki. Wyglądało tak, jakby ta kobieta spadła z nieba, a razem z nią spadł też żołędziowy krąg.
- Skończyłeś? - z daleka zapytał Fąferek i nie czekając na odpowiedź,
ruszył w kierunku zwłok. Za nim, jak cień, podążał Prajchert. Kostecki
wiedział, że powinien teraz podzielić się swoimi spostrzeżeniami, jednak
tego nie zrobił. Szybko ruszył w przeciwnym kierunku, by znaleźć się za
drzewem i tam, nie będąc na widoku, zwymiotować. Gdy jedną ręką
przytrzymywał aparat, by go nie pobrudzić, a drugą podparł się o drzewo,
zauważył, że na drzewie wisi kartka. Do pnia przytwierdzono ją
zabrudzonym na czerwono nożem.
***
Melania z samego rana zaczęła szykować się do wizyty u siostry. Choć
długo spała, teraz była już ubrana i gotowa do wyjścia. Zakluczyła
drzwi, zamieniła kilka słów z sąsiadką, ukłoniła się właścicielce domu i ruszyła na przystanek. Tramwaj przyjechał chwilę później.
W wagoniku było niewiele osób. Melania, jak to zwykle robiła, zaczęła
się im przyglądać. Zastanawiała się, czy któraś z nich mogła być kiedyś
w sklepie, w którym pracuje. Przypatrywała się płaszczom kobiet, ich
kapeluszom i butom. Jeśli tylko zdołała coś dostrzec - także biżuterii.
Gdy zobaczyła jakiś ładny drobiazg, wyobrażała sobie, jak wyglądałby na
jej dłoni lub szyi. Wierzyła, że kiedyś i ona będzie miała coś takiego,
na co inni zwrócą uwagę.
Była dziewczynką, gdy w mieście bywała Pola Negri. Sławna dziś
amerykańska aktorka, która ma ponoć romans z samym Rudolfem Valentino.
Gdy przyjeżdżała i komuś udawało się ją sfotografować, było niemal
pewne, że takie zdjęcie znajdzie się w prasie. Mama Melanii wycięła z gazety i zachowała jedną z fotografii. Taką, na której Pola ma na szyi
wisiorek z ogromnym ciemnogranatowym szafirem, okolonym brylantami. Raz
widziała podobny, choć dużo mniejszy, w oknie sklepu jubilerskiego.
Śmiały się czasem z Amelią, że mogłyby się przebrać za chłopaków, wybić
szybę i ukraść ten wisiorek, i nosić go na zmianę. Ale potem wisiorek
zniknął i zabawa się skończyła. Zostało tylko zdjęcie Poli Negri. I marzenia o biżuterii.
Tramwaj szybko dojechał na plac Teatralny. Melania wyskoczyła z niego
tuż przy Teatrze Miejskim. Przeszła przez most, pod którym kłębiły się
barki; między nimi trening prowadzili młodzi adepci sztuki wioślarskiej.
Minęła spichrze i budynek, w którym mieściła się "Cafe Bristol", i weszła w ciasną ulicę Mostową, prowadzącą wprost do Starego Rynku. Tam
umówiła się z Amelią i jej mężem. Chcieli wspólnie wypić kawę gdzieś na
mieście, a potem pójść na obiad do ich domu. Melania, choć lubiła
kawiarnie, z tym niepowtarzalnym aromatem świeżo palonej kawy,
pomieszanym z zapachem ciast i ciasteczek, tym razem szczególnie
cieszyła się na odwiedziny na Szwederowie. Wszystko za sprawą Anuli,
córki Amelii, która była ciut chora i dlatego nie poszła z rodzicami na
ciastko. Została w domu z gosposią, kochaną Pelagią, która kiedyś
opiekowała się również Melanią.
Nim odnaleźli się na rynku, Melanii przebiegła przez głowę myśl o szarym
młodzieńcu. Nadzieja, że może gdzieś tu jest. Że może go spotka.
***
Od rana kręciłem się po rynku, przemierzając go w tę i z powrotem. Nie
spotkałem jej. Na szczęście, bo przecież miałem się nie spieszyć.
Poszedłem do parku i usiadłem na ławce pod Potopem. Słuchałem opowieści
jakiegoś staruszka. O wielkiej wojnie, o uroczystym wjeździe do miasta
wojsk polskich w styczniu 1920 roku i o tym, że Niemcy, uciekając stąd,
zabrali maszyny z fabryk, zwierzęta i zapasy żywności z pobliskich
wiosek. Że poznikały przez to firmy, w których ludzie pracowali, a miasto miało duże trudności choćby z pozyskaniem skądś żywności, by
rozdać ją potrzebującym. Radość mieszała się więc z poczuciem, że znowu
trzeba zaczynać od nowa. Mieszkańców utwierdzali w tym przekonaniu
przybysze z Wielkopolski, Śląska, a nawet Mazowsza, które już od dwóch
lat cieszyło się wolnością.
- Widać gdzie indziej wcale nie żyje się lepiej, tylko rzeczywistość
rozminęła się nam z oczekiwaniami - powiedział staruszek. Potem nagle
zmienił temat i stwierdził: - Pan jednak został.
- Nie, nie zostałem. Nie pochodzę stąd. Ale kiedyś często tu bywałem... u krewnych. Dopiero teraz... - odpowiedziałem.
- Jest pan tu z sentymentu? Zakochał się pan? - dopytywał starzec.
- Można tak powiedzieć - odpowiedziałem wymijająco. - Można tak
powiedzieć... Mam stąd wspaniałe wspomnienia, dlatego przyjechałem na
trochę. Rozglądam się i zastanawiam, czy nie osiąść tu na stałe.
***
Oględziny zwłok przez policjantów i doktora Mariana Wolaka nie
przyniosły żadnych nowych informacji. Nie było wątpliwości, że kobiecie
podcięto gardło. Wszyscy zastanawiali się, jak to możliwe, że o tej
porze roku była na dworze tylko w cienkiej sukience.
- Wygląda, jakby wybierała się do ślubu w środku lata - zauważył Kazik
Sosnowski, drugi z posterunkowych, który przybył na miejsce razem z Fąferkiem. - Brakuje tylko bukietu i mielibyśmy pewność, że trzeba
szukać pana młodego. Brak obrączki niczego nie przesądza. Mógł ją
ściągnąć ten luj, co się do nas zgłosił. I schować gdzieś w te swoje
łachmany. Nikt go przecież nie przeszukał.
Tę adresowaną do niego złośliwość, częściowo, niestety, uzasadnioną,
Prajchert przyjął ze spokojem.
- Kierowniku - zwrócił się do Fąferka - mam kazać posterunkowemu
Sosnowskiemu przeszukać tego luja?
- Cisza. - Aspirant uciął dyskusję. - Na razie nie mamy powodu, by mu
nie wierzyć. Idź do niego, Sosnowski. Niech ci poda nazwisko i adres.
Sosnowski odszedł w kierunku mężczyzny, reszta policjantów skierowała
się natomiast w stronę drzewa, przy którym chwiał się Kostecki. Zrobił
już zdjęcia kartki i noża, ale wciąż był bardzo blady. Znaleziska
powstrzymały jednak wcześniejszy wybuch mdłości.
- Dobra robota - pochwalił go Fąferek, nakładając rękawiczki, i bardziej
z przyzwyczajenia niż z potrzeby zapytał jeszcze, czy zdjęcia są już
zrobione.
Kostecki skinął potakująco głową.
Sosnowski powrócił z zapisanym imieniem, nazwiskiem, adresem i danymi
sąsiadów, którzy mogliby potwierdzić, kim jest człowiek, który znalazł
zwłoki. Fąferek przeczytał, nie wiedzieć czemu na głos, "Zenon Kowalski"
i zdecydował, że Sosnowski pojedzie z nim na komisariat.
Sosnowski nie miał na to ochoty, ale ugryzł się w język. Był pyskaty i złośliwy, bo dzięki temu radził sobie, ze swą mizerną posturą, wśród
dzieciaków skłonnych raczej do bitki niż do debat o literaturze. W policji taka taktyka była jednak nieskuteczna, a nawet felerna. Koledzy
równi rangą trzymali go na dystans, przodownicy nie wyróżniali go ponad
innych posterunkowych. Fąferek zwykle odwracał kota ogonem i w chwili,
gdy Sosnowski myślał, że w końcu zabłysnął w jego oczach, zlecał mu
wykonanie zadania, które Sosnowski w tym momencie uważał za najgorsze.
Dokładnie tak, jak teraz.
***
Katarzyna po wyjściu męża natychmiast wstała od stołu. Miała sporo
czasu, jednak postanowiła się pospieszyć. Pomna porannych doświadczeń
małżonka, zarzuciła na ramiona lekki płaszcz i wyszła.
Do Dworcowej miała spory kawałek drogi, cieszyła się więc, że jest
ciepło i że nie pada deszcz. Idąc, zastanawiała się, o co też mogło
wczoraj chodzić pani Matyldzie. Znała ją słabo, w zasadzie wcale,
regularnie kupowała jednak w jej kolekturze losy Loterii Państwowej.
Specjalnie w tym celu chodziła na ulicę Dworcową, pod siedemnastkę, do
Matyldy Rejewskiej. Uroczej, drobnej kobiety, która po owdowieniu
starała się utrzymać w ten sposób siebie i dzieci, które nie pokończyły
jeszcze szkół. Poradziła sobie. Najmłodszy z jej dzieciaków, Marian,
miał niespełna dwadzieścia lat i studiował w Poznaniu, na uniwersytecie.
Pani Matylda opowiadała nieraz Katarzynie o jego zdolnościach i osiągnięciach. Katarzyna odpłacała tym samym, mówiąc o swoich dorosłych
dzieciach. To je zbliżyło do siebie.
Gdy znalazła się pod kolekturą, postanowiła przejąć inicjatywę. Choć
jeszcze chwilę wcześniej wahała się, czy to jest dobry pomysł, zaprosiła
panią Matyldę do hotelu "Pod Orłem", by to w jego restauracji wysłuchać
całej historii i zastanowić się, co dalej.
***
Fąferek, na wszelki wypadek uważnie patrząc pod nogi, bo jednak coś
mogło się na ziemi zapodziać, podszedł do drzewa i pociągnął za nóż,
drugą ręką przytrzymując kartkę. Obejrzał przedmiot, choć nie spodziewał
się, że ustali w ten sposób coś ważnego, i niemal natychmiast umieścił
go w kopercie.
Znacznie więcej czasu poświęcił kartce. Rozłożył ją delikatnie i zaczął
głośno czytać: "Droga Hanno. Z góry proszę - wybacz, że ośmielam się
pisać "droga", choć tak słabo się znamy. Ledwie kilka dni, ale ja już
wiem, że chciałbym być z Tobą zawsze. Wystarczyło parę chwil, bym to
zrozumiał, stąd moje słowa...".
- Skoro jakiś facet tak do niej pisał, to widać nie była to żadna blirwa
- przerwał mu Prajchert, jednak Fąferek, nie spojrzawszy na niego ani
przez moment, czytał dalej.
- "Od pierwszego Twojego spojrzenia, od pierwszego skinienia stałem się
Twoją własnością. Już nie chcę szukać żadnej innej. Nie chcę i nie
zechcę nigdy żadnej innej kobiety. Wszystko, co robisz, jest dla mnie
idealne. Wiesz, że długo Cię szukałem. Powiedziałem Ci to od razu.
Dlatego wierzę, że to, co poczułem, to jest uczucie, które nigdy nie
przeminie. Pozwól mi więc kochać Cię, a jeszcze lepiej pokochaj mnie tak
samo, jak ja Cię kocham". - Aspirant skończył i podniósł wzrok na
towarzyszących mu policjantów. - Jakieś pomysły? - zapytał.
- Rozejrzyjmy się jeszcze, może coś nam przyjdzie do głowy -
zaproponował Prajchert, który, podobnie jak inni, zupełnie nie wiedział,
co o tym myśleć. - Skoro zostawił kartkę na drzewie, może jest tu coś
jeszcze.
- Korekt - zgodził się Fąferek.
***
Pani Matylda stała już przed kolekturą. Chętnie zgodziła się na wizytę w restauracji.
- Z mężem często tam bywałam, teraz nie bardzo mam z kim. Czasem z bratem i bratową, ale to nie to samo, co spotykać się w czwórkę. A dzieci, sama pani wie, mieszkają daleko - stwierdziła.
Poszły więc do hotelu, który był widoczny z miejsca, w którym stały,
choć ulica Dworcowa u zbiegu z Gdańską wygina się mocnym łukiem. Hotel,
z rzeźbą orła na dachu, był bardzo nowoczesny, bo jego właściciele dbali
o komfort gości. Już w minionym wieku miał elektryczne oświetlenie,
parowe ogrzewanie i hydrauliczną windę.
W hotelowej restauracji tłoczno robiło się zwykle dopiero w porze
obiadu, bo podawano tu wykwintne dania, jednak teraz, w godzinach
południowych, ruch był stosunkowo niewielki. To pozwalało na swobodną
rozmowę.
Na wszelki wypadek kobiety usiadły jednak przy jednym z narożnych
stolików, w miejscu, gdzie nie było ludzi. Zamówiły kawę i ciastko
wiedeńskie. Dopiero potem pogrążyły się w rozmowie.
***
Melania siedziała z siostrą i jej mężem Pawłem w zawieszonej nad wodą
przeszklonej werandzie restauracji "Cafe Bristol". Opowiadała jakieś
historie z życia sklepu, myślami była jednak daleko. Wspomnienie szarego
młodzieńca jej nie opuszczało. Przez chwilę nawet zdawało jej się, że on
siedzi w tej samej restauracji, kilka stolików dalej. Po chwili jednak,
gdy mężczyzna wstał, by przywitać się z przybyłą kobietą, zauważyła
swoją pomyłkę. Ucieszyła się, ale jednocześnie była rozczarowana, że to
nie on.
Po kawie i ciastku cała trójka ruszyła w kierunku Szwederowa. Nie
spieszyło im się, bo do obiadu było jeszcze sporo czasu, a pogoda,
pierwszy raz o wielu tygodni, rzeczywiście zachęcała do spacerowania. Z rynku skręcili więc w Batorego i, przecinając Długą, weszli w Przesmyk.
Stąd już tylko kilka kroków dzieliło ich od Nowego Rynku i od pnących
się pod górę Terasów, z których zboczyli w kierunku Górskiej. Ta aleja
była jednym z najulubieńszych miejsc bydgoszczan. Mogli z niej
podziwiać, niczym z lotu ptaka, całe bydgoskie Stare Miasto.
Melania była podekscytowana, co nie umknęło uwadze Amelii. Pytać o to,
czy coś ważnego się w jej życiu wydarzyło, nie miała jednak zamiaru. W każdym razie jeszcze nie teraz. Wolała cieszyć się chwilą. Wzięła
Melanię pod rękę i powróciła do zabawnych historyjek z dzieciństwa
siostry. Paweł szedł dwa kroki za nimi, pozwalając im swobodnie
rozmawiać.
***
Sosnowski na komisariacie, sam na sam ze starym człowiekiem, który
znalazł zwłoki, poczuł się nieswojo. Nie bardzo wiedział, o co jeszcze
miałby go zapytać. Zaczął więc, co samego go zaskoczyło, od
zaproponowania mu czegoś do picia. W czasie gdy gotowała się woda, wdał
się z nim w dyskusję o zawodnikach Bydgoskiego Towarzystwa Wioślarskiego
- Twardowskich, Witeckim i Goli. A potem, gdy już siedzieli z herbatą,
rozmowa na temat zdarzenia, z powodu którego znaleźli się na
komisariacie, potoczyła się nadspodziewanie łatwo.
- Zbierałem chrust. Czymś trzeba palić. Często chodzę na Zimne Wody, bo
zwykle nikogo tam nie ma. Tylko przy porcie zawsze ktoś się kręci. Drzew
też zresztą jest niewiele, ale ja tam za wiele tego ciepła nie
potrzebuję. No więc chodziłem tam, zbierałem patyki na stos, a potem
związałbym je sznurkiem. Sznurek miałem w kieszeni. Pan mi go zabrał
przy przeszukaniu. Odda mi go pan, prawda? - Zaniepokoił się raptem, ale
potem ciągnął dalej. - Już prawie miałem kończyć, gdy zobaczyłem tego
trupa, to znaczy tę pannę. Taka była piękna w tej sukni, jak moja żona,
gdy braliśmy ślub... Od razu pomyślałem, że jest martwa. Bo gdyby żyła, to
na pewno zimno by jej było w samej tylko sukience. Przemknęło mi przez
głowę, że może była tam umówiona z jakimś miglancem.
- Nie szukał go pan? - przerwał mu Sosnowski.
- Nie. Uznałem, że gdyby jakiś facet tam był, to byłby przy niej.
Zawołałem "halo", ale ona się ani nie poruszyła, ani nie odezwała. To
podszedłem. I jeszcze raz powiedziałem "halo", ale już wtedy, no wie
pan, już byłem pewny, że ona nie żyje, bo zobaczyłem jej szyję.
Przeraziłem się. Nawet jej nie dotykałem, nic więcej nie mówiłem, tylko
stałem. Nie bałem się jej, oczywiście, ale tego, kto ją zabił. Bo gdyby
tam jednak był, to mógłby i mnie pociąć. Ale i tak nie mogłem się
ruszyć. No i nie wiedziałem, co robić dalej. Uciekać i udawać, że
niczego nie widziałem? Tak byłoby najłatwiej. Stałem tak więc, pięć
minut, może piętnaście. Potem zrobiło mi się zimno, więc się ocknąłem,
ale nadal bałem się do was przyjść. Chodziłem więc w kółko, dalej
myśląc, co by tu zrobić. W końcu podjąłem decyzję, by jednak was o tym
powiadomić.
- Ale nie przyszedł pan od razu.
- No nie. Bo ciągle myślałem o tym, co mam powiedzieć, żebyście mi
uwierzyli. No i wszedłem po drodze do jednego znajomka, bombkę
wychyliłem dla kurażu.
- Albo dwie.
- Dwie bombki. Tak. Ale potem przyszedłem. I to wszystko.
- Nikogo pan nie widział? Ani jak pan szedł na wyspę, ani na niej, ani
jak pan odchodził?
- Nikogo. Żadnego człowieka.
- A stał gdzieś w pobliżu jakiś samochód albo choć rower?
- Nie, ale jak już szedłem do was, to mijały mnie różne auta. I motory.
Jeden, taki piękny, jakby dopiero co z fabryki wyjechał, śmignął koło
mnie z takim pędem, że gdybym był bliżej drogi, to pewnie bym się
przewrócił. Tak pędził.
- A ludzie? Szli jacyś ludzie oprócz pana?
- No tak, ale to już blisko Bartodziejów. I raczej od miasta, a nie w jego stronę.
- Niech będzie. W takim razie pozostaje nam jeszcze tylko zdjąć odciski
palców...
- Ale po co? Przecież mi pan wierzy, że to nie ja zabiłem?
- Widział pan, że znaleźliśmy nóż i list. Mogą być na nich odciski
palców. Jak będziemy mieć pańskie, to porównamy jedne z drugimi i wtedy
będziemy mieć czarno na białym, czy jest pan niewinny.
Sosnowski najchętniej tłumaczyłby jeszcze długo, czym jest
daktyloskopia, po co pobiera się odciski palców i jak to się robi, byle
tylko nie przechodzić do czynu, bo pobieranie odcisków przyprawiało go o ból głowy. Niby znał na pamięć Podręcznik dla Służby Daktyloskopijnej,
który napisał inspektor Ludwikowski, naczelnik Wydziału I Głównej
Komendy, ale i tak zawsze bał się, że coś mu się nie uda. Odtwarzał więc
w pamięci fragment dotyczący techniki pobierania odcisków od
podejrzanych: "Nasamprzód nakłada się trochę farby drukarskiej na
ułożoną równolegle z kantem stołu płytę i rozciera się łopatką, a następnie ruchomym wałkiem gumowym, tworząc przez to na kancie płyty
zupełnie cieniuchną, mniej więcej 5 cm szeroką warstwę farby. Najpierw
daktyloskopuje się prawą, później zaś lewą rękę".
Potem Ludwikowski pisał, że trzeba ująć duży palec u prawej ręki
daktyloskopowanej osoby trzema palcami swej prawej ręki u ostatniego
stawu, trzema zaś palcami lewej ręki u pierwszego stawu, nakładać go
pionowo lewym brzegiem paznokcia na płytę z farbą i przetaczać go
powoli. Sosnowski pamięta też doskonale, że po odciśnięciu pojedynczych
odcisków trzeba jeszcze pobrać odcisk czterech palców jednocześnie, że
gdy się któryś odcisk nie uda, trzeba go powtórzyć, nanosząc nowy na
kartę powyżej niedokładnego odcisku... A jednak i tym razem się bał, że
nałoży na płytę za dużo farby albo że nierówno ją rozetrze i przez to
ślady będą źle odbite.
Kowalski jakby rozumiał jego rozterki. Bez słowa, zgodnie z instrukcją
Sosnowskiego, umył ręce wodą i mydłem, a brud szczególnie odporny na
mycie, wżarty w skórę, usunął benzyną, dokładnie po wszystkim wycierając
dłonie. Do stołu, na którym leżała płyta, też podszedł bez słowa,
spokojnie znosił wszystkie kolejne czynności wykonywane przez
Sosnowskiego, za co policjant, choć tego ani słowem nie zdradził, był mu
ogromnie wdzięczny.
***
Dojechawszy do wskazanego przez Kowalskiego budynku przy ulicy
Toruńskiej, Ambroży Nowicki musiał pukać dłuższą chwilę, nim ktoś
wreszcie mu otworzył. Potem drzwi uchyliły się na kilka centymetrów, tak
by ten, kto stał za nimi, mógł szybko i bez problemu je zamknąć. W powstałej szparze widoczny był tylko jego kałdun wtłoczony w zbyt mały
sweter.
- Czego? - warknął dudniącym głosem.
Policjant nie miał ochoty na żadne przepychanki, ale zrozumiał, że nie
ma wyboru. Uderzył pięścią w drzwi, więc pomimo wielkiego kałduna jego
właściciel oberwał nimi także w nos. Cel został osiągnięty. Drzwi
puściły, a stojący za nimi grubas trzymał się za twarz, co zachęciło go
do szybkiego udzielenia odpowiedzi na zadawane pytania.
- Kowalski, Zenon Kowalski mieszka w tym domu? - zapytał więc starszy
posterunkowy od razu.
- Co ma nie mieszkać, jak mieszka - wymamrotał grubas. - Przez tego
śmiecia nos mi rozwaliłeś? Jak jest ci coś winien, to twój problem.
Trzeba było mu nie dawać. Masz chyba oczy, człowieku, i widziałeś, że to
bida z nędzą, więc jak go do pierdla poślesz, to jeszcze się ucieszy, bo
będzie miał darmowy wikt i opierunek.
- Nie prosiłem cię o poradę - wysyczał Nowicki. - Ale skoro tak lubisz
gadać, to powiedz mi jeszcze, czym się Zenon zajmuje?
- Chlaniem się zajmuje, a czymże by innym miał się ten ochlapus
zajmować. - Grubas wydał z siebie skrzeczący rechot. - Chlaniem i naciąganiem idiotów. To wszystko. No może czasem pokręci się tu i tam, i trochę drewna nazbiera, żeby miał czym ogrzać izbę.
- Kogo naciąga? - dopytywał posterunkowy.
- Tych, co mają sieczkę w głowie. - Grubas odjął rękę od twarzy i spojrzał na policjanta z politowaniem. - Takich galancików, co to na
motocyklach jeżdżą albo lajsnęli sobie jakieś inne cudo i kłują tym
innych w oczy. Zaczepia ich, prosi o kilka groszy i czasem coś dostaje.
- Kradnie?
- A ty co taki ciekawy jesteś, szpiclu? - Mówiąc to, grubas znów się
naprężył.
Nowicki nie czekał na ciąg dalszy, tylko ponownie walnął w drzwi. Tym
razem uderzyły grubasa w ramię, a potem huknęły w jakiś mebel, który
stał tuż za nimi. Grubas chciał zrobić krok do przodu, ale nie zdążył.
Policjant już był przy nim i trzymał go za obolałe ramię, potęgując ból
po uderzeniu.
- Odpowiesz grzecznie na wszystkie moje pytania. Rozumiesz? - wycedził.
- Co mam nie rozumieć. - Grubas natychmiast spokorniał, a Nowicki
rozluźnił uścisk.
- Kogo jeszcze Zenon naciąga? Jakieś kobiety? - zapytał.
- Kobiety? Toć żadna baba by na niego nie spojrzała. Brzydki jest i stary. I biedny. I śmierdzący. Ponoć miał kiedyś żonę, nawet ładną.
Zdjęcie mi pokazywał. Ale potem coś się pokiełbasiło. On poszedł do
powstania wielkopolskiego, a ona puściła się z Niemcem. No to, jak
wrócił, babę przegonił. Sam poszedł na dno. Nie pracował, żyć nie miał z czego i wylądował tutaj. W komórce, którą babcia z pierwszego piętra
udostępniła mu za noszenie węgla, ale tego też raczej nie robi. Często
się o to kłócą na podwórzu, to wiem.
Nowicki, który grubasa puścił już całkiem, sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął paczkę papierosów. Grubas zerknął na nią łapczywie, policjant
pozwolił mu się poczęstować. Sam też zapalił. Milczeli przez chwilę.
Policjant zastanawiał się, czy jeszcze o coś powinien go zapytać, ale
wiedział już, że to raczej niemożliwe, by ten stary człowiek zamordował
dziewczynę. Nie zwabiłby przecież, nawet najpiękniejszym listem,
kobiety, która kiedykolwiek wcześniej go widziała. No chyba, że list
napisał ktoś inny, a on tam tylko przez przypadek się napatoczył. Widząc
samotną kobietę, mógł ją zaczepić, prosząc o kilka groszy lub o coś
innego, gdy ona czekała na ukochanego. Mógł stać się namolny, ale wtedy
na pewno by się broniła i pozostałyby na jej ciele i ubraniu jakieś
ślady, trawa byłaby zadeptana, gałęzie połamane... Może nawet uciekłaby,
bo była przecież młoda, a on jest stary. Z drugiej strony, nie wyszła
przecież w kwietniu z domu w samej sukience, więc skoro nie ma nigdzie
płaszcza, może stary człowiek chciał go jej ukraść? Ale wtedy też by
walczyła... Nowicki był w stanie uwierzyć, że w czasie takiej szamotaniny
mogłaby nieszczęśliwie upaść, uderzyć w coś głową i od tego umrzeć, ale
skąd podcięte gardło? I po co w takim razie stary człowiek przybijałby
dramatycznym gestem list do drzewa albo lazł na komisariat? Jest jeszcze
ten żołędny krąg... Po co miałby go układać? Nie. To się kupy nie trzyma.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki