Mopsokracja - Marta Zubowicz

Kup ebooka

24.23 zł
20.11 zł (20,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Leon

Rozmowa z lekarzem była dla Leona, niczym grom z jasnego nieba. Diagnoza brzmiała dla niego, jak wyrok. Kiedy lekarz powiedział mu, że przy jego nadciśnieniu nie ma szans na przeżycie operacji, całkiem się załamał. Postanowił jak najszybciej pozamykać wszystkie swoje interesy i uporządkować sprawy majątkowe, żeby nie narażać dzieci na kłopoty po swojej śmierci. Kiedy odebrał telefon od Julii, właściwie wcale nie miał ochoty z nią rozmawiać. Zgodził się na spotkanie, bo tak płakała w słuchawkę, że nawet nie zdążył jej odmówić. Umówili się na wieczorną herbatę u niego.

Kiedy zadzwonił dzwonek, Leon z niechęcią i strachem ruszył do drzwi. Nie dość, że cały świat mu się zawalił, to jeszcze będzie musiał ją pocieszać. Był zły, że się zgodził, ale nie umiał jej się postawić. Kiedy byli razem, zawsze umiała wykorzystać jego słabość. Kiedy otworzył drzwi, odskoczył do tyłu usłyszawszy szczekanie psa, który donośnie dając o sobie znać pobiegł do kuchni. Leon nawet nie zdążył dostrzec, jak wyglądał.

- A co to ma znaczyć? Zapytał zdziwiony. Nie usłyszał jednak odpowiedzi, a tylko głośne szlochanie Julki, która wchodząc do domu rzuciła mu się w ramiona i zaczęła płakać jeszcze głośniej. - Co się stało? - niechętnie zapytał Leon, ale spazmom nie było końca.

- Nie żyje, wyszlochała w końcu Julia.

- Kto nie żyje nerwowo spytał Leon.

- Adam, mój przyjaciel, odparła przez łzy Julia. Nie wiedział, kim jest Adam, ale czuł, że nawet mimo woli, powinien zapytać.

- Adam był moim sąsiadem, wyrzuciła z siebie niepytana Julka. - Znaliśmy się od pierwszego dnia, kiedy tam mieszkam. Mieliśmy chyba po pięć lat. Kiedy wprowadziliśmy się na osiedle, wszystkie dzieci poznawały się ze sobą. Graliśmy w podchody i ja się zgubiłam. Zaczęłam panikować i płakać, no i wtedy pojawił się Adam. Wziął mnie za rękę i płaczącą odprowadził do domu. Od tamtej pory byliśmy przyjaciółmi.

Julia wytarła twarz rękawem i z troską spojrzała na Leona. - Co z tobą? - Spytała zaniepokojona.

- Zostawmy to - odpowiedział mężczyzna i objąwszy ją ramieniem zaprowadził do salonu. W tej chwili do pokoju wbiegł pies i zaczął łasić się do Leona. - A to kto? Czemu przyszłaś z psem? Julka znowu wybuchła płaczem.

- Musisz mi pomóc- odpowiedziała. - To mops Adama. Ja w niedzielę lecę do pracy do Waszyngtonu i jeśli do tego czasu nie znajdę mu domu, trafi do schroniska. Adam nie miał nikogo, więc Bastian został na świecie zupełnie sam.

- Zróbmy więc herbatę i zastanowimy się nad nowym domem dla niego - powiedział z troską w głosie Leon i po raz pierwszy spojrzał na psa. Ten, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wskoczył mężczyźnie na kolana i polizał go po dłoni. Leon poczuł mocne ukłucie w sercu.

- Chodź biedaku, dam ci wody. Bastian, jakby znali się od zawsze, posłusznie zeskoczył z kolan i pomaszerował do kuchni. Julia spojrzała na nich obu i stwierdziła, że wyglądają, jakby znali się od zawsze. W tej chwili przyszedł jej do głowy nowy plan.

Bastian dostał miskę zimnej wody, a herbata parowała z dzbanka na stole.

- Może wreszcie powiesz mi, co się dzieje. Przecież widzę, że coś jest nie tak - powiedziała zatroskanym głosem kobieta.

- byłem dziś u lekarza - odparł zasmucony Leon. - Niestety nie kwalifikuję się do operacji - Powiedział, że przy moim podwyższonym ciśnieniu nie mam szans na przeżycie zabiegu. Cóż, liczyłem się z tym, ale wiesz, nadzieja umiera ostatnia.

Julia wiedziała już, że jej szatański plan musi zostać wcielony w życie. Leon usiadł na kanapie, Bastian natychmiast wskoczył mu na kolana, a Julia tonem nie znoszącym sprzeciwu powiedziała

- mam pewien plan z tym domem dla niego.

- masz kogoś konkretnego na myśli? -spytał zaciekawiony Leon. Kobieta opowiedziała mu, że zna jedną osobę, która byłaby idealnym opiekunem, bo pracuje z domu, ma duże mieszkanie w zielonej okolicy, stabilną sytuację finansową i o ogóle jest fantastycznym człowiekiem, który może stworzyć Bastianowi najlepszy dom na ziemi.

- Wobec tego musimy go tylko przekonać - powiedział Leon, który już prawie zapomniał, jak kiepski miał dzisiaj dzień.

Julia poprosiła go, żeby spróbowali zagrać role dwóch osób. Ona będzie tą, która ma stworzyć nowy dom, a on będzie tym, który ma ją przekonać. Długo rozmawiali, a ona odpierała jego argumenty. Jedne emocjami, a drugie rozsądkiem. Kłócili się, śmiali, płakali i wymieniali argumenty. Przez cały czas patrzył na nich zaciekawiony tą sytuacją Bastian, który cały czas leżał obok Leona.

- Widzisz piesku, wszystko wskazuje na to, że znaleźliśmy ci najlepszy dom pod słońcem - powiedział Leon.

- Nawet nie wiesz, jaki - odparła zaczepnie Julia.

Kiedy pili herbatę, pies nie odrywał wzroku od mężczyzny. Leżał wyciągnięty wzdłuż jego uda i podsypiał chrapiąc donośnie. Leon pogłaskał go czule i powiedział smutnym głosem:

- gdybym tylko mógł, nie oddałbym go nikomu. Szkoda, że to wszystko tak się potoczyło.

- co masz na myśli? - spytała zdziwiona tym wyznaniem Julia.

Leon opowiedział jej o dzisiejszej wizycie u lekarza, o diagnozie i rezygnacji ze wszystkiego, co zamierzał robić. Mówiąc to, wzruszył się mocno i po upływie pół godziny płakali razem. Przez cały ten czas Bastian lizał dłoń mężczyzny, jakby chciał go pocieszyć. -nie mogę, bardzo bym chciał, ale nie mogę -powiedział smutnym głosem Leon, a po policzkach płynęły mu łzy. Pies wstał, wszedł mężczyźnie na kolana i polizał go po policzku.

Mimo, że Leon nie mógł zaopiekować się psem, zgodził się, żeby ten mieszkał u niego do czasu przekonania nowego potencjalnego opiekuna i przygotowania mu wszystkiego w nowym domu. Już następnego dnia bawili się tak, jakby znali się od zawsze. Byli już na dwóch spacerach i Leon ze zdziwieniem stwierdził, że nie wie, jak mógł do tej pory żyć bez psiego przyjaciela.

Tydzień później wszystko wróciło do normy, życie nowych przyjaciół toczyło się sielankowo. Kiedy nadszedł dzień kolejnej wizyty u lekarza, Leon posmutniał na nowo. Za każdym razem, kiedy patrzył na bawiącego się beztrosko Bastiana, czuł znajome kłucie w sercu. On wiedział, wiedział, że ta sielanka niebawem się skończy.

Zapukał do gabinetu lekarza i wszedł nie czekając na odpowiedź. Lekarz przywitał go jakoś dziwnie i ze zdenerwowaniem w głosie powiedział, że muszą powtórzyć badania. Leon wiedział, że nie jest dobrze, ale miał nadzieję, że pogorszenie nie nastąpi aż tak szybko. Przecież nie dokończyli jeszcze sprawy z adopcją psa, a na tym mu najbardziej zależało. Pomyślał, że jak tylko wyjdzie z gabinetu, będzie musiał zadzwonić do przyjaciółki i przekazać jej złe wieści.

- Ile czasu mi zostało? - zapytał lekarza. Ten wyraźnie poruszony powiedział mu, że nie chce dawać złudnej nadziei i dlatego najpierw powtórzą wszystkie badania, a potem omówią wyniki. Czas dłużył się Leonowi niemiłosiernie i cały czas myślał o tym, czy zdąży do domu na popołudniowy spacer. W końcu dotarł ponownie pod gabinet i czekał, aż wyjdzie pacjent. Ponieważ czas biegł, jakby ktoś zatrzymał zegar, mężczyzna wysłał Julce wiadomość, ze nie jest dobrze, muszą pilnie porozmawiać i teraz czeka pod gabinetem.

Po wyjściu pacjenta, który był w gabinecie, lekarz chwilę wypełniał jakieś dokumenty i poprosił go do środka. Minę miał nietęgą, więc i Leon poczuł, że jego serce zabiło mocniej, a twarz zrobiła się czerwona ze zdenerwowania. Usiał na krześle i drżącym głosem poprosił lekarza o streszczenie wyników. Był tak zrezygnowany, że nawet nie spojrzał na swego rozmówcę, tylko cały czas patrzył w dół.

- Nie wiem, jak to powiedzieć panie Leonie - powiedział lekarz, drapiąc się po siwej czuprynie. - poprosiłem o powtórzenie wyników, bo trudno mi było zinterpretować te pierwsze. Leon podniósł wzrok z podłogi i pytająco spojrzał na medyka.

- Powtórzyliśmy wszystkie badania i omówiłem je z moim kolegą, który specjalizuje się w tego typu schorzeniach. Potwierdził wszystkie moje wnioski. Tak więc muszę to panu powiedzieć. Nie wiem, jak to możliwe, ale pański stan ustabilizował się na tyle, że już zarezerwowałem termin operacji. Leon zaniemówił.

- Jak to? Jak to możliwe? - zapytał dławiącym się głosem.

- Nie będę pana oszukiwał. Nie wiem. Gdyby to nie burzyło wszystkiego, co znam, powiedziałbym, że to cud. Tak, czy inaczej, proszę się szykować na przyszły tydzień. Widzimy się we wtorek, w środę operacja, a jak wszystko pójdzie dobrze, w piątek wróci pan do domu i tylko tabletki będą panu przypominały o chorobie.

- To wspaniałe wieści - powiedział wzruszony Leon. - Dziękuję i już nie mogę się doczekać operacji. Czy może mnie pan uszczypnąć? Wolę mieć pewność, że to nie sen.

Podali sobie dłonie na pożegnanie, wymienili mocny uścisk, a lekarz delikatnie uszczypnął mężczyznę w wierzchnią część dłoni.

- Będzie dobrze - rzucił na pożegnanie.

Po wyjściu z gabinetu Leon szedł do samochodu, a w jego głowie szalały myśli. Jak to możliwe, że się wymknął śmierci? Co teraz? Musi zadzwonić do dzieci, żeby zajęły się psem przez te kilka dni, kiedy będzie w szpitalu. Kiedy dojechał do domu, przypomniał sobie, że wysłał wiadomość Julce i wyciągnął z kieszenie telefon, na ekranie którego zobaczył powiadomienie o 17 nieodebranych połączeniach. 4 były od dzieci, a reszta od Julii, która po jego dramatycznej wiadomości próbowała się z nim skontaktować.

Następnych kilka dni było bardzo nerwowe i niespokojne. Bastian na kilka dni zamieszkał u rodziny Leona, a on sam robił wszystko, żeby nie zwariować z przejęcia. Nie mówił też nikomu o swoich obawach, że przecież wszystko możliwe.

Kilka tygodni później Julka przyjechała do Leona i już w progu oświadczyła, że wszystkie formalności załatwione i już za parę dni Leon będzie mógł pozbyć się problemu. Nowi właściciele już wybierają legowisko, analizują karmy i zastanawiają się nad nowym imieniem dla swojego nowego psa. Leon i Bastian spojrzeli na siebie, a mężczyzna wybuchł gromkim śmiechem.

- Przykro mi, ale będziesz musiała to odkręcić - powiedział głaszcząc psa.

- Jak to? - spytała zdziwiona kobieta.

- Nie potrafię tego wyjaśnić, ale ten mały zwierzak sprawił cud. Jest tak dobrze, że z całą stanowczością muszę stwierdzić, że uratował mi życie. Jestem jego dłużnikiem i nie zamierzam go oddawać nikomu, nawet, gdyby to był sam Cesar Millan - powiedział śmiejąc się donośnie. Potem opowiedział Julii, jak poszedł do lekarza przygotowany na najgorsze, o powtórnych badaniach, operacji, o tym, jak jego rodzina zakochała się w Bastianie i w końcu o jego ogromnym uczuciu do psa, bez którego nie wyobraża sobie życia

Julia trochę się boczyła, ale w końcu najważniejsze było to, że pies nie będzie po raz kolejny zmieniał domu i w końcu znalazł swoje miejsce na ziemi. Nic lepszego nie mogło się wydarzyć. Dlatego po kilku przegadanych godzinach pożegnali się, po czym kobieta oświadczyła, że jedzie do domu.

Zanim jednak wsiadła do samochodu, postanowiła iść na krótki spacer do parku i uspokoić się po tej jakże emocjonalnej wizycie. Usiadła na trawie i przypomniała sobie o czymś. Wysłała do szefa wiadomość o następującej treści: "wszystko poszło zgodnie z planem, obaj ocaleni" odłożyła telefon i przeciągnęła się leniwie, rozpościerając lśniące w ostatnich promieniach zachodzącego słońca skrzydła.

Antek

Antek szedł powoli brzegiem rzeki i zastanawiał się, gdzie dziś przenocuje. Jesień zaczęła się deszczowo i nie łatwo było znaleźć bezpieczne i suche schronienie. Od kiedy był bezdomny, zdarzało mu się nocować w różnych dziwnych miejscach. Ludzie nie reagowali zbyt dobrze na rosłego, wytatuowanego brodacza, który prosił o możliwość przenocowania w zamian za jakąś drobną pomoc. Początkowo miał nadzieję, że jakoś uda mu się nad tym zapanować, ale poddał się i z czasem przestał prosić. Sprzedał już wszystko, co przedstawiało jakąś wartość i na obecnym etapie życia pozostała mu już tylko wędrówka. Latem, kiedy na wsiach rolnicy potrzebowali pomocy brał wszelkie zajęcia. Pieniądze uzyskane z pracy odkładał na jedzenie w czasie, kiedy ciężko o zajęcie. Jakoś dawał sobie radę i tylko czasem zastanawiał się, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby nie wojsko, wyjazd na kontrakt i te wszystkie okropności, które tam widział i przez które rozpadło się jego dotychczasowe życie.

Szedł więc tak sobie powoli, aż nagle do jego uszu dobiegły z krzaków te dziwne dźwięki. Na początku trochę się wystraszył, ale wiedziony ciekawością postanowił sprawdzić. Powoli zszedł z nasypu biegnącego wzdłuż drogi, którą szedł i rozglądając się wokół dotarł do jakiejś dziury w ziemi, z której dochodziły dźwięki. Trochę się bał, bo charczenie stawało się coraz głośniejsze i straszniejsze, ale miał świadomość, że to dziura w ziemi potęguje odgłosy, które dzięki rezonansowi stają się głośniejsze i straszniejsze. Podejrzewał, że to jakieś potrącone na drodze zwierzę, któremu trzeba ulżyć w cierpieniu, ale zupełnie się nie spodziewał tego, co miał zaraz zobaczyć.

Po zejściu na samo dno studzienki, jego oczom ukazał się straszny widok. Owinięty drutem kolczastym nieduży ciemny pies charczał głośno i warczał na niego. Kiedy tylko się ruszył, zaczynał dodatkowo skomleć z bólu. Jedną łapę miał nienaturalnie wygiętą i Antek od razu pomyślał, że musiała być złamana.

Bał się bardzo, ale wiedział, że bez jego pomocy, pies nie dożyje do rana. Nie obawiał się pogryzienia, ale tego, jak pomóc przerażonemu i obolałemu zwierzęciu, nie robiąc mu większej krzywdy. Dlatego podszedł bardzo powoli i usiadł obok, cały czas mówiąc cicho do psa, który natychmiast zaczął reagować, ale każdy ruch wywoływał u niego skowyt bólu. Antek wyjął duży rozkładany nóż i pełen obaw wziął się do roboty. Najpierw starał się oswobodzić głowę i złamaną łapę. Później delikatnie odchylał i rozcinał kolejne fragmenty, aż wreszcie po kilku godzinach, pies został uwolniony. Nie uciekał, jak spodziewał się mężczyzna, tylko podczołgał się bliżej, opadł na podłogę, spojrzał na niego i polizał dłoń, która znajdowała się blisko jego łapy.

Myśli kotłowały się w głowie Antka, który bardzo chciał pomóc temu biedakowi. Starał się znaleźć jakieś rozwiązanie, ale w jego sytuacji, wyglądało to raczej beznadziejnie. W pewnym momencie przypomniał sobie, że kilka dni temu, idąc tą drogą, widział gabinet weterynaryjny. Uznał, że musi zanieść tam tego psa.

Kiedy na niego spojrzał, zauważył z niepokojem, że pies się nie rusza. Spod jego brzucha wypływała cienka strużka krwi. Antek natychmiast odwrócił psa, obejrzał ranę i zdał sobie sprawę, że nie zostało mu wiele czasu. Założył psu opaskę uciskową zrobioną z rękawa swojego swetra, zawinął jęczącą z bólu kupkę cierpienia w swoją kurtkę i pobiegł w kierunku gabinetu.

Biegł około 20 minut. Już dawno opadł z sił, ale wiedział, że jeśli nie dotrze szybko, pies nie przeżyje. W końcu dostrzegł w oddali neon gabinetu, przed którym młoda kobieta wsiadała właśnie do samochodu. Pewnie nie bardzo wzbudzał zaufanie, ale postawił wszystko na jedną kartę i zaczął krzyczeć z całych sił:

- Hej, zaczekaj, ratunku, potrzebujemy pomocy.

Dziewczyna widząc to, odwróciła się i pobiegła w stronę gabinetu. Antek myślał, że ucieka i znowu zaczął krzyczeć. Zauważył jednak, że dziewczyna otwiera drzwi gabinetu.

- Na stół, szybko - krzyknęła i wskazała mu kierunek. Sama w tym czasie zdjęła kurtkę, włożyła fartuch i zgarnęła z biurka stetoskop.

- Co się stało? - spytała idąc w kierunku psa.

- Nie wiem, znalazłem go całego owiniętego drutem, na pewno jedna łapa złamana i krwotok z jamy brzusznej.

- Znasz się na tym - stwierdziła badając charczącego psa - jesteś lekarzem?

- Opowiem ci wszystko, ale błagam ratuj go.

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, poczekaj na zewnątrz.

Antek wyszedł z gabinetu, napił się wody ze stojącego w korytarzu dystrybutora i usiadł na krześle. Posiedział kilka sekund, ale nie mógł wytrzymać i zaczął chodzić w tę i z powrotem wzdłuż korytarza. Chociaż nawet nie znał tego psa, bardzo się do niego przez tę chwilę przywiązał. Bardzo chciał, żeby się udało.

Cztery godziny później korytarz gabinetu był wysprzątany, liście wokół budynku zagrabione starannie, na zewnątrz wstawał brzask, a zniecierpliwiony Antek przysypiał na krześle. Drzwi gabinetu otworzyły się powoli i w drzwiach stanęła kobieta cała we krwi. Spojrzeli na siebie pierwszy raz i dziewczyna spytała:

- Czy my się znamy?

Zmęczony Antek spojrzał na nią i spytał:

- Zośka?

- Zośka - odpowiedziała kobieta ocierając z czoła pot i usiadła obok niego potwornie zmęczona. Opowiedziała mu o obrażeniach psa i że następna doba będzie decydująca.

Ocknęli się, kiedy pierwszy pacjent zapukał do gabinetu. Okazało się, że przespali siedząc tak obok siebie prawie trzy godziny. Zosia dała Antkowi klucze od mieszkania na górze i kazała mu iść tam, coś zjeść, wykąpać się i odpocząć. Powiedziała mu też, gdzie leżą ubrania jej brata, który czasem tu pomieszkuje i zawsze coś zostawia. Adam. Doskonale go pamięta. Nawet przez jakiś czas się przyjaźnili.

Kiedy brał prysznic, zaczęły wracać wspomnienia. Przypomniał sobie szkołę, ludzi, śmieszne wydarzenia. Wszystko wróciło. Nawet te, o których chciał zapomnieć. Przypomniał sobie dzień balu maturalnego. Tego dnia miał powiedzieć Zośce, co do niej czuje. Kochał się w niej jeszcze od czasów podstawówki. Nigdy jednak nie odważył się z nią porozmawiać. Aż do tego dnia. Jechał do szkoły z ojcem, który jak zwykle się spóźnił i po drodze oddzwaniał do ludzi z biura. Sprawy potoczyły się szybko. Jadący z przeciwka samochód, poślizg, słup. Po 10 minutach, ojca już nie było, a on mocno pokiereszowany o własnych siłach wyszedł z samochodu. Kiedy przyjechało pogotowie, zabrali go do szpitala na kilkudniową obserwację, a tydzień później był już na lotnisku w drodze do swojej jednostki, z której w ciągu miesiąca miał jechać do Iraku. Miał tam spędzić 3 miesiące, ale zrobiło się z tego 10 zmian i dopiero wtedy był na tyle spokojny, że zaczął myśleć o powrocie. Niestety, jak się później okazało, nie miał do czego wracać. Matka po śmierci ojca pojechała w świat przehulać spadek, a mieszkanie sprzedała, bo nie zamierzała tu nigdy wracać. Kiedy wrócił do kraju, nie miał rodziny, domu, pracy, a za to zszarpane nerwy, zbyt dużo złych wspomnień i umiejętności, które czyniły z niego prawdziwą bombę zegarową.

W ten sposób, w ciągu jednego dnia wylądował na ulicy i powoli zaczął się staczać. Nie nadużywał alkoholu, ale i tak był traktowany, jak uliczny kloszard, któremu nikt nie chciał pomóc. Początkowo szukał nawet stałej pracy, ale po kilkudziesięciu niepowodzeniach, dał sobie spokój. Pogodził się z losem i postanowił docenić to, co ma i cieszyć się każdym dniem. Przez pewien czas było mu trudno, ale później przyzwyczaił się i nawet trochę znieczulił na to wszystko. Dopiero ten mały biedny psiak rozkruszył tę skorupę i spowodował, że Antek na powrót poczuł.

Antek odpoczął i postanowił zejść na dół i pomóc Zosi w gabinecie. Nie miał wielkiego doświadczenia w opiece nad zwierzętami, ale może sprzątać i wykonywać drobne naprawy. Przynajmniej tak odwdzięczy się za to, co zrobiła dla tego małego kudłatego wojownika. Po krótkim zastanowieniu pomyślał sobie, że są trochę do siebie podobni.

Zamknęli po dwudziestej drugiej. Zosia padała z nóg, więc postanowił pożegnać się z nią i z psem, a potem ruszyć w swoją drogę. Kiedy już miał to zrobić, ona spojrzała na niego i powiedziała, że tym razem nie pozwoli mu zniknąć. Nie bardzo wiedział, o co jej chodzi, ale postanowił spytać, kiedy już sprawdzi, co z psem.

Kiedy na niego spojrzał zachciało mu się płakać. Nieduży beżowy mopsik leżał na boku i na jego ciemnym pyszczku malowało się cierpienie. Mimo tego, kiedy Antek otworzył drzwiczki klatki i zbliżył do niego dłoń, pies zaczął merdać zakręconym ogonkiem. Antek wzruszył się tym gestem. Zosia podeszła od tyłu i cicho powiedziała:

- Gdyby nie ty, już by nie żył. Nie wiem, czy da radę, ale dałeś mu szansę. Jesteś dobrym człowiekiem.

Razem zmienili psu opatrunki, dali jeść i pić, delikatnie obmyli rany i oboje dziwili się, z jaką cierpliwością znosił wszystkie zabiegi. Łapa rzeczywiście okazała się złamana i sterczała wyprostowana w różowym opatrunku z gipsu. Pies wyglądał, jakby odzyskał spokój. Przymknął oczy i zasnął. Zosia zamknęła klatkę i powiedziała, że najwyższy czas na kolację. Antek nie protestował, bo chciał wyjaśnić jej, że nie będzie mógł zapłacić za leczenie i do końca życia będzie miał u niej dług wdzięczności.

- Kolacja była pyszna - powiedział Antek i poprosił, żeby porozmawiali. Opowiedział jej, jak potoczyły się jego losy po śmierci ojca, o matce, która postanowiła spalić za sobą mosty i o tym, jak idąc wieczorem natknął się na psa, dzięki któremu do niej trafił.

- Tym bardziej jestem mu wdzięczna - powiedziała Zosia i opowiedziała mu o tym, jak cierpiała po jego zniknięciu. Z nieukrywanym zażenowaniem mówiła o tym, że podkochiwała się w nim już od podstawówki i codziennie marzyła o dniu, kiedy jakimś cudem połączą się ich losy. Niestety to nie nastąpiło, więc rzuciła się w wir nauki, a później pracy. Ponieważ jej rodzice prowadzili ten gabinet, naturalnym było, że przejęła go po ich przejściu na emeryturę. Poświęciła się pracy i nie mając czasu na nic innego, po woli przyzwyczajała się do myśli, że zostanie starą panną. Nawet zaczęła to lubić. Przynajmniej nie groziły jej kompromisy.

Antek słuchał tego wszystkiego, niczym jakiejś fantastycznej opowieści. Nie mógł uwierzyć, że Zosia czuła to samo, co on i gdyby nie ten cholerny wypadek, mieliby szansę zostać parą. Szkoda, że ich losy tak się potoczyły.

Zosia zaproponowała mu pracę w gabinecie. Opowiedziała, co mógłby robić i w ten sposób spłaciłby dług za leczenie psa. Nie chciała pieniędzy, ale za wszelką cenę chciała, żeby został. W jednej chwili odżyły wszystkie dawno skrywane uczucia i już nie wyobrażała sobie, żeby Antka nie było przy niej.

Miesiąc później spacerowali po parku z Rustym, bo takie dostał imię. Antek mocno ściskał dłoń Zosi, żeby już mu nie uciekła, a ona patrzyła na niego z miłością. Przed nimi biegł, ciągle merdając ogonkiem wesoły mopsik i tylko świeże blizny przypominały im o tym, co już wydawało się nierzeczywiste.

Judyta

Kiedy Judyta odebrała telefon od ciotki, wiedziała, że to będzie najsmutniejsze lato w jej życiu. Ciotka chorowała już od jakiegoś czasu i tajemnicą poliszynela było, że jej życie gaśnie w szybkim tempie. To była silna kobieta. Pełna życia, energiczna i dobra. Cała rodzina bardzo ją kochała, a wiele pokoleń spędzało wakacje w jej wiejskim domku na przedmieściach. Duży piękny ogród był dla wszystkich doskonałym miejscem zabaw, źródłem pysznych owoców i niezapomnianym dodatkiem do każdych wizyt u ciotki Anieli.

To właśnie ją wybrała sobie chora, na te ostatnie dni do towarzystwa. Judyta kochała ciotkę i nie bała się być z nią w tym trudnym okresie. Nie miała zbyt dużego doświadczenia w opiece nad chorymi, ale nie wahała się ani chwili. Bała się tylko tego, że serce jej pęknie z żalu. No i duch. Bała się ducha. Od lat mówiło się, że w domu ciotki straszy. Dzieci przestały tam przyjeżdżać kilka lat temu i od tego czasu ciotka zmieniała się nie do poznania. Nieco zdziczała i ciągle mówiła do siebie. Cała rodzina uznała wtedy, że coś się dzieje. Niestety mieli rację. Choroba zaatakowała bardzo szybko i po kilku miesiącach wiadomo było, że pokona ciotkę w niedługim czasie. Dlatego podzielili się obowiązkami i nie zostawiali jej samej nawet na chwilę. Judyta kochała ją najbardziej i od razu zapowiedziała wszystkim, że bierze ostatnią wachtę.

Kiedy dojechała do domu ciotki, denerwowała się bardzo. Nie wiedziała, w jakim stanie jest Aniela.

Kiedy zaparkowała pod domem, zobaczyła ciotkę machającą jej przez okno. Odmachała jej i zaczęła wypakowywać torby z bagażnika. Oprócz ubrań i rzeczy codziennego użytku, miała tonę jedzenia, które wystarczyłoby dla drużyny hokejowej.

Kiedy podniosła głowę z czeluści bagażnika, zobaczyła ciotkę tuż przed sobą. Aż podskoczyła.

- Ciociu, nie powinnaś wychodzić - powiedziała drżącym głosem Judyta, spoglądając z troską na schorowaną staruszkę.

- A niby dlaczego? Bo umrę? - odpowiedziała kobieta i roześmiała się ironicznie.

- Ciociu, przestań. Tak nie można, musisz o siebie dbać. Każde przeziębienie jest dla ciebie groźne.

- Jesteś tu po to, by umilić mi ostatnie dni, czy prawić morały, jak twoja matka? Wszyscy wiemy, jak to się skończy i teraz to ja dyktuję warunki. Czy tego chcesz, czy nie, kiedy będziesz stąd wyjeżdżała, mnie już nie będzie, dlatego spędźmy ten czas najlepiej, jak tylko się da - powiedziała nie znoszącym sprzeciwu tonem Aniela, po czym odwróciła się i poszła w kierunku domu.

- Idziesz? - spytała wchodząc do domu.

W domu panował półmrok i znajomy aromat piernikowej przyprawy do ciasta. W jednej chwili Judyta poczuła się, jak dziecko.

W ciągu kilku dni stan Anieli znacznie się pogorszył, ale wciąż była pogodna i żartowała sobie ze wszystkiego. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie dziwne zjawiska, które codziennie towarzyszyły im w domu. A to po domu roznosił się obrzydliwy odór zgniłych jaj, innym razem znajdowała nadgryzione ciasto, lub brudne ślady na podłodze. Za każdym razem, kiedy pytała ciotkę o powód tych zjawisk, ta uśmiechała się tajemniczo i udawała, że ma ochotę na drzemkę.

Judyta coraz lepiej czuła się w domu i coraz śmielej rozmawiała z ciotką o śmierci, która wkroczyła do ich relacji wielkimi krokami.