Rozdział 2
Rok 2024
Dwa tygodnie wcześniej
Gospoda "Pod dziką gęsią" w centrum Supraśla o tej porze świeciła pustkami. Znudzone kelnerki przeglądały swoje konta instagramowe, kucharze na zapleczu palili papierosy przy akompaniamencie własnych śmiechów i siorbnięć gorącej herbaty. Godzina nie zachęcała gości do odwiedzin. Było kilka minut po dziesiątej rano. Większość turystów śniadania miała wliczone w cenę hotelowego noclegu, gospodę odwiedzali dopiero na obiad, kolację i wieczorne piwko w ramach relaksu. Pracownicy kilkukrotnie sugerowali szefostwu, żeby zmienili godziny pracy, ale ci pozostawali nieugięci. Według ich pojmowania biznesu, jeśli głodny klient pocałuje klamkę, nigdy więcej do nich nie wróci. Kto chciałby stołować się w miejscu, które nie zdążyło podać jedzenia, a już rozczarowało?
Jakby na potwierdzenie słuszności biznesplanu właścicieli niewielki dzwoneczek zamontowany nad drzwiami oznajmił wszem wobec, że oto klient zagościł w ich skromnych progach. Kelnerki gorączkowo poprawiły spódnice ludowych strojów, kucharze zgasili papierosy, a jeden z nich psiknął kilkukrotnie odświeżaczem powietrza o zapachu sosny. Gryzący zapach w połączeniu z gęstym dymem stworzył ciężką do wytrzymania atmosferę. Najwyraźniej był to standard w tym miejscu, ponieważ pomimo dwudziestu kilku stopni na zewnątrz gospoda szczelnie odgradzała się od reszty świata zamkniętymi okiennicami. Nie było to jednak niedopatrzenie, a wyraz przemyślanych działań. Szefostwo uważało, że jedną z tych rzeczy, które odstraszają gości, były muchy, pszczoły, osy, trutnie, szerszenie i cała reszta tego latającego tałatajstwa. W takim myśleniu było sporo racji, wszak nikt nie lubił skupiać się na odganianiu natrętów zamiast na rozkoszowaniu posiłkiem, ale w takich warunkach klimatyzacja powinna być standardem. Niestety nie tu. W gospodzie "Pod dziką gęsią" dzikie były tylko temperatury. Latem ekstremalnie wysokie, zimą, z oczywistych względów, niskie.
Niezrażony napotkanymi na miejscu warunkam aspirant Ireneusz Suszyński wszedł do środka. Usiadł ciężko, złapał za menu i już po chwili zamówił kartacze z mięsem, ogórka kiszonego, herbatę z miodem i cytryną oraz bezę Pawłowej na deser. Był zmęczony, głodny i jedyne, o czym myślał, to porządny posiłek i chwila wytchnienia. Dzisiejszy dzień był dla niego drogą przez mękę. Pomimo faktu, że jesień tego roku była wyjątkowo łaskawa, dwóch kolegów z komisariatu poszło na zwolnienie lekarskie. Został sam z Romkiem Ostaszewskim, którego nie darzył jakąś specjalną sympatią. Romek za dużo gadał. Zdarzały się momenty, kiedy gęba nie zamykała mu się przez kilkadziesiąt minut. Zasadniczo to nie potrzebował rozmówcy, bardziej słuchacza, ponieważ dialog z nim, w większości był jego monologiem. Na szczęście "Pan Jadaczka", jak pieszczotliwie zwali go koledzy, został na komendzie, a Irek ruszył w teren.
Supraśl miał status miasta-uzdrowiska i spacer po takim miejscu można by uznać za coś przyjemnego. Nic bardziej mylnego. Ukształtowanie terenu, na którym wzniesiono miasteczko, nijak się miało do ogólnej charakterystyki ziemi podlaskiej. Zamiast płaskiego jak stół bilardowy terenu w Supraślu rozciągały się polodowcowe górki. Na kształt terenu wpływała także rzeka o tej samej nazwie co miasto, jednak aspirant nie był tego w stu procentach pewny. Jedynym natomiast, czego był pewny, było to, że wybrał złą trasę patrolu. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, po wejściu na któreś wzniesienie nie schodził w dół, a szedł pod kolejną górkę. Nie wiedział, jak to możliwe. Momentami miał wrażenie, że wszechświat zadrwił z niego, stawiając na drodze same podejścia.
Kelnerka z wyuczonym uśmiechem podała mu herbatę, po czym zniknęła za barem. Upił delikatnie łyczek, uważając, żeby nie oparzyć sobie ust. Nie poczuł ani miodu, ani cytryny, chociaż ta w mizernej postaci cieniutkiego plasterka dryfowała w mętnym płynie. Zdusił ją łyżeczką, jakby był łotrem pastwiącym się nad swoją ofiarą, po czym wymieszał całość z nadzieją, że nierozpuszczony miód zalegał na dnie kubka. Spróbował kolejny raz, ale jego zabiegi na nic się zdały. Herbata zamiast słodko-kwaśnej, była nijako-cierpka.
- Zero jeden, zgłoś się. - Zatrzeszczała krótkofalówka przymocowana do kamizelki taktycznej.
- Tu zero jeden, zgłaszam się - powiedział Ireneusz nieco znużony.
- Mamy wezwanie do incydentu przy monasterze. Ktoś się topi w rzece, odbiór.
- Co? Kto się topi? - dopytywał Irek, zrywając się na równe nogi.
- Jakiś chłopiec. Nurt podobno silny, pogotowie wezwane.
- Dobra, jestem w drodze - odpowiedział, biegnąc w stronę drzwi gospody. - Zero jeden, koniec.
Gospoda mieściła się przy ulicy Białostockiej, pełniącej zaszczytne miano głównej ulicy miasta. Na szczęście to samo centrum - stąd wszędzie było blisko. Taki urok, ale też przekleństwo małych miejscowości.
Irek wystartował jak spuszczony ze smyczy rozjuszony pitbull. Był nastawiony na jeden cel. Musiał jak najszybciej dotrzeć na miejsce i uratować dziecko znajdujące się w niebezpieczeństwie. Miał niewiele czasu. Kiedyś przeczytał, że życie człowieka zależne jest od trójek. Jesteśmy w stanie przeżyć do trzech minut bez powietrza, do trzech dni bez wody i do trzech tygodni bez jedzenia. Obym zdążył, pomyślał, przebiegając na drugą stronę ulicy.
Na szczęście tym razem miał z górki. Dystans, jaki dzielił gospodę od monasteru, nie był większy niż siedemset metrów. Niby niedużo, ale w sprincie, z całym sprzętem majtającym się na boki, wyciskał z niego siódme poty. Gdyby przyszło mu wbiegać pod górkę, mógłby stracić za dużo czasu.
Minął budynki klasztorne, przeskoczył kilka stopni prowadzących nad rzekę i znalazł się na supraskich bulwarach. Rozejrzał się dookoła i dostrzegł zbiegowisko. Ruszył w tę stronę.
Nad samym brzegiem, w miejscu, gdzie rzeka ulegała niewielkiemu spiętrzeniu, kłębiła się grupa podekscytowanych ludzi. Z głębi słychać było kobiecy płacz, przeplatany rozpaczliwym wzywaniem kogoś o imieniu Maciej. Irek z trudem przedzierał się przez tłum, aż w końcu dotarł nad sam brzeg.
- Gdzie on jest? - rzucił do płaczącej starszej kobiety.
- Tam! - Wskazała na niespokojnie kotłującą się wodę. - Mój malutki Maciuś. Mój kochany.
Irek spojrzał we wskazanym kierunku. Niestety niczego poza złowieszczo wirująco wodą nie dostrzegł. Doskonale wiedział, że miejsca, w których koryto rzeki zostało sztucznie podniesione, są diabelnie niebezpieczne. Wiry, jakie tam powstawały, zasysały niewprawnego pływaka pod lustro wody i kręciły nim jak marionetką przy samym dnie, nie dając szans na wypłynięcie. Wejście w sam środek tego wodnego piekła wiązało się ze sporym ryzykiem, ale aspirant nie miał zamiaru kalkulować. Młodociany potrzebował pomocy, a sądząc po gapiach, nikt z nich się nie kwapił, by jej udzielić.
Suszyński oddał jednej z kobiet swoją komórkę, zeskoczył z brzegu i pomagając sobie rękami, przedzierał się przez nurt w kierunku środka rzeki. Na szczęście lato tego roku było wyjątkowo suche, więc jej poziom był niższy, niż zakładał. Kiedy dotarł na środek koryta, woda sięgała mu pod pachy. Prąd był silny, czuł, jak wiry przy dnie starają się zwalić go z nóg. Na szczęście nie był ułomkiem, dzięki czemu wygrywał tę walkę. Z tylnej kieszeni spodni wyciągnął składany nóż, prezent od żony, z którym nigdy się nie rozstawał. Bał się, że dziecko mogło zaplątać się w wodorosty lub żyłki wędkarskie, prawdziwą zmorę wszystkich akwenów w Polsce.
Nie mając chwili do stracenia, nabrał głęboko powietrza i zanurzył głowę pod wodę. Otworzył oczy. Jedyne, co był w stanie dostrzec, to jasnobrązowa plama przeplatana zieloną roślinnością wodną. Zrozumiał, że takie poszukiwania skazane są na porażkę. Wynurzył się i ponownie nabrał powietrza. Woda dostała mu się do nozdrzy, poczuł jej mulisty smak. Pociągnął nosem i wypluł wszystko, co zleciało do gardła. Spojrzał w kierunku ludzi na brzegu. Machali do niego, coś krzyczeli. Niestety przez szum i plusk wody nie był w stanie nic usłyszeć. Postanowił szukać poszkodowanego po omacku. Przeczesywał brzeg nogami, jakby rozgarniał zalegające liście, rękoma starał się wymacać cokolwiek, co mogłoby przypominać człowieka.
Sekundy mijały nieubłaganie. Powoli tracił nadzieję. Bał się spojrzeć w kierunku płaczącej kobiety. Zastanawiał się, jak wielka rozpacz rozlewa się właśnie po tym wątłym ciele. Domyślał się, że wyszła z wnuczkiem na spacer, ten wyrwał się i wpadł do wody. Irek doskonale wiedział, jak szybkie potrafią być dzieciaki. Sam miał trzyletniego syna. Przez myśl mu przeszło, że Maciuś też jest czyimś synem. Oczami wyobraźni widział załamanych rodziców opłakujących dziecko. Wytężył wszystkie siły. Pomimo zmęczenia przyspieszył ruchy. Kolejny raz zanurkował, chociaż nie widział w tym większego sensu. Musiał spróbować wszystkiego. Wynurzył się, przetarł oczy i już miał dać kolejnego nura, kiedy z brzegu usłyszał stłumione wołanie. Miał wrażenie, że ktoś z zebranych krzyczał: "Jest!". Zmusił się i spojrzał w ich stronę. Machali do niego, wyglądali na szczęśliwych. Czyli dzieciak sam wypłynął, pomyślał i odetchnął z ulgą. Może i nie uratował małego, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Najważniejsze, że dziecko było całe i zdrowe.
Wychodząc na brzeg, trząsł się z zimna. Pomimo ładnej pogody woda, szczególnie ta płynąca, była cholernie zimna.
- Dziękuje za pana poświęcenie - powiedziała rozentuzjazmowana kobieta. Teraz w jej oczach dostrzegł łzy szczęścia. - Gdyby więcej było takich policjantów, ludzie może w końcu przekonaliby się do was - kontynuowała z rozbrajającą szczerością.
- To mój obowiązek, psze pani. Sprawca zamieszania cały i zdrowy?
- Tak, wyszedł tam odrobinę dalej. - Pokazała ręką dół rzeki. - Pewnie nurt zniósł go trochę bardziej.
- Grunt, że jest cały i zdrowy. Karetka jest już w drodze. Zbadają go, czy nie nałykał się wody. Gdzie on jest, chciałbym z nim porozmawiać.
- Karetka? - zapytała zdziwiona. - A to koniecznie tak?
- Koniecznie. Słyszała pani o suchym utonięciu? - Ireneusz starał się wycisnąć wodę z munduru, jednak starania te z góry były skazane na porażkę. Wilgoć zdawała się bez przerwy wypływać z każdej fałdy materiału dużym strumieniem.
- Nie. - Pokręciła głową.
- To ratownicy panią uświadomią. Gdzie on jest? - zapytał zdecydowanym głosem.
- Tu. - Kobieta wyciągnęła w jego kierunku małą włochatą kulkę.
Aspirant przyglądał się jej z uwagą i zdziwieniem.
- Co to jest? - wydusił w końcu.
- Maciuś.
- Jak to Maciuś?
- No co też pan, za dużo wody się nałykał? Toż mówię, że Maciuś.
- Przecież to pies jakiś jest.
- Nie jakiś tam pies, tylko rodowodowy pekińczyk miniaturka.
Ireneusz chciał głośno przekląć, ale w porę się powstrzymał. Nie mógł uwierzyć, że jeszcze przed chwilą wskoczył do prawie lodowatej wody i z poświęceniem życia szukał jakiegoś pieprzonego psa. Roztarł zmarznięte czoło, otrzepał się, jakby pokryty był kurzem, nie wodą, odebrał swój telefon i ruszył w kierunku komisariatu. Gapie bez słowa rozstąpili się przed nim i nie było w tym nic dziwnego, nikt normalny nie chciał być mokry.
- Proszę pana - usłyszał za plecami kobiecy głos.
- Słucham. - Odwrócił się.
- Dziesięć złotych się należy.
- Słucham? - zapytał zdziwiony.
- Dziesięć złotych za herbatkę. Wybiegł pan bez płacenia, a ja nie mam zamiaru za pana zakładać. Nas szef z każdego plasterka cytryny rozlicza.
Przekleństwa same cisnęły mu się na usta, jednak cały czas starał się zachować spokój. Czy ten dzień mógł stać się jeszcze gorszy? Jak na zawołanie rozdzwonił się jego telefon. Spojrzał na dziewczynę, ręką dał jej znać, żeby poczekała, i odebrał.
- Aspirant Ireneusz Suszyński, słucham - powiedział zrezygnowanym do bólu głosem.
- Dzień dobry, panie aspirancie, Irena Czerwiec z działu kadr Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku, dostał pan pismo od nas?
Irka zmroziło. Komenda, i to w dodatku wojewódzka, wysłała do niego pismo. Nie miał pojęcia, o co może chodzić. Bał się, że ktoś złożył na niego skargę, ale że aż tak wysoko? To nie miało sensu.
- Pismo od was? Nie, nic nie dostałem.
- Dziwne. Cztery dni temu poszedł polecony, powinien już dotrzeć.
- Wie pani co... - Irek domyślał się, co mogło się wydarzyć. Listonosz, hańba i zakała służb mundurowych w tym kraju, zapewne nie miał zamiaru wdrapywać się na czwarte piętro do jego mieszkania, dlatego, jak zawsze, zostawił w skrzynce awizo. - Niedaleko mieszkania jestem, zaraz sprawdzę skrzynkę, może listonosz coś zostawił.
- Tak byłoby najlepiej. Jeśli się okaże, że nic tam nie ma, proszę oddzwonić do mnie na ten numer, to umówimy spotkanie.
- Spotkanie? - zapytał, wciąż nie mając pojęcia, o co może chodzić.
- Tak, spotkanie. Cztery miesiące temu składał pan wniosek o przeniesienie, zgadza się?
Już nie było mu zimno. Poczuł falę gorąca rozchodzącą się po całym ciele. Serce ekstremalnie przyspieszyło, pompując ogromne ilości krwi i rozgrzewając go do tego stopnia, że prawie parował mu mundur. Wybałuszył oczy, jakby właśnie zobaczył zmarłą babkę, i otworzył usta.
Musiał wyglądać komicznie, ponieważ znudzona kelnerka przestąpiła z nogi na nogę, jedną rękę ostentacyjnie oparła o biodro, drugą wyciągnęła w jego kierunku. Aspirant dał jej znać, żeby jeszcze poczekała.
- Tak składałem - przyznał cicho.
- No, to właśnie przydział przyszedł.
- Przydział? - odchrząknął, ponieważ jego głos zabrzmiał żałośnie piskliwie. - A wie pani może gdzie?
- Do wydziału kryminalnego w wojewódzkiej - oznajmiła, a Irek o mało nie zemdlał.
***
Nadkomisarz Milena Kosińska wyszła z biura komendanta Tadeusza Sowy, trzaskając drzwiami. Była wściekła do granic możliwości. To, co ten stary dureń chciał jej powiedzieć, sprawiło, że z trudem powstrzymała się z wymierzeniem mu prawego sierpa. Była w stanie wiele zrozumieć i znieść, ale nie bezpodstawne oskarżenia o bratanie się z łotrami.
- Kosińska! - Komendant wyszedł ze swego biura i wrzasnął na całą komendę.
Milena się zatrzymała, uniosła pięść w górę i już miała zamiar wystawić mu środkowy palec, kiedy w odpowiednim momencie się powstrzymała. Nie chciała dawać mu satysfakcji i powodu do wymierzenia kolejnej nagany. Ostatnio lekko drasnęła radiowóz, za co ściągnięto jej kasę ze szkodówki i grożono brakiem awansu w najbliższym czasie. Na szczęście na groźbach się skończyło.
- Co? - warknęła.
- Do mnie!
- "Do mnie" to do psa możesz mówić.
- Do psa wydaje się komendy, ja ci rozkazuję - powiedział, ignorując jej zaczepkę, i znikł za drzwiami swojego biura.
Milena zamknęła oczy i wzięła nosem głęboki wdech. Jeden, dwa, trzy, cztery, odliczała w myślach, jednocześnie powoli wypuszczając powietrze. Jej świat zaczynał się uspokajać. Wdech... problemy powoli przestawały mieć znaczenie. Cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, wydech. Wdech... nie da się kolejny raz sprowokować. Cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć, wydech. Wdech... będzie opanowana i spokojna. Pięć, sześć, siedem. Opanowana i spokojna. Ruszyła. Opanowana i spokojna.
- Kosa! - wrzasnął komendant.
Jestem jebanym zen, oazą pierdolonej ciszy, opanowania i spokoju...
- Kosińska! - powtórzył.
- Idę! - odwrzasnęła. - Kurwa - dodała cicho.
Komendant nie siedział w swoim wypasionym skórzanym fotelu, jak miał to w zwyczaju. Czekał na nią oparty o biurko, z rękoma zaplecionymi na klatce piersiowej. Był na nią zły i miał ku temu powody.
Trzy tygodnie temu jeden z lokalnych brukowców wypuścił prawdziwą dziennikarską bombę, przy której wybuch granatnika w stołecznej był jak pierd buldoga francuskiego. Niby smród był, ale więcej z tego śmiechów i żartów niż problemów. W ich przypadku nie było ani śmiechu, ani żartów, a zamiast słodkiego bączka wylazł toksyczny wyziew.
"Ćpanie, bójki i niejasne powiązania z mafią" - głosił tytuł na pierwszej stronie największego lokalnego dziennika. Nie byłoby w tym nic dziwnego, ot, zwykły weekend w centrum miasta wojewódzkiego, gdzie takie rozrywki są wpisane w krajobraz, jednak artykuł nie dotyczył nabuzowanych hormonami nastolatków, przeżartych sterydami mięśniaków ani przyjezdnych z okolicznych miejscowości. Treść odnosiła się do jednego z najbardziej doświadczonych kryminalnych w wojewódzkiej policji, podkomisarza Szymona Szostka.
Wybuchła afera na całe województwo, a później na cały kraj. Szybciutko zlecieli się wewnętrzni i rozpoczęli swoje śledztwo. Każdy pracownik komendy został dokładnie przemaglowany, z badaniami pod kątem obecności narkotyków włącznie. No i szambo wybiło, bo o ile nikogo więcej nie byli w stanie połączyć z łotrami, to kilku pracowników cywilnych poleciało za marihuanę, kilku policjantów za amfetaminę i jeden za kokainę.
W kwestii podkomisarza Szostka komendant nie miał wyjścia, musiał wywalić go na zbity pysk z obniżeniem stopnia i zabraniem przywilejów emerytalnych. Prokuratura wszczęła swoje śledztwo i w tempie iście błyskawicznym postawiła mu zarzuty.
Milena była wstrząśnięta i nie chciała wierzyć w wymysły podrzędnego pismaka. Pracowała z Szostkiem od lat i była przekonana, że zna go na wylot. Ich relacje wykraczały poza zawodowe, często spotykali się po służbie na piwo lub coś mocniejszego. Szymon nigdy nie przejawiał skłonności do agresji, nie miał pociągu do narkotyków, a już na pewno nie wykazywał chęci bratania się z przestępcami. Niestety, artykuł był opatrzony zdjęciami, a internetowa wersja zawierała nagranie, które rozwiewało wszelkie wątpliwości.
Jednak nie to było w tym wszystkim najgorsze, a odpowiedź Szymona na stawiane mu zarzuty, a raczej brak jakiejkolwiek odpowiedzi. Były kolega nie zamierzał w żaden sposób się bronić. Kiedy spotkali się w cztery oczy, Szostek spuścił wzrok i milczał. Milena zadawała spokojnie pytania, błagała o wyjaśnienia, krzyczała, groziła, jednak Szymon zdawał się głuchy na jej prośby. W końcu nie wytrzymała i wymierzyła mu siarczysty policzek. Dopiero po tym zobaczyła żal na jego twarzy. Wtedy zrozumiała. Podkomisarz nie bronił się, bo był winny. Pytaniem pozostawało, dlaczego to zrobił.
- Milena, ja wiem, że Szymon był twoim przyjacielem i być może źle dobrałem słowa...
- No raczej - weszła mu w słowo.
- Nie przerywaj mi. - Twarz komendanta spochmurniała. - Wcześniej chciałem zwyczajnie zapytać, czy nie widziałaś go w towarzystwie któregoś z tych łotrów.
Milena prychnęła głośno i przewróciła oczami.
- Brzmiało to trochę inaczej.
- Wiem, jak to brzmiało.
Kosińska odchrząknęła i nerwowo przerzuciła warkocz przez ramię. Bezpodstawne oskarżenia o bratanie się z łotrami, jakim uraczył ją komendant, wyprowadziły ją z równowagi. Wiedziała, że pomimo wieloletniej znajomości z nadinspektorem mogła pozwolić sobie na więcej niż inni policjanci, jednak nie chciała nadużywać tego przywileju.
Komendant podniósł się z biurka i powoli zasiadł w fotelu. Oparł się wygodnie, przetarł błyszczącą łysinę i pociągnął nosem.
- To nie było potrzebne. Poniosło mnie. Sama wiesz, jak to wszystko wygląda. Minął już miesiąc, a smród cały czas się ciągnie.
- To wszystko? - zapytała, wyciągając papierosa z paczki.
- W tej drugiej sprawie musisz wiedzieć, że decyzje zostały podjęte dużo wcześniej, czy tego chcesz, czy nie.
- Tylko że za te decyzje - zrobiła w powietrzu znak powszechnie uważany za cudzysłów - ja będę odpowiadała, nie kto inny.
- Nie ty, tylko Dziwiński.
- Pff - parsknęła śmiechem. - Gówno prawda. Ja będę jego bezpośrednią przełożoną. Ja będę musiała jego niańczyć, uczyć i we wszystko wdrażać. Mówiłam przecież, że w śledczych jest taki młody chłopaczek, jak on ma na imię... - Zmarszczyła czoło. - Ten taki blondynek.
- Dawid Losek.
- Dokładnie, Dawidek. Przecież to zajebisty glina jest, sprawdziłby się u nas. Kiedyś mówił mi, że to jego marzenie.
- Posłuchaj mnie. - Komendant wyprostował się i wlepił w nią wściekły wzrok. - Po pierwsze, to jest coś takiego jak naturalne predyspozycje, wiedza teoretyczna, wykształcenie i wyniki testów. Po drugie... - Milena chciała coś wtrącić, ale komendant podniesionym głosem, skutecznie ją zagłuszył. - Po drugie, to mamy braki kadrowe i nie możemy sobie pozwolić na utratę takiego fachowca jak Losek. Chłopak jest zajebistym śledczym, ale będzie średnim kryminalnym, rozumiemy się?
- O, nie wiedziałam, że komenda zatrudniła wróżbitę Macieja. Może też się do niego przejdę, co? Może w końcu wywróży mi wielką miłość, mego księcia z bajki w białym mustangu. - Wypuściła głośno powietrze i przewróciła oczami.
- Rozumiemy się? - komendant powtórzył.
Milena wyprostowała się i momentalnie spoważniała.
- Nie, komendancie, nie rozumiemy się. Skoro mamy takie braki kadrowe, to ja się pytam, jak sobie poradzi komisariat w Sobolewie bez tej wschodzącej gwiazdy policji?
- W Supraślu, nie Sobolewie, gwoli ścisłości, i poradzi sobie, bo to spokojne miasteczko.
- Ha - zaśmiała się szorstko. - Czyli nasz celebryta z wynikami testów, o nienagannych predyspozycjach to tak naprawdę zwykły krawężnik, co to podeszwy starł, patrolując jakąś uzdrowiskową dziurę, gdzie największym przestępstwem jest niepozbieranie gówna po swoim pupilu, dobrze rozumiem? - Wlepiła w niego wzrok. - Tak?
Komendant oparł się ciężko i głośno wypuścił powietrze. Wyglądał na zmęczonego nie tylko tą rozmową, ale całą aferą z Szymańskim i wszystkimi jej konsekwencjami.
- Bardzo dobrze rozumiesz, Kosa. Wyszkolisz mi swojego następcę. Ile ci zostało do emerytury? Trzy, cztery lata? Pokażesz młodemu co i jak, nauczysz go, jak być dobrym gliną, może tak dobrym, jak ty.
- Ja będę protestować! - powiedziała przez zęby.
Komendant zaśmiał się półgębkiem.
- A protestuj, ile chcesz. Idź do komendanta głównego albo lepiej od samego prezydenta. A jak już będziesz tam szła, to tylko nie trzaskaj drzwiami. Budżet mamy już dopięty, w wydatkach nie mamy wymiany drzwi, a jak te się rozdupcą, potrącę z twojej pensji.
- Pójdę na wcześniejszą - zagroziła.
- Idź, wtedy wezmę tego całego Loska. - Puścił do niej oko.
Milena przewróciła oczami.
- Ja nie żartuję. Będę protestować.
- Ja też nie. Masz dwa tygodnie na przygotowania.