Przedmowa
Mówi się: "Generałowie dostali nauczkę w czasie ostatniej wojny. Nie
będzie już żadnych masowych rzezi". Pytam, jak można odnieść zwycięstwo,
jeśli nie dzięki masowym rzeziom?
Evelyn Waugh, październik 1939
Wojna ma sens tylko wtedy, gdy postrzega
się ją w czarno-białych barwach. Druga wojna światowa w powszechnej
pamięci zapisała się jako "dobra wojna", zwłaszcza w porównaniu z pierwszą wojną światową. "Narody Zjednoczone" (jak nazywali siebie
alianci) dały odpór tyranii nazizmu i najazdowi Japończyków, zwycięskie
zakończenie walki położyło kres wielu potwornym zbrodniom przeciwko
ludzkości i uwieńczyło wszelkie akty poświęcenia ludzi po właściwej
stronie. Obecnie ilekroć dyskutuje się o moralnym aspekcie wojny, zawsze
przykłada się do niego miarę drugiej wojny światowej. Stała się ona
wojną, która usprawiedliwia wojnę.
Druga wojna światowa w znacznym stopniu została przedstawiona przez
zwycięzców w postaci opowieści heroicznej. Na każdy Paragraf 22 czy
Rzeźnię numer pięć przypadają setki powieści, książek historycznych i filmów, opiewające niewzruszone pewniki moralne walki. Dla mojego
pokolenia, dorastającego w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku,
wszystkie filmy wojenne, które pokazywano, i komiksy, które zdawały się
być wszędzie, dotyczyły drugiej wojny światowej. Nie sposób sobie
wyobrazić, żeby powszechne pojęcie o pierwszej wojnie światowej mogło
stanowić odpowiednie tło tak prostych opowieści, podobnie jak w chłopięcych zabawach w wojnę nigdy nie pojawiały się okopy czy bardziej
współczesne, nawet bardziej dwuznaczne moralnie konflikty. Zawsze byli
to Brytyjczycy przeciwko nazistom, dobro przeciwko złu.
Pierwsza wojna światowa nie tylko przyczyniła się do wybuchu drugiej,
lecz także ukształtowała sposób, w jaki ludzie na nią reagowali. Na
początku drugiej wojny światowej żywiono nadzieję, że nowoczesna
technika zapobiegnie przerażającemu zmasakrowaniu żołnierzy piechoty, do
którego doszło w pierwszej wojnie. Postęp, jaki dokonał się w okresie
międzywojennym, jeśli chodzi o samoloty, działa, czołgi, okręty podwodne
i bomby, sprawił, że ludzie doszli do przekonania, iż tym razem walka
będzie szybka, zmechanizowana, zdominowana przez lotnictwo, w jakiś
sposób "zdalnie sterowana" czy prowadzona przez nielicznych
specjalistów. Popularna historia bitwy o Anglię - gdy dziesiątki
zestrzelonych samolotów oznaczano kredą na tablicach, jakby to był mecz
krykietowy - w pewnej mierze przystaje do tego wyobrażenia i ten pogląd
na drugą wojnę, przynajmniej na Zachodzie, jako nieco "czystszą" niż
pierwsza, przetrwał zarówno toczące się dalej walki, jak i okres
powojenny.
Bitwa o Monte Cassino stawia to wszystko pod znakiem zapytania. Zamiast
stoczyć szybką bitwę, żołnierze znaleźli się w sytuacji jako żywo
przypominającej front zachodni w latach 1916-1917. Ukształtowanie terenu
zmusiło do walki z epoki przedmechanicznej. Góry środkowych Włoch i zimowa aura sprzysięgły się, żeby technikę, na przykład wojska pancerne,
uczynić w zasadzie bezużyteczną. Większą wartość miał jeden pracowity
muł niż tuzin czołgów, a ogromna przewaga liczebna aliantów w artylerii
i samolotach rzadko miała znaczenie decydujące, a często stanowiła
przeszkodę. Przede wszystkim taka siła ognia wiązała się z pewnym
niebezpieczeństwem. Szacuje się, że jedna trzecia strat aliantów we
Włoszech została spowodowana własnym ogniem. Pewien amerykański
artylerzysta spod Cassino żalił się, że amerykańskie bombowce zabiły
więcej ludzi w jego dywizji niż Luftwaffe.
Wojska we Włoszech nie kierowały się też jakimś narodowym pewnikiem czy
jednością celu. Z tyloma różnymi grupami narodowymi i etnicznymi, z tak
zdecydowanie odmiennych społeczeństw, byłoby to niemożliwe. W szeregach
aliantów znajdowali się, poza żołnierzami brytyjskimi i amerykańskimi,
żołnierze z Nowej Zelandii, Kanady, Nepalu, Indii, Francji, Belgii,
Związku Południowej Afryki, Tunezji, Algierii, Maroka, Senegalu, Polski,
Włoch, a nawet Brazylii. W obrębie tych grup znajdowały się oddziały
Indian północnoamerykańskich, Amerykanów pochodzenia japońskiego i Maorysów. Wszyscy byli tam z odmiennych powodów. Dało to w rezultacie
koalicję zżeraną na najwyższym szczeblu przez nieufność i zazdrość, co
nieuchronnie prowadziło do nieporozumień i błędów. Żołnierze alianccy
walczący pod Cassino, w znacznej mierze źle dowodzeni i kiepsko
wyposażeni, widzieli, że umniejszano ich rolę w prasie w kraju,
piszącej, że uczestniczą w bitwach o ogromnej skali i koszcie, które
miały, w najlepszym wypadku, drugorzędne znaczenie strategiczne, przy
niewielkich siłach ludzkich po stronie przeciwnika.
Niemcy byli w jeszcze gorszej sytuacji. Na jeden pocisk armatni, który
przysyłał Krupps, General Motors dostarczał pięć. Poza amunicją
artyleryjską Niemcom rozpaczliwie brakowało podstawowych artykułów
spożywczych i odzieży dla wojsk frontowych, strzegących w środku zimy
oblodzonych szczytów górskich. Wielu żołnierzy z braku szyneli zamarzło
na śmierć.
Obie te stojące naprzeciw siebie wrogie grupy żołnierzy, które w niektórych miejscach dzieliło dwadzieścia czy trzydzieści jardów
odkrytego terenu, znosiły cierpienia spowodowane walką i żywiołami
natury, i zaskakująco często przerywano w niektórych miejscach walkę, by
noszowi obu stron mogli uratować licznych rannych. Wielu wspomina o konsternacji związanej z podjęciem później, gdy czas rozejmu dobiegł
końca, kolejnych prób pozabijania się nawzajem.
Z relacji z pierwszej ręki, ówczesnych dzienników i listów oraz z rozmów
z setkami weteranów wyłania się obraz doświadczeń wojennych, które
różnią się od powszechnego czarno-białego obrazu. W opisach czasu walki
dominuje zamieszanie, strach, błędy i wypadki; żołnierze mówią też o okresach nudy, tęsknocie za domem, "cykorze" czy "drylu" w armii, a także o braterstwie z przyjaciółmi, z których wielu się traciło.
Opowiadają, jak te doświadczenia ich zmieniły i co obecnie sądzą o tamtych zdarzeniach.
Książka ta, dążąca do wyjaśnienia strategicznych i taktycznych
kompromisów i zaniechań, które prowadziły do bitew, skupia się bardziej
na przeżyciach żołnierzy w tamtym czasie niż na "gdybaniu" czy
"ocenianiu" działań generałów. W tym celu starałem się w jak największym
stopniu pozwolić naocznym świadkom opowiedzieć tę historię własnymi
słowami.
WPROWADZENIE
Klasztor i linia Gustawa
Do bitwy o Monte Cassino można porównać
tylko rzezie pod Verdun i Ypres czy najcięższe walki drugiej wojny
światowej na froncie wschodnim. Bitwa o Cassino - największa bitwa
lądowa w Europie - była najcięższą i najkrwawszą z walk zachodnich
aliantów z niemieckim Wehrmachtem na wszystkich frontach drugiej wojny
światowej. Po stronie niemieckiej wielu porównywało ją niepochlebnie ze
Stalingradem.
Po zdobyciu Sycylii w 1943 roku wojska aliantów stanęły naprzeciwko
armii niemieckiej w długiej kampanii na kontynencie europejskim po raz
pierwszy od trzech lat. Do początku 1944 roku Włochy nadal były jedynym
aktywnym frontem aliantów zachodnich w kontrolowanej przez nazistów
Europie, a postęp był boleśnie powolny. Kampania zaczęła budzić
zażenowanie, wśród aliantów narastały konflikty.
Zadanie, które postawili przed sobą alianci, nie było łatwe. Od
Belizariusza w roku 536 nikomu nie udało się zająć Rzymu od południa.
Hannibal wolał nawet przebyć Alpy niż obrać bezpośrednią drogę z Kartaginy. Napoleonowi przypisuje się stwierdzenie: "Włochy to but.
Trzeba wchodzić w nie od góry". Przyczyną było ukształtowanie terenu na
południe od Rzymu. Rwące rzeki przecinają wysokie góry. Jedyna możliwa
droga do stolicy Włoch od południa prowadzi starą Via Casilina, obecnie
znaną jako droga numer sześć. Osiemdziesiąt mil na południe od Rzymu
droga ta przecina dolinę rzeki Liri. Tam właśnie dowódca niemiecki
Kesselring postanowił stawić opór. Nad wejściem w dolinę górował
klasztor Monte Cassino.
Jest to jedno z najświętszych miejsc chrześcijaństwa. Założone podobno
przez rzymskiego arystokratę świętego Benedykta w 529 roku opactwo stało
się wzorem dla klasztorów zachodniej Europy. Z Monte Cassino benedyktyni
wyruszali zakładać klasztory w całym świecie chrześcijańskim.
Jednocześnie we wspaniałej bibliotece klasztornej przechowywano i kopiowano dzieła stworzone od czasów starożytności, zabezpieczając
dziedzictwo wczesnej cywilizacji. Klasztor uległ poważnym zniszczeniom
podczas trzęsienia ziemi w 1349 roku, ale dzięki poparciu papieża Urbana
V od razu rozpoczęto jego odbudowę. Nowe opactwo było potężnym,
rozległym kompleksem budynków wokół pięciu dziedzińców. Mury miały u podstawy dwadzieścia stóp grubości; z dołu ta ogromna budowla z ponurymi
rzędami okien cel wyglądała jak forteca. W renesansie opactwo stało się
popularnym celem pielgrzymek. Benedyktyni, zgodnie ze swoim zwyczajem,
obmywali podróżnym nogi i usługiwali im przy stole. W jednym tylko roku
na początku XVII wieku przybyło podobno 80 tysięcy pielgrzymów.
Pokolenia Włochów włożyły wiele trudu w upiększenie budynków. W XVIII
wieku dzięki kilku największym włoskim artystom klasztor stał się
barokowym arcydziełem i ośrodkiem sztuk pięknych. W 1868 roku opactwo
stało się dobrem narodowym Włoch, ale biblioteka pozostała jedną z najważniejszych na świecie - w 1943 roku zawierała ponad 40 tysięcy
manuskryptów i wiele dzieł Tacyta, Cycerona, Horacego, Wergiliusza,
Owidiusza i innych. Nad bramą klasztoru wyrzeźbiono jedno słowo: Pax.
Benedykt wybrał jednak to miejsce w czasach, gdy chrześcijaństwo,
zorganizowane wokół Rzymu, przechodziło największy kryzys. W celu
ochrony swojej nowej wspólnoty zbudował klasztor na szczycie wysokiej na
ponad 500 metrów litej skały, na krańcu bocznej górskiej grani, która
wznosi się niemal pionowo nad położoną niżej doliną. Z jego wysokich
okien rozciąga się widok na wiele mil dookoła - wszystkie drogi
prowadzące do masywu widać jak na dłoni.
Pod koniec 1943 roku uznawano go już za jedno z najlepszych stanowisk
obronnych w Europie i jako takie omawiano przez wiele lat na włoskich
wyższych uczelniach wojskowych. Poza wykorzystywaniem dominującej
pozycji był chroniony przez rzeki Rapido i Garigliano, które tworzą
przed nim naturalną fosę. Jego flanek strzegą poszarpane, bezdrożne
góry: od doliny Liri niemal do wybrzeża rozciągają się góry Aurunci, za
klasztorem masyw Cassino przechodzi w nieprzystępne pasmo Abruzzów.
Na północ od Cassino nie ma, jak na wybrzeżu Adriatyku, wielu przeszkód
rzecznych. Za doliną Rapido rzeki płyną na południe i północ, Tyber
płynie w okolice jeziora Trasimeno, a Arno kieruje się w stronę
Florencji. Cassino było zatem naturalnym stanowiskiem obronnym na drodze
do Rzymu, upadek Rzymu zaś oznaczałby upadek środkowych Włoch.
Masyw Cassino, na którym stał klasztor, był kluczowym stanowiskiem w linii Gustawa, systemie połączonych niemieckich linii obronnych,
biegnącym przez całą szerokość najwęższej części Włoch między Gaetą i Ortoną. Był to przykład imponującej inżynierii wojskowej,
najpotężniejszy system obronny, z jakim podczas wojny zetknęli się
Brytyjczycy i Amerykanie. W znacznej części górował nad rzekami o stromych brzegach, w szczególności Garigliano i Rapido, lub też
rozciągał się na nadbrzeżnych bagnach lub na wysokich górskich
szczytach. Naturalne korzyści, jakie dawało górskie położenie, zostały
wzmocnione przez Niemców dzięki usunięciu budynków i drzew i poszerzeniu
w ten sposób pola rażenia. W innych miejscach powiększono występujące w tej okolicy naturalne jaskinie, a pozycje obronne wzmocniono dźwigarami
kolejowymi i betonem. Wykopano ziemianki, połączone podziemnymi
przejściami. Umocnienia nie były jedną linią, a raczej wieloma liniami z tak zaplanowanymi stanowiskami, żeby można było natychmiast
przeprowadzać kontrnatarcia na utraconych obszarach linii frontu. Od
listopada 1943 roku Hitler osobiście interesował się linią Gustawa,
rozkazując, by rozbudowano ją do "potęgi fortecy". Równiny u stóp wzgórz
pokryto na odległość do 400 jardów za brzegami rzek systemem
przeciwpiechotnych pól minowych z zasiekami z drutu kolczastego.
Wysadzono tamę na rzece Rapido, żeby zmienić jej bieg - cała równina od
frontu klasztoru, już rozmokła od zimowego deszczu, stała się
grzęzawiskiem. Niemcy mieli czas na zbadanie każdej możliwej drogi ataku
i podjęcie środków zaradczych. Wszędzie kryły się okropne niespodzianki
- w każdej pozornej osłonie dla atakujących umieszczono miny lub bomby
pułapki.
24 stycznia 1944 roku brytyjskie i amerykańskie bombowce zrzuciły
obrońcom Monte Cassino ulotki z propozycją "Stalingrad czy Tunis" -
okrążenie i zniszczenie lub honorowa kapitulacja. Ale Hitler zarządził,
że - przygnębiające echo rozkazu utrzymania miasta nad Wołgą - we
Włoszech nie będzie już więcej odwrotów. W tym samym miesiącu przywódca
niemiecki wydał następujący rozkaz: "W ciągu kilku następnych dni
rozpocznie się "bitwa o Rzym". Będzie miała decydujące znaczenie dla
obrony środkowych Włoch i przesądzi o losie 10. Armii. (...) Wszystkich
oficerów i żołnierzy (...) musi przepełniać fanatyczna wola zakończenia
tej walki zwycięstwem i nie wolno im spocząć, dopóki ostatni żołnierz
wroga nie zostanie unicestwiony. (...) Bitwa musi się toczyć w duchu
świętej nienawiści do wroga, który prowadzi okrutną wojnę w celu
eksterminacji narodu niemieckiego. (...) Walka musi być twarda i bezlitosna, nie tylko z wrogiem, lecz również ze wszystkimi oficerami i oddziałami, które zawiodą w tej decydującej godzinie".
Alianci panowali już na morzu i w powietrzu. Mieli również przewagę w czołgach i transporterach opancerzonych, ale ukształtowanie terenu i zimowa aura często niwelowały tę przewagę. Tę linię obronną mogła
przełamać jedynie piechota. Miała to zatem być walka żołnierza z żołnierzem, toczona za pomocą granatów, bagnetów, a czasami gołych rąk,
a o jej wyniku miały przesądzić umiejętności i determinacja biorących w niej udział żołnierzy.
Zbliżając się do linii Gustawa, wojska aliantów mogły rzucić okiem na
to, z czym przyjdzie im się zmierzyć. Porucznik Gwardii Szkockiej D. H.
Deane wspomina przybycie na drugi brzeg rzeki Rapido i zapoznanie się,
wraz z towarzyszami broni, z przyszłym polem walki: "Góry nie do
zdobycia, najwyraźniej z armiami szkopów - zapisał. - Przed nami
rozciągały się niezmierzone góry, ponure i złowieszcze".
Przeczucie nie omyliło porucznika Deane'a. Walki o Monte Cassino
należały do najbardziej zaciętych walk toczonych w tej wojnie na
którymkolwiek z jej teatrów. Od chwili, kiedy Deane po raz pierwszy
ujrzał Monte Cassino, do tryumfalnego momentu, gdy polscy żołnierze
zatknęli swoją flagę na zniszczonych murach starego klasztoru, rozsnuwa
się niezwykła opowieść o zwykłych żołnierzach wystawionych na najcięższą
próbę w warunkach bardziej typowych dla okropności pierwszej wojny
światowej. Im dłużej trwała bitwa, tym bardziej stawała się polityczna,
symboliczna i osobista. Gdy stawka rosła, coraz więcej żołnierzy
posyłano na praktycznie niemożliwe do zdobycia niemieckie linie obronne.
Monte Cassino to opowieść o niekompetencji, nieposkromionej pysze i polityce okupionej przerażającą ceną odwagi, poświęcenia i człowieczeństwa zwykłych żołnierzy.
ROZDZIAŁ 1
Konferencja w Casablance i inwazja na Sycylię
14 stycznia 1943 roku Roosevelt i Churchill
spotkali się w niedawno wyzwolonym mieście Casablanca w Maroku. Na
wschodzie pierścień zacisnął się wokół Stalingradu, a zachodni przywódcy
dyskutowali teraz o następnych posunięciach. W wystawnej willi Mirador
na przedmieściach Casablanki towarzyszył Churchillowi generał sir Harold
Alexander, późniejszy naczelny dowódca pod Cassino, którego "wdzięczny,
życzliwy uśmiech - pisał Churchill - zdobył wszystkie serca". Harold
Macmillan, wówczas brytyjski minister rezydent w Afryce Północnej,
napisał o Churchillu: "Nigdy nie widziałem go w lepszej formie. Przez
cały czas jadł i pił ogromnie dużo, rozwiązywał wielkie problemy (...)".
Oficjalnie wszyscy byli zgodni: ponieważ kampania w Tunezji trwała
dłużej, niż zakładano, desant przez kanał La Manche miał zostać
przełożony na 1944 rok. Gdy opór niemiecki w Afryce Północnej zostanie
złamany, nastąpi inwazja na Sycylię. Jeśli się powiedzie, alianci
zyskają kontrolę nad Morzem Śródziemnym, ponownie otworzą szlak
żeglugowy Gibraltar-Suez i - jak mieli nadzieję - wyeliminują Włochy z wojny.
Jednak za zewnętrznymi przejawami jedności kryły się poważne różnice
zdań co do strategii. W rzeczywistości na konferencji w Casablance
toczyły się najburzliwsze w historii negocjacje zachodnich aliantów.
Amerykanie, respektując wojskową maksymę, że atakujący powinien iść do
celu najkrótszą drogą z największą siłą, jaką jest w stanie zgromadzić,
podchodzili z głęboką nieufnością do kolejnych opóźnień desantu we
Francji. Najzagorzalszym zwolennikiem tej linii był generał George
Marshall, szef sztabu armii amerykańskiej i prawa ręka Roosevelta w kwestiach dotyczących prowadzenia wojny. Jego zdaniem Morze Śródziemne
było imprezą towarzyszącą, niepotrzebnie wyczerpującą siły ludzkie i zasoby, które lepiej można byłoby wykorzystać, wracając natychmiast do
Anglii, a następnie kierując się najkrótszą drogą do Berlina. Churchill
jednak, podobnie jak wszyscy Brytyjczycy, dręczony zmorami zachodniego
frontu sprzed pokolenia, pragnął opóźnić operację "Overlord" do czasu,
gdy sukces będzie dużo pewniejszy. Nie uważał, że ta chwila już
nadeszła, i miał inne jeszcze motywy kontynuowania działań na Morzu
Śródziemnym. Postanowił również - co tradycyjnie pozostawało w sferze
zainteresowań Brytyjczyków ze względu na drogę do Indii - "postawić
Bałkany w ogniu", wykorzystując opór wobec okupacji nazistowskiej, który
już związał czołowe niemieckie dywizje, i zamierzał odciąć dostawy ropy
naftowej i innych surowców, mających kluczowe znaczenie dla niemieckiej
machiny wojennej. Był nawet tak dalekowzroczny, że chciał przerzucić
żołnierzy aliantów zachodnich do Europy Środkowej i zwłaszcza do Grecji,
zanim dotrze tam Armia Czerwona.
Zirytowani niechęcią Brytyjczyków do realizacji pełną parą planów
desantu przez kanał La Manche, Amerykanie podejrzewali, że
śródziemnomorskie ambicje Churchilla motywowane są interesami
imperialnymi. W okresie międzywojennym występowały napięcia między
Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi, między innymi ostre wymiany
zdań dotyczące prowadzonej przez Wielką Brytanię polityki gospodarczej
imperialnej preferencji, która szkodziła handlowi Stanów Zjednoczonych,
a amerykańskie władze mogły być absolutnie pewne głębokich przekonań
antykolonialnych swojego narodu. Dla Churchilla jednak imperium było
kwestią nie podlegającą dyskusji.
Ale Churchillowi i Brytyjczykom, ku ich wielkiemu zdziwieniu, udało się
postawić na swoim i po dziesięciu dniach burzliwych rozmów osiągnięto
kompromis, w którym zgodzono się na desant na Sycylię. To, jak
zobaczymy, niemal nieuchronnie doprowadziło do najcięższych walk we
Włoszech, a Amerykanie nadal mieli wrażenie, że zostali wykiwani czy
"wyprowadzeni w pole" w kwestii Europy Południowej.
Konsekwencje konferencji w Casablance miały wywrzeć wpływ na całą
kampanię włoską. Na najwyższym szczeblu Amerykanie w wielkim stopniu
byli niechętnymi uczestnikami "śródziemnomorskiej awantury" Churchilla.
Wskutek tego południowy teatr działań wojennych miał niski priorytet,
jeśli chodzi o zaopatrzenie i żołnierzy, podsycało to także brak
zaufania i niechęć między dwoma głównymi sprzymierzeńcami, co miało mieć
smutny koniec pod Monte Cassino.
Morze Śródziemne, listopad 1942 - wrzesień 1943
Droga prowadząca do kulminacyjnych walk na południe od Rzymu na początku
1944 roku zaczyna się od podjętej niemal dwa lata wcześniej, w lipcu
1942 roku, decyzji o wysłaniu znacznych sił amerykańskich i brytyjskich
do Afryki Północnej. Zgodnie stwierdzono, że w tym roku nie było
wystarczającej liczby wyspecjalizowanych okrętów desantowych do
przeprowadzenia inwazji przez kanał La Manche. Niewystarczające były też
już przeszkolone i wysłane do Europy siły amerykańskie. Zamiast pozwolić
obecnym tam wojskom na bezczynność, uznano, że najlepiej będzie
wykorzystać je do oczyszczenia Afryki Północnej i tym samym przynajmniej
zrobić coś na lądzie, żeby pomóc przypartym do muru Rosjanom. Prezydent
Roosevelt zdecydował, że amerykańscy żołnierze powinni jak najszybciej
podjąć gdzieś walkę z Niemcami. I tak w listopadzie 1942 roku, wbrew
życzeniom amerykańskich dowódców wojskowych, prezydent wyraził zgodę na
operację "Torch" - desant amerykańskich i brytyjskich oddziałów na
północno-zachodnim wybrzeżu Afryki. 8. Armia generała Bernarda
Montgomery'ego po odniesionym w poprzednim miesiącu zwycięstwie w El-Alamejn zaatakowała ze wschodu.
Głębokie obawy Brytyjczyków związane z nieprzygotowaniem sił alianckich
do ataku na silnie bronione północne wybrzeże Francji okazały się
uzasadnione, gdy w grudniu 1942 roku 8. Armię powstrzymał mniej liczny
Afrika-Korps. Na początku lutego 1943 roku Rommel, który po krótkiej
przerwie znowu dowodził siłami niemieckimi w Afryce, przystąpił do
kontrnatarcia przeciwko jednostkom amerykańskim w pobliżu przełęczy
Kasserine w Tunezji. Początkowo natarcie zostało powstrzymane, ale
wkrótce zaczęły w amerykańskich szeregach krążyć plotki i niektóre
oddziały zaczęły się wycofywać bez otrzymania rozkazu. Dla wielu
amerykańskich żołnierzy, wyczerpanych, zniechęconych i osłabionych
wielodniowymi walkami w górach, gdzie pozbawieni byli wody, była to
pierwsza okazja posmakowania bombardowań z lotu nurkowego i ostrzału z moździerzy. Efektem był paniczny strach i odwrót, co pozwoliło Niemcom
odepchnąć przeciwników o ponad pięćdziesiąt mil. Dla Brytyjczyków było
to przygnębiające potwierdzenie ich podejrzeń co do zdolności bojowej
sojusznika. Generał Alexander, wówczas zastępca dowódcy na tym teatrze
działań wojennych, w liście do generała Alana Brooke'a, szefa
imperialnego sztabu generalnego, a więc de facto najwyższego rangą
żołnierza brytyjskiego, nazwał szeregowców amerykańskich "miękkimi,
zielonymi i zupełnie nie wyszkolonymi, (...) czy może więc zaskakiwać ich
brak woli walki? (...) Jeśli obecnych tutaj kilka dywizji należy do
najlepszych, jakie mają, to można sobie wyobrazić, jaką wartość
przedstawia reszta". Przełamania linii frontu na przełęczy Kasserine nie
wykorzystano, a do Tunezji w dalszym ciągu przybywały niemieckie
posiłki.
Posunięcie to stanowiło dowód odzyskania przez Niemców wczesną wiosną
1943 roku pewności siebie. Ku przerażeniu Armii Czerwonej Wehrmacht po
klęsce pod Stalingradem poprzedniej zimy w zaskakujący sposób doszedł do
siebie. W marcu 1943 roku, gdy Niemcy przeprowadzili przeciwnatarcie w okolicach Charkowa na Ukrainie, Rosjanie zostali miejscami odepchnięci o sto mil. Poza tym sukcesem zaczęła napływać nowa broń, między innymi
ciężkie czołgi Tygrys i średnie czołgi Pantera. Przeprowadzona na wielką
skalę mobilizacja siły roboczej z wykorzystaniem pracy niewolniczej
umożliwiła powołanie do służby wojskowej tysięcy Niemców i teraz
Wehrmacht osiągnął stan liczebny zbliżony do tego sprzed dwóch lat,
pomimo ogromnych strat na froncie wschodnim. Coraz bardziej niechętni
sojusznicy Niemiec, Włochy, Finlandia, Węgry i Rumunia, nadal brali
udział w wojnie i planowano następną wielką ofensywę w rejonie Kurska w maju. Produkcja okrętów podwodnych wzrosła, co dawało nadzieję, że
ofensywy przeciwko zachodowi na morzu i wschodowi na lądzie pozwolą
przetrwać Niemcom do czasu rozpadnięcia się niezwykłego sojuszu Stanów
Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii ze Związkiem Radzieckim.
Co więcej, nawet stosunki między Stanami Zjednoczonymi i Wielką Brytanią
były napięte. Po konferencji w Casablance i trudnościach na przełęczy
Kasserine Amerykanie utwierdzili się w swoich podejrzeniach, że zostali
podstępem wciągnięci w kosztowną imprezę towarzyszącą, a Brytyjczycy
ciągle obawiali się, że ich sojusznik odetnie dopływ gotówki do
śródziemnomorskiego teatru działań wojennych lub, co gorsza, wróci do
polityki "najpierw Niemcy" i przerzuci przytłaczającą większość swoich
sił do walki z Japonią. Rozwój sytuacji w terenie doprowadził też do
nieufności jednej strony, na którą druga strona odpowiadała niechęcią.
Sam prezydent Roosevelt skarżył się, że Brytyjczycy zdegradowali
oddziały amerykańskie do ról pomocniczych, nie chcąc powierzyć im
niczego innego. W rzeczywistości działania amerykańskiego 2. Korpusu w Afryce uległy znacznej poprawie, gdy żołnierze i dowódcy zdobyli
doświadczenie i zostali przeszkoleni przez wojska brytyjskie. Jak
zauważył po wojnie generał Bradley, dowódca 2. Korpusu, Tunezja była
ważnym poligonem doświadczalnym. "W Afryce - pisał - nauczyliśmy się
raczkować, chodzić, a później biegać". 3 marca obszar stracony wskutek
lutowego kontrnatarcia Rommla został odbity i pod koniec miesiąca
amerykańskie dywizje generała Pattona spotkały się z 8. Armią
Montgomery'ego, który w końcu przebił się przez niemieckie linie obronne
w południowej Tunezji. Potem Alexander zreorganizował armie aliantów i wydał rozkaz rozpoczęcia generalnej ofensywy 4 maja. Obecnie linie
zaopatrzenia armii niemieckiej w Tunezji znajdowały się pod ciągłym
atakiem i w Berlinie podjęto decyzję o pozostawieniu Afrika-Korps,
dowodzonego teraz przez generała von Arnima, własnemu losowi. Trzy dni
później zdobyto Bizertę i Tunis, a 12 maja alianci przejęli wiadomość od
von Arnima: "Wystrzeliliśmy ostatni nabój. Kończymy na zawsze".
Następnego dnia wszystkie siły Osi w Afryce Północnej poddały się. W sumie wzięto do niewoli około 130 tysięcy Niemców i 120 tysięcy Włochów.
Z notatek alianckiego operatora filmowego dokumentującego kapitulację
wynika, że szeregi jeńców ciągnęły się na długości 22 kilometrów. Było
to dla aliantów spektakularne zwycięstwo pod każdym względem.
Linia frontu przebiegała teraz w Cieśninie Sycylijskiej i rozpoczęły się
- co uzgodniono w Casablance - przygotowania do desantu morskiego na tę
wyspę. Z dużym niepokojem zastanawiano się nad miejscem pierwszego
głównego lądowania aliantów na opanowanym przez wroga wybrzeżu oraz
pierwszego powrotu Wielkiej Brytanii do Europy od czasu sromotnego
wyparcia jej z Grecji i Krety w 1941 roku. W przeciwieństwie do desantów
w Afryce Północnej, gdzie atakujący mieli przeciwko sobie wojska
francuskie z Vichy, tym razem będą musieli stawić czoło dywizjom
niemieckim; poza tym - również inaczej niż w Afryce Północnej - nie
posiadali sieci agentów i informatorów dostarczających danych
wywiadowczych.
Gdy kampania tunezyjska zbliżała się do końca, przywódcy aliantów
spotkali się w Waszyngtonie na konferencji Trident. Ponownie dyskusje
zdominowały zagadnienia priorytetów, przy czym Amerykanie nadal byli
głęboko podejrzliwi w stosunku do "zakłócenia", za jakie uważali
śródziemnomorski teatr działań wojennych, a Brytyjczycy, ku ciągłej
frustracji generała Marshalla, robili, co w ich mocy, żeby opóźnić
inwazję przez kanał La Manche. W 1943 roku Churchill wielokrotnie
powracał do swoich trosk dotyczących tej operacji, bojąc się, że
doskonałe linie komunikacyjne Niemców z północną Francją pozwolą im
zgromadzić "przytłaczające siły przeciwko nam i sprowadzić na nas
większą klęskę wojskową niż w Dunkierce. Skutkiem takiej klęski byłoby
ponowne ożywienie Hitlera i reżimu nazistowskiego". Brytyjczycy, którym
już teraz rozpaczliwie brakowało żołnierzy, po trzykrotnym wyparciu z kontynentu europejskiego - z Norwegii, Francji i Grecji - po prostu nie
mogli sobie pozwolić na kolejną taką porażkę. Zamiast tego - i w zgodzie
z historyczną rolą Wielkiej Brytanii jako mocarstwa morskiego - premier
ciągle nalegał na oportunistyczne ataki na peryferiach, które nazywał
"miękkim podbrzuszem" Europy - na Bałkanach, Dodekanezie i we Włoszech.
Na konferencji Brooke, odpowiednik Marshalla w naczelnym dowództwie
brytyjskim, przytaczał argumenty za desantem we Włoszech, zwracając
uwagę, że Niemcom dużo trudniej będzie wzmocnić je niż północną Francję.
Wyeliminowanie głównego sojusznika Niemiec z wojny, sugerował Churchill,
przyniosłoby wiele korzyści: stanowiłoby silny bodziec dla oponentów i niechętnych sprzymierzeńców Niemiec na całym świecie, jak również
zmusiłoby Niemców do przejęcia obowiązków garnizonowych armii włoskiej
na Bałkanach i Morzu Egejskim, ponadto brytyjska flota śródziemnomorska
mogłaby podjąć walkę z Japończykami. Podkreślał, że przede wszystkim
oznaczałoby to, że armie brytyjskie i amerykańskie pozostałyby w kontakcie z Niemcami, przypominając na konferencji, że Rosjanie mają
obecnie na wschodzie przeciwko sobie 185 niemieckich dywizji.
Wystąpiły też różnice zdań między dowódcami różnych służb, zarówno
między dwoma obozami aliantów, jak i w obrębie każdego z nich. Szef
sztabu armii amerykańskiej generał Marshall z dowódcami sił powietrznych
obu stron chciał ograniczenia operacji na Morzu Śródziemnym na korzyść
desantu przez kanał; brytyjscy dowódcy marynarki i sił lądowych chcieli
skoncentrować się na wyeliminowaniu Włoch z wojny.
Rezultatem był kompromis i brak zdecydowania. Sztabowi Eisenhowera
rozkazano przygotować plany inwazji na Sardynię i Korsykę, a także na
południowe Włochy, ale siły śródziemnomorskie miały do listopada 1943
roku stracić większość floty desantowej i siedem doświadczonych dywizji,
które miały wrócić do Anglii ze względu na desant przez kanał La Manche.
Operacja ta nazywała się wówczas "Roundup" i była wyznaczona na maj 1944
roku. Zatem kwestia następnego kroku po Sycylii - zakładając, że
operacja ta się powiedzie - na najwyższym poziomie strategicznym była
nie rozwiązana. Sam Eisenhower uważał, że dostępne zasoby na jakąkolwiek
operację po Sycylii były "naprawdę bardzo skromne". Był to niepomyślny
początek i raczej wydarzenia w Rzymie niż jasny i spójny "wielki plan"
przyspieszą rozpoczęcie kampanii włoskiej.
Gdy licząca niemal 2600 jednostek aliancka flota desantowa wyruszyła z Afryki na Sycylię, żadna ze stron prowadzących w Waszyngtonie rozmowy
nie była w pełni usatysfakcjonowana. Marshall, który był przeciwny
ofensywie z Afryki, uznając ją za rozproszenie wysiłku, przewidywał, że
ani desant na Morzu Śródziemnym, ani zbliżająca się inwazja przez kanał
La Manche nie będą właściwie wyposażone. Brooke w zapisie z 24 lipca
1943 roku rozpaczał nad tym, że amerykański generał może być tak ślepy:
"Marshall zupełnie nie dostrzega strategicznych skarbów, jakie leżą u naszych stóp na Morzu Śródziemnym, i cały czas marzy o operacjach na
kanale La Manche. Przyznaje, że naszym celem musi być wyeliminowanie
Włoch, a mimo to ciągle boi się ponieść konsekwencje. Nie widzi niczego
poza czubkiem własnego nosa i jest nie do wytrzymania".
Po tym, jak udane bombardowania zniszczyły włoskie i poważnie osłabiły
niemieckie lotnictwo na Sycylii, desant z 10 lipca poszedł lepiej, niż
ktokolwiek śmiałby oczekiwać. Na jednej z amerykańskich plaż doszło do
kontrataków, ale 12 lipca obie armie aliantów maszerowały w głąb lądu.
Inaczej było z desantami z powietrza, które poszły źle z powodu silnych
wiatrów i ciągłego ostrzału z własnych okrętów, co spowodowało poważne
straty. Niemniej jednak Syrakuzy i pobliskie lotniska zdobyto po
zaledwie dwóch dniach i zaczęto szybko posuwać się naprzód.
Chociaż dwie niemieckie dywizje walczyły zaciekle od początku, strata
tak wielu żołnierzy i tak dużej ilości sprzętu w Tunezji poważnie
osłabiła włoskich obrońców Sycylii. Nieustannie brakowało transportu dla
ich dziewięciu słabych dywizji, a morale walczących żołnierzy gwałtownie
spadało. Włosi mieli dość. Gdy 21 lipca Patton wkroczył do Palermo,
mieszkańcy powitali jego żołnierzy nie jak wrogów, lecz jak
wyzwolicieli, co stanowiło złowróżbny znak dla Mussoliniego i faszystowskich przywódców Włoch.
Planiści aliantów, ujrzawszy te początkowe sukcesy i oznaki
potencjalnego upadku Włoch, zaczęli dopracowywać szkicowy plan inwazji
na półwysep. Pięć dni przed desantem na Sycylię Niemcy rozpoczęli pod
Kurskiem natarcie na znacznie wysunięte siły radzieckie, rzucając trzy
czwarte całych swoich sił na wschód. Żywiono bardzo realne obawy, że
Rosja zostanie wyeliminowana z wojny i zawrze odrębny pokój z Niemcami -
wiadomo było, że Związek Radziecki kontaktował się z Niemcami za
pośrednictwem Szwecji.
Uważano teraz, że operacje we Włoszech zwiążą większość wojsk wroga, i jako główny atak planowano desant morski na Neapol, w którego pobliżu
znajdowały się dogodne do lądowania plaże. Był to najdalej na północ
wysunięty punkt, do którego stacjonujące na lądzie myśliwce mogły
zapewnić osłonę. Desant miał być wsparty mniejszym, wstępnym lądowaniem
dokładnie na czubku włoskiego buta. Gdy planiści, brytyjscy i amerykańscy, choć pracujący oddzielnie, rozważali możliwości, na
horyzoncie pojawiały się coraz to większe ambicje. Jeśli atak na Neapol
nie spowodowałby wyeliminowania Włoch z wojny, dlaczego by nie ruszyć na
Rzym? Dzięki temu niemieckie dywizje pozostawione na południu wpadłyby w pułapkę oraz odniesiono by bezcenne ideologiczne zwycięstwo.
Mussolini przechwalał się, że atak na Sycylię zostanie rozbity "na samym
brzegu". Pod koniec lipca 1943 roku, gdy nie można już było opacznie
rozumieć wiadomości napływających z południa, króla i ogromną większość
włoskiej armii i narodu łączyło pragnienie pozbycia się dyktatora i zakończenia udziału Włoch w wojnie. Nawet wysocy rangą przywódcy
faszystowscy, pod przewodnictwem Dina Grandiego, szefa Wielkiej Rady
Mussoliniego, planowali obalenie duce. Spiskowanie osiągnęło punkt
krytyczny wieczorem 24 lipca, gdy Wielka Rada zebrała się po raz
pierwszy od rozpoczęcia wojny. Wcześniej tego samego dnia Mussolini
"nadal siedział mocno w siodle", pogląd ten podzielał również niemiecki
dowódca na śródziemnomorskim teatrze działań, feldmarszałek Albert
Kesselring. Jeden z niewielu wyższych dowódców armii niemieckiej, którzy
nigdy nie poróżnili się z Hitlerem, Kesselring był zagorzałym nazistą i przyjacielem Hermanna Göringa. W swoich wspomnieniach przyznaje, że
żaden z dowódców armii niemieckiej czy dyplomatów w Rzymie "nie wierzył
w bezpośrednie zagrożenie dla reżimu". Jednak Niemcy przygotowali plany
działań po upadku Włoch. Już 1 kwietnia 1943 roku, jeszcze przed
upadkiem Tunezji, ambasada niemiecka w Rzymie otrzymała polecenie
odesłania do kraju poufnych dokumentów, co stanowiło środek ostrożności.
Mussolini próbował pohamowywać Hitlera, nakłaniając go do bardziej
pojednawczej polityki wobec podbitych narodów. Wraz z Japończykami
zalecał Niemcom zawarcie pokoju ze Związkiem Radzieckim, aby
skoncentrować się na pokonaniu Zachodu. Ale przeceniał swój wpływ na
Hitlera w takim samym stopniu, jak oszukiwał się co do możliwości swojej
armii i wierności swoich zwolenników. Kesselring opowiada, jak tuż przed
zebraniem Wielkiej Rady udał się na spotkanie z włoskim przywódcą.
Feldmarszałek musiał czekać pół godziny, dowiedziawszy się, że Mussolini
ma ważne spotkanie polityczne. Gdy wpuszczono go do środka, ujrzał, że
twarz Włocha "rozpływa się w uśmiechu".
- Czy zna pan Grandiego? - zapytał [Mussolini]. - Właśnie wyszedł.
Pogadaliśmy od serca, mamy takie same poglądy. Jest mi szczerze oddany.
"Rozumiałem jego spontaniczną radość - pisze Kesselring - ale gdy zaraz
następnego dnia dowiedziałem się, że ten sam Grandi stał na czele buntu
przeciwko Mussoliniemu w Wielkiej Radzie Faszystowskiej, musiałem zadać
sobie pytanie, co jest bardziej zdumiewające: łatwowierność Mussoliniego
czy przebiegłość Grandiego".
Mussolini nie pogodził się z przegłosowanym przez Wielką Radę wotum
nieufności i poprosił wiekowego króla o poparcie. Król kazał go
aresztować, a szefem rządu włoskiego mianował marszałka Pietra Badoglia,
byłego szefa sił zbrojnych i odwiecznego przeciwnika Mussoliniego. 26
lipca Kesselring udał się z wizytą do Badoglia. Podczas "chłodnej,
powściągliwej i nieszczerej rozmowy" nowy przywódca włoski zapewnił
Kesselringa, że nowy rząd w pełni respektuje swoje zobowiązania
wynikające z traktatu sojuszniczego. Duce, mówił Badoglio, dla jego
własnego bezpieczeństwa znajduje się w areszcie. Gdy Kesselring zapytał
gdzie, Badoglio odparł, że wie to tylko król.
Następnie Kesselring udał się do króla. Dała się zauważyć znaczna
różnica tonu. "Moja audiencja w pałacu trwała niemal godzinę i przebiegała w atmosferze zaskakującej życzliwości - napisał później
Kesselring. - Jego Wysokość zapewnił mnie, że nie będzie żadnych zmian,
jeśli chodzi o działania wojenne, wprost przeciwnie - zostaną one
nasilone. (...) Powiedział, że decyzję [o zdymisjonowaniu Mussoliniego]
podjął bardzo niechętnie. Nie wie, gdzie jest Mussolini, ale zapewnił
mnie, że czuje się osobiście odpowiedzialny za jego dobre samopoczucie i właściwe traktowanie. Jedynie Badoglio wie, gdzie jest duce (!)".
W rzeczywistości Badoglio zdecydowanie chciał całkowicie wykluczyć
Włochy z wojny, co Niemcy podejrzewali. "Mówią, że będą walczyć, ale to
zdrada! - szydził Hitler. - Musimy mieć całkowitą jasność: to czysta
zdrada! (...) Czy ten człowiek wyobraża sobie, że mu uwierzę?" Gdy tylko
Mussolini otrzymał dymisję, niemieckie dywizje i sztab zaczęły masowo
przybywać do północnych Włoch, co coraz bardziej przygnębiało Włochów.
31 lipca grupa szanowanych włoskich cywilów zwróciła się do ambasady
brytyjskiej w Madrycie i konsula brytyjskiego w Tangerze z prośbą o rozpoczęcie negocjacji pokojowych, ale gdy do niczego to nie
doprowadziło, do Madrytu wysłano incognito wysokiego rangą oficera armii
włoskiej. Rozmowy zerwano, gdyż przedstawiciele aliantów nalegali na
bezwarunkową kapitulację, stanowisko przyjęte na zakończenie konferencji
w Casablance w styczniu.
Wojska włoskie z Sycylii zaczęły przedostawać się na półwysep, gdy tylko
dotarły tam wieści o upadku Mussoliniego. Do tego czasu jednak ofensywa
utknęła w martwym punkcie. Montgomery podzielił swoje siły i natarcie w kierunku Mesyny osłabło, a później zostało wstrzymane. Niemcy,
wzmocnieni pod koniec lipca częścią elitarnej 1. Dywizji Spadochronowej,
bardzo umiejętnie prowadzili grę na zwłokę na kolejnych pozycjach
obronnych wokół Etny. Pomysłowe wykorzystanie górzystego terenu
umożliwiło, jako przedsmak tego, co miało nastąpić we Włoszech, około 60
tysiącom niemieckich żołnierzy powstrzymywanie 450 tysięcy żołnierzy
aliantów przez trzydzieści osiem dni. Skutek był taki, że chociaż do
niewoli wzięto ponad 100 tysięcy żołnierzy włoskich (prawie 35 tysięcy
zdezerterowało w czasie kampanii), Niemców raczej wyparto z wyspy, niż
rozbito. Z powodu strategicznej niepewności co do inwazji na Włochy nie
przeprowadzono operacji zamknięcia portów naprzeciw Mesyny i niemal 40
tysiącom żołnierzy niemieckich oraz ponad 10 tysiącom pojazdów udało się
ewakuować. Gdyby wzięto ich do niewoli lub wyeliminowano, zupełnie
inaczej potoczyłaby się historia dalszych działań we Włoszech.
Niektórymi z problemów, które opóźniały zakończenie sukcesem kampanii,
można obarczyć generała Alexandra, bezpośredniego zwierzchnika generałów
na polu bitwy, Pattona i Montgomery'ego. Alexander, wykształcony w Harrow i Sandhurst, skromny i bezpretensjonalny, był faworytem Winstona
Churchilla przez całą wojnę. Wyróżnił się jako dowódca pod Dunkierką i w Birmie i w sierpniu 1942 roku, na jakieś dwa miesiące przed El-Alamejn,
zastąpił Auchinlecka na stanowisku naczelnego dowódcy na Bliskim
Wschodzie. Na Sycylii nie udało mu się zapobiec swarom między generałami
brytyjskimi i amerykańskimi ani wykazać się odpowiednio "twardą ręką" i zdecydowaniem, by wykorzystać szybkie początkowe sukcesy. Jako zręczny
dyplomata wolał później traktować swoje wielonarodowe siły pod Cassino z wielkim taktem, ale z konieczności w koalicji dowodził raczej na drodze
uzgodnień niż rozkazów, co doprowadziło do nasilenia się rywalizacji i zawiści między Brytyjczykami i Amerykanami.
W czasie kampanii sycylijskiej skompromitował się też generał Patton,
który tak się zasłużył przy przywracaniu amerykańskiego morale po
katastrofie na przełęczy Kasserine. Odwiedzając 3 sierpnia szpital w pobliżu Palermo, amerykański generał przystanął przy łóżku młodego
żołnierza, który nie miał widocznych obrażeń. "Co ci dolega, żołnierzu?"
- zapytał Patton. Mężczyzna odpowiedział, że jest przypadkiem
psychiatrycznym. Wtedy Patton uderzył go rękawiczką w twarz ze słowami:
"Jesteś przeklętym tchórzem". Tydzień później, w innym szpitalu, Patton
groził żołnierzowi pistoletem, a potem zdzielił go pięścią w głowę.
Zmuszono go do wystosowania przeprosin i pozbawiono dowództwa. Zdarzenia
te jednak zwróciły uwagę na coraz poważniejszy problem załamań
psychicznych wśród żołnierzy alianckich, który miał stać się tak ważną
częścią opowieści o Cassino.
Ale alianci mieli wiele powodów do zadowolenia z zajęcia Sycylii.
Powodzenie dużego desantu morskiego w pewnym stopniu przepędziło duchy
Gallipoli; Niemcy zdali sobie sprawę, że Włosi nie będą skutecznie
bronić swojej ojczyzny, więc właśnie gdy bitwa pod Kurskiem osiągnęła
apogeum, Hitler był zmuszony wycofać oddziały i przerzucić je do Włoch.
Dla Niemców był to koniec wszelkich operacji ofensywnych na froncie
wschodnim. Żołnierze i samoloty trzeba było wysłać nie tylko do samych
Włoch, lecz również do tych części podbitej Europy, w których
stacjonowały oddziały włoskie. W tamtym czasie było pięć włoskich
dywizji we Francji i nie mniej niż dwadzieścia dziewięć na
przysparzających kłopotów Bałkanach.
Teraz dowódcy alianckich sił powietrznych zmienili zdanie i stanowczo
opowiadali się za inwazją na Włochy, mając zamiar wykorzystać do
bombardowania ważnych celów w południowych Niemczech i na Bałkanach
lotnisko w Foggii, położone na południowy wschód od Rzymu. Nie tylko w zasięgu pojawiłyby się nowe obszary, ale i ataki mogłyby uniknąć
strzegącego dostępu do Niemiec od północy i zachodu pasa obrony
myśliwskiej i przeciwlotniczej, która spowodowała ogromne straty wśród
załóg bombowców. Panowała już zgodna opinia co do inwazji na Włochy.
Nowe władze włoskie stwierdziły, że teraz nie ufają im ani Niemcy, ani
alianci. Ale kolejny wysłannik, któremu towarzyszył jako znak dobrej
woli wysoko postawiony generał brytyjski, jeniec wojenny, nawiązał
kontakt z naczelnym dowództwem aliantów i wreszcie pod koniec sierpnia
rozpoczęły się rozmowy o rozejmie. W ich trakcie rozwijano plany inwazji
na Włochy na początku września. Włosi byli niechętni przejściu na stronę
aliantów, ale Stany Zjednoczone i Wielka Brytania uparły się, że
neutralność Włoch jest wykluczona. Rezultatem był jeszcze większy brak
zaufania i chociaż 3 września podpisano tajny rozejm, dowództwo aliantów
nie zgodziło się, by Włosi zapoznali się z ich planami inwazji. Włosi w obawie przed krokami odwetowymi Niemiec poprosili aliantów, aby
wstrzymali się z ogłoszeniem zawartego rozejmu, aż będą mieli na brzegu
znaczne siły. Eisenhower utrzymał go w tajemnicy przez pięć dni, ale 8
września, obawiając się, że liczne oddziały włoskie na półwyspie mogą
stawić opór, ogłosił o szóstej trzydzieści po południu w radiu Algier
zakończenie wojny z Włochami, mówiąc, że ma nadzieję, iż teraz "wszyscy
Włosi pomogą wyrzucić niemieckiego agresora z włoskiej ziemi". W tym
czasie główna flota desantowa zbliżała się do plaż Salerno, około
trzydziestu mil od Neapolu. Znajdujące się na pokładzie wojska
brytyjskie i amerykańskie, dla których ta wiadomość, usłyszana z głośników, stanowiła całkowite zaskoczenie, przyjęły ją głośnymi
wiwatami. "Nie spodziewam się, bym jeszcze kiedykolwiek miał być
świadkiem takich scen prawdziwej radości - napisał amerykański oficer. -
Mnożyły się domysły, a wszystkie były optymistyczne. (...) Mieliśmy
przycumować w porcie w Neapolu, nie natknąwszy się na opór, z gałązką
oliwną w jednej ręce i biletem do opery w drugiej".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki