Odkąd na początku listopada 5. Armia podeszła pod Linię Bernharda, żołnierze zaczęli dostrzegać w oddali niezwykły budynek, usadowiony wysoko na końcu podłużnej górskiej ostrogi. Z odległości wielu kilometrów wydawał się długi, niski i biały, czasem nawet połyskiwał przy tych rzadkich okazjach, kiedy świeciło słońce. Wyróżniał się nawet podczas burzy, niczym latarnia morska na tle ciemnej masy gór i skłębionego, grzmiącego nieba. Teraz, kiedy alianci podeszli bliżej, wyglądał jak wszystkowidzące oko, spoglądające na nich z góry, śledzące każdy ich ruch. Podobne wrażenie wywierał na Niemcach przybywających po raz pierwszy na linię frontu, położony tak wyzywająco, panujący nad okolicą w promieniu wielu kilometrów. Stamtąd było widać wszystko, co działo się w dolinie. Każdą ciężarówkę, każdy czołg. Każdego Jeepa.
Ten dziwny kompleks o zdecydowanie nowoczesnym wyglądzie, w niebywały sposób wybudowany ponad 500 metrów nad poziomem morza, należał do najświętszych i otaczanych największą czcią chrześcijańskich sanktuariów w Europie. Opactwo Monte Cassino powstało w 529 roku, założone przez Benedykta z Nursji, a ponieważ w ciągu następnych stuleci było ustawicznie łupione i odbudowywane, swoją formę zyskało głównie w XVI wieku. Miało potężne warowne mury, ale z galeriami, dziedzińcami i kolumnadami niezwykłej piękności, natomiast sam kościół opactwa był apoteozą baroku: wielkie kolumny z inkrustowanego marmuru, błyszczące złote liście, bogate freski. Oszałamiający hołd złożony wybujałości wcześniejszej epoki na chwałę Boga.
Mimo przepychu bazyliki benedyktyńscy mnisi zamieszkujący opactwo żyli bardzo skromnie. Była to cicha, ascetyczna egzystencja poświęcona modlitwie, nauce, kontemplacji i pracy, zarówno w obrębie murów, jak i poza nimi, ponieważ opactwo miało również gospodarstwo rolne ze zwierzętami, winnicami, ulami i gajami oliwnymi. Aż do października 1943 roku mnisi prowadzili całkowicie samowystarczalne życie, bogate duchowo i intelektualnie, lecz w znacznym stopniu także oderwane od zewnętrznego nowoczesnego świata.
Później przyszli Niemcy i wprowadzili zamęt do tej uporządkowanej, izolowanej egzystencji. Mnisi dowiedzieli się nagle, że znajdują się na linii frontu i że masyw, na którym wznosi się opactwo, jest częścią linii obronnej przebiegającej z jednej strony Włoch na drugą. A ponieważ masyw Monte Cassino panował nad główną drogą do Rzymu, czyniło to występ skalny, na którym znajdowało się opactwo, najważniejszym punktem całej pozycji obronnej, którą Niemcy nazwali Linią Gustawa. Świątobliwy opat Gregorio Diamare miał 78 lat i mimo całej swojej pobożności i uczoności przekonał się, że jest absolutnie nieprzygotowany do tego, aby stawić czoło nieszczęściu, które spadło na mnichów. Przypochlebni niemieccy historycy sztuki w mundurach SS nakłonili go, aby powierzył im na przechowanie liczne skarby opactwa. Ojciec Gregorio dręczył się, targany wątpliwościami, czy można zaufać Niemcom, i w końcu przekazał w ich ręce znaczną część dzieł sztuki i manuskryptów, lecz potajemnie zakopał i ukrył resztę. Kiedy alianci zaczęli regularnie bombardować miasto Cassino, w opactwie schroniło się wielu cywilów, ale co jakiś czas pojawiali się Niemcy, którzy żądali, aby ci zrozpaczeni ludzie się wynieśli. Wszystkie te strapienia często doprowadzały ojca opata do łez; nic w jego bogobojnym życiu nie przygotowało go na los, który spotykał teraz jego trzodę i zagrażał samemu opactwu. Czuł się całkowicie bezradny, niepewny, co powinien zrobić, lecz było przerażająco jasne, że front coraz bardziej się zbliża i że wybudowana przez Niemców linia obronna, której część stanowiło ich izolowane dotąd górskie sanktuarium, doświadczy całej grozy wojny. "Oby Bóg wybaczył nam nasze słabości - zanotował Don Eusebio Grossetti ostatniego dnia 1943 roku - i wynagrodził nam te dni wielkiej i chwalebnej próby"1.
Don Eusebio miał 33 lata, był zarówno zakonnikiem, jak i księdzem w opactwie, a także jednym z najbliższych towarzyszy i doradców ojca opata. Od chwili, kiedy w październiku po raz pierwszy pojawili się Niemcy, skrupulatnie prowadził dziennik, wiedząc, że dla opactwa oraz ich małej wspólnoty nadeszły niezwykłe i burzliwe czasy. Teraz, na początku nowego roku, modlitwa mogła zapewnić jakąś pociechę, ale nie było wątpliwości, że walki toczą się coraz bliżej; ostrzał artyleryjski trwał prawie przez całą noc 4 stycznia i przybrał na sile następnego dnia, kiedy co najmniej 25 pocisków przeleciało z wyciem nad Monte Cassino. Tego samego dnia zjawił się niemiecki tłumacz, aby porozmawiać z ojcem opatem, i poinformował go, że dowództwo armii nie uznaje już 300-metrowej strefy zamkniętej wokół opactwa i że wszyscy cywile bez wyjątku muszą być natychmiast ewakuowani. Ojcu opatowi i mnichom też doradzono, żeby niezwłocznie wyjechali do Rzymu, a następnie tłumacz oznajmił, że wszystkie zwierzęta należące do opactwa zostaną przymusowo wykupione. Później tego ranka nadjechały trzy ciężarówki i do 13.00 wywiozły cały świecki personel opactwa oraz ukrywających się tam cywilów. Pozwolono zostać tylko inwalidom będącym pod opieką mnichów i członkom ich rodzin, zgromadzonym teraz w dolnym szpitalu. Doprowadziło to nawet do gwałtownej kłótni z Niemcami, którzy wyrazili zgodę dopiero wówczas, kiedy ojciec opat wyjaśnił, że ze względu na swój stan chorzy nie nadają się do transportu. Niemcy zaofiarowali się przysłać ambulans. "Nie da się opisać - zanotował Don Eusebio - cóż to był za straszny dzień dla naszej małej wspólnoty [...] przy wtórze nieustannego ostrzału artyleryjskiego, który trwał aż do południa"2.
Następnego dnia ojciec opat oświadczył Niemcom, że on i jego zakonnicy nie opuszczą opactwa ani nie sprzedadzą swoich zwierząt, a także zaprotestował przeciwko temu, co się dzieje, i przeciwko zmianie decyzji przez niemieckie dowództwo; bądź co bądź, zaledwie kilka tygodni wcześniej, 12 grudnia, Niemcy powtórzyli swoją obietnicę, że strefa zamknięta zostanie utrzymana. Mimo protestów ojca opata tego dnia wywieziono część chorych. "Wszyscy płakali" - zanotował Don Eusebio3. Ci, którzy pozostali, byli w stanie krytycznym. Ostatecznie 7 stycznia trzem rodzinom przebywającym nadal w szpitalu udzielono zgody na pozostanie, ale tego samego dnia przyjechały kolejne ciężarówki, aby zabrać większość zwierząt: 14 krów, 35 owiec, 9 jagniąt i osły, a za cały ten inwentarz Niemcy zapłacili mniej, niż wynosiła wartość dwóch krów. Dalsze 88 owiec zabrano dwa dni później, 9 stycznia; pozostało tylko trochę kur, kóz, świń i para osłów; wszystkie je przeniesiono do opactwa, ponieważ pola również zajęli żołnierze. "To istna arka Noego" - napisał Don Eusebio4. Zakonników pilnowali dwaj żandarmi, a w poniedziałek 10 stycznia niemieccy żołnierze całkowicie otoczyli opactwo i zajęli jaskinię bezpośrednio pod budynkiem. Mnisi czuli się jak więźniowie. Tego samego dnia jedna z chorych, 13-letnia dziewczynka nazwiskiem Lucia Verrechia, zmarła; była córką ich kucharza. Don Eusebio musiał sam przygotować trumnę; stał się teraz grabarzem opactwa. "Wciąż bardzo się lękamy o najbliższą przyszłość - napisał - i nie widzimy żadnego promyka nadziei w chwili obecnej"5.
W dole bitwa o podejście do Linii Gustawa niemal dobiegła końca. Amerykańsko-kanadyjska jednostka specjalna (Special Service Force - SSF) zajęła Monte Maio oraz bliźniacze miasta San Vittore i Cervaro - obecnie całkowicie zniszczone - a okoliczne wzgórza również znalazły się w rękach amerykańskich. Na południe od Monte Porchia Brytyjczycy oczyścili też Colle Cedro, gdzie po krótkim oddelegowaniu do grupy bojowej Allena kapitan Leonard Garland został umieszczony jako wysunięty obserwator - była to szczególnie niebezpieczna funkcja, ponieważ znajdował się bardzo blisko linii frontu, a z uwagi na wykonywane zadanie przeciwnik starał się go za wszelką cenę wyeliminować. Wysuniętym obserwatorem nie mógł być człowiek bojaźliwy. Do 10 stycznia jedynym punktem znajdującym się nadal w rękach niemieckich na południe od rzek Rapido i Garigliano było Monte Trocchio. Ale przyszło za to zapłacić wysoką cenę; sama tylko grupa bojowa Allena straciła 66 żołnierzy, 379 zostało rannych oraz kilkuset zaginionych. Na domiar złego kolejnych 516 ludzi było niezdolnych do walki z innych powodów, głównie na skutek odmrożeń i wyziębienia organizmu. Leonard Garland też stracił podczas walk kilku przyjaciół. "Howard Maughan zabity - zanotował 4 stycznia - żona spodziewa się dziecka"6. Trzy dni później dodał: "Tony Gray zginął na miejscu"7. Bitwa nie była nawet głównym wydarzeniem - zaledwie operacją wstępną przed atakiem na Linię Gustawa. Po prawie tygodniu rozbrajania min i walk "Frenchy" Bechard był skrajnie wyczerpany. "Oczyścił mnóstwo ścieżek z min i pułapek - napisał 8 stycznia - wielokrotnie pod ogniem artyleryjskim i moździerzowym"8. Kiedy wreszcie dotarli do rejonu biwakowania, czekała na nich ciężarówka Czerwonego Krzyża z kawą i pączkami, lecz wielu ludzi było tak zmęczonych, że zasnęli w swoich namiotach, nie zawracając sobie głowy jedzeniem. Następnego dnia Bechard rozbroił jeszcze więcej min pułapek, czasem przytwierdzonych do ciał zabitych żołnierzy, czekających na pogrzebanie. Strasznie było znaleźć się w tym czasie w tej części Włoch.
A jeszcze straszniej, jeśli ktoś służył w niemieckiej piechocie. W tych pierwszych dniach stycznia batalion Georga Zellnera został zdziesiątkowany. Resztki zajmowały pozycję nazywaną Linią Cervaro albo Wysuniętą Linią Gustawa, która przebiegała przez zrujnowane miasto i wzdłuż podnóża gór naprzeciwko Monte Cassino. Była to pozycja jeszcze bardziej beznadziejna niż ta wokół San Vittore, ponieważ Amerykanie mogli teraz obserwować ich z góry. Linia biegła na południe wzdłuż Monte Trocchio, następnej poważnej przeszkody, która blokowała podejście do miasta Cassino, ale Niemcy nie liczyli na to, że uda się ją utrzymać, a korzyść płynącą z kilkudniowego opóźnienia amerykańskiego natarcia zrównoważyłyby z nawiązką straty, jakie by przy tym ponieśli. Za nimi czekała Linia Gustawa, przygotowywana od trzech miesięcy, niebywale silna pozycja, której kolejny tydzień majstrowania znacząco by nie wzmocnił.
Wieczorem 8 stycznia Zellner otrzymał 70 ludzi z uzupełnień, co równało się dwóm plutonom, czyli połowie kompanii. "Młodzi chłopcy bez żadnego doświadczenia bojowego - zanotował. - Dobrze, rozdzieli się ich. Rozkazy z pułku takie jak zwykle. Linii należy bronić do ostatniej kropli krwi. Moja odpowiedź: tak, nie możemy pozwolić, żeby zatłukli nas na śmierć"9. Później tego wieczoru siedzieli przy ogniu wśród dudnienia dział i próbowali zgadywać, kiedy przyjdą Amerykanie. Prawdopodobnie jutro - uznali. "Przyniesiono jedzenie - dodał - jest poczta i minął kolejny dzień". Nazajutrz przybyli dwaj nowi porucznicy, obaj 38-letni i bez żadnego doświadczenia bojowego. Na początku wojny zabierało to dobrze ponad rok, żeby zostać oficerem, a kadeci - Fahnenjunkern - musieli najpierw służyć jako podoficerowie, wykazać się umiejętnością dowodzenia i odwagą na polu bitwy. Mogło to trwać trzy czwarte roku, po czym następowało osiem tygodni szkolenia w Kriegsschule, a później w bardziej wyspecjalizowanej Truppenschule. Te czasy dawno minęły. Nowi ludzie, którzy zameldowali się Georgowi Zellnerowi, byli prawnikami, a to, co zobaczyli na froncie, wyraźnie nimi wstrząsnęło; zupełnie nie tak wyobrażali sobie wojnę. Wydawało się mocno wątpliwe, czy będzie z nich wielki pożytek; Zellner westchnął ze znużeniem i przydzielił ich do swoich przetrzebionych kompanii. Większą wartość miała oddana pod rozkazy Zellnera kompania z Dywizji "Hermann Göring". Był to jednak wyjątkowo zły sposób gospodarowania zasobami ludzkimi i świadczył o ciężkim położeniu, w jakim znalazł się 134. Pułk, ponieważ odrywanie części składowych od innych dywizji groziło naruszeniem spójności jednostki i wpływało niekorzystnie na morale. Wprowadzanie do walki małych grup bojowych - kompania tu, batalion tam - było potwornie nieefektywne. Nie tak należało wykorzystywać żołnierzy frontowych.
Jeden z nowo przybyłych dostarczał im jednak swego rodzaju rozrywki. Starszy szeregowy Hebeler został przydzielony do punktu dowodzenia Zellnera i natychmiast zaczął ich raczyć opowieściami o swoim skomplikowanym życiu miłosnym. Chociaż był żonaty, jego żona miała dziecko z innym mężczyzną, natomiast on też miał dziecko z inną kobietą. Aby nie okazać się gorszą, jego siostra, również zamężna, zaszła w ciążę z mężczyzną, który nie był jej mężem, natomiast ojciec Hebelera spłodził sześcioro nieślubnych dzieci. "Mimo swojej ordynarności - napisał Zellner - jest on dla nas błogosławieństwem. Ma nieskomplikowany pogląd na życie. Pozbawiony zahamowań, nieustannie opowiada o swoich przygodach miłosnych, które nas bawią"10. Wszyscy tego potrzebowali.
Niebawem jednak krótka przerwa w walkach dobiegła końca i 12 stycznia rozpoczął się kolejny amerykański atak. Nowi chłopcy, obaj oficerowie i ludzie z uzupełnień, zostali rzuceni do bitwy z przewidywalnymi rezultatami. Przeciwnik zajął Wzgórze 190, później także 186, ale w uświęcony tradycją sposób od żołnierzy 3. batalionu oczekiwano, że przejdą do kontrataku, co też zrobili, chociaż Zellner ustawicznie wysyłał do sztabu pułku meldunki o coraz bardziej rozpaczliwej sytuacji. Własna artyleria otworzyła ogień, niemniej pociski spadały za blisko, prawie na nich. Przyprowadzono amerykańskiego jeńca, który psioczył na wojnę, przeklinając dowódców, którzy chcą kontynuować walkę. "Szaleństwo trwa zatem dalej" - zanotował Zellner11. O zmierzchu 13 stycznia obawiał się, że zostali otoczeni, ale o godzinie 2.00 14 stycznia przyszły rozkazy, aby wycofali się przez dolinę rzeki Rapido do Cassino. To nie było łatwe, ponieważ amerykańska artyleria ostrzeliwała wszystkie podejścia. O 3.00 Zellner poprowadził sztab batalionu w trzykilometrową podróż. "Najpierw biorę głęboki wdech, myślę o swojej rodzinie, a potem ruszam - napisał. - To będzie wyzwanie. Dysząc, docieramy do ostrego zakrętu"12. Nad głowami zawył pocisk i Zellner rzucił się ślizgiem na ziemię, kiedy stanowczo zbyt blisko nastąpiła eksplozja. Żwir, kamienie, dym, Zellner i jego ludzie jęczą i klną, potem śmieją się z piłkarskiego wyczynu swojego dowódcy - niegdyś, w szczęśliwszych czasach przed wojną, Zellner był bramkarzem drużyny w Regensburgu. Wreszcie ruszyli dalej. Przed nimi był most, niebezpieczne wąskie gardło, ale udało im się przez niego przebiec, tylko Zellner potknął się o jakiś kabel telefoniczny i wpadł głową naprzód do rowu. Nadleciały kolejne pociski, jeden z żołnierzy został ciężko ranny, ale podjechał do nich ambulans, zabrał rannego i popędził z powrotem. Kiedy dotarli do miasta, nie było tam nikogo; Zellner zaniepokoił się, że źle zrozumiał rozkaz i będą musieli wracać. Saperzy kładli miny. Pojawił się pojazd - tak, byli we właściwym miejscu, a teraz mieli się udać do Castrocielo, kilka kilometrów na tyłach. Wycofano ich z pierwszej linii. Kiedy mknęli przez miasto w świetle księżyca, Zellner dostrzegł niewyraźne postacie skulone pod ścianami. "Teraz oni zajmują tę pozycję. Biedni ludzie - napisał, po czym dodał: - Co to znaczy: biedni ludzie? Jutro albo pojutrze znowu przyjdzie nasza kolej"13.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki