Monstruarium - Anna Wieczorkiewicz

-
Proszę czekać

Apologia potwora

Był wiek XVII, kie­dy ksiądz Ni­co­las Ma­le­bran­che, czło­nek Kró­lew­skiej Aka­de­mii Nauk, w swym trak­ta­cie o po­szu­ki­wa­niu praw­dy pi­sał o pew­nej ko­bie­cie, "któ­ra ze zbyt­nią gor­li­wo­ścią wpa­try­wa­ła się w ob­raz świę­te­go Piu­sa, gdy aku­rat ob­cho­dzo­no świę­to jego ka­no­ni­za­cji. Po­wi­ła ona dziec­ko cał­kiem po­dob­ne do przed­sta­wie­nia tego świę­te­go. Mia­ło twarz star­ca, o ile jest to moż­li­we u dziec­ka po­zba­wio­ne­go bro­dy. Ra­mio­na były skrzy­żo­wa­ne na pier­si, oczy skie­ro­wa­ne ku Nie­bu, a czo­ło ni­skie, gdyż wi­ze­ru­nek świę­te­go, zwró­co­ny w górę ku skle­pie­niu ko­ścio­ła, spo­glą­dał ku Nie­bu, tak że pra­wie nie było wi­dać czo­ła. [...] Cały Pa­ryż mógł je oglą­dać rów­nie do­brze jak ja, po­nie­waż prze­cho­wy­wa­no je dość dłu­go w spi­ry­tu­sie win­nym" (Ma­le­bran­che 1910: I 170). Brak tu in­for­ma­cji o śmier­ci no­wo­rod­ka - po­boż­na mat­ka ro­dzi dziec­ko, po czym wy­sta­wia się je na po­kaz i au­tor nie wi­dzi w tym nic nie­sto­sow­ne­go. In­te­re­su­ją go je­dy­nie przy­czy­ny spra­wia­ją­ce, że re­gu­ły do­ty­czą­ce wy­glą­du zgod­ne­go z wie­kiem ule­ga­ją za­ła­ma­niu. Po­da­jąc ów przy­kład, do­wo­dzi, że wy­obraź­nia cię­żar­nej może wpły­nąć na płód dzię­ki ko­mu­ni­ka­cji ner­wów ko­bie­ty i ner­wów isto­ty roz­wi­ja­ją­cej się w jej ło­nie, a roz­wa­ża­nia te snu­je w du­chu kar­te­zjań­skim. (W isto­cie ko­rzy­sta z daw­ne­go wąt­ku - w prze­ko­na­nie o wpły­wie mat­czy­nej wy­obraź­ni na wy­gląd po­tom­stwa, wy­ra­żo­ne nie­gdyś przez Em­pe­do­kle­sa, prze­ka­za­ne my­śli ary­sto­te­le­sow­skiej, przez całe wie­ki wle­wa się zmien­ne tre­ści (Huet 1993)). Owe na­ro­dzi­ny mają pew­ne rysy cudu; cud po­wo­łu­je do ży­cia wi­do­wi­sko, a ono wpi­su­je się w tra­dy­cję wy­sta­wia­nia na po­kaz mon­strów ro­zu­mia­nych zgod­nie z za­war­tą w ich na­zwie su­ge­stią. Ich za­da­nie to mon­stra­re - a za­tem po­ka­zy­wa­nie, od­sy­ła­nie do zna­czeń sy­tu­ują­cych się poza nimi sa­my­mi. Sen­sy nie­zwy­kłych na­ro­dzin, jak­kol­wiek pod­po­rząd­ko­wa­ne per­swa­zyj­nym ce­lom trak­ta­tu na­uko­we­go i fi­lo­zo­ficz­ne­go, opa­li­zu­ją.

Dziś ta­kie po­trak­to­wa­nie ludz­kie­go pło­du lub mar­twe­go no­wo­rod­ka (nie wie­my bo­wiem, któ­ry z nich wcho­dził w grę) uzna­no by za nie­do­pusz­czal­ne, wi­do­wi­sko oce­nio­no by jako nie­smacz­ne, a wi­dzów po­są­dzo­no o brak wraż­li­wo­ści. Mon­stru­al­ność nie kry­ła­by się w dziec­ku-star­cu, ale w ludz­kiej re­ak­cji na jego po­ja­wie­nie się na świe­cie.

Czy rze­czy­wi­ście? A może wca­le by tak nie było - może wy­star­czy­ło­by do­ko­nać nie­wiel­kie­go re­tu­szu sy­tu­acji, by wszyst­ko mo­gło się to­czyć swym try­bem... Trze­ba by wpi­sać spek­takl w inne krę­gi zna­czeń, za­ape­lo­wać do in­nej wraż­li­wo­ści, ale efekt był­by po­dob­ny, a ludz­kie zdzi­wie­nie "cu­dem na­tu­ry" zy­ska­ło­by uspra­wie­dli­wie­nie.

Po­stąp­my krok da­lej - prze­kuj­my to przy­pusz­cze­nie na hi­po­te­zę:

Mon­strów, po­two­rów, dzi­wo­lą­gów nie spo­sób usu­nąć z ludz­kie­go świa­ta. Opa­no­wy­wa­ne i ujarz­mia­ne, wy­rzu­ca­ne ze świa­ta ro­zum­ne­go jako aber­ra­cja lub za­bo­bon, jako cho­ro­ba, prze­sąd czy zmy­śle­nie, wró­cą do nas tyl­ny­mi drzwia­mi. Za­wsze gdzieś w koń­cu je doj­rzy­my - co wię­cej, bę­dzie­my ich szu­kać, gdyż ich na­tu­ra in­try­gu­je nas i po­cią­ga. Znaj­dzie­my cia­ła, do któ­rych da się przy­cze­pić ową nie­jed­no­znacz­ną ety­kie­tę; wy­sta­wi­my je na po­kaz, tłu­ma­cząc, że to po­trzeb­ne, gdyż od­stęp­stwo wska­zu­je re­gu­łę, bo nie­fo­rem­ność uczy, czym jest for­ma. Za­ma­że­my sło­wo "mon­strum" z jego daw­ny­mi ko­no­ta­cja­mi, a je same uczy­ni­my uży­tecz­ny­mi dla na­uki, spek­ta­ku­lar­ny­mi dla roz­ryw­ki. Wów­czas po­twor­ność nie od razu nam się ob­ja­wi, okry­ta wo­alem utka­nym z wąt­ków wzię­tych z dys­kur­sów edu­ka­cyj­nych, lu­dycz­nych czy jesz­cze in­nych - wo­alem nie do koń­ca szczel­nym, po­zwa­la­ją­cym do­strzec kształt po­twor­no­ści. Te sy­tu­acje wy­da­ją się naj­bar­dziej za­sta­na­wia­ją­ce.

Dzie­je się tak, jak­by mon­stra chcia­ły udo­wod­nić, że do cze­goś są nam po­trzeb­ne, jak­by chcia­ły po­wie­dzieć, że bez nich nie okre­śli­my na­szej wła­snej na­tu­ry i nie zro­zu­mie­my świa­ta, któ­ry chce­my upo­rząd­ko­wać i roz­ja­śnić.

O tym wła­śnie opo­wie ta książ­ka.

Cho­dzi w niej o pew­ną ideę, prze­wi­ja­ją­cą się przez dzie­je i przy­bie­ra­ją­cą róż­ne kształ­ty. Nie przed­sta­wię tu jed­nak jej hi­sto­rii w ści­słym tego sło­wa zna­cze­niu. Bę­dzie to ra­czej in­ter­pre­ta­cja ze­spo­łu zja­wisk, przy­pusz­czal­nie jed­na z moż­li­wych - in­ter­pre­ta­cja, któ­ra (być może nie­zbyt skrom­nie) chcia­ła­by wejść w krąg bu­dow­ni­czych "an­tro­po­lo­gii mon­stru­al­no­ści". Sama tej an­tro­po­lo­gii nie zbu­du­je, gdyż z za­ło­że­nia po­mi­ja wie­le ob­sza­rów, któ­ry­mi owa dzie­dzi­na mu­sia­ła­by się za­jąć (po­czy­na­jąc od po­twor­no­ści mi­to­lo­gicz­nej, a na pro­jek­tach trans­hu­ma­ni­zmu koń­cząc).

To praw­da, że samo okre­śle­nie "mon­strum" wy­dać się dziś może ana­chro­nicz­ne jako po­ję­cie no­szą­ce śla­dy prze­są­dów, nie­pra­wo­moc­ne, gdy sto­su­je­my je w od­nie­sie­niu do isto­ty ludz­kiej (An­cet 2006:7). Mówi się wpraw­dzie o mon­strach w sen­sie mo­ral­nym - o po­zba­wio­nych wy­obraź­ni emo­cjo­nal­nej prze­stęp­cach, o se­ryj­nych mor­der­cach. Okre­śla­jąc ich w ten spo­sób, sta­wia­my ba­rie­rę mię­dzy tym, co ce­chu­je nas, lu­dzi w peł­nym tego sło­wa zna­cze­niu, a be­stial­skim wy­kro­cze­niem poza pra­wa mo­ral­ne. Okre­śle­nie "mon­strum" to znak wy­klu­cze­nia. Na­to­miast nie­ty­po­we ufor­mo­wa­nie cia­ła dane przez na­tu­rę lub zy­ska­ne na mocy przy­pad­ku nie może być po­wo­dem do tego, by ob­da­rzać ko­goś tym mia­nem. Tu­taj nie wol­no nam sta­wiać ba­rie­ry wy­klu­cza­ją­cej jed­nost­kę. Dys­po­nu­je­my me­dycz­ny­mi okre­śle­nia­mi po­zwa­la­ją­cy­mi na­zwać pro­blem in­a­czej, być może w spo­sób mniej styg­ma­ty­zu­ją­cy. Czy jed­nak po­ję­cie mon­strum - prze­su­nię­te tro­chę w inne ob­sza­ry, pod­da­ne re­tu­szo­wi ma­sku­ją­ce­mu pew­ne jego rysy - nie wy­stę­pu­je w na­szym my­śle­niu, czy nie od­ci­ska swych kształ­tów na róż­nych prak­ty­kach spo­łecz­nych i na ak­tach twór­czych? Wy­da­je się, że na wie­lu świa­dec­twach kul­tu­ry wid­nie­ją śla­dy apo­rii nor­mal­no­ści - nie­wąt­pli­we zna­ki dzia­ła­nia mon­strów... Te wła­śnie zna­ki będę tro­pić w ko­lej­nych roz­dzia­łach.

Skła­niam się do tego, by trak­to­wać mon­strum ra­czej jako pew­ną ka­te­go­rię i zwią­za­ny z nią, zmien­ny hi­sto­rycz­nie ze­spół prze­ko­nań niż jako kon­kret­ny, da­ją­cy się zde­fi­nio­wać ro­dzaj bytu. Jak pi­sa­ła Za­kiya Ha­na­fi: "Więk­szość mon­strów ist­nie­je ra­czej dzię­ki temu, że wciąż się je opi­su­je, niż dla­te­go, że na­praw­dę się je oglą­da" (Ha­na­fi 2000:6). Nie zna­czy to, że po­zo­sta­ją one w sfe­rze fan­ta­zji; wręcz prze­ciw­nie, rze­czy­wi­ste wy­da­rze­nia czę­sto leżą u pod­ło­ża owych prze­ko­nań - po­ru­sza­ją ludz­kie umy­sły, każą szu­kać przy­czyn, pod­da­wać pod roz­wa­gę idee, któ­re zra­zu wy­da­wa­ły się nie pod­le­gać dys­ku­sji, po­bu­dza­ją do two­rze­nia opo­wie­ści i ob­ra­zów1. W ko­lej­nych roz­dzia­łach tej książ­ki zaj­mę się kul­tu­ro­wym opra­co­wy­wa­niem mon­stru­al­no­ści, a ra­czej nie­ustan­nym jej prze­pra­co­wy­wa­niem. Nie daje się ona za­mknąć w jed­nej for­mu­le, wciąż otwar­ta na róż­ne spo­so­by wy­ko­rzy­sta­nia. Zo­ba­czy­my, jak za­chwyt i za­dzi­wie­nie mogą się mie­szać z po­czu­ciem skon­fun­do­wa­nia i pew­ne­go za­gu­bie­nia; dys­kom­fort nie­zro­zu­mie­nia - z wolą po­zna­nia, we­wnętrz­ne­go wzbo­ga­ce­nia i po­bu­dze­nia es­te­tycz­ne­go; pra­gnie­nie po­rząd­ku - z py­ta­niem o jego gra­ni­ce.

Oś wy­wo­du uwzględ­nia chro­no­lo­gię; sta­ram się jej trzy­mać, po­ka­zu­jąc prze­mia­ny w spo­so­bach trak­to­wa­nia nie­zwy­kło­ści, mon­stru­al­no­ści, po­twor­no­ści. Czę­sto jed­nak mo­ty­wy z róż­nych epok od­sy­ła­ją do sie­bie wza­jem­nie, ich sen­sy zda­ją się po­wra­cać w zmie­nio­nych kształ­tach, w in­nych kon­tek­stach, zmu­sza­jąc do za­ta­cza­nia krę­gów i do py­ta­nia o to, czy wciąż mamy do czy­nie­nia z tym sa­mym zja­wi­skiem, czy też ule­gło już ono cał­ko­wi­te­mu prze­kształ­ce­niu, a daw­ny sens gdzieś się za­gu­bił.

In­te­re­su­je mnie no­wo­żyt­ność, ale tro­piąc zna­ki po­twor­no­ści, po­ru­szam się po roz­le­głym ob­sza­rze cza­so­wym - od eu­ro­pej­skie­go Śre­dnio­wie­cza do cza­sów współ­cze­snych. Ro­bię też wy­ciecz­ki w stro­nę sta­ro­żyt­no­ści, gdyż tam wi­dzę źró­dła pew­nych idei snu­ją­cych się przez stu­le­cia. (Ary­sto­te­les, Pli­niusz czy Ga­len dłu­go po­zo­sta­ją tymi, do któ­rych od­wo­łu­je się myśl świa­ta za­chod­nie­go). Taka za­chłan­ność te­ma­tycz­na nie­wąt­pli­wie skła­nia do pew­nych po­mi­nięć, cza­sem wy­mu­sza my­ślo­wą dro­gę na skró­ty. Są­dzę jed­nak, że tyl­ko w tym uję­ciu owa pro­ble­ma­ty­ka na­bie­ra od­po­wied­niej wy­ra­zi­sto­ści. Po­dob­ne in­ten­cje sto­ją za wy­bo­rem ob­sza­rów kul­tu­ro­wo-geo­gra­ficz­nych, na któ­rych kon­cen­tru­je się uwa­ga w po­szcze­gól­nych czę­ściach książ­ki. W toku tej opo­wie­ści ze śre­dnio­wiecz­nej i no­wo­żyt­nej Eu­ro­py prze­miesz­czę się do Sta­nów Zjed­no­czo­nych epo­ki in­du­stria­li­za­cji, a po­tem do rze­czy­wi­sto­ści me­dial­nej ery glo­ba­li­za­cji - sta­ram się za­wsze zna­leźć tam, gdzie prak­ty­ki kul­tu­ro­we zwią­za­ne z mon­stru­al­no­ścią i od­no­szą­ce się do niej prze­ko­na­nia da­dzą się trak­to­wać jako zna­ki ogól­niej­szych ten­den­cji. Będę przy tym szu­kać kon­tek­stów (mo­ral­nych, in­te­lek­tu­al­nych, spo­łecz­nych), w któ­rych tkwią czyn­ni­ki po­bu­dza­ją­ce do owych prze­mian. Ma­te­riał, z któ­re­go ko­rzy­stam, na pierw­szy rzut oka wy­da­je się bar­dzo nie­jed­no­rod­ny: są tu i trak­ta­ty na­uko­we, i be­le­try­sty­ka, ilu­stra­cje z daw­nych ksiąg me­dycz­nych i współ­cze­sne ob­ra­zy fil­mo­we. O do­bo­rze za­de­cy­do­wa­ła re­pre­zen­ta­tyw­ność po­szcze­gól­nych prze­ka­zów, ro­zu­mia­na przede wszyst­kim jako zdol­ność ilu­stro­wa­nia szer­szych kwe­stii. Ogni­sko­wa­łam uwa­gę na tych ob­sza­rach kul­tu­ry, gdzie po­wsta­ją łą­cza mię­dzy róż­ny­mi aspek­ta­mi ży­cia spo­łecz­no-kul­tu­ro­we­go, na przy­kład mię­dzy my­ślą fi­lo­zo­ficz­ną, wie­dzą na­uko­wą, prak­ty­ka­mi co­dzien­ny­mi i sfe­rą za­ba­wy - to wła­śnie jest głów­ne kry­te­rium do­bo­ru ma­te­ria­łu2.

W po­szcze­gól­nych roz­dzia­łach kła­dę na­cisk na róż­ne ro­dza­je przy­czyn wpły­wa­ją­cych na prze­mia­ny w kul­tu­ro­wym sta­tu­sie mon­strów, ku­rio­zów i oso­bli­wo­ści. Cza­sem ak­cent pada na kwe­stie na­tu­ry fi­lo­zo­ficz­nej i epi­ste­mo­lo­gicz­nej, kie­dy in­dziej na czyn­ni­ki spo­łecz­ne. Za­wsze kon­cen­tru­ję się na tym, co uzna­ję za do­mi­nu­ją­ce w pej­za­żu prze­mian, o któ­rym w da­nej chwi­li opo­wia­dam; za­ry­so­wu­ję bo­wiem nie tyle po­stęp, ile wła­śnie układ prze­mian. Mam przy tym świa­do­mość, że uprosz­czeń unik­nąć się nie da, je­śli chce się ogar­nąć zja­wi­sko tak zło­żo­ne i wie­lo­aspek­to­we. Wska­za­nie owych miejsc ak­cen­tu musi być czę­ścio­wo ar­bi­tral­ne, co nie ozna­cza, że w in­nych sfe­rach kul­tu­ry nic się nie dzia­ło (w mia­rę moż­li­wo­ści skró­to­wo sy­gna­li­zu­ję owe inne aspek­ty); cho­dzi ra­czej o to, że w pew­nym ob­sza­rze naj­wy­raź­niej ujaw­nia się na­tu­ra prze­mian.

Nie­rzad­ko z nar­ra­cji, ob­ra­zu, spek­ta­klu lub czy­jejś bio­gra­fii czy­nię exem­plum w daw­nym tego sło­wa zna­cze­niu - trak­tu­ję je jak opo­wieść przy­kład­ną, od­sy­ła­ją­cą do cze­goś, co prze­kra­cza płasz­czy­znę przed­sta­wio­nych expres­sis ver­bis zda­rzeń3. Sta­ram się przy tym za­cho­wać her­me­neu­tycz­ne po­dej­ście do owych prze­ka­zów - otwo­rzyć się na ewo­ko­wa­ne przez nie sen­sy, nie­od­łącz­nie zwią­za­ne z ma­cie­rzy­stą epo­ką, ale tak­że wpro­wa­dzić do gry in­ter­pre­ta­cyj­nej wła­sne ro­zu­mie­nie świa­ta.

Waż­ne są nie tyl­ko fak­ty, ale i re­ak­cje, ja­kie wzbu­dza­ją - prze­waż­nie żywe i nie­jed­no­znacz­ne. To praw­da, że mogą się one wy­da­wać po­wszech­ne, "na­tu­ral­ne", czy też "oczy­wi­ste". Nie mamy jed­nak do nich do­stę­pu w for­mie czy­stej. To, co okre­śli­li­by­śmy jako spon­ta­nicz­ne - prze­ra­że­nie, wstręt, współ­czu­cie, zmie­sza­nie, cie­ka­wość, za­chwyt - zo­sta­ło już wy­do­by­te ze sfe­ry moż­li­wo­ści i pod­da­ne kul­tu­ro­wym for­mu­łom do­świad­cza­nia. W pro­ces en­kul­tu­ra­cji wpi­sa­ne są bo­wiem ćwi­cze­nia w za­chwy­cie, zmie­sza­niu czy prze­ra­że­niu. To praw­da, że po­zo­sta­je znacz­ny mar­gi­nes dla in­dy­wi­du­al­nych wa­rian­tów do­świad­cza­nia, ale wa­run­ki ich urze­czy­wist­nie­nia okre­śla­ne są na po­zio­mie po­nadin­dy­wi­du­al­nym. Dzie­je się to mię­dzy in­ny­mi za spra­wą in­sty­tu­cjo­na­li­za­cji kon­tak­tu z od­mien­no­ścią za­rów­no w miej­scach mar­gi­na­li­zo­wa­nych, jak i na sce­nach umiej­sco­wio­nych po­śród ży­cia pu­blicz­ne­go. Wią­żą się z tym sce­na­riu­sze za­cho­wań, okre­śla­ją­ce nie tyl­ko po­ziom ge­stów, słów i czy­nów, ale i do­pusz­czal­nych, pra­wo­moc­nych re­ak­cji emo­cjo­nal­nych. To, w jaki spo­sób spo­łecz­ność trak­tu­je po­twor­ność, gdzie ją wi­dzi i ja­kie po­sta­wy wo­bec niej pro­mu­je, sta­no­wi prak­tycz­ny pro­bierz ofi­cjal­nie uzna­wa­nej wraż­li­wo­ści mo­ral­nej. W syn­te­tycz­ny spo­sób ujął to nie­miec­ki li­te­ra­tu­ro­znaw­ca Hans May­er, na­zy­wa­jąc po­two­ra "skraj­nym przy­pad­kiem czło­wie­czeń­stwa" (May­er 2005:5).

Nie ukry­wam, że się­ga­jąc po daw­ne źró­dła, czę­sto od­czu­wa­łam zmie­sza­nie, za­że­no­wa­nie, nie­smak... Okrut­ne trak­to­wa­nie od­mień­ców, wy­sta­wia­nie ich na po­kaz - jak­że to obce dzi­siej­szej wraż­li­wo­ści! Nic nie po­win­no uspra­wie­dli­wiać ma­ni­pu­lo­wa­nia ludź­mi, wy­ko­rzy­sty­wa­nia ich ciał dla roz­ryw­ki, zy­sku czy też wąt­pli­wej na­uki. Bez­tro­ska i brak wraż­li­wo­ści dają się za­uwa­żyć w miej­scach za­ska­ku­ją­cych - tak jak we frag­men­cie otwie­ra­ją­cym tę książ­kę. Kon­takt z prze­ka­zem wpra­wia w ruch krę­gi her­me­neu­tycz­nych po­szu­ki­wań. Tkwi­my we wła­snym śro­do­wi­sku kul­tu­ro­wym, za­nu­rze­ni w swo­im cza­sie; mamy do dys­po­zy­cji po­ję­cia i wzor­ce in­ter­pre­ta­cyj­ne - ale za­nim je za­sto­su­je­my, je­ste­śmy w sy­tu­acji za­bu­rze­nia po­jęć i war­to­ści.

Po­ja­wia się tu moż­li­wość ta­kie­go do­świad­cze­nia, o ja­kim pi­sał Hans-Georg Ga­da­mer, z jed­nej stro­ny uzna­jąc przy­na­leż­ność od­bior­cy do jego wła­sne­go świa­ta, a z dru­giej wska­zu­jąc zna­cze­nie, ja­kie ma wy­kra­cza­nie ku świa­tom in­nym, da­nym po­przez róż­ne­go ro­dza­ju prze­ka­zy: "Nig­dy gra­ją­cy, twór­ca lub widz nie są wcią­ga­ni tyl­ko w obcy świat cza­rów, rau­szu, snu, lecz ra­czej wcho­dzą w bar­dziej wła­ści­wy spo­sób we wła­sny świat, głę­biej się w nim roz­po­zna­jąc" (Ga­da­mer 1993:147).

Oczy­wi­ście mu­szą się tu po­ja­wić py­ta­nia: Co na­praw­dę zo­sta­je nam udo­stęp­nio­ne w ta­kim do­świad­cze­niu? Na czym po­le­ga ro­zu­mie­nie emo­cji, któ­re chce się­gać w prze­szłość lub prze­kra­czać gra­ni­ce swoj­sko­ści? Czy w pró­bach zro­zu­mie­nia In­nych za­wsze nie­zmien­nie wra­ca­my do sie­bie nie­zmie­nio­nych, czy też ja­kąś cząst­kę In­nych wno­si­my do na­sze­go świa­ta?

Zo­staw­my na ra­zie owe py­ta­nia na boku i wejdź­my w grę, o któ­rej pi­sał Ga­da­mer.

Rozdział IIIKryzys słów / triumf rzeczy

Po­trze­ba no­we­go ję­zy­ka

"Zgro­ma­dził wiel­ką licz­bę pta­ków, od­mien­nych od tych z Ka­sty­lii - rzecz wiel­ce god­na uwa­gi - dwa ty­gry­sy, dwie ba­rył­ki gę­ste­go bal­sa­mu z drze­wa am­ba­ro­we­go, inny bal­sam przy­po­mi­na­ją­cy oli­wę, czte­rech In­dian ucho­dzą­cych za mi­strzów w żon­gler­ce bel­ka­mi przy uży­ciu nóg - god­na uwa­gi gra tak dla Ka­sty­lii, jak i ja­kie­go­kol­wiek kra­ju; in­nych jesz­cze In­dian, zręcz­nych tan­ce­rzy, wy­ko­nu­ją­cych pozy, jak­by tań­czy­li w po­wie­trzu; przy­wiózł też trzech gar­ba­tych i kar­ło­wa­tych In­dian, któ­rych cia­ła były po­twor­nie po­skrę­ca­ne" (Ber­nal Díaz, cyt. za: To­do­rov 1996: 146). Tak pi­sał je­den z kro­ni­ka­rzy kon­kwi­sty o swo­istych za­pę­dach ko­lek­cjo­ner­skich Kor­te­za. Ta za­chłan­ność mia­ła jed­nak szcze­gól­ny aspekt - roz­wie­ra­ła po­ję­cio­we wro­ta, ja­ki­mi do Eu­ro­py na­pły­wa­ła wie­dza o no­wych lą­dach.

Czas był szcze­gól­ny - świat prze­kształ­cał się w spo­sób bez­pre­ce­den­so­wy. Ląd ziem­ski - zra­zu jak­by trój­list­ny, z od­no­ga­mi Eu­ro­py, Afry­ki i In­dii (ta­kie wy­obra­że­nia oglą­dał Ko­lumb) - te­raz oka­zał się bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny; wi­dać już było wy­raź­nie, że mun­dus no­vus w żad­nym miej­scu nie łą­czy się ze zna­nym świa­tem. Rze­czy­wi­stość od­naj­dy­wa­na za oce­anem sta­no­wi­ła nie­ma­łe wy­zwa­nie dla spo­so­bu, w jaki ro­zu­mia­no i opi­sy­wa­no uni­wer­sum. Daw­niej, w erze Śre­dnio­wie­cza, en­cy­klo­pe­dy­ści i ko­smo­gra­fo­wie-kom­pi­la­to­rzy nie czu­li przy­mu­su we­ry­fi­ka­cji każ­de­go szcze­gó­łu; po­dróż­ni­cy też nie za­mie­rza­li de­men­to­wać wie­dzy za­war­tej w księ­gach ta­kich au­to­ry­te­tów jak Pli­niusz czy Au­gu­styn. Trzy­ma­jąc się tego, co za­ko­rze­nio­ne w tra­dy­cji ob­ra­zo­wej i in­te­lek­tu­al­nej, od­naj­dy­wa­li mo­ty­wy zna­ne z róż­nych prze­ka­zów. Nie­kie­dy wpraw­dzie wy­ra­ża­li zdzi­wie­nie bra­kiem pew­nych stwo­rzeń czy obiek­tów, ale ist­nie­nie in­nych - ta­kich jak sło­nie czy lu­dzie o czar­nej skó­rze - utwier­dza­ło ich w prze­ko­na­niu o praw­dzi­wo­ści po­zo­sta­łych ele­men­tów.

Wi­zja Pli­niu­szo­wa ule­ga­ła dra­ma­tycz­nej kon­fron­ta­cji z rze­czy­wi­sto­ścią i trze­ba było in­a­czej kre­ślić geo­gra­fię cu­dow­no­ści1. Tego ro­dza­ju zmia­ny nie za­cho­dzą w spo­sób pro­sty czy au­to­ma­tycz­ny. Po­ję­cia kie­ru­ją spoj­rze­niem na świat, ale jed­no­cze­śnie mogą trzy­mać je na uwię­zi. Czas wy­praw od­kryw­czych to spraw­dzian dys­cy­pli­ny spoj­rze­nia i so­lid­no­ści uwię­zi. Kie­dy więc Ko­lumb uda­je się na wy­pra­wę, przy­pusz­cza, że spo­tka cy­klo­py, lu­dzi z ogo­na­mi i sy­re­ny - i rze­czy­wi­ście, wi­dzi sy­re­ny, cho­ciaż musi przy­znać, że nie są tak pięk­ne, jak moż­na by się spo­dzie­wać. Kie­dy do­sta­je od tu­byl­ców per­ły, wie, skąd się wzię­ły, choć z na­sze­go punk­tu wi­dze­nia mógł­by za­cząć za­sta­na­wiać się nad pod­sta­wa­mi owej wie­dzy. Jak ko­men­tu­je to Tzve­tan To­do­rov: "Spra­wa roz­gry­wa się na jego oczach, ale to, co re­la­cjo­nu­je w swo­im dzien­ni­ku, jest wy­ja­śnie­niem wzię­tym od Pli­niu­sza, z księ­gi te­goż: Przy brze­gu mo­rza znaj­do­wa­ły się nie­zli­czo­ne ilo­ści ostryg, przy­twier­dzo­nych do ga­łę­zi drzew i cią­żą­cych ku mo­rzu, z roz­dzia­wio­ny­mi gę­ba­mi, tak by mo­gły zła­pać rosę spa­da­ją­cą z li­ści, ocze­ku­jąc na to, że kro­pla spad­nie, i będą mo­gły dać po­czą­tek per­łom, jak mówi Pli­niusz" (To­do­rov 1996:23-24).

Sta­re, do­brze zna­ne try­by opi­su dość szyb­ko oka­za­ły się jed­nak nie­wy­star­cza­ją­ce. Po­rów­ny­wa­no nie­zna­ne do tego, co zna­ne z Eu­ro­py, do tego, co opi­sa­ne w prze­róż­nych księ­gach z ro­man­sa­mi ry­cer­ski­mi włącz­nie, ale czę­sto trze­ba było skoń­czyć stwier­dze­niem po­dob­nym do zda­nia Kor­te­za: "Nie mogę o tym nic in­ne­go po­wie­dzieć, a je­dy­nie to, że w Hisz­pa­nii nic po­dob­ne­go nie ma" (Kor­tez, cyt. za: To­do­rov 1996: 144). Pod na­po­rem od­mien­ne­go śro­do­wi­ska, w kon­fron­ta­cji z nie­zna­ny­mi zwie­rzę­ta­mi, dziw­ny­mi ro­śli­na­mi i spo­łecz­no­ścia­mi lu­dzi o nie­ja­snym sta­tu­sie ukła­dy ka­te­go­rii pę­ka­ły, a słow­nic­two oka­zy­wa­ło się nie­ade­kwat­ne (Pag­den 1982, zob. tak­że Gre­en­blatt 1988, 1993). Wów­czas pierw­sze skrzyp­ce za­czął grać wi­dok. Za­miast pre­pa­ro­wać opis, moż­na było opo­wie­dzieć za po­mo­cą rze­czy, bar­dziej wia­ry­god­nie i bez­po­śred­nio; do Eu­ro­py wie­zio­no więc oka­zy flo­ry, fau­ny, tu­byl­cze ar­te­fak­ty i sa­mych tu­byl­ców2.

Wszyst­kie frag­men­ty da­le­kich lą­dów nio­sły w so­bie ich me­to­ni­micz­ny ob­raz, bar­dziej wia­ry­god­ny niż ten prze­ka­zy­wa­ny w sło­wach. To praw­da, że dłu­go spo­glą­da­no na nie zgod­nie z war­to­ścia­mi obo­wią­zu­ją­cy­mi w ob­sza­rze Za­cho­du, oce­nia­jąc pod wzglę­dem obo­wią­zu­ją­cych kry­te­riów kunsz­tu rze­mieśl­ni­cze­go i wie­dzy tech­nicz­nej, w ka­te­go­riach es­te­tycz­nych, któ­rych tra­dy­cja się­ga­ła es­te­ty­ki śre­dnio­wiecz­nej (bar­wa, mi­me­tycz­ność wy­obra­że­nia, układ kom­po­zy­cyj­ny). Az­tec­kie ar­te­fak­ty wy­wie­ra­ły wra­że­nie na eu­ro­pej­skich ar­ty­stach - za­chwy­ca­li się nimi Be­nve­nu­to Cel­li­ni i Al­brecht Dürer. Wy­ro­by z piór, ma­nu­skryp­ty, mapy i ilu­stro­wa­ne ko­dek­sy, ka­mien­ne i tur­ku­so­we ma­ski i oczy­wi­ście wy­ro­by ze zło­ta sta­no­wi­ły ła­ko­my ką­sek dla ko­lek­cjo­ne­rów. Z po­znaw­cze­go punk­tu wi­dze­nia war­te uwa­gi było wszyst­ko: bo­ta­nicz­ny ar­te­fakt, zwie­rzę, czło­wiek - same oka­zy oraz ich wi­ze­run­ki.

Okre­ślo­ne ka­te­go­rie on­to­lo­gicz­ne, es­te­tycz­ne i ak­sjo­lo­gicz­ne za­po­śred­ni­cza­ły men­tal­ne za­własz­cza­nie nie­zna­nych lą­dów. Dla przed­mio­tów ma­te­rial­nych taką ka­te­go­rią dłu­go po­zo­sta­wa­ło ku­rio­zum, czy też oso­bli­wość, dla istot ludz­kich - po­gań­stwo; trze­ba jed­nak za­zna­czyć, że ka­te­go­rie te nie były roz­łącz­ne. Jak prze­ko­na­my się nie­ba­wem, nada­wać mo­gły sens za­rów­no rze­czom, jak i lu­dziom, mie­sza­jąc przy­na­leż­ne im cha­rak­te­ry­sty­ki.

Ka­te­go­ria po­gań­stwa, któ­ra przy­zna­wa­ła In­nym okre­ślo­ne miej­sce w po­wszech­nej hi­sto­rii świa­ta - tej wszech­obej­mu­ją­cej, za­czy­na­ją­cej się z dniem stwo­rze­nia - bez tru­du da­wa­ła się za­sto­so­wać w od­nie­sie­niu do miesz­kań­ców No­we­go Świa­ta. W per­spek­ty­wie pla­nu Bo­że­go ich sta­tus wy­da­wał się po­dob­ny do tego, któ­ry mie­li miesz­kań­cy bar­ba­rzyń­skiej Eu­ro­py (Ryan 1981, Shel­ton 1994:201). Wią­za­ło się to z mo­du­sem uj­mo­wa­nia świa­ta: żad­na dzie­dzi­na wie­dzy nie ist­nia­ła nie­za­leż­nie od ogól­ne­go po­rząd­ku zna­czeń. Dla­te­go geo­gra­fia czy wie­dza o na­tu­rze nie mo­gły być nie­za­leż­ne od teo­lo­gii ani z nią sprzecz­ne. Nie po­win­no nas więc dzi­wić, że Ko­lumb, czło­wiek głę­bo­ko wie­rzą­cy, zbli­ża­jąc się do rów­ni­ka, co­raz czę­ściej roz­my­ślał nad do­kład­nym umiej­sco­wie­niem raju ziem­skie­go - czy­tał o nim w Ima­go mun­di Pio­tra z Ail­ly. Kwe­stia tej lo­ka­li­za­cji była dla nie­go tak samo istot­na jak py­ta­nie o kształt zie­mi; ta dru­ga zy­ski­wa­ła zresz­tą na zna­cze­niu po­przez od­nie­sie­nie do tej pierw­szej3. Mu­si­my przy tym pa­mię­tać, że w owym cza­sie to, co na­uko­we, co es­te­tycz­ne i co mo­ral­ne, jesz­cze nie od­dzie­li­ło się od sie­bie. Każ­dy opis świa­ta i każ­dy opis ludz­kie­go cia­ła po­słu­gi­wał się po­ję­cia­mi, w któ­rych to, co ko­gni­tyw­ne, mia­ło też aspekt es­te­tycz­ny i mo­ral­ny. Wy­ja­śnia­nie po­rząd­ków nie­ba i zie­mi, na­wet tak no­wa­tor­skie jak to, któ­re nie­ba­wem za­pro­po­nu­je Ko­per­nik, mu­sia­ło uwzględ­niać fakt, że świat jako ca­łość nie może być mon­stru­al­ny, a po­szcze­gól­ne ele­men­ty ist­nie­ją w har­mo­nii, któ­rej sens za­ry­so­wu­je się w paru płasz­czy­znach (zob. Kemp 2006:22-27).

Wia­ra de­cy­do­wa­ła za­tem o stra­te­gii trak­to­wa­nia In­nych ob­ró­co­nych w po­gan. Sko­ro tyl­ko roz­wią­za­no pro­blem du­szy i zde­cy­do­wa­no, że dzi­kich na­le­ży chrzcić (w for­mie zmie­nio­nej po­wró­cił bo­wiem dy­le­mat, któ­ry pa­mię­ta­my z pism świę­te­go Au­gu­sty­na), wia­do­mo było, co jest wo­bec nich do­zwo­lo­ne, a co wręcz po­żą­da­ne. Od­mien­ność uj­mo­wa­no w ra­mach dys­kur­su teo­lo­gicz­ne­go, po­twier­dza­jąc jego fun­da­men­tal­ne idee. Prze­ko­na­nie, że po­rzą­dek ludz­ki ufun­do­wa­ny na Bo­żym pla­nie (tłu­ma­czą­cym tak­że dzia­ła­nia po­li­tycz­ne) wpro­wa­dzał ja­sne roz­róż­nie­nie na chrze­ści­jan i po­gan, po­zwa­la­jąc na umiesz­cza­nie jed­no­stek i spo­łe­czeństw w sie­ci war­to­ści.

Nie­mniej jed­nak usta­na­wia­ny, wciąż nie­go­to­wy ję­zyk, opi­su­ją­cy rze­czy­wi­stość ziem­ską za po­śred­nic­twem jej ma­te­rial­nych frag­men­tów, krył w so­bie moż­li­wość mą­ce­nia pew­nych roz­róż­nień. Do­ty­czy­ło to zwłasz­cza re­la­cji mię­dzy przed­sta­wia­ją­cym a przed­sta­wia­nym. Jak pi­sze Ste­phen Gre­en­blatt: "Tu­by­lec poj­ma­ny jako do­wód, a na­stęp­nie wy­sta­wio­ny, na­szki­co­wa­ny, na­ma­lo­wa­ny, opi­sa­ny i za­bal­sa­mo­wa­ny zo­sta­je nie­mal do­słow­nie za­wład­nię­ty przez - i dla - eu­ro­pej­skiej re­pre­zen­ta­cji. Jest on uwi­kła­ny w zło­żo­ny sys­tem obie­gu mi­me­tycz­ne­go, w któ­rym za­wie­ra­ją się ob­raz­ki ryte w oło­wiu, mo­de­le jeźdź­ców na ko­niach, lu­stra czy na­wet re­pre­zen­ta­tyw­ny bo­che­nek chle­ba po­zo­sta­wio­ny w re­pre­zen­ta­tyw­nym do­mo­stwie, skon­stru­owa­nym tak, aby na­kło­nić tak zwa­nych bar­ba­rzyń­ców do tak zwa­ne­go po­kło­nu" (Gre­en­blatt 2006:195). Gre­en­blatt kre­śli sze­ro­kie spek­trum zna­ków włą­czo­nych w tę sy­tu­ację, za­zna­cza­jąc jej po­wszech­ność i dłu­go­trwa­łość: "Eu­ro­pej­ski kon­takt z tu­byl­ca­mi No­we­go Świa­ta jest usta­wicz­nie upo­śred­nia­ny przez re­pre­zen­ta­cje; w isto­cie jed­nak kon­takt sam w so­bie, je­śli w koń­cu nie skła­dał się wy­łącz­nie z ak­tów za­da­wa­nia ran i śmier­ci, jest bar­dzo czę­sto kon­tak­tem mię­dzy re­pre­zen­tan­ta­mi - no­si­cie­la­mi re­pre­zen­ta­cji" (Gre­en­blatt 2006:197)4. Owa re­pre­zen­ta­cja an­ga­żu­je In­nych cie­le­śnie, za­cie­ra­jąc ja­sność roz­róż­nie­nia na uczest­ni­ków sy­tu­acji i zna­ki, któ­ry­mi się po­słu­gu­ją. Pro­wa­dzi to do za­własz­cze­nia świa­ta In­nych i ca­łej jego za­war­to­ści - z isto­ta­mi ludz­ki­mi włącz­nie5. Tych ostat­nich wy­zu­wa się z dusz, spra­wia­jąc, że bez­dusz­ne (ale w peł­ni cie­le­sne) po­wło­ki sta­ją się zna­ka­mi; cią­gle jesz­cze mogą jed­nak po­wró­cić na po­zy­cję stro­ny w kon­tak­cie, star­ciu czy też spo­tka­niu. Nie jest to osta­tecz­ne po­zba­wie­nie pod­mio­to­wo­ści, ra­czej jej oka­le­cze­nie - "akty za­da­wa­nia ran i śmier­ci" do­ty­ka­ją ich cie­le­śnie tak samo, jak mogą do­tknąć twór­ców tego dys­kur­su. Cie­le­sność In­ne­go sta­no­wi nie­od­łącz­ny ele­ment w grze za­własz­cza­nia od­mien­no­ści i usta­na­wia­nia gra­nic mię­dzy nami a tymi, któ­rych sta­wia­my poza gru­pą uzna­ną za wła­sną. "Ta re­pre­zen­ta­cja nig­dy nie jest toż­sa­ma z pro­stym po­sia­da­niem rze­czy­wi­sto­ści spo­łecz­nej, któ­re za­wsze jest mo­bil­ne i nie­uchwyt­ne, a po­przez dys­kurs po­dró­ży jest ono prze­siąk­nię­te obiet­ni­cą o ta­kim po­sia­da­niu i re­je­stru­je nad­zwy­czaj­ne przed­się­wzię­cie pod­ję­te, aby je za­gwa­ran­to­wać. Jak wi­dać, po­dróż­ni­cy eu­ro­pej­scy za­bie­ra­ją ar­te­fak­ty, któ­re na­by­li lub ukra­dli, lub otrzy­ma­li jako dary, i bio­rą w nie­wo­lę ni­cze­go nie­podej­rze­wa­ją­cych i bez­bron­nych tu­byl­ców, nie tyl­ko, aby słu­ży­li im jako tłu­ma­cze, ale by na po­kaz przy­wieźć ich do domu" (Gre­en­blatt 2006:201). Z jed­nej stro­ny swym ist­nie­niem wska­zy­wa­li na świat, z któ­re­go po­cho­dzi­li, z dru­giej da­wa­ło się ich trak­to­wać jako oso­bli­wość.

Oso­bli­wość (ro­zu­mia­na tu jako pew­na ka­te­go­ria kul­tu­ry, od daw­na znaj­du­ją­ca się w jej re­po­zy­to­rium, ale w każ­dej epo­ce do­pre­cy­zo­wu­ją­ca swe sen­sy) po­zwa­la­ła wy­szu­ki­wać w oto­cze­niu pew­ne rze­czy, zbie­rać je i po­rząd­ko­wać. Jej spe­cy­ficz­ny po­ten­cjał de­skryp­tyw­ny uak­tyw­nił się w sy­tu­acji, gdy ję­zyk słów, ba­zu­ją­cy na tym, co zna­ne, oka­zał się mało ela­stycz­ny. W ten spo­sób wska­zy­wa­ła ścież­ki do no­wych ob­sza­rów po­zna­nia. Gust do oso­bli­wo­ści nie omi­jał istot ludz­kich. (To tłu­ma­czy war­tość przy­wie­zio­nych przez Kor­te­za "gar­ba­tych i kar­ło­wa­tych In­dian, któ­rych cia­ła były po­twor­nie po­skrę­ca­ne"). Maur, Mu­rzyn czy ka­rzeł by­wał pre­zen­tem god­nym wiel­mo­żów, ozdo­bą dwo­ru i jego za­baw­ką. Do­da­wał splen­do­ru tak samo jak wy­staw­na re­zy­den­cja, jak ogród urzą­dzo­ny z wy­ra­fi­no­wa­nym sma­kiem czy jak me­na­że­ria. Na dwo­rach trzy­ma­no słu­żą­cych o róż­nych ko­lo­rach skó­ry, mó­wią­cych róż­ny­mi ję­zy­ka­mi (po­dob­no na dwo­rze kar­dy­na­ła Ip­po­li­ta Me­di­ci dało się ich sły­szeć dwa­dzie­ścia). Ich war­tość za­sa­dza­ła się tak­że na nie­zwy­kłych zdol­no­ściach i umie­jęt­no­ściach - wia­do­mo było, że Mau­ro­wie są wpraw­ni w wol­ty­żer­ce, Ta­ta­rzy po mi­strzow­sku strze­la­ją z łu­ków, a z In­dii po­cho­dzą świet­ni nur­ko­wie... (Fa­bia­ni 1980:26-27).

W daw­nych ko­lek­cjach, po­dob­nie jak w ogro­dach, w me­na­że­riach zwie­rzę­cych i ludz­kich, od­ci­skał się za­rys pew­ne­go szer­sze­go pro­jek­tu my­ślo­we­go, kształt rze­czy­wi­sto­ści in­ter­pre­to­wa­nej w okre­ślo­ny spo­sób. Wi­zy­ta w ga­bi­ne­tach nie­gdy­siej­szych zbie­ra­czy po­zwo­li­ła­by le­piej zro­zu­mieć, dla­cze­go to, co (w na­szym mnie­ma­niu) fan­ta­stycz­ne, to, co pa­to­lo­gicz­ne, i to, co eg­zo­tycz­ne, co stwo­rzo­ne przez na­tu­rę i wy­ko­na­ne ludz­ką ręką, zra­zu wy­da­wa­ło się so­bie bli­skie; nie­uchron­nie po­pro­wa­dzi­ła­by nas też ku py­ta­niu: dla­cze­go po­tem stop­nio­wo wszyst­ko to od­da­la­ło się od sie­bie i róż­ni­co­wa­ło. Na taką wi­zy­tę za­bie­rze nas na­stęp­ny frag­ment tej książ­ki. Po­trak­tuj­my daw­ne ko­lek­cje jako ob­szar ar­ty­ku­la­cji prze­ko­nań o po­rząd­ku świa­ta.

Z upodo­ba­niem gro­ma­dzo­no wów­czas to, co przy­cią­ga­ło uwa­gę nie­zwy­kłą for­mą, ze­sta­wia­jąc two­ry na­tu­ry i ludz­kie­go kunsz­tu. W ce­nie były pre­cjo­za ju­bi­ler­skiej ro­bo­ty, prze­myśl­nie wy­ko­na­ne ozdo­by, któ­rych cy­ze­lo­wa­nie sta­wa­ło się nie­kie­dy roz­ryw­ką moż­nych. Obok nich umiesz­cza­no ska­mie­nia­ło­ści (ich po­cho­dze­nie nie było wów­czas zna­ne), oka­zy przy­rod­ni­cze o zde­for­mo­wa­nych kształ­tach i cie­ka­wost­ki eg­zo­tycz­ne. Do­da­wa­no do tego por­tre­ty i me­da­le przed­sta­wia­ją­ce sław­ne po­sta­cie hi­sto­rycz­ne oraz człon­ków rodu. Tak po­wsta­wa­ły ga­bi­ne­ty oso­bli­wo­ści. Z pew­no­ścią war­to zo­ba­czyć, jak w tę prze­strzeń może wpa­so­wać się mon­strum, i spy­tać, czy za­wsze znaj­dzie się tam dla nie­go miej­sce. To do­bry punkt wyj­ścia do uka­za­nia prze­mian, ja­kim ule­ga po­ję­cie oso­bli­wo­ści. Śle­dząc póź­niej­sze prze­mia­ny owe­go po­ję­cia oraz spo­so­by jego wy­ko­rzy­sta­nia w prak­ty­kach nada­wa­nia świa­tu sen­su, spró­bu­je­my doj­rzeć ogól­niej­sze ten­den­cje do­ty­czą­ce po­ję­cio­we­go i prak­tycz­ne­go ma­ni­pu­lo­wa­nia ob­ra­za­mi od­stęp­stwa od nor­my, ku­rio­zal­no­ści, mon­stru­al­no­ści.

Zwra­ca­jąc się w stro­nę rze­czy, tyl­ko po­zor­nie od­da­li­my się od za­sad­ni­cze­go te­ma­tu tej książ­ki - od mon­stru­al­no­ści na­zna­cza­ją­cej for­my ludz­kie. Z cza­sem oka­że się bo­wiem, że łą­czy je pew­na myśl - myśl o nie­ro­ze­rwal­nym związ­ku po­rząd­ku i od­stęp­stwa. Wpi­su­je ona isto­ty żywe i obiek­ty nie­oży­wio­ne w szer­sze ukła­dy po­ję­cio­we i mo­ral­ne, czy­niąc z nich zna­ki, któ­re na ten układ wska­zu­ją. Gdy trud­no od razu wnik­nąć w rzecz samą i po­jąć jej isto­tę, mo­że­my mieć na­dzie­ję, że zro­zu­mie­my ją po­przez jej prze­ci­wień­stwo - nor­mę po­przez od­stęp­stwo, śmierć po­przez ży­cie, a du­szę przez to, co jej po­zba­wio­ne.

Rozdział INarodziny monstrum

Ro­dzi się... Mon­strum?!

Na świat przy­cho­dzi dziw­na isto­ta - nie­mow­lę o dwóch gło­wach albo o cie­le po­zba­wio­nym koń­czyn, albo też ta­kie, któ­re­go płci nie da się okre­ślić. Te na­ro­dzi­ny czy­nią wy­rwę w po­rząd­ku ży­cia, ła­mią ja­kieś nor­my - wzbu­dza­ją strach, oszo­ło­mie­nie, cie­ka­wość, na­mysł nad na­tu­rą świa­ta... Jak to wy­ja­śnić? Czy pa­trząc na owo cia­ło, moż­na do­strzec ja­kiś sens - taki, któ­ry wy­kro­czył­by poza cie­le­sność?

Dla­cze­go w ogó­le się uro­dzi­ło? Tego py­ta­nia nie spo­sób unik­nąć - szu­kaj­my więc przy­czyn, py­taj­my mę­dr­ców, wni­kaj­my w sie­bie, by zro­zu­mieć, skąd bio­rą się od­mień­cy, po­two­ry, mon­stra.

Przy­czy­ny mogą być róż­ne. "Pierw­sza to na chwa­łę Bożą. Dru­ga - przez jego gniew. Trze­cia to zbyt duża ilość na­sie­nia; czwar­ta - ilość zbyt mała. Pią­ta - za małe lub za wą­skie łono. Szó­sta - hi­po­tro­fia, czy­li zbyt mała ma­ci­ca. Siód­ma - nie­wła­ści­wa po­zy­cja mat­ki, zbyt dłu­go sie­dzą­cej z za­ci­śnię­ty­mi uda­mi lub ści­ska­ją­cej brzuch. Ósma to upa­dek lub ude­rze­nie w brzuch cię­żar­nej. Dzie­wią­ta to cho­ro­ba odzie­dzi­czo­na lub przy­pad­ko­wa. Dzie­sią­ta to ze­psu­cie się na­sie­nia, je­de­na­sta jego wy­mie­sza­nie. Dwu­na­sta to sztucz­ki wę­drow­nych że­bra­ków, trzy­na­sta to dzia­ła­nie de­mo­nów i dia­błów" - pi­sał w XVI wie­ku na­dwor­ny chi­rurg kró­lów Fran­cji Am­bro­ise Paré w dzie­le Des mon­stres et pro­di­ges (Paré 2003:86).

Od­mie­niec po­ja­wia­ją­cy się w ło­nie wła­sne­go spo­łe­czeń­stwa wy­wo­łu­je re­ak­cje inne od tych, któ­re wzbu­dza­ją od­mień­cy przy­by­sze. Lęk przed spoj­rze­niem na mon­strum zro­dzo­ne z ko­bie­ce­go łona może prze­pla­tać się z eks­cy­ta­cją - trud­no oprzeć się po­ku­sie pa­trze­nia. Za­bu­rze­nie ładu zmniej­szy się, je­śli wpro­wa­dzi­my ja­kiś układ po­rząd­ku­ją­cy, któ­ry po­ję­cio­wo za­po­śred­ni­czy kon­takt po­mię­dzy dziw­nym wi­do­kiem a zdez­o­rien­to­wa­nym, lecz chcą­cym zro­zu­mieć ob­ser­wa­to­rem. Moż­na na przy­kład uznać, że isto­tą od­mien­no­ści bywa nad­miar, brak lub po­dwo­je­nie. Tak wła­śnie uczy­nił wspo­mnia­ny Paré, wy­róż­nia­jąc mon­stres par exc?s, mon­stres par défaut, mon­stres do­ubles. Za mon­stru­al­ne i cu­dow­ne uwa­żał on jed­nak w za­sa­dzie wszyst­ko to, co wy­kra­cza poza zwy­czaj­ny bieg na­tu­ry. Cu­dow­ne wy­da­wa­ły mu się oka­zy jed­nost­ko­we i wy­jąt­ko­we (ta­kie jak owca o trzech gło­wach), ale i rze­czy po­wta­rzal­ne, choć od­le­głe - oglą­da­ne w ko­smo­gra­fiach i geo­gra­fiach zwie­rzę­ta, dziw­ne na­cje, o któ­rych pi­sa­li Pli­niusz, Ho­mer czy He­ro­dot. Cu­dow­ne były bliź­nię­ta sy­jam­skie i ży­ra­fy, her­ma­fro­dy­ci i sło­nie, jed­no­roż­ce, egip­skie sy­re­ny i ko­me­ty - a za­tem to, co na­sza myśl chęt­nie roz­dzie­li­ła­by, okre­śla­jąc jed­ne jako isto­ty fan­ta­stycz­ne, inne jako oka­zy pa­to­lo­gicz­ne, jesz­cze inne jako eg­zo­tycz­ne zwie­rzę­ta czy zja­wi­ska na­tu­ral­ne.

Jed­no jest pew­ne: mar­gi­nal­ność od­mień­ców nie jest raz na za­wsze zde­ter­mi­no­wa­na.

W kla­sycz­nej pra­cy an­tro­po­lo­gicz­nej Czy­stość i zma­za Mary Do­uglas znaj­du­je­my zna­mien­ne stwier­dze­nie: "każ­da kul­tu­ra war­ta tego mia­na za­wie­ra roz­ma­ite za­le­ce­nia po­zwa­la­ją­ce ra­dzić so­bie z ano­ma­lia­mi i przy­pad­ka­mi nie­jed­no­znacz­ny­mi" (Do­uglas 2007:80). Au­tor­ka po­rząd­ku­je owe za­le­ce­nia zgod­nie z per­spek­ty­wą swo­jej dzie­dzi­ny, uwzględ­nia­jąc ich funk­cje w utrzy­my­wa­niu spo­łecz­ne­go i sym­bo­licz­ne­go ładu, któ­ry okre­śla wa­run­ki kul­tu­ro­we­go ist­nie­nia człon­ków da­nej gru­py:

"Po pierw­sze, dwu­znacz­ność moż­na zmniej­szyć, de­cy­du­jąc się na tę lub ową in­ter­pre­ta­cję. Kie­dy na przy­kład ro­dzi się po­twor­ko­wa­te dziec­ko, za­gro­żo­ne mogą być gra­ni­ce de­fi­ni­cji czło­wie­ka i zwie­rzę­cia. Mo­że­my oca­lić te ka­te­go­rie, je­śli przy­po­rząd­ku­je­my po­twor­ko­wa­te­mu dziec­ku ety­kie­tę jako przy­pad­ko­wi szcze­gól­ne­go ro­dza­ju. Tak więc Nu­ero­wie trak­tu­ją ta­kie dzie­ci jako no­wo­rod­ki hi­po­po­ta­mów na­ro­dzo­ne przez przy­pa­dek wśród lu­dzi. Przy­po­rząd­ko­wa­nie ta­kiej ety­kie­ty od razu dyk­tu­je wła­ści­wy spo­sób dzia­ła­nia - Nu­ero­wie de­li­kat­nie ukła­da­ją ta­kie dzie­ci na dnie rze­ki, gdzie ich miej­sce.

Po dru­gie, ist­nie­nie ano­ma­lii moż­na kon­tro­lo­wać fi­zycz­nie. Na tej za­sa­dzie, wsku­tek na­ka­zu za­bi­ja­nia bliź­niąt tuż po uro­dze­niu, nie­któ­re ple­mio­na Afry­ki Za­chod­niej eli­mi­nu­ją ano­ma­lię spo­łecz­ną, po­nie­waż wy­zna­ją po­gląd, że dwóch lu­dzi nie może uro­dzić się w tej sa­mej chwi­li z jed­ne­go łona. Albo ko­gu­ty, któ­re pie­ją w nocy - je­śli szyb­ko skrę­cić im szy­ję, nie będą dłu­żej ży­wym za­prze­cze­niem de­fi­ni­cji ko­gu­ta jako pta­ka, któ­ry pie­je o świ­cie.

Po trze­cie, za­sa­da uni­ka­nia ano­ma­lii umac­nia i po­twier­dza de­fi­ni­cje, z któ­ry­mi są one nie­zgod­ne. Gdy w "Księ­dze Ka­płań­skiej" wy­ra­ża­ny jest wstręt do stwo­rzeń peł­za­ją­cych, po­win­ni­śmy po­strze­gać tę obrzy­dli­wość jako ne­ga­tyw wzor­ca rze­czy apro­bo­wa­nych.

Po czwar­te, ano­ma­lie moż­na ety­kie­to­wać jako za­gro­że­nia. Trze­ba przy­znać, że jed­nost­ki od­czu­wa­ją nie­kie­dy za­gro­że­nie w ob­li­czu ano­ma­lii. Błę­dem by­ło­by jed­nak trak­to­wa­nie in­sty­tu­cji tak, jak gdy­by wy­ewo­lu­owa­ły one w ten sam spo­sób jak spon­ta­nicz­ne re­ak­cje czło­wie­ka. Ta­kie pu­blicz­ne wie­rze­nia czę­ściej po­wsta­ją w toku re­duk­cji dy­so­nan­sów mię­dzy in­ter­pre­ta­cja­mi jed­nost­ko­wy­mi a ogól­ny­mi. [...]

Po pią­te, dwu­znacz­ne sym­bo­le mogą być wy­ko­rzy­sty­wa­ne w ry­tu­ałach dla tych sa­mych ce­lów co w po­ezji i mi­to­lo­gii, to zna­czy dla wzbo­ga­ce­nia pa­le­ty sen­sów skie­ro­wa­nia uwa­gi na inne wy­mia­ry ist­nie­nia. [...] ry­tu­ały, wy­ko­rzy­stu­jąc sym­bo­le ano­ma­lii, mogą łą­czyć zło i śmierć, jak rów­nież do­bro i ży­cie w ra­mach jed­ne­go wiel­kie­go, uni­fi­ku­ją­ce­go wzor­ca" (Do­uglas 2007:80-81).

Dwa ukła­dy wy­ra­żo­ne w for­mie enu­me­ra­cji - pierw­szy ze­sta­wio­ny przez szes­na­sto­wiecz­ne­go chi­rur­ga, dru­gi przez przed­sta­wi­ciel­kę dwu­dzie­sto­wiecz­nej an­tro­po­lo­gii - wpro­wa­dza­ją szcze­gól­ny ład w te miej­sca kul­tu­ro­we­go po­strze­ga­nia świa­ta, w któ­rych ewi­dent­nie ob­ja­wia się brak ładu. Wy­god­niej nam pew­nie uży­wać do my­śle­nia po­jęć, któ­re pro­po­nu­je Mary Do­uglas - pas­sus z tek­stu Pa­régo uwie­dzie nas je­dy­nie eg­zo­ty­ką sfor­mu­ło­wań i ba­jecz­nych po­my­słów na wy­ja­śnia­nie dziw­nych zja­wisk. Oba ze­sta­wy ka­te­go­rii są jed­nak za­ko­rze­nio­ne epi­ste­mo­lo­gicz­nie i w okre­ślo­nych kon­tek­stach oka­zu­ją się sku­tecz­ne pod wzglę­dem swych zdol­no­ści eks­pli­ka­cyj­nych oraz uśmie­rze­nia nie­po­ko­ju wy­wo­ła­ne­go nie­zro­zu­mie­niem roz­bi­te­go po­rząd­ku.

Spo­łe­czeń­stwa wy­pra­co­wu­ją róż­ne spo­so­by po­zwa­la­ją­ce lu­dziom oswo­ić się z wi­do­kiem ano­ma­lii, czy też od­mien­no­ści, osa­dza­ją­ce je w szer­szych ukła­dach po­jęć i war­to­ści. W na­szych cza­sach po­ręcz­ną ka­te­go­rią jest cho­ro­ba. Dys­kurs me­dycz­ny po­zwa­la na­zwać pro­blem; wska­zu­je też spo­so­by jego roz­wią­za­nia. Mamy tak­że in­sty­tu­cje spo­łecz­ne sta­wia­ją­ce so­bie za cel za­po­bie­ga­nie mar­gi­na­li­za­cji pew­nych jed­no­stek. (Oczy­wi­ście są i inne ścież­ki szu­ka­nia sen­su tego ro­dza­ju przy­pad­ków, uj­mo­wa­nia ich w szer­szej per­spek­ty­wie eg­zy­sten­cjal­nej - na przy­kład ścież­ka wia­ry i dys­kurs re­li­gij­ny). Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że Paré, choć me­dy­cy­na nie była mu obca, po­strze­gał te kwe­stie in­a­czej niż my; in­a­czej też szu­kał związ­ków mię­dzy róż­ny­mi ele­men­ta­mi rze­czy­wi­sto­ści. Dla­te­go łą­czył to, co my roz­dzie­la­my, a dzie­lił to, co nam wy­da­wa­ło­by się jed­no­ścią. O czym my­ślał ów chi­rurg, gdy pi­sał o cu­dach i nie­zwy­kło­ściach? Czym w ogó­le były dla ów­cze­snych lu­dzi mon­stra? Czy wszy­scy wi­dzie­li je tak samo? Czy ich po­strze­ga­nie rze­czy­wi­ście tak bar­dzo róż­ni­ło się od na­sze­go? Aże­by wy­ja­śnić kli­mat, w ja­kim ro­dził się sens mon­strów, przyj­rzyj­my się bli­żej jed­ne­mu z nich. Przy oka­zji za­ry­su­ją się przed nami róż­ne szla­ki in­ter­pre­ta­cyj­ne. Przy­kład bę­dzie po­cho­dził z ob­sza­ru za­chod­nio­eu­ro­pej­skie­go Re­ne­san­su; wy­bra­łam go ze wzglę­du na to, że bar­dzo wy­raź­nie może nam owe szla­ki wska­zać. Na­braw­szy wy­obra­że­nia o ich ukła­dzie, zwró­ci­my się ku daw­niej­szym eta­pom hi­sto­rii mon­stru­al­no­ści.

Mon­strum z Ra­wen­ny

Dziw­ne nie­mow­lę, któ­re przy­szło na świat w Ra­wen­nie w roku 1513, było skrzy­dla­te i ro­ga­te. Mia­ło tyl­ko jed­ną nogę, po­kry­tą łu­ską, opa­trzo­ną okiem w miej­scu ko­la­na i za­koń­czo­ną ku­rzym pa­zu­rem. Na jego tor­sie wid­niał krzyż i li­te­ra Y. Stwór miał her­ma­fro­dy­tycz­ną na­tu­rę - nad dzi­wacz­ną nogą znaj­do­wa­ły się za­rów­no mę­skie, jak i żeń­skie na­rzą­dy płcio­we. Tak przy­najm­niej opi­sał je wspo­mnia­ny wcze­śniej Am­bro­ise Paré.

Było to w cza­sie, gdy kon­flikt mię­dzy pa­pie­żem Ju­liu­szem II a kró­lem Fran­cji Lu­dwi­kiem XII przy­brał na sile. Woj­ska Ita­lii wła­śnie po­nio­sły sro­mot­ną klę­skę w bi­twie pod Ra­wen­ną. Owe na­ro­dzi­ny zda­wa­ły się zna­kiem - to Bóg kie­ru­je do lu­dzi prze­sła­nie od­no­szą­ce się do wal­ki po­mię­dzy wła­dzą du­chow­ną a świec­ką. Moż­na było rzec śmia­ło: to mon­strum.

Samo sło­wo wy­wo­dzo­no nie tyl­ko od ła­ciń­skie­go mon­stra­re, ozna­cza­ją­ce­go "po­ka­zy­wać", ale i od mo­ne­re, czy­li "prze­po­wia­dać", "zwia­sto­wać". Oszo­ło­mie­nie wi­do­kiem dziw­ne­go cia­ła mie­sza­ło się z czcią dla po­nad­ludz­kie­go bytu, któ­ry nadał mu taką for­mę - przy­pusz­czal­nie po to, by coś lu­dziom za­sy­gna­li­zo­wać. Pro­ro­czy sta­tus po­zwa­la wpi­sać każ­dy dziw w po­rzą­dek świa­ta - a wów­czas mię­dzy wy­da­rze­nia­mi, któ­re prze­kra­cza­ją gra­ni­ce co­dzien­no­ści, do­strze­ga się "oczy­wi­ste" związ­ki.

Mon­strum z Ra­wen­ny zy­ska­ło roz­głos. Jego wi­ze­run­ki po­ja­wia­ły się w uczo­nych księ­gach i w dru­kach ulot­nych. Za­sta­na­wia ich róż­no­rod­ność oraz wie­lo­kie­run­ko­wa in­ter­pre­ta­cja jego ist­nie­nia. Mniej lub bar­dziej me­to­dycz­nie wy­ja­śnia­no zna­cze­nie szcze­gó­łów ana­to­micz­nych. Fran­cuz Pier­re Bo­aistu­au pi­sał na przy­kład: róg na gło­wie ozna­cza dumę i am­bi­cję, skrzy­dła - nie­fra­so­bli­wość i nie­sta­łość, brak rąk wska­zu­je na brak do­brych czy­nów, oko w miej­scu ko­la­na to zbyt wiel­kie umi­ło­wa­nie rze­czy ziem­skich, noga to chci­wość i li­chwiar­stwo, a po­dwój­ne na­rzą­dy płcio­we - grzech so­do­mii. Li­te­ra Y i krzyż - zna­ki zba­wie­nia - wska­zu­ją dro­gi unik­nię­cia klę­ski.

Mon­strum z Ra­wen­ny we­dług Pier­re'a (Hi­sto­ires pro­di­gieu­ses 1560)

W za­pi­skach flo­renc­kie­go ap­te­ka­rza Luki Lan­duc­cie­go wy­glą­da­ło to tro­chę in­a­czej: "Sły­sze­li­śmy o na­ro­dzo­nym w Ra­wen­nie mon­strum, któ­re­go ry­su­nek tu­taj przy­sła­no. Na jego gło­wie ster­czał róg, pro­sty jak miecz, miast ra­mion mia­ło dwa skrzy­dła nie­to­pe­rza; na pier­siach po jed­nej stro­nie wid­niał znak Y, po dru­giej krzyż, a po­ni­żej na tor­sie dwa węże. Był to her­ma­fro­dy­ta; na pra­wym ko­la­nie znaj­do­wa­ło się oko, zaś lewa noga mia­ła kształt or­lej. Wi­dzia­łem jego wi­ze­ru­nek, a mógł to we Flo­ren­cji uczy­nić każ­dy, kto tyl­ko tego ze­chciał" (Lan­duc­ci 1927:249).

Czy Fran­cu­za po­nio­sła fan­ta­zja, czy też Włoch nie grze­szył do­kład­no­ścią? W Ita­lii stwór ma dwie nogi, we Fran­cji już tyl­ko jed­ną. Zni­kły węże w oko­li­cach ta­lii. Roz­bu­do­wa­niu ule­gła na­to­miast ale­go­rycz­na na­tu­ra mon­strum. O ile Bo­aistu­au ana­li­zo­wał mon­stru­al­ne cia­ło, roz­wo­dząc się nad zna­cze­niem po­szcze­gól­nych człon­ków, o tyle Lan­duc­ci pod­su­mo­wał rzecz całą la­pi­dar­nym stwier­dze­niem: "wiel­kie nie­szczę­ście za­wsze do­ty­ka mia­sto, gdy ro­dzi się coś ta­kie­go" (Lan­duc­ci 1927:250).

Wi­ze­run­ki dzi­wacz­nej isto­ty z Ra­wen­ny krą­ży­ły z mia­sta do mia­sta, prze­kra­cza­ły gra­ni­ce państw, a dziś trud­no do­ciec jego for­my pod­sta­wo­wej. Stwór mie­wał skrzy­dła nie­to­pe­rza lub pta­ka. Nie za­wsze był her­ma­fro­dy­tą - na nie­któ­rych ilu­stra­cjach zda­wał się wy­raź­nie mę­ski ze swym człon­kiem w sta­nie erek­cji.

Co kry­ło się za tymi prze­mia­na­mi? Czy to tyl­ko ludz­ka fan­ta­zja szła za po­ku­są osnu­wa­nia opo­wie­ści wo­kół dziw­ne­go cia­ła, do­da­wa­nia i uj­mo­wa­nia mu pew­nych ele­men­tów, czy też w prze­mia­nach była ja­kaś me­to­da? Gdzie szu­kać re­guł trans­for­ma­cji?

Jed­na z naj­wcze­śniej­szych (je­śli w ogó­le nie naj­wcze­śniej­sza) zna­na in­for­ma­cja po­cho­dzi od rzym­skie­go kro­ni­ka­rza Se­ba­stia­na di Bran­ca Te­dal­li­nie­go. Pod datą 8 mar­ca 1513 roku za­no­to­wał on: "Opi­szę te­raz dzie­cię zro­dzo­ne w Ra­wen­nie z mnisz­ki i bra­ta za­kon­ne­go. Mia­ło wiel­ką gło­wę, na czo­le róg i wiel­kie usta; na pier­si były trzy li­te­ry, tak jak je tu wi­dać: YXV, i trzy kęp­ki wło­sów. Jed­ną nogę mia­ło wło­cha­tą z dia­blim ko­py­tem, dru­gą ludz­ką z okiem po­środ­ku. Nig­dy jesz­cze za ludz­kiej pa­mię­ci coś ta­kie­go się nie zda­rzy­ło. Pan tej zie­mi ka­zał słać wieść o tym do pa­pie­ża Ju­liu­sza II" (cyt. za: Nic­co­li 1990:35).

Przyj­ście na świat na­stą­pić mia­ło dwa dni wcze­śniej - jak wi­dać, wieść nio­sła się szyb­ko. Przy­pusz­czal­nie kro­ni­karz oglą­dał ilu­stra­cję przed­sta­wia­ją­cą mon­strum. Gdy do­cho­dzi­ło do ta­kich nie­zwy­kłych wy­da­rzeń, od­ręcz­ne wi­ze­run­ki, nie­rzad­ko ko­lo­ro­wa­ne, z pod­pi­sa­mi, krą­ży­ły w licz­nych ko­piach. Czę­sto wy­wie­sza­no je w miej­scach pu­blicz­nych. Już w tym sa­mym mie­sią­cu, w któ­rym na­ro­dzi­ło się mon­strum, roz­po­czę­to pro­duk­cję ich dru­ko­wa­nych od­po­wied­ni­ków.

Se­ba­stia­no di Bran­ca Te­dal­li­ni wspo­mi­na o pew­nym za­sta­na­wia­ją­cym szcze­gó­le: jed­ną z dwóch nóg - tę, któ­ra w póź­niej­szych prze­ka­zach po­kry­ta jest pió­ra­mi lub ry­bią łu­ską - opi­su­je jako nogę dia­bła (za­mpa di dia­vo­lo). Wia­do­mo, że dzie­cię zro­dzi­ło się z mni­sze­go wy­stęp­ku - za­wie­ra się tu za­tem mo­tyw ko­rup­cji kle­ru. Ist­nie­ją jesz­cze inne prze­ka­zy wska­zu­ją­ce na ta­kie łą­cze in­ter­pre­ta­cyj­ne. In­for­ma­cja o mnisz­ce i za­kon­ni­ku szyb­ko jed­nak za­ni­kła. Lan­duc­ci mó­wił po pro­stu o dziec­ku ja­kiejś ko­bie­ty; po­ja­wia­ły się też wzmian­ki o tym, że mat­ka była mę­żat­ką. Moż­na po­dej­rze­wać, że to z ini­cja­ty­wy krę­gów pa­pie­skich treść sto­sow­nie wy­re­tu­szo­wa­no. Do Rzy­mu bo­wiem za­wsze naj­pierw wy­sy­ła­no po­wia­do­mie­nie o nie­zwy­kłych na­ro­dzi­nach. An­ty­kle­ry­kal­ne ele­men­ty wy­eli­mi­no­wa­no, a mon­stru­al­ne cia­ło wcią­gnię­to w me­cha­nizm re­to­ry­ki po­li­tycz­nej, czy­niąc z po­szcze­gól­nych jego człon­ków wy­mow­ne zna­ki or­ga­ni­zo­wa­ne zgod­nie z pew­ną li­nią po­li­tycz­nej per­swa­zji.

Nie­miec­ki druk ulot­ny przed­sta­wia­ją­cy mon­strum z Ra­wen­ny (Bay­eri­sche Sta­ats­bi­blio­thek)

Skąd na­praw­dę wziął się stwór z Ra­wen­ny? Dzi­siej­si le­ka­rze wska­zu­ją na róż­ne wady ge­ne­tycz­ne, któ­re mo­gły spo­wo­do­wać na­ro­dze­nie się dziw­ne­go nie­mow­lę­cia (Le­roi 2003:6 i 360). Je­śli jed­nak na­praw­dę w Ra­wen­nie 6 mar­ca wia­do­me­go roku przy­szło na świat zde­for­mo­wa­ne nie­mow­lę, to zna­cze­nia tego fak­tu nie da się spro­wa­dzić do me­dycz­nej dia­gno­zy - nie wy­tłu­ma­czy ona ob­ra­zu, któ­ry do­ma­ga się lek­tu­ry we­dług wie­lu klu­czy jed­no­cze­śnie. Sko­ro tyl­ko się na­ro­dzi­ło (je­śli przyj­mie­my, że się na­ro­dzi­ło), sta­ło się uży­tecz­ne po­li­tycz­nie i mo­ral­nie. Dla nas kwe­stią za­sad­ni­czą bę­dzie jego zna­cze­nie, zmie­nia­ją­ce się w trak­cie krą­że­nia wie­dzy o mon­strum, od­ci­śnię­te w wi­zu­al­nych i wer­bal­nych prze­ka­zach. Wia­do­mo, że two­rząc ilu­stra­cje, ko­rzy­sta­no z ist­nie­ją­ce­go wcze­śniej ma­te­ria­łu iko­no­gra­ficz­ne­go. Na wi­ze­ru­nek po­twor­ka mo­gły wpły­nąć przed­sta­wie­nia in­ne­go dzi­wu - dziec­ka na­ro­dzo­ne­go we Flo­ren­cji tro­chę wcze­śniej, w roku 1506 (Da­ston, Park 2001:178). Wska­zu­je się też na mniej bez­po­śred­nie po­wią­za­nia. Na przy­kład po dru­giej stro­nie Alp, w Niem­czech, zna­no per­so­ni­fi­ko­wa­ne wy­obra­że­nie grzesz­ne­go świa­ta jako ko­bie­ty - Frau Welt. Mia­ła ona skrzy­dła nie­to­pe­rza i nogę dra­pież­ne­go pta­ka. Róż­ne czę­ści jej cia­ła sym­bo­li­zo­wa­ły sie­dem grze­chów głów­nych. Nie wia­do­mo jed­nak, czy po­do­bień­stwo jest przy­pad­ko­we, czy istot­nie do­szło do za­po­ży­cze­nia (Nic­co­li 1990:42-44). Ci, któ­rzy de­cy­du­ją się cof­nąć da­lej, do­strze­ga­ją śla­dy przed­sta­wień po­gań­skich ido­li, zwłasz­cza de­mo­nów nie­rzad­ko wy­obra­ża­nych jako isto­ty pół zwie­rzę­ce, pół ludz­kie. Szu­ka­jąc tego ro­dza­ju ko­rze­ni, nie po­win­ni­śmy jed­nak za­po­mi­nać o tym, że daw­ne mo­ty­wy zy­sku­ją sens w no­wym śro­do­wi­sku kul­tu­ro­wym. Ulot­ny druk ob­ra­zu­ją­cy mon­strum z Ra­wen­ny, wy­sła­ny w li­ście czy też wy­sta­wio­ny na po­kaz na pla­cu miej­skim, ilu­stra­cja w księ­dze me­dycz­nej lub w kro­ni­ce świa­ta wią­za­ły się z okre­ślo­ny­mi stra­te­gia­mi od­bio­ru. Tego ro­dza­ju wi­ze­run­ki in­for­mo­wa­ły na przy­kład o nie­zwy­kłym wy­da­rze­niu, una­ocz­nia­ły je, uau­ten­tycz­nia­ły to, o czym mó­wią dru­ki ulot­ne i trak­ta­ty. Po­zwa­la­ły na uczest­nic­two w cu­dzie prze­po­wied­ni - wpraw­dzie za­po­śred­ni­czo­ne, nie­mniej jed­nak mo­gą­ce wzbu­dzać żywe re­ak­cje.

Na tym jed­nak nie koń­czy się spek­trum moż­li­wych try­bów wy­ko­rzy­sta­nia mon­strum. Hy­bry­dycz­na po­stać po­ja­wia­ją­ca się na re­ne­san­so­wych ilu­stra­cjach mo­gła słu­żyć do me­dy­ta­cji: sym­bo­li­zu­jąc grze­chy, syn­te­tycz­nie uka­zy­wa­ła ich na­tu­rę oraz kon­se­kwen­cje wy­kro­cze­nia; skła­nia­ła do ko­ja­rze­nia po­ku­sy z nie­bez­pie­czeń­stwem bra­ku po­wścią­gli­wo­ści oraz z karą, któ­ra spo­ty­ka grzesz­ni­ków. Dzia­ła­ła tak jak re­to­rycz­ne ma­chi­ny pa­mię­ci, któ­re roz­po­wszech­ni­ły się w okre­sie Re­ne­san­su. Ich po­szcze­gól­ne ele­men­ty od­sy­ła­ły do pew­nych wy­obra­żeń, po­ma­ga­jąc za­pa­mię­ty­wać mniej lub bar­dziej ob­szer­ne tek­sty (Da­ston, Park 2001:182, zob. tak­że Yates 1977)1. Jak do­wo­dzi­ła Lau­ra Bol­zo­ni, sztu­ka pa­mię­ci w du­żej mie­rze opie­ra­ła się na tych sa­mych prze­ko­na­niach co daw­na fi­zjo­no­mi­ka czy sztu­ka od­czy­ty­wa­nia ge­stów, któ­re do­star­cza­ły wska­zó­wek do po­zna­nia ludz­kich skłon­no­ści i cech cha­rak­te­ru. Po­dob­nie jak ję­zyk cia­ła od­sy­łać miał do in­ne­go, we­wnętrz­ne­go ję­zy­ka, tak i fi­gu­ry re­to­rycz­ne oraz ich gra­ficz­ne od­po­wied­ni­ki - sche­ma­ty, dia­gra­my, drze­wa - wska­zy­wa­ły na to, co win­no sy­tu­ować się w in­nym wy­mia­rze niż ten prze­sta­wio­ny po­przez usy­tu­owa­ne w prze­strze­ni obiek­ty. Prze­strze­nie we­wnętrz­ne, w któ­rych umiesz­cza­no roz­bi­ty na frag­men­ty ma­te­riał, lo­ka­li­zo­wa­ne są w spe­cy­ficz­nej sfe­rze - gdzieś po­mię­dzy cia­łem a du­szą, po­mię­dzy do­zna­wa­niem a ro­zu­mo­wa­niem2.

Ilu­stra­cje z Hi­sto­rii mon­strów wy­da­nej z ma­te­ria­łów zgro­ma­dzo­nych przez Ulis­se Al­dro­van­die­go (Mon­stro­rum hi­sto­ria 1642)

W tym mo­men­cie może nam się wy­dać, że ob­raz słu­żą­cy do me­dy­ta­cji usu­wa w cień re­al­ną cie­le­sność mon­strum - jego ma­te­rial­na do­sad­ność zmie­nia się w abs­trak­cyj­ny układ po­jęć mo­ral­nych. Z dru­giej jed­nak stro­ny owa kon­kret­ność po­wró­ci wraz z opo­wie­ścia­mi, któ­re wier­ny usły­szy, gdy skoń­czyw­szy mo­dły, pój­dzie na plac miej­ski - krą­żą tam gad­ki o strasz­nych cia­łach, o znie­kształ­ce­niach i prze­miesz­cze­niach człon­ków, o na­ukach, ja­kie nio­są, o ka­rach, ja­kie sta­no­wią, o za­gro­że­niu, ja­kim dla każ­dej cię­żar­nej ko­bie­ty jest za­pa­trze­nie się w to, co znie­kształ­co­ne. Mon­strum z Ra­wen­ny ( jak zresz­tą każ­de inne) trze­ba uj­mo­wać w kon­tek­ście okre­ślo­nych try­bów po­zna­wa­nia świa­ta, jako je­den z ele­men­tów po­li­wa­lent­ne­go ję­zy­ka po­ję­cio­we­go; in­a­czej tra­ci zna­cze­nie, sta­jąc się zna­kiem wy­zu­tym z sen­su. Tym ję­zy­kiem, w ra­mach któ­re­go za­ist­nia­ło mon­strum, po­słu­gi­wa­li się me­dy­cy i twór­cy hi­sto­rii oso­bli­wych, po­li­ty­cy i teo­lo­go­wie; uży­wa­no go na pla­cach miej­skich, po­śród stra­ga­nów i tam, gdzie to­czy­ły się uczo­ne dys­pu­ty. Róż­ny mógł być styl sto­so­wa­nia tej wie­dzy, ale pod­sta­wo­wy znak (ob­raz mon­stru­al­ne­go cia­ła) po­zo­sta­wał ten sam.

Nie moż­na przy tym za­po­mi­nać o zmy­sło­wym aspek­cie zna­czeń. Kie­dy my­śli­my o twór­cach i od­bior­cach daw­nych wi­ze­run­ków, win­ni­śmy uj­mo­wać ich jako isto­ty cie­le­sne i du­cho­we, ży­wią­ce szcze­gól­ne pa­sje po­znaw­cze, ale i dys­po­nu­ją­ce okre­ślo­ny­mi tech­ni­ka­mi po­zna­wa­nia - za­rów­no po­zna­wa­nia świa­ta, jak i po­zna­wa­nia sa­mych sie­bie.

Są­dzę, że w tym mo­men­cie ry­su­je się już przed nami wie­lo­aspek­to­wość zja­wi­ska, o któ­rym bę­dzie mowa - kul­tu­ro­we­go two­rze­nia stra­te­gii słu­żą­cych dwo­ja­kie­mu ce­lo­wi. Z jed­nej stro­ny wcho­dzi tu w grę po­ję­cio­we lub fi­zycz­ne (a prze­waż­nie oba jed­no­cze­śnie) opa­no­wy­wa­nie nie­re­gu­lar­no­ści; z dru­giej - pie­lę­gno­wa­nie ob­sza­rów rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rych do­ko­nu­je się erup­cja nie­zro­zu­mia­łych i dzi­wacz­nych form. Za­nim jed­nak wkro­czę w tę dwu­znacz­ność, wska­żę an­tycz­ne źró­dła spo­so­bów, w ja­kie in­ter­pre­to­wa­no ludz­ko-nie­ludz­kie isto­ty w kul­tu­rze Za­cho­du.

An­tycz­ne źró­dła

W świe­cie an­tycz­nym mon­stru­al­ność opi­sy­wa­no na kar­tach prac ko­smo­gra­ficz­nych i geo­gra­ficz­nych, w kon­tek­ście wie­dzy o na­tu­rze i me­dy­cy­ny. Nie będę oma­wiać ich szcze­gó­ło­wo - przy­wo­łam je­dy­nie to, co po­tem sta­no­wi­ło istot­ny krąg od­wo­łań.

Przez wie­ki nie­wąt­pli­wym au­to­ry­te­tem po­zo­sta­wał Ary­sto­te­les. Wpi­sał on kwe­stie po­twor­no­ści w re­flek­sję nad świa­tem stwo­rzeń ży­wych, a zwłasz­cza nad ich po­wsta­wa­niem. W tym uję­ciu za­sad­ni­cze zna­cze­nie miał fakt, iż to mę­ski ele­ment (na­sie­nie) kształ­tu­je ma­te­rię, któ­rej do­star­cza ko­bie­ta3. Po­twór to po­to­mek wy­raź­nie róż­nią­cy się od ro­dzi­ców, sta­no­wią­cy od­stęp­stwo od zwy­kłych praw ro­dze­nia istot po­dob­nych do ojca i mat­ki. "Dro­gę do two­rze­nia po­two­rów uto­ro­wa­ło na­tu­rze wy­da­wa­nie na świat po­tom­stwa, któ­re ze wzglę­du na nie­do­sko­na­łość jego or­ga­ni­zmu nie jest po­dob­ne do ro­dzi­ców. Bo po­two­ry na­le­żą do ka­te­go­rii po­tom­stwa, któ­re nie jest po­dob­ne do ro­dzi­ców" (Ary­sto­te­les 2003:211-212). (W ko­bie­cie Ary­sto­te­les wi­dział zresz­tą pe­wien ro­dzaj za­bu­rze­nia4).

Fi­lo­zof wska­zy­wał na na­tu­ral­ne przy­czy­ny po­wsta­wa­nia mon­strów5; może to być na przy­kład nad­miar na­sie­nia lub jego spe­cy­ficz­ny po­dział. Mon­stru­al­no­ści jako ta­kiej nie uwa­żał za prze­ciw­ną na­tu­rze, gdyż na­tu­ra ni­cze­go nie czy­ni na próż­no; cza­sa­mi je­dy­nie nie osią­ga za­mie­rzo­ne­go celu. Wszyst­ko za­le­ży od tego, co się dzie­je, gdy "po­zo­sta­łość na­sien­na w cie­czy men­stru­al­nej prze­szła na­leż­ny pro­ces go­to­wa­nia, wte­dy ruch wy­cho­dzą­cy od sam­ca spra­wia, że przyj­mu­je ona for­mę, któ­ra mu od­po­wia­da" (Ary­sto­te­les 2003:206) - jest to mo­ment, w któ­rym roz­po­czy­na się cią­ża. Może wte­dy dojść do ufor­mo­wa­nia się po­two­ra: "Gdy mia­no­wi­cie ru­chy [po­cho­dzą­ce od sam­ca] usta­ją i ma­te­riał [do­star­czo­ny przez sa­mi­cę] nie jest przez nie opa­no­wa­ny, wte­dy po­zo­sta­je to, co jest naj­bar­dziej ogól­ne w je­ste­stwie, a tym jest "zwie­rzę". No­wo­ro­dek, jak się zwy­kło mó­wić, ma wte­dy gło­wę ba­ra­na lub wołu. Po­dob­ne ano­ma­lie za­cho­dzą u in­nych zwie­rząt: jed­no ma gło­wę dru­gie­go, np. cie­lę ma gło­wę dziec­ka, owca ma gło­wę wołu. [...] Lecz te je­ste­stwa nie są nig­dy tym, za co ucho­dzą; mają tyl­ko po­do­bień­stwo, a to zda­rza się na­wet wte­dy, gdy nie [na­stą­pi­ła] żad­na de­for­ma­cja" (Ary­sto­te­les 2003:210).

Sta­gi­ry­ta mię­dzy baj­ki wkła­da opo­wie­ści o stwo­rach po­wsta­ją­cych po­przez wy­mie­sza­nie ga­tun­ków, o isto­tach ludz­ko-zwie­rzę­cych i ta­kich, któ­re łą­czą w so­bie ce­chy róż­nych zwie­rząt. (Są nie­moż­li­we ze wzglę­du na od­mien­ny okres cią­ży sa­mic na­le­żą­cych do róż­nych ga­tun­ków6). W tym uję­ciu po­twór nie jest isto­tą prze­ra­ża­ją­cą ani wró­żeb­nym zna­kiem. Jego przyj­ście na świat to fakt da­ją­cy się wy­ja­śnić bez ko­niecz­no­ści od­wo­ły­wa­nia się do tego, co wy­kra­cza poza po­rzą­dek praw na­tu­ral­nych. "W rze­czy sa­mej po­twór na­le­ży do ka­te­go­rii zja­wisk prze­ciw­nych na­tu­rze, nie na­tu­rze ca­łej, lecz na­tu­rze w więk­szo­ści przy­pad­ków. Bo o ile cho­dzi o na­tu­rę wiecz­ną i pod­le­głą ko­niecz­no­ści, nic się nie zda­rza, co by było z nią sprzecz­ne, pod­czas gdy zja­wi­ska, któ­re za­cho­dzą w więk­szo­ści przy­pad­ków, mogą się zda­rzać tak­że in­a­czej. Zresz­tą na­wet zja­wi­ska, któ­re wy­ła­mu­ją się spod tej re­gu­ły, nie po­wsta­ją czy­sto przy­pad­ko­wo! Dla­te­go mniej w nich wi­dać po­twor­no­ści, bo na­wet to, co jest prze­ciw na­tu­rze, zda­je się w ja­kiś spo­sób z nią zgod­ne (tj. tam, gdzie na­tu­ra-for­ma nie opa­no­wa­ła na­tu­ry-ma­te­rii)" (Ary­sto­te­les 2003:212).

Dru­gim au­to­ry­te­tem, o któ­rym war­to wspo­mnieć, był grec­ki le­karz Ga­len, uzna­wa­ny za mi­strza wie­dzy me­dycz­nej jesz­cze w epo­ce Re­ne­san­su. Two­rzył on pod­sta­wy do przed­sta­wia­na tej kwe­stii z punk­tu wi­dze­nia bu­do­wy or­ga­ni­zmu ludz­kie­go, a uj­mo­wał ją z per­spek­ty­wy me­dy­ka i ba­da­cza. Za­rów­no męż­czyź­nie, jak i ko­bie­cie przy­pi­sy­wał ak­tyw­ną rolę w po­czę­ciu dziec­ka: krew mie­sięcz­na do­star­czać mia­ła ma­te­rii, na­sie­nie mę­skie jako za­sa­da ru­chu - for­my. W De se­mi­ne po­le­mi­zo­wał z po­glą­da­mi od­ma­wia­ją­cy­mi ist­nie­nia na­sie­niu żeń­skie­mu. Dzie­ci bo­wiem mogą mieć ce­chy za­rów­no ojca, jak i mat­ki. Na­wią­zy­wał przy tym do po­ję­cia pneu­my, sta­no­wią­cej źró­dło ru­chu sa­mo­ist­ne­go. Scep­tycz­nie wy­po­wia­dał się na te­mat moż­li­wo­ści prze­ka­zy­wa­nia cech na­by­tych w spo­sób sztucz­ny. Ce­chy cie­le­sne - do­wo­dził - dzie­dzi­czo­ne są wów­czas, gdy bio­rą się z tem­pe­ra­men­tu pły­nów ustro­jo­wych. Czym in­nym są ce­chy na­by­te - ta­kie jak te ist­nie­ją­ce u ma­kro­ce­fa­lów. W tym wy­pad­ku - twier­dził - wy­dłu­że­nie czasz­ki to ce­cha na­by­ta: po­ja­wi­ła się "ze zwy­cza­ju" (Bed­nar­czyk 1999:145-146; tak­że Bed­nar­czyk 1995). O ma­kro­ce­fa­lach pi­sa­li też Pli­niusz i Stra­bon. Ten ostat­ni w Geo­gra­fii po­trak­to­wał ich jako wy­mysł; w in­nym miej­scu na­to­miast pi­sał o ży­ją­cym u pod­nó­ża Kau­ka­zu ple­mie­niu, w któ­rym osob­ni­kom płci mę­skiej znie­kształ­ca się gło­wy w ten spo­sób, że czo­ło jest znacz­nie wy­su­nię­te do przo­du. Ich rów­nież na­zy­wa się ma­kro­ce­fa­la­mi (Bed­nar­czyk 1999: 255-257).

O ca­łych ra­sach dziw­nie ufor­mo­wa­nych istot wspo­mi­na­no w sta­ro­żyt­no­ści w róż­nych kon­tek­stach, ale księ­gą, do któ­rej przez wie­ki się­ga­no naj­czę­ściej, była Hi­sto­ria na­tu­ral­na Pli­niu­sza. Au­tor wy­mie­nił tam licz­ne ludy za­miesz­ku­ją­ce od­le­głe zie­mie Afry­ki i Azji. Nie­zwy­kłość ich ciał szła w pa­rze z bra­kiem umie­jęt­no­ści i oby­cza­jów uwa­ża­nych za cha­rak­te­ry­stycz­ne dla ludz­kich spo­łecz­no­ści: "Atlan­ci za­tra­ci­li cał­ko­wi­cie, je­że­li wie­rzyć [temu, co mó­wią], oby­cza­je ludz­kie. Nie uży­wa­ją mię­dzy sobą żad­nych imion, a na słoń­ce wscho­dzą­ce i za­cho­dzą­ce spo­glą­da­ją z groź­nym prze­kleń­stwem, ja­ko­by nio­sło ono zgu­bę im sa­mym i po­lom, tak­że w śnie nie mają wi­dzeń, jak inni lu­dzie. Tro­glo­dy­ci drą­żą ja­ski­nie; te są dla nich do­ma­mi, po­ży­wie­niem - mię­so wę­żów, syk za­miast gło­su: do tego stop­nia po­zba­wie­ni są moż­no­ści po­ro­zu­mie­wa­nia się mową. Ga­ra­man­to­wie nie zna­ją mał­żeństw, ob­cu­ją z każ­dą ko­bie­tą. Au­gi­lo­wie czczą tyl­ko bo­gów pod­ziem­nych. Gam­fa­san­to­wie cho­dzą nadzy i nie zna­ją wo­jen, do żad­ne­go cu­dzo­ziem­ca się nie zbli­ża­ją, Blem­my­om po­dob­no brak głów, a usta i oczy mają na pier­siach. Sa­ty­ro­wie poza po­sta­cią nie wy­ka­zu­ją nic z oby­cza­ju ludz­kie­go. Aj­gi­pa­no­wie o wy­glą­dzie ta­kim, jak się ich zwy­kle ma­lu­je. "Hi­man­to­po­do­wie" tłu­ma­czą nie­któ­rzy jako "Rze­mie­nio­sto­pi", bo od­zna­cza­ją się wła­ści­wo­ścią po­ru­sza­nia się przy po­mo­cy peł­za­nia. Fa­ru­zyj­czy­cy, nie­gdyś Per­so­wie, byli po­dob­no to­wa­rzy­sza­mi Her­ku­le­sa śpie­szą­ce­go do He­spe­ryd" (Pli­niusz 1961: 47-48). W ten spo­sób to, co od­le­głe w sen­sie geo­gra­ficz­nym, sta­wa­ło się obce w sen­sie toż­sa­mo­ścio­wym. (Tam­te isto­ty są tak nie­po­dob­ne do nas...). Roz­le­głość prze­strzen­na świa­ta ko­ja­rzy­ła się z nie­zwy­kło­ścią form, któ­re mogą się na nim po­ja­wić.

Pli­niusz pi­sał nie tyl­ko o owych ra­sach, ale i o czło­wie­ku jako jed­no­st­ce. Uwzględ­niał jego bu­do­wę ana­to­micz­ną i zdol­no­ści roz­rod­cze (czer­piąc zresz­tą ob­fi­cie z ksiąg Ary­sto­te­le­sa), przy­mio­ty psy­chicz­ne, nie­zwy­kłe umie­jęt­no­ści, zdol­ność two­rze­nia; za­zna­czał jego ist­nie­nie w aspek­cie bio­gra­ficz­nym oraz cy­wi­li­za­cyj­nym. Nie po­mi­nął przy tym dziw­nych na­ro­dzin, nie­kie­dy wy­ni­ka­ją­cych z przy­czyn na­tu­ral­nych, kie­dy in­dziej bę­dą­cych zwia­stu­na­mi róż­nych wy­da­rzeń. Wszyst­ko to wpi­su­je się w ob­raz świa­ta róż­no­rod­ne­go, za­dzi­wia­ją­ce­go swą nie­zwy­kło­ścią.

Oczy­wi­ście myśl świa­ta an­tycz­ne­go przed­sta­wia nie­po­mier­nie wię­cej niż to, co prze­ka­zu­ją nam Ary­sto­te­les, Ga­len i Pli­niusz. Ich sa­mych też zresz­tą nie spo­sób scha­rak­te­ry­zo­wać, przy­wo­łu­jąc je­dy­nie wy­bra­ne mo­ty­wy, któ­re wszak wpi­sa­ne były w sze­ro­ko za­kro­jo­ne sys­te­my wie­dzy. Wy­mie­niam tu jed­nak wła­śnie ich nie tyl­ko dla­te­go, że stwo­rzo­ne przez nich dzie­ła przez całe wie­ki sta­no­wi­ły dla świa­ta za­chod­nie­go źró­dła od­wo­łań - dys­ku­to­wa­no z nimi, bra­no od nich całe kon­cep­cje oraz po­je­dyn­cze mo­ty­wy. Ich imio­na trak­tu­ję tak­że jako zna­ki po­wią­za­nych ze sobą do­men, w któ­re wpi­sy­wa­ne były po­two­ry: fi­lo­zo­ficz­nej wie­dzy o na­tu­rze, me­dy­cy­ny oraz uni­wer­sal­nej wie­dzy o świe­cie w jego ko­smo­gra­ficz­nych, geo­gra­ficz­nych i hi­sto­rycz­nych uwa­run­ko­wa­niach. Za­ry­so­wu­ją się tu dwie tra­dy­cyj­ne per­spek­ty­wy uj­mo­wa­nia mon­strów. Ary­sto­te­les wska­zu­je tra­dy­cję na­uko­wą. Ga­len re­pre­zen­tu­je to uję­cie w ra­mach teo­rii i prak­ty­ki me­dycz­nej. Pli­niusz kła­dzie na­cisk na róż­no­rod­ne, za­ska­ku­ją­ce nie­zwy­kło­ścią dzi­wy na­tu­ry.

Trze­ba jesz­cze wspo­mnieć trze­cie uję­cie - moż­na je na­zwać krę­giem my­śli pro­fe­tycz­nej (zob. tak­że Ha­na­fi 2000:6-14). An­tycz­ny świat umiesz­czał bo­wiem mon­stru­al­ność rów­nież w ob­sza­rze wróż­biar­stwa. Wie­dza o tym, co dziś na­zy­wa­my na­tu­rą (wte­dy bo­wiem ta­kie po­ję­cie nie ist­nia­ło), oraz wie­dza o bo­gach wią­za­ły się wów­czas ze sobą. Dzia­ła­nia bo­gów prze­ja­wia­ły się w świe­cie w jego fi­zycz­nych, ma­te­rial­nych ukła­dach i uwa­run­ko­wa­niach. Wró­że­nie ro­zu­mia­no za­tem w spo­sób szcze­gól­ny: "Dwa są mia­no­wi­cie ro­dza­je wróż­biar­stwa: je­den sztucz­ny, a dru­gi na­tu­ral­ny. I czyż jest taki na­ród lub pań­stwo, któ­re by nie bra­ło do ser­ca ani wy­po­wie­dzi wróż­bia­rzy ba­da­ją­cych wnętrz­no­ści zwie­rząt ofiar­nych ob­ja­śnia­ją­cych nie­zwy­kłe zja­wi­ska lub bły­ska­wi­ce, ani wróżb au­gu­rów czy astro­lo­gów, ani wieszczb, ja­kie daje cią­gnie­nie lo­sów (co wszyst­ko za­li­cza się zwy­kle do wróż­biar­stwa sztucz­ne­go), ani prze­po­wied­ni za­war­tych w snach i na­tchnio­nych pro­roc­twach (któ­re to dwa spo­so­by wró­że­nia uwa­ża się za na­tu­ral­ne)? Utrzy­mu­ję, że w tych spra­wach trze­ba ra­czej zwa­żać na skut­ki, niż do­cie­kać przy­czyn. Ist­nie­je bo­wiem ja­kaś siła czy też wro­dzo­na zdol­ność, któ­ra umoż­li­wia prze­po­wia­da­nie przy­szło­ści bądź to na pod­sta­wie czy­nio­nych przez dłu­gi czas spo­strze­żeń, bądź pod wpły­wem ja­kie­goś po­pę­du lub bo­skie­go na­tchnie­nia" (Ci­ce­ro 1960:238). Te sło­wa wkła­da Cy­ce­ron w usta swe­mu bra­tu Kwin­tu­so­wi w trak­ta­cie De di­vi­na­tio­ne (czy­li O wróż­biar­stwie). Ów tekst, po­wsta­ły w roku 44, stresz­cza w so­bie wie­le wąt­ków my­śli an­tycz­nej. Sam Cy­ce­ron ma scep­tycz­ny sto­su­nek do wróż­biar­stwa, ale za­nim go na­kre­śli, od­da­je głos Kwin­tu­so­wi, by ten przed­sta­wił ar­gu­men­ty sto­ików, po­dą­ża­jąc, jak stwier­dza, "za mnie­ma­niem naj­daw­niej­szym, po­twier­dzo­nym przez zgo­dę wszyst­kich lu­dów i na­ro­dów" (Ci­ce­ro 1960:238).

Dla Cy­ce­ro­na prze­po­wia­da­nie to nie tyl­ko wró­że­nie czy od­czy­ty­wa­nie zna­ków zsy­ła­nych przez bo­gów, ale i wnio­sko­wa­nie na pod­sta­wie ob­ser­wo­wa­nych zja­wisk bez ucie­ka­nia się do po­nadna­tu­ral­nych in­stan­cji. Jak­kol­wiek kry­ty­ku­je on wszyst­ko, co we­dług nie­go wy­wo­dzi się z błę­du i z oszu­stwa, to ak­cep­tu­je pe­wien ro­dzaj pro­gno­zo­wa­nia: "Le­karz prze­wi­du­je wzmo­że­nie się cho­ro­by przy po­mo­cy ro­zu­mo­wa­nia; tak samo wódz prze­wi­du­je za­sadz­ki, a ster­nik bu­rze" (Ci­ce­ro 1960:314)7. W kla­sycz­nej sztu­ce wró­że­nia waż­na jest do­kład­na ob­ser­wa­cja i po­stę­po­wa­nie in­ter­pre­ta­cyj­ne we­dług lo­gicz­nych re­guł. Wąt­ki te wró­cą po­tem w Re­ne­san­sie, kie­dy to an­tycz­ne tek­sty będą czy­ta­ne i roz­wa­ża­ne w kon­tek­ście re­flek­sji nad na­tu­rą. Myśl o wróż­biar­stwie zwią­że się wów­czas tak­że z na­dzie­ja­mi po­kła­da­ny­mi w ma­gii (Ha­na­fi 2000:6-10). To już jed­nak znacz­nie póź­niej­sza hi­sto­ria. Na ra­zie od Re­ne­san­su dzie­li nas jesz­cze wie­le lat.

Za­chód od­kry­wał kla­sycz­ne dzie­ła za po­śred­nic­twem Ara­bów. Szcze­gól­ne zna­cze­nie miał Ca­non me­di­ci­nae Avi­cen­ny, zmie­rza­ją­cy do sys­te­ma­ty­za­cji po­glą­dów Ga­le­na i Ary­sto­te­le­sa. Oj­co­wie Ko­ścio­ła wpi­sy­wa­li to w krąg my­śli teo­lo­gicz­nej. Izy­dor z Se­wil­li ob­ja­śniał ich na­zwy, świę­ty Au­gu­styn py­tał, czy mon­stra są stwo­rze­nia­mi Bo­ży­mi. Pa­mię­taj­my przy tym, że związ­ki mię­dzy tym, co dziś chęt­nie na­zy­wa­my róż­ny­mi ob­sza­ra­mi wie­dzy, były wie­lo­aspek­to­we i po­dzia­ły trze­ba trak­to­wać jako względ­ne, umow­ne, da­ją­ce się kwe­stio­no­wać. Cho­dzi nie tyl­ko o to, że ko­rzy­sta­no ze wspól­ne­go za­so­bu idei i na tym grun­cie two­rzo­no szcze­gó­ło­we kon­cep­cje wy­ja­śnia­ją­ce pew­ne aspek­ty rze­czy­wi­sto­ści, nie tyl­ko o wza­jem­ne za­si­la­nie się tych kon­cep­cji w ukła­dzie zmie­rza­ją­cym do ca­ło­ścio­we­go wy­ja­śnie­nia świa­ta, ale i o spo­sób, w jaki za­ko­rze­nio­ne były one w ży­ciu. Tłu­ma­czy­ły świat, ale do­star­cza­ły też prak­tycz­nych rad - jak żyć do­brze czy jak osią­gnąć szczę­ście.

Za­trzy­maj­my się na chwi­lę przy świę­tym Au­gu­sty­nie, by zo­ba­czyć, na czym po­le­ga wpro­wa­dze­nie sta­ro­żyt­nych ob­ra­zów w krąg my­śli chrze­ści­jań­skiej. In­te­re­so­wać nas bę­dzie oczy­wi­ście nada­wa­nie głęb­sze­go zna­cze­nia nie­re­gu­lar­no­ściom i wpi­sy­wa­nie ich w pe­wien uni­wer­sal­ny układ.

Mon­stra świę­te­go Au­gu­sty­na

W dzie­le O pań­stwie Bo­żym czy­ta­my: "Bo mówi się, że pew­ni lu­dzie mają tyl­ko jed­no oko po­środ­ku czo­ła; że sto­py nie­któ­rych zwró­co­ne są do tyłu; że nie­któ­rzy są isto­ta­mi dwu­pł­cio­wy­mi, pra­wą pierś mają mę­ską, a lewą nie­wie­ścią, łą­czą się ze sobą tak lub od­wrot­nie, na zmia­nę pło­dząc i ro­dząc; że inni nie mają ust i żyją tyl­ko z wcią­ga­ne­go przez noz­drza od­de­chu; że inni jesz­cze osią­ga­ją tyl­ko ło­kieć wzro­stu, skąd Gre­cy - od ozna­cza­ją­ce­go "ło­kieć" wy­ra­zu swo­je­go - zwą ich Pig­me­ja­mi; że w pew­nych oko­li­cach ko­bie­ty po­czy­na­ją w wie­ku pię­ciu lat i nie żyją dłu­żej ani­że­li osiem lat. Po­dob­no ist­nie­je na­ród, gdzie lu­dzie mają po jed­nej no­dze nad dwie­ma sto­pa­mi i nie zgi­na­ją ko­la­na, a mimo to od­zna­cza­ją się za­dzi­wia­ją­cą zwin­no­ścią; zwą ich Sko­po­ida­mi, gdyż w cza­sie upa­łu, le­żąc na grzbie­cie, znaj­du­ją osło­nę w cie­niu wła­snych stóp. Mają być też lu­dzie bez głów z ocza­mi na ra­mio­nach i inne od­mia­ny lu­dzi czy niby-lu­dzi, któ­re na pod­sta­wie za­war­tych w księ­gach opo­wie­ści o oso­bliw­szych zja­wi­skach przed­sta­wio­ne są w mo­za­ice na pla­cu nad­mor­skim w Kar­ta­gi­nie. A co po­wie­dzieć o Cy­no­ce­fa­lach, któ­rych psie gło­wy i szcze­ka­nie zdra­dza­ją ra­czej zwie­rzę­cą niż ludz­ką na­tu­rę?" (św. Au­gu­styn 1977:II 223-224).

Świę­ty Au­gu­styn za­strze­ga, że nie wszyst­ko może być praw­dą, za­zna­cza, że opie­ra się na tym, co twier­dzą inni. (Mówi o tym wprost: "Nie ma wsze­la­ko żad­nej ko­niecz­no­ści wie­rzyć w rze­ko­me ist­nie­nie wszyst­kich tych od­mian lu­dzi" (św. Au­gu­styn 1977:II 223)). Dla nie­go na­praw­dę istot­na jest re­flek­sja in­ne­go ro­dza­ju: je­śli oka­za­ło­by się to praw­dą, to czy owe dziw­ne rasy jed­no­no­gich, jed­no­okich, bez­gło­wych, psio­gło­wych po­cho­dzą od Ada­ma? Spra­wę roz­są­dza, ma­jąc na uwa­dze bez­względ­ną i nie­zgłę­bio­ną mą­drość Boga, "któ­ry wie, gdzie i kie­dy na­le­ży lub na­le­ża­ło coś stwo­rzyć, i do­brze ro­ze­zna­je, w jaki spo­sób roz­ło­żyć po­dob­ne do sie­bie lub róż­nią­ce się czę­ści, aby uzy­skać pięk­ną ca­łość. Kto jed­nak­że nie może ca­ło­ści tej ob­jąć wzro­kiem, tego razi po­zor­na brzy­do­ta nie­któ­rych czę­ści, gdyż nie wie on, z czym czę­ści te się wią­żą albo do cze­go od­no­szą" (św. Au­gu­styn 1977:II 224-225). Je­że­li nie­do­sko­na­łość cie­le­sna nas brzy­dzi, wy­ni­ka to z nie­do­sko­na­ło­ści na­szej na­tu­ry, nie­zdol­nej do uj­rze­nia ca­ło­ścio­we­go po­rząd­ku świa­ta w jego pięk­nie i mą­dro­ści. "W każ­dym ra­zie, gdzie­kol­wiek by się na­ro­dził ja­kiś czło­wiek, to jest ro­zum­na śmier­tel­na isto­ta, choć­by nie wiem jak dzi­wacz­ny wy­da­wał się na­szym zmy­słom kształt jej cia­ła albo bar­wa, albo ru­chy, albo głos, choć­by się wy­róż­nia­ła nie wiem jaką siłą, nie wiem ja­ki­mi czę­ścia­mi lub wła­ści­wo­ścia­mi swo­jej na­tu­ry - ża­den z wier­nych nie bę­dzie wąt­pił, że owa isto­ta wzię­ła swój po­czą­tek z tam­te­go, stwo­rzo­ne­go przez Boga, pierw­sze­go czło­wie­ka, do­brze wi­dać jed­nak­że, co u więk­szo­ści lu­dzi wy­ni­ka z ich na­tu­ry, a co przez swo­ją rzad­kość jest za­dzi­wia­ją­ce" (św. Au­gu­styn 1977:II 224).

Na­le­ży za­tem z po­ko­rą zgo­dzić się na dzia­ła­nie Bo­żej in­ten­cji, nie­zgłę­bio­nej przez czło­wie­ka - a tak­że na to, że Bóg prze­ma­wia do czło­wie­ka na róż­ne spo­so­by, mię­dzy in­ny­mi po­przez to, co wy­da­je nam się swo­istym od­stęp­stwem, gdyż wy­kra­cza poza zna­jo­my nam ob­raz na­tu­ry8. Nie­mniej jed­nak owe dziw­ne rasy nie są mon­stru­al­ne w tym zna­cze­niu, w ja­kim Au­gu­styn poj­mu­je samo po­ję­cie mon­strum: "Po­dob­nie więc jak nie było dla Boga nie­moż­li­wo­ścią stwo­rzyć na­tu­ry, ja­kie chciał, nie jest rów­nież dlań nie­moż­li­we zmie­nić stwo­rzo­ne na­tu­ry w co­kol­wiek ze­chce. Stąd też ów wy­bu­ja­ły las nie­zwy­kłych zja­wisk okre­śla­nych na­zwa­mi: mon­stra, czy­li "zna­czą­ce oka­zy", osten­ta, czy­li "szcze­gól­ne ob­ja­wie­nia", por­ten­ta, czy­li "pro­ro­cze zja­wi­ska", i pro­di­gia, czy­li "wiesz­cze zna­ki". Gdy­bym chciał je przy­po­mi­nać i oma­wiać, kie­dy bym za­koń­czył dzie­ło? Mon­stra po­cho­dzą, jak się słusz­nie twier­dzi, od wy­ra­zu mon­stra­re, czy­li "wska­zy­wać", gdyż ozna­cza­jąc coś, wska­zu­ją na to; osten­ta - od osten­de­re, czy­li "ob­ja­wić", por­ten­ta - od por­ten­de­re, czy­li "pro­ro­ko­wać", in­a­czej mó­wiąc, od prae-osten­de­re, "na­przód coś uka­zy­wać"; wresz­cie pro­di­gia - od tego, że coś por­ro di­cunt, czy­li "mó­wią na dal­szy czas", to zna­czy wiesz­czą na przy­szłość. Lecz tłu­ma­cze tych zja­wisk po­win­ni zda­wać so­bie spra­wę, że albo się mylą, gdy je ob­ja­śnia­ją, albo - z pod­nie­ty du­chów, któ­re sta­ra­ją się o to, aby w si­dła szko­dli­wej cie­ka­wo­ści uwi­kłać du­sze god­nych ta­kiej kary lu­dzi - prze­po­wia­da­ją na­wet zda­rze­nia praw­dzi­we, albo, mó­wiąc wie­le, przy­pad­kiem wpa­da­ją cza­sem na coś zgod­ne­go z praw­dą" (św. Au­gu­styn 1977: II 517-518). Au­gu­styn nie kon­cen­tru­je się na wiesz­czym cha­rak­te­rze mon­strów ani na in­ter­pre­to­wa­niu ich jako za­po­wia­da­ją­cych nad­cią­ga­ją­ce nie­szczę­ście, co czy­nić będą jego na­stęp­cy. Ak­cent pada u nie­go na Bożą mą­drość i Boży plan, któ­re­go nie jest w sta­nie uchwy­cić ludz­kie oko. Ten ostat­ni mo­tyw bę­dzie po­tem zresz­tą po­wta­rza­ny w pra­cach te­ra­to­lo­gicz­nych, sta­jąc się to­po­sem my­śle­nia o nie­re­gu­lar­no­ściach wpi­sa­nych w układ re­gu­lar­ny i sen­sow­ny, o wy­bry­kach na­tu­ry, wska­zu­ją­cych na to, że na­tu­ra ma jed­nak swój po­rzą­dek.

Je­den z wąt­ków pod­da­nych przy tej oka­zji jest dla nas szcze­gól­nie istot­ny: jed­nost­ko­wych od­mień­ców, po­ja­wia­ją­cych się w ło­nie wła­sne­go spo­łe­czeń­stwa, i dziw­ne rasy ludz­kie coś jed­nak łą­czy - je­śli tych pierw­szych uzna­my za lu­dzi, to bę­dzie­my skłon­ni i w tych dru­gich uj­rzeć po­tom­ków Ada­ma9. Au­gu­styn za­czy­na tę myśl nie­win­nie, od tak nie­wiel­kiej od­mien­no­ści, jaką jest nad­mier­na licz­ba pal­ców u rąk i nóg, by na­stęp­nie przejść do czło­wie­ka o pa­łą­ko­wa­tych dwu­pal­cza­stych koń­czy­nach. ("Gdy­by się to przy­da­rzy­ło ja­kie­muś na­ro­do­wi, wspo­mnia­no by o nim w owym opi­sie nie­zwy­kłych i za­dzi­wia­ją­cych zja­wisk. Czyż więc ze wzglę­du na to za­prze­czy­my, że czło­wiek ów po­cho­dzi od tam­te­go, któ­ry zo­stał stwo­rzo­ny jako pierw­szy?" (św. Au­gu­styn 1977:II 225)). Da­lej pi­sze o oboj­na­kach i o przy­pad­ku zro­śla­ków ma­ją­cych wspól­ną dol­ną par­tię cia­ła, a wy­li­cze­nie od­mień­ców koń­czy wnio­skiem do­ty­czą­cym za­mia­rów Bo­żych: "Jak tedy nie moż­na za­prze­czyć, że isto­ty te wzię­ły swój po­czą­tek od pierw­sze­go czło­wie­ka, tak też na­le­ży przy­znać, że wszel­ki na­ród, któ­ry zgod­nie z prze­ka­za­ny­mi nam wia­do­mo­ścia­mi, pod wzglę­dem róż­nic cie­le­snych jak­by zbo­czył ze zwy­kłej dro­gi na­tu­ry, za­cho­wa­nej przez więk­szość czy przez wszyst­kie pra­wie na­ro­dy, je­śli pod­pa­da pod owo okre­śle­nie wy­ma­ga­ją­ce, by człon­ko­wie jego byli isto­ta­mi ro­zum­ny­mi i śmier­tel­ny­mi, ród swój wy­wo­dzi od te­goż sa­me­go je­dy­ne­go pra­oj­ca wszyst­kich lu­dzi - przyj­mu­jąc wsze­la­ko, że praw­dą jest to, co się po­da­je o od­mien­no­ści tych na­ro­dów i tak wiel­kich róż­ni­cach za­cho­dzą­cych mię­dzy nimi a nami" (św. Au­gu­styn 1977:II 225). Dzie­je się tak, jak­by usta­wie­nie od­mien­no­ści na pew­nej ska­li po­ma­ga­ło nam stop­nio­wo przy­zna­wać dzi­wo­lą­gom pra­wa do du­szy10. A za­tem mon­stru­al­ność ist­nie­ją­ca gdzieś na krań­cach świa­ta i mon­stru­al­ność ob­ja­wia­ją­ca się w ło­nie wła­sne­go spo­łe­czeń­stwa mogą mieć ze sobą coś wspól­ne­go.

W na­stęp­nym roz­dzia­le przyj­rzę się bli­żej temu po­do­bień­stwu - za przy­kład we­zmę bez­gło­wych Blem­mi­tów, o któ­rych wspo­mi­nał świę­ty Au­gu­styn: "mają być też lu­dzie bez głów z ocza­mi na ra­mio­nach". Na jed­nym z pięt­na­sto­wiecz­nych ma­nu­skryp­tów świę­te­go uka­za­no w chwi­li, gdy wska­zu­je gru­pę ta­kich istot. W rze­czy­wi­sto­ści ich przed­sta­wie­nia mają dłu­gą hi­sto­rię. Na­zwa tego ple­mie­nia po­cho­dzić ma od grec­kie­go sło­wa blépo, czy­li "pa­trzę" (Pli­niusz 1961:48, przyp. 14). Nie będę jed­nak śle­dzić dzie­jów przed­sta­wień; za­trzy­mam się na­to­miast przy jed­nym z ich śre­dnio­wiecz­nych wi­ze­run­ków, zwra­ca­jąc uwa­gę na to, jak za­ry­so­wu­je się wi­zja świa­ta przed­sta­wio­ne­go i jaki układ sen­sów ewo­ku­je ów świat. Ze­sta­wię to na­stęp­nie z in­ny­mi wy­obra­że­nia­mi bez­gło­wej isto­ty, pró­bu­jąc uzy­skać do­stęp do trwa­łych sen­sów kul­tu­ro­wych tego ob­ra­zu.

Ilu­stra­cja z ma­nu­skryp­tu o cu­dach świa­ta (Le li­vre des me­rve­il­les du mon­de oko­ło 1480 -1485; ? Bi­blio­th?que na­tio­na­le de Fran­ce)

Rozdział IIPozór nieporządku

Pe­ry­fe­rie kul­tu­ry

W pięt­na­sto­wiecz­nym ilu­mi­no­wa­nym rę­ko­pi­sie Le li­vre des me­rve­il­les du mon­de lub Les se­crets de l'hi­sto­ire na­tu­rel­le mo­że­my zna­leźć ilu­stra­cję przed­sta­wia­ją­cą Etio­pię - kra­inę o buj­nej ro­ślin­no­ści i oso­bli­wych miesz­kań­cach. Skrzy­dla­ty smok o pta­sich ła­pach zie­je ogniem na węża z ludz­ką twa­rzą; przy­glą­da im się bia­ły jed­no­ro­żec. Sie­dzą­cy nie­opo­dal czło­wiek o trzech no­gach nie zwra­ca na to naj­mniej­szej uwa­gi, za­ję­ty wę­ża­mi, któ­re opla­ta­ją mu koń­czy­ny. W od­da­li do­strze­ga­my dru­gie­go czer­wo­no­skrzy­dłe­go smo­ka, po­dob­ne­go do tego na dole ilu­stra­cji. Wi­dzi­my też kro­ko­dy­la u wo­do­po­ju, sło­nia z ró­żo­wą trą­bą, a w koń­cu trzy bez­gło­we po­sta­cie z twa­rza­mi umiesz­czo­ny­mi na tor­sie. Jed­na z nich trzy­ma w pra­wym ręku węża, a w dru­gim ja­kąś pał­kę. To wła­śnie Blem­mi­ci.

Świat, w któ­rym żyją, sy­tu­uje się gdzieś na pe­ry­fe­riach kul­tu­ry - nie­zna­ny z bez­po­śred­nie­go do­świad­cze­nia, lecz na­wie­dza­ny w wy­obraź­ni. Wpro­wa­dza­ły w nie­go be­stia­riu­sze i en­cy­klo­pe­dycz­ne syn­te­zy, ta­kie jak De pro­prie­ta­ri­bus re­rum ze­sta­wio­ne w XIII wie­ku przez fran­cisz­ka­ni­na Bar­tło­mie­ja An­gli­ka. Jak za­pew­niał mnich, sło­nie mają gięt­kie trą­by, moc­ne grzbie­ty i wal­czą z jed­no­roż­ca­mi - wów­czas roz­po­ście­ra­ją swe wiel­kie uszy, by sma­gać nimi prze­ciw­ni­ka. Smo­ki zaś nie­na­wi­dzą sło­ni i po­tra­fią je za­ata­ko­wać u wo­do­po­ju; zwy­cię­żyw­szy, piją ich krew.

Bar­tło­miej sam tego nie wy­my­ślił. Two­rząc swą księ­gę, opie­rał się na pew­nych - jak mnie­mał - źró­dłach, na pi­smach znaw­ców na­tu­ry i me­dy­cy­ny, na tek­stach ła­ciń­skich, ale i grec­kich czy arab­skich tłu­ma­czo­nych na ła­ci­nę. Cy­to­wał Ary­sto­te­le­sa, Hi­po­kra­te­sa, świę­te­go Au­gu­sty­na, Bo­ecju­sza, So­li­nu­sa, Pli­niu­sza, Izy­do­ra z Se­wil­li i wie­lu in­nych. Spla­tał róż­ne mo­ty­wy, by dać moż­li­wie peł­ny wgląd w na­tu­rę rze­czy.

Się­gnij­my do in­nych tek­stów, by zo­ba­czyć, w jaki spo­sób do­peł­nia­ły się zna­cze­nia po­szcze­gól­nych ele­men­tów rze­czy­wi­sto­ści i ku cze­mu kie­ro­wać się mo­gła uwa­ga pa­trzą­ce­go na dzi­wy uka­za­ne na ilu­mi­na­cjach rę­ko­pi­sów. Za­cznij­my od dzie­ła, któ­re sta­nie się po­tem źró­dłem licz­nych od­wo­łań dla śre­dnio­wiecz­nych au­to­rów (w tym tak­że dla Bar­tło­mie­ja An­gli­ka) - od po­wsta­łe­go w VII wie­ku Ety­mo­lo­gia­rum sive ori­gi­num li­bri XX Izy­do­ra z Se­wil­li.

Izy­dor nie za­trzy­my­wał się na wy­glą­dach przed­mio­tów i zda­rzeń. Głęb­szych zna­czeń szu­kał w sło­wach, prze­ko­na­ny, że po­przez nie do­cho­dzi się do wie­dzy. Szcze­gól­nie po­żą­da­ne jest śle­dze­nie ich po­cząt­ków; te zaś się­ga­ją cza­sów bi­blij­nych, kie­dy to Adam w naj­star­szym ję­zy­ku, po he­braj­sku, nada­wał imio­na róż­nym stwo­rze­niom. Po­przez ła­ci­nę i gre­kę, po­przez sen­sy su­ge­ro­wa­ne i ko­ja­rzo­ne Izy­dor chciał zy­skać wgląd we wła­ści­wo­ści rze­czy1.

O tym, jak waż­na jest zna­jo­mość ję­zy­ków dla zro­zu­mie­nia Bo­że­go prze­ka­zu, pi­sał i świę­ty Au­gu­styn. In­a­czej jed­nak roz­kła­dał ak­cen­ty; zmie­rzał ra­czej do wy­ja­śnie­nia sen­su Pi­sma po­przez od­wo­ła­nia do rze­czy tego świa­ta niż do wy­ja­śnie­nia owych rze­czy przez Pi­smo. Au­gu­styn pod­kre­ślał spe­cy­fi­kę zna­czeń fi­gu­ra­tyw­nych, któ­re cza­sem do­ma­ga­ją się szcze­gó­ło­we­go ob­ja­śnie­nia, ale nie da­wał się zwieść ich nar­ra­cyj­nej po­ten­cji. Jak czy­ta­my w trak­ta­cie De do­ctri­na Chri­stia­na, "nie­zna­jo­mość sa­mych rze­czy po­wo­du­je nie­ja­sność wy­ra­żeń fi­gu­ra­tyw­nych, kie­dy cho­dzi o wła­ści­wo­ści istot ży­wych, ka­mie­ni, ro­ślin albo in­nych stwo­rzeń wy­stę­pu­ją­cych w Pi­śmie Świę­tym, a słu­żą­cych zna­cze­niu sym­bo­licz­ne­mu". Je­śli więc Au­gu­styn kre­śli ob­raz węża - ta­kie­go, jaki zna­ny jest wier­nym, prze­ci­ska­ją­ce­go się przez szcze­li­ny, zrzu­ca­ją­ce­go skó­rę - to nie na tym ob­ra­zie win­na się za­trzy­mać uwa­ga2; waż­ny jest ten wąż, o któ­rym mowa w Pi­śmie Świę­tym, i te zna­cze­nia, któ­re są im­ma­nent­nie za­war­te w jego ob­ra­zie: "Jak za­tem zna­jo­mość na­tu­ry węża wy­ja­śnia licz­ne przy­po­wie­ści, któ­re Pi­smo Świę­te zwy­kło po­da­wać, wspo­mi­na­jąc to stwo­rze­nie, tak nie­zna­jo­mość za­cho­wa­nia nie­któ­rych zwie­rząt, wspo­mnia­nych ze wzglę­du na ana­lo­gię, bar­dzo prze­szka­dza w zro­zu­mie­niu. To samo do­ty­czy ka­mie­ni, ziół i ko­rze­ni. Zna­jo­mość cech świe­cą­ce­go w ciem­no­ści kar­bun­ku­łu roz­świe­tla spo­ro nie­ja­sno­ści ksiąg, gdzie wy­stę­pu­je na za­sa­dzie ana­lo­gii, zaś nie­zna­jo­mość be­ry­lu lub dia­men­tu nie­raz za­my­ka oczy zro­zu­mie­nia. I nie z in­ne­go po­wo­du ła­two zro­zu­mieć, że ga­łąz­ka oliw­na przy­nie­sio­na przez go­łę­bi­cę po­wra­ca­ją­cą do arki sym­bo­li­zu­je wiecz­ny po­kój, kie­dy pa­mię­ta­my, że ła­go­dzą­ce­mu dzia­ła­niu oli­wy nie­ła­two szko­dzą inne pły­ny, gdy samo drze­wo jest wiecz­nie zie­lo­ne. A zno­wu wie­le lu­dzi, nie zna­jąc hy­zo­pu, nie wie, jaką moc oczysz­cza­nia płuc i - jak to się mówi - prze­ni­ka­nia do szpi­ku ko­ści po­sia­da to skrom­ne i nie­po­zor­ne zie­le, dla­te­go też nie są w sta­nie zro­zu­mieć, dla­cze­go na­pi­sa­no: "Po­kro­pisz mnie hy­zo­pem, a sta­nę się czy­sty"" (św. Au­gu­styn 1989:77). Cho­dzi za­tem o to, by za­cho­wać wy­czu­le­nie na ję­zyk, któ­ry ko­rzy­sta wpraw­dzie z ob­ra­zów rze­czy ota­cza­ją­cych lu­dzi, ale prze­ka­zu­je praw­dy wyż­sze. Zna­jo­mość nie­któ­rych wła­ści­wo­ści tych rze­czy jest waż­na, by zro­zu­mieć ów prze­kaz. Taka ana­lo­gia, o ja­kiej wspo­mi­na Au­gu­styn, nie wy­snu­je z sie­bie nar­ra­cji - bli­sko trzy­ma się Pi­sma, od­cho­dząc w stro­nę ludz­kiej rze­czy­wi­sto­ści ziem­skiej tyl­ko na tyle, by za­czerp­nąć z niej to, co po­trzeb­ne do peł­ne­go zro­zu­mie­nia świę­tych słów.

Izy­dor na­to­miast ob­ja­śnia świat w jego spe­cy­fi­ce - mówi o tym, co swoj­skie i co od­le­głe w cza­sie i prze­strze­ni; oma­wia świat na­tu­ry i świat czło­wie­ka ra­zem z pra­wa­mi, któ­re rzą­dzą spo­łecz­no­ścią oby­wa­te­li, jak­kol­wiek wszyst­ko to od­no­si do słów Pi­sma, bę­dą­cych gwa­ran­tem osta­tecz­ne­go po­rząd­ku. Je­śli kie­ru­je uwa­gę ku zwie­rzę­tom, ro­śli­nom, lu­dziom, za­miesz­ki­wa­nym przez nich kra­jom, po­dej­mo­wa­nym przez nich dzie­łom, czy­ni to ze wzglę­du na nich sa­mych jako ele­men­ty świa­ta. Zwie­rzę­ta dzie­li i roz­róż­nia we­dług nazw i oby­cza­jów.

Tak więc wąż (ser­pent) - jego zda­niem - na­zwę swą za­wdzię­cza temu, że peł­za (ser­pit), co od­róż­nia go od ga­dów prze­miesz­cza­ją­cych się na czte­rech ła­pach, ta­kich jak jasz­czur­ki. Ale z ko­lei węże są ga­da­mi (rep­ti­lia), gdyż peł­za­ją, po­su­wa­jąc się brzu­chem i pier­sią (ven­tre et pec­to­re rep­tant). Naj­więk­szy­mi z ży­ją­cych na zie­mi wę­żów są smo­ki - ich na­zwa po­cho­dzi od grec­kie­go sło­wa dra­kon­ta, któ­re po­tem prze­szło do ła­ci­ny. Wy­wa­bio­ny z ja­ski­ni smok wzbi­ja się w po­wie­trze, nie­zmier­nie je wzbu­rza­jąc. Be­stia ma na grzbie­cie grze­bień. Jego noz­drza są wą­skie, zęby moc­ne, a ude­rze­nia ogo­nem bar­dzo nie­bez­piecz­ne. Żyje w go­rą­cym kli­ma­cie In­dii i Etio­pii. Szcze­gól­nie za­gra­ża sło­niom - za­cza­ja się na nie, po czym za­bi­ja (Isi­do­rus: XII, 4).

Spójrz­my jesz­cze, co Izy­dor pi­sał o sło­niach, któ­rych na­tu­rę tak ob­ra­zo­wo przed­sta­wił Bar­tło­miej An­glik. Bi­skup z Se­wil­li do­wo­dził mia­no­wi­cie, że ich na­zwa po­cho­dzi od grec­kie­go sło­wa ozna­cza­ją­ce­go górę (lo­phos); są bo­wiem wiel­kie jak góra. Miesz­kań­cy In­dii i Per­sji - cią­gnął da­lej bi­skup - wy­ko­rzy­stu­ją je w sztu­ce wo­jen­nej. Sło­nie mają wy­bor­ną pa­mięć i in­te­li­gen­cję. Żyją w sta­dach, a ży­wot ich trwa sto lat; czu­ją też lęk przed my­sza­mi. Wie­dzą, jak chwa­lić słoń­ce ru­cha­mi swe­go cia­ła. Cią­ża sło­ni­cy trwa dwa lata, po czym ro­dzi ona tyl­ko jed­no mło­de. W tym celu od­da­la się w se­kret­ne miej­sce, nad wodę lub na wy­spę, a wszyst­ko po to, by ochro­nić po­tom­ka przed groź­ny­mi smo­ka­mi (Isi­do­rus: XII, 2.14-16).

Od­naj­du­je­my tu licz­ne mo­ty­wy z Pli­niu­szo­wej Hi­sto­rii na­tu­ral­nej - ta­kie jak ani­mo­zja sło­ni i węży ( jak wie­my, u Izy­do­ra smok to ro­dzaj węża3), od­pra­wia­nie ry­tu­ałów słoń­ca, dłu­ga cią­ża sa­mi­cy. Słu­żą one jed­nak cze­mu in­ne­mu, pod­da­ne re­gu­łom wy­ja­śnia­nia świa­ta, ja­kie przy­jął my­śli­ciel z Se­wil­li: sło­wo ma być tym na­sie­niem, z któ­re­go wy­ra­sta sens rze­czy.

Inni, ze­sta­wia­jąc opi­sy zwie­rząt, opa­try­wa­li tek­sty wy­kła­dem mo­ral­nym. Tak po­wsta­wa­ły śre­dnio­wiecz­ne be­stia­riu­sze. Czer­pa­ły one z daw­niej­sze­go jesz­cze Phy­sio­lo­gu­sa, któ­ry krą­żył w wer­sji grec­kiej, w prze­kła­dach na ła­ci­nę i ję­zy­ki wer­na­ku­lar­ne. Za­wie­rał opo­wie­ści o zwie­rzę­tach, ro­śli­nach, ka­mie­niach, ale nie był to taki trak­tat o hi­sto­rii na­tu­ral­nej jak ten po­zo­sta­wio­ny przez Pli­niu­sza. Je­śli Phy­sio­lo­gus miał­by ozna­czać na­tu­ra­li­stę (a tak to się czę­sto tłu­ma­czy), to zna­jo­mość na­tu­ry na czym in­nym tu po­le­ga­ła. Opi­sy zwie­rząt win­ny mó­wić o tym, co w na­tu­rze ukry­te, a jed­no­cze­śnie, co tkwi w niej im­ma­nent­nie - o pew­nym wyż­szym sen­sie mo­ral­nym (zob. tak­że Jaż­dżew­ska 2005, Mo­ri­ni 1996).

Nie wia­do­mo, spod czy­jej ręki wy­szedł Phy­sio­lo­gus. Przy­pusz­czal­nie po­wstał w Alek­san­drii oko­ło III lub IV wie­ku. W Śre­dnio­wie­czu au­tor­stwo przy­pi­sy­wa­no róż­nym oso­bom - od Jana Chry­zo­sto­ma po­czy­na­jąc, na Ary­sto­te­le­sie koń­cząc. Ory­gi­nał, któ­ry zresz­tą się nie za­cho­wał (naj­wcze­śniej­sza ze zna­nych wer­sji to ła­ciń­ski prze­kład), za­wie­rał oko­ło 48 roz­dzia­łów. Przez stu­le­cia ich licz­ba po­więk­sza­ła się, zmie­nia­ły się zwie­rzę­ta, mo­ra­li­za­cja ule­ga­ła roz­bu­do­wa­niu lub skró­ce­niu. Be­stia­riu­sze pi­sa­no pro­zą i wier­szem, czę­sto bo­ga­to ilu­stro­wa­no. Ogrom­ną po­pu­lar­ność zy­skał Phy­sio­lo­gus stwo­rzo­ny przez The­obal­da, opa­ta klasz­to­ru na Mon­te Cas­si­no w wie­ku XI, ale uka­zu­ją­cy się dru­kiem jesz­cze pod ko­niec XV wie­ku.

Kie­dy The­obald pi­sze o sło­niu, za­czy­na po­dob­nie do mi­strza z Se­wil­li, od opo­wie­ści o in­dyj­skim stwo­rze­niu wiel­kim jak góra, ży­ją­cym stad­nie, osią­ga­ją­cym po­de­szły wiek, o sa­mi­cach ro­dzą­cych mło­de po dłu­gim okre­sie cią­ży. Po­tem prze­cho­dzi do opo­wie­ści o sło­niu, któ­ry chcąc od­po­cząć, wy­naj­du­je wiel­kie drze­wo, by się o nie oprzeć. Zwie­rzę nie wie, że pod­stęp­ny my­śli­wy pod­ciął pień. Kie­dy pada i nie może się pod­nieść, wy­da­je prze­cią­gły ryk trą­bą, by zwa­bić swych to­wa­rzy­szy; ci jed­nak nie są w sta­nie mu po­móc. W koń­cu przy­by­wa naj­mniej­szy z nich i wła­śnie jemu to się uda­je. Po­tem The­obald do­da­je jesz­cze, że nad sie­dzi­bą sło­ni uno­si się dym wy­two­rzo­ny przez ich sierść, co wy­ga­nia węże i inne szko­dli­we stwo­rze­nia.

Ta opo­wieść po­zwa­la zbli­żyć się do sen­sów re­li­gij­nych. Au­tor mówi za­tem o upad­ku Ada­ma w raj­skim ogro­dzie, o Moj­że­szu i pro­ro­kach, któ­rzy nie zdo­ła­li go wy­dźwi­gnąć, i o peł­nym po­ko­ry Chry­stu­sie, któ­ry tego do­ko­nał. Koń­czy ów frag­ment stwier­dze­niem, iż czło­wiek zmie­rza­ją­cy do Chry­stu­sa bę­dzie bło­go­sła­wio­ny w go­dzi­nie śmier­ci, a to, co nik­czem­ne i nie­go­dzi­we, zo­sta­nie wy­gna­ne z jego ser­ca.

Od­bior­ca wi­nien do­strzec łą­cza two­rzą­ce sieć ale­go­rycz­nych od­nie­sień: drze­wo było przy­czy­ną upad­ku sło­nia i przy­czy­ną upad­ku Ada­ma, któ­ry spo­żył owoc w raj­skim ogro­dzie, pod­stęp­ny my­śli­wy jawi się jako dia­beł, ryk trą­by sło­nia od­sy­ła do ogra­ni­czo­nej mocy sta­ro­te­sta­men­to­wych pro­ro­ków, a mier­ne roz­mia­ry sło­nia wy­baw­cy - do po­ko­ry Chry­stu­sa. Dym z sier­ści sło­ni, wy­ga­nia­ją­cy szko­dli­we zwie­rzę­ta, to sło­wa Chry­stu­sa, wy­da­la­ją­ce z ser­ca wszyst­ko, co złe (The­obald Bi­shop 1928:89-93).

Po­dob­nie jak ów słoń inne przed­sta­wio­ne w rę­ko­pi­sie isto­ty - jed­no­ro­żec, smo­ki, po­sta­cie ludz­kie - kry­ły w so­bie po­ten­cjał róż­nych opo­wie­ści. Wpa­tru­jąc się w nie, moż­na było do­strze­gać związ­ki, o ja­kich pi­sa­li twór­cy be­stia­riu­szy i en­cy­klo­pe­dii. Po­szcze­gól­ne ele­men­ty da­wa­ły od­no­sić się za­rów­no do sie­bie na­wza­jem, jak i do płasz­czy­zny sen­sów bar­dziej abs­trak­cyj­nych. Poza tym wszyst­kim wie­lość form i barw ko­ja­rzy­ła się z dy­stan­sem prze­strzen­nym i po­ję­cio­wym, z wy­kra­cza­niem poza gra­ni­ce swoj­sko­ści. Był to świat nie­zwy­kły, jak­kol­wiek cha­rak­ter owej nie­zwy­kło­ści może wy­my­kać się ro­zu­mie­niu dzi­siej­sze­go od­bior­cy; in­a­czej też za­kre­śla­my gra­ni­ce moż­li­wo­ści.

W ja­kim stop­niu nie­zwy­kły był za­tem Blem­mi­ta, a w ja­kim czło­wiek o trzech no­gach? W obu wy­pad­kach cho­dzi "je­dy­nie" o de­for­ma­cję cia­ła. Czy jest to za­bu­rze­nie po­dob­ne temu, któ­re wy­stę­pu­je u osób o sze­ścio­pal­cza­stych dło­niach? A jak rzecz się ma z przy­pad­ka­mi, w któ­rych ludz­kie łą­czy się ze zwie­rzę­cym albo jed­no okre­so­wo trans­for­mu­je w dru­gie, jak u wil­ko­ła­ków? Czy jest to taki sam przy­pa­dek, czy w grę wcho­dzi coś in­ne­go? ("W sys­te­mie ta­kim jak chrze­ści­jań­stwo nie­zwy­kłość sta­je się nie­mo­ral­na, gdy pro­wa­dzi do prze­mia­ny isto­ty ludz­kiej, stwo­rzo­nej "na ob­raz i po­do­bień­stwo Boga", w zwie­rzę" - pi­sał Ja­cqu­es Le Goff (Le Goff 1997:49)). Czy wąż z ludz­ką twa­rzą jest pod ja­kimś wzglę­dem po­dob­ny do wil­ko­ła­ka? Czy jego i te zwy­kłe węże, wi­docz­ne na dal­szym pla­nie, po­strze­ga­no jako isto­ty tego sa­me­go ro­dza­ju, czy też ewo­ko­wa­ły one od­mien­ne zna­cze­nia? Te ostat­nie zda­ją się je­dy­nie re­kwi­zy­ta­mi w rę­kach po­sta­ci ludz­kich lub niby-ludz­kich, na­to­miast wąż z twa­rzą czar­ne­go czło­wie­ka, zwró­co­ny w stro­nę smo­ka, przy­wo­dzi na myśl gady po­ja­wia­ją­ce się w sce­nach ku­sze­nia i sen­sy zwią­za­ne z na­ru­sze­niem praw usta­no­wio­nych przez Boga. Czy Blem­mi­ta bliż­szy jest wę­żo­wi z czar­ną twa­rzą, czy czło­wie­ko­wi o trzech no­gach? Czy w swej na­tu­rze przy­po­mi­na ra­czej sze­ścio­pal­cza­ste­go czło­wie­ka niż wil­ko­ła­ka? Pró­bu­jąc roz­wi­kłać tę kwe­stię, zaj­mu­je­my się w rze­czy­wi­sto­ści szer­szy­mi po­wią­za­nia­mi, obej­mu­ją­cy­mi róż­ne isto­ty - ludz­kie i nie­ludz­kie.

Mon­stra Izy­do­ra z Se­wil­li

Świę­ty Izy­dor umiesz­cza Blem­mi­tów wraz z isto­ta­mi ludz­ki­mi w księ­dze XI Ety­mo­lo­gia­rum, za­ty­tu­ło­wa­nej De ho­mi­ne et por­ten­tis. Za­nim jed­nak opo­wie o dziw­nych ra­sach, opi­sze czło­wie­ka jako ta­kie­go - isto­tę zło­żo­ną z du­szy i cia­ła. Przed­sta­wi go w spo­sób sys­te­ma­tycz­ny, zwró­ci uwa­gę na jego bu­do­wę (wy­raź­ne są tu śla­dy wie­dzy ana­to­micz­nej czer­pa­nej z an­ty­ku), omó­wi na­zwy, któ­re dają wgląd w isto­tę po­szcze­gól­nych czę­ści. Po­tem roz­wa­ży jesz­cze kwe­stię od­mień­ców po­ja­wia­ją­cych się w spo­łe­czeń­stwie ludz­kim. Są to zwia­stu­ny nie­szczęść, czy­li por­ten­ta; nie ro­dzą się wbrew na­tu­rze, ale wbrew z n a n e j    n a t u r z e - twier­dzi, po­wta­rza­jąc tu myśl wy­ra­żo­ną wcze­śniej przez Au­gu­sty­na - a dzie­je się tak z woli Boga, któ­ry w ten spo­sób ostrze­ga lu­dzi przed zgu­bą, wska­zu­jąc, jak po­win­ni po­stę­po­wać. Po­nie­waż do tego spro­wa­dza się ziem­skie za­da­nie ta­kiej isto­ty, nie żyje ona dłu­go - prze­waż­nie umie­ra wkrót­ce po uro­dze­niu. Jest to ostrze­że­nie po­dob­ne do tego, ja­kie lu­dzie otrzy­mu­ją w snach i prze­po­wied­niach (Isi­do­rus: XI, 3.1-5).

Do­pie­ro po­tem w dal­szej czę­ści tej księ­gi czy­ta­my o mon­stru­al­nych ra­sach, bez tru­du do­strze­ga­jąc źró­dło wie­lu frag­men­tów w Pli­niu­szo­wej Hi­sto­rii na­tu­ral­nej, nie­kie­dy sko­ja­rzo­nej z tre­ścia­mi re­li­gij­ny­mi. Obok Sko­po­idów z Etio­pii, Cy­no­ce­fa­lów i Cy­klo­pów z In­dii oraz Blem­mi­tów z Li­bii są więc Sa­ty­ry z za­dar­ty­mi no­sa­mi, ro­ga­mi na czo­le i ko­zi­mi no­ga­mi - taka wła­śnie po­stać, twier­dzi bi­skup z Se­wil­li, uka­za­ła się świę­te­mu An­to­nie­mu na pu­sty­ni (Isi­do­rus: XI, 3.21).

Izy­dor wspo­mi­na też o ra­sach, któ­re są efek­tem fan­ta­zji. W koń­cu do­cho­dzi do prze­mian (roz­dział "De trans­for­ma­tis"). Obej­mu­ją one przy­pad­ki tak róż­ne jak prze­mia­na to­wa­rzy­szy Dio­me­de­sa w pta­ki, jak dzia­ła­nie cza­rów czy spe­cjal­nych ziół czy­nią­cych z czło­wie­ka zwie­rzę, a w koń­cu na­tu­ral­ne prze­mia­ny spo­ty­ka­ne w przy­ro­dzie - ta­kie jak wów­czas, gdy z psu­ją­ce­go się mię­sa cie­ląt po­wsta­ją psz­czo­ły, z mię­sa koni - chrząsz­cze, a z kra­bów - skor­pio­ny. Na trans­for­ma­cjach koń­czy au­tor tę księ­gę, by w na­stęp­nej za­jąć się zwie­rzę­ta­mi.

Ry­su­je się przed nami kla­row­ny ob­raz po­rząd­ku, w jaki ukła­da­ją się cie­le­sne od­mien­no­ści. Od tego, co na­zwa­li­by­śmy nor­mal­no­ścią, prze­cho­dzi się bo­wiem do jed­nost­ko­wych od­stępstw - ce­lo­wych i zna­czą­cych; po­tem po­su­nąć się trze­ba w kie­run­ku tego, co do­ty­czy ca­łych po­pu­la­cji po­dob­nych do tych ludz­kich, ale w spo­sób za­sad­ni­czy, kon­kret­ny, cie­le­sny od nich od­mien­nych, ży­ją­cych gdzieś w da­le­kich zie­miach. Na­stęp­nie się­ga­my kre­su moż­li­we­go, czy­li po­sta­ci zmy­ślo­nych, by w koń­cu do­trzeć do cał­kiem re­al­nych moż­li­wo­ści odej­ścia od form ludz­kich, prze­kształ­ce­nia czło­wie­ka w zwie­rzę, zwie­rzę­cia w inne zwie­rzę... Owa płyn­ność słu­ży cze­mu in­ne­mu niż stop­nio­wa­nie od­mien­no­ści u Au­gu­sty­na (tam wszyst­ko było w za­sa­dzie cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wa­ne wy­wo­dom o du­szy, tu­taj wpi­su­je się w kom­pen­dium wie­dzy o świe­cie i jawi jako nie­od­łącz­ny ele­ment rze­czy­wi­sto­ści), ale nie jest zno­wu tak od­le­głe w du­chu od tego, co znaj­du­je­my w O pań­stwie Bo­żym.

O ludz­kiej róż­no­rod­no­ści pi­sze Izy­dor tak­że w księ­dze IX De lin­gu­is, gen­ti­bu, re­gnis, mi­li­tia, ci­vi­bus, af­fi­ni­ta­ti­bus. Czy­ni to jed­nak w od­mien­nej per­spek­ty­wie. Łą­czy mia­no­wi­cie roz­wa­ża­nia o ję­zy­kach, ra­sach, rzą­dze­niu kra­jem, o woj­sku i po­kre­wień­stwie (mowa tu mię­dzy in­ny­mi o tym, ja­kie ro­dza­je mał­żeństw są do­zwo­lo­ne). Wszyst­ko to są aspek­ty ist­nie­nia czło­wie­ka wpi­sa­ne­go w spo­łe­czeń­stwo. Jed­nost­ka przy­na­leż­na do swe­go na­ro­du i do ro­dzi­ny wie­dzie ży­wot w ra­mach po­rząd­ku cy­wi­li­za­cji. Tu­taj róż­ni­ce po­mię­dzy ra­sa­mi ko­ja­rzą się z róż­ni­cą ję­zy­ka, czy też ra­czej na niej się za­sa­dza­ją. (Po­dział na ję­zy­ki na­stą­pił wraz z bu­do­wą wie­ży Ba­bel, a po­dział na na­ro­dy wraz z roz­wo­jem po­ko­leń wy­wo­dzą­cych się od Sema, Cha­ma i Ja­fe­ta). Róż­ni­ce w wy­glą­dzie mię­dzy człon­ka­mi róż­nych na­ro­dów Izy­dor uj­mu­je jako wy­ni­ka­ją­ce ze spe­cy­fi­ki kli­ma­tu, po­dob­nie zresz­tą jak róż­ni­ce w cha­rak­te­rze. (Rzy­mia­nie - twier­dzi Izy­dor - są do­stoj­ni, Gre­cy lek­ko­myśl­ni, Afry­kań­czy­cy nie­sta­li, miesz­kań­cy Ga­lii gwał­tow­ni (Isi­do­rus: IX, 2.105)). Obok in­for­ma­cji o ple­mio­nach sak­soń­skich, o Fran­kach czy Bry­tach znaj­du­je­my wpraw­dzie i wzmian­ki o An­ty­po­dach czy o okrut­nych An­tro­po­fa­gach je­dzą­cych ludz­kie mię­so (Isi­do­rus: IX, 2.132 i 133). W tym ostat­nim wy­pad­ku o od­mien­no­ści de­cy­du­je nie tyle de­for­ma­cja cia­ła, ile oby­cza­ju.

Opi­sy­wa­ny tu świat jest jed­nak świa­tem norm cy­wi­li­za­cji, jego po­rzą­dek za­ko­rze­nia się w cza­sach bi­blij­nych, a miej­sce i war­tość po­szcze­gól­nych ele­men­tów daje się wy­wieść z owych po­cząt­ków.

Je­śli dzi­wacz­ność ciał Blem­mi­tów wska­zu­je na ich dzi­kość, to jest to dzi­kość inna niż ta, któ­rą moż­na spo­tkać wśród opi­sa­nych na­ro­dów wy­wie­dzio­nych przez Izy­do­ra od sy­nów No­ego. My­śle­nie o nich to my­śle­nie o pe­ry­fe­riach kul­tu­ry, o ob­sza­rach gra­nicz­nych nie­ludz­ko-ludz­kich ciał i gra­nicz­nych norm. Cie­le­sność trój­ki bez­głow­ców z ma­nu­skryp­tu - po­sta­ci ja­wią­cych się jako gru­pa w tle, na dru­gim pla­nie, przed­sta­wio­nych w ru­chu, z ta­ki­mi re­kwi­zy­ta­mi jak wąż i pał­ka, za­an­ga­żo­wa­nych w ja­kieś dziw­ne czyn­no­ści, może ewo­ko­wać sens na­pię­cia mię­dzy kul­tu­ro­wym po­rząd­kiem a tym, co już nim nie jest.

Pe­ry­fe­rie sta­ją się tu ko­niecz­ne dla okre­śla­nia po­rząd­ku ludz­kie­go świa­ta, ale za­ra­zem w każ­dej chwi­li może się oka­zać, że sam brak po­rząd­ku jest po­zo­rem bio­rą­cym się ze sła­bo­ści ludz­kie­go umy­słu, nie­umie­ją­ce­go do­strzec ca­ło­ści ko­smicz­ne­go pla­nu. Na in­nych ilu­stra­cjach znaj­du­ją­cych się w tym sa­mym rę­ko­pi­sie wi­dzi­my sce­ny spo­tkań gło­si­cie­li sło­wa Bo­że­go z dziw­ny­mi miesz­kań­ca­mi Egip­tu - ludz­ko-koź­li­mi, ludz­ko-mał­pi­mi, ale i cał­kiem do nas po­dob­ny­mi. W tym uję­ciu pe­ry­fe­rie to ob­szar wią­żą­cy się z pew­nym za­da­niem do wy­ko­na­nia - tu­taj na­le­ży za­siać sło­wo Boże, na­wra­ca­jąc tych, któ­rzy mogą tkwić w po­gań­stwie.

Mon­stru­al­ne ludy i księ­że na­uki

Była też taka per­spek­ty­wa, w któ­rej ob­sza­ry za­miesz­ki­wa­ne przez dziw­ne isto­ty tra­ci­ły zwią­zek z geo­gra­ficz­nym kon­kre­tem, wpi­sy­wa­ne w świat prze­ży­wa­ny po chrze­ści­jań­sku, pod­po­rząd­ko­wa­ne idei wy­ra­ża­nia ogól­niej­szych tre­ści du­cho­wych. Tu­taj sens cie­le­snych nie­fo­rem­no­ści na­bie­rał no­wych od­cie­ni.

Zo­bacz­my, co z Pli­niu­szo­wą opo­wie­ścią o dziw­nych na­cjach czy­nią Ge­sta Ro­ma­no­rum - zbiór hi­sto­rii przy­kład­nych, spi­sa­nych na prze­ło­mie XIII i XIV wie­ku w An­glii lub w Niem­czech. Pod ko­niec XV wie­ku w Ko­lo­nii wy­da­no je dru­kiem, a po­tem wie­lo­krot­nie prze­dru­ko­wy­wa­no i tłu­ma­czo­no na róż­ne ję­zy­ki, tak­że na pol­ski4. Ge­sta, bę­dą­ce po­mo­cą dla księ­ży przy­go­to­wu­ją­cych ka­za­nia, czer­pa­ły in­spi­ra­cję z tek­stów na­der róż­no­rod­nych - z pism an­tycz­nych au­to­rów, z Bi­blii, z ba­śni lu­do­wych, z ro­man­sów ry­cer­skich. Hi­sto­rie o po­boż­nych piel­grzy­mach, o pięk­nych kró­lew­nach, o an­tycz­nych he­ro­sach, o upio­rach, o wal­kach ry­cer­skich i mał­żeń­skich zdra­dach pod­da­wa­ły po­my­sły uży­tecz­ne dla na­ucza­nia po­boż­no­ści. Wier­ny, uję­ty barw­no­ścią i so­czy­sto­ścią fa­bu­ły, jej za­ska­ku­ją­cy­mi zwro­ta­mi, wi­nien pójść da­lej, prze­kra­cza­jąc wro­ta do­słow­no­ści. Po­ma­ga­ło mu w tym mo­ra­li­sa­tio, czy­li część za­wie­ra­ją­ca ob­ja­śnie­nie, od­sy­ła­ją­ca do po­jęć bar­dziej abs­trak­cyj­nych, wska­zu­ją­ca ścież­ki mo­ral­ne­go zbu­do­wa­nia. Tak opo­wie­ści zmie­nia­ły się w exem­pla.

Exem­plum - ga­tu­nek, któ­ry od XII wie­ku ro­bił ka­rie­rę wła­śnie dzię­ki temu ka­zno­dziej­skie­mu wy­ko­rzy­sta­niu - zna­no już daw­niej. W re­to­ry­ce kla­sycz­nej exem­plum było jed­nak znacz­nie krót­sze - czę­sto wy­star­cza­ło jed­no zda­nie, ma­ją­ce peł­nić funk­cję ar­gu­men­tu w do­wo­dze­niu okre­ślo­nych ra­cji. Na­to­miast du­chow­ny, prze­ma­wia­jąc do wier­nych, ape­lo­wał nie tyl­ko do ro­zu­mu, ale i do wy­obraź­ni. Nie za­bie­gał też o zwię­złość - nar­ra­cje mo­gły się roz­ra­stać, jak­kol­wiek wia­do­mo było, że gdy na­dej­dzie czas kon­klu­zji, wszyst­kie te świa­ty - re­ali­stycz­ne, fan­ta­stycz­ne, oni­rycz­ne - usu­ną się na dru­gi plan, by dać miej­sce wy­kład­ni sen­su. W prak­ty­ce re­ali­zo­wać się to mo­gło na róż­ne spo­so­by. No­ema­ty­ka, czy­li bi­blij­na teo­ria sen­sów, roz­róż­nia­ła sens li­te­ral­ny albo hi­sto­rycz­ny (sen­sus li­te­ra­lis) oraz sens du­cho­wy (sen­sus spi­ri­tu­alis). Ten ostat­ni dzie­lił się na ale­go­rycz­ny, mo­ral­ny i ana­go­gicz­ny. Sens ale­go­rycz­ny do­ty­czył prawd wia­ry, mo­ral­ny - za­sad po­stę­po­wa­nia, ana­go­gicz­ny od­no­sił się do ży­cia wiecz­ne­go5.

Się­gnij­my za­tem po Ge­sta Ro­ma­no­rum, by zo­ba­czyć, jak w tej per­spek­ty­wie mo­gły ist­nieć opo­wie­ści o dzi­wacz­no­ściach cia­ła:

"Pli­niusz opo­wia­da, że są lu­dzie z psi­mi gło­wa­mi, któ­rzy mó­wią, uja­da­jąc, i mają na so­bie skó­rę zwie­rzę­cą. Sym­bo­licz­nie na­le­ży poj­mo­wać, że są to ka­pła­ni, któ­rzy po­win­ni być ob­le­cze­ni w skó­ry zwie­rzę­ce, czy­li czy­nią­cy cięż­ką po­ku­tę, żeby in­nym dać do­bry przy­kład. Tak samo są w In­diach lu­dzie, co po­środ­ku czo­ła, nad no­sem, mają tyl­ko jed­no oko i je­dzą mię­so zwie­rząt. Ozna­cza to lu­dzi po­sia­da­ją­cych tyl­ko jed­no oko ro­zu­mu, któ­rym jed­nak po­słu­gu­ją się tyl­ko na czo­le, czy­li ze­wnętrz­nie, a nie z głę­bi ser­ca, nie są lek­ko­myśl­ni i wszel­kie swo­je ze­wnętrz­ne dzia­ła­nie naj­pierw roz­wa­ża­ją w ser­cu" (Ge­sta Ro­ma­no­rum 2001:169-170).

Oso­bli­wość cia­ła czę­sto zmie­nia jego zmy­sło­wość, znie­kształ­ca ją lub do­pro­wa­dza do hi­per­tro­fii; za­raz po­tem jed­nak oka­zu­je się, że zmysł jest czymś po­śred­nim, wska­zu­ją­cym na mo­ral­ne ukształ­to­wa­nie czło­wie­ka. Zde­for­mo­wa­ne cia­ło od­mień­ca słu­ży chrze­ści­jań­skiej na­uce i w tym speł­nia się jego ist­nie­nie.

Zo­bacz­my, co skła­da się na apel do ludz­kich zmy­słów. Nar­ra­cja sta­ra się nie po­mi­nąć żad­ne­go z nich. Prze­ma­wia do wzro­ku ("W Etio­pii żyją lu­dzie z czwor­giem oczu. To ci, któ­rzy lę­ka­ją się Boga, świa­ta, dia­bła i cia­ła. Jed­nym okiem spo­glą­da­ją ku Bogu, żeby żyć spra­wie­dli­wie i żeby Mu się po­do­bać, dru­gim na świat, z któ­re­go mu­szą ucie­kać, trze­cim na dia­bła, żeby mu sta­wić opór, a czwar­tym na cia­ło, żeby je przy­bić do krzy­ża" (Ge­sta Ro­ma­no­rum 2001:171)), do słu­chu ("W Scy­tii są lu­dzie o uszach tak wiel­kich, że mogą nimi okryć całe cia­ło. Ozna­cza to ta­kich, co chęt­nie słu­cha­ją Bo­że­go sło­wa dla ochro­ny cia­ła i du­szy od grze­chów" (Ge­sta Ro­ma­no­rum 2001:170)), do sma­ku i po­wo­nie­nia ("Na Po­łu­dniu, w po­bli­żu ziem­skie­go raju, miesz­ka­ją lu­dzie, co w ogó­le nie je­dzą, mają bo­wiem usta tak małe, że pić mu­szą przez słom­kę. Żyją wo­nią owo­ców i kwia­tów, a od złe­go za­pa­chu na­gle umie­ra­ją"). Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że grzech za­ko­rze­nia się w roz­ko­szach cia­ła ("Są też lu­dzie z ro­ga­mi, pła­ski­mi no­sa­mi i koź­li­mi no­ga­mi. To pysz­ni, co wszę­dzie po­ka­zu­ją rogi py­chy, wy­czu­wa­ją, cze­go im trze­ba do zba­wie­nia, a w wy­ści­gu do roz­ko­szy mkną koź­li­mi no­ga­mi. Ko­zioł bo­wiem jest szyb­ki w bie­gu i zręcz­ny we wspi­na­niu: do­ty­czy to py­szał­ków" (Ge­sta Ro­ma­no­rum 2001:170)).

Apel do zmy­sło­we­go cia­ła ma się jed­nak osta­tecz­nie kie­ro­wać do zmy­słu mo­ral­ne­go. Lu­dzie o ma­łych ustach ozna­cza­ją więc "mni­chów, któ­rzy w je­dze­niu i pi­ciu po­win­ni się bar­dzo miar­ko­wać, czy­li "mieć małe usta", i "słom­ką", czy­li roz­waż­nie, przyj­mo­wać po­karm. Po­win­ni żyć wo­nią owo­ców i kwia­tów, czy­li do­bry­mi na­uka­mi i cno­ta­mi, i tym spo­so­bem da­wać in­nym wzór cno­tli­we­go i pro­ste­go ży­wo­ta. Umie­ra­ją na­gle od złe­go za­pa­chu, czy­li z grze­chu, kie­dy bo­wiem czło­wiek do­pusz­cza się grze­chu, umie­ra dla Chry­stu­sa" (Ge­sta Ro­ma­no­rum 2001:169-170).

W cen­trum re­to­ry­ki znaj­du­je się za­tem czu­ją­ce cia­ło wier­ne­go, do któ­re­go skie­ro­wa­na jest per­swa­zja, a tak­że jego du­sza, któ­rą na­le­ży zba­wić. Na­to­miast ko­lek­cja róż­nych In­nych ist­nie­je jako zbiór form wy­ra­zu chrze­ści­jań­skiej idei6. O ile Au­gu­styn mógł py­tać o du­szę sze­ścio­pal­cza­stych lu­dzi, o tyle w per­spek­ty­wie Ge­sta Ro­ma­no­rum taki pro­blem nie ist­nie­je - zde­for­mo­wa­ne cia­ło to świę­ty prze­kaz: "Miesz­ka­ją tam [tzn. w In­diach - A. W.] lu­dzie, któ­rzy mają po sześć pal­ców u ręki i u nogi. To ci, co przez cały ty­dzień wy­strze­ga­ją się, żeby nie spla­mić się grze­chem, a dzień siód­my ob­cho­dzą uro­czy­ście jako dzień świę­ty" (Ge­sta Ro­ma­no­rum 2001:170-171).

Nie zna­czy to oczy­wi­ście, że za­tra­co­no zdol­ność Au­gu­styń­skie­go wi­dze­nia In­nych; cho­dzi ra­czej o za­ry­so­wa­nie jesz­cze jed­ne­go aspek­tu w po­strze­ga­niu od­mien­no­ści. Ge­sta Ro­ma­no­rum za­wie­ra­ją mo­ty­wy o róż­nej pro­we­nien­cji, zy­sku­ją­ce jed­ność na płasz­czyź­nie świa­ta przed­sta­wio­ne­go. O tej jed­no­ści sta­no­wi chrze­ści­jań­ska per­spek­ty­wa, w któ­rej będą się ja­wić, je­śli za­sto­su­je się ale­go­rycz­ny styl od­bio­ru7.

Jest to też ścież­ka, któ­rą mniej lub bar­dziej uczo­ne tre­ści do­sta­ją się w ob­szar kul­tu­ry po­pu­lar­nej - z księ­żej am­bo­ny pły­ną opo­wie­ści wzię­te mię­dzy in­ny­mi z Pli­niu­sza i świę­te­go Au­gu­sty­na, zmie­nio­ne nie­co, do­sto­so­wa­ne do ka­zno­dziej­skich po­trzeb. W tym kon­tek­ście hi­sto­rie o dziw­nych lu­dziach i dziw­nych zwie­rzę­tach mają dwu­znacz­ny sta­tus. Uwo­dzą barw­no­ścią, ku­szą, by wejść w świat fan­ta­zji, przy­cią­ga­ją bez­in­te­re­sow­ną uwa­gę, by za­raz po­tem ka­zać tej uwa­dze prze­su­nąć się na inny plan, odejść od rze­czy ziem­skich.

Nie­zwy­kłe przed­mio­ty i nie­zwy­kłość świa­ta

Ist­niał pe­wien ob­szar, w któ­rym cała owa wie­dza o nie­zwy­kło­ściach zy­ski­wa­ła kon­kret­ność, wpro­wa­dza­na w krąg przed­mio­tów ma­te­rial­nych. To ona po­zwa­la­ła przy­pusz­czać, że ko­ścia­ny odłam jest ro­giem jed­no­roż­ca czy pa­zu­rem gry­fa. Kunsz­tow­nie ozdo­bio­ny, opra­wio­ny w sre­bro, tra­fiał do skarb­ca pa­nu­ją­ce­go rodu lub do ko­ścio­ła, umiesz­cza­ny we­spół z in­ny­mi rze­cza­mi uzna­ny­mi za cen­ne, nie­zwy­kłe, cu­dow­ne. Owe ko­lek­cje to miej­sce prze­ci­na­nia się tra­dy­cji tek­stu­al­nej z prak­ty­ka­mi kul­tu­ro­wy­mi, znacz­nie poza nie wy­kra­cza­ją­cy­mi. Za­wie­ra­ły na przy­kład re­li­kwie w prze­bo­ga­tych re­li­kwia­rzach, ele­men­ty uzbro­je­nia, por­tre­ty. Same w so­bie two­rzy­ły prze­kaz o szcze­gól­nej sile wy­ra­zu. Dzię­ki nie­mu moż­na było po­tem po­wie­dzieć: wi­dzia­łem na wła­sne oczy, mia­łem to w rę­kach, od­czu­łem dzia­ła­nie. Rze­czy uczest­ni­czy­ły w two­rze­niu i wy­ra­ża­niu zło­żo­nych sen­sów i od­zwier­cie­dla­ły war­to­ści. Jed­no­cze­śnie współ­kon­sty­tu­owa­ły na­sy­co­ną zna­cze­nia­mi prze­strzeń ży­cia, wpi­su­jąc się w róż­ne sfe­ry ludz­kich po­czy­nań. Dla­te­go mogą nam wie­le po­wie­dzieć o tym, jak po­stę­po­wa­no z cu­dow­no­ścią, nie­zwy­kło­ścią, mon­stru­al­no­ścią w sen­sie prak­tycz­nym i sym­bo­licz­nym.

W Śre­dnio­wie­czu ko­lek­cja cen­nych przed­mio­tów, gro­ma­dzo­na w sie­dzi­bie pry­wat­nej lub ko­ście­le, to ra­czej the­sau­rus niż mu­sa­eum. Jako re­po­zy­to­rium bo­gac­twa, mocy sym­bo­licz­nej i ma­gicz­nej wska­zy­wa­ła też na kon­tro­lo­wa­nie pew­nych sfer rze­czy­wi­sto­ści (Po­mian 1996 a; Da­ston, Park 2001:74). W owym cza­sie zbio­ry ko­ściel­ne i ksią­żę­ce nie od­bie­ga­ły jesz­cze od sie­bie pod wzglę­dem cha­rak­te­ru eks­po­na­tów8. Wy­jąt­ko­wość oka­zów z jed­nej stro­ny okre­śla­ła wła­ści­cie­li owych skar­bów, z dru­giej zaś mó­wi­ła o świe­cie, o jego prze­strze­ni - nie­jed­no­rod­nej, cho­ciaż urzą­dzo­nej zgod­nie z pew­nym pla­nem. Bóg prze­ma­wiał do lu­dzi nie tyl­ko sło­wa­mi Pi­sma Świę­te­go, ale i po­przez księ­gę na­tu­ry.

Oczy­wi­ście naj­cen­niej­sze były re­li­kwie; ale sens mo­ral­ny i re­li­gij­ny mógł się za­wie­rać tak­że w oka­zach przy­ro­dy, w rzad­kich, eg­zo­tycz­nych ka­mie­niach, ro­śli­nach, sub­stan­cjach po­cho­dze­nia zwie­rzę­ce­go. Nie­rzad­ko cu­dow­ność prze­cho­dzi­ła w ma­gicz­ność. Wia­do­mo było na przy­kład, że róg jed­no­roż­ca neu­tra­li­zu­je dzia­ła­nie tru­ci­zny; cza­sem wy­star­czy­ło na­pić się z nie­go wody, nie­kie­dy trze­ba było po­słu­żyć się nim w for­mie sprosz­ko­wa­nej. Inne sub­stan­cje wska­zy­wa­ły, że po­karm zo­stał za­tru­ty - wy­dzie­lał się z nich wów­czas pot. Tak dzia­ła­ły na przy­kład ska­mie­nia­łe "ję­zy­ki węża" (zęby re­ki­na), uży­wa­ne czę­sto do wy­ro­bu ozdob­nych sol­ni­czek. Cza­sem cu­dow­ne dzia­ła­nie po­le­ga­ło na uzdra­wia­niu - pas z lwiej skó­ry le­czył bóle ne­rek, nie­któ­re ka­mie­nie po­ma­ga­ły w na­ro­dzi­nach dziec­ka (Da­ston, Park 2001:75). Cu­dow­ność czę­sto wią­za­no z rzad­ko­ścią i eg­zo­ty­ką. Kra­iną szcze­gól­nie ob­fi­tą w cu­dow­ne przed­mio­ty miał być Wschód.

Waż­ny jest tu ma­te­rial­ny wy­miar tych przed­mio­tów, pod­da­ją­cych się ma­ni­pu­la­cji w sfe­rze fi­zycz­nej, prak­tycz­nej i re­to­rycz­nej9. W isto­cie pew­ne rysy daw­ne­go prze­ka­zu ko­lek­cjo­ner­skie­go mogą do­star­czyć wska­zó­wek do po­szu­ki­wań od­po­wie­dzi na py­ta­nie, któ­re za­czę­ło za­ry­so­wy­wać się już wcze­śniej: jak ob­ra­zy dziw­nych istot z ma­nu­skryp­tów prze­kła­da­ły się na rze­czy­wi­stość form fi­zycz­nych?

Wróć­my raz jesz­cze do śre­dnio­wiecz­nych be­stia­riu­szy, gdzie sy­re­ny umiesz­czo­no we­spół z lwa­mi, wę­ża­mi i go­łę­bia­mi. Stwo­rze­nia zna­ne z do­świad­cze­nia (ta­kie jak na przy­kład koń), te z da­le­kich kra­jów (ta­kie jak słoń) oraz te, któ­re dziś zda­ją się cał­ko­wi­cie fan­ta­stycz­ne (jak jed­no­ro­żec), skła­dan­ki ludz­ko-zwie­rzę­ce (jak sy­re­na) czy zwie­rzę­co-zwie­rzę­ce (jak gryf) - trak­to­wa­no w ten sam spo­sób. Po­mi­ja się tu wie­dzę pły­ną­cą z co­dzien­ne­go do­świad­cze­nia. Jak za­uwa­żał Cli­ve Sta­ples Le­wis, twór­cy się­ga­ją do sta­ro­żyt­nych au­to­ry­te­tów na­wet wte­dy, gdy pi­szą o zwie­rzę­tach do­brze so­bie zna­nych, ta­kich jak na przy­kład ko­nie. "Nam opis za­cho­wa­nia zwie­rzę­ce­go wy­dał­by się nie­praw­do­po­dob­ny, gdy­by su­ge­ro­wał zbyt oczy­wi­sty mo­rał. Ale nie dla nich. Ich prze­słan­ki były od­mien­ne" (Le­wis 1995:151).

Isto­ty z be­stia­riu­szy two­rzą ję­zyk od­no­szą­cy się do rze­czy­wi­sto­ści, co nie zna­czy, że ob­ra­zu­ją ową rze­czy­wi­stość w spo­sób, jaki my okre­śla­my mia­nem re­ali­zmu: "W po­rów­na­niu ze śre­dnio­wiecz­ną teo­lo­gią, fi­lo­zo­fią, astro­no­mią czy ar­chi­tek­tu­rą śre­dnio­wiecz­na zoo­lo­gia wy­da­je nam się dzie­cin­na; przy­najm­niej taka zoo­lo­gia, jaką naj­czę­ściej mie­ści­li w książ­kach. Obok niej jed­nak - do­wo­dził Le­wis - ist­nia­ła prak­tycz­na zoo­lo­gia, któ­ra nie mia­ła nic wspól­ne­go z be­stia­ria­mi" (Le­wis 1995:147). Nie­zwy­kłość owych stwo­rzeń nie two­rzy szcze­lin, przez któ­re na jaw wy­do­by­wa się nie­zro­zu­mia­łe; dzie­je się wręcz prze­ciw­nie - po­wsta­je na­der wy­ra­zi­sty układ zna­czeń. Ist­nie­ją re­gu­ły ich ro­zu­mie­nia i prak­tycz­ne­go za­sto­so­wa­nia tej wie­dzy. Z jed­nej stro­ny jed­no­ro­żec jest więc zwie­rzę­ciem sil­nie na­ce­cho­wa­nym sym­bo­licz­nie, wpi­su­ją­cym się w ję­zyk ale­go­re­zy, słu­żą­cym w za­sa­dzie do my­śle­nia; z dru­giej - może zy­skać kon­kret­ność, wcho­dząc w świat po­przez ma­te­rial­ne zna­ki swe­go ist­nie­nia. Nie tra­ci przy tym cu­dow­no­ści, po­zo­sta­jąc w ści­słym związ­ku z kon­kret­ny­mi prak­ty­ka­mi kul­tu­ro­wy­mi, ta­ki­mi na przy­kład jak two­rze­nie ko­lek­cji czy uzdra­wia­nie.

Zna­no wów­czas bo­wiem i taką cu­dow­ność, któ­ra prze­ni­ka­ła prze­strzeń ży­cia. Wie­dzia­no o wo­dzie le­czą­cej cho­rych na wole, o ta­kiej, któ­ra za­mie­nia­ła się w sól, i o ta­kiej, któ­ra nig­dy nie wrze. Nie­kie­dy moż­na było do­kład­nie wska­zać jej źró­dła. Opo­wia­da­no o mni­szej świą­to­bli­wo­ści, któ­ra usu­wa węże z klasz­to­ru (choć z dru­giej stro­ny przy­pusz­cza­no, że przy­czy­ną może być tak­że spe­cy­fi­ka tam­tej­szej gle­by), i o ko­złach z oko­licz­nych gór z nie­zwy­kłym spry­tem umy­ka­ją­cych my­śli­wym. Wśród co­dzien­no­ści mo­gły ob­ja­wiać się po­two­ry, zja­wy, isto­ty ta­kie jak la­mie: "La­mie są to ko­bie­ty, któ­re za­kra­da­ją się do do­mów i po­ry­wa­ją nie­mow­lę­ta z ko­ły­sek. Po­two­ry (dra­is) za­miesz­ku­ją w ja­ski­niach na dnie rzek i zwa­bia­ją tam ko­bie­ty i dzie­ci, przy­bie­ra­jąc po­stać zło­tych pier­ście­ni. Mogą one rów­nież przyj­mo­wać po­stać ludz­ką i prze­cha­dzać się po miej­skich pla­cach. Ger­wa­zy z Til­bu­ry znał pew­ną ko­bie­tę, któ­ra zo­sta­ła w ten spo­sób wcią­gnię­ta do Ro­da­nu, by kar­mić tam swym mle­kiem syna ta­kie­go po­two­ra, i prze­by­wa­ła tam przez sie­dem lat. Po­wró­ciw­szy do świa­ta lu­dzi, roz­po­zna­ła jed­ne­go z tych smo­ków na głów­nym ryn­ku w Be­au­ca­ire. W Ro­da­nie pod ska­łą Ta­ra­scon, gdzie w cza­sach świę­tej Mar­ty krył się pe­wien wąż zwa­ny ta­tar­skim (ta­ra­sque), moż­na było w księ­ży­co­we noce wi­dzieć i sły­szeć smo­ki jako zja­wy" (cyt. za: Le Goff 1997:64) - pi­sał Ger­wa­zy z Til­bu­ry na po­cząt­ku XIII wie­ku. Po­czy­na­nia tych istot moż­na było tłu­ma­czyć, wska­zu­jąc na pew­ne au­to­ry­te­ty, ale ich ist­nie­nie nie za­my­ka­ło się w uczo­nych księ­gach. "La­mie, zwi­dy czy upio­ry są - we­dług le­ka­rzy - noc­ny­mi przy­wi­dze­nia­mi, a we­dług świę­te­go Au­gu­sty­na de­mo­na­mi. Po­dob­nie i upio­ry wkra­da­ją się nocą do do­mów i zsy­ła­ją na śpią­cych kosz­ma­ry, za­bu­rza­ją po­rzą­dek w domu i prze­no­szą w inne miej­sca małe dzie­ci. To wła­śnie przy­da­rzy­ło się w wie­ku nie­mow­lę­cym Hum­ber­to­wi, ar­cy­bi­sku­po­wi Ar­les, krew­ne­mu Ger­wa­ze­go z Til­bu­ry" (cyt. za: Le Goff 1997:64). W la­miach do­strze­ga­my cie­le­sność zdol­ną do trans­for­ma­cji; wi­dzi­my ko­bie­cość nie­ludz­ką, umie­ją­cą wtar­gnąć w świat lu­dzi. Po­stać czło­wie­ka może być przyj­mo­wa­na i po­rzu­ca­na. Cza­sem ko­bie­ta wy­kar­mi swym mle­kiem smo­ka, a ten ostat­ni prze­cha­dza się po­tem wśród lu­dzi nie­roz­po­zna­ny, ma­miąc ich swo­ją po­sta­cią.

Tej nie­zwy­kło­ści nie po­win­no się ob­ja­śniać, ko­rzy­sta­jąc wy­łącz­nie z na­sze­go ro­zu­mie­nia owe­go po­ję­cia. Przy­to­czo­ne po­wy­żej przy­kła­dy to mi­ra­bi­lia z Ar­les. Po­dob­nie jak tek­sty o la­miach po­cho­dzą z Otia Im­pe­ra­lia, któ­re Ger­wa­zy z Til­bu­ry spi­sał dla ce­sa­rza Ot­to­na IV. Mi­ra­bi­lia mia­ły po­gań­skie ko­rze­nie, ale nie po­zo­sta­wa­ły w izo­la­cji od ide­olo­gii chrze­ści­jań­skiej10. W dzie­le Ger­wa­ze­go wpi­sy­wa­ły się w ogól­ny ob­raz świa­ta oglą­da­ne­go i in­ter­pre­to­wa­ne­go z po­zy­cji okre­ślo­nej hi­sto­rycz­nie, geo­gra­ficz­nie i po­li­tycz­nie. Pierw­sza jego część zaj­mo­wa­ła się bo­wiem świa­tem od chwi­li stwo­rze­nia aż do znisz­cze­nia zie­mi przez po­top. Część dru­ga sta­no­wi­ła trak­tat z dzie­dzi­ny geo­gra­fii i hi­sto­rii - au­tor mó­wił w niej o świe­cie i o ce­sar­stwie. Część trze­cia na­to­miast to zbiór wspo­mnia­nych mi­ra­bi­liów. "Na­zy­wa­my rze­cza­mi nie­zwy­kły­mi (mi­ra­bi­lia) te zja­wi­ska, któ­re wy­my­ka­ją się na­sze­mu po­zna­niu, mimo że są na­tu­ral­ne" (cyt. za: Le Goff 1997:42) - ob­ja­śniał au­tor. Pi­sał tu o tym, co się mia­ło zda­rzyć na zie­miach, któ­re sam znał lub o któ­rych opo­wia­da­li mu lu­dzie tam by­wa­li, ale i o cu­dow­no­ściach z od­le­glej­szych ziem; czer­pał też ze świa­ta Gre­ków i Rzy­mian.

Dzi­siaj za­sad­ni­czym pro­ble­mem po­ja­wia­ją­cym się przy pró­bach zro­zu­mie­nia śre­dnio­wiecz­nej nie­zwy­kło­ści jest jej kon­struk­cja - od­mien­na od tego, co my na­zy­wa­my nie­zwy­kło­ścią, nie­sa­mo­wi­to­ścią czy fan­ta­sty­ką. Za tym idą inne za­sa­dy prze­kła­dal­no­ści róż­nych przed­sta­wień na sfe­rę rze­czy­wi­stą, a tak­że sze­rzej ro­zu­mia­na kwe­stia lek­tu­ry rze­czy­wi­sto­ści. "Ob­ra­ca­my się [...] w świe­cie nad­na­tu­ral­nym, lecz wy­da­je się, że cały ten nad­na­tu­ral­ny świat dzie­lił się na Za­cho­dzie XII-XIII wie­ku na trzy sfe­ry, któ­re w przy­bli­że­niu po­kry­wa­ją się z trze­ma przy­miot­ni­ka­mi: mi­ra­bi­lis, ma­gi­cus, mi­ra­cu­lo­sus" (Le Goff 1997:37) - pi­sał Le Goff, uka­zu­jąc pro­ces, któ­ry okre­ślił jako "wy­zy­ski­wa­nie nie­zwy­kło­ści w chrze­ści­jań­stwie w ogó­le, w na­uce i w hi­sto­rii" (Le Goff 1997:37). Pra­ca to­czy­ła się w paru ob­sza­rach - wśród kon­kret­nych przed­mio­tów, włą­czo­nych w sfe­rę ży­cia co­dzien­ne­go, w krę­gu nar­ra­cji i ob­ra­zów, ale i tam, gdzie Oj­co­wie Ko­ścio­ła two­rzy­li fi­lo­zo­ficz­no-re­li­gij­ne pod­sta­wy wła­ści­we­go in­ter­pre­to­wa­nia świa­ta. To­masz z Akwi­nu w III księ­dze Sum­ma con­tra gen­ti­les pi­sał więc, że po­rzą­dek na­ło­żo­ny przez Boga na rze­czy za­sa­dza się na tym, co się prze­ja­wia w więk­szo­ści wy­pad­ków. Za­zwy­czaj te same przy­czy­ny po­cią­ga­ją za sobą te same skut­ki. Bywa jed­nak, że coś prze­bie­ga w inny spo­sób za spra­wą pew­ne­go nie­do­stat­ku lub nad­mia­ru siły spraw­czej albo nie­od­po­wied­nie­go sta­nu ma­te­rii. Na­tu­ral­ny po­rzą­dek od­bie­ga wów­czas od tego, co jest za­zwy­czaj, w stro­nę tego, co rzad­kie, ale nie zmie­nia to w ni­czym Bo­żej opatrz­no­ści; tym bar­dziej bez uszczerb­ku dla opatrz­no­ści siła Boża może nie­kie­dy dzia­łać cał­kiem poza po­rząd­kiem na­ło­żo­nym na rze­czy na­tu­ral­ne (pre­ater or­di­nem na­tu­ria­li­bus in­di­tum re­gi­bus) - i w isto­cie co ja­kiś czas w ten wła­śnie spo­sób Bóg oka­zu­je swą moc (Tho­mas Aqu­in­tis: 3.99.9).

Po­rzą­dek na­tu­ral­ny może więc zo­stać na­ru­szo­ny na dwa spo­so­by. Pierw­sza sy­tu­acja to ta, gdy dzie­je się coś nie­prze­wi­dzia­ne­go, przy­pad­ko­we­go - na przy­kład za spra­wą nad­mia­ru siły spraw­czej ro­dzi się czło­wiek z sze­ścio­ma pal­ca­mi. Nie­zwy­kłe wy­da­rze­nia nie wy­ma­ga­ją za­wie­sze­nia Bo­że­go po­rząd­ku, ale za­cho­dzą nie­ja­ko poza nim. Na­zwać je moż­na p r e t e n a t u r a l n y m i od uży­te­go przez To­ma­sza wy­ra­że­nia pra­eter na­tu­rae or­di­nem (Da­ston, Park 2001:121). Do tej ka­te­go­rii za­li­cza­ją się mi­ra­bi­lia.

W dru­gim wy­pad­ku Bóg czy­ni cuda bez­po­śred­nio, nie wpro­wa­dza­jąc w po­rzą­dek na­tu­ry ja­kichś do­dat­ko­wych po­śred­nich przy­czyn. To są wy­da­rze­nia po­nadna­tu­ral­ne.

Jak­kol­wiek au­to­rzy od To­ma­sza mniej pre­cy­zyj­ni łą­czy­li pre­te­na­tu­ral­ne i po­nadna­tu­ral­ne, on wska­zy­wał, jak dro­gą ro­zu­mu moż­na je roz­dzie­lać (Tho­mas Aqu­in­tis: 3.101.2). W rze­czach po­ja­wia­ją­cych się poza zwy­kłym po­rząd­kiem ob­ser­wu­je­my efek­ty, ale nie zna­my przy­czyn - pi­sał. Przy­czy­na może jed­nak być zna­na jed­nym lu­dziom, a nie­zna­na in­nym. Astro­no­ma nie dzi­wi za­ćmie­nie Słoń­ca, gdyż zna jego przy­czy­ny; za­dzi­wi się nim je­dy­nie czło­wiek bę­dą­cy igno­ran­tem w tej dzie­dzi­nie - dla nie­go bę­dzie to cu­dow­ne (mi­rum). Na­to­miast to, co ma przy­czy­ny nie­da­ją­ce się wy­kryć, co jest cu­dow­ne samo w so­bie i bez­wa­run­ko­wo - to cud. Tu­taj przy­czy­ną jest sam Bóg. Pre­te­na­tu­ral­ne zja­wi­ska, rze­czy czy isto­ty zda­ją się cu­dow­ny­mi je­dy­nie lu­dziom, któ­rym brak pew­nej wie­dzy; to, co praw­dzi­wie cu­dow­ne, jest ta­kim dla wszyst­kich. Ta za­sa­da rzą­dzi­ła ro­zu­mie­niem mi­ra­bi­liów i cu­dów.

Nad cu­dem w ludz­kim świe­cie moż­na było spra­wo­wać swo­je­go ro­dza­ju kon­tro­lę, pod­da­jąc go au­to­ry­te­to­wi Ko­ścio­ła, któ­ry re­gu­lo­wał zwią­za­ne z nim prak­ty­ki. Poza tym nadal ist­nia­ła ma­gia - bli­ska sfe­rze po­dej­rza­nej, za­ka­za­nej, dia­bel­skiej; była też nie­zwy­kłość, wy­wo­dzą­ca się z cza­sów przed­chrze­ści­jań­skich, za­zna­cza­ją­ca się w opo­wie­ściach, spla­ta­ją­cych róż­ne mo­ty­wy i wąt­ki. Za­ra­zem jed­nak wy­two­rzy­ła się ten­den­cja do wpro­wa­dza­nia jej do sfe­ry uczo­nej i wy­ko­rzy­sty­wa­nia w ra­mach okre­ślo­nej re­to­ry­ki. Je­śli opi­sy­wa­no dzie­je, to wią­za­no mi­ra­bi­lia z kon­kret­ny­mi wy­da­rze­nia­mi; je­śli się­ga­no po daw­ny tekst, to opo­wie­ściom o fan­ta­stycz­nych zwie­rzę­tach i nie­ocze­ki­wa­nych wy­da­rze­niach nada­wa­no wy­dźwięk mo­ra­li­za­tor­ski. Nie­zwy­kło­ści da­wa­ło się wy­ko­rzy­stać w po­li­ty­ce, na przy­kład do umoc­nie­nia po­zy­cji pa­nu­ją­cych ro­dów. Do­ra­bia­no im mia­no­wi­cie mi­tycz­ne po­cząt­ki; po­tem stra­te­gię tę sto­so­wa­ły też mia­sta.

Oczy­wi­ście, jest to mo­de­lo­wy, uprosz­czo­ny ob­raz11. Dla nas w tym mo­men­cie waż­ne jest uświa­do­mie­nie so­bie wagi hi­sto­rycz­nych prze­mian, ja­kim ule­gał sto­su­nek do nie­zwy­kło­ści. To, co od­bie­ra­my jako pęk­nię­cie w po­rząd­ku świa­ta, by­wa­ło nie tyl­ko zna­kiem ob­ja­wie­nia się tego po­rząd­ku, ale i miej­scem, w któ­rym na­le­ża­ło pod­jąć lek­tu­rę rze­czy­wi­sto­ści w okre­ślo­nym try­bie. Sens świa­ta przed­sta­wio­ne­go mógł się do­peł­niać po­przez od­nie­sie­nia do nazw rze­czy; przyj­mo­wał też zna­cze­nie w per­spek­ty­wie mo­ral­nej, a sto­sow­nie do tego róż­ne rysy zy­ski­wa­ły bądź tra­ci­ły na ostro­ści. Owo usen­sow­nia­nie prze­bie­ga­ło w od­mien­nym od na­sze­go ho­ry­zon­cie wie­dzy i w ho­ry­zon­cie in­nej wy­obraź­ni. (Py­ta­nie o to, na czym po­le­ga­ła cie­le­sna nie­zwy­kłość, wy­raź­nie wią­że się tu z in­nym: czym w ogó­le była nie­zwy­kłość?).

Cia­ło rów­nież było my­śla­ne w róż­nych try­bach, ale owe try­by nie mu­sia­ły wza­jem­nie się zno­sić. Dziw­na for­ma mo­gła zna­czyć róż­ne rze­czy; czę­sto wska­zy­wa­ła na nie jed­no­cze­śnie, wy­ma­ga­jąc ta­kie­go uru­cho­mie­nia róż­nych sty­lów od­bio­ru (na przy­kład re­ali­stycz­ne­go i ale­go­rycz­ne­go), któ­re nie bę­dzie na­kie­ro­wa­ne na ich ze­stro­je­nie. Przy pró­bach uzgod­nie­nia róż­nych wi­zji cia­ła wy­ła­nia­ją­cych się z daw­nych prze­ka­zów na­po­ty­ka się licz­ne trud­no­ści. Ob­ra­zy i tek­sty ewo­ku­ją sprzecz­ne ze­sta­wy sen­sów, co w zwię­zły spo­sób uję­li Ja­cqu­es Le Goff i Ni­co­las Tru­ong: "Z jed­nej stro­ny chrze­ści­jań­stwo nie­ustan­nie je [tzn. cia­ło - A. W.] kieł­zna. "Cia­ło jest prze­brzy­dłym ubio­rem du­szy" - mówi pa­pież Grze­gorz Wiel­ki. Z dru­giej stro­ny jest ono glo­ry­fi­ko­wa­ne, mia­no­wi­cie po­przez cier­pią­ce cia­ło Chry­stu­sa, a uświę­co­ne w Ko­ście­le, mi­stycz­nym cie­le Chry­stu­sa. [...] Chrze­ści­jań­ska ludz­kość opie­ra się za­rów­no na grze­chu pier­wo­rod­nym (prze­kształ­co­nym w Śre­dnio­wie­czu w grzech płcio­wo­ści), jak i na wcie­le­niu; Chry­stus sta­je się czło­wie­kiem, aby te­goż czło­wie­ka wy­zwo­lić z grze­chu. W lu­do­wych prak­ty­kach cia­ło uję­te jest w kar­by an­ty­cie­le­snej ide­olo­gii zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­ne­go chry­stia­ni­zmu, lecz bro­ni się przed wy­par­ciem [...]. Cia­ło, no­si­ciel przy­war i grze­chu pier­wo­rod­ne­go, jest też no­śni­kiem zba­wie­nia: "Sło­wo sta­ło się cia­łem" - mówi Bi­blia. Jako czło­wiek Je­zus cier­piał" (Le Goff, Tru­ong 2006:29 i 30).

Dla kwe­stii, o któ­rej trak­tu­je ta książ­ka, za­sad­ni­cze zna­cze­nie ma to, że cia­ło sta­no­wi­ło ma­te­rię re­to­rycz­ną, po­zwa­la­ją­cą wy­ra­żać róż­ne sen­sy - to źró­dło ca­łych sys­te­mów me­ta­fo­rycz­nych. Bez nie­go trud­no by­ło­by so­bie wy­obra­zić nie tyl­ko ów­cze­sne mó­wie­nie o re­li­gii, ale i o po­li­ty­ce. Re­to­rycz­ny apel do cia­ła od­zna­cza się dużą siłą per­swa­zji, a cia­ło, do któ­re­go się prze­ma­wia, jest cia­łem czu­ją­cym, o czym mie­li­śmy oka­zję prze­ko­nać się przy lek­tu­rze frag­men­tu z Ge­sta Ro­ma­no­rum. Pie­kiel­ne cier­pie­nia i raj­skie roz­ko­sze rów­nież mają cha­rak­ter zde­cy­do­wa­nie zmy­sło­wy - ogień pie­kiel­ny pali cia­ło po­tę­pio­nych, ci zaś, któ­rzy od­bie­ra­ją na­gro­dy za swe czy­ny, cie­szą ucho mu­zy­ką, a pod­nie­bie­nie sma­kiem nie­biań­skiej stra­wy, czu­ją cu­dow­ne wo­nie i oglą­da­ją pięk­ne wi­do­ki.

Blem­mi­ci jako kul­tu­ro­we exem­plum

Wróć­my te­raz do owych Blem­mi­tów, któ­rych cie­le­sność su­ge­ro­wa­ła parę wąt­ków in­ter­pre­ta­cyj­nych. W ma­nu­skryp­cie sta­no­wią­cym punkt wyj­ścia ich ob­raz wy­raź­nie ewo­ko­wał sens gra­nic chrze­ści­jań­skie­go świa­ta i fun­du­ją­cych go norm. Były to pe­ry­fe­rie kul­tu­ry ro­zu­mia­ne tak­że w pla­nie geo­gra­fii. Je­śli jed­nak w na­szym świe­cie prze­kro­czo­ne zo­sta­ną pew­ne gra­ni­ce, gdy zlek­ce­wa­ży się pra­wa Boże, pra­wa na­tu­ry lub ja­kieś inne uwa­ża­ne za fun­da­men­tal­ne, może dojść do za­bu­rze­nia po­rząd­ku i po­mie­sza­nia form. Wska­zu­je na to przy­pa­dek pew­ne­go bez­głow­ca.

Prze­skocz­my parę wie­ków - do roku 1638, kie­dy to w ro­dzi­nie Anny , po­są­dzo­nej o od­stęp­stwo re­li­gij­ne, przy­szło na świat mar­twe dziec­ko: "mia­ło twarz, choć nie mia­ło gło­wy, uszy osa­dzo­ne na ra­mio­nach przy­po­mi­na­ły te u mał­py; bra­ko­wa­ło czo­ła, ale nad oczy­ma były czte­ry rogi twar­de i ostre [...], pę­pek i brzuch, z wi­docz­ną płcią, znaj­do­wa­ły się tam, gdzie win­ny być ple­cy, a ple­cy i bio­dra tam, gdzie wi­nien być brzuch" - pi­sał ów­cze­sny au­tor (cyt. za: La­cqu­eur 1993:121). U tej isto­ty przód mie­sza się z ty­łem, a to, co zwie­rzę­ce, z tym, co ludz­kie; wszyst­ko zda­je się od­wró­co­ne i peł­ne błę­dów - tak per­wer­syj­ne jak od­stęp­stwo od praw­dy Bo­żej.

Bez­gło­wa po­stać (Blem­mi­ta) na rę­ko­pi­sie opi­su­ją­cym cuda Wscho­du (De­scrip­tio to­po­gra­phi­ca ali­qu­ot re­gio­num, &c. in Orien­te. / Lat. et. Sax. / Mul­ta de mon­stris, &c. con­ti­net, haud dis­si­mi­li­bus iis quae me­mo­ran­tur apud So­li­num, Cte­siam, et in in­ter­po­la­tis exem­pla­ri­bus iti­ne­rum J. de Maun­de­vil­le, & c. Im­per­fec­tus vi­de­tur hic trac­ta­tus, fa­bu­li­sque ple­nus 1050, Bri­tish Li­bra­ry)

Stwór zmarł jesz­cze w ło­nie mat­ki, dwie go­dzi­ny przed uro­dze­niem - wie­dzia­no o tym, gdyż łóż­ko, na któ­rym le­ża­ła he­re­tycz­ka, za­czę­ło się trząść, a wo­kół dał się czuć za­pach tak obrzy­dli­wy, że obec­ne przy po­ro­dzie ko­bie­ty za­czę­ły wy­mio­to­wać.

Mon­stru­al­ność dziec­ka mówi o re­li­gij­nym od­stęp­stwie jego ro­dzi­ców. Zresz­tą samo po­czę­cie też na­zna­czo­ne było grze­chem. (Po­dej­rze­wa­no, że aku­szer­ka-wiedź­ma sta­ra­ła się uła­twić za­płod­nie­nie, po­da­jąc ko­bie­cie róż­ne spe­cy­fi­ki). To mon­strum sta­no­wi fi­gu­ra­cję ze­psu­cia. Wia­do­mo, że grzech za­pi­su­je się na ob­li­czu, ale w wy­pad­ku tej isto­ty jest to ra­czej kpi­na z ob­li­cza, kpi­na spo­wo­do­wa­na brzy­do­tą ży­cia poza bo­skim po­rząd­kiem.

Ce­lo­wo w tym miej­scu się­gam po ob­ra­zy bez­gło­wych istot po­cho­dzą­ce z róż­nych epok. To ze­sta­wie­nie uwy­dat­nia ich spe­cy­fi­kę: w obu sy­tu­acjach fi­gu­ra mon­strum ko­ja­rzy się z prze­kra­cza­niem re­guł for­my, a jed­no­cze­śnie z prze­kra­cza­niem gra­nic in­ne­go ro­dza­ju. Wi­dzi­my, co się dzie­je, gdy w ja­kiś spo­sób (fi­zycz­ny, mo­ral­ny, nie­kie­dy fi­zycz­ny i mo­ral­ny jed­no­cze­śnie) wy­kro­czy­my poza po­rzą­dek, któ­re­go win­ni­śmy się trzy­mać. Śre­dnio­wiecz­ne mon­stra za­miesz­ki­wa­ły od­le­głe zie­mie, kra­iny, o któ­rych nie­wie­le wie­dzia­no. Ich toż­sa­mość mo­gła być okre­ślo­na przez in­te­gral­ny zwią­zek mię­dzy de­for­ma­cją mo­ral­ną i fi­zycz­ną. Ten sam zwią­zek prze­ja­wia się rów­nież w na­ro­dzi­nach po­tom­ka he­re­tycz­ki.

Czy da się za­uwa­żyć inne związ­ki?

Spy­taj­my ra­czej: po co w ogó­le ich szu­kać? Czy ma sens śle­dze­nie po­do­bieństw, od­kry­wa­nie tego, co wspól­ne, i tego, co zmien­ne? Czy nie le­piej za­do­wo­lić się ze­wnętrz­ną for­mą tej sym­bo­li­ki, cie­sząc się jej bo­gac­twem?

Są­dzę, że wni­ka­nie w na­tu­rę owych sym­bo­li jest nie tyl­ko po­żą­da­ne, ale i ko­niecz­ne dla kul­tu­ro­wej re­flek­sji do­ty­czą­cej na­szej toż­sa­mo­ści. Fi­gu­ra mon­strum w syn­te­tycz­ny, a za­ra­zem prze­wrot­ny spo­sób una­ocz­nia, "co zna­czy być czło­wie­kiem w świe­cie, gdzie cia­łu i pod­mio­to­wo­ści gro­zi nie­ustan­ne roz­pły­nię­cie się" (Co­hen 1999:XVII). Tych słów użył Jef­frey Je­ro­me Co­hen w od­nie­sie­niu do kul­tu­ry Śre­dnio­wie­cza; moż­na im jed­nak nadać sens ogól­niej­szy.

Bez­gło­we po­sta­cie z dzie­ła chi­rur­ga Am­brio­ise'a Pa­re­go o mon­strach i cu­dach (Des mon­stres er pro­di­ges 1573)

Bez­głow­com bra­ku­je tego, co szcze­gól­nie wy­ra­zi­ście okre­śla isto­tę ludz­ką - nor­mal­ne­go ob­li­cza. Ich cia­ła, mimo znie­kształ­ce­nia, w ja­kiś spo­sób dają się po­rów­nać do na­sze­go. Swym by­tem za­da­ją py­ta­nie o gra­ni­cę mię­dzy tym, co ludz­kie, a tym, co nie­ludz­kie. Usta na brzu­chu ko­ja­rzą się z wy­bu­ja­łym ape­ty­tem - ga­stro­no­micz­nym i sek­su­al­nym. W Śre­dnio­wie­czu oba te ro­dza­je po­żą­da­nia uwa­ża­no za zwią­za­ne ze sobą, a po­stać z twa­rzą na brzu­chu ewo­ko­wa­ła ów sens w spo­sób syn­te­tycz­ny. Brak gło­wy - sie­dli­ska ro­zu­mu, miej­sca wy­twa­rza­nia mowy - wią­że się z de­for­ma­cją ję­zy­ka i ro­zu­mu. Isto­ty te za­tem kie­ru­ją się żą­dzą, nie umie­ją po­skro­mić cie­le­sne­go roz­bu­cha­nia (Wil­liams 1996:134-135).

Przy­kład bez­głow­ców pod­su­wa pew­ną su­ge­stię: My­śle­nie za po­mo­cą mon­stru­al­nych fi­gur to spo­sób zaj­mo­wa­nia się nie­ja­sny­mi, wąt­pli­wy­mi, bu­dzą­cy­mi nie­po­kój ob­sza­ra­mi ludz­kie­go by­cia w świe­cie. Za­rów­no po­wo­ły­wa­nie ich do ży­cia w tek­stach i ob­ra­zach, jak i do­strze­ga­nie w świe­cie rze­czy­wi­stym po­zwa­la zbli­żyć się ja­koś do obaw zwią­za­nych z za­bu­rze­niem owe­go po­rząd­ku i koń­cem ta­kie­go świa­ta, w któ­rym lu­dzie są w sta­nie czuć się bez­piecz­nie. Jest też pew­nym ro­dza­jem twór­czej re­flek­sji nad ludz­kim uni­wer­sum.

Wciąż jed­nak mu­si­my py­tać: Jak przed­sta­wia się układ, w od­nie­sie­niu do któ­re­go coś wy­da­je się od­stęp­stwem? Co dla lu­dzi jest tym ze­sta­wem ist­nień, w któ­re­go ra­mach mon­strom i po­two­rom wy­zna­cza się miej­sce w kul­tu­rze bądź też go od­ma­wia?

W Sło­wach i rze­czach Mi­chel Fo­ucault pi­sał o dwóch nie­cią­gło­ściach w epi­ste­me kul­tu­ry za­chod­niej: "pierw­sza z nich otwie­ra epo­kę kla­sycz­ną (oko­ło XVII wie­ku), dru­ga zaś na po­cząt­ku XIX wie­ku wy­zna­cza próg na­szej współ­cze­sno­ści. Ład, któ­ry wspie­ra na­sze my­śle­nie, ma inny mo­dus bytu niż ład kla­sy­ków" (Fo­ucault 2000:I 16).

Ów dzień, gdy Hut­chin­so­nom ro­dzi się po­twor­ne dziec­ko, wpisz­my w Fo­ucaul­tow­ską opo­wieść o epi­ste­mo­lo­gii. Jest rok 1638 i za­raz coś się sta­nie - a może dzie­je się wła­śnie te­raz. Wszak pierw­sza rup­tu­ra mia­ła roz­ci­nać daw­ny ład "oko­ło XVII wie­ku". Idąc za su­ge­stia­mi pod­su­wa­ny­mi przez Fo­ucaul­ta, po­trak­tuj­my prze­mia­ny wie­dzy nie w ka­te­go­riach po­stę­pu, roz­wo­ju, do­sko­na­le­nia me­tod po­znaw­czych, ale zmia­ny sa­me­go wzor­ca ro­zu­mie­nia świa­ta. ("Rzecz nie w tym, czy ro­zum do­ko­nał po­stę­pu; rzecz w tym, że mo­dus bytu rze­czy i ładu, któ­ry po­przez ich re­par­ty­cję przed­kła­da je wie­dzy, stał się głę­bo­ko od­mien­ny" (Fo­ucault 2000:I 17)).

Pa­trząc na daw­ne ob­ra­zy bez­głow­ców, win­ni­śmy mieć na uwa­dze miej­sce, w któ­rym sami się znaj­du­je­my, pa­mię­tać o tym, że spo­glą­da­my spo­za wyrw w daw­nych po­rząd­kach my­śli. Owe wy­rwy spra­wia­ją, że po­gań­ska isto­ta z krań­ców świa­ta, uka­za­na na kar­tach śre­dnio­wiecz­ne­go ma­nu­skryp­tu, i po­twor­ne dziec­ko od­stęp­czy­ni re­li­gij­nej na­ro­dzo­ne w ło­nie kul­tu­ry Za­cho­du prze­sta­ją być uj­mo­wa­ne jako stwo­rze­nia tej sa­mej ka­te­go­rii. Nie ma też już jed­ne­go po­rząd­ku mo­ral­ne­go, wy­zna­cza­ją­ce­go ścież­ki ro­zu­mie­nia tych po­twor­no­ści. Każe to zwró­cić uwa­gę na wy­miar, w ja­kim usta­na­wia­ne są re­la­cje mię­dzy tym, co ludz­kie, tym, co nie­ludz­kie, a tym, co w ogó­le prze­kra­cza to roz­róż­nie­nie.

Z dru­giej stro­ny mo­że­my nie do­strze­gać ja­kichś róż­nic po­mię­dzy tymi dwo­ma ob­ra­za­mi - a cho­dzi­ło­by tu o róż­ni­ce w spo­so­bie, w jaki owe mon­stru­al­ne po­sta­cie wpi­sy­wa­ne są w ów­cze­sny układ sen­sów, po­twier­dza­jąc go, kwe­stio­nu­jąc lub wy­ra­ża­jąc jego apo­rie.

Po­zo­stań­my jesz­cze chwi­lę przy in­spi­ra­cjach Fo­ucaul­tow­skich. Jak wia­do­mo, fi­lo­zof ten uj­mo­wał kwe­stię ro­zu­mie­nia czło­wie­ka w spo­sób, któ­ry może się zda­wać pro­wo­ka­cją: pi­sał bo­wiem o swo­istym two­rze­niu czło­wie­ka przez myśl Za­cho­du. Ta ge­ne­alo­gia an­tro­po­cen­try­zmu wią­że się z tym, w jaki spo­sób czło­wiek wy­snu­wa sens ze świa­ta: "W mia­rę [...] jak rze­czy za­my­ka­ją się w so­bie, znaj­du­ją za­sa­dę wła­snej zro­zu­mia­ło­ści je­dy­nie w sta­wa­niu się i po­rzu­ca­ją prze­strzeń re­pre­zen­ta­cji, w polu za­chod­niej wie­dzy po raz pierw­szy po­ja­wia się czło­wiek. A co oso­bli­we, ten czło­wiek - choć jego po­zna­nie ucho­dzi dla na­iw­ne­go spoj­rze­nia za naj­star­sze z do­cie­kań od cza­sów So­kra­te­sa - jest co naj­wy­żej kon­fi­gu­ra­cją za­ry­so­wa­ną przez nowy układ, któ­ry ten ład przyj­mu­je te­raz w ob­rę­bie wie­dzy. Stąd zro­dzi­ły się wszyst­kie chi­me­ry no­wych hu­ma­ni­zmów. Wszyst­kie uprosz­cze­nia "an­tro­po­lo­gii", poj­mo­wa­nej jako na poły po­zy­tyw­na, na poły fi­lo­zo­ficz­na re­flek­sja o czło­wie­ku w ogó­le. Ja­każ to jed­nak po­cie­cha i głę­bo­kie uspo­ko­je­nie, gdy się po­my­śli, że czło­wiek jest sto­sun­ko­wo świe­żym wy­na­laz­kiem, fi­gu­rą li­czą­cą za­le­d­wie dwa wie­ki, zwy­czaj­nym fał­dem w na­szej wie­dzy, któ­ry znik­nie na­tych­miast, gdy przyj­mie ona nowy kształt" (Fo­ucault 2000:I 18). Ten wła­śnie czło­wiek bę­dzie pod­da­ny dia­lek­ty­ce ładu i od­stęp­stwa ro­zu­mia­nej na spo­sób oświe­ce­nio­wy - ćwi­czo­ny, le­czo­ny, edu­ko­wa­ny, na­pra­wia­ny i po­pra­wia­ny w szpi­ta­lu, w ko­sza­rach, w wię­zie­niu...

Sy­tu­acje, któ­re ja­wią się nam w opi­sa­nych wcze­śniej przy­kła­dach, do­ty­czą jed­nak cza­sów wcze­śniej­szych. An­tro­po­lo­gia nie za­ję­ła się jesz­cze isto­ta­mi za­miesz­ku­ją­cy­mi pe­ry­fe­rie cy­wi­li­za­cji, a me­dy­cy­na nie za­anek­to­wa­ła świa­ta tych, któ­rzy cie­le­śnie lub umy­sło­wo wy­kra­cza­ją poza nor­mę - oś ładu mo­ral­ne­go po­zwa­la­ła, by obej­mo­wał ich wspól­ny krąg sen­sów. Ob­ser­wu­jąc kry­sta­li­zo­wa­nie się re­flek­sji nad isto­ta­mi ludz­ki­mi i nad rze­czy­wi­sto­ścią, w któ­rej ro­dzą się i żyją, trze­ba zwra­cać uwa­gę na owe łą­cza mię­dzy po­rząd­kiem mo­ral­nym a sen­sem po­rząd­ku spo­łecz­ne­go. W jaki spo­sób jed­no od­no­si się do dru­gie­go? Czy wa­run­ku­ją się one wza­jem­nie? Czy mo­że­my po­wie­dzieć, że jed­no od­bi­ja się w dru­gim? Mu­si­my za­wsze py­tać nie tyl­ko o to, co jawi się na daw­nych ilu­stra­cjach i ja­kie hi­sto­rie wią­za­no z tymi ob­ra­za­mi, ale i w jaki spo­sób my­śla­ne były owe ob­ra­zy; cza­sem trze­ba po­dać w wąt­pli­wość ich oczy­wi­stość. Cóż z tego, że roz­po­zna­my for­mę, je­śli sko­ja­rzy­my ją z błęd­nym zna­cze­niem lub je­śli - co bar­dzo praw­do­po­dob­ne - na­ło­ży­my na nią na­sze wła­sne zna­cze­nie?12

W tym kon­tek­ście war­to pa­mię­tać o naj­waż­niej­szym z dro­go­wska­zów, któ­re przy­go­to­wa­ła Fo­ucaul­tow­ska nar­ra­cja Słów i rze­czy, o po­ję­ciu re­pre­zen­ta­cji - hi­sto­rycz­nie zmien­nym i bar­dzo su­ge­styw­nym pod wzglę­dem in­ter­pre­ta­cyj­nym: "Aż do koń­ca XVI wie­ku od­wzo­ro­wa­nie [res­sem­blan­ce] było zwor­ni­kiem wie­dzy kul­tu­ry za­chod­niej. Ono kie­ro­wa­ło w znacz­nej mie­rze eg­ze­ge­zą i in­ter­pre­ta­cją tek­stów, ono or­ga­ni­zo­wa­ło grę sym­bo­li, umoż­li­wia­ło po­zna­nie rze­czy wi­dzial­nych i nie­wi­dzial­nych, rzą­dzi­ło sztu­ką przed­sta­wia­nia. Świat za­ta­czał krąg wo­kół sie­bie - zie­mia po­wta­rza­ła nie­bo, twa­rze od­bi­ja­ły się w gwiaz­dach, a zio­ła kry­ły w ło­dy­gach słu­żą­ce lu­dziom se­kre­ty" (Fo­ucault 2000:I 40). Fi­gu­ry re­pre­zen­ta­cji - co­nven­tien­tia, czy­li od­po­wied­niość, aemu­la­tio, ana­lo­gia i sym­pa­tia - po­ru­sza­ły myśl i or­ga­ni­zo­wa­ły spo­sób wy­ra­ża­nia. "Szu­kać sen­su - to wy­do­by­wać na jaw to, co jest od­wzo­ro­wa­ne. Szu­kać pra­wa zna­ków - to od­sła­niać rze­czy, któ­re są swo­imi od­wzo­ro­wa­nia­mi. Gra­ma­ty­ka by­tów jest ich eg­ze­ge­zą. Ję­zyk zaś, któ­rym byty te się po­słu­gu­ją, mówi tyl­ko o łą­czą­cej je syn­tak­sie. Na­tu­ra rze­czy, ich ko­eg­zy­sten­cja, łą­czą­ce je ze sobą i usta­na­wia­ją­ce mię­dzy nimi ko­mu­ni­ka­cję taj­ne przej­ścia nie tak zno­wu wie­le się róż­nią od ich od­wzo­ro­wa­nia. A ono z ko­lei po­ja­wia się tyl­ko w sie­ci zna­ków, któ­ra po­kry­wa świat aż po jego krań­ce" (Fo­ucault 2000:I 55). Z tym prze­ko­na­niem spo­glą­da­no na rze­czy zna­ne i nie­zna­ne, na róż­no­rod­ność ja­wią­cą się w ho­ry­zon­tach wie­dzy.

Dziw­ne rasy a jed­nost­ko­we mon­stra

Kie­dy na śre­dnio­wiecz­nym ma­nu­skryp­cie ma­lo­wa­no etiop­skich Blem­mi­tów, gra­ni­ca mię­dzy cu­dem a cu­dow­no­ścią była płyn­na. W li­te­ra­tu­rze o da­le­kich kra­jach wą­sko ro­zu­mia­na wia­ry­god­ność mi­me­tycz­nych opi­sów zwie­rząt, ro­ślin, mi­ne­ra­łów nie­ko­niecz­nie sta­wa­ła się spra­wą pierw­szej wagi. Da­le­kie kra­iny wraz z ich nie­zwy­kło­ścia­mi nie tyl­ko znaj­do­wa­ły się poza sfe­rą co­dzien­ne­go do­świad­cze­nia, ale i nie mia­ły prak­tycz­ne­go zna­cze­nia dla ży­cia Eu­ro­pej­czy­ków - re­la­cje o nich dało się trak­to­wać jako otwar­cie dro­gi ku ta­kim fan­ta­zjom, któ­re kon­kre­ty­zo­wa­ły się w tych sa­mych re­jo­nach wy­obraź­ni co na przy­kład ro­man­se ry­cer­skie. Oczy­wi­ście mo­gły rów­nież być czy­ta­ne jako zna­ki o cha­rak­te­rze teo­lo­gicz­nym, bę­dąc za­czy­nem ale­go­rycz­nych ob­ra­zów, ta­kich jak te za­war­te w Ge­sta Ro­ma­no­rum. Cza­sem do­mi­nu­ją­ce sta­wa­ły się tony au­gu­stiań­skie - cu­dow­ność da­le­kich ziem wska­zy­wa­ła na moc Stwór­cy i ogrom jego za­my­słu. To, czy owe ludy rze­czy­wi­ście ist­nie­ją, było dla Au­gu­sty­na mniej waż­ne; po­trzeb­ne mu były je­dy­nie jako mo­tyw słu­żą­cy roz­wa­ża­niom o du­szy. Praw­da za­ry­so­wy­wać się więc mo­gła w róż­nych płasz­czy­znach do­słow­nych i fi­gu­ra­tyw­nych, a zna­cze­nie mo­ral­ne i du­cho­we oka­zy­wa­ło się co naj­mniej rów­nie istot­ne jak do­kład­ność opi­su (Da­ston, Park 2001:60).

Zda­rze­nia za­cho­dzą­ce w prze­strze­ni co­dzien­no­ści, a za­tem i na­głe na­ro­dzi­ny mon­strum, po­two­ra, ludz­ko-zwie­rzę­cej hy­bry­dy wy­ma­ga­ły in­ne­go pro­gra­mu praw­dy (Da­ston, Park 2001:64-65). Wpraw­dzie her­ma­fro­dy­ta, któ­ry po­ja­wił się tuż obok, ze­wnętrz­nie przy­po­mi­nał tego, któ­ry ja­ko­by żył gdzieś w Afry­ce, w ple­mie­niu po­dob­nych so­bie An­dro­gy­nów, ale w od­róż­nie­niu od nich sta­no­wił wy­raz in­ter­wen­cji bo­skiej od­no­szą­cej się do kon­kret­nej sy­tu­acji. Dla­te­go też mon­stra - jak czy­ta­li­śmy u Izy­do­ra z Se­wil­li - speł­niw­szy swą sy­gni­fi­ka­cyj­ną funk­cję, umie­ra­ły. To, co w nie­zwy­kłych ra­sach było ich ce­chą sta­łą, ufor­mo­wa­ną nie­ja­ko w spo­sób na­tu­ral­ny, z jed­nej stro­ny wpi­sa­ną w Boży plan two­rze­nia świa­ta, z dru­giej wy­ni­ka­ją­cą ze spe­cy­fi­ki kli­ma­tu, u jed­nost­ko­wych mon­strów bra­ło się z cze­go in­ne­go. Rasy ta­kie jak psio­gło­wi Cy­no­ce­fa­le wzbu­dza­ły cie­ka­wość, ale nie­ko­niecz­nie mo­ral­ne po­tę­pie­nie. W opi­sach mo­gły po­ja­wić się tony gro­zy, ale wią­za­ły się one z przy­pusz­cze­niem, że owe kre­atu­ry by­wa­ją groź­ne dla czło­wie­ka. Na­to­miast hy­bry­dycz­ne jed­nost­ki zro­dzo­ne w ło­nie wła­sne­go spo­łe­czeń­stwa na pierw­szy rzut oka nie tyle wpi­sy­wa­ły się w bo­ski po­rzą­dek, ile zda­wa­ły się z nie­go wy­ry­wać. W ten spo­sób sy­gna­li­zo­wa­ły jed­nak prze­kro­cze­nie norm - wska­zu­jąc na ludz­ki wy­stę­pek, za­po­wia­da­ły jego kon­se­kwen­cje.

Kie­dy nie­fo­rem­ne cia­ło po­ja­wia się na­gle tu i te­raz, gdy dez­or­ga­ni­zu­je rze­czy­wi­stość, wy­ma­ga­jąc od lu­dzi, by w spo­sób prak­tycz­ny usto­sun­ko­wa­li się do tego wy­pad­ku, wzbu­dza prze­ra­że­nie. Po­szu­ki­wa­nie sen­su owej od­mien­no­ści do­ko­nu­je się pod na­ci­skiem in­nych emo­cji niż te, któ­re mo­gły wy­stą­pić przy ze­tknię­ciu się z re­la­cja­mi o ra­sach dziw­nych istot. Pra­wi­dło­we od­czy­ta­nie Bo­że­go zna­ku to spra­wa za­sad­ni­cza dla pod­ję­cia środ­ków ma­ją­cych za­po­biec nie­szczę­ściu. Je­śli się tego nie uczy­ni, zda­rzy się coś złe­go - głód, woj­na, za­ra­za. A za­tem: Kogo ów znak do­ty­czy - ja­kiejś gru­py lu­dzi czy ca­łej spo­łecz­no­ści? Kto po­wi­nien wy­ra­zić skru­chę, po­ku­to­wać, zmie­nić po­stę­po­wa­nie? Waż­na może być każ­da in­for­ma­cja - miej­sce i czas na­ro­dzin, na­ocz­ni świad­ko­wie, sta­tus ro­dzi­ców, ich pro­wa­dze­nie się i oczy­wi­ście wy­gląd no­wo­rod­ka. Za­pi­su­je się to, ilu­stru­je sto­sow­ny­mi wi­ze­run­ka­mi, któ­re funk­cjo­nu­ją w in­nym try­bie niż te z opo­wie­ści o da­le­kich kra­jach, ro­man­sach, a tak­że be­stia­riu­szy czy en­cy­klo­pe­dii - wszak cho­dzi o praw­dzi­wość wpły­wa­ją­cą bez­po­śred­nio na ludz­kie ży­cie.

Trze­ba jesz­cze było zde­cy­do­wać, czy w ogó­le jest to isto­ta ludz­ka, czy ją ochrzcić, a je­śli tak, to jak ów chrzest po­wi­nien się od­być (na przy­kład u zro­śnię­tych ze sobą bliź­niąt nie wia­do­mo było, czy chrzcić jed­ną oso­bę czy dwie). Moż­na w tym wi­dzieć pro­ce­du­ry de­fi­nio­wa­nia mon­strum w ra­mach pew­ne­go po­rząd­ku mo­ral­ne­go. (Tego ro­dza­ju de­fi­ni­cja od po­cząt­ku okre­śli­ła sens, jaki mia­ły na­ro­dzi­ny po­tom­ka Anny Hut­chin­son).

To praw­da, że owe dwa mon­stra - sie­dem­na­sto­wiecz­ne i śre­dnio­wiecz­ne - nie mogą być ta­kim sa­mym zna­kiem. Nie­zmien­ne jest je­dy­nie to, że ob­raz cie­le­snych de­for­ma­cji w szcze­gól­ny spo­sób prze­ma­wia do wi­dza, an­ga­żu­jąc go jako isto­tę zmy­sło­wą, wią­żąc ro­zu­mie­nie z od­czu­wa­niem. Ale już re­ak­cje, któ­re wy­wo­łu­je, by­wa­ją róż­no­rod­ne. O prze­mia­nach tych bę­dzie mowa w dal­szym cią­gu książ­ki - na ra­zie przyj­mij­my, że dzie­je się tak dla­te­go, że zmie­nia­ją się za­rów­no stra­te­gie po­zna­nia, jak i kul­tu­ro­we wzor­ce za­rzą­dza­nia cia­łem.

Z dru­giej jed­nak stro­ny wy­da­je się, że ist­nie­je pew­na bar­dzo ogól­na płasz­czy­zna, na któ­rej mo­że­my mó­wić o wspól­no­cie sen­su na­wet ob­ra­zów tak od­le­głych jak etiop­scy Blem­mi­ci Śre­dnio­wie­cza i po­to­mek sie­dem­na­sto­wiecz­nej he­re­tycz­ki. Cho­dzi­ło­by mia­no­wi­cie o sens wy­kro­cze­nia poza pe­wien po­rzą­dek nor­ma­tyw­ny. Jak­kol­wiek nor­my te od­no­szą się do lu­dzi, to nie­ko­niecz­nie przez nich są sta­no­wio­ne. Ob­raz dziw­nej cie­le­sno­ści to szcze­gól­ny ro­dzaj re­flek­sji nad gra­ni­ca­mi tego, co ludz­kie. Same gra­ni­ce da­dzą się de­fi­nio­wać na róż­ne spo­so­by - jako gra­ni­ce ludz­kie­go świa­ta w sen­sie czy­sto geo­gra­ficz­nym, ale tak­że jako gra­ni­ce po­zna­nia, gra­ni­ce praw ludz­kich albo bo­skich. Cia­ło zde­for­mo­wa­ne oka­zu­je się nie­zwy­kle po­ręcz­ną ma­te­rią do wy­ra­ża­nia sze­ro­kie­go za­kre­su sen­sów. Za­sta­na­wia­ją­ce jest przy tym, że to, co u jed­nost­ko­we­go od­mień­ca w spo­sób nie­unik­nio­ny jest de­for­ma­cją, u ras ludz­kich sta­je się for­mą od­mien­no­ści - for­mą, któ­ra może wzbu­dzać cie­ka­wość, za­dzi­wie­nie, ini­cjo­wać szcze­gól­ny ro­dzaj za­chwy­tu nad róż­no­rod­no­ścią. Nie­rzad­ko przy­wo­ły­wa­ne świa­ty kon­kre­ty­zu­ją się w kil­ku try­bach, nie­ko­niecz­nie wy­ma­ga­jąc od czy­tel­ni­ka czy wi­dza re­ali­stycz­ne­go sty­lu od­bio­ru.

Po­to­mek Anny Hut­chin­son nie­wąt­pli­wie zna­la­zł­by po­dob­nych so­bie ra­czej wśród śre­dnio­wiecz­nych mon­strów za­po­wia­da­ją­cych nie­szczę­ścia czy wska­zu­ją­cych na ludz­kie grze­chy niż wśród eg­zo­tycz­nych ras - jak­kol­wiek owo po­do­bień­stwo za­wsze bę­dzie mia­ło swo­je gra­ni­ce. Róż­ni­ce nie kry­ją się bo­wiem wy­łącz­nie w for­mie - wy­pły­wa­ją z sen­su, jaki ta for­ma ko­no­tu­je w okre­ślo­nych kon­tek­stach.