Prolog
Prolog
Strachastycznie łazić po Monster High, kiedy
nikogo innego tu nie ma. Nie uważasz? - Draculaura nie była pewna,
dlaczego jej ojciec Dracula poprosił, by mu towarzyszyła podczas tej
wyprawy. Ani w ogóle dlaczego się tu wybrał. Ale w Monster High latem
panowała niesamowita atmosfera.
Puste korytarze gęściej niż zazwyczaj zasnuwały pajęczyny. W drodze do
gabinetu ojca - przeznaczonego dla przewodniczącego rady szkoły Monster
High - wampirka wpakowała się w co najmniej trzy. Stukot jej obcasów
odbijał się donośnym echem po pustych pasażach, podczas gdy jej tata jak
zwykle sunął obok niej bezgłośnie. Od szkoły biła woń wilgoci, jakby w basenie znów wykwitły toksyczne algi albo kraken uprawiał w środku
bodysurfing.
Brakowało jej rozmaitych zapachów duchczyn: pikantnych,
kardamonowo-cynamonowych perfum Cleo i żelu do włosów Clawdeen z nutką
sosny i księżycowej poświaty, chloru, który bił od skóry oraz włosów
Lagoony, chemikaliów z laboratorium Ghoulii, zalatującego formaldehydem
aromatu Frankie.
Cisza - żadnych jęków, stęków ani plotek. Nie pikały powiadomienia
stresemesów na iKryptach, nie trzaskały szafki, nie spadały książki. Po
marmurowej posadzce nie stukały inne obcasy, a palce nie bębniły w biurko, gdy czekała, aż tata skończy wyjmować książki z regałów za
biurkiem i odrzucać je, nim wreszcie jej odpowie. Wciąż słychać było
odległe echa niewiadomego chaosu i zgrozy, które rozgrywały się w katakumbach, lecz różniły się one diametralnie od bałaganu, który
obsesyjnie pedantyczny ojciec robił we własnym gabinecie.
Dracula rzadko zaglądał do Monster High latem. Wolał wpadać w trakcie
roku szkolnego i robić jej niespodziankę, wyłaniając się z cieni w samym
środku lekcji parafizyki. Poprzednim razem aż wrzasnęła i przewróciła
swój palnik Bunsena. Nie miała wątpliwości, że pan Siepacz kazałby jej
zostać po lekcjach za karę, że podpaliła całą stertę szkolnych zeszytów...
Tyle że jej kolega z klasy Heath Burns, żywiołak ognia, więcej zniszczeń
robił na co dzień, a zresztą jej ojciec budził w istotach z Monster High
tak nabożny podziw i szacunek, że to pan Siepacz przeprosił wówczas
Draculaurę.
- Tato? - ponagliła.
- Hm? - Dracula mruknął z roztargnieniem, skończywszy przeszukiwanie
regałów wzdłuż ścian i przerzuciwszy się na szuflady biurka. Zauważyła,
że na moment przymknął oczy i pomasował sobie skronie.
Coś go wytrąciło z równowagi. Dracula nie znosił gubić rzeczy. Na pewno
mu to dopiekło - i to dosłownie. Draculaurze się zdawało, że widzi, jak
spod wicherka na jego czole kapie pot. Nie wiedziała nawet, że jej
adopcyjny ojciec może się pocić.
- Pomóc ci szukać? - zaproponowała. - Świetnie mi wychodzi namierzanie
zagubionych rzeczy. Mam ogromną wprawę dzięki Frankie, ona ciągle traci
głowę, ręce, a jednego razu jej mały palec u stopy zaginął na wiele
godzin, ale w końcu wypatrzyłam go przy drzwiach do stypówki.
- Powinna tu być - wycedził Dracula, a potem trzasnął ostatnią szufladą
biurka. Na ogół po takim uderzeniu mebel rozpadłby się w drzazgi, więc
wampir najwyraźniej powściągnął swoją siłę, bo biurko ledwie drgnęło. -
Widocznie przeoczyłem.
Przymrużyła powieki. Czy on oszczędzał prawą rękę? Tak, prawie na pewno
- przyciskał ją do piersi i posykiwał, gdy nią poruszał.
W drodze do szkoły Dracula był dziwnie milczący. Zdecydował się na jazdę
samochodem - przypuszczalnie dlatego że ona nie potrafiła przemienić się
w nietoperza i pofrunąć - ale tym razem nie prosił nawet, by spróbowała,
ani się nie upierał, że jeśli tylko Draculaura się skoncentruje, to na
pewno jej się uda. Może w końcu złożył broń? Pojął, że córka rozwinie
wampirze umiejętności we własnym tempie, a ciągłe naciski jej w tym nie
pomogą?
Chociaż właściwie jej to nie przeszkadzało. A przynajmniej na ogół. A kiedy zabrakło jej pewności siebie, grożynki zawsze dodawały jej otuchy,
przekonując, że jest trupastyczna właśnie dzięki swoim osobliwym
niedoskonałościom. Być normikiem i człowiekiem to pewnie okropne nudy.
Wiedziała, że oficjalną przyczyną ukrywania za sprawą magii świata
potworów przed oczyma ludzi jest obawa przed dyskryminacją
antymonstrualną i atakami, ale może też ludzie byliby zazdrośni, gdyby
się dowiedzieli, że potwory istnieją naprawdę i mają tak niezwykłe
umiejętności? Hmm. Może Ghoulia coś o tym wie.
- Draculauro? - Dracula odkaszlnął, a ona odniosła wrażenie, że odzywa
się do niej nie pierwszy raz. Ojciec miał bladą twarz... Cóż, jeszcze
bledszą niż zwykle. - Słuchasz mnie?
Zrezygnował z poszukiwań i rozparł się na skórzanym fotelu przy biurku.
Od potu zamókł lekko kołnierzyk zawsze nieskazitelnej koszuli i ściemniały włosy na skroniach ojca. Zawsze miał kilka siwych kosmyków -
nie sposób przeżyć tysiąclecia, nie dorobiwszy się paru pamiątek - lecz
nagle jakby się postarzał.
Wyglądał wręcz staro.
Draculaurę przeszył dreszcz.
- Denaturalnie, tato. - Wskoczyła na skraj biurka i zaczęła mu
przestawiać przybory do pisania. Układał je sobie rodzajami: długopis,
pióro wieczne, pióro gęsie, ale ona wolała, gdy były uporządkowane
kolorystycznie. A właściwie to wolała sobie popatrzeć, jak tatę to
drażni. Dracula prawie zawsze zachowywał powagę - a dzisiaj jeszcze
bardziej - ale na ogół potrafiła tak się z nim podroczyć, by się
uśmiechnął i błysnął kłem.
- Musisz mnie wysłuchać - rzekł, przyciskając lewą rękę do piersi, po
czym ponownie odkaszlnął. - Na wypadek gdyby mnie kiedyś zabrakło...
- O czym ty opowiadasz? - roześmiała się Draculaura, przemycając
zakreślacz i ołówek do grupki wiecznych piór. - Przecież jesteś
nieśmiertelny.
Ignorując jej słowa, ciągnął:
- I na wypadek gdyby mnie nie było, jest kilka kwestii...
- Wybierasz się na wycieczkę? - Draculaura upuściła przybory do pisania
i z zaskoczeniem zauważyła, że tata ani drgnął, gdy rozsypały się
bezładnie na blacie biurka. - Mogę z tobą? Chyba nie odchodzisz z rady
szkoły, prawda? Monster High cię potrzebuje.
- Draculauro, to ważne. - Dracula wyprostował się na krześle, ściągając
brwi tak, że na ten widok każdy oprócz jego córki zsiusiałby się w majtusie. - Pamiętasz przyjęcie na zakończenie roku u Steinów?
Machnęła w jego stronę gęsim piórem.
- Denaturalnie. - Nie była jednak pewna, jak przystają do siebie dwie
części jego wypowiedzi. Jej zdaniem imprezy były ważne, ale on rzadko
podzielał ten pogląd. W dodatku impreza, która odbyła się tydzień temu?
- Coś się tam stało?
- Pamiętasz, jak doznałem oparzeń słonecznych?
- Tak. - Przewróciła oczami. Czyżby czekało ją jednak jakieś
rodzicielskie kazanie? - A jeżeli ty pamiętasz, to mówiłam, żebyś się
posmarował blokerem. I chodziłam za tobą z butelką kremu z filtrem SPF
tysiąc, ale za każdym razem, gdy próbowałam ci ją podać, jakiś potwór
wciągał cię w rozmowę.
Tata nie przepadał za przyjęciami, ale wszyscy inni członkowie potwornej
społeczności ogromnie cieszyli się ze spotkania z nim. Monstra
praktycznie ustawiły się do niego w kolejce, żeby się przywitać, zapytać
o zdanie, choć na chwilę zaskarbić sobie jego uwagę i uznanie. Większość
potworów nie wytrzymałaby zresztą dłużej niż chwilkę, bo Dracula
dokumentnie je zastraszał.
Taki był jej tata: sławny, onieśmielający, fascynujący. Obserwowała
oczarowana, jak Dracula stara się złagodzić srogie oblicze, gdy jej
zmoraciółka Clawdeen przedstawiała mu najnowszego członka rodzinnej
watahy albo gdy tata Frankie, doktor Stein, próbował wzbudzić w nim
podziw dla swojego najnowszego eksperymentu w dziedzinie tworzenia
prądu.
Mniej ją urzekły bąble po oparzeniach słonecznych, które widziała na
skórze taty późnym wieczorem. Powinna była się wtrącić, uprzeć, by
posmarował się grubą warstwą kremu ochronnego z filtrem albo chociaż
wziął od niej parasolkę przeciwsłoneczną. Może nie prezentowało się to
zbyt szykownie, ale się sprawdzało.
- Ekhm. - Dracula znów odkaszlnął, a potem z jego piersi dobył się
bolesny, dudniący odgłos: Draculaura dopiero po chwili uprzytomniła
sobie, że to kaszel. Jej tata kaszlał?
Zanim dotarł do niej ten niezgrozopodobny fakt,
Dracula złapał oddech i nakazał: - Wymień trzy sposoby, na które wampir
może umrzeć.
- Umrzeć? Nic ci nie jest? - pisnęła, ale kiedy uniósł brew, dodała
pospiesznie: - Słońce, srebro, kołek. Ale tato, nie umrzesz przecież od
poparzeń słonecznych. - Głos załamał się jej niepewnie. - Trzeba
przebywać na zewnątrz tak długo, aż dosłownie stanie się w płomieniach.
A poza tym ty... to ty.
- Nie chodzi o poparzenia. - Wstał i odpiął spinkę w prawym mankiecie,
starannie podwinął czarny materiał raz, potem drugi, tak by odsłonić
przedramię aż do łokcia.
Draculaura lekko się pochyliła, po czym zadygotała na całym ciele i zsunęła się z biurka, by znaleźć się jak najdalej od tego, co zobaczyła.
Jego skóra wyglądała jak cieniutki papier ryżowy - była popękana,
przeźroczysta, łuszczyła się. Żyły odznaczały się wyraziście, jednak
prezentowały się zupełnie nie tak, jak trzeba: pulsowały, były czarne i zainfekowane. Z licznych obtarć wydzielało się coś w kolorze smoły...
Wtedy właśnie się zorientowała, że koszula jest mokra, nie tylko na tym
ramieniu, choć tam niewątpliwie było najgorzej, lecz także na drugim
rękawie i kołnierzyku. Czarne plamy wtapiały się w czarną tkaninę, ale
skoro już je wypatrzyła...
- Co się dzieje? - szepnęła.
- Poszedłem do lekarza z tymi poparzeniami. Słusznie zauważyłaś, że nie
groziły one śmiercią, stanowiły zaledwie nieprzyjemną bolączkę. Jednak
jako przewodniczący rady szkoły musiałem następnego dnia pojawić się na
ceremonii zakończenia roku w Monster High pod gołym niebem, więc
chciałem mieć coś, co zapobiegnie dalszemu uszczerbkowi.
Draculaura potaknęła. Jak dotąd wszystko było dla niej zrozumiałe, lecz
nie wyjaśniało, dlaczego prawe ramię ojca znalazło się w tak
przerażająco fatalnym stanie.
- W aptece doszło do niefortunnej pomyłki. - Dracula zawiesił głos, a jego córka wyczuła, że nie kieruje nim wyczucie dramatyzmu, lecz ojciec
po prostu zbiera siły. - Nowy aptekarz przegapił ostrzeżenie. Każdy lek
należy sprawdzić pod kątem przynależności gatunkowej potwora. Maść na
oparzenia nie zaszkodziłaby twojej przyjaciółce morskiej potworzycy
Lagoonie czy Frankie Stein, a nawet mumiom z rodu de Nile. Ale jako
wampiry i wilkołaki nie możemy wchodzić w styczność...
- Ze srebrem - wykrztusiła. Wiedziała, że metal ten dla przywołanych
gatunków potworów był trujący.
- Tak. Pożałowania godzien składnik w leku na poparzenia. Srebro ma
działanie antybakteryjne, lecz także śmiercionośne.
- To przez srebro? - Odwróciła głowę, a potem skinęła w stronę jego
ręki. - Jak to wyleczyć?
- Och, dziewczę drogie, z przykrością stwierdzam, że niewiele można
wskórać. Ja nie... - Zawahał się, a po chwili zebrał myśli. - Za przyczynę
bólu uznałem poparzenia, a nie reakcję na lekarstwo. Nim się
zorientowałem i zwróciłem o pomoc lekarską, było już za późno. Srebro
dostało się do mojej krwi. A skoro znalazło się we krwi...
- Proszę, przestań powtarzać to słowo, wiesz przecież, że kręci mi się
od niego w głowie. - A w połączeniu z widokiem jego ramienia i wizją
tego, co opisywał, wzrok już się jej mącił. Dlaczego krew musiała być
taka... taka... czerwona? I lepka. Nie bez powodu rzadko jadali z tatą
wspólne posiłki. I właśnie dlatego nalegała, by używał
nieprzeźroczystych szklanek i słomek. Na samą myśl... Cóż, teraz ona też
zaczęła się pocić. Pokój zawirował.
- Draculauro, skup się. Nie chcę cię denerwować, ale mam ci tyle do
powiedzenia, zanim... - Dracula westchnął i pchnął w jej stronę wolne
krzesło. - Spuść głowę między nogi, jeśli trzeba, ale musimy porozmawiać o tym, co się stało. Dostawszy
się do krwi, srebro dotarło do serca...
Już wcześniej ćmiło się jej przed oczami, teraz zaś jej wzrok zasnuła
czerń, tak ciemna jak żyły na jego ramieniu, tak zatruta jak płynąca w nich krew. Gdy Draculaura zemdlała, nie poczuła miękkiego włosia dywanu.
Nie widziała zatroskanego wyrazu nienaturalnie bladej twarzy ojca. Nie
słyszała, jak Dracula z trudem łapie oddech ani jak wydusza: "Może źle
się do tego zabrałem. Porozmawiamy o tym później, dziewczę drogie".
Ale owo "później" nie nastało.
O północy, gdy Draculaura odzyskała przytomność, Dracula już nie żył.
Tym razem na dobre.
Rozdział 1
Rozdział 1
Trzy miesiące później
Korytarze Monster High nie ziały już pustką.
Teraz tętniły od szeptów.
Ścigały one Draculaurę, gdy zmuszała się, by maszerować przez szkołę,
stawiając czoła spojrzeniom pełnym litości. Jej obcasy stukały nierówno,
a ona nie odrywała oczu od szafki w kształcie trumny i przeciskała się
wśród kolegów, którzy przerywali pogaduchy typowe dla pierwszego dnia w szkole po przerwie i gapili się, ściszając głosy, gdy przechodziła.
- Dasz wiarę, że Dracula nie żyje?
- Podobno Draculaura przy tym była.
- Podobno zemdlała, a kiedy się ocknęła, została po nim kupka prochu.
- Dasz wiarę, że załatwiło go poparzenie słoneczne?
Poparzenie. Jak gdyby w istocie było to tak proste. Jak gdyby nie
wchodziła w grę seria katastrof. Za dużo słońca, zła recepta, farmaceuta
niedojda, uparte zwlekanie z prośbą o pomoc. Który z czynników zawinił?
I czy miało to w ogóle znaczenie, skoro nadal dręczyły ją koszmary o tym, jak budzi się jako sierota obok kupki prochu, w którą parę chwil
wcześniej przeistoczył się jej ukochany ojciec?
Potrafiła myśleć tylko o jednym - wtedy, teraz, już na zawsze: gdyby przerwała którąś z jego rozmów na przyjęciu,
to dziś byłby nadal żywy.
No, nieumarły.
Lecz czy to oznaczało, że to na niej spoczywa brzemię winy?
Tata, który przygarnął jej ciężarną matkę, gdy jej mąż (biologiczny
ojciec Draculaury) poległ w bitwie...
Tata, który uratował jej życie, zmieniając ją w wampirkę, nim zmarła na
tę samą zarazę co matka...
Tata, który trwał przy niej tysiąc sześćset lat: wspierał ją z powagą,
burkliwie się z nią przekomarzał, stoicko zachęcał, by dołożyła
większych starań i opanowała wampirze umiejętności, przychodzące jemu
samemu z taką łatwością...
Jej nieśmiertelny tata...
Odszedł.
Draculaura została sama. Była sierotą.
Miała całe lato, by przetrawić ten fakt, lecz mimo to ciążył on jej na
żołądku jak niedogotowana rzepa. Snuła się po rezydencji przez trzy
miesiące, miotając się między potrzebą towarzystwa (innego niż ukochana
gospodyni, a obecnie opiekunka prawna - pani Torsja) a unikaniem
odwiedzin przyjaciół i innych życzliwych - tak bardzo się starali ją
rozweselić, a potem biło od nich dojmujące rozczarowanie, że się im to
nie udało.
Draculaura sądziła wcześniej, że dzisiaj będzie lepiej. Że przebieg dnia
odwróci jej uwagę. Ale wszyscy inni prezentowali się w nowych ciuchach
zajebójczo. Opowiadali sobie rozemocjonowani o wakajkach-strachajkach... A przynajmniej tak było do chwili, gdy zauważali, że ona się zbliża, kiedy
to zapadała martwa cisza - jak gdyby ich radość miała ją w jakiś sposób
urazić.
Kiedy minotaur Manny i pogrążony w chaosie żywiołak ognia Heath Burns
jednocześnie odwrócili wzrok i upuścili piłkę, gdy obok nich
przechodziła, westchnęła i mruknęła:
- Nie musicie mnie pytać o pozwolenie, czy wolno wam się uśmiechnąć.
Mimo że jej samej nie było stać na uśmiech, zwłaszcza że tuż przed
chwilą minęła aranżację dekoracyjną ku czci jej ojca, rozstawioną przed
jego pustym gabinetem przewodniczącego rady szkolnej. Kaskada
krwistoczerwonych kwiatów układała się na czarnym materiale, którym ktoś
spowił zamknięte drzwi. Pod oprawnym w ramkę zdjęciem ciemnego garnituru
umieszczono plakietkę z napisem In memoriam. Denaturalnie, twarz
Draculi nie była widoczna, wszak wampiry nie ukazywały się na zdjęciach
- ale na widok fotografii wspomnienia o ich wspólnej tradycji związanej
z pierwszym dniem szkoły walnęły ją jak obuchem. Tata nie ustawiał jej
rano w zacienionym zakątku schodów przed ich domem i nie zachęcał, by
się uśmiechnęła i "pokazała kły", podczas gdy sam cykał ze sto fotek
unoszącego się w powietrzu plecaka, kokardy, kolczyków w kształcie
agrafek przynoszących jej szczęście oraz starannie przemyślanej,
różowo-czarnej kreacji na rozpoczęcie roku szkolnego, po którą trzeba
było po wielokroć nawiedzać galery handlowe.
Draculaura od trzech miesięcy nie zajrzała do galery handlowej, nie
pamiętała, co na chybił trafił wzięła z szafy ani czy chociaż się rano
uczesała.
Pani Torsja dołożyła starań, by poranek miał odświętny przebieg.
Przyrządziła wspaniałą roślinną ucztę na śniadanie. Ale Draculaura
zdołała przełknąć zaledwie parę kęsów.
Nie przystanęła, by odczytać napis na plakietce - wokół zebrało się już
za wiele zapłakanych potworów.
Doktor Sangwin, terrorpeuta, do którego zaczęła latem uczęszczać,
poradził Draculaurze, żeby, gdy sytuacja staje się bolesna lub
przytłaczająca, skupiła się na teraźniejszości. Nieśmiertelność zdawała
się teraz taka... długa i samotna. Draculaura powinna mierzyć się z życiem
dzień po dniu. Godzina po godzinie. Chwila po chwili.
A w tej chwili musiała otworzyć szafkę i zorientować się w planie
lekcji. Zrobiła głęboki wdech. Pójdzie gładko jak rozpłatka.
- Tu jesteś! Wszędzie cię szukamy.
Draculaura podskoczyła, gdy Cleo de Nile wypadła zza rogu. Złote pasemka
w jej włosach zajaśniały w blasku żyrandoli na korytarzu, układając się
na jej smagłych ramionach i trupastycznym turkusowym kombinezonie.
Strachłopak Cleo, Deuce Gorgon, i reszta ich najbliższych przyjaciół
deptali jej po piętach: Frankie Stein, Clawdeen Wolf i Lagoona Blue. W ich oczach malowały się litość i inne śmiertelnie poważne emocje.
Przynajmniej to właśnie zauważyła, gdy popatrzyli jej w oczy. Przeważnie
odwracali wzrok prędko, a potem wbijali go w podłogę, ścianę, sufit.
Całe lato tak było: ogromnie niezręcznie i ponuro.
- Tu jestem - potwierdziła Draculaura, siląc się na entuzjazm, a potem
spowił ją grupowy uścisk.
Na ogół Draculaura przepadała za przytulasami - brakowało jej ich. Nikt
by nie posądził Draculi, że jest on milusi, ale przytulał córkę
codziennie - jego uścisk był krótki i miażdżył kości. Pragnęła właśnie
tego... a nie takiego objęcia... To teraz było zbyt delikatnie, zbyt
przeciągnięte, zbyt... energetyczne.
Straszyciele rozstąpili się szybko, gdy bolce w szyi Frankie popieściły
wszystkich prądem.
- Sorki! - zawołała, ale oni wszyscy przywykli już, że emocje
bestiaciółki są dosłownie porażające. Cleo przeglądała się już w lustrzankach na nosie Deuce'a, by sprawdzić, czy ładunek elektryczny nie
uszkodził jej fryzury.
- Jak się czujesz? - zapytała Lagoona cicho. Woda z jej długich blond
fal ściekała na sinoniebieskie łuski. Ewidentnie przyszła prosto z basenu, a Draculaura wolałaby wysłuchać ekstremalnie detalicznej relacji
z treningu pływackiego, niż skupiać na sobie baczne spojrzenia
wszystkich.
Wzruszyła ramionami sztywno.
- Och, sama wiesz. W porządku.
- Czy rzeczywiście? - Frankie zmierzyła ją sceptycznie spojrzeniem
różnobarwnych oczu: jednego niebieskiego, drugiego zielonego. - Bo wolno
ci czuć się źle. Dlatego cały tydzień do ciebie wydzwaniam: żebyś na
pewno wiedziała, że jestem. Powrót do szkoły zawsze wiąże się ze
stresem, a bez Drac...
- Przepraszam, że nie odbierałam, ale wszystko w porządku - wtrąciła
Draculaura stanowczym tonem. - Słowo horroru, wszystko w porządku.
- Straszencjo, kocham cię, ale kłamać ci nie będę. Mówisz, że wszystko
gra, ale wyglądasz trochę... przerażająco. Patrzyłaś ostatnio w lustro? -
Clawdeen odsunęła pukiel włosów Draculaury, żeby dopiąć koleżance
sukienkę.
- Niby jak? - zaśmiała się Draculaura ze znużeniem, wyjmując z szafki
byle jakie ołówki i podręczniki do rozkładu pierwiastkowego. - Nie mam
odbicia, pamiętasz?
- Nigdy wcześniej nie przeszkadzało ci to prezentować się
bombowo-wybuchowo. - Cleo postukała palcem w złotą szminkę i przekrzywiła głowę. - Zawsze sądziłam, że udziela ci się moje wyczucie
stylu. Potrzebujesz mnie. Popatrz tylko na
swoje pasemka... a właściwie to na nie nie patrz, bo wypłowiały i z fuksji
przeszły w kompletną nijakość.
Zarówno Clawdeen, jak i Cleo były fashionistkami - wyrażały miłość,
organizując potworom metamorfozy. O ile jednak Clawdeen marzyła, by
stworzyć nową, wybitną, wilkołaczą markę modową - chciała projektować
zajestraszne ubrania - o tyle Cleo chciała się w nich po prostu
pokazywać.
- Czego ci trzeba? - zapytała Frankie, która już zaczęła grzebać w torebce i kolejno podawać wyjmowane przedmioty Lagoonie. - Szminki?
Apaszki? Jest tu chyba gdzieś opaska do włosów. Na strach procent mam tu
szczotkę do włosów...
I szczotki Draculaurze nie odpuściła, więc może wampirka rzeczywiście
zapomniała dziś rano o tym podstawowym elemencie higieny? Ale
przynajmniej kły chyba umyła...
"Muszę się przespać. Muszę pobyć sama", pomyślała Draculaura, lecz na
głos rzekła:
- Dzięki, grożynki, ale w tej chwili muszę po prostu iść na zajęcia.
- Hm. - Clawdeen zastrzygła wilczymi uszami, jakby wyczulonym słuchem
wyłapała sekretne myśli Draculaury. - Poczekaj chwilkę, to wezmę książki
i się z tobą przejdę. Masz lekcję porachunków z Lagooną i ze mną,
prawda?
- My też na to chodzimy, skarbie - poinformowała Deuce'a Cleo.
Jej strachłopak wyszczerzył się tylko w uśmiechu i chwycił ją za rękę.
- Skoro tak twierdzisz. Ja po prostu za tobą łażę.
- Och, ja też mam porachunki! - Frankie tak energicznie uniosła rękę, że
szwy przytraczające ją do ramienia się zerwały. Na szczęście Deuce
złapał kończynę w locie, nim zdążyła oddalić się korytarzem. Cisnął ją
do Frankie, by sobie z powrotem przyczepiła.
Uśmiech Draculaury strzępił się równie szybko jak szwy Frankie, lecz
wydusiła z siebie:
- Trupastycznie. - Potem uniosła szczotkę straszyciółki. - Skoczę do
łazienki i spotkamy się na miejscu.
- Poczekamy tu na ciebie - zapowiedziała Frankie. - Chyba że masz ochotę
na towarzystwo?
- Nie! - Draculaura nie chciała, by to słowo zabrzmiało tak ostro. - Nie
potrzebuję pomocy. Zaraz wracam. - Nie traciła nawet czasu, by udać się
do toalety: po prostu przystanęła za winklem, wsparła głowę o ścianę,
zrobiła głęboki wdech i po cichu uległa panice.
Jednakże choć zniknęła z pola widzenia, nadal znajdowała się w zasięgu
głosu, więc jasno i wyraźnie usłyszała, co mówiła Lagoona:
- Naprawdę sądzicie, że nic jej nie jest?
- No raczej, że nie - oświadczyła Cleo, nawet nie siląc się, by ściszyć
głos. - Będziemy musiały coś w tej sprawie zrobić.
Draculaura się skrzywiła. Będzie musiała poprosić terrorpeutę o wskazówki, jak sobie z tym radzić. Kochała swoje zmoraciółki, ale nie
zamierzała stać się ich najnowszym projektem. Widziała, na co jest
gotowa Frankie, gdy zacznie planować, a zupełnie jej nie interesowały
ani bannery na zatrwożenie, ani stosy konfetti, ani rola głównego
obiektu działań na jednej z list zadań ułożonych, a następnie sprawnie
rozdysponowanych przez Cleo.
- Czy Monster High bez Draculi to w ogóle ta sama szkoła? Niesamowicie
jest wiedzieć, że już nigdy się znienacka nie zmaterializuje - szepnęła
Frankie. No, poniekąd. Szeptanie nigdy jej nie wychodziło.
Clawdeen szło z tym jeszcze gorzej.
- Co nie? I biedna Draculaura. Wygląda... - Clawdeen zawiesiła głos,
dobierając słowa z namysłem - na zagubioną.
Cóż, rację miały. Draculaura tak się czuła. Powinna znać Monster High
jak wierzchołek własnego kła, lecz czuła się tu obco. Nie potrafiła tego
wyjaśnić, ale odnosiła wrażenie, jakby budynek wstrzymywał oddech i czekał. Z posadzek i pradawnych kamieni budujących ściany emanował
niepokój. W zimnym powietrzu korytarzy dygotało zdenerwowanie.
Ktoś, pewnie Deuce, z trzaskiem zamknął szafkę. Słyszała, jak krzyczy na
powitanie do któregoś z przyjaciół.
Wypuściła oddech.
A może... ze szkołą nie działo się nic złego, tylko to ona po prostu
rzutuje na nią swoje emocje? Szybko przeczesała szczotką włosy i wróciła
do straszyciółek.
- Proszę bardzo. Już lepiej.
Miny miały sceptyczne, ale zachęcająco pokiwały głowami.
Frankie ujęła Draculaurę pod ramię i ruszyły korytarzem na lekcje
porachunków. Ciepło miętowozielonej skóry zmoraciółki przegnało gęsią
skórkę znaczącą jej własne bladoróżowe ramię.
Gdyby tylko równie łatwo było rozgromić wszystkie jej wątpliwości i pytania. Podobnie jak Frankie nie umiała sobie wyobrazić Monster High
bez Draculi... ale, co było jeszcze straszniejsze, nie wiedziała, kim ona
sama bez niego jest.
Rozdział 2
Rozdział 2
Grożynki - i Deuce - rozstawiły się przed
Draculaurą przy wtórze kakofonii wysokich obcasów na marmurowych
posadzkach i dreptały na lekcje, formując się w potworzastą tarczę
zasłaniającą ją przed ciekawskimi oczami uczniów. Tyły ich głów układały
się w tęczę farbowanych włosów: złoto-brązowa Cleo, czarno-biała
Frankie, blond-błękitna Lagoona, brązowo-karmelowa Clawdeen. Dołączyły
do nich Ghoulia Yelps i Abbey Abominacja, dodając do palety błękitny
melanż i biało-różową grzywę z fioletowymi refleksami. Rzecz jasna, nie
dało się też przeoczyć niebotycznej zielonej koafiury Deuce'a, złożonej
z węży.
Nie żeby konkretnie Draculaura miała dobry punkt widokowy na te
wszystkie cuda. Podejrzewała, że mimo naboru nowego rocznika świeżaków i tak była najniższą potworzycą w szkole.
Wszystkie jej bestiaciółki emanowały siłą - szły czujne z wyprostowanymi
plecami i uniesionymi głowami - gotowe ją chronić. Draculaura kochała te
grożynki (i Deuce'a!) z całego serca...
Tylko że... oddałaby niemal wszystko, aby zamiast kroczyć ochronnym
szpalerem przed nią, szły z nią razem,
tak by nie czuła się tak osamotniona. Jak to
możliwe, że na żadnych z rozlicznych szkolnych zajęć nie nauczyli się
zmagać z żałobą - ani o niej rozmawiać? Draculaura zapisała sobie w pamięci, by zaraz po powrocie do domu zadzwonić do doktora Sangwina.
Przyda się jej w tym tygodniu dodatkowa sesja terrorapii.
Liczyła, że niebawem sytuacja zbliży się do normy, przynajmniej jeśli
chodzi o relacje z duchczynami. Brakowało jej śmiechu, metamorfoz,
wypraw do galery, wypadów na koszmacino i chichrania się, aż wyrzucą je
z kawiarni "Pod Trupkiem" za przeszkadzanie innym zmorom. Cała ta
opiekuńczość musi się kiedyś skończyć, prawda? Cleo zbyt długo nie
wytrzyma, nie będąc w centrum uwagi - i niech sobie w nim będzie!
Draculaura z miłą chęcią wycofa się znów w cień, tak by inna osoba
ściągała oczy wszystkich.
Jak na dany znak Cleo stężała i wzgardliwie pociągnęła nosem. Draculaura
nie widziała, co się dzieje, bo zasłaniały jej barki wyższych
bestiaciółek, ale zauważyła, że Frankie szturcha Cleo łokciem i mówi:
- Idzie tu. Bądź miła.
Cleo się żachnęła i pomasowała sobie bok.
- Zaklinam się na Ra, Frankie, z roku na rok masz coraz bardziej
szpiczaste łokcie. Poza tym ja przecież zawsze jestem miła. Chociaż nie
widzę powodu, by się specjalnie starać. Niby kiedy ona była miła dla mnie?
Draculaura domyślała się, kto się zbliża: Toralei Stripes.
Jej przewidywania potwierdziło wymruczane "Cześć" - chociaż znad barków
Clawdeen widziała jedynie pomarańczowe końcówki uszu kotołaczki.
Czasami niski wzrost to naprawdę mogiła!
- Hejka - odezwała się Clawdeen. - Czyli wybrałaś niebieską kurtkę.
Zajebójczy wybór. - Grożynki nieco się rozsunęły i Draculaura
spostrzegła na twarzy Toralei nieznany jej wcześniej łagodny uśmiech.
- Dzięki. To dzięki zajestrasznej sugestii - powiedziała Toralei
delikatnie, a potem zmierzyła pozostałe duchczyny spojrzeniem zza
przymrużonych powiek. Rzuciła Clawdeen ostry uśmieszek. - My pogadamy później.
- Pewka. - Clawdeen skierowała grupkę w prawy korytarz, a Toralei i pozostałe kotołaczki, bliźniaczki Miaulodia i Mrunhilda, skręciły w lewo.
Lagoona z impetem wypuściła powietrze.
- Toralei? Nie będzie się łatwo przyzwyczaić.
Ale Clawdeen nie zwróciła uwagi, bo oglądała się za siebie. Draculaura w ogonie grupy widziała wszystko, również identyczne spojrzenie przez
ramię, jakim Toralei obrzucała wilkołaczkę. Później zapyta, co się
stało, i będzie gderać, że nie dowiedziała się wcześniej, ale teraz
chciała po prostu poznać wszystkie słodkie, upiorne szczególiki.
- Heeej, Clawdeen. - Siliła się na lekki, żartobliwy ton, a do tego
puściła oko, ale grożynki się obróciły i zatrważająco jednomyślnie
wyjęły chusteczki.
- Nie płacz! - rzuciła Frankie. - Albo zaraz! Płacz, jeśli chcesz. Czuj
swoje emocje! Wspieramy cię.
Tylko że jedynym uczuciem, w którym ją wspierały albo które w ogóle
zauważały, był smutek.
- Nie płaczę... Nie chciałam... Ja puściłam oczko - wykrztusiła Draculaura,
gdy wchodziły na lekcje porachunków, ale grożynki jej nie usłyszały.
Cleo zaabsorowało komenderowanie innymi uczniami, by zwolnili najlepsze
miejsca w pierwszych ławkach. Clawdeen pouczała potworzyciela, pana
Mumię, że ma nie pytać Draculaury, a Frankie przejęła podręcznik do
rozkładu pierwiastkowego.
- Nie przejmuj się notatkami ani zadaniem. Zrobię za ciebie.
Draculaura westchnęła. Straszyciółki miały złote intencje, ale
niewykluczone, że zagłaskają ją na śmierć.
Nim upiornie wolno przypełzła przerwa na lunch, Draculaura przestała się
zastanawiać, czy bestiaciółki przypadkiem nie zagłaszczą jej na śmierć.
Nie miała cienia wątpliwości, że tak właśnie będzie. Zwłaszcza Frankie
wręcz nie dawała jej odetchnąć.
- Trzymasz się jakoś? - zapytała, usiłując nieść książki Draculaury,
własne, a jednocześnie otworzyć drzwi stypówki. Co nietrudno było
przewidzieć, Frankie odczepiła się ręka, a w rezultacie runęła lawina
przyborów szkolnych.
"Cóż, gdybym kiedyś była ciekawa, jak to jest rzucać cień, to teraz
tajemnica się rozwiała". Ale Draculaura nie wypowiedziała na głos swoich
myśli. Zapewniła tylko:
- Wszystko w najlepszym, najprawdziwszym porządku.
- Hm. - Frankie wytężyła wzrok, jakby jej nie dowierzała. - Co chcesz na
lunch? Usiądź gdzieś, a ja tam przyjdę w mgnieniu gałki ocznej.
Draculaura pokręciła głową.
- Dzięki, Frankie, to bardzo miłe z twojej strony, ale sama sobie wezmę
jedzenie. - Nim potworzyca zdążyła zaoponować, wzięła tacę i pomknęła w stronę pani ze stypówki.
Niewykluczone, że ociągała się nieco przy barze sałatkowym, dobierając
zmarchewki jedną po drugiej i analizując wszystkie opcje oparte na
białku roślinnym, nim wreszcie zdecydowała się na porcję ścięcierzycy.
Kiedy podeszła do stolika, wszyscy skoncentrowali się już na Lagoonie.
A właściwie wszyscy oprócz Clawdeen i Toralei. Te dwie były we własnym
świecie. Z ich zielonych i bursztynowych oczu wręcz biły emokwikony, gdy
pochylały się ku sobie, stykały ramionami i śmiały wspólnie z poufałych
żartów.
Pozostałe grożynki patrzyły na Lagoonę, która mówiła, wymachując czipsem
z listownicy:
- Po prostu myślę... Nie żeby Gil był jak kotwica... Ale że już mnie nie
ogranicza. - Oczy Lagoony iskrzyły się w świetle wpadającym przez
pajęczyny szyb jak błękitne fale jej rodzinnego domu, czyli Wielkiej
Rafy Koszmarowej. - Uwielbiam być singielką. A już szczególnie mi się
podoba to, jak status singielki wpływa na moje wyniki w eliminacjach.
Ghoulimpiado, szykuj się.
- Zaraz. Że co? - Taca prawie wyleciała Draculaurze z rąk. - Zerwałaś z Gilem Weberem? - Nowina grubego kalibru! Draculaura znała tylko jedną
parę z dłuższym stażem niż Lagoona i Gil: Deuce'a i Cleo. Mimo to inne
grożynki spokojnie jadły posiłek, jakby Lagoona nie wypaliła właśnie z grubej rury na samym środku stypówki.
- Ano. - Lagoona wsunęła czipsa do ust i wzruszyła ramionami. - Wieki
temu. Jakoś chyba końcem czerwca? Na początku było mi smutno, ale teraz
jestem dużo bardziej zadowolona. I poprawiłam statystyki w pływaniu.
Trener mówi, że mam płetwastyczne szanse, by zmiażdżyć konkurencję w eliminacjach do ghoulimpiady. - Niebieskie policzki Lagoony lekko się
zaróżowiły. - Ale dość już o tym. Jak się czujesz? Blada jakaś jesteś.
Siadaj. Jedz.
Draculaura osunęła się na krzesło między Cleo a Ghoulią, bezmyślnie
pochłaniając zmarchewki. Końcem czerwca... ona sama planowała pogrzeb, a jej zmoraciółka radziła sobie z rozstaniem. No i kto wie, kiedy zaczął
się flirt Clawdeen i Toralei. Normalnie Clawdeen z miejsca zadzwoniłaby
właśnie do Draculaury...
Co jeszcze ją ominęło? O czym jeszcze jej nie powiedziały? Na logikę
wnioskowała, że ich życie się nie zatrzymało tylko dlatego, że cały jej
świat zastygł, ale nie zastanawiała się, co mogło je spotkać w ciągu
trzech miesięcy, odkąd ostatnio siedziały razem w tym budynku na tych
krzesłach.
Przełknęła kęs zmarchewki i wtrąciła się do rozmowy:
- Ghoulimpiada? Strasznie fajnie. A dobrze się czujesz? W kontekście
Gila? Czy to dlatego nie widziałyśmy go cały ranek?
Lagoona zbyła pytanie machnięciem ręki.
- Nie ma tu nic akwastycznie ciekawego, dużo wody upłynęło. Historia
podobna jak z tobą i Clawdem, kiedy zerwaliście. To porządny gość, ale
wiecie, oddaliliśmy się od siebie. Zresztą on się zapisał do innej
szkoły. Niewiele rozmawialiśmy, szanujemy swoją potrzebę dystansu. -
Zmarszczyła czoło, patrząc na prawie pełny talerz Draculaury. - Trener
mówi, że lunch to najważniejszy posiłek dnia. Dobrze się czujesz,
szprotko?
Gwoli prawdy nie czuła się dobrze. Ale z równowagi wytrąciło ją co
innego, nie wzmianka o byłym strachłopaku - to była już przecież
zamierzchła przeszłość. Dracularę dopadały niekiedy zawroty głowy i widzenie lunetowe, którym towarzyszyły czasem mdłości albo zatrważające
znużenie. Doktor Sangwin wyjaśnił, że żałoba odciska piętno na ciele, i zachęcał, by poświęciła więcej czasu na troskę o siebie: spała, jadła, a skoro nie piła krwi, to by codziennie zażywała zalecane suplementy
żelaza.
Nic to nie dawało, ale Draculaura nic przecież nie zyska, jeśli
zrelacjonuje swoje przypadłości Lagoonie i grożynkom. Dałaby im tylko
kolejny powód, by nad nią wydziwiały - i by nie informowały jej o ważnych wydarzeniach ze swojego życia.
- Wszystko w porządku - powtórzyła osiemsetny raz.
Może jeśli będzie to powtarzać, sama w to uwierzy.
Cleo zacisnęła wargi, jakby słowa protestu cisnęły się jej na usta, lecz
jej uwagę przykuło coś za plecami Draculaury.
- Tatko? - zachłysnęła się. - Nefera? Co wy tu robicie?
Odwróciwszy się, Draculaura zobaczyła, jak ojciec i starsza siostra Cleo
maszerują przez stypówkę w stronę ich stolika. Mumia jak zawsze
onieśmielał - na tle prehistorycznych bandaży odznaczały się jego
wyniosłe spojrzenie i zadufany uśmiech. Wampirka unikała Ramzesa de
Nile, jak się dało, a Neferze ufała tyle co rozsierdzonej żmii. Jej
nieufność jeszcze pogłębiło to, że charakterystyczna turkusowa szminka
Nefery wydęła się w uśmiechu.
Ale... z drugiej strony gotowa była wiele zaakceptować - nawet którąś z natrętnych intryg Nefery - jeżeli miałoby to oznaczać, że uwaga
otoczenia na pewien czas skupi się gdzie indziej.
- Córko - zagrzmiał Ramzes. Nie było w tym nic dziwnego, operował głosem
wyłącznie donośnie. - Jak ci poszło pierwszego dnia w szkole?
- O mój Ra, przybyłeś sprawdzić, co u mnie? - Gdyby identyczne słowa
padły z ust któregokolwiek z potworów zgromadzonych na stypówce,
zdradzałyby one focha, ale Cleo była zachwycona! Przycisnęła dłoń do
serca, czy raczej do pokaźnego złotego naszyjnika, który je zasłaniał. -
Nie przypuszczałabym, że po tylu latach nadal emocjonujesz się
pierwszymi dniami i tym podobnymi.
- Tak, tak - odparł Ramzes. - Dlaczego nie miałbym zajrzeć do swojej
księżniczki?
Cleo nastroszyła piórka, zadowolona z jego uwagi - zarzuciła włosami i uśmiechnęła się, jakby pozowała podczas sesji zdjęciowej.
- Och, tatku.
- Lecz skoro już cię ujrzałem, musicie obie z Draculaurą pójść ze mną. -
Strzelił palcami, wzniecając obłoczek piasku, który posypał się na
sałatkę Draculaury. - Natychmiast.
Cleo zerwała się błyskawicznie, porzucając niedojedzony lunch.
Draculaura zmarszczyła czoło i ociągała się z odpowiedzią na
zaproszenie.
- Jestem wam potrzebna? - Nie przepadała za ojcem Cleo. Czy może raczej
trafniej byłoby stwierdzić, że nie przepadała za cechami, które rozbudza
on w jej straszyciółce, kiedy próbuje wciągnąć ją w swoje ambicjonalne
rozgrywki.
Deuce, jak zauważyła, trzymał się daleko na uboczu i skulił się na
krześle, otoczony grupką pantworów. Nie dziwiła mu się. Ramzes
nieustannie powtarzał Cleo, że syn Medusy Gorgon nie dorasta do pięt
potomkini egipskiego monarchy.
Na miejscu Deuce'a... Cóż, Draculaura nie zarzekała się, że na strach
procent zdjęłaby okulary przeciwsłoneczne i przemieniła tatę Cleo w kamień... ale poważnie by się nad tym zastanowiła.
- Tak, ty. - Ramzes postukał mokasynem niecierpliwie w posadzkę
stypówki. - Jeszcze za tej dynastii, jeśli łaska.
- Klnę się na Ra, piramidy szybciej stawialiśmy - narzekała Nefera.
Draculaura nie była pewna, czy siostra Cleo ma na myśli kamienne
budowle, czy wieże kirliderek, ale tak czy owak, zniewagi jej tempa nie
poprawią. Wgryzła się znów w zmarchewkę.
- Panie de Nile - zagaiła Frankie piskliwym nagle głosem. - Draculaura
dopiero co straciła ojca i...
- Jestem tego świadom - przerwał Ramzes. - Minęły już trzy miesiące, a całe monstrowersum o niczym innym nie rozmawia.
Draculaura uniosła brwi. Cóż, przynajmniej znalazł się ktoś, kto nie
obchodził się z nią jak z jajkiem.
Toralei się odwróciła, jakby dopiero teraz zaczęła się przysłuchiwać
rozmowie. Uśmiechnęła się do taty Cleo, ale gdy zabrała głos, wymruczała
ostro, błyskając zębami:
- Co za śmieszny sposób wyrażenia kondolencji.
Clawdeen posłała Toralei promienny uśmiech i złapała ją za rękę, a potem
dodała:
- No. Moja straszencja chce powiedzieć, że tam gdzie ona, tam i my.
Nefera ściągnęła brwi, a z gardła Ramzesa dobył się odgłos łączący
warczenie z przesypywaniem piasku. Kły zaświerzbiły Draculaurę, więc
prędko wstała.
- Dzięki, grożynki, ale wszystko gra. Chętnie pomogę panu de Nile'owi.
Bandaże na jego twarzy rozstąpiły się, odsłaniając uśmiech, i Ramzes,
odwróciwszy się, ruszył dumnym krokiem w stronę wyjścia ze stypówki.
- Miałem nadzieję, że to powiesz.
Draculaura nie mówiła szczerze, zapewniając, że "chętnie pomoże", ale
nurtowała ją ciekawość. Była też wdzięczna, że grożynki postanowiły
jednak iść z nimi. Zwłaszcza gdy skręcili za róg i uświadomiła sobie,
dokąd Ramzes prowadzi.
Potknęła się.
- To gabinet mojego taty.
- Poprawka - zastrzegł Ramzes, zmierzając w stronę drzwi. - To gabinet
przewodniczącego rady szkoły. Na stanowisku jest wakat. Pomieszczenie
także należy zwolnić.
Nogi się pod Draculaurą uginały, gdy zbliżali się do gabinetu. Pierwszy
raz tego dnia była zadowolona, że Frankie nie odstępuje jej na krok jak
przysłowiowy nieistniejący cień, bo dzięki temu była tuż obok i wampirka
mogła się na niej wesprzeć. No, jeżeli tylko nie naprze na nią zbyt
mocno i nie porwie szwów straszyciółki.
- Mam cię, zjawusiu. - Frankie, iskrząc bolcami, mocniej złapała
Draculaurę za ramię.
Górę kwiatów piętrzących się przed wejściem odsunięto na bok. Czarny
materiał zdjęto, drzwi otwarto. Draculaura zupełnie nie była
przygotowana na zalew wspomnień, jaki wystąpił z brzegów tuż za progiem.
Weszła do środka, nastawiona, że przybory do pisania, które rozrzuciła
na biurku, nadal na nim leżą. Że na krześle ojca zobaczy zwęgloną kupkę
popiołu. Zastała jednak pudła. Regały wzdłuż ściany w głębi zostały już
opróżnione. Po dywanie, na którym leżała nieprzytomna, gdy jej ojciec
konał, walały się sterty rozrzuconych rzeczy.
- To... to jest dziennik mojej matki. - Odsunęła się od Frankie i przemknęła przez pokój, a następnie podniosła sfatygowaną książeczkę ze
stosu w rogu. Zatknięto ją pod ceramiczną trumnę, którą zrobiła na
zajęciach z horroplastyki, gdy miała raptem kilkaset lat, tuż obok
zdjęcia przedstawiającego latawiec unoszący się między dwoma pustymi
strojami ; fotografię wykonano w pewną księżycową noc, kiedy to tata
obudził ją i zaprosił na zaimprowizowaną przygodę. Ostrożnie odłożyła
drobiazgi na bok. - Co dziennik mojej mamy robi na podłodze?
- Znajdował się w jednej z szuflad. - Ramzes skinął w stronę biurka.
Szuflady były odsunięte. I puściutkie.
Wstała, przyciskając do piersi stary, bezcenny tom.
- Co robisz z rzeczami mojego ojca?
- Zleciłem spakowanie rzeczy osobistych Draculi. Jeden z moich uszebti
dostarczy je do waszego domu. - Skinął w stronę jednego z szakalogłowych
służących, czekającego milcząco w kącie.
Clawdeen wystąpiła naprzód, prężąc pazury i warcząc:
- Kto ci pozwolił wejść do gabinetu Draculi?
Toralei także zrobiła krok do przodu.
- Przerażka. Niech chociaż ciało wystygnie, nim zaczniesz znaczyć teren,
jakbyś wbijał kołki. - Zawiesiła głos i przekrzywiła głowę. -
Chwileczkę, źle się wyraziłam z tymi "kołkami", a zresztą wampiry chyba
i tak są zimne. Ale mimo wszystko.
Clawdeen zadarła brew i odwróciła się do swojej... straszencji - sama
takim słowem określiła Toralei na stypówce, więc Draculaura też
zamierzała stosować ten termin. I dokuczać w związku z tym przyjaciółce.
Chciała zgłębić wszystkie ponure szczegóły... ale później.
Bo w tej chwili czuła się skonsternowana i niespokojna.
- Kotku, rozmawiałyśmy o tym - przypomniała Clawdeen. - Głowa, łapa, a dopiero potem pazur. Pamiętasz?
Toralei przewróciła oczami.
- Wszyscy są tacy jacyś wrażliwi.
- Nie podoba się, to się zabieraj - wtrąciła Cleo. - To i tak raczej
spotkanie w gronie rodzinnym.
- Reszta rodziny już wie - naskoczyła na nią Nefera. Ostentacyjnie, ze
znudzoną miną obejrzała swój manikiur. - Jak zwykle czekamy tylko, aż
się zorientujesz, co się dzieje.
Draculaura puściła swary sióstr de Nile mimo uszu i przyjrzała się innym
przedmiotom leżącym na podłodze. Jeden z szakalogłowych sumiennie
pakował je do pudeł. Szczęśliwy nietoperek jej taty, piłeczka
antystresowa w kształcie główki czosnku, którą dała mu dla hecy na
Aprilis Terribilis.
Kiedy uszebti przyniosą pudła do jej domu, każe pani Torsji wstawić je
do gabinetu albo sypialni Draculi. Doprawdy nie miało to znaczenia. Nie
zamierzała ich otwierać. Podobnie jak nie otwierała drzwi do żadnego z tych pokoi. Jeżeli będą one stale zamknięte, będzie mogła udawać, że
tata pracuje i jest zajęty. Ma spotkanie. Ucina sobie drzemkę. Albo
wybrał się na wycieczkę.
Złudzenie trwało tak długo, na ile starczało wymówek. Gdyby miała kieł w kieł zmierzyć się z jego nieobecnością, iluzja ległaby w grobach.
Draculaura odwróciła się od drobiazgów należących do taty, od
długopisów, za pomocą których tamtej nocy mu dokuczała - lądowały
właśnie w pudłach. Wyszła z gabinetu. Nie musiała tego oglądać, nie
chciała wiedzieć, czym Nefera drażni Cleo.
Ramzes wyszedł za nią na korytarz. Uśmiechnął się z aprobatą, widząc
zgromadzony tłum, przyciągnięty podniesionymi głosami i zadatkami na
skandalik. Spectra Vondergeist unosiła się w samym środeczku z iKryptą
wymierzoną w ich stronę - nagrywanie było już włączone. Fioletowłosa
duchennica prowadziła "Kuriera Koszmarnego" - plotkarski blog stanowiący
główne źródło informacji dla uczniów i większości świata potworów.
Ramzes odwrócił się do Spectry i odchrząknął.
- Niektórym potworom pisane jest przywództwo... dla dobra potworzej
społeczności ochoczo dźwigam ten ciężar. Odkąd pisane są dzieje, de
Nile'owie zajmowali wpływowe pozycje. Dziś okazuje się, że jest nowa
rola, nowy obowiązek, które wymagają moich umiejętności: stanę na czele
rady szkoły Monster High.
Draculaura wyszeptała:
- Co? - Lecz jej głos zgubił się w powszechnym rwetesie.
Mumia zawiesił głos, by odczekać, aż poruszenie ucichnie. Jeżeli
spodziewał się zapartego tchu czy owacji, zapewne się rozczarował, bo
reakcje rozciągały się od "Czym się w ogóle zajmuje rada szkoły?" po
"Czy nas powinno to obchodzić?".
Jeszcze jedna potworzyca w tym tłumie zareagowała osobiście. Cleo się
zapowietrzyła i kurczowo chwyciła naszyjnik. Nie żeby Ramzes to
spostrzegł. Za bardzo pochłonęło go popisywanie się i perorowanie, że
owszem, uczniów powinno to obchodzić.
- To stanowisko ważne i potężne. Będę decydował o zasadach, zgodnie z którymi funkcjonuje wasza szkoła.
- Och, czyli na przykład żeby na stypówce było lepsze żarcie -
zasugerował Manny. Minotaur pokiwał głową powoli.
- Nie, nie o...
De Nile podjął kolejną tyradę, ignorując albo nie zauważając, że Cleo
szarpie go za rękaw marynarki i pyta:
- Czyli nie przyjechałeś tu, żeby się ze mną zobaczyć? W ogóle nie
chodziło o mój pierwszy dzień szkoły?
Deuce objął ją ramieniem.
- Przykro mi, skarbie. Dno jak głaz.
- Ale dlaczego? -
zapytała ojca Cleo. - Po co ci praca?
- Cała Cleo - żachnęła się Nefera. - Trzeba jej tłumaczyć, że władza to
władza. Niby czemu mielibyśmy jej nie chcieć? - Stanęła między Cleo a kamerą Spectry, jak zawsze zadbała o to, by znaleźć się w samym centrum
uwagi.
Draculaura próbowała się wycofać i zniknąć z pola widzenia. I tak nie
będzie jej widać na nagraniu z iKrypty, ale nie chciała mieć z tym
wszystkim nic wspólnego. Nie miało to nic wspólnego z nią.
Dwóch szakalogłowych służących pojawiło się znikąd i zablokowało jej
przejście. Nim zdążyła się obrócić i znaleźć drogę ucieczki, de Nile
przemaszerował przez tłum i stanął przy niej, po czym odezwał się głosem
wręcz ociekającym słodyczą:
- Wiem, że jako przywódca Dracula cieszył się powszechną miłością...
Zapewnił tej szkole bezpieczeństwo na setki lat. - Ramzes przesunął się
naprzód, wypychając Draculaurę przed siebie. - Lecz ród de Nile jest
jeszcze starszy i potężniejszy od niego. Korzenie naszej rodziny giną w piaskach czasu. A w tak niepewnych dniach musimy czerpać z tradycji,
mądrości, doświadczenia.
- Nie-niepewnych czasach? - zapytał Jackson Jekyll. Była to ostrożna,
ludzka persona hybrydowego potwora. Sensem życia Holta Hyde'a, jego
monstrualnego alter ego, było wzniecanie chaosu. Podczas gdy Holt by
wiwatował, Jackson wyglądał, jakby chciał się skryć w najbliższej
szafce.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki