Monster High 4. Po moim trupie - Lisi Harrison

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 5

CZAS NA ZAKUPY!

Atmosfera w centrum handlowym Wzgórza Salem była wyraźnie elektryzująca. Frankie miała ochotę biegać po korytarzach galerii i z lubością wdychać aromat pieczywa, który unosił się ze stoisk ze świeżymi obwarzankami. Wreszcie czuła się wolna w miejscach publicznych. Miała ochotę krzyczeć z radości. Gdyby była nieco odważniejsza, pewnie wykonałaby dziki taniec przed witryną swojego ulubionego sklepu Forever 21 - niedawno wymyśliła przecież nowy układ do przeboju Starstruck swojej ukochanej Lady Gagi. Oczyma wyobraźni widziała, jak do jej tańca przyłączają się wszyscy: dzieciaki zajadające się lodami pod fontanną i ubrani w fartuchy kosmetolodzy z pobliskiego salonu. Marzyła, by stanąć na czele roztańczonego tłumu niczym bohaterka któregoś z hollywoodzkich musicali.

Jednak w spokoju minęła fontannę, trzymając Bretta za rękę i jedząc swój ulubiony mrożony jogurt o smaku papai. Czuła się z tym wszystkim bardzo dobrze, ale po prostu nie potrafiła zignorować dziesiątek kilowatów rozpierającej ją energii.

Może chodziło o to, że temperatura wynosiła dziś trzydzieści stopni, a słońce padało jej prosto na ramiona? A może działała na nią w ten sposób pełna luzu postawa Bretta, który dawał jej do zrozumienia, że w tej chwili nie ma na świecie innego miejsca, w którym chciałby się znaleźć? Niewykluczone, że reagowała tak na widok letnich, kolorowych plakatów i manekinów w witrynach sklepów. Prawdopodobnie jednak najbardziej ożywiał ją sam fakt pokazywania się publicznie bez zatykającego pory makijażu czy zasłaniających śruby swetrów z golfem - przede wszystkim bez strachu. Choć od momentu wyjścia RAD-owców z podziemia odwiedzała to centrum handlowe już po raz dwudziesty siódmy, wciąż czuła się tu trochę nierzeczywiście.

Kilka studentek, które jadły dużą porcję deseru czekoladowego z jednego pucharka, uśmiechnęło się do niej przyjaźnie.

- Ekstrabuty! - zawołała jedna z nich.

- Dzięki! - Frankie rozpromieniła się i zerknęła na swoje koturny na korkowej podeszwie. Zawsze robiły wrażenie, zwłaszcza w zestawieniu z kwiecistą spódniczką. Do tego optycznie wydłużały jej nogi.

- Nie wierzę... - parsknął Brett i wyrzucił papierek po obwarzanku do kosza.

- Ej! Przecież moje buty naprawdę są ekstra.

Chłopak zaśmiał się ciepło.

- Nie o to mi chodzi, głuptasie. Po prostu to niesamowite, że nagle wszyscy przestali zwracać uwagę na twoją zieloną skórę. Patrzą na ciebie i widzą... Frankie.

Akurat w tym momencie obok nich przejechał na deskorolce jakiś chłopak z kolczykiem w nosie i tatuażem na ramieniu. Obejrzał się przez ramię i spojrzał na Frankie wyraźnie zaintrygowany.

- Cóż, jak widać nie wszyscy - zachichotała dziewczyna. - On wyglądał na mocno wystraszonego, gdy mnie zobaczył - dodała i zainteresowała się butami na wystawie sklepu Steve'a Maddena.

Brett objął ją w pasie i przyciągnął do siebie.

- Ee... Na pewno pomyślał sobie, że niezła z ciebie laska - powiedział cicho i ścisnął ją mocno za rękę, jakby chciał jej przypomnieć, że jest jej chłopakiem, jeśli miałaby co do tego jakiekolwiek wątpliwości.

Dziewczyna odwzajemniła uścisk.

- Och... jesteś kochany!

Brett nachylił się i pocałował ją czule.

Z dłoni Frankie trysnęły snopy iskier. Chłopak na deskorolce przyglądał się całej sytuacji z pewnej odległości. Dziewczyna zamachała do niego przyjaźnie, ale odjechał, wyraźnie zawiedziony. "Czy naprawdę mu się spodobałam? Ja? Tak po prostu? Czy RAD-owcom udało się zajść tak dale...?"

- Patrz! - zawołała niespodziewanie i pociągnęła Bretta w stronę różowo-czarnej markizy sklepowej. - U Betsey Johnson jest wyprzedaż!

- Czołem, Frankie! - przywitała ją sprzedawczyni, młoda dziewczyna wyraźnie inspirująca się stylem gotyckim. Jej obrysowane czarną kredką usta ułożyły się w szeroki uśmiech. - Co słychać?

- Wpadłam tylko pooglądać.

- Mamy dziś dziesięć procent zniżki na cały asortyment - oznajmiła gotka, skubiąc frędzle jednego z sześciu wąskich, koronkowych szaliczków na swojej szyi.

- To letnia wyprzedaż? - zapytał Brett, próbując nawiązać rozmowę w tak nienaturalnym dla siebie środowisku.

- Nie, raczej specjalna oferta dla rodziny Stein.

- Oooch! - Frankie objęła mocno dziewczynę i poczuła jej czereśniowe perfumy.

- Jesteś tutaj prawdziwą gwiazdą - dodała ekspedientka, oprowadzając nastolatkę po dziale dodatków. Na specjalnych stojakach wisiały kolczyki w kształcie śrubek i skórzane bransoletki z wzorem szwów we wszystkich możliwych kolorach.

- Nie tylko ja - odparła Frankie i przymierzyła opaskę do włosów ze sztucznego futra. - Wszyscy RAD-owcy stali się popularni.

Przed sklepem zebrał się niewielki tłum podziwiający występ ulicznego artysty. Mim w ciężkim makijażu, który pod wpływem upału niemal spływał z jego twarzy, żonglował trzema pomarańczami. Frankie pociągnęła Bretta w kierunku widowiska.

Ku jej zdziwieniu chłopak szedł niechętnie i starał się ukryć w cieniu rosnącego nieopodal drzewka figowego.

- Coś się stało? - zapytała, jednym okiem obserwując popisy żonglera.

Brett bez słowa wskazał na swoją koszulkę: zdobił ją obrazek przedstawiający przywiązanego do torów kolejowych mima, którego zaledwie metry dzieliły od niosącej pewną śmierć lokomotywy.

- Przecież to nie ta sama postać, prawda? - zdziwiła się dziewczyna.

Chłopak parsknął śmiechem.

- Oczywiście, że nie, ale...

Frankie wspięła się na palce, pocałowała go w czoło i pociągnęła za sobą w sam środek tłumu. Gdy tylko mim dostrzegł T-shirt Bretta, zaczął udawać, że ociera niewidzialne łzy i w końcu uciekł.

- A nie mówiłem? - westchnął chłopak. Frankie dostała niekontrolowanego napadu śmiechu i musiała schować się za posążkiem delfina i odczekać chwilę, żeby się uspokoić.

W końcu przytuliła się do umięśnionej piersi chłopaka.

- Lato zapowiada się naprawdę czadowo - westchnęła, jednocześnie patrząc w witrynę sklepu Nike. Odgarnęła włosy z czoła i założyła je za uszy. - Moglibyśmy chociażby zacząć grać w tenisa - zaproponowała.

Brett wysunął lekko szczękę i zmarszczył brwi, udając minę znudzonego życiem, angielskiego bogacza.

- Och, najdroższa, cóż za cudowny pomysł. Czy lepsze będą korty w moim czy twoim hrabstwie?

Frankie zachichotała.

- Mówię poważnie!

- Ale po co mielibyśmy to robić?

- Wymień chociaż jedną dyscyplinę sportu, w której stroje zawodników są bardziej urocze - odparła, wyobrażając sobie siebie w żółtej, plisowanej mini i pasującym do niej sportowym staniczku, który właśnie podziwiała na manekinie.

- Ee... może pływanie nago? - zaryzykował chłopak.

Dziewczyna trzepnęła go w ramię.

Trzymając się za ręce, minęli stoisko z naklejkami, plakatami i torbami, na których widniały hasła i znaki zachęcające do ochrony Ziemi. Frankie wpadła w oko przypinka z symbolem niebieskiej planety i napisem ROTL: Ratujemy Ochraniamy Troszczymy się. Lubimy.

- Nie chce mi się wierzyć, że sobota tak szybko dobiegła końca - westchnęła. W poniedziałek musieli iść do szkoły. A to oznaczało spotkanie z Cleo i Radą Równowagi. W tym momencie niewielka chmurka przesłoniła słońce. Frankie posmutniała. Przypomniał jej się złośliwy psikus, którego padła ofiarą.

- Dlaczego Cleo wrzuciła do urny kartkę z moim nazwiskiem? Myślałam, że się przyjaźnimy. Widziałam, jak się przy niej kręciła, ale nie przeszło mi przez myśl, że...

"Że niby co? Przecież z najwyższą przyjemnością wrobiłaby mnie w siedzenie po godzinach w dusznych szkolnych salach, w malowanie plakatów i organizowanie, sama nie wiem, giełdy używanych rowerów! O tak, Cleo jest zdolna do wszystkiego, w szczególności, kiedy jej rywalka ma dziewięciu znajomych więcej na Facebooku..."

Brett sięgnął do kieszeni poplamionych tuszem dżinsów. Wręczył dziewczynie w hipisowskich ciuchach banknot i zdjął ze stojaka przypinkę, która tak spodobała się Frankie. Dziewczyna uśmiechnęła się i przypięła ją do paska przy bucie.

- Jestem pewien, że poradzisz sobie z pracą w radzie - powiedział chłopak, kręcąc na palcu pierścionek z czaszką. - Przecież zwykle jesteś pierwsza do takich działań.

- Tak było wcześniej.

- Co się zmieniło? - spytał Brett, nagle całkowicie poważny. - Chodzi o to? - wskazał na grupę podekscytowanych dziewczyn, które zaglądały sobie nawzajem do toreb z zakupami. - Życie to coś więcej niż modne ciuchy. Przecież już raz udało ci się coś osiągnąć.

Frankie wyszarpnęła rękę z jego uścisku, nagle dziwnie zirytowana.

- Owszem, próbowałam zmienić świat. Wyszło tak sobie. Najpierw narobiłam sporego zamieszania. Przeze mnie RAD-owcy musieli żyć w ścisłej konspiracji. Dzięki Clawdeen zaczęli myśleć inaczej. Sądziłam, że to mnie uda się ta sztuka, ale się myliłam - wypaliła. - Niewykluczone, że zostałam stworzona do innych celów. Może powinnam po prostu zachowywać się jak typowa nastolatka i cieszyć się życiem.

- Hej, spokojnie! To ty otworzyłaś RAD-owcom oczy na długo przed przyjęciem urodzinowym Clawdeen. Nie odważyliby się zdjąć swoich przebrań, gdyby nie ty, gdybyś ciągle nie przypominała im, że mają do tego prawo - Brett przerwał, czując, że bezwiednie podnosi głos. - Wydaje mi się, że członkostwo w Radzie Równowagi może sprawić ci wiele przyjemności... jeśli tylko zechcesz. Mogłabyś urządzić zbiórkę pieniędzy na przenośne stacje ładujące, o których tyle ostatnio mówiłaś, albo na muzeum potworów... kiedyś o nim rozmawialiśmy, pamiętasz? Chętnie zostałbym kuratorem...

Frankie nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Jeszcze nie tak dawno temu faktycznie perspektywa wspólnej pracy w szczytnym celu wydałaby się jej ekscytująca, ale przecież czasy się zmieniają. I ona też.

Westchnęła ciężko i weszła do H&M-u. Podmuch klimatyzacji sprawił, że po jej plecach przebiegł dreszcz.

- Dzień dobry! Czy mogę ci jakoś pomóc? - zapytała sprzedawczyni z czerwonym irokezem na głowie.

- Tylko się rozglądamy - odparł szybko Brett.

Dziewczyna wróciła do układania szortów.

- Poza tym - ciągnęła Frankie - jako członkini rady w ogóle nie miałabym czasu na spotkania z tobą.

- Więc może ja też włączę się w jej prace - zaproponował chłopak.

- Przecież nie zostałeś wybrany.

- Będę udawał, że tak się stało.

- Wątpię, żeby to przeszło.

Brett oparł dłonie na biodrach.

- Będę szedł w zaparte.

Frankie nie była pewna, czy powinna kopnąć go prądem, czy pocałować.

- Ale...

- Ale co? - przerwał jej, przeglądając spódnice w grochy wiszące na wieszaku. - Naprawdę masz zamiar przeszkodzić mi w działaniu dla dobra naszej szkoły? - zapytał figlarnie.

- A co z tymi, którzy nie zostali wybrani, choć bardzo chcieli? To nie byłoby uczciwe - oponowała.

- Przestań, nikomu specjalnie na tym nie zależało - upierał się chłopak. - Większość szukała tylko czegoś, co mogłaby wpisać sobie w rubryce "Osiągnięcia" na świadectwie.

- Skąd ta pewność? - spytała Frankie. Nie podobało jej się takie cyniczne podejście. Czyżby naprawdę wszyscy widzieli w tego rodzaju zajęciach tylko własny interes? Oczywiście nie, żeby osobiście bardzo ją to ob­chodziło.

- Stąd, że ja aplikowałem właśnie z tego powodu - wyznał, mimowolnie składając przy tym wygnieciony różowy blezer.

Frankie zaśmiała się niepewnie.

- Że co?

- Założyliśmy się z Heathem. Urządziliśmy sobie swego rodzaju rosyjską ruletkę, tylko że zamiast kulki w głowie ryzykowaliśmy... nudę. Okazało się, że i ty, i ja zostaliśmy wybrani - powiedział i przyłożył sobie do głowy pistolet ułożony z dłoni. - Pif-paf! - udawał, że wystrzelił.

Dziewczyna wybuchła śmiechem.

- Zamierzałeś mi w ogóle o tym powiedzieć?

- A skąd - odparł i ponownie wcisnął ręce w kieszenie spodni. - Chciałem zrobić ci niespodziankę.

Frankie poczuła, że jej ciało przebiega przyjemny prąd. Może Brett miał rację i nie będzie aż tak strasznie. Przynajmniej teraz wiedziała, że dzięki radzie spędzą ze sobą jeszcze więcej czasu.

- Zobaczysz, czeka nas świetna zabawa - powiedział i delikatnie popchnął ją w kierunku wyjścia.

- Mówisz? - rozpromieniła się.

Brett wzruszył ramionami.

- Wszystko jest lepsze od tenisa.

PROLOG

SZAŁ CIAŁ

Niewidzialny chłopak w końcu miał dziewczynę. Była pełna życia - o ile można tak powiedzieć o duchu - i pachniała bzami. Uwielbiała muzykę na żywo i dostarczała najświeższych plotek wszystkim złaknionym nowinek uczniom. Bawiły ją jego żarty i psikusy. Ich związek nabierał kształtów.

Nadeszła pora, by Billy wciągnął na nogi spodnie, zapiął guziki koszuli i pokazał się światu.

- Czas na akcję "Od zera do bohatera"! - zawołała Frankie i pchnęła wahadłowe drzwi wiodące do sklepu Abercrombie & Fitch.

- O, tak! - rzucił z entuzjazmem Billy, uśmiechnął się szeroko, przekroczył próg i znalazł się w klimatyzowanym wnętrzu. Wraz z początkiem lata nadeszła pora letnich wyprzedaży i wysokie ceny przestały być wymówką dla nagości.

- Spójrz na nas - powiedziała Frankie, wskazując na wiszące przed przebieralnią lustro w drewnianych ramach. Odbijała się w nim zielonoskóra nastolatka z czarnymi włosami, które rozjaśniały białe pasma, ubrana w minisukienkę z denimu i rajstopy w szkocką kratę. Obok niej w powietrzu wisiała para ciemnych okularów i charakterystyczne żółte buty marki Timberland. Na ten widok chłopak i dziewczyna wybuchli niepohamowanym śmiechem.

W scenariuszu typowej komedii romantycznej byłaby to z pewnością kluczowa scena. Kinowa publika właśnie w tym momencie zdecydowałaby, że Billy powinien spotykać się z Frankie, a nie z dziewczyną pachnącą bzami. Wcześniej widzowie obserwowali przecież, jak świetnie ci dwoje bawili się w swoim towarzystwie, chociażby w pociągu z Salem do Portland. Nawet zupełnie obcy ludzie zachwycaliby się ich nieskrępowaniem i twierdzili, że Frankie i Billy to para idealna. Każdy z oglądających film oparty na losach tej dwójki marzyłby skrycie, by osoba, z którą przyszedł do kina, była chociaż w połowie tak pełna energii.

Jednak to było prawdziwe życie, a nie filmowy scenariusz. Ten jeden raz historia Billy'ego Phaedina układała się w iście magiczny sposób bez pomocy speców z Hollywood.

Przyjaciele przeglądali ubrania na wieszakach, kompletnie nieświadomi poruszenia i ciekawości, jakie wzbudzali wśród innych klientów sklepu. Zamknięci w niewidzialnej bańce prywatnych żarcików i uśmiechów, nie zauważyli nawet, jak na ich widok pewna kobieta przyciąga swoją córkę do biodra w obronnym geście.

- Cześć - przywitała ich blondynka w czarnej sukience z falbankami i jasnoniebieskiej, rozpinanej bluzie z kapturem. Odwróciła się i rzuciła szybkie spojrzenie kasjerce, jak gdyby chciała jej pokazać, że nie boi się podjąć rzuconego wyzwania. - Może mogłabym pomóc? Czy szukasz jakiegoś konkretnego rozmiaru? - zapytała, po czym dodała z naciskiem: - A może potrzebujesz ciała?

Dziewczyna przy kasie uderzyła w ladę z niedowierzaniem i wybuchła śmiechem. Billy zacisnął pięść. Frankie go przed tym ostrzegała. Ona potrzebowała kilku tygodni, by pracownicy sklepów odzieżowych w Salem zaczęli traktować ją jak normalsa. Teraz była dla nich prawdziwym VIP-em. Nie osiągnęła jednak tego statusu po jednym wypadzie na zakupy. Zdobycie zaufania sprzedawców zajęło jej sporo czasu. Co więcej, teraz byli przecież w Portland i próbowali podbić zupełnie nowy rynek. Billy przygryzł wargi i pozwolił Frankie mówić za nich oboje.

- Zdecydowanie przyda nam się pomoc, dziękujemy - powiedziała jego zielona przyjaciółka i jednocześnie zaczęła upinać włosy w niedbały kok. Jej śruby połyskiwały butnie. - Mój kolega potrzebuje kompletnie nowych ciuchów - dodała.

"Jak dziewczyny to robią?" - zastanawiał się w duchu Billy.

- Nie jesteście z Portland, prawda? - spytała blondynka z pewnym siebie grymasem twarzy.

- Przyjechaliśmy z Salem - odparła Frankie.

- Tak myślałam. Słyszałam o was i wam podobnych - przyznała, nie odrywając oczu od śrub w szyi nastolatki. Bezwiednie wyciągnęła dłoń w ich kierunku. - Czy to...

Frankie odtrąciła jej dłoń.

- Nie dotykaj. Są pod napięciem.

Blondynka oblała się rumieńcem.

- Przepraszam - wydukała.

- Nie ma sprawy - uśmiechnęła się zielonoskóra. - Jeśli pomożesz Billy'emu wybrać naprawdę ekstraciuchy, poproszę tatę, żeby przesłał ci paczkę z przyklejanymi śrubami do ozdoby. Wszyscy moi znajomi w Salem takie noszą.

- Serio?

Frankie skinęła głową.

- Bosko. Zapomniałam się przedstawić. Jestem Autumn. Usiądźcie proszę w loży obok przymierzalni, a ja zacznę kompletować dla was odpowiednie zestawy.

Billy posłusznie ruszył za swoją przyjaciółką. Gdy zakochała się w Bretcie Reddingu, chodził przygnębiony. Dziś podążał za nią radośnie, niemalże w podskokach, niczym podekscytowany kucyk. Cóż, zdecydowanie nie nadawał się na bohatera klasycznej hollywoodzkiej komedii romantycznej. Jego najlepsza przyjaciółka była szalenie atrakcyjna, ale on niemal zapomniał, że jeszcze niedawno się w niej durzył. Nie przeszkadzał mu nawet jej normalski chłopak. Jakoś to sobie poukładał.

Odkąd poznał Spectrę - co stało się dwa miesiące wcześniej na urodzinowej imprezie Clawdeen - Billy nie czuł już zawiści na widok Frankie w objęciach Bretta. To Spectra sprawiła, że na swój sposób przestał być niewidzialny. Jej przewrotne poczucie humoru, dziewczęcy śmiech i pocałunki bez okazji nadały kształt i kolory jego światu. Nawet za pomocą najlepszego samoopalacza nie był w stanie osiągnąć takich efektów.

Usiedli na brązowej, skórzanej kanapie przed przebieralnią i poczęstowali się wodą mineralną z butelek sygnowanych logotypem sklepu.

- Spectra bardzo mnie prosiła, żebym w końcu zaczął się pokazywać - westchnął Billy i odłożył okulary przeciwsłoneczne do torebki Frankie. - Pewnie zwariuje, kiedy mnie zobaczy.

Dziewczyna upiła łyk wody i zakręciła butelkę.

- Pewnie tak, a do tego zacznie rozpowiadać, że dostałeś wszystkie ciuchy za darmo i że zaoferowano ci rolę modela i twarzy nowej kolekcji... - powiedziała z przekąsem.

"Znowu się zaczyna" - westchnął w duchu chłopak.

- Przyznaję, Spectra nie zawsze sprawdza wiarygodność powtarzanych przez siebie informacji, ale na pewno nie jest kłamczuchą.

Jakiś czas temu Billy pewnie chciałby się łudzić, że za słowami Frankie stoi zawiść. Znał ją jednak zbyt dobrze. Jego przyjaciółka mogła mieć zieloną skórę, ale nigdy nie zieleniała z zazdrości - za to łatwo czerwieniała z gniewu, gdy słyszała bzdurne plotki powtarzane przez Spectrę.

- Wcale jej tak nie nazwałam - broniła się dziewczyna. - Wydaje mi się, że to raczej...

Billy zesztywniał.

- No, co ci się wydaje? - wycedził.

- Chodzi mi o to, że Spectra ma dość... niedbałe podejście do tego, co mówi - odparła ostrożnie.

- To wolny duch, nic na to nie poradzę.

- Ale nie zaprzeczysz, że niektóre z jej historii są wręcz nieprawdopodobne - upierała się Frankie. - Mam wrażenie, że przynajmniej połowę z nich zmyśliła - powiedziała. - Tylko proszę, nie gniewaj się - dodała szybko. - Mówię to dla twojego dobra.

- Nie musisz się o mnie martwić - zapewnił ją Billy. - Rzeczywiście, Spectra lubi... uzupełniać luki w zasłyszanych tu i ówdzie historyjkach, ale nie robi tego w złej wierze.

- Nie boisz się, że zacznie rozpowiadać nieprawdopodobne plotki na twój temat? Albo że...

Przerwała na widok chłopaka o fryzurze wyraźnie wzorowanej na Justinie Bieberze. Wyszedł z przymierzalni, trzymając w dłoni wieszak z koszulką w paski i dekoltem w szpic.

- Na co się tak gapisz? - spytał Billy najniższym głosem, na jaki było go stać. - Nigdy wcześniej nie widziałeś zielonej brzuchomówczyni?

- Ee... - chłopak rozejrzał się niepewnie po pomieszczeniu w poszukiwaniu ukrytej kamery. Nie znalazłszy obiektywu, uśmiechnął się szeroko. - Niezły bajer - powiedział, po czym zrobił krok w stronę, z której dobiegał głos i wyciągnął rękę.

Billy nie kazał mu długo czekać i energicznie przybił piątkę. Siła niespodziewanego uderzenia odrzuciła bieberowatego nastolatka aż na stojak z ubraniami. Nad jego drobnym ciałem zakołysały się wieszaki.

Frankie zerwała się, by mu pomóc.

- Ojej, wszystko w porządku? Mój kolega nie chciał ci nic zrobić. Zwykle ludzie uciekają, zamiast do nas podchodzić. Nie zdążyliśmy jeszcze przywyknąć...

- Nic mi nie jest - wymamrotał chłopak i podniósł się z podłogi z wdziękiem kobiety w ósmym miesiącu ciąży. - Mogę zrobić wam zdjęcie?

Najwyraźniej nie przeszkadzał mu fakt, że jedna z nowo poznanych osób jest niewidzialna. Wisząca w powietrzu ręka Frankie - w rzeczywistości oparta o ramię przyjaciela - i tak robiłaby niesamowite wrażenie na fotografii.

- Wszystko zmienia się tak szybko - powiedział Billy, kiedy znowu zostali sami. - RAD-owcy stają się akceptowani również poza granicami Salem.

Frankie bawiła się poluzowanym szwem przy nadgarstku.

- Trudno uwierzyć, że to wszystko za sprawą przyjęcia urodzinowego Clawdeen.

- Cóż, wydaje mi się, że bez twojego popisowego numeru z odpadającą głową na szkolnym balu nie byłoby tego całego zamieszania - zażartował chłopak.

Dziewczyna zaśmiała się na wspomnienie tamtego wydarzenia.

- Przestaliśmy być traktowani jak dziwolągi - powiedziała.

- Wiem. Bez sensu - westchnął Billy.

Frankie spojrzała na niego z wyrzutem.

Chłopak uśmiechnął się figlarnie.

- Przecież żartowałem.

- Ja myślę!

- Gdzie podziewa się mój model? - spytała Autumn i stanęła przed nimi z naręczem stylowych koszul w kratę i klasycznych dżinsów.

Billy machnął obutą nogą.

- Jestem tutaj.

- Bosko. Położę te rzeczy w kabinie i...

- Nie trzeba - przerwał jej Billy, przejął z jej rąk większość ubrań i położył je na kanapie. - Mogę przymierzyć wszystko tutaj. Przecież i tak nikt nie może mnie zobaczyć, prawda?

Frankie zerwała się z siedzenia i klasnęła z radości.

- O, tak! Pokaz mody!

Przez następną godzinę Billy pozwalał się rozbierać i przebierać dwóm wspaniałym dziewczynom, które chciały zrobić z niego prawdziwe ciacho. Nie chował się już ze swoją odmiennością. W końcu potrafił się nią cieszyć. Do tego miał w perspektywie wieczór w objęciach pachnących bzami.

"I niewidzialny chłopak żył długo i szczęśliwie..."

W końcu wsiedli do pociągu powrotnego. Frankie siedziała na fotelu otoczona wianuszkiem czarno-białych toreb na zakupy.

- Tylko obiecaj mi, że się nie zmienisz - poprosiła.

- Obiecuję - odparł chłopak.

Ale było już za późno.

ROZDZIAŁ 1

JAK ZWYKŁA NASTOLATKA

Frankie po raz nie wiadomo który sprawdziła datę na wyświetlaczu iPhone'a, by upewnić się, że nie ma halucynacji. Pierwszy czerwca. Nic się nie zmieniło. Z czubków jej palców trysnął niewielki strumień żółtych iskier, które opadły na zatłoczone ławki w sali gimnastycznej. Część z nich wylądowała obok jej butów w stylu Mary Jane w czarno-białe paski, zamigotała krótko i zgasła niczym zmęczony świetlik. Gdy ten dzień dobiegnie końca, do wakacji pozostaną tylko dwadzieścia trzy! Nastanie czas SZALEŃSTWA i ZABAWY dwadzieścia cztery godziny na dobę!

Wokół Frankie narastał harmider wywoływany przez uczniów przepychających się na wolne miejsca. Niespodziewanie na jej ramieniu spoczęła ciepła dłoń normalskiego chłopca, który siedział w rzędzie tuż za nią. "Wszystko w porządku?" - zdawały się pytać jego ciemnoniebieskie oczy.

Dziewczyna uśmiechnęła się i skinęła głową w odpowiedzi, po czym ponownie zajęła się telefonem. Spotykali się ze sobą od sześciu miesięcy, a Brett Redding wciąż zwracał uwagę na najdrobniejszą iskierkę, która zdradzała zdenerwowanie Frankie. Jeżeli przytrafiło jej się to w trakcie sprawdzianu, podnosił wzrok znad swojej kartki i mrugał do dziewczyny uspokajająco. Jeżeli wypuściła kilka iskier, gdy nauczyciel wzywał ją do odpowiedzi, Brett delikatnie głaskał ją po plecach. Za to jeśli iskry tryskały z jej palców, gdy oglądali razem jakiś horror, po prostu wybuchał śmiechem. Jak reagowali inni uczniowie Merston High? O ile na początku była to dla nich atrakcja, z czasem przestali zwracać na to uwagę. Snopy iskier tryskające z rąk wnuczki Frankensteina obchodziły ich tyle, co zeszłoroczny śnieg.

Frankie nie mogła usiedzieć w miejscu. Podskakiwała niecierpliwie i raz po raz wypuszczała kolejne błyski. Bzzzt! Jedna z iskier wypaliła niewielką dziurkę w poliuretanowym siedzeniu. Dziewczyna zmarszczyła nos i zamachała dłonią. Chciała rozwiać swąd palonego plastiku, nim ktokolwiek zauważy, co się stało.

- Co jest? - spytał Brett, rozglądając się po sali w poszukiwaniu możliwego źródła zdenerwowania nastolatki.

- Nic, nic - zapewniła go Frankie, nie odrywając palców od klawiatury telefonu. - Właśnie przyszła mi do głowy kolejna rzecz, którą chcę umieścić na mojej wakacyjnej liście marzeń.

- Tylko pamiętaj, że marzenia nie zawsze się spełniają - zaśmiał się chłopak. - Wiesz o tym, prawda?

Ale Frankie głęboko wierzyła, że uda jej się wprowadzić w życie większość swoich pomysłów. Zresztą, dla niej były czymś więcej niż tylko zapisanymi punktami. Taka lista to przecież zapowiedź lata pełnego przygód. Pewnie jej przyjaciele nie uznaliby jej planów za ekscytujące - większość z nich znała już słony smak wód Pacyfiku, chodziła boso po trawie, złapała do słoiczka najprawdziwszego świetlika czy spędziła trzy dni, prażąc się w słońcu. Jednak Frankie nie miała takich doświadczeń. Jej głowę wypełniono wiedzą i umiejętnościami typowymi dla każdej piętnastolatki, ale przecież to miały być pierwsze wakacje w jej życiu. Chciała wycisnąć z nich, ile się da i smakować lato wszystkimi szwami w swoim ciele. Na samą myśl, że to już ostatnia godzina comiesięcznych lekcji tolerancji w tym roku szkolnym, z trudem powstrzymywała ochotę wypuszczenia z palców prawdziwych fajerwerków.

Blue usadowiła się na ławce tuż obok Frankie, po czym zaczęła upinać swoje jasne loki w luźny kok na czubku głowy. W końcu umocowała fryzurę za pomocą plastikowej, chińskiej pałeczki, zaczęła wachlować się po karku i westchnęła ciężko:

- Oddałabym wszystko za basen.

Frankie popatrzyła na nią pytająco.

- Nie rozumiesz? Tak się u nas mówi na kąpiel. Jestem spragniona jak komar na odludziu.

Przez rolety do sali gimnastycznej wpadały promienie słońca, odbijały się od opalizujących, choć faktycznie wyschniętych łusek na skórze morskiej dziewczyny i rzucały tańczące zajączki na ścianę za jej plecami.

- Basen? Świetny pomysł! - Frankie aż pojaśniała z radości. - Umówmy się całą ekipą! Poproszę tatę, żeby wyłączył turbiny generatora w ogrodzie i będziemy mogli poskakać do wody.

Blue klasnęła podekscytowana.

- Impreza na basenie, czy ja dobrze słyszę? - wtrąciła Clawdeen, która właśnie pojawiła się obok koleżanek.

Wilkołaczka położyła torebkę obok Blue i wyjęła z uszu kawałki pomarańczowej pianki. Jej czułe, wilcze uszy źle znosiły harmider panujący w sali. Co innego plotki i planowanie imprez. Tego nie potrafiła sobie odmówić.

- Gdzie i kiedy? - zapytała rzeczowo.

- Dzisiaj po szkole, w moim ogrodzie - oznajmiła Frankie.

- Mnie pasuje - odparła Clawdeen, poprawiła futrzany kołnierz i ponownie włożyła stopery do uszu. Choć do pełni było jeszcze daleko, jej szyję i ramiona pokrywała piękna, naturalna etola. Odkąd przestała regularnie odwiedzać salony depilacji, od rana do wieczora wyglądała jak gwiazda filmowa rodem z Hollywood. Normalski z wszystkich klas patrzyły na nią z nieukrywaną zazdrością, ale i podziwem. Próbowały ją naśladować, zakładając sztuczne futra we wszystkich możliwych odcieniach i fakturach, ale żadne z nich nie mogło równać się z blaskiem i miękkością włosów Clawdeen. Wilczyca alfa była tylko jedna.

Cleo wcisnęła się na miejsce obok koleżanek. Kiedy kroczyła wąskim przejściem, uczniowie rozstępowali się przed nią niczym fale Morza Czerwonego. Przeczesała grzywkę palcami i przyjrzała się tłumowi. Fioletowy, rozciągliwy materiał sukienki owijał jej ciało niczym ozdobny papier pudełko z prezentem urodzinowym. Złote mankiety kreacji przypominały kokardy.

- Czy na twojej imprezie trzeba pływać w strojach? - znienacka odezwał się Billy.

- Po co była nasza wyprawa po ciuchy, skoro nawet nie masz zamiaru ich nosić? - fuknęła Frankie w odpowiedzi.

- Gorąco mi w nich, nic na to nie poradzę - odparł chłopak.

- Mam tylko nadzieję, że twój niewidzialny tyłek nie dotykał siedzenia tej ławki - prychnęła Cleo i usiadła. Biły od niej zapach ambrowych perfum i pewność siebie. - Nie chciałabym musieć dezynfekować swoich ubrań.

- Dezynfekcja? To jakieś starożytne metody? Może nie wiesz, ale współcześnie używamy pralek.

Wszyscy wybuchli śmiechem. Tylko Deuce zachował powagę. Dobrze wiedział, że nie wolno mu się śmiać z żartów na temat jego królewskiej dziewczyny. Twarz chłopaka wykrzywił tylko grymas - widać było, że z trudem maskuje rozbawienie. Na wszelki wypadek odwrócił się szybko, niby chcąc przywitać się z kumplem z drużyny koszykówki, który usiadł w rzędzie z tyłu. W okularach słonecznych Deuce'a odbił się szyderczy uśmiech chłopaka.

- Co my tu właściwie robimy? - zmieniła temat Blue. - Jesteśmy przecież nierozłączne jak dwugłowy dingo! - zawołała, po czym objęła Irish Emmy, swoją nową normalską przyjaciółkę z drużyny pływackiej i cmoknęła ją niezdarnie. - Prawda?

- Fuj, ale mnie ośliniłaś - zaśmiała się Emmy i otarła blady policzek. Machnęła głową, a jej prostowane, rude włosy zafalowały jak morska trawa.

Blue miała rację. Żadne z nich nie potrzebowało więcej wykładów i ćwiczeń na temat różnorodności, tolerancji i akceptacji. Dotychczasowe sesje szkoleniowe nauczyły normalsów i RAD-owców, jak można współistnieć w pokoju. Od dawna nie było na tym tle żadnych problemów. W gruncie rzeczy RAD-owcy - czyli Raczej Atrakcyjni Dziwacy - stali się bardziej popularni, niż kiedykolwiek mogli przypuszczać.

Szwy na ciele Frankie stały się inspiracją dla najmodniejszych w tym sezonie zmywalnych tatuaży rysowanych henną. Fanki stylu Cleo owijały ramiona lnianymi bandażami. Ciemne okulary i luźną czapkę podobne do tych, które zawsze miał na sobie Deuce, nosiła już połowa szkolnych koszykarzy. Sztuczne futra zdobiące szyje i ramiona tak wielu dziewczyn stanowiły żywy hołd dla kołnierza Clawdeen. Bawełniane półrękawy Blue nosili właściwie wszyscy, i to w najbardziej jaskrawych kolorach. Teraz każdy marzył o tym, by wyróżniać się z tłumu. Po co więc kolejne spotkanie? Zamiast siedzieć w zaduchu sali gimnastycznej, mogliby przecież być już nad basenem. Po kąpieli wynajęliby łódki z wiosłami i popływali po spokojnych wodach rzeki Willamette. Wdychaliby zapach świeżo skoszonej trawy, zajadali się lodami i...

- Wszyscy wstać! - zakomenderowała czterdziestokilkuletnia rozczochrana kobieta, która właśnie weszła na salę sprężystym krokiem. Dawała uczniom energiczne znaki, wymachując rękami niczym pracownik lot­niska.

Pani Foose - bo tak miała na imię ta przedziwna postać - była instruktorką zajęć integracyjnych w Merston High.

- Ciekawe, czy nauczy nas tolerować swój totalny brak gustu - mruknęła Cleo na pierwszych zajęciach. Słysząc to, Frankie musiała się uśmiechnąć. Zwykle starała się nie oceniać ludzi po wyglądzie, ale strój pani Foose faktycznie stanowił swego rodzaju sensację. Kobieta miała na sobie o wiele za duży T-shirt z napisem: KOCHAJ SWOJEGO SĄSIADA - NAWET JEŚLI ON KOCHA INACZEJ, levisy z wysokim stanem i chybotliwe, fioletowo-srebrne buty sportowe EasyTone o charakterystycznie profilowanej podeszwie.

- To nasze ostatnie spotkanie w tym roku szkolnym, więc włóżcie w nie dużo serca! - zawołała, po czym włączyła przedpotopowy magnetofon, który ze sobą przyniosła i położyła lewą dłoń na piersi. Z głośników ryknęła muzyka; trzeszczące nagranie nowego szkolnego hymnu Merston High niosło się echem po sali gimnastycznej. Frankie nawet w najgorszej sytuacji próbowała szukać pozytywów, tak więc zerwała się z ławki jako jedna z pierwszych i zaczęła śpiewać pełną piersią:

I raz, i dwa, już zaczynamy.

W Merston bardzo się kochamy.

Tolerancja to podstawa.

Z RAD-owcami - czad zabawa!

Tę zwrotkę dziewczyna śpiewała wyjątkowo głośno. Wszyscy zaczęli klaskać i wskoczyli na ławki. Pani Foose spojrzała na nią z zachwytem i uniosła rękę z wyciągniętym kciukiem. Frankie odpowiedziała jej tym samym gestem. Cleo przewróciła wymownie oczami. Jej mina zdradzała głęboką niechęć.

Ale również z normalsami

Można szaleć godzinami,

Więc mieszajmy się z zapałem.

Wiwat Merston! Jest wspaniałe!

Frankie poderwała rówieśników do przytupywania w rytm muzyki. Patrząc na uczniów, pani Foose ukradkiem otarła łzę dumy i wzruszenia.

- Powiedz "Nie" nienawiści! - zawołała.

- By sen o tolerancji ziścić! - odpowiedzieli jej uczniowie.

Burza oklasków powoli się uspokoiła. Nauczycielka wyłączyła magnetofon i wyregulowała głośność mikrofonu w swoim zestawie słuchawkowym.

- Wszyscy na miejsca! - zarządziła.

W głośnikach rozległ się przeraźliwy pisk. Clawdeen zakryła uszy.

- Ojej, przepraszam, szczególnie wszystkich członków rodziny Wolf - powiedziała szybko pani Foose i przyjęła swoją zwykłą, poważną pozę: wyprostowała się, splotła ręce z tyłu i złączyła kolana. - Spotykamy się dziś na ostatnim spotkaniu w programie "Inny nie znaczy gorszy".

Rozległy się oklaski.

Kobieta uciszyła młodzież gestem dłoni. Skóra zwisająca luźno z jej ramienia zafalowała niczym żagiel na pełnym wietrze.

- Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, uczniowie Merston byli podzieleni. RAD-owcy żyli w ciągłym strachu, zmuszeni do ukrywania swoich prawdziwych tożsamości. Normalsi zdecydowanie dominowali.

- Tak jest! - zawołał jakiś chłopak.

Nauczycielka klasnęła ostro i podniosła wyprostowany ostrzegawczo palec. W sali zapadła cisza.

- Dzięki waszej ciężkiej pracy - kontynuowała - ten semestr był naprawdę wspaniały i pełen sukcesów. Drużyna pływacka Merston pod wodzą Lagoony Blue dotarła do finałów stanowych po raz pierwszy od dwudziestu lat.

- Ekstra! - zawołała Irish Emmy i przybiła koleżance piątkę. Frankie poklepała przyjaciółkę z uznaniem. Uczniowie wiwatowali jak szaleni. Blue uśmiechała się szeroko i nerwowo okręcała kosmyk włosów na palcu.

- Z kolei nasza koedukacyjna drużyna biegowa w kwietniu wzięła udział w zawodach na szczeblu krajowym, a wszystko to dzięki rodzinie Wolfów - ciągnęła pani Foose. Clawdeen i jej bracia unieśli ręce nad głowami w tryumfalnym geście. - Również nasi szkolni koszykarze i gracze futbolu są po prostu niepokonani - oznajmiła z dumą. Deuce i Clawd wstali z ławek i ukłonili się zebranym. - Historia Merston High nie pamięta tak dobrego sezonu dla rozgrywek sportowych. A wszystko to zasługa RAD-owców i ich nieprzeciętnych umiejętności.

Sala zadrżała w posadach od owacji.

- Kiedy patrzę na was, widzę młode osoby, które potrafią nie tylko zaakceptować, ale i docenić odmienność - mówiła dalej pani Foose. - Już dziś wiem, jak będzie wyglądać jutro: w mojej wyobraźni mieni się wszystkimi kolorami tęczy. O, tak, moi drodzy! Widzę ogromną, kolorową tęczę. Wystarczy, że razem ze mną będziecie szerzyć to kolorowe światło naszej miłości, a już niedługo zaleje ono cały świat. Zawsze będziecie pamiętać, że to tu, w Merston High, jest jego źródło i że to wy nim jesteście.

Frankie zerwała się na równe nogi i z radości zaczęła wybijać rytm stopami. Podobnie jak chwilę wcześniej, kolejne rzędy uczniów szybko poszły w jej ślady. Tylko Cleo nie reagowała. Siedziała samotnie na trzęsącej się ławce, niezdarnie próbując nałożyć złocisty błyszczyk do ust.

Okazywanie uczuć w otwarty, prosty sposób zwyczajnie nie leżało w jej naturze. Niektórzy - całkiem słusznie - uznawali ją wręcz za wyniosłą. Cóż, egipska księżniczka miała zdecydowanie kocią naturę. Z rzadka okazywała aprobatę, a jeśli już jej się zdarzało, czyniła to za pomocą subtelnych gestów. Jednak ostatnio jej zachowanie uległo zmianie na gorsze - była coraz bardziej harda i zacięta. Zaczęło się chyba wtedy, gdy Frankie pobiła Cleo w ilości znajomych na Facebooku i Twitterze (dane z 22 maja, godz. 19.04: 607 kontra 598). Mumia przyjęła to jako osobistą porażkę i nie potrafiła pohamować zawiści. Frankie boleśnie odczuła zmianę w nastawieniu koleżanki i przez moment rozważała nawet chwilowe wstrzymanie swojej aktywności w internecie. W ten sposób może straciłaby kilku znajomych, a na pewno zahamowałaby tempo dodawania nowych. Nie zależało jej na wygranej w tych dziwnych zawodach. Miała dosyć złośliwych komentarzy Cleo, wymownych westchnień i ciągłego przewracania oczami na jej widok. Mama wytłumaczyła jej, że to klasyczne objawy zazdrości. Na szczęście Brett i Billy przemówili Frankie do rozsądku. "Twoje internetowe znajomości mają ucierpieć tylko dlatego, że Cleo ma muchy w nosie i boi się stracić pozycję? Przecież to bez sensu. Jesteś od niej milsza, nie ma co do tego wątpliwości. Nic dziwnego, że jesteś też bardziej lubiana. De Nile nie ma monopolu na popularność. W żadnym wypadku nie powinnaś starać się jej przypodobać" - twierdzili zgodnie. Frankie próbowała więc podbudować ego koleżanki codzienną porcją komplementów, ale jak łatwo się domyślić, zwykle przynosiły skutek odwrotny od zamierzonego.

- Hej, Cleo - zawołała teraz. - Czy jeśli kiedyś nawiedzi nas trzęsienie ziemi, zrobisz mi makijaż?

- Mhm, jasne, bo właśnie o tym będę myśleć w takiej chwili - odparła z przekąsem Cleo.

Frankie poczuła ucisk w okolicy serca. Jej starania nie miały żadnego sensu.

- Nie przejmuj się nią - niespodziewanie wyszeptała jej do ucha Spectra, niewidzialna dziewczyna Billy'ego. - Słyszałam, że Nefra, jej siostra bliźniaczka, przeprowadza się do Aleksandrii na wakacje. Podobno Cleo jest załamana. Wiesz, były jak papużki nierozłączki, spały w tym samym sarkofagu i tak dalej. Pewnie odreagowuje na tobie stres.

- Dobrze wiedzieć - odparła Frankie, z trudem maskując ironię w głosie. "Przecież wszyscy wiedzą, że Nefra mieszka w Kairze i jest trzy lata starsza od Cleo. Dlaczego Spectra musi tyle zmyślać?" - zastanawiała się w duchu dziewczyna.

- Uspokójcie się, moi drodzy! - zawołała pani Foose z głośnym klaśnięciem. - Jeszcze nie skończyliśmy. Równowaga została nieco zachwiana. Promując odmienność, zaniedbaliśmy normalność. Normalsi siedzą bezczynnie na ławkach rezerwowych. Dziewczyny ukrywają swoje naturalne piękno za pomocą makijażu i akcesoriów inspirowanych RAD-owcami, więc...

- I co w tym złego? - wymamrotała Cleo.

Clawdeen stłumiła chichot dłonią.

- Musimy przywrócić właściwe proporcje - ciągnęła nauczycielka. - Kolorowe pasma tęczy muszą być równej szerokości.

- Jeszcze jedna metafora tego typu i zwymiotuję od nadmiaru słodyczy - szepnął Brett. Frankie szturchnęła go figlarnie i wciągnęła w nozdrza delikatny zapach pasty do włosów, której używał do utrwalenia fryzury.

- Ostatnie zadanie, które czeka was przed rozpoczęciem letnich wakacji, to...

Na sali rozległy się jęki niezadowolenia. Dyrektor Weeks zrobił krok do przodu i uniósł rękę w uciszającym geście. Z pewnym ociąganiem uczniowie zamilkli. Mężczyzna skinął głową w stronę pani Foose.

- Zależy mi na tym, żebyście skupili się na osiągnięciu zrównoważonej postawy. W każdym roczniku zostanie ustanowiona specjalna Rada Równowagi, składająca się w odpowiednich proporcjach z normalsów i RAD-owców. Jej zadaniem będzie dbanie o potrzeby pozostałych uczniów do końca tego roku szkolnego oraz na początku przyszłego. Radni zajmą się organizacją imprez okolicznościowych, będą odpowiadać na wszystkie uwagi dotyczące stanu szkolnego sprzętu, rozgrywek sportowych czy programu zajęć. Rozpatrzą wszystkie wasze pomysły, które mogłyby służyć zrównoważeniu naszej tęczy.

Kilku uczniów z pierwszych rzędów zaczęło bić brawo. Dyrektor i nauczycielka wymienili zadowolone spojrzenia.

Drrrryń!

Nareszcie dzwonek oznajmił koniec nauki. Czas na basen! W ławkach zapanowało poruszenie - wszyscy naraz próbowali wydostać swoje torby i plecaki spod siedzeń.

- Każdy, kto czuje, że przyszłość Merston High jest dla niego ważna, może wrzucić kartkę ze swoim imieniem i nazwiskiem do skrzynki stojącej przy wyjściu - pani Foose próbowała przekrzyczeć narastający hałas. - Spośród nich wylosuję członków rady. Wyniki zostaną ogłoszone jutro.

Brett zarzucił plecak na ramię i włączył się w tłum próbujący wydostać się z sali gimnastycznej przez wąskie gardło drzwi.

- Zgłosisz się? - zapytał, chwytając Frankie za rękę. Śruby w szyi dziewczyny aż zawibrowały z wrażenia. Czy już zawsze będzie tak reagować na jego dotyk?

- Co takiego?

- No, mówię o Radzie Równowagi. Zamierzasz wrzucić swoje dane do skrzynki?

Frankie zaśmiała się, jakby usłyszała żart.

- Jakoś nie jestem przekonana - odparła. - Nie brzmi to zbyt rozrywkowo.

- Mówię serio - naciskał chłopak. - Przecież zwykle jesteś pierwsza do takich akcji.

- Tym razem chyba sobie odpuszczę - odparła Frankie z irytacją. Ile razy miała mu powtarzać, że ma dosyć mieszania się w działalność społeczną? Była zmęczona ciągłą walką. Poza tym przecież było już po wszystkim. RAD-owcy zwyciężyli - czas na zabawę! - Nie chcę już zajmować się niczym poważnym - dodała. - Nie mam zamiaru marnować tak boskiej pogody na zostawanie w szkole po lekcjach.

- Cóż, najwyraźniej jesteś osamotniona w swoich poglądach - powiedział Brett i wskazał na skrzynkę przy wejściu. Otaczał ją tłum uczniów. Szybko zabrakło kartek zgłoszeniowych. Jakiś normals w niebieskiej czapce z daszkiem wypisywał swoje imię i nazwisko na papierku po gumie do żucia. Jackson Jekyll wrzucił do środka żółtą karteczkę samoprzylepną. Nawet Cleo szukała w swojej torebce kawałka papieru.

- To miłe, że postanowiła się zaangażować w życie szkoły - stwierdziła Frankie na ten widok. "Może będzie miała mniej czasu na rzucanie mi nienawistnych spojrzeń" - dodała w duchu.

- Jasne. Na pewno zapcha skrzynkę kartkami ze swoim nazwiskiem - prychnął Billy.

- Dlaczego jesteś dla niej taki niemiły? - spytała Frankie. - Przecież tobie nie zrobiła niczego złego.

- Po prostu nie chcę, żeby coś ci się stało - odparł chłopak z nutką sarkazmu. Dziewczyna uśmiechnęła się w odpowiedzi. Billy wyraźnie próbował nawiązać do jej wcześniejszych ostrzeżeń na temat Spectry. Na dworze było jednak zbyt pięknie, by miała się tym przejmować.

- Powodzenia! - rzuciła do Cleo, mijając ją w przejściu.

- Nawzajem - odparła z przekąsem dziewczyna.

Przez chwilę Frankie zastanawiała się, czy nie powiedzieć jej, że nie zamierza brać udziału w losowaniu. Ale dlaczego w ogóle miała się nią przejmować? Im szybciej opuści szkołę, tym wcześniej zacznie się impreza nad basenem w jej ogródku. Swoją drogą, był to punkt numer siedem na jej wakacyjnej liście marzeń. Uśmiechnęła się więc szeroko i wyszła z sali. O jeden dzień bliżej do wolności!

ROZDZIAŁ 2

WAMPIRZY CERTYFIKAT JAKOŚCI

Promienie słońca odbijały się od karoserii samochodów zaparkowanych na szkolnym parkingu. Świeżo upieczeni kierowcy wyjeżdżali sprzed szkoły z piskiem opon - Lala musiała zasłonić swoje wrażliwe uszy. Był pierwszy naprawdę ciepły dzień. Mimo tego zadrżała z zimna. Dlaczego pogoda nie potrafiła jej rozgrzać tak, jak robił to Clawd Wolf?

Grupa przyjaciółek pędziła po gorącym asfalcie. Nie mogły ich zatrzymać nawet najświeższe plotki z końca dnia. Wszystkie pięć - Cleo, Frankie, Clawdeen, Blue i Lala - maszerowały prosto do samochodu wampirzycy.

- Ruchy, leniuchy! - zawołała Blue przez ramię. - Łuski zaraz mi odpadną!

- Moje śruby aż parzą z gorąca - dodała Frankie.

- Futro mi się spoci - marudziła Clawdeen.

- Nie chcę się nierówno opalić! - jęczała Cleo, próbując osłonić ramiona. - Muszę szybko przebrać się w kostium, bo będę cała w paski.

Lala zwolniła.

- Chcecie parasolki od słońca? - zapytała, obracając rączkę własnej. - Mam w szkolnej szafce kilka zapasowych. Mogę pobiec z powrotem i...

- Nie mamy czasu. Lepiej przyspiesz trochę - odparła Clawdeen i lekko popchnęła przyjaciółkę. - Czeka na nas basen Frankie, pamiętasz?

Jakżeby mogła zapomnieć. Powiedziały jej o wszystkim w czasie zebrania w sali gimnastycznej, kiedy siedziała przytulona do swojego prywatnego grzejnika w postaci Clawda Wolfa. Sam pomysł imprezy bardzo jej się podobał, ale - co tu dużo mówić - była zakochana na zabój i chciała pożegnać się ze swoim chłopakiem. Jednak dziewczyny ciągnęły ją do samochodu tak stanowczo, że nie zdążyła! Czuła się teraz jak ktoś, kto zgubił portfel i komu zabroniono go szukać. Tylko jak miała to wytłumaczyć Clawdeen? Wilczyca wciąż nie potrafiła uwierzyć, że jej brat może komukolwiek wydać się atrakcyjny.

Blue podciągnęła rękaw bluzki i spojrzała na swój różowy zegarek Casio G-shock.

- Nie padało od dwustu jedenastu godzin. To miasto jest suche jak australijski step! - westchnęła. - Jeśli dostanę się do Rady Równowagi, urządzę basen w korytarzach i będę pływać z klasy do klasy.

Frankie uniosła okulary przeciwsłoneczne i spojrzała na przyjaciółkę.

- Zgłosiłaś swoją kandydaturę? - spytała. Blue skinęła głową.

Cleo zachichotała złośliwie, jakby przypomniała sobie jakiś żart.

- Ja też - powiedziała Clawdeen, odsłaniając szyję i wachlując się po karku. - Jeśli zostanę wybrana, zadbam o to, żeby szkoła zatrudniła profesjonalnego fryzjera.

- Ja zamierzam obwiesić wszystkie ściany lustrami - oznajmiła Cleo.

- A jak to się ma do bycia mumią? - zdziwiła się Frankie.

- Nijak - odparła księżniczka. - Po prostu lubię na siebie patrzeć.

Dziewczyny śmiały się i stukały obcasami po rozgrzanej nawierzchni parkingu. Z warkotem minął je miętowozielony skuter. Frankie posłała mu buziaka.

- Też chcę taki! - zawołała, po czym zwróciła się do Lali. - Wygląda na to, że tylko ty i ja nie wrzuciłyśmy swoich nazwisk do skrzynki.

Cleo ponownie zachichotała.

- Cóż... ja to zrobiłam - wyznała wampirzyca.

Nie należała do osób nieśmiałych i chętnie angażowała się w różnego rodzaju akcje, ale większość jej czasu poza szkołą pochłaniał wolontariat na rzecz potrzebujących zwierząt. "Kto ma się nimi zająć, jeśli nie my?"- odpowiadała zwykle na pytanie, czy nie wolałaby popracować nad szkolnym projektem.

- Myślałam, że zajmujesz się ostatnio zwierzęcymi metamorfozami - zdziwiła się Clawdeen.

- No właśnie, co z twoją akcją zwierzaki-nie-chłopaki? - zażartowała Cleo, nawiązując do adresu mejlowego Lali.

- Nie robię tego dla siebie - odparła wampirzyca. - W grę wchodzi pewien bardzo stary nietoperz - westchnęła.

- Mówisz o panu starszym... ojcu? - spytała Blue, drapiąc się po ramionach. Opalizujący pył z jej skóry opadał prosto na chodnik.

Lala skinęła głową.

- Jego zdaniem moje zdolności przywódcze i organizacyjne nie mają okazji rozwinąć się poza szkołą.

- Po co zwierzęcej stylistce zdolności przywódcze? - zainteresowała się Frankie.

Zawstydzona wampirzyca przesłoniła twarz różową, marszczoną parasolką.

- Ojciec uważa, że nie dostanę się do dobrego college'u, jeśli nie będę potrafiła wykazać się aktywnością na polu szkolnym. Muszę mu pokazać, że zależy mi na Merston.

- Mam pomysł! - zawołała Blue. - Znajdziemy ci jakiegoś psiaka i nazwiemy go właśnie Merston!

Przyjaciółki ponownie wybuchły śmiechem.

- Że co? - rzuciła znienacka Clawdeen i obróciła się w stronę szkoły. Po drugiej stronie trawnika, daleko poza zasięgiem słuchu normalnych uszu, stał Clawd i mówił coś. - Powtórz! - poprosiła podirytowana i nasłuchiwała odpowiedzi. W końcu westchnęła zrezygnowana. - W porządku, tylko się pośpiesz.

Chłopak pożegnał się z kumplami i szybkim krokiem ruszył przez parking. Cała jego postać wyrażała entuzjazm kogoś, kto został wezwany na dywanik do gabinetu dyrektora. Nie rozglądał się na boki, szedł ze wzrokiem wbitym w ziemię, nie uśmiechał się do nikogo po drodze. Sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie znał Lali - zwłaszcza w towarzystwie kolegów. Jego zdaniem szkoła nie była odpowiednim miejscem na okazywanie uczuć. A jednak na widok Clawda serce dziewczyny wyraźnie przyspieszyło.

- Czego on chce? - odezwała się półgębkiem.

- Sama go zapytaj - burknęła Clawdeen. - To z tobą chce porozmawiać, nie ze mną.

- Tak powiedział? - zdziwiła się dziewczyna. - I to przy chłopakach?

- Oczywiście, że nie - westchnęła wilczyca. - Stwierdził, że musi zabrać strój treningowy z samochodu, ale ja już dobrze wiem, co naprawdę miał na myśli.

"Hura!" - ucieszyła się w myślach Lala i rzuciła Clawdeen kluczyki ozdobione breloczkiem z napisem: KSIĘŻNICZKA WEGAN. Wilkołaczka złapała je łapczywie niczym weselny bukiet.

- Nawet nie myślcie o włączeniu klimatyzacji! - zawołała za dziewczynami, które pędem ruszyły do samochodu.

W końcu znalazła się sama. Oparła się o maskę niebieskiego auta Clawda i czekała na niego, uśmiechając się szeroko. "Czas na buziaka od przystojniaka!"- cieszyła się w myślach.

- Jak ci się podoba mój nowy grzejnik? - rzuciła zalotnie, gładząc rozgrzaną słońcem blachę.

Clawd zmarszczył brwi, jakby powiedziała coś niemiłego.

- Coś nie tak ze starym? - mruknął.

Lala nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko i przytuliła się do niego.

Chłopak rozejrzał się dookoła. Dopiero, gdy upewnił się, że nikt nie patrzy, odwzajemnił uścisk wampirzycy.

- Aż tak się mnie wstydzisz? - spytała z wyrzutem Lala, oderwała się od niego i spojrzała mu prosto w oczy. Miał tęczówki bardziej żółte niż Clawdeen; przypominały jej dwa rozświetlone bursztyny.

- O czym ty mówisz! - prychnął Clawd i przejechał dłonią po włosach.

- W takim razie dlaczego inaczej zachowujesz się przy ludziach, a inaczej, kiedy jesteśmy sami? - zaatakowała go. - To Melody Carver ma słabość do chłopaków z niestabilną osobowością, nie ja. Chyba już pora, byś powiedział kumplom, że interesuje cię nie tylko ganianie za jajowatą piłką po boisku.

- Ona nie jest jajowata, tylko owalna...

- Wielka mi różnica - parsknęła dziewczyna. - A z innej beczki: dlaczego te piłki są robione ze skóry? Naprawdę nie ma żadnych syntetycznych zamienników?

Chłopak uniósł dłoń i przytknął jej palce do ust.

- Stop. Za trzy minuty zaczynam trening. Naprawdę chcesz rozmawiać teraz o piłkach?

Lala przygryzła go lekko swoim lewym kłem.

- Nie - odparła z uśmiechem.

- To dobrze, bo mam coś dla ciebie - odparł i sięgnął do plecaka.

- Jak to? Przecież nie mam urodzin ani...

Clawd wręczył jej prostokątną, płaską paczuszkę opakowaną w folię aluminiową.

Wampirzyca cofnęła się z niechęcią.

- O nie, nie mam zamiaru próbować kolejnego dania, które wyszło z twojej ręki. Po ostatnim budyniu myślałam, że zwy...

- Po prostu rozpakuj - przerwał jej.

Posłusznie rozerwała folię. Jej oczom ukazało się zdjęcie Clawda siedzącego w fotelu obok płonącego kominka. Chłopak nachylał się nad szachownicą i opierał łokcie na kolanach. Nad stołem unosiła się biała figura hetmana.

- Dziewięć miesięcy temu w Hideout Inn. Pamiętasz? - zapytał nieśmiało.

- Tym ruchem wygrałam partię! - przypomniała sobie Lala. - Rozłożyłam cię na łopatki.

- Można powiedzieć, że to była nasza pierwsza randka - powiedział Clawd, ignorując jej przytyk. - Wiem, że nie widać cię na zdjęciach, ale pomyślałem sobie, że ta fotka i tak powinna ci się spodobać. Będziesz mogła na nią patrzeć w czasie pełni, kiedy nie będzie mnie przy tobie.

Na pobliskim klonie śpiewały radośnie ptaki. Lala oparła głowę na piersi chłopaka, wsłuchując się w szybkie bicie jego serca.

- To fantastyczny prezent, dziękuję - wyszeptała.

Clawd przechylił głowę i wymamrotał cicho:

- Nie masz pojęcia, ile radości mi dajesz.

Lala przytuliła zdjęcia, a potem wilkołaka. Uśmiechnął się i uniósł jej podbródek, kiedy z samochodu dziewczyny ryknął najnowszy przebój Rihanny. Pocałowali się, ignorując hałas. O tak. W końcu było jej ciepło.

Tuu tuuu!

- Jedźmy już! - zawołała Clawdeen przez uchylone okno.

- Chwileczkę! - krzyknęła w odpowiedzi Lala.

Clawd otworzył bagażnik, zostawił plecak i wyjął czarną torbę sportową Adidasa.

- Mną się nie przejmuj. I tak muszę lecieć na trening.

Wampirzyca uśmiechnęła się i skinęła głową. Dostała jeszcze buziaka w policzek i chłopak ruszył w kierunku boiska.

- Kto jest w nastroju do zabawy? - zapytała wesoło i zajęła miejsce za kierownicą.

- Łuuuhuuuu! - zawyła w odpowiedzi cała gromadka.

- Nie masz pojęcia, jak dobrze układa mi się z Clawdem, odkąd zaczęliście ze sobą chodzić - powiedziała Clawdeen.

Lala aż pojaśniała z radości.

- Naprawdę? Jak to?

- To proste. Teraz praktycznie nie ma go w domu - odparła przyjaciółka.

Dziewczyny zanosiły się od śmiechu. Choć klimatyzacja była ustawiona na maksimum, wampirzyca poczuła, że fala ciepła zalewa ją i otula niczym kaszmirowy szal.

Skręcały właśnie w Radcliffe Way, gdy iPhone Lali odezwał się znajomym dzwonkiem przypomnienia.

- Trzymajcie się! - zawołała i wcisnęła pedał gazu. Clawdeen wleciała na Cleo, Blue uderzyła o siedzenie, a Frankie machnęła nogami tak, że koleżanki miały okazję zobaczyć fragment jej pasiastych damskich bokserek.

Wampirzyca zatrzymała się z piskiem opon pod szerokolistnym klonem rosnącym przed jej wiktoriańską willą. Nie musiała tłumaczyć się przyjaciółkom ze swojego pośpiechu. Środa, za kwadrans czwarta. Dziewczyny doskonale wiedziały, o co chodzi.

Każdy, kto wchodził do domu Lali, w pierwszej chwili miał wrażenie, że stracił wzrok. Ściany korytarza były wyłożone ciemnym aksamitem, a podłogi czarnym marmurem. Pod sufitem paliły się słabe lampy. Oczy Lali w jednej chwili przyzwyczaiły się do półmroku. Wciągnęła w nozdrza zapach płonącego drewna kominkowego. Była w domu.

Pata-pat-pat-pata-pat-pat - odgłos przywodzący na myśl stepującą mysz zdawał się zbliżać w jej kierunku. Nagle rozległ się wysoki pisk.

- Hrabio Pięknisiu! - zaszczebiotała Lala i przykucnęła z wyprostowaną ręką.

Nietoperz - niewiele większy od dłoni zwiniętej w pięść - złożył skrzydła i wskoczył z podłogi na ozdobiony licznymi bransoletkami nadgarstek dziewczyny. Zwierzak wciąż miał na głowie różową wstążkę, którą założyła mu rano przed wyjściem do szkoły. Udało mu się za to strząsnąć ze swoich skrzydeł większość złotego pyłu, którym je oprószyła. Typowy facet!

- Tak, wiem, że jesteś głodny, ale czeka na mnie tata - powiedziała wampirzyca przepraszającym tonem.

- Iiiiiiiiiii! - zapiszczał w odpowiedzi nietoperz i niezdarnie powlókł się z powrotem po schodach do pokoju swojej pani. Choć mieszkał z nią od dziewięciu lat, wciąż panicznie bał się Pana D.

Lala rzuciła różową torebkę na czarno-złotą, obitą aksamitem pufę i szybkim krokiem ruszyła przez korytarz. Na ścianach po obu jego stronach wisiały stare portrety kolejnych pokoleń wampirów. Nobliwe twarze przodków na dawnych płótnach spoglądały na nią z ozdobnych, lakierowanych ram ze sztucznego tworzywa. Pan D. nie należał do staroświeckich osób. Jego dom miał być mroczny, błyszczący i pełen nowoczesnego przepychu.

Dziewczyna szła do salonu, skąd dobiegał głos wujka. Pełne dekadencji umeblowanie wielkiego pokoju stanowiło żywy hołd dla linii sprzętów domowych, którą zaprojektował sam Armani. W pomieszczeniu nie było dzieł sztuki ani antyków. Centralne miejsce zajmował 64-calowy telewizor umocowany na ścianie pokrytej złotą, gniecioną tapetą.

Lala ujrzała wujka Vlada. Niewysoki mężczyzna o zmierzwionych, siwych włosach i w okrągłych, rogowych okularach na nosie, miał na sobie niebieski, zapinany sweter. Stał przed ekranem ze skrzyżowanymi ramionami, przypominając w tej pozycji gnoma mocno z czegoś niezadowolonego.

- Wiem, że chciałeś widzieć się z córką - mówił Vlad - ale doprawdy, musimy najpierw porozmawiać o kolorystyce tego wnętrza, bo łamie ona wszelkie możliwe zasady feng shui. Już samo przebywanie tutaj sprawia, że tracę humor. To miejsce potrzebuje chociaż kropli koloru dla ożywienia - dodał, wskazując na szklaną obudowę kominka, czarne kanapy, czarny dywan na podłodze i szereg czarnych szafek o składanych drzwiczkach. - Czuję się tutaj jak uwięziony w futerale na skrzypce - westchnął.

Lala zachichotała.

- Rozmawialiśmy już o tym - odezwał się głębokim głosem Pan D. - Nie jestem amatorem jasnych barw. Jeśli chcesz, by pokój wyglądał inaczej, spróbuj poprzestawiać meble. A pragnę ci przypomnieć, że to sprzęt naprawdę wysokiej klasy. Tyle na ten temat z mojej strony. Czy jest tam moja córka?

Lala posłusznie stanęła przed ekranem.

- Tutaj! - zamachała.

Vlad usunął się z pola widzenia, ocierając spocone czoło jasnoróżową chusteczką. W przelocie zerknął wymownie na dziewczynę. Wyraźnie dawał jej znać, że przeciąganie rozmowy z Panem D. w oczekiwaniu na jej przyjście nie należało do przyjemnych zajęć.

Nastolatka złapała jego spojrzenie i przygryzła wargę, rzucając w jego stronę nieme "Przepraszam".

Mężczyzna wcisnął drobne dłonie w kieszenie swoich spodni w kratę i szybkim krokiem ruszył w stronę spiżarni. Jedzenie zawsze dawało mu ukojenie.

- Cześć, tato - przywitała się Lala i usiadła sztywno na skraju kanapy.

Mocno opalony mężczyzna z zaczesanymi do tyłu włosami, który patrzył na nią z ekranu, niemal niezauważalnie skinął głową w odpowiedzi. Miał na sobie gładki, świetnie skrojony, srebrnoszary garnitur i siedział za szerokim, drewnianym biurkiem. Za jego plecami znajdował się rząd okien. Za szybą co rusz ukazywał się to skrawek niebieskiego nieba, to fragment turkusowej wody. Czarne oczy wampira krytycznym wzrokiem mierzyły córkę od stóp do głów.

Lala założyła nogę na nogę i nachyliła się do przodu. Miała na sobie różowe rajstopy i czarną, dość krótką minispódniczkę. Robiła wszystko, by ją zakryć. Kiedyś ojciec stwierdził, że taki strój z pewnością zwróci uwagę każdego, ale raczej nie będzie to ten rodzaj zainteresowania, który jej się spodoba. Wampirzyca zarzuciła na ramiona wełniany pled. Choć w kominku buchał ogień, a centralne ogrzewanie było odkręcone na cały regulator, jej ciało przebiegł dreszcz. Z ofiar jej ojciec wysysał krew, a z córki - wewnętrzne ciepło.

- Co słychać? Masz dla mnie jakieś ciekawe wiadomości? - ton mężczyzny był chłodny i rzeczowy.

Lala spojrzała na niego. Po raz pierwszy od bardzo dawna faktycznie chciała się z nim czymś podzielić.

- Pokażę ci coś - powiedziała i uniosła do ekranu fotografię przedstawiającą Clawda.

Pan D. zetknął dłonie palcami i przyłożył je do ust. Milczał.

- To Clawd, brat Clawdeen. Chodzimy ze sobą. Kojarzysz go?

Mężczyzna zmrużył oczy.

- A więc to wilkołak?

Lala powoli skinęła głową.

- Masz mi do powiedzenia coś jeszcze? - spytał beznamiętnie. - Może jest coś, z czego jesteś dumna? Czy w twoim życiu wydarzyło się cokolwiek, w czym mogłaś sprawdzić swoje zdolności przywódcze?

Zawstydzona dziewczyna spuściła głowę i wbiła wzrok w czarne sznurówki botków. Przez chwilę miała ochotę powiedzieć ojcu o tym, że zgłosiła swoją kandydaturę do Rady Równowagi, ale w ostatniej chwili powstrzymały ją wątpliwości. Co, jeśli jej nie wybiorą? Nie chciała rozczarować go jeszcze bardziej.

- Dostałam najwyższą ocenę na sprawdzianie z biologii - wymyśliła szybko.

Wampir próbował się uśmiechnąć - przypominało to jednak bardziej grymas bólu.

- Zapisałaś się może do letniego programu asystentury nauczycielskiej tak, jak cię prosiłem? - zapytał.

- Nie było już miejsc - skłamała ponownie.

Pan D. westchnął ciężko.

- No tak, jakżeby inaczej.

"Wybacz, tato. Nie jestem przewodniczącą mojej klasy i nigdy nie miałam takich ambicji. Nie mam obsesji na punkcie wybierania najlepszych uniwersytetów, rozwijania swoich zdolności przywódczych czy na punkcie władzy jako takiej. Przynajmniej moi przyjaciele i rodzina nie boją się mnie, tak jak ciebie i chcę, żeby tak zostało. Zwierzęta nie uciekają w popłochu na odgłos moich kroków. Poza tym wszyscy uważają, że mam świetny gust. Może gdybyś wrócił do Salem, zamiast bujać się po morzach tego świata na tym twoim wspaniałym jachcie, też byś to zauważył. I może wtedy pokochałbyś mnie taką, jaką jestem. Bo ja kocham cię bezwarunkowo" - chciała wykrzyczeć mu prosto w twarz dziewczyna. Nie odważyła się jednak. Zamiast tego, gdy tylko rozmowa została zakończona, obiecała sobie przejrzeć jeszcze raz ofertę szkół wyższych.

Lala wpatrywała się w pusty ekran. I co teraz? Był początek czerwca. Nie miała zbyt wiele czasu i możliwości, by jeszcze w tym roku szkolnym zaznaczyć swoją obecność w Merston High. Zależało jej jednak na akceptacji ojca. Chciała, by był z niej dumny. Tak więc musiała wykazać się inicjatywą - a przynajmniej spróbować.

Pospieszyła do nowoczesnego biurka, na którym stał włączony laptop. W oknie wyszukiwarki Google wpisała trzy słowa: "szansa pomoc szkoła". Wyskoczyło 730 000 000 wyników. Zaczęła przewijać ekran i klikała w interesujące ją linki. Na stronie trzynastej nagle się zatrzymała.

Tak jest. Oto spełnienie marzeń żądnej wyzwań szkolnej aktywistki! Ktokolwiek powiedział, że trzynastka to pechowa liczba, mylił się - i to bardzo.

ROZDZIAŁ 3

KTO BY POMYŚLAŁ

Zwabiony światłem padającym przez uchylone drzwi, rój modnie rozczochranych hipsterów przesunął się kilka centymetrów w kierunku wejścia do niskiego budynku z cegły.

Choć noc należała do ciepłych, Melody Carver zapięła czarną bluzę z kapturem i skrzyżowała ramiona na piersi. Nie mogła uwierzyć, że stoi przed uniwersyteckim klubem muzycznym ubrana w pasiaste spodnie od piżamy, rozklepane japonki i wyciągniętą bluzkę z wizerunkiem Hello Kity. Przecież to ona posiadała wyjątkowy, syreni głos, któremu nie sposób było odmówić. To ona miała wydawać innym polecenia. A jednak w sobie tylko znany sposób jej siostra Candace, najzwyklejsza normalska, potrafiła ją przebić w sile perswazji.

- Przygotujcie dowody tożsamości - burknął ponuro stojący w drzwiach potężny ochroniarz i uniósł latarkę. Padający z niej snop światła przypominał miecz świetlny, przez co facet kojarzył się z filmowym Darthem ­Vaderem.

Krótko ostrzyżona dziewczyna o spojrzeniu zranionej sarny, stojąca na przedzie kolejki, wystąpiła z szeregu i podała mu dokument, przewracając przy tym wymownie oczami.

- Przychodzę tutaj praktycznie co wieczór - zwróciła się do swoich znajomych. - Czy on naprawdę musi codziennie pytać o to samo?

- Przestanę, kiedy urośniesz do mojego wzrostu i osiągniesz chociaż połowę mojej wagi - mruknął mężczyzna. - Dalej, Bambi! Nie mamy całego wieczoru na pogawędki - dodał i machnął ręką w kierunku kolejnej osoby.

- Fajne plamy potu pod pachami - zawołała przez ramię drobna dziewczyna i weszła do środka, chwiejąc się na zdecydowanie za wysokich dla niej obcasach.

- Następny!

Do wejścia podszedł chłopak w obcisłych dżinsach i zaczął nerwowo przeszukiwać kieszenie. Tymczasem jakiś mięśniak o wytatuowanych ramionach przywitał się z ochroniarzem i bez problemu wszedł do klubu.

- Szykuj się - wymamrotała Candace kątem pomalowanych na jaskrawą czerwień ust. - Teraz nasza kolej.

Siostry zrobiły pół kroku do przodu. W wilgotnym powietrzu unosił się zapach dymu papierosowego i olejku paczuli. W obawie przed atakiem astmy, Melody zaczęła odganiać dym dłonią. Candace uderzyła ją po ręce.

- Typowa licealistka! Przestań zachowywać się jak dzieciuch.

- Ale przecież ja chodzę do lice...

- Zapomnij o tym na ten jeden wieczór! - syknęła dziewczyna i potrząsnęła ze złością jasnymi lokami.

- Wciąż nie potrafię zrozumieć, jak to się stało, że Shane jeszcze cię nie nakrył - parsknęła śmiechem Melody. - Naprawdę uwierzył, że jesteś studentką uniwersytetu Willamette?

- Owszem, dlaczego nie? - zdziwiła się Candace.

- Po pierwsze, raczej nie ma okazji, by spotkać cię w kampusie - odparła Melody. Nagle poczuła, że musi do toalety. Próbowała sobie przypomnieć, dlaczego wypiła - niemal jednym haustem - litrową butelkę napoju Dr. Pepper. Ach, no tak - przecież miała spędzić wieczór w swoim pokoju, kując do sprawdzianu z matematyki. Nie planowała wychodzić tylko po to, by przekonać ochroniarza jakiegoś klubu, że musi wpuścić do środka jej nieletnią siostrę umówioną na randkę z dużo starszym chłopakiem...

Candace wyjęła połyskliwe, oliwkowe pióra z włosów Melody i zatknęła je sobie za ucho.

- Dobieranie odpowiednich dodatków to bułka z masłem, kiedy jesteśmy razem. Każdej dziewczynie przydałaby się taka siostra syrena.

- Cóż, szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o tobie - droczyła się z nią Melody.

Stojąca za nimi brunetka w flanelowej sukience i wojskowych butach zmierzyła Candace wzrokiem. Melody przyzwyczaiła się do spojrzeń tego typu. Jasna, słoneczna uroda siostry i jej wyjątkowe wyczucie stylu wzbudzały zwykle więcej zachwytów niż plakat z bohaterami najnowszego filmu z serii Zmierzch.

Inna dziewczyna, w dreadach i z nadprogramową ilością kolczyków w uchu, stuknęła starszą z sióstr Carver w ramię.

- Hej, Barbie. Myślałam, że studniówka jest dopiero za miesiąc.

- Nie rozumiem - odparła skołowana Candace.

- Wydaje ci się, że przejdziesz obok ochroniarza ubrana w ten sposób? - spytała Flanela.

- Wygląda jak figurka na czubku tortu weselnego - dodała Dredziara.

- Albo jak laleczka z porcelany.

- Jak słodki cukiereczek - rzuciła kolejną uwagę Dredziara.

Flanela wybuchnęła śmiechem.

- O tak, jak słodziutka, karmelowa krówka.

Obydwie zarechotały złośliwie.

Zaskoczenie wywołane ich zachowaniem sprawiło, że Melody zapomniała o swoim pełnym pęcherzu. Te dwie siksy kpiły z ciuchów jej siostry, a nie z jej własnych. Co za odmiana!

Candace zrobiła krok w stronę Dredziary, oparły dłonie na biodrach i...

- Następny! - zawołał ochroniarz.

Melody pociągnęła siostrę do przodu.

Wyraźnie wytrącona z równowagi tak dla niej niespodziewaną falą krytyki Candace nie potrafiła nic z siebie wydusić.

Flanela nachyliła się nad jej uchem i wyszeptała:

- Ja przynajmniej wyglądam na dwadzieścia jeden lat.

W oczach Candace zapaliły się zielone ogniki.

- Cóż, na szczęście ja nie - odparowała, po czym jednym ruchem wyjęła z torebki jakąś wizytówkę i zamachała nią dziewczynie przed oczami. - Ale nie martw się. Mój ojciec jest chirurgiem plastycznym. Lubi trudne przypadki. Jeżeli kiedykolwiek wygrasz na loterii odpowiednią ilość kasy, zadzwoń.

Melody nie mogła powstrzymać śmiechu na widok zaskoczonych min dwóch prowokatorek. O tak, Candace potrafiła wyjść z twarzą z każdej sytuacji.

- Dokumenty! Ile razy mam powtarzać?! - huknął ochroniarz.

Starsza z sióstr Carver wypchnęła młodszą przed ­siebie.

"Proszę, niech mój głos zadziała, proszęproszęproszę!" - modliła się w duchu Melody. Nie używała swojego niezwykłego talentu od miesięcy - wyłączywszy ten jeden jedyny raz, kiedy zadzwoniła do dziekanatu Uniwersytetu Południowej Kalifornii (Candace potrzebowała więcej czasu na napisanie listu motywacyjnego dołączanego do aplikacji). Przeznaczenia nie należało naginać do swojej woli. Zrozumiała to po Szałowej Szesnastce Clawdeen. Dodatkowo utwierdziła ją w tym przekonaniu wizyta z Jacksonem w ich ulubionej lodziarni Dairy Queen. Nakłoniła wówczas kelnera do zaserwowania chłopakowi - oczywiście gratis - porcji lodów ze wszystkimi możliwymi dodatkami z menu. Biedny Jackson spędził pół nocy w toalecie, zwracając mieszankę żelkowych misiów, karmelków, krakersów i kawałków czekolady.

Melody wzięła głęboki wdech i spojrzała ochroniarzowi głęboko w oczy.

- Wcale nie chcesz sprawdzać naszych dokumentów. Obydwie mamy po dwadzieścia jeden lat. Za to dziewczyny, które stoją za nami, są niepełnoletnie.

Mężczyzna zaczął intensywnie mrugać. Czar działał.

Położył swoją wielką, ciepłą dłoń na plecach Melody i przepuścił ją i Candace do środka.

Blondynka ujęła siostrę pod ramię i ścisnęła ją mocno.

- Mówiłam ci, że pójdzie jak z płatka!

Pełny pęcherz znów dawał o sobie znać, ale Melody uśmiechnęła się do siebie - i to nie dlatego, że udało im się wejść. Po prostu tutaj nie czuła, że się wyróżnia.

W klubie pachniało piwem i starym popcornem. Dziewczyna nerwowo zaczęła się rozglądać po przepełnionej sali za ubikacją. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do przytłumionego światła.

Przez całą długość pomieszczenia ciągnął się podrapany, drewniany bar. Za nim, próbując obsłużyć niekończącą się kolejkę ludzi, uwijał się młody chłopak o azjatyckich rysach, ubrany w czarny T-shirt i trampki. Wysokie stoliki barowe były pełne pustych kufli po piwie. Wokół panował podniesiony gwar rozmów. Wszyscy obecni zgodnie kiwali głowami w rytm któregoś z przebojów The Cure. Muzyka z głośników stanowiła swego rodzaju wypełniacz czasu przed właściwym koncertem, który miał się odbyć tego wieczoru. Zespół - grupa złożona z samych dziewcząt - właśnie rozkładał sprzęt na scenie.

Melody mimowolnie wróciła pamięcią do czasów sprzed astmy, kiedy sama występowała przed publicznością - jakże inną od tej zgromadzonej w klubie. W salach, w których miała okazję śpiewać, siedzieli sami dorośli i zawsze pachniało drogimi perfumami. Próbowała sobie wyobrazić, jak to jest śpiewać dla grupy rówieśników. Przeraziła ją sama myśl o tym.

- Lecę, muszę znaleźć Shane'a. Jesteś pewna, że poradzisz sobie z powrotem do domu? - zapytała Candace, rozcierając zalotnie eyeliner.

Melody odebrała prawo jazdy zaledwie sześć dni wcześniej, ale pokiwała tylko głową z pełnym przekonaniem, zbyt pochłonięta poszukiwaniem toalety. Zdecydowanie wolałaby nie zmoczyć spodni od piżamy. Candace podała jej kluczyki i zniknęła w tłumie.

"Nareszcie".

Wąska, pomalowana na czarno toaleta była cała wyklejona plakatami i naklejkami z nazwami jej ulubionych zespołów: Foo Fighters, Pearl Jam, Nirvana, Blind Melon, STP... Wyglądała jak świątynia grunge'u lat dziewięćdziesiątych - czy też po prostu muzyki, w którą Melody wsłuchiwała się całymi popołudniami w słonecznym Beverly Hills. Muzyki dla wyrzutków. Muzyki dla niej.

Umyła ręce zimną wodą nad kiwającą się umywalką - mydła nigdzie nie było - i spojrzała na swoje odbicie w popękanym lustrze. Nie wyglądała najlepiej. Splątane, czarne włosy miała upięte w niedbały kucyk. Po obu stronach jej twarzy, zupełnie przypadkowo, zwisały kolorowe piórka. Źrenice jej szarych oczu były wyraźnie rozszerzone pod wpływem końskiej dawki kofeiny. Daleko jej było do urody Candace. Ale tego wieczoru nie miało to dla Melody żadnego znaczenia. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Niesamowite!

Po wyjściu z toalety zaczęła przepychać się w stronę wyjścia. Nagle zrobiło się jeszcze ciemniej. Tłum zaczął się zbierać pod sceną i skandować nazwę zespołu.

Blondynka w obcisłych, krótko obciętych szortach i kusej koszulce, spod której wystawał wałeczek tłuszczu na brzuchu - co zdawało się zupełnie jej nie przeszkadzać - zajęła miejsce za podniszczoną perkusją, w wielu miejscach posklejaną taśmą. Inna dziewczyna, z różowymi włosami, w srebrnym staniku i czarnych rurkach podłączyła gitarę basową do starego wzmacniacza z nalepką ZŁE KOCISKO. Gitarzystka miała na sobie bufiastą, niebieską sukienkę, jakby właśnie uciekła z balu maturalnego, a do tego podarte kabaretki i buty wojskowe. Wreszcie na scenę wkroczyła brunetka z włosami zaczesanymi w wysoki kucyk, ubrana w luźny, czarny T-shirt i białe, skórzane botki - tak błyszczące, że niemal odbijał się w nich brudny, drewniany podest. Przypominała raczej obrażoną cheerleaderkę niż zbuntowaną rockmankę.

- Czołem, łobuziaki! - zawołała do mikrofonu. - Nazywam się Davina i za chwilę sprawię, że wyskoczycie z własnych butów!

Koleżanki z zespołu wymieniły podirytowane spojrzenia. Różowowłosa nachyliła się do swojego mikrofonu i dodała:

- Nasz zespół to Boginie Grunge'u.

Publiczność zawyła z zachwytu.

- Ups, prawie o nich zapomniałam - zachichotała głupawo Davina. - Co za nietakt z mojej strony.

- Zdążyłyśmy się do tego przyzwyczaić - zawołała w odpowiedzi perkusistka i zaczęła wybijać rytm pałeczkami. - I raz, i dwa, i raz-dwa-trzy!

"Sprawdzian z matematyki!" - w głowie Melody zapaliła się ostrzegawcza lampka. Najwyższa pora iść do domu. Wtem w głośnikach zabrzmiał znajomy akord. Pearl Jam? No nie, na pewno nie mogła wyjść w takim momencie.

Zaczęła z mozołem przepychać się w kierunku sceny.

- Uważaj! - warknęła do niej jakaś nastolatka z włosami zafarbowanymi na niebiesko, w obcisłych jegginsach i półprzezroczystej koszulce na ramiączkach. Melody odsunęła się... i wpadła prosto na umięśnionego chłopaka w szarym podkoszulku.

- Nic ci nie jest? - zapytał, podtrzymując ją za ramię. W tłumie spoconych ciał jego dłoń wydała jej się zaskakująco chłodna. Kiwnęła tylko głową i ruszyła dalej.

- Chodź z nami - rozległ się nagle znajomy głos. A więc niewidzialna para Merston High również tu przychodziła. Billy i jego pachnąca bzami dziewczyna Spectra z dużą wprawą poprowadzili ją za sobą pod samą scenę. Świetnie sobie radzili w koncertowym zbiorowisku.

W blasku reflektora Melody dojrzała zarys sylwetki Spectry. Jednak gdy snop światła przesunął się dalej, jej piękna, fioletowowłosa postać w czarnej sukience po prostu znikła.

- Co tu robicie? - zaczęła rozmowę dziewczyna.

- Przychodzę tu od lat, głównie ze względu na muzykę.

Melody przytaknęła energicznie i niezręcznie uniosła rękę z wyciągniętym kciukiem w kierunku Spectry. Dała się pochłonąć dźwiękom płynącym ze sceny: uniosła ramiona i zaczęła wymachiwać do kawałka State of Love and Trust.

- Gdzie jest twoja siostra? - zapytał Billy.

- Z Shane'em - odparła Melody.

- Pozwól, że was sobie przedstawię! - zawołała znienacka Candace. Tańczyła na środku parkietu w wężyku złożonym z trzech osób. - To Rudy i Byron.

- Mam na imię Brian - zaprotestował chłopak z przodu.

- W takim razie dlaczego ciągle mówisz, że nazywasz się Byron?! - parsknęła dziewczyna.

- Ani razu tak nie powiedziałem.

Candace wyskoczyła z wężyka.

- Nie tańczę z kłamczuchami.

Przez następne pół godziny wszyscy bawili się w najlepsze do rockowych przebojów z lat dziewięćdziesiątych. Melody wciąż miała z tyłu głowy podręcznik do matematyki, ale co mogła zrobić, kiedy każda kolejna piosenka była lepsza od poprzedniej? Nie potrafiła oderwać się od dudniącego basu i jęczącego skowytu gitary elektrycznej. Nie miała ochoty rozstawać się z muzyką. W końcu to ona była jej najlepszą przyjaciółką, kiedy wszyscy inni się odwrócili.

Na scenie Davina niemal połykała mikrofon i kręciła głową z zapamiętaniem, a jej kucyk wirował niczym śmigło helikoptera. Nagle stanęła tyłem do publiczności i zamaszyście klepnęła się w swój jędrny, wyraźnie wyćwiczony pośladek.

Zbliżał się kulminacyjny moment piosenki. Melody zaczęła śpiewać razem z nią. Gdy zabrzmiał refren, podskakiwała już do rytmu, całkowicie poddana energii tłumu. Miała wrażenie, że jednocześnie pije redbulla i leci w kosmos. Jeszcze nigdy się tak nie czuła.

Niespodziewanie ścisnęła ją tęsknota za Jacksonem. Zapragnęła, by znalazł się przy niej tu i teraz. Chciała, żeby mógł poznać tę część jej osobowości. Muzyka działała na nią tak jak pot i wysoka temperatura na chłopaka - budziła w niej jej własnego Hyde'a. Melody miała już okazję obserwować swojego chłopaka podczas przemiany. Teraz chciała, żeby i on mógł zobaczyć ją w takim momencie. Nawet najbardziej wyjątkowe chwile nic już dla niej nie znaczyły, jeśli nie mogła się nimi podzielić z ukochanym. Wiedziała, że to prawdziwa miłość. Z drugiej strony, przecież miłość powodowała nią również wtedy, kiedy namawiała Jacksona, by został tego wieczoru w domu i w spokoju przygotowywał się do sprawdzianu z matematyki.

Davina podeszła do brzegu sceny i nachyliła się do publiki.

- Łapcie mnie, wy suchouste słabeusze! - krzyknęła, po czym rozłożyła ręce, uniosła podbródek, złączyła stopy i... zanurkowała. Leciała - czy wręcz szybowała - w kierunku swoich fanów z pewnością albatrosa, mistrza podniebnych lotów. - Nadchoooodzę!

Ludzie rozpierzchli się niczym karaluchy spryskane środkiem owadobójczym.

Łup! Iiiieeeeee. Upadający obok ciała Daviny mikrofon wydał z siebie głuchy trzask i zaraz potem nieznośny dla uszu pisk.

Wszyscy obecni zaczęli nagle nerwowo rozglądać się dookoła, jakby wypatrywali znajomych, którzy mieli pojawić się w klubie, ale jeszcze nie przyszli. Zespół grał dalej, jak gdyby nigdy nic.

- Moje ramię! - krzyknęła Davina. - Chyba coś sobie złamałam...

Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się ochroniarz. Klęknął przy zranionej diwie i podniósł ją jak ptaszka, który wypadł z gniazda. Zarzucił jej rękę - czy też skrzydełko - na swoją szyję.

Dziewczyna kopnęła go w goleń.

- Ała! - syknęła. - Właśnie to ramię mnie boli, kretynie!

- Ups. Bardzo przepraszam - burknął mężczyzna i puś­cił oczko do pozostałych członkiń zespołu, po czym podniósł się z kolan i zaczął nieść wokalistkę w kierunku ­wyjścia.

Dziewczyny na scenie z trudem powstrzymały się od uśmiechu.

- Wyglądają, jakby w ogóle się tym nie przejęły - zdziwiła się Melody.

- Nie znoszą Daviny - tłumaczyła Spectra. - To straszna snobka. Tak naprawdę wcześniej nawet nie znała tych piosenek. Musiały ją przekupywać drogimi ciuchami, żeby w ogóle chodziła z nimi na próby.

- W takim razie dlaczego jej nie wyrzuciły? - zapytała młodsza z sióstr Carver.

- Jej ojcem jest David Corrigan - wyjaśnił Billy, jednocześnie delikatnie przekręcając głowę dziewczyny tak, by spojrzała na neon wiszący nad barem. - A jak pewnie teraz zauważyłaś, ten klub nazywa się "Corrigan's". Poza tym jak na razie to jedyna scena, na której występują.

- Słyszałam, że gitarzystka zapłaciła ludziom z pierwszych rzędów, żeby specjalnie pozwolili Davinie upaść! - powiedziała Spectra z niezachwianą pewnością kogoś, kto w każdej chwili mógł przedstawić dowód na potwierdzenie swych słów. Niestety w jej przypadku rzadko była to prawda.

- Może ktoś z publiczności potrafi zaśpiewać kawałek Doll Parts? - zapytała niespodziewanie Sage, gitarzystka.

Melody z wrażenia zabrakło tchu. Lubiła nucić tę piosenkę pod prysznicem, właściwie odkąd pamiętała. Mogłaby zaśpiewać ją od tyłu z ustami pełnymi gumy do żucia. Ale nie, nie było mowy, żeby ot tak weszła na scenę i wystąpiła przed tyloma ludźmi. Co, jeśli dostanie ataku astmy? Co, jeśli...

- Ona! Moja siostra ją zna! - zawołała Candace i uniosła ramię Melody do góry.

Dziewczyna próbowała się schować, ale Billy złapał ją za kolana i uniósł ponad tłum.

- Ma na imię Melly! - starsza z sióstr Carver krzyczała jak opętana. Przy jej boku pojawił się jakiś facet o kręconych włosach, w okularach o mocnych oprawkach na nosie. Jego policzki porastał kilkudniowy zarost. Candace rzuciła się na niego, jakby był bohaterem powracającym z wojny.

- Już do was idzie! - piszczała rozentuzjazmowana Spectra.

- Melly! Melly! Melly! - zaczęli skandować wszyscy jej przyjaciele i znajomi. Po chwili jej imieniem rozbrzmiewał już cały klub.

Melody zesztywniała ze strachu. Miała ochotę zabić Candace... oczywiście pod warunkiem, że wcześniej sama nie umrze ze wstydu.

Starsza siostra złapała ją za ramię. Jej zielone oczy błyszczały pewnością - i miłością.

- Pamiętasz, co zawsze mówi mama? Co byś zrobiła, gdybyś wiedziała, że nie grozi ci porażka? - zapytała. Melody zacisnęła dłonie w pięści. Znała odpowiedź na to pytanie. Candace mrugnęła do niej zachęcająco. - Strachy na lachy!

Billy, Spectra i Shane pomogli jej przepchać się aż pod scenę. Sage wyciągnęła do niej pokrytą odciskami dłoń i wciągnęła ją do góry.

Melody przełknęła bańkę gazu o posmaku dr. peppera, która rosła jej w gardle. Przyglądało jej się mnóstwo obcych twarzy. Gdyby chociaż jedna z nich należała do Jacksona. Tłum nie patrzył na nią z czułością. Ludzie wydawali się niecierpliwi, niespokojni, w każdej chwili gotowi okazać swoje niezadowolenie. Ich sceptycyzm zdawał się narastać z każdą chwilą. Odbierali jej - w końcu kompletnej amatorce - jakąkolwiek szansę, nim jeszcze zdążyła otworzyć usta.

Dziewczyna przymknęła oczy. Nagle poczuła, że sobie poradzi. W końcu robiła to już w przeszłości i przecież marzyła, żeby do tego wrócić. Musiała tylko wyciszyć się na szum rozmów, zignorować pełne powątpiewania spojrzenia, wyobrazić sobie, że jest pod prysznicem i...

I am doll eyes...

Jej głos był krystalicznie czysty, pozbawiony wszelkich niedoskonałości. O tak, był po prostu urzekający.

Melody poczuła, że cofnęła się w czasie. Znów była w Beverly Hills. Wróciła do niej cała dawna złość na świat, który nie akceptował jej i jej (olbrzymiego) nosa. Czuła się zredukowana do tej jednej, felernej części ciała. Nikt nie wiedział, jaka jest naprawdę. Wolała samotne chwile pod prysznicem niż wieczory ze swoją piękną, idealną rodziną.

Sage nie oszczędzała strun swojej gitary. Melody złapała mikrofon obiema dłońmi i chłonęła energię płynącą z perkusji i basu. Oburzenie i gniew narastały w niej niczym wirujące tornado.

Yeah, they really want you, they really want you, they really do...

Muzyka zaczęła zwalniać. Melodia powoli się uspokajała. Dziewczyna płynnie dopasowywała ton głosu do zmieniającego się nastroju piosenki. Najpierw gniewna, potem mściwa, nagle odsłoniła swoją wrażliwą stronę, by w końcu zupełnie się poddać.

Someday, you will ache like I ache...

Rozbrzmiał ostatni akord gitary. Było po wszystkim. W sali panowała cisza. Melody otworzyła oczy.

Nagle zerwała się burza oklasków.

Dziewczyna uśmiechnęła się skromnie.

- Znasz jakieś kawałki Nirvany? - spytała Sage.

Melody kiwnęła głową.

ROZDZIAŁ 4

POPATRZ, KOGO TU PRZYGNAŁO...

Hrabia Piękniś z łopotem skrzydeł zeskoczył z ramy czarnego łoża z baldachimem w pokoju Lali. Wyciągnął pazury, zacisnął pyszczek pełen drobnych, żółtych zębów i uderzył prosto w...

- Przestań! To nie jest prawdziwa mysz! - krzyknęła dziewczyna i powstrzymała zwierzaka, nim zdążył złapać komputerową myszkę i zepsuć jej pracę. Zaczęła drapać go pieszczotliwie po puszystej główce. Musiało sprawiać mu to ogromną przyjemność, bo kropla śliny z rozchylonego, wyrażającego błogość pyszczka spadła na jej różową, jedwabną piżamę.

- Fuuuj! - pisnęła Irish Emmy, zerwała się z siedziska i niechcący uderzyła ramieniem w srebrne uchwyty trumiennego łóżka. Zasychająca na jej twarzy upiększająca maska z glinki zaczęła się kruszyć.

- To chyba standardowe zachowanie u amerykańskich zwierząt, Emmy - śmiała się Blue, nie przerywając polerowania pazurków karmelowego pudla. - Spójrz na Teeny Turner - dodała, wskazując na śpiące nieopodal szczenię maltańczyka. Jego kręcona, porządnie wyczesana sierść faktycznie mogła przypominać fryzurę popularnej piosenkarki. Suczka oddychała spokojnie - a z jej wpół przymkniętego pyszczka raz po raz spadała kropelka śliny, mocząc satynowe posłanie.

Irish Emmy rozejrzała się dookoła. Pokój pełen był drucianych kojców, w których kręciły się niespokojne zwierzęta pochodzące z różnego rodzaju interwencji. Dna psich klatek wyłożone były poplamionym papierem gazetowym.

- Wszystko rozumiem. Po prostu czuję się trochę, jakbym wróciła do domu na farmę - wymamrotała pod nosem.

- Nie ma co grymasić, laska - odparła Blue. - Masz okazję wziąć udział w wyjątkowym przedsięwzięciu. Chcemy przecież przygotować najprawdziwszy pokaz mody dla zwierzęcych wyrzutków. Chyba nie przypomina to pracy na farmie?

- No właśnie - dodała Clawdeen. - Myślałam, że naprawdę chcesz nam pomóc - powiedziała, mając na myśli swój wideoblog "O wilku mowa". Dziewczyny zamierzały nakręcić filmik autorstwa wilkołaczki o linii akcesoriów dla zwierząt. Irish Emmy obiecała zająć się kamerą i filmowaniem.

- Ależ oczywiście - zapewniła szybko dziewczyna i zaczęła się wachlować plackiem quesadilli.

Lala miała ochotę poprosić koleżanki, by zachowywały się odrobinę ciszej. Rozmawiały właściwie bez przerwy, do tego z głośników leciała nowa składanka przebojów, z których kompilowania słynęła Blue. Wampirzyca kompletnie nie potrafiła się skoncentrować w tych warunkach. Z drugiej strony list, nad którym tak ciężko pracowała, powinna była skończyć dawno temu. Myślała, że pisanie zajmie jej najwyżej kilka godzin, a męczyła się już któryś dzień z kolei.

- Może trochę tu przewietrzymy? - zaproponowała Clawdeen, zerkając tęsknie na przyciemnione szyby okien. - Lakier na pazurach Teeny Turner nigdy nie wyschnie przy tej wilgotności - dodała. Jej gęsty, futrzany kołnierz pokrywała delikatna mgiełka z automatycznego nawilżacza, który w regularnych odstępach wypuszczał strumień pary nad akwarium Kale'a i Sprouta - dwóch żółwi, którym wilczyca próbowała przykleić do skorup miniaturowe kieszonki z denimu.

- Kale jest podziębiony - odparła Lala. - Zimne powietrze to nie najlepszy pomysł w jego stanie. "Nie mówiąc o mnie!" - dodała w myślach.

- Myślę, że musimy zaryzykować - upierała się Emmy. - Zapach twoich pupili to nie perfumy, delikatnie mówiąc.

Lala odwróciła wzrok od ekranu i westchnęła ciężko.

- Hrabio Pięknisiu, otwórz proszę jeden z górnych wywietrzników.

Nietoperz posłusznie wzniósł się w powietrze i zaczął stukać główką - pozornie bez sensu - w różowo-czarną tapetę. Po chwili w ścianach ukazały się otwory wentylacyjne w kształcie serc. Do środka wpadało przez nie światło księżyca. Nieruchome do tej pory powietrze od razu zaczęło żywiej krążyć.

- Ale ekstra! - ucieszyła się Emmy. - Czuję się jak chomik przyniesiony ze sklepu zoologicznego w kartoniku z dziurkami.

- Clawd zrobił je dla mnie po tym, jak przez normalne okno wleciał kruk i porwał z akwarium mojego węża, Gyllenhaala - wyjaśniła Lala.

Irlandka wydęła wargi w zachwycie, jak gdyby nigdy wcześniej nie słyszała równie uroczej historii.

Wtem rozległo się pukanie. Teeny Turner zeskoczyła ze swojego posłania i jednym susem znalazła się pod drzwiami. Drobne koraliki wplecione w miękkie futro na jej uszach zastukały o podłogę.

- Otwarte! - zawołała Lala.

Wujek Vlad ostrożnie otworzył drzwi i próbował przejść przez próg, jednak niewielki psiak skutecznie mu to utrudniał. Suczka skakała wokół jego nóg i drapała przody fioletowo-czerwonych, robionych na zamówienie vansów mężczyzny.

- Siad, Mariah... czy jak ci tam było na imię... - próbował uspokoić zwierzę Vlad. Miał na sobie szorty w jasną kratę i turkusowy blezer. W obu rękach trzymał tacę z ułożonymi w stos, parującymi z gorąca quesadillami. Blue zerwała się z podłogi i przejęła od niego jedzenie.

- O kurczę, nie widziałem tyle brokatu od czasów imprez w latach osiemdziesiątych - stwierdził wampir, rozglądając się dookoła.

- Dziękuję - Clawdeen aż pojaśniała z dumy.

Vlad podszedł do biurka. Z głośników leciał właśnie kawałek California Gurls Katy Perry. Mężczyzna nachylił się nad Lalą, wskazał na ekran i syknął znacząco.

- Wiem, wiem, ale przecież jest dopiero... - dziewczyna spojrzała w niebo widoczne przez otwory wentylacyjne i oszacowała godzinę patrząc na pozycję księżyca - ...za piętnaście ósma - dokończyła, po czym zerknęła na Clawdeen. Wilczyca przytaknęła. - Mam jeszcze cały kwadrans.

- Laska, nie bądź taka, pokaż, nad czym tak pracujesz - namawiała ją Blue, jednocześnie głaszcząc Kitsona, rudego kociaka w srebrnym łańcuszku na brzuchu i z klipsami (zaprojektowanymi specjalnie dla wrażliwych kocich uszu).

- Prawda, mogłabyś uchylić chociaż rąbka tajemnicy - do próśb przyłączył się wujek Vlad.

Lala powoli obróciła się na krześle, w duchu marząc o tym, by znów znaleźć się w pokoju sam na sam ze swoimi zwierzętami, tak jak zwykle. Dziesiątki błyszczących, pełnych miłości oczu codziennie wodziły za nią wzrokiem, nie pytając o nic i w żaden sposób jej nie oceniając. Zwierzaki nie przejmowały się rekrutacją na studia czy jej zdolnościami przywódczymi. Nigdy nie wyjeżdżały w podróże służbowe i nie przerywały rozmów telefonicznych, bo spieszyły się na spotkanie w interesach. Zachowywały się bardziej ludzko niż niektórzy ze znanych jej ludzi.

- Na co czekasz? - poganiała Clawdeen, której wyraźnie śpieszyło się do nagrania kolejnego filmiku.

Wampirzyca nabrała powietrza do płuc. Gdyby w jej piersi było jeszcze serce, pewnie biłoby w tej chwili jak oszalałe. Jak miała zacząć? Zastanawiała się, czy nie opowiedzieć im najpierw o rozmowie z ojcem i o internetowych poszukiwaniach, które były jej konsekwencją. Szybko stwierdziła jednak, że nie ma na to czasu. Zegar tykał nieubłaganie. Zdecydowała się na skróconą wersję.

- A więc tak: Brigitte T'eau Shoes i Dally Sports Apparel, znani wam producenci obuwia, postanowili połączyć siły i...

- Stop! - Vlad uniósł dłoń niczym celnik na przejściu granicznym. - Pamiętaj, że Brigitte wymawiamy z akcentem na drugą, a nie na pierwszą sylabę - poprawił bratanicę, po czym zdjął okulary i potarł grzbiet nosa w zdenerwowaniu. - Dobrze, że ta mademoiselle nie usłyszała, jaki pasztet zrobiłaś z jej imienia...

Dziewczyny zachichotały.

- Przepraszam, nie chciałam - wybąkała Lala. - W każdym razie, francuska projektantka Brigitte T'eau i Dally Sports Apparel planują wypuścić na rynek nowy rodzaj obuwia, który będzie łączył estetykę z wygodą. Ten nowy produkt ma się nazywać T'eau Dally.

Mężczyzna zaklaskał z radości.

- J'adore! Co teraz? Może Jimmy Choo podejmie współpracę z Reebokiem? Mogliby nazwać się Choobok-a.

I znów śmiali się wszyscy oprócz wampirzycy. Lala wyjątkowo nie była w nastroju do żartów.

- Kontynuując, firmy ogłosiły konkurs. Jego celem jest wyłonienie szkoły, która zapewnia odpowiednie warunki do pokojowego współżycia diametralnie różnych uczniów; szkoły, która nie boi się odważnych połączeń. Takich jak buty T'eau Dally. Moim zdaniem nie ma lepszego kandydata niż Merston.

Emmy z syknięciem otworzyła puszkę gazowanego napoju.

- Co można wygrać? - zapytała rzeczowo.

- Zwycięska szkoła zostanie objęta sponsoringiem firmy - Lala zaczęła obracać się na krześle coraz szybciej. - Na początek otrzyma milion dolarów z przeznaczeniem na rozwój.

- Więcej basenów! - krzyknęła Blue.

- Profesjonalny fryzjer! - dodała Clawdeen.

- Kafeteria z prawdziwego zdarzenia, a nie nędzna stołówka, w której wszystkie posiłki smakują jak ośli zadek! - postulowała Irish Emmy.

- Tapety na ścianach! - do ich entuzjazmu dołączył wujek Vlad.

- I zwiększona liczba kaloryferów - dodała Lala. - Dodatkowo spośród uczniów zostanie wybrana para, która weźmie udział w ogólnokrajowej kampanii reklamowej nowych butów.

- Ty i Clawd jesteście idealni - stwierdziła Blue, opierając się o brzeg trumny sypialnej wampirzycy. Robakonator, przerażony, żółty samczyk papużki falistej, wystawił dzióbek spod łóżka i zaczął skubać dywan w poszukiwaniu ziarenek pokarmu. Dziewczyna zdjęła kawałek sera ze swojej quesadilli i zamachała mu zachęcająco przed oczami.

- Nie! - zawołała Lala i w ostatniej chwili przechwyciła ser. - On nie toleruje laktozy. Daj mu ciasteczka, które jadłyśmy wcześniej.

Wujek Vlad spojrzał na tacę, którą przyniósł do pokoju kilka godzin wcześniej.

- Cieszę się, że komuś będą smakować - wymamrotał z przekąsem.

- W szkole przydałoby się studio prac ręcznych z prawdziwego zdarzenia. Maszyny do szycia, narzędzia do wyrobu biżuterii... - rozmarzyła się Clawdeen, próbując jednocześnie namalować szczoteczką od mascary fioletowe i czarne serca na futrze białego królika.

Lala poczuła nagły ucisk w dołku. "Powoli! Przecież najpierw muszę wygrać" - chciała zawołać. Ze zdenerwowania zaczęła bawić się kosmykiem włosów i owinęła go wokół jednego z górnych kłów; ostatni raz zachowywała się podobnie, gdy miała pięć lat.

Vlad położył lodowatą dłoń na jej ramieniu.

Zmusiła się do uspokojenia oddechu. "Wdech przez nos, wydech przez usta..." Skupiła wzrok na literach wyświetlonych na ekranie monitora. Problem z pisaniem jakiegokolwiek tekstu polega na tym, że właściwie nigdy nie można go uznać za skończony czy doskonały. Do każdego zdania i akapitu zawsze można wprowadzić jakieś poprawki. To samo tyczy się pojedynczych słów, nie wspominając o gramatyce.

Blue podała Robakonatorowi kolejny okruch ciastka.

- Nie bój się. Po prostu przeczytaj. Powiemy ci, jeśli stwierdzimy, że jest do niczego.

- To prawda. Będziemy z tobą szczere - wtórowała jej Clawdeen, jedną ręką wygładzając fałdy miniaturowej pomarańczowo-różowej spódniczki z cekinami, którą uszyła dla żółwicy Caliente, siostry żółwia Fuego.

Lala ściszyła muzykę i odchrząknęła.

- Tylko się nie śmiejcie, dobrze?

- No już, niepotrzebne te ceregiele - powiedziała Emmy.

Wampirzyca westchnęła.

- W porządku. A więc... - zaczęła czytać.

Szanowni Państwo!

Nazywam się Lala - to skrót od mojego pełnego imienia, które brzmi Draculaura. Uwielbiam produkty T'eau i jestem przekonana, że gdybym tylko uprawiała jakiś sport, lubiłabym również obuwie firmy Dally. Clawd, mój chłopak, gra w szkolnej drużynie futbolowej. Ma cztery pary Waszych butów: trzy pary z kolcami na podeszwie i jedne zwykłe buty sportowe, które zakłada na nocne biegi po lesie, kiedy księżyc wchodzi w pełnię.

Obydwoje uczęszczamy do Merston High. Pewnie słyszeliście o tej szkole z Salem w stanie Oregon - ostatnio było o nas głośno w mediach, bo wśród uczniów są potwory. Piszę o tym tylko na wypadek, gdyby Pani T'eau o tym nie wiedziała (oczywiście nie chciałabym zasugerować, że jest ignorantką, chodzi mi tylko o to, że na co dzień mieszka we Francji i w jej kraju ta wiadomość niekoniecznie trafiła na pierwsze strony gazet). Uważam, że nasze liceum to idealny kandydat do Waszego konkursu.

Przykładowo, ja jestem wampirem. (Nie musicie się bać, nic Wam nie zrobię. Mdleję na sam widok krwi - naprawdę!). Mój chłopak to wilkołak, podobnie jak moja najlepsza przyjaciółka Clawdeen. Przyjaźnimy się również z mumią, wnuczką Frankensteina, niewidzialnymi ludźmi, morskimi stworzeniami, syreną, zombie, potomkiem Gorgony i oczywiście z wieloma normalsami (czyli ludźmi takimi jak Wy - chyba że coś przed nami ukrywacie, LOL).

My, potwory, należymy do społeczności Raczej Atrakcyjnie Dziwnych (w skrócie RAD). Jeszcze nie tak dawno byliśmy zmuszeni żyć w całkowitym ukryciu. Jednak w ciągu ostatnich sześciu miesięcy powoli zaczęliśmy wychodzić na światło dzienne i mieszać się z normalskimi uczniami. Wiemy, jak wiele odwagi i starań wymagało od nas wszystkich to niełatwe połączenie. Nasza sytuacja przypomina więc nieco Waszą - przynajmniej w pewnym sensie.

ylibyśmy zaszczyceni - i ogromnie szczęśliwi - gdyby nasza szkoła została objęta Waszym patronatem i programem sponsorskim jako pierwsza w Ameryce Północnej. Umieścimy Wasze logotypy, gdzie tylko sobie wymarzycie. Wszelkie dotacje pomogłyby nam uczynić naszą szkołę bardziej przyjazną dla RAD-owców i zachęcać do otwarcia się na świat innych, nam podobnych, którzy wciąż żyją w cieniu. Mogę Was również zapewnić, że mielibyście we mnie wspaniałą przywódczynię.

Z pozdrowieniami

Lala

PS. Jestem szczęśliwą posiadaczką krwistoczerwonych czółenek z zapięciem typu Mary Jane z linii wypuszczonej w 2009 roku. Powinniście poważnie rozważyć wznowienie produkcji - w lewym bucie rozerwał mi się pasek i umarłabym ze szczęścia, gdybym mogła kupić nowe. (Oczywiście nie dosłownie. Tak naprawdę nie mogę umrzeć. Raz wystarczy. Nawiasem mówiąc, to kolejna cecha, która czyni ze mnie doskonałą liderkę).

- Brawo! - wykrzyknął Vlad z zachwytem.

- Odważnie! - zawtórowała mu Irish Emmy.

- Z pazurem! - wołała Blue.

- Doskonale! - Clawdeen biła brawo. Lala nie była jednak pewna, czy jej entuzjazm był szczery. Może wilczyca chciała w końcu zacząć nagrywanie filmiku na swój wideoblog? - Wiedziałam, że sobie poradzisz, La! Wyślij to jak najszybciej.

Wampirzyca raz jeszcze przeskanowała dokument wzrokiem. W milczeniu poruszała wargami, po cichu czytając kolejne linijki. Zerknęła na Vlada. Mężczyzna mrugnął do niej zachęcająco. Westchnęła cicho, po czym ucałowała czubki swoich palców i przycisnęła je do ekranu monitora.

- Okej, nadeszła wielka chwila... - wyszeptała. "To dla ciebie, Tato" - dodała w myślach. Wcisnęła przycisk WYŚLIJ i w jednej chwili poczuła, że znów może odetchnąć pełną piersią. "Przynajmniej spróbowałam". Zerwała się z krzesła i chwyciła za leżącą nieopodal wstążkę. - Do roboty, dziewczyny! Zacznijcie kręcić wstęp, a Blue, Vlad i ja dokończymy ubieranie naszych modeli.

Irish Emmy włączyła kamerę i zaczęła manipulować ustawieniami.

Clawdeen wyciągnęła lusterko z czerwonej torebki i przeglądając się w nim poprawiła fryzurę. Sprawdziła też dokładnie, czy na zębach nie ma śladów po jagodowym błyszczyku, którym pokryte były jej usta. W końcu stanęła przed obiektywem i oparła dłoń na biodrze.

- Jak wyglądam?

Emmy zajrzała w wizjer.

- Szałowo. Potrzeba nam tylko więcej światła.

- Daj mi chwilkę - odparła Blue i przekręciła stojącą na biurku lampę ze 150-watową żarówką tak, że świeciła Clawdeen prosto w twarz. Lala i Vlad jak na komendę zmrużyli oczy.

- Wchodzisz na raz, dwa, i... - Irish Emmy uniosła rękę i wskazała na wilkołaczkę.

- Witam wszystkich w kolejnym odcinku z cyklu "O wilku mowa". Ja nazywam się Clawdeen Wolf, a... - w tym momencie Teeny Turner głośno zaszczekała.

- Nie przerywaj - powiedziała operatorka kamery. - Wszystkie hałasy usunę podczas obróbki na laptopie.

Clawdeen nagle znieruchomiała i zaczęła nasłu­chiwać.

Emmy wciąż trzymała kamerę w powietrzu.

- Dajesz, laska!

Ale wilczyca pokręciła przecząco głową.

- Przepraszam, wydawało mi się, że słyszałam...

Lampa na biurku zamigotała.

Blue trzymała Kale'a w lewej ręce, a pędzel w prawej.

- Co się dzieje? - spytała. Żółw ukrył głowę w skorupie wyraźnie przerażony.

W kojcach i klatkach rozległy się zaniepokojone piski. Szczur Rat-a-tat nerwowo drapał podłogę akwarium.

Clawdeen chciała kontynuować nagranie.

- Teeny Turner została znaleziona na ulicy w miasteczku Salem w stanie Oregon. Jej sierść była matowa i pozlepiana, a pazury połamane, jednak...

- Cięcie! - zawołała Emmy. - Lala, zrób coś! Hałas staje się nie do wytrzymania - poprosiła. Rzeczywiście - wszystkie zwierzęta wyły, skowyczały, piszczały i sy­czały.

Wampirzyca z trudem uspokoiła swoich pupili.

- Dzięki. W porządku. Wchodzisz na raz, dwa, i...

Nagle w pokoju zrobiło się ciemno jak w trumnie. Krzyk Emmy zmroził wilgotne, mroczne powietrze. Lampa na biurku ponownie zamigotała złowieszczo. Clawdeen i Blue zaśmiały się nerwowo.

- Lala, te twoje energooszczędne żarówki są zupełnie do niczego - burknął Vlad. - Faktycznie zużywają mniej prądu: bo nie działają!

- To nie wina żarówek - wymamrotała Lala, zastanawiając się, czy w biurze T'eau Dally przypadkiem również nie ma problemów z zasilaniem. Oby tylko jej list dotarł do nich przed upłynięciem wyznaczonego czasu...

W tym momencie zapaliło się światło.

- Nareszcie - powiedziała Emmy niepewnym głosem. - No to kręcimy.

Clawdeen ponownie - choć z mniejszą pewnością siebie - ustawiła się przed obiektywem. Wzięła głęboki wdech i zaczęła mówić:

- Dziś wieczorem futro Teeny Turner zostało zafarbowane wykonaną wyłącznie z naturalnych składników farbą do włosów firmy L'Oréal w odcieniu rdzawej czerwieni. Suczka ma na sobie pomarańczowy szaliczek, dopasowany kolorem do lakieru na jej pazurkach oraz...

Teeny pisnęła i rzuciła się przed siebie, jednocześnie próbując wyswobodzić się z chusty. Szalik rozwijał się za nią jak rolka papieru toaletowego. Szczenię dopadło łóżka i wcisnęło się pod nie jak najszybciej umiało.

Nagle całym domem wstrząsnął głośny huk.

- Może spróbuj z żółwiami - szepnęła Lala.

Clawdeen patrzyła prosto w oko kamery.

- Tę parę żółwi czerwonolicych wrzucił do podmiejskiego stawu i zostawił na pewną śmierć z wyziębienia ktoś, kto najwyraźniej nie miał ochoty dłużej się nimi opiekować... - mówiła drżącym głosem.

- Ałć! Ugryzł mnie! - pisnęła Blue i odłożyła Kale'a do jego akwarium. Gad pospiesznie wczołgał się pod plastikową, sztuczną gałąź.

- Co tu się dzieje? - dziwiła się Lala. - Nigdy nie widziałam, żeby tak się zachowywały.

Teeny piszczała ciuchutko pod łóżkiem.

Clawdeen nadstawiła ucha.

- Lala... - zaczęła - wydaje mi się, że...

- Tatuś wrócił - dokończył za nią Vlad.

Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Prolog. Szał ciał

Rozdział 1. Jak zwykła nastolatka

Rozdział 2. Wampirzy certyfikat jakości

Rozdział 3. Kto by pomyślał

Rozdział 4. Popatrz, kogo tu przygnało...

Rozdział 5. Czas na zakupy!

Rozdział 6. Kłody pod nogi

Rozdział 7. W pierwszej trójce

Rozdział 8. Do biegu, got'eauwi - start!

Rozdział 9. Kampus vs. Camp

Rozdział 10. Wstęp wzbroniony

Rozdział 11. Kiełbasa wyborcza

Rozdział 12. Spory wieczorową porą

Rozdział 13. (którego pechowy numer nie powinien się tu pojawić)

Rozdział 14. Ciągnie swój do swego

Rozdział 15. Zielona z zazdrości

Rozdział 16. Technicznie rzecz biorąc

Rozdział 17. RIP, Hrabio Pięknisiu

Rozdział 18. Adorator prowokator

Rozdział 19. Ostatni przystanek

Rozdział 20. Szok i KA!

Rozdział 21. Szałowo zestresowana

Rozdział 22. Zamach obuwniczego stanu

Rozdział 23. W cztery oczy

Rozdział 24. Kamień na kamieniu

Rozdział 25. Dzięki, Frankie!

Rozdział 26. Po drugiej stronie tęczy

Epilog. RAD-ośni do szpiku kości

Podziękowania

Książki z serii Monster High

Luksusowy ilustrowany notes

Skrzydełko

Okładka