Monster High 3. O wilku mowa - Lisi Harrison

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ 1
OBŁAWA!
Półksiężyc rysował się na niebie delikatnym łukiem - do pełni pozostało jeszcze kilkanaście dni. W tej fazie księżyca zwykle nie musiała jeszcze myśleć o poszukiwaniu kryjówki. Do przemiany było sporo czasu. Nadmierny porost włosów, niezaspokojony apetyt i wyjątkowa drażliwość co miesiąc zmuszały ją do ukrywania się. Jednak w tej chwili Clawdeen Wolf przedzierała się przez zadrzewiony wąwóz z zupełnie innych powodów. Tym razem stawką było jej życie.
- Wolniej! - warknęła. W gonitwie przez las towarzyszyło jej pięciu atletycznie zbudowanych chłopaków, niemal wyjętych z katalogu z modą męską. Dziewczyna znajdowała się w centrum ochronnego rombu, który uformowali wokół niej w trakcie biegu. Ubłocone ciężkie obuwie młodych mężczyzn z każdym pełnym determinacji krokiem miażdżyło pokryte gałązkami leśne poszycie. Co chwilę któryś z nich zapewniał Clawdeen, że jest z nimi bezpieczna i że są gotowi oddać życie w jej obronie. W innych okolicznościach pewnie można by te deklaracje uznać za romantyczne - na przykład gdyby chłopcy byli uczestnikami programu Panna do wzięcia. Niestety, takie obietnice padające z ust rodzonych braci zwyczajnie działały Clawdeen na nerwy.
- Moje stopy! - stęknęła, łapiąc powietrze.
Howldon, znany również jako Don, najstarszy z trojaczków - wyprzedził braci o całe sześćdziesiąt osiem sekund - obejrzał się przez ramię, utkwił wzrok w złocistych, spiczasto zakończonych botkach siostry i z niesmakiem zmrużył pomarańczowobrązowe oczy.
- Bolą? Naprawdę? - parsknął ironicznie i zaczął przedzierać się przez zarośla. - Wygląda na to, że producent tego obuwia przewidział miejsce tylko na jeden palec.
Howie, środkowy z trojaczków, zaśmiał się pod nosem. Gdyby była z nimi Howleen - zdrobniale Leena - pewnie tylko wtórowałaby złośliwym uwagom Dona. Jedyna siostra Clawdeen nie należała do najbardziej "dziewczęcych" dziewczyn - może więc i lepiej, że nie słyszała narzekań wilkołaczki. Znajdowała się właśnie na przymusowym obozie dla trudnej młodzieży, gdzie codziennie od rana do wieczora uczyła się dyscypliny, musztry i panowania nad własnym gniewem. O tak, bardzo dobrze, że jej z nami nie ma. Clawdeen czuła ulgę na samą myśl o rocznej karze, którą odbywała siostra.
- Moich butów nie projektował zwykły producent! - zaprotestowała z oburzeniem dziewczyna. - Zostały zaprojektowane specjalnie dla marki L.A.M.B.
- Rozumiem, że biegniesz tak wolno, żeby ich przypadkiem nie zniszczyć? - zakpił za plecami siostry Clawnor, w domu zwany raczej Nino. Jego ksywka pochodziła od nazwy niosącego chaos zjawiska pogodowego El Ni?o.
Bracia Wolf wybuchnęli gromkim śmiechem.
A dlaczego ty wleczesz się jak ślimak? - chciała zapytać Clawdeen, jednak tak naprawdę dobrze wiedziała, że ruchy brata spowalnia głównie nieprzyjazna roślinność. Jej wyczulone wilcze uszy bez trudu wyłapywały ciche przekleństwa, które miotał pod nosem, gdy uderzała go w twarz kolejna gałąź.
Trzynastoletni Nino, najmłodszy z braci, dopiero zaczynał porastać dorosłym futrem. Na twarzy chłopaka wyraźnie odcinały się krzaczaste brwi i bokobrody, a kręcone kosmyki czarnych włosów opadały na jego ciemne oczy niczym morskie wodorosty. Bez problemu ujarzmiłaby je zwykła wsuwka albo odrobina żelu, ale Nino konsekwentnie odmawiał wizyty u fryzjera. Całe życie czekał na swoją wilczą sierść i nie zamierzał teraz dostosowywać się do jakichś tam norm estetycznych.
- Auć! - zaskomlała Clawdeen. Odarta z naskórka pięta wyraźnie spowolniła jej krok.
Ciekawe, czy plamy krwi łatwo wywabić ze skóry. Lala na pewno zna odpowiedź na to pytanie - pomyślała dziewczyna. Kłopot w tym, że nie miała pojęcia, gdzie znajdowały się w tej chwili jej przyjaciółki. Niestety, nie był to obecnie jedyny problem do rozgryzienia.
- Dajesz, dajesz, Clawdeen - ponaglił Rockie, po czym chwycił siostrę za nadgarstek i pociągnął za sobą. Przyspieszyli, a liście i długie cienie rzucane przez drzewa rozmyły się w ciemne pasma. - Jesteśmy już blisko.
- Ta ucieczka to kompletna głupota - rzuciła dziewczyna. Biegła teraz, lekko utykając i przytrzymując rękami opadającą fioletową sukienkę. - Nie mamy nawet pewności, że ktokolwiek nas goni i...
- Wiesz, co jest naprawdę głupie? - przerwał jej brat. - Dziewczyna, która próbuje biec w takich butach. Wyraźnie widać, że zostały zaprojektowane z myślą o sarnach czy innych kopytnych...
Chłopcy ponownie zarechotali. Clawdeen próbowała się uśmiechnąć, ale twarz wykrzywił jej tylko grymas bólu. Stopa pulsowała boleśnie, i to w rytmie techno. Wykorzystała głupią uwagę brata jako pretekst do postoju. Zatrzymała się na chwilę i rzuciła mu wściekłe spojrzenie.
Oficjalnie młodszy brat Clawdeen nazywał się Howlmilton. To poważnie brzmiące imię zupełnie nie pasowało jednak do tego niespecjalnie rozgarniętego chłopaka. Rocks nie należał do bystrzaków, ale wszelkie niedostatki intelektu nadrabiał oszałamiającymi wynikami w sporcie. Podczas biegu rozwijał zdumiewającą prędkość ponad pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. By utrzymać członkostwo - i stanowisko niekwestionowanej gwiazdy - w szkolnej drużynie biegowej, wystarczały mu solidne tróje z wszystkich pozostałych przedmiotów. Nie miał zresztą większych ambicji, co czyniło go zarazem najbardziej opóźnionym (w nauce) i najszybszym (na bieżni) członkiem rodziny Wolfów.
- Nie zatrzymuj się! - krzyknął Howie, podczas gdy pozostali bracia pomknęli przed siebie.
Znajomi RAD-owcy nieraz dokuczali im z powodu imion, które nadali im rodzice - najwyraźniej kompletnie bez pomyślunku. Przecież normalsi zwykle nie nazywali swoich dzieci Norma, Norman, Normandia czy Normiena. Młodzi Wolfowie nie potrafili pojąć, dlaczego mama i tata postanowili uszczęśliwić ich imionami w stylu Howl - Wyjec czy Claw - Pazur.
Kiedy jest się dziewczyną, już sam fakt posiadania owłosionego karku jest wystarczająco krępujący. Rodzice mogli chociaż spróbować uczynić moje życie mniej kłopotliwym - myślała nieraz Clawdeen.
- Ruchy, ruchy, moja ty sarenko - rzucił Rocks i ponaglił siostrę klepnięciem w pośladek.
Dziewczyna burknęła coś pod nosem i kuśtykając, ruszyła przed siebie. Nie tak wyobrażała sobie ten dzień i czuła się podle oszukana.
Czwartku, czternastego października, rzucam na ciebie klątwę! Nieźle mnie urządziłeś! Od teraz rok liczy dla mnie wyłącznie trzysta sześćdziesiąt cztery dni! - przeklinała w duchu.
Ten dzień miał przecież wyglądać zupełnie inaczej. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Po szkole planowała udać się na dokładną depilację woskiem. Następnie razem z Lalą i Blue miały wsiąść do limuzyny i pojechać w kierunku oregońskiego parku krajobrazowego i jego piaszczystych wydm. Na miejscu spodziewały się zobaczyć Cleo i asystentkę działu dodatków z "Teen Vogue'a". Cały sztab fryzjerów i wizażystów przemieniłby je w prawdziwe modelki. Stylistka - oczywiście kierując się wskazówkami Lali - dobrałaby dla każdej z nich odpowiednią biżuterię z kolekcji wydobytej z grobowca ciotki Cleo. Na koniec sam Kolin VanVerbeentengarden, słynny fotograf mody, zaprosiłby je na plan zdjęciowy, gdzie wzięłyby udział w sesji na wielbłądach. Materiał ten miał stanowić ilustrację na temat kairskiej mody haute couture. Po skończonych zdjęciach dziewczyny napiłyby się po łyku zwędzonego ukradkiem szampana - "ambrozji modelek" - i wróciły limuzyną prosto do Salem. Następnego dnia dzieliłyby się smaczkami z sesji z wszystkimi koleżankami z klasy, wzbudzając powszechną zazdrość. Kilka miesięcy później zdjęcia egzotycznych nastoletnich piękności ukazałyby się na błyszczących stronach magazynu dostępnego w każdym kiosku. Przyjaciółki nie dotarły na piaszczyste wydmy. Sztab stylistów nie zrobił ich na bóstwo. Nie miały okazji pociągnąć nawet łyku "ambrozji modelek". Ich twarze nie ukażą się na błyszczącym papierze.
Nieźle nas urządziłeś, czternasty października!
W drodze na plan zdjęciowy Clawdeen, Lala i Blue rzuciły się na miniaturowy telewizor wbudowany w tył oparcia i zaczęły przerzucać stacje w poszukiwaniu TMZ, swojego ulubionego serwisu plotkarskiego. Trafiły na specjalne wydanie o znajomym tytule - Upiór z sąsiedztwa. Materiał przedstawiał trzy przyjaciółki, brata Clawdeen i wielu z ich RAD-owskich znajomych. Miał uchylić rąbka tajemnicy i opowiedzieć o podwójnym życiu, które były zmuszone prowadzić potwory z Salem. W założeniu ich twarze miały pozostać zamazane, podobnie jak miejsca ich zamieszkania. Nie było mowy o ujawnianiu prawdziwych imion i nazwisk.
Dziewczyny patrzyły w ekran zdumione. Przed ich oczami przewijał się krystalicznie czysty obraz w wysokiej rozdzielczości. Bez niedomówień. Bez czarnych prostokątów. Bez cenzury. Pokolenia RAD-owców starały się zachować w tajemnicy swoją tożsamość. Teraz wszyscy zostali zdemaskowani na oczach całego miasta. To dlatego Clawdeen biegła przez las w stronę rodzinnej kryjówki, zamiast szaleć na wymarzonej imprezie uwieńczającej zakończenie sesji.
Czwartek czternastego to nowy piątek trzynastego!
Wizerunki RAD-owców z pewnością musiały już krążyć w Internecie i w serwisach wszystkich liczących się agencji prasowych. Clawdeen bardziej bolała jednak świadomość, że jej była najlepsza przyjaciółka, Cleo de Nile, najprawdopodobniej miała coś wspólnego z powstałym zamieszaniem. Dowody?
Pierwszy: W produkcję Upiora z sąsiedztwa niezwykle zaangażowała się Frankie Stein, czym zjednała sobie wielu RAD-owców. Cleo poczuła, że jej pozycja najpopularniejszej dziewczyny w szkole jest zagrożona, wiec postanowiła pozbyć się konkurentki.
Drugi: Cleo odwróciła się od swoich "potwornych" znajomych i niespodziewanie zaczęła kumplować się z normalską Bekką Madden, która również pragnęła zemścić się na Frankie za odbicie faceta.
Trzeci: Cleo odmówiła udziału w nagraniach do Upiora z sąsiedztwa. Musiała wiedzieć, że prawda o RAD-owcach wyjdzie na jaw.
Clawdeen trudno było wyobrazić sobie, że dziewczyna potrafiła bez żadnych skrupułów wystawić na szwank bezpieczeństwo całej społeczności RAD-owców. Z drugiej strony, jak zwykła powtarzać jej mama, kiedy ktoś czuje się niepewnie, nie sposób przewidzieć jego reakcji. Harriet miała rację: Cleo musiała poczuć się zagrożona, inaczej nie zrobiłaby czegoś tak niewyobrażalnie głupiego.
Nawet jeżeli tak było - jak mogła nam to zrobić?
Clawdeen przyspieszyła kroku, jakby chciała zostawić swoją złość daleko za sobą. Ból po pękniętym pęcherzu na pięcie nie mógł równać się z uczuciem zdrady. Przyjaciółka wbiła jej nóż w plecy. Szpilki dziewczyny zatapiały się w miękkim podłożu, a jej klatka piersiowa falowała w szybkim biegu. W adidasach i sportowym staniku czułaby się o niebo lepiej, ale bracia porwali ją praktycznie od razu po wyjściu z limuzyny. Zagrożeni RAD-owcy rzucili się do ucieczki, gdy tylko felerny program telewizyjny dobiegł końca.
- Naprawdę nie było czasu na spakowanie chociaż jednej torby? - syknęła Clawdeen, choć otwierając usta w gęstym lesie, ryzykowała połknięcie stada komarów.
- Naprawdę musiałaś wziąć udział w tym nagraniu? - wypalił w odpowiedzi Don. Mądrala, jak zwykle utarł jej nosa.
- Nie miałam pojęcia, że to pułapka! - broniła się dziewczyna.
- Faktycznie, trudno było na to wpaść - burknął brat.
- Clawd też dał się nagrać - dodała Clawdeen bez wahania. Don nigdy nie złościł się na Clawda, najstarszego z braci.
- Zrobiłem to, by cię chronić - odparł zainteresowany, z trudem łapiąc powietrze. Jako gwiazda drużyny futbolowej zdecydowanie lepiej radził sobie w sprincie niż na długich dystansach. - Chciałem się upewnić, że ten film jest w porządku.
- To ci się udało - zakpił Howie.
Clawd trzepnął go ramię ze złością - brat od razu mu oddał.
Clawdeen poczuła, że już tęskni za swoimi przyjaciółkami. Koniec z plotkowaniem, napadami głupawki, wymianą ubrań, nocowaniem u siebie nawzajem, wieczorkami piękności, z artystycznym malowaniem paznokci i profesjonalną depilacją w spa - westchnęła w duchu.
Dziewczyna zacisnęła pięści i przyspieszyła kroku. Wyobrażała sobie, że każda trzaskająca pod jej stopami gałązka to ciasnogłowy normals. Wygnano nas z własnych domów. Mogę się pożegnać z surfowaniem po Internecie, oglądaniem telewizji i porannym joggingiem wzdłuż rzeki w rytm kawałków, które tak genialnie wybiera dla mnie Blue. Zostaliśmy zmuszeni do życia w ukryciu, i to życia w ciągłym strachu. Clawdeen pędziła jak jeszcze nigdy w życiu. Trzask! Trzask! Trzask! - pękały kolejne gałęzie.
Z okolicznych drzew w panice zerwało się kilka ptaków. Leśne gryzonie chowały się przerażone głęboko w swoich norkach. Liście szeleściły złowieszczo.
Przed biegnącymi ukazał się prześwit. Tam miała czekać na nich Harriet i zaprowadzić swoje dzieci w bezpieczne miejsce.
- Może wrócimy do domu razem z mamą? - rzuciła Clawdeen. - Może nadszedł czas, żeby wziąć sprawy w swoje ręce zamiast chować się ze strachu i...
- Nie jesteśmy tchórzami - przerwał jej Howie. - Po prostu tata kazał nam zadbać o bezpieczeństwo twoje i mamy podczas jego nieobecności.
Clawdeen przewróciła wymownie oczami. Nie pierwszy raz słyszała podobne słowa. Chłopcy są po to, by bronić dziewczyn. Bla bla bla. Przecież one wcale nie potrzebują ich ochrony! Miała w tej chwili ochotę wrócić do domu i zadać Cleo parę niewygodnych pytań. Poza tym chciałaby w spokoju sprawdzić mejla i zobaczyć, kto potwierdził przyjście na jej Szałową Szesnastkę (Słodki kinderbal w tym wieku? Co to, to nie!). Marzyła też o długim, gorącym prysznicu.
- Wy możecie zostać z mamą. Ja wracam - oznajmiła stanowczo.
- Nie ma mowy. Należymy do jednego stada - zaprotestował Clawd. - Dobrze wiesz, że...
- ...stado musi trzymać się razem - dokończyło rodzeństwo z przekąsem.
- Starczy tego. Nie zatrzymujmy się. Jesteśmy już niedaleko - polecił Clawd.
Clawdeen przygryzła dolną wargę i posłusznie ruszyła za pozostałymi. Jej cierpliwość była na wyczerpaniu. Jak długo miała jeszcze znosić to, że traktują ją jak dziecko? Przecież nie potrzebowała nie wiadomo jakiej ochrony. Co innego ich dom, prawa osobiste i wolność. To o nie powinni walczyć. Tego powinni bronić.
W oddali zamajaczyła wysportowana sylwetka mamy. Kobieta zamachała ponaglająco w ich kierunku. Clawdeen przyspieszyła; nie powodował nią jednak instynkt ucieczki. Gdyby tylko mogła, zatrzymałaby się w miejscu z wbiciem obcasów w ziemię, zawróciłaby i stanęła do walki o swoje prawa. Dlaczego? Do jej szesnastych urodzin pozostało przecież zaledwie kilkanaście dni. Była już zbyt dorosła, by bezwolnie podążać za stadem.
Najwyższy czas, by wzięła swoje życie w swoje ręce i udowodniła rodzinie, że jest kimś więcej niż tylko uroczą dziewczyną o błyszczącym futrze.
ROZDZIAŁ 2
TAKTYCZNY ODWRÓT
Frankie była kompletnie wyczerpana i obolała po trwającym godzinami biegu i ukrywaniu się za drzewami, samochodami i latarniami. Dziewczyna bezsilnie opadła na kamienną ławkę w podziemnym schronieniu RAD-owców i oczy same jej się zamknęły. W kryjówce jak zwykle pachniało popcornem i wilgotną ziemią. Znajdującą się dokładnie nad azylem karuzelę zamykano o zachodzie słońca. Frankie słyszała, jak wokół niej wirują znajome głosy. A więc nie dotarła tu jako pierwsza.
Czy są tu moi rodzice? Czy są bezpieczni? Czy Brett naprawdę jest odpowiedzialny za to wszystko?
Frankie nie chciała myśleć o chłopaku, w obawie, że znów zacznie iskrzyć ze złości. Nie mogła sobie pozwolić na marnotrawienie energii - na wypadek, gdyby znowu była zmuszona do ucieczki.
Przejechała palcami po oberwanym szwie swojej sukienki. Nigdy specjalnie za nią nie przepadała. Czuła się w niej jak stateczna matrona. Teraz materiał był wystrzępiony i ubłocony - z pewnością nie będzie już nadawał się do użytku. Uśmiechnęła się słabo. A więc ta sytuacja ma też swoje dobre strony.
- Dobrze się czujesz? - usłyszała znajomy męski głos i poczuła zapach pomarańczowych drażetek Starburst. Z trudem otworzyła oczy. Nikogo jednak nie zobaczyła.
- Billy? - zapytała.
Chłopak odgarnął kosmyk czarnych włosów, który splątał się z rzęsami dziewczyny i ostrożnie umieścił go za jej uchem.
- Tak, to ja - odparł miękko.
Frankie wyprostowała się na siedzeniu. Niewidzialny przyjaciel przytrzymał ją za ramię i uspokajającym gestem nakłonił do ponownego oparcia.
- Potrzebujesz odpoczynku - powiedział.
Znad sufitu dobiegło ich wycie policyjnych syren i w kryjówce zrobiło się wyraźnie ciszej.
- Jestem winna wszystkim przeprosiny - wymamrotała Frankie.
- Nikt nie ma do ciebie pretensji - odparł chłopak.
Dziewczyna westchnęła z niedowierzaniem.
- Kiedy to prawda. Nikt nie wątpi, że zrobiłaś wszystko, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo przy nagraniu. To wina Bretta. Oszukał nas wszystkich, nie tylko ciebie, ale... - ciągnął Billy. Uważał, że Brett to nieodpowiedni chłopak dla Frankie. Wykorzystał ją dla własnych interesów. Nie powinna była ufać normalsowi, który nosi koszulki z wizerunkami filmowych potworów.
Dziewczyna przytakiwała w milczeniu. Chciałaby móc pokazać Billy'emu, że jest oburzona tak samo jak on. Gdyby jednak miała powiedzieć całą prawdę, musiałaby wyznać, że kiedy Brett przekazał Kanałowi Drugiemu pozbawioną cenzury taśmę z nagraniami wywiadów, nie tylko zawiódł jej zaufanie. Przede wszystkim złamał jej serce.
Podziemna kryjówka stopniowo wypełniała się znajomymi twarzami. Wszyscy zdawali się owładnięci iście panicznym strachem. RAD-owcy przechadzali się od ściany do ściany, zbyt podenerwowani, by choć na chwilę przysiąść. Ich roztrzęsione sylwetki to zasłaniały, to odsłaniały zawieszone u powały latarnie, światło migotało więc niczym lampa stroboskopowa. Jackson przygryzał dolną wargę, podczas gdy pęd powietrza z kieszonkowego wentylatora zdmuchiwał wilgotne kosmyki z jego czoła. Obok niego Blue zdjęła właśnie swoje bezpalcowe rękawiczki i zaczęła wcierać w łuskowatą skórę krem nawilżający. Deuce zdjął zieloną czapkę, by węże wyrastające z jego głowy mogły się rozwinąć i przeciągnąć. Lala, jeszcze bledsza niż zwykle, właśnie weszła do sali, złożyła swój czerwony parasol i szybko dołączyła do przyjaciółek. Julia pozdrowiła ją ciepło, rzucając przyjazne spojrzenie zza swych kocich okularów.
W normalnej sytuacji gwar podekscytowanych rozmów prowadzonych w każdym kącie wręcz buzowałby w całym pomieszczeniu niczym oranżada z odkręconej gwałtownie butelki. Tego wieczoru RAD-owcy zachowywali się jednak dziwnie cicho. Nie wymieniali najświeższych ploteczek tylko przerażone spojrzenia, w których odbijało się wyłącznie jedno pytanie: "I co teraz?". Towarzyszyła im symfonia zgrzytu obgryzanych nerwowo paznokci, stukotu zniecierpliwionych palców i stłumionych szlochów.
- Chodźmy się przywitać - zaproponował Billy i pociągnął Frankie za rękę.
- Idź sam - odparła dziewczyna. Nie czuła się jeszcze gotowa, by stanąć przed swoimi przyjaciółkami - i to nie dlatego, że jej plan wyzwolenia RAD-owców spalił na panewce. Przede wszystkim było jej wstyd, że tak bardzo polubiła Bretta, i do tego pozwoliła uwierzyć innym, że on odwzajemniał jej uczucie.
- Dobrze, zaraz do ciebie wrócę - obiecał Billy i mocno uścisnął jej dłoń, zanim się oddalił.
Frankie ponownie pozwoliła opaść swoim powiekom. Znajome głosy przepływały obok niej niczym fale elektryczne.
- Kto by się spodziewał, że Brett to taki niewypał? - mówiła Blue. - Byłam przekonana, że to nasz koleżka.
- Cóż, dzięki waszemu "koleżce" muszę wracać do Grecji - burknął pod nosem Deuce.
- Na jak długo? - spytał Billy.
- Nie wiem. Na pewno spędzę tam tyle czasu, że trener skreśli mnie z listy zawodników drużyny koszykówki - odparł chłopak.
- Cleo już o tym wie? - zapytała Lala.
W tym momencie na kamiennej posadzce odezwał się znajomy stukot drewnianych obcasów. W powietrzu zapachniało ambrą. Deuce zamilkł.
- Czeeeść wszystkim - zaszczebiotała na przywitanie Cleo, tak beztroska, jak gdyby umówiła się właśnie z przyjaciółmi na plotki przy kawie.
- Świeeetna fryzuuura - zabuczała przeciągle Julia, pokazując na kunsztownie ułożone włosy dziewczyny. Zombie najwyraźniej nie zdawała sobie sprawy z gęstniejącej atmosfery.
Frankie chciała zerknąć w kierunku koleżanek, ale nie była w stanie otworzyć oczu. Miała wrażenie, że z rzęs zwisają jej ciężkie kolczyki.
- Dzięki! Właśnie wracam z sesji dla "Teen Vogue'a" - oznajmiła Cleo, po czym spojrzała w stronę kanapy i zawahała się na moment. - Z Frankie wszystko dobrze? - zapytała.
- Nic jej nie jest, potrzebuje po prostu trochę odpoczynku - oznajmił sucho Billy.
- Jesteś pewien? Nie wygląda najlepiej, jest cała zielona - roześmiała się Cleo.
Frankie poczuła, że końcówki jej palców robią się gorące. Niestety, nie była jednak w stanie wykrzesać z nich nawet iskierki. Gdyby tylko miała w sobie chociaż kilka watów zbędnej energii, dałaby popalić tej zabandażowanej wiedźmie, i to tak, że zostałyby po niej tylko sztuczne rzęsy.
Swoją drogą, co ona tu właściwie robi? Przecież nie brała udziału w nagraniu - zastanawiała się w duchu.
- Czego tu właściwie szukasz? - zapytała groźnie Lala.
- Chciałam oczyścić swoje imię z zarzutów - odparła Cleo poważnym tonem. - Gdzie jest Clawdeen? - zapytała.
- Nie wiemy - westchnął Billy. - Nie odbiera telefonu.
- Wracając do tematu. Chciałaś chyba powiedzieć, że chcesz nas przeprosić - wycedził Jackson.
- Cleo i przeprosiny? - parsknął Deuce. - Zapomnij!
- Masz rację, kochanie, nie będę przepraszać. Nie zrobiłam nic złego - powiedziała dziewczyna.
- Bzdura! - wyrwało się Blue. - Zniszczyłaś nasze życie i to tylko po to, żeby zaimponować swojej nowej psiapsiół...
- Dosyć tego! - zaprotestowała Cleo i głośno tupnęła. - Bekka Madden nie jest moją przyjaciółką!
- Może nie powinnaś tak szybko rezygnować z tej znajomości, bo na nas nie masz już co liczyć - wypaliła Blue.
- Dacie mi dokończyć czy nie? - zapytała Cleo i oparła dłoń na biodrze.
Odpowiedziała jej cisza.
- Przyznaję, byłam wściekła, kiedy wybrałyście udział w filmie zamiast w mojej sesji dla "Teen Vogue'a" - zaczęła dziewczyna. - Poszłam na swego rodzaju układ z Bekką, żeby móc usunąć plik z filmem z komputera Bretta i w ten sposób zapobiec jego emisji. Zdaję sobie sprawę, że nie było to uczciwe zagranie. Chciałam po prostu spędzić to popołudnie z moimi najlepszymi przyjaciółkami. Więc wiecie - teoretycznie kierowały mną nie najgorsze pobudki.
Julia zamruczała cicho w aprobacie.
- Dalej nie rozumiem, dlaczego potrzebowałaś do tego Bekki - odezwała się Lala.
- Miała dostęp do tajnych haseł Bretta - wyjaśniła Cleo.
- A niby dlaczego jej zależało na wstrzymaniu emisji? - spytał Jackson.
- Nie mam pojęcia! Pewnie miała swoje powody. Nie interesowałam się tym, dobrze?
Słysząc te słowa, Frankie poczuła, że jej policzki płoną równie mocno jak palce. To ona była przyczyną dywersyjnych działań Bekki.
- Tak czy siak, kiedy usłyszałam, że Kanał Drugi zrezygnował z wyświetlenia filmu w wersji ocenzurowanej, byłam pewna, że wszystko pójdzie jak złoto - ciągnęła Cleo. - Wy mogłybyście wziąć udział w sesji, a ja mogłam wreszcie zerwać kontakt z Bekką i z tą okropną Haylee. Nie miałam pojęcia, że całość zostanie pokazana bez kamuflażu i przysięgam na Horusa, że nie miałam z tym nic wspólnego! Byłam zresztą wtedy na planie zdjęciowym i walczyłam o życie wśród galopujących wielbłądów. Gdyby nie Melody, pewnie bym tu...
- Właśnie, jak ona się czuje? Czy ktoś z nią rozmawiał? - wtrącił Jackson. - Moja nadopiekuńcza matka zabrała mi telefon.
- Hej, chcecie usłyszeć coś dziwnego? - spytała Cleo konfidencjonalnym szeptem, gotowa wyjawić nową plotkę o znajomej normalsce. - Wiedzieliście, że kiedy Melody śpiewa, to...
- Och, przestań już paplać i trzymaj się tematu. Jak było? Maczałaś w tym palce czy nie? - przerwała jej Blue.
Frankie całym sercem żałowała, że nie może zobaczyć twarzy Cleo. Nikt nigdy nie zwracał się w ten sposób do jej królewskiej wysokości.
- Bekka działała w pojedynkę - powtórzyła Cleo. - Przyznaję, że zamiast sesji zdjęciowej powinnam była wybrać walkę o wyższą sprawę. Nawet, jeśli w grę wchodziła publikacja w "Teen Vogue'u". Za karę możecie wyrwać moje serce i pozwolić mi zgnić w grobowcu - oznajmiła i zrobiła pauzę dla efektu. - Pytania?
Nikt się nie odezwał. Do Frankie dochodziły tylko odgłosy pocałunków i przytulania. Wina została wybaczona.
- Fajnaaa fryzuuura - zabuczała po raz kolejny Julia.
Cleo wybuchła perlistym śmiechem.
- Dzięki, Ghoules - odparła.
Chwila moment! Ja mam pytanie. Czy mówiąc, że Bekka działała w pojedynkę, miałaś na myśli, że zrobiła to bez twojej pomocy, czy też bez udziału Bretta? Czy to możliwe, żeby Brett był niewinny? - myśli Frankie galopowały jak szalone. Czy... Ała! Co to za okropny skurcz w śrubie? Ach...
Ciało dziewczyny zaczęło przyjemnie wibrować. Elektryzująca wiązka ożywczego prądu przepłynęła przez jej kręgosłup aż do stóp. Palcami Frankie szarpnęły drgawki. W stawach czuła mocne mrowienie. Otworzyła oczy. Pewnie tak czują się normalsi, gdy zjedzą coś słodkiego - pomyślała.
Ujrzała nachylającego się nad nią ojca. Wpatrywał się w nią ze ściągniętymi brwiami, jak gdyby próbował odgadnąć jej myśli.
- Jak czuje się moja idealna córeczka? - zapytał.
Frankie powoli skinęła głową i usiadła wyprostowana. Poczuła na plecach ciepłą dłoń mamy.
- Okropnie się o ciebie martwiliśmy - powiedział Viktor. - Gdyby nie Billy, nie mielibyśmy pojęcia, że tu jesteś.
- Frankie, jeszcze pięć minut i mogło być za późno - dodała Viveka. - Groziła ci utrata pamięci, śpiączka... - dodała i szybko potrząsnęła głową, jak gdyby chciała odegnać złe myśli.
- Proszę, to dla ciebie - powiedział z dumą tata i wręczył córce prezent: pikowaną czarną torebkę z czerwonymi jak krew rączkami.
Frankie zerknęła na mamę niepewnym wzrokiem. Torebka była naprawdę czadowa, ale dziewczyna odnosiła wrażenie, że to niekoniecznie najlepsza pora na prezenty.
- Na co czekasz? Jest twoja - zachęcała Viveka z uśmiechem.
Kryjówka powoli wypełniała się rodzicami, którzy z radością obejmowali swoje odnalezione dzieci.
- To przenośna ładowarka - wyjaśnił Viktor. - Jeśli będziesz trzymała ją blisko ciała, nie grozi ci wyładowanie.
- Przy jej tworzeniu wzorowaliśmy się na kolekcji Chanel - dodała szeptem Viveka, wyraźnie pękając z dumy.
Frankie przyjrzała się torebce - zdawała się wręcz pulsować energią. Jej rączki zostały przymocowane za pomocą miniaturowych śrub, podobnych do tych, które tkwiły w szyi dziewczyny. Wewnątrz miała więcej kieszonek i schowków, niż można sobie wymarzyć. Frankie od razu opróżniła srebrny plecak (z miejsca stał się niemodny) i przeniosła do nowej torby swojego iPhone'a, czarno-zielony portfel, wysadzane cyrkoniami lusterko, zestaw kosmetyków Trwały Urok, różowy breloczek z Lady Gagą i paczkę ulubionych cukierków. Wszystkie przedmioty zmieściły się bez problemu.
- Jest wspaniała! - zawołała zachwycona Frankie i przyciągnęła rodziców, by móc ich uściskać. Wtuliła się w nich mocno i poczuła znajomy zapach: chemikalia i gardenie. Nauczyła się kojarzyć tę woń z miłością.
- Cóż za... nietypowy moment na wzruszające sceny rodzinne, nieprawdaż? - w pomieszczeniu rozległ się głęboki, melodyjny męski głos.
Frankie i jej rodzice odsunęli się od siebie. Z otworu w suficie, nad samym środkiem zatłoczonej sali, zaczął wysuwać się spory monitor. Zatrzymał się jakieś trzy metry nad kamienną podłogą. RAD-owcy przerwali niewesołe rozmowy i skupili wzrok na ekranie. Ukazywał wytwornego mężczyznę w satynowej szacie i lustrzanych okularach przeciwsłonecznych na nosie, który siedział pod wielkim parasolem słonecznym; jego skóra była mocno opalona, a w zaczesanych do tyłu włosach widać było wyraźne ślady grzebienia. Ciasny kadr nie zdradzał wiele na temat lokalizacji mężczyzny - ukazywał wyłącznie fragment jachtowego relingu z polerowanego drewna. Gdzieś w tle słychać było najnowszy kawałek Jaya-Z, kobiecy chichot i strzelające korki od szampana.
- Prosimy o wybaczenie, panie D. - odezwał się Viktor i podszedł do ekranu. - Po prostu ucieszyliśmy się na widok naszej córki całej i zdro...
Mężczyzna z ekranu skrzyżował tylko ramiona, odsłaniając gładką klatkę piersiową i pokręcił głową z dezaprobatą.
- Jeszcze raz przepraszam - powtórzył pokornie Viktor.
Przez ekran przeparadowały trzy kobiety na wysokich obcasach, każda ubrana w jednoczęściowy kostium kąpielowy powycinany tak, że kreślił na opalonym ciele kształty przypominające geometryczne dzieła malarza Mondriana. Mijając pana D., kobiety przejechały długimi różowymi paznokciami po jego karku.
Zawstydzona Lala ukryła twarz w dłoniach.
Frankie odsunęła się od matki i zrobiła krok w stronę przyjaciółek.
- Gdzie on się tak opalił? - spytała Lalę Cleo.
- Trzydzieści godzin w solarium robi swoje - odparła szeptem wampirzyca.
- Nie cierpię tych urządzeń - wtrąciła Frankie, wzdrygając się na wspomnienie swojej pierwszej - i jedynej - wizyty w spa. - Na łóżku opalającym czułam się jak zamknięta w trumnie.
Cleo i Lala zachichotały pod nosem.
- Hmm, mam dziwne wrażenie, że dla niego to nie problem - dodała Cleo.
Dziewczyny zaśmiały się ponownie.
Frankie nie dosłyszała żartu. Zresztą zdążyła już nachylić się w stronę Blue.
- Kto to właściwie jest? - zapytała najdyskretniej, jak potrafiła.
- To ojciec Lali - odparła półgłosem Blue. - Nasz wódz.
- Chyba nie rozumiem - westchnęła dziewczyna.
- No wiesz, jak u Indian - podsunęła Blue.
Frankie zmarszczyła brwi.
- Jest tutaj szefem!
- Aha.
- Szczwany z niego lis - ciągnęła Blue. - I ciągnie go do głupich gąsek... Jeśli wiesz, co mam na myśli.
Frankie skinęła głową, udając, że rozumie.
Pan D. odchrząknął znacząco.
- Tym razem oszczędzę wszystkim zbiorowej nagany. Wygnano was z waszych domów i to na razie chyba wystarczająca kara. Dobrze myślę?
Kilkoro dorosłych opuściło głowy w zakłopotaniu. Inni pociągali nosem, ze wszystkich sił powstrzymując łzy. Frankie wycofała się i ukryła za Deuce'em na wypadek, gdyby pan D. potrzebował kozła ofiarnego. On jednak zdawał się nie szukać winnych, podobnie zresztą jak pozostali RAD-owcy. Wina była luksusem, na który nie mogli już sobie pozwolić.
- Poczyniłem niezbędne przygotowania - ciągnął mężczyzna. - Za moment mój brat Vlad zbierze wasze komórki i dokumenty tożsamości. Zorganizowałem dla wszystkich nowe telefony i papiery, żeby nikogo z was nie można było namierzyć i zidentyfikować.
Przed Frankie wyrósł wujek Lali. Mierzył niewiele ponad metr pięćdziesiąt. Burza jego siwych włosów i okrągłe okulary w rogowych oprawkach w połączeniu z przylegającą koszulką w czarno-białe pasy przywodziły na myśl Andy'ego Warhola, tylko że w zabawkowym wydaniu, które można by było znaleźć w zestawie Happy Meal. W ręku trzymał duży czarny worek.
- Cukierek albo psikus - powiedział z uśmiechem, odsłaniając zaostrzone końcówki śnieżnobiałych kłów.
Z palców Frankie strzeliło kilka iskier. Dziewczyna rozejrzała się nerwowo dookoła w poszukiwaniu śladów, które mogły jej wskazać pozycję Billy'ego. Dostała swój telefon w prezencie od niego i nie mogła tak po prostu...
- Nie przejmuj się - usłyszała nagle znajomy głos, zupełnie jakby chłopak czytał jej w myślach. - Nie wezmę tego do siebie - dodał.
Wujek Vlad przechylił głowę i uniósł brwi w ponaglającym geście.
Frankie sięgnęła do swojej nowej torebki i chwyciła komórkę. Telefon reagował wibracją na samo dotknięcie jej dłoni, niczym radosny szczeniak głaskany przez swojego właściciela. Och, będą za sobą tęsknić.
- Vite, vite! - ponaglał Vlad.
Frankie wrzuciła telefon do ciemnego worka.
- Jeszcze portfel, Iskierko.
Nienawykła do takiego traktowania Frankie miała ochotę przysmażyć wampirowi jego białe ząbki. Wiedziała jednak, że nie pora robić z siebie widowisko. Potulnie wyciągnęła więc swoją legitymację szkolną i wrzuciła ją za telefonem.
- Portfel pozwolę sobie zatrzymać - powiedziała stanowczo.
- Miauu - miauknął Vlad. - Kotka Stein pokazała pazurki!
Frankie uśmiechnęła się niepewnie. Nowe przezwisko odebrała jako komplement. Wampir mrugnął do niej porozumiewawczo, po czym wręczył jej czarną kopertę.
- Co to takiego? - spytała.
- Zabezpieczenie pieniężne, nowe dokumenty, plan podróży i karta podarunkowa na nowego iPhone'a, możliwa do zrealizowania w dowolnym sklepie Apple na całym świecie - odparł Vlad.
- Plan podróży? - zdziwiła się Frankie. - Gdzieś się wybieramy?
- Może otworzysz kopertę i sama sprawdzisz, Kocico - powiedział mężczyzna i wskazał na salę wypełnioną ludźmi, którzy jeszcze nie otrzymali swoich zestawów. - Nie jesteś moją jedyną klientką - dodał, po czym minął dziewczynę i stanął ze swoim czarnym workiem przy Cleo.
- Nawet o tym nie myśl - zaprotestowała dziewczyna i przyciągnęła torebkę do piersi. - Nie brałam w tym udziału i moja twarz nie ukazała się w telewizji.
Frankie przewróciła oczami i zaczęła przepychać się do przodu.
- Samoloty są już w drodze - kontynuował pan D. - Znajdziecie je tam, gdzie zwykle, za trzy godziny. Dzięki moim kontaktom w Federalnej Administracji Lotnictwa macie zagwarantowany bezpieczny przelot. Do tego czasu pozostaniecie tutaj, w ukryciu. Nikt nie ma prawa wrócić do swojego domu. To zbyt niebezpieczne.
W pomieszczeniu zawrzało.
- Co stanie się z Salem, gdy je opuścimy? - zapytał jeden z dorosłych. - Kto poprowadzi moją restauracją?
- Co będzie z moją kancelarią adwokacką?
- Strażą pożarną?
- Kto zajmie się moimi uczniami?
- Kto będzie leczył moich pacjentów?
Nastroje tłumu szybko się zmieniły: konflikt ustąpił miejsca panice. Zebrani byli przecież wpływowymi członkami nie tylko społeczności RAD-owców, ale i mieszkańców Salem. Czy pan D. naprawdę spodziewał się, że ot tak rzucą wszystko i wyjadą? Kto miał ich zastąpić? Czy miasto będzie funkcjonowało sprawnie w czasie ich nieobecności? Co stanie się z tymi, których porzucą?
Chociaż rodzice uczyli ją, że oglądanie telewizji z bliska jest niezdrowe, Frankie podeszła do ekranu.
- Jest pan pewien, że ucieczka to najlepsze wyjście? - wypaliła bezceremonialnie.
Pan D. nachylił się w stronę kamery widocznej w lustrzanych szkłach jego okularów.
- Czyżbym miał przyjemność z panną Stein? - zapytał.
Frankie skinęła głową.
Wampir rozparł się z powrotem w swoim białym kapitańskim krześle i zetknął dłonie czubkami palców.
- A tak, co nieco o tobie słyszałem - powiedział enigmatycznie.
- Miło mi to słyszeć - odparła Frankie i rozjaśniła się w uśmiechu.
Kilka osób parsknęło pogardliwie.
- Proszę jej wybaczyć - wtrącił Viktor, po czym oparł dłoń na ramieniu córki i odciągnął ją od monitora. - Dopiero co przyszła na świat. Chciała tylko powiedzieć, że niektórzy z nas mają dosyć życia w ciągłym strachu i woleliby pozostać na miejscu.
- Łatwo wam mówić - warknęła Maddy Gorgon, matka Deuce'a. - Frankie nie pojawiła się w nagraniu.
- Jak to nie - zaprotestowała Viveka.
- Słychać wyłącznie jej głos - do rozmowy włączyła się Coral, ciotka Blue. - Fakt, że przeprowadzała wywiady schowana za kamerą, daje do myślenia. Zupełnie jakby wiedziała, że wszyscy zostaniemy wyrolowani.
Frankie miała wrażenie, że cały jej dotychczasowy spokój znika tak szybko, jak gdyby został wyssany przez odkurzacz nastawiony na mocne ssanie i przystawiony do jej pępka.
- Mieliśmy tylko jedną kamerę! - zawołała. - Faktycznie, pewnie mogłam po prostu siedzieć na kolanach moich rozmówców, a kamerę zamocować pod sufitem, ale...
Viktor ścisnął jej ramię ostrzegawczo.
- Starczy już - powiedział pod nosem.
- Tylko tak dalej, nie daj się im - wyszeptał dziewczynie do ucha Billy.
Frankie była zbyt podekscytowana, by się uśmiechnąć.
- O co właściwie oskarżacie moją córkę? - zapytała Viveka.
Na ekranie pan D. składał u kelnerki zamówienie na lunch.
- Myślę, że dobrze wiesz o co - wypaliła Coral. - Od dnia, w którym pojawiła się wśród nas, są z nią tylko kłopoty.
Frankie zaiskrzyła.
- Chwileczkę, Carol - odezwał się Ram de Nile, siedzący wygodnie w fotelu.
- Nazywam się Coral - oburzyła się kobieta.
- Moja Cleo również nie pojawia się w tym nieszczęsnym filmie - ciągnął mężczyzna. - Czy sugerujesz, że również za tym stoją jakieś ukryte przesłanki?
- Niewykluczone.
- W takim razie ja również chciałbym coś tobie zasugerować - powiedział Ram. Cleo stanęła obok niego w geście poparcia. - Może po prostu powinnaś lepiej pilnować swojej siostrzenicy.
- Odczepcie się ode mnie! - zawołała Blue. - Nie jestem już dzieckiem i nikt nie musi mnie pilnować!
Lala zachichotała. Pan D. badawczym wzrokiem przyglądał się RAD-owcom.
- Właśnie widzę - zadrwił Ram.
- Cóż, ja nie zamierzam ryzykować - wtrąciła się Maddy. - Deuce i ja wracamy do Grecji.
- Co takiego? - wykrzyknęła Cleo, po czym zwróciła się do swojego chłopaka. - Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
- Sam dowiedziałem się o tym dopiero przed godziną - odparł smutno Deuce.
- Na jak długo wyjeżdżacie? - zapytała dziewczyna.
- Na tyle, na ile będzie trzeba - oznajmiła sucho Maddy. - Normalsi na całym świecie wiedzą, kim jesteśmy. W takiej chwili musimy trzymać się z pozostałymi członkami naszej rodziny. Tylko im możemy teraz ufać.
- Nieprawda! Jest wielu normalsów, którzy chcieliby nas wesprzeć - wtrącił Jackson, niewątpliwie myśląc o Melody.
- Co z drużyną koszykówki? - pytała dalej Cleo. - Jeśli Deuce zacznie opuszczać treningi, trener go wyrzu...
Łzy zaczęły spływać strumieniem po policzkach dziewczyny.
- Co będzie ze mną? - szlochała.
- Dzięki twojemu rozsądnemu zachowaniu, my nie musimy nigdzie się przenosić - oznajmił Ram. Nie takiej odpowiedzi oczekiwała Cleo.
Coral zamachała w powietrzu czarną kopertą.
- Cóż, Blue wraca do swoich rodziców w Bells Beach - oświadczyła.
Na te słowa dziewczyna wybuchła płaczem. Suche łuski na jej policzkach aż lśniły pod słonymi kroplami łez. Ciocia szeptem próbowała ją pocieszyć i przypomniała jej, że w domu czekają na nią same przyjemności: codzienne będzie mogła pływać na desce wzdłuż Wielkiej Rafy Koralowej i pluskać się w morskich falach w świetle zachodzącego słońca. Nadaremno - na myśl o tym, że musi rozstać się z przyjaciółkami i ominie ją impreza urodzinowa Clawdeen, Blue po prostu nie potrafiła się uspokoić.
- Wyślemy ci filmik z imprezy - próbował ją pocieszyć Jackson.
- Chyba nie myślałeś, że tu zostajemy? - wtrąciła się jego matka.
- Jak to? Nie mogę po prostu wyjechać. Co ze szkołą? Lekcjami rysunku? Co z Melody? - protestował chłopak.
- Jest uroczą dziewczyną, kochanie, ale w tej sytuacji to nie ma wielkiego znaczenia.
Dookoła Frankie wybuchały kolejne kłótnie. Rodzice zażarcie dyskutowali ze swoimi dziećmi na temat planów na najbliższą przyszłość. Wujek Vlad krążył w tłumie niewzruszony i odbierał RAD-owcom telefony i dokumenty.
Lala jako jedyna dalej wpatrywała się w ekran monitora.
- Czy to oznacza, że mam dołączyć do ciebie na jachcie, tatusiu? - spytała z nadzieją w głosie.
- La, ta łódź to ruchoma kwatera, z której dowodzę moim międzynarodowym imperium, a nie Disneyland - odparł pan D. z niecierpliwym westchnieniem, które sugerowało, że nie pierwszy raz odbywają podobną rozmowę.
Lala wbiła wzrok w intensywnie różowe sznurówki swoich ciężkich butów. Po chwili podniosła głowę. Jej oczy były wilgotne od łez.
- Czyli mam zostać tutaj z wujkiem Vladem? - spytała.
Pan D. pokręcił przecząco głową.
- Dlaczego nie? - zdziwiła się dziewczyna, jednocześnie naciągając rękawy luźnego swetra na swoje blade dłonie. - Przecież nie jestem jak inni. Mojej twarzy nie widać na filmie. Nikt nie wie, jak wyglądam.
- Wiedzą za to, gdzie mieszkasz - stwierdził jej ojciec.
- Ale... - próbowała protestować Lala.
- Jestem przekonany, że będziesz się świetnie bawiła w Transylwanii - uciął mężczyzna.
- Tylko nie to! - zawołała Lala i zrobiła krok do tyłu. - Nie chcę mieszkać u straszydziadków, błagam!
- Prosiłem cię już, żebyś tak ich nie nazywała. Będziesz u nich bezpieczna, a jeśli okażesz się wystarczająco pilna, kto wie, być może nauczysz się w końcu odpowiedzialności za siebie i swoje czyny.
Vlad westchnął i przewrócił oczami. Wiedział, że ta kąśliwa uwaga była wymierzona właśnie w niego.
- Dziadkowie całymi dniami piją koktajle mięsne i prawie nigdy nie wychodzą z domu! - buntowała się Lala.
- Zgadzam się, są dość staroświeccy - przyznał pan D.
- Tato, kiedy powiedziałam dziadkowi, że chcę zostać weterynarzem, powiedział, że przecież już nim jestem, bo nie jem mięsa. On nie odróżnia weterynarza od wegetarianina!
- Cóż... Jakoś im się udało mnie wychować, prawda? - odparł ojciec dziewczyny.
Lala milczała.
- Dasz sobie radę. Tylko nie trać głowy - dodał zachęcająco.
- Dosłownie czy w przenośni? - zażartowała szeptem Blue.
- Dziadek na pewno tylko droczył się z tobą. Spróbuj chociaż dać im szansę.
- Ale tato... - próbowała Lala.
Na ekran wróciła kelnerka - tym razem ze srebrną tacą, na której leżał skwierczący stek.
- Wybaczcie, ale czeka mnie teraz inne spotkanie - rzucił pan D. - Maddy, telefony.
Wujek Vlad opróżnił swój czarny worek na środku sali. Mama Deuce'a podeszła do kupki urządzeń i pozostałych przedmiotów.
- Zamknijcie oczy - zaordynowała i chwyciła oprawki swoich markowych okularów przeciwsłonecznych. Kiedy wszyscy posłusznie przymknęli powieki, zdjęła okulary. W pokoju momentalnie zrobiło się zimno; temperatura podniosła się, gdy tylko kobieta z powrotem przesłoniła oczy.
- Gotowe - oznajmiła.
Zebranym ukazała się skamieniała sterta telefonów, dokumentów i portfeli. Przypominała dziwną rzeźbę - nie do końca zrozumiałe dzieło sztuki, którą ktoś umieścił w ich kryjówce w dość niewygodnym miejscu, lecz niewątpliwie w hołdzie dla ich nieustającej walki o zachowanie swojej tożsamości.
- Życzę wszystkim powodzenia - odezwał się pan D., zagłuszając szlochy i łkanie. - Pamiętajcie, ukrywamy się, lecz z podniesionym czołem!
- Tak jest - odparli niemrawo RAD-owcy. Jedynie rodzina Steinów nie odezwała się ani słowem.
Ekran monitora zgasł i telewizor wsunął się z powrotem do otworu w suficie.
Z rogu pomieszczenia ciotka Coral, wciąż zajęta pocieszaniem załamanej Blue, rzucała w kierunku Frankie i jej rodziców nienawistne spojrzenia.
- Powinniśmy się zbierać - powiedział Viktor i objął córkę w ochronnym geście.
Dziewczyna wciąż jeszcze nie wierzyła, że jej rodzice na poważnie rozważali pozostanie w Salem.
- Jak to? Po prostu wracamy do domu, jak gdyby nigdy nic? - zdziwiła się.
Viveka przykucnęła i chwyciła jej dłoń.
- Właśnie tak - odparła, patrząc na córkę spokojnie swoimi fioletowymi oczami. - Od wieków RAD-owcy postępowali wedle wypracowanych wzorów i jak widać, nie najlepiej na tym wyszli. Nadszedł czas, żebyśmy spróbowali zrobić coś po twojemu.
- Po mojemu? - spytała zaskoczona Frankie. Jej palce zaczęły iskrzyć, więc szybko wyjęła dłoń z uchwytu matki. Wyobraziła sobie, jak staje na czele rewolucji - na samą myśl czuła, jak wstępuje w nią nowa nadzieja. Z drugiej strony - poczuła nagle ciężar odpowiedzialności i możliwych konsekwencji deklaracji rodziców. Jako bojowniczka o wolność poznała już smak porażki i nie była pewna, czy będzie w stanie udźwignąć ten ciężar w pojedynkę.
- Wiecie... Tak naprawdę, to nie mam żadnego konkretnego planu - wybąkała.
- Może to i lepiej - powiedział z przekąsem Viktor, wyraźnie myśląc o jej dotychczasowych osiągnięciach. - Na razie wystarczy, jeśli zostaniemy na miejscu, będziemy przestrzegać podstawowych zasad bezpieczeństwa i żyć własnym życiem, jak gdyby nic się nie stało. Tyle. Nic poza tym. Jeszcze nie teraz. Żadnej konspiracji, planowania, kombinowania. Przynajmniej dopóki nie dowiemy się z kim i z czym mamy tak właściwie do czynienia. Zrozumiano?
- Jasno i wyraźnie - przytaknęła Frankie, choć w duchu nie do końca zgadzała się ze słowami ojca. Nie zamierzała całkowicie składać broni. Przede wszystkim w poniedziałek miała zamiar spotkać się z Brettem. Chciała go zapytać o jego udział w całym zamieszaniu - czy raczej wymusić na nim odpowiedź. Rozprawi się z nim zależnie od tego, co usłyszy. Dopiero wówczas będzie zachowywać się tak, jak życzył sobie jej tata.
Rodzinę Stein odprowadziły do starych drewnianych drzwi zarówno ciepłe słowa pożegnania, jak i mściwe spojrzenia. Frankie i Viveka co rusz przystawały, by uściskać się z przyjaciółmi.
- Naprawdę chcecie zostać? - zapytała pani J., po czym nieznacznie uniosła okulary i ukradkiem otarła chusteczką łzę w kąciku oka.
- Tak, zostajemy - odparła Viveka i uśmiechnęła się szeroko do Frankie. Dziewczyna pojaśniała.
- Jackson i ja też chcielibyśmy nie musieć wyjeżdżać, ale...
- Z całym szacunkiem, Viv - wtrąciła się matka Deuce'a. - Czy naprawdę uważasz, że pozostanie w Salem leży w interesie waszej córki?
- Jak najbardziej - powiedziała Viveka. Spojrzenie jej pełnych przekonania oczu odbijało się w lustrzanych szkłach markowych okularów Maddy Gorgon.
- Sama to zaproponowałam - dodała Frankie, spiesząc mamie z pomocą.
- W ciągu ostatnich kilku miesięcy sporo się od niej nauczyliśmy - oznajmiła Viveka, obdarzając córkę kolejnym promiennym uśmiechem.
- Niezłe bystrzaki z tych naszych dzieci, bez dwóch zdań - przyznała Maddy i poprawiła swoją zielono-żółtą chustę. - Wydaje mi się jednak, że w momentach takich jak ten rozsądniej byłoby, gdyby to rodzice pozostali w roli życiowych nauczycieli.
- My pokazaliśmy jej, czym jest życie - rzuciła Viveka i spojrzała na Frankie. - Ona uczy nas, jak z niego korzystać.
- Ach, rozumiem - powiedziała Maddy z drwiącym uśmieszkiem na twarzy. - Pozostaje mieć nadzieję, że wie, co robi.
Pani J. wymownie pociągnęła nosem.
- Proszę, uważajcie na siebie. Chcę was zobaczyć całych i zdrowych, jeżeli zdecydujemy się na powrót.
Jeżeli? Frankie przez myśl nawet nie przeszło, że może już nigdy nie zobaczyć pozostałych RAD-owców. Do tej pory skupiała się na swoim złamanym sercu i rozważaniu, co zrobi, gdy w końcu stanie twarzą w twarz z Brettem. Do tego przepełniała ją radość z odważnej decyzji, którą podjęli jej rodzice. Nie myślała o innych.
Oblał ją wstyd. Rozejrzała się po podziemnym pomieszczeniu i włączyła swój wewnętrzny czujnik empatii. Nad zebranymi unosiła się atmosfera rozpaczy, ciężka i gęsta niczym mgła często zalegająca ulice Salem.
Dorośli, zebrani w niewielkich kręgach, przyciszonymi głosami omawiali układane naprędce plany ewakuacji. Jackson siedział zgięty w fotelu i pochylony do przodu, jak gdyby próbował powstrzymywać się od wymiotów. Lala i Blue śmiały się i płakały jednocześnie. Na pożegnanie nagrywały sobie na telefonach krótkie filmiki. Cleo nie wypuszczała Deuce'a z uścisku swoich obwieszonych złotem ramion. Jej sztuczne rzęsy - teraz kompletnie mokre od łez - zwisały z powiek niczym gałęzie uwięzione nad przepaścią wodospadu. Gdyby trochę poczekać, sól z jej łez skrystalizowałaby się w formie stalaktytów. Czy faktycznie już nigdy ich nigdy nie zobaczę? - zastanawiała się Frankie.
Nie potrafiła i nie chciała wyobrażać sobie szkoły bez tych wszystkich znajomych twarzy. Nie wiedziała też, jak wszyscy będą funkcjonować bez siebie nawzajem. Poczuła jeszcze silniejszą motywację, by naprawić wyrządzone szkody. Chciała, by jej imię kojarzone było ze zjednoczeniem, a nie z podziałami. Chciała nadać swojemu życiu wyższy sens i zasłużyć w końcu na miano "idealnej córeczki tatusia". Była to winna swoim przyjaciołom, rodzicom i sobie samej.
Frankie dzieliła marzenie Martina Luthera Kinga: chciała żyć w społeczeństwie, którego członkowie nie są oceniani ze względu na kolor skóry, lecz ze względu na siłę i jakość charakteru. Im szybciej doprowadzi do realizacji tego marzenia, tym prędzej będzie mogła powrócić do życia zwykłej beztroskiej nastolatki.
ROZDZIAŁ 3
POD WPŁYWEM
Drzwi do domu Carverów otworzyły się z hukiem. Melody uniosła pulsującą z bólu głowę znad kuchennego blatu i w napięciu czekała na drugie trzaśnięcie. Ku jej zdziwieniu, nic takiego nie nastąpiło.
- Halo, kto tam? - zapytała głośno Candace i wypluła skorupkę pistacji w kierunku siostry.
Odpowiedziała jej cisza.
Dziewczyny wymieniły przerażone spojrzenia. Ich oczy zdawały się zadawać te same pytania: Czy grozi nam areszt? Czy zechcą nas przesłuchać w sprawie Upiora z sąsiedztwa? Może ktoś nas porwie i będzie torturować, póki nie wydamy lokalizacji tajnych kryjówek RAD-owców? (Których położenia swoją drogą nie znały).
- Mamy ze sobą naładowane snajpery! - zawołała Candace ostrzegawczo.
Melody przewróciła oczami.
- Snajper to strzelec, a nie typ broni - powiedziała półgębkiem.
Starsza siostra wzruszyła obojętnie ramionami. Wychodziła z założenia, że imponujący jest sam fakt, że zna takie słowo jak "snajper". Nikt nie spodziewa się takiej wiedzy po blondynkach o idealnie symetrycznych rysach twarzy.
- Gdzie on jest? - rozległ się głos intruza.
Po drewnianej podłodze niósł się znajomy stukot botków na obcasach firmy Tori Burch. Dziewczyny odetchnęły z ulgą.
- Cześć, mamo... - powiedziała niewyraźnie Candace, nadgryzając łupinkę kolejnej pistacji.
Po raz nie wiadomo który tego wieczoru Melody nacisnęła przycisk ponownego wybierania na swojej komórce. W słuchawce znów odezwała się poczta głosowa. Dziewczyna rozłączyła się.
- Mówię ci, coś jest nie w porządku z Jacksonem - westchnęła.
Glory Carver stanęła w drzwiach wykończonej drewnem kuchni. Jej drobną sylwetkę otulał skromny czarny trencz, który świetnie podkreślał żywą barwę jej kasztanowych loków.
- Widziałyście może ojca? Powinien był wrócić kilka godzin temu - zapytała.
- Nie mam pojęcia, gdzie może być - odpowiedziała Melody ze wzruszeniem ramion.
- Och, trudno, dłużej nie wytrzymam. Opowiadaj - nalegała Glory, zacierając dłonie w zniecierpliwieniu.
Melody poczuła nagły skurcz żołądka. Nie miała najmniejszej ochoty opowiadać o koszmarze, który przeżyła - nikomu, a szczególnie swojej mamie.
- No, dalej. Leciałam do domu jak na złamanie karku, a ty nic nie mówisz!
- Nie zapomniałaś czasem zamknąć za sobą drzwi? - spytała Melody. Nie była w stanie spojrzeć matce w oczy.
- Nie rozumiem, jakie drzwi? - zdziwiła się Glory, rozwiązała pasek płaszcza i dołączyła do córek siedzących przy owalnym szklanym stole. Mebel wyróżniał się stylem w rustykalnym wnętrzu. Zdawał się prowokacyjnie błyskać, jak gdyby chciał zwrócić na siebie uwagę: "Hej, popatrzcie na mnie! Jestem z Beverly Hills!".
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia? - spytała kobieta.
- W tej chwili tak - burknęła Melody, po czym wstała od stołu, podeszła do lodówki i szarpnęła za drzwiczki. Chłodne powietrze podziałało na nią jak kojący balsam.
- Skąd ta kwaśna mina? - dopytywała Glory.
Melody przewróciła wymownie oczami na widok organicznego beztłuszczowego mleka, które stało na półce.
- Mam swoje powody - odparła, zamknęła lodówkę, po czym podeszła do drzwi i zatrzasnęła je gwałtownym ruchem.
Dlaczego jestem smutna? Och, doprawdy nie wiem! Może dlatego, że moi najbliżsi przyjaciele stali się celem masowego polowania na potwory?! - miała ochotę krzyczeć ze wszystkich sił. Do tego mój chłopak od trzech godzin nie odbiera telefonu. Chociaż nie, chwileczkę... Może mam taką dziwną minę, bo usłyszałam od Manu, służącego Cleo, coś, co pozwala mi wierzyć, że nie jesteś moją prawdziwą matką!
Kwestia genealogii nie była jednak w tej chwili najważniejsza. Priorytetem dla Melody stało się namierzenie Jacksona.
- Cóż, wydawało mi się, że będziecie w bardziej szampańskich nastrojach - wyjaśniła Glory, wzruszając bezradnie ramionami.
- Niby co miałybyśmy świętować? - zdziwiła się dziewczyna.
- Twoja siostra napisała do mnie z planu zdjęciowego i podzieliła się dobrymi wieściami - wyjaśniła kobieta.
- To znaczy?
- Kiedy przeczytałam, że znowu potrafisz śpiewać, z radości nieomal wyskoczyłam ze spodni! - zawołała z entuzjazmem Glory.
Candace rozłupała z trzaskiem kolejną pistację.
- Chwila moment - powiedziała Melody i oparła się o kuchenny blat z rękami w kieszeniach bluzy. - Mówisz o moim śpiewie?
Glory przytaknęła.
- Właśnie tak. Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałabym usłyszeć twój głos - dodała, po czym złożyła błagalnie dłonie i zaczęła bezgłośnie poruszać ustami: proszęproszęproszęproszę. - Może zaśpiewasz Defying Gravity z musicalu Wicked? Zawsze tak świetnie wychodził ci ten kawałek. To mój ulubiony.
Candace wybuchła śmiechem.
- Mamo, nie jestem teraz w nastro...
- Kochanie! - przerwało jej wołanie ojca, który właśnie wchodził do domu. - Nigdy nie uwierzysz, co się stało!
- Słyszałam o wszystkim! Melody odzyskała głos! - odparła podekscytowana Glory i pospieszyła do przedpokoju, by przywitać męża. - Dochodzi wpół do dziewiątej. Gdzieś ty się podziewał?
- Nie mogłem wyjść z pracy wcześniej. Telefony w gabinecie rozdzwoniły się jak szalone - odparł mężczyzna.
Do kuchni wszedł pan Carver. Był opalony i miał na sobie garnitur od Armaniego. Stanowił chodzącą reklamę własnych zdolności spowalniania i usuwania efektów upływu czasu. Rozluźnił krawat, na przywitanie ucałował w czoło każdą z córek i usiadł przy stole na jednym z czarnych krzeseł o siedzisku w kształcie otwartej dłoni. Glory wstawiła do mikrofalówki ulubione danie męża - dietetyczną quesadillę z kurczakiem - i nastawiła minutnik.
- Dlaczego nie zostawiłeś tego na głowie swojej sekretarki? - spytała.
- Z czystej ciekawości - odparł Beau. - Dzwoniącymi byli praktycznie sami nastolatkowie. Wszyscy pytali, czy jestem w stanie dorobić im kły, rogi, ogony... i dalej w tym guście. Wszyscy chcieli wyglądać jak... - mężczyzna pstryknął palcami, jak gdyby próbował sobie przypomnieć jakieś słowo, szybko jednak poddał się i kontynuował opowieść. - Tak czy siak, byliśmy z doktorem Kramerem przekonani, że to po prostu kolejny głupi kawał. Pamiętamy przecież, jakiego figla spłatały Brettowi dzieciaki z Merston. Zaraz potem usłyszeliśmy jednak o programie, który nadano na Kanale Drugim i...
- NUDI górą! - wykrzyknęła Candace, wyrzucając pięść w powietrze w tryumfalnym geście.
- Co to takiego? - spytała Glory. Mikrofalówka zapiszczała alarmująco.
- Normalsi Uderzający w Dyskryminujących Idiotów - wyrecytowała Candace. - Melly, to naprawdę działa: wszyscy chcą być jak RAD-owcy! Nasze przesłanie trafia do ludzi! - wołała podekscytowana i zaczęła pisać wiadomość do Billy'ego. - Cała akcja będzie naprawdę genialnie wyglądać w moim podaniu na studia.
- O właśnie! Tak ich nazywali: RAD-owcy! - ucieszył się Beau i zaczał dmuchać na parującą quesadillę. - Z tego, co zrozumiałem, niektórzy z nich mieszkają nawet na naszej ulicy - dodał i upił łyk wina z kieliszka, który postawiła przed nim Glory. - Doktor Kramer bardzo chciałby spotkać któregoś z nich, więc zaprosiłem go z rodziną na kolację w sobotę wieczorem. Ma dwójkę dzieci w waszym wieku i pomyśla...
- Świetnie! To twój nowy genialny pomysł na biznes? - ironizowała Melody. - Zapraszamy na pokaz dziwolągów zamieszkujących Radcliffe Way! Kolacja wliczona w cenę biletu! Dla pierwszych odwiedzających - darmowe wnyki!
- Co się z tobą dzieje? - zdziwił się ojciec.
- Nie zwracaj na nią uwagi, tato. Ma zły dzień - pospieszyła z odpowiedzią Candace. - Ma jednak przy tym trochę racji. Nie możemy traktować RAD-owców jak okazów w prywatnej menażerii.
Melody skinęła głową na potwierdzenie słów siostry.
- Przecież wcale nie powiedzia... - próbował bronić się mężczyzna,
- Z innej beczki: dzieciaki Kramerów to chłopcy czy dziewczyny? - przerwała mu Candace.
- Dziewczyny.
- W takim razie ja się wypisuję.
- Nie ma mowy - zaprotestował Beau. - Obecność obowiązkowa.
- Kochanie, dlaczego zaprosiłeś gości na dzień przed naszym urlopem? - spytała Glory i dolała mężowi wina. - Przecież następnego dnia z samego rana wyjeżdżamy.
- Tylko ten jeden wieczór im pasował.
- Żałosne - wymamrotała pod nosem Melody. Jak jej rodzice mogli rozmawiać o takich błahostkach w obliczu tak poważnej sytuacji? Czy potrafili przejmować się wyłącznie swoimi problemami? Czy w ogóle nie obchodził ich los sąsiadów?
- Przecież będziemy zajęci pakowaniem i...
- O nic się nie martw - uspokajał żonę Beau, unosząc kieliszek do ust. - Zamówię coś na wynos w Hideout Inn. Przed samym podaniem podgrzejemy jedzenie w piekarniku i po kłopocie.
Glory uśmiechnęła się szeroko i przybiła mężowi piątkę.
- Nie byłam taka głupia, kiedy zgodziłam się za ciebie wyjść - powiedziała figlarnie.
Czy wy w ogóle słyszycie bzdury, które wygadujecie? - chciała zawołać Melody. W tym momencie zadzwonił jej iPhone.
To na pewno Jackson!
Dziewczyna rzuciła się, by odebrać. Przez moment zastanawiała się, czy też byłaby tak zaangażowana w całą sprawę, gdyby nie dotyczyła ona bezpośrednio jej ukochanego i czy Candace tak bardzo przejęłaby się swoją rolą w ruchu NUDI, gdyby nie uważała, że taki zapis doskonale wzbogaci jej podanie na studia. Szybko jednak wyrzuciła te myśli z głowy. Chciała wierzyć, że przejmuje się swoim otoczeniem z altruistycznych pobudek.
- Halo? - zawołała do słuchawki, chociaż na ekranie telefonu wyświetlił się napis NUMER ZASTRZEŻONY.
Po drugiej stronie linii rozległ się szept.
- Melody, mówi Sydney Jekyll. To znaczy, z tej strony pani J., twoja nauczycielka biologii. Matka Jacksona.
Dziewczynie z emocji zaschło w ustach.
- Czy wszystko z nim w porządku? - spytała.
- Nic mu nie jest - odparła kobieta z westchnieniem. - Dzwonię, bo mój syn odmawia wyjazdu bez pożegnania się z tobą.
- Jakiego wyjazdu? - wyjąkała Melody. Czuła, że robi jej się słabo.
- Kto dzwoni? - zapytała dyskretnie Glory.
Melody machnęła ręką i przeszła do salonu w poszukiwaniu prywatności.
- Czy możemy spotkać się za czterdzieści minut w kawiarni Crystal Coffee naprzeciwko lotniska McNary? - spytała pani J.
- Mhm - wydusiła z trudem Melody.
- Dobrze. W takim razie do zobaczenia. Upewnij się tylko, że nikt nie będzie cię śledził.
W słuchawce zapadła cisza.
Melody po raz kolejny zerknęła w lusterko: prócz ciemności odbijały się w nim tylko światła ulicznych latarni.
- To tutaj - powiedziała szeptem na widok trzech podświetlonych liter nad wejściem do kawiarni. - Skręć w lewo za "fee".
- Ha! - zawołała Candace, wskazując na szwankujący neon. - Myślisz, że Frankie byłaby w stanie rozświetlić całość jednym dotknięciem?
Melody nie znała odpowiedzi na to pytanie i nie była w nastroju na zgadywanki.
Candace włączyła migacz.
- No to jedziemy! - zawołała i skręciła tak ostro, że bmw wjechało na parking przed Crystal Coffee z piskiem opon.
Zaparkowały obok sporego pick-upa z oknem zaklejonym taśmą i dyktą. Melody obniżyła się na siedzeniu.
- Mogłaś przynajmniej wyłączyć światła - powiedziała z przekąsem.
- Słuchaj, musisz trochę wyluzować - odparła Candace zniecierpliwionym głosem. Miała wyraźne dość manii prześladowczej, która opętała siostrę.
- Lepiej spójrz na siebie - wypaliła Melody.
Candace przejrzała się w lusterku i zachichotała. Miała na sobie pożyczoną od Beau kamizelkę w panterkę, w której ojciec chodził obserwować ptaki. Do tego założyła czapkę z daszkiem, a na szyi zawiesiła lornetkę. Z kieszeni wystawał jej ptasi wabik. W tym stroju trudno było brać ją na poważnie. Z drugiej strony rada dziewczyny była całkiem do rzeczy: Melody powinna przestać stresować się chociaż odrobinę. Przecież nikt ich nie śledził.
- Nigdzie nie widzę ich samochodu. Myślisz, że się minęliśmy? Co, jeśli... - Melody nie chciała kończyć tego zdania. Wyjazd Jacksona była w stanie sobie wyobrazić. Nie chciała jednak nawet myśleć, co by było, gdyby ktoś go porwał.
- Rozumiem, że nigdy nie musiałaś się ukrywać? - spytała Candace.
Melody pokręciła przecząco głową.
- Ktoś, kto się ukrywa, raczej nie zaparkowałby na widoku - wyjaśniła starsza z sióstr.
- Racja - przyznała dziewczyna, nie odrywając wzroku od przydrożnej kawiarni. Rolety w oknach były zaciągnięte. - Co ty byś zrobiła na moim miejscu? No wiesz, gdyby to twój chłopak miał wyjechać? - zapytała niespodziewanie. Słysząc własne słowa, poczuła w środku szczególny ucisk, jak gdyby ktoś wcisnął jej wnętrzności w kurtkę o kilka rozmiarów za małą.
- To zależy... Rozumiem, że jeszcze nie miałabym go dosyć? - spytała rzeczowo Candace.
- Wiadomo!
- Hmmm - Candace zamyśliła się i postukała palcem w podbródek. - Nie przydarzyło mi się nigdy nic takiego, ale podejrzewam, że zatrzymałabym go przy sobie - odpowiedziała po chwili.
- Ale jak?
- To już należy do ciebie - odparła dziewczyna, klepiąc Melody po ramieniu. - Moje zadanie polega na pilnym rozglądaniu się dookoła - dodała, po czym wyciągnęła z kieszeni ptasi gwizdek i dmuchnęła: odgłos wabika przypominał nawoływanie pechowego dzięcioła, który niechcący połknął piszczącą zabawkę. - Na ten sygnał masz natychmiast do mnie wrócić. A teraz ruszaj, zanim twój chłopiec odjedzie.
Odjedzie? Melody poczuła w trzewiach kolejny nieprzyjemny skurcz.
Dzwonki zawieszone nad drzwiami wejściowymi zabrzmiały wesoło, gdy weszła do środka. Nie miała ochoty ani na kawę, ani na pączki - choć pachniały tak słodko. Rozejrzała się wokoło. Wnętrze nie zaskoczyło jej specjalnie: laminowany blat, czarne stołki barowe na metalowych nogach i pięć obszernych czerwonych siedzisk wyglądały absolutnie zwyczajnie. Pewną niespodzianką okazała się za to operowa aria z Cyganerii Pucciniego płynąca z szafy grającej. Czy to właśnie w takim miesjcu ona i Jacksona mieli pocałować się po raz ostatni? Melody weszła w głąb sali i zdjęła kaptur.
W barze znajdowało się tylko dwóch klientów: łysiejący mężczyzna w sztruksowej katanie, pochylony nad kopiastym talerzem spaghetti oraz ciemnowłosy chłopak, pogrążony w lekturze magazynu motoryzacyjnego "Hot Rod". Ten drugi miał na sobie koszulkę z napisem CZEŚĆ, JESTEM RICK. Jego policzek przecinała blizna. Czoło Melody zrosił rzęsisty pot. Jackson musiał już opuścić to miejsce.
- Stolik dla jednej osoby? - zapytała kelnerka, tleniona blondynka, z głośnym ciamkaniem miętową gumą do żucia. Dłonią, którą pokrywały charakterystyczne dla starszych osób przebarwienia, sięgała już w kierunku sterty menu.
- Eee... - zawahała się Melody.
Co teraz? Mam wrócić do samochodu czy jeszcze zaczekać? Może pokażę kelnerce zdjęcie Jacksona albo D.J.'a i zapytam, czy któregoś z nich nie widziała? - myśli galopowały w jej głowie jak szalone. Żaden pomysł nie wydawał się jej jednak wart wprowadzenia w życie. Przecież miał tu być! - Wie pani, miałam się tutaj spotkać z...
Ti-tit!
Melody chwyciła za telefon.
Do: MC
14 października, 21:44
NUMER ZASTRZEŻONY: USIĄDŹ OBOK RICKA.
Dziewczyna podniosła oczy znad ekranu. W tym samym momencie Rick spojrzał znad gazety i spróbował się uśmiechnąć; nie do końca mu się to udało i jego twarz wykrzywił tylko niepewny grymas.
Tak! - ucieszyła się Melody, po czym dodała:
- Usiądę z tym chłopakiem.
Kelnerka mrugnęła do niej porozumiewawczo, jak gdyby chciała powiedzieć: "Sama chętnie bym koło niego usiadła! Gdybym tylko była dwadzieścia lat młodsza..." .
Tak, to musiał być Jackson! Melody poznała go po charakterystycznym błysku w orzechowych oczach. Jednak co miały oznaczać te czarne włosy, blizna i magazyn motoryzacyjny? Gdzie podziały się jego okulary?
- Momencik...- powiedziała Melody z wahaniem, zajmując siedzenie obok chłopaka. Na stoliku stały dwa talerze: nietknięty sernik i surówka. - D.J.?
- Nie, to ja - odparł Jackson. Najlepsze przebranie nie potrafiło zmienić ciepłej barwy jego głosu. - Jak widzisz, występuję incognito. Prawda, że wypadam całkiem przekonująco w tym przebraniu?
- Cóż... Na pewno wpadłeś w oko kelnerce - odparła Melody najweselszym tonem, na jaki było ją stać. Ujęła dłoń chłopaka i przyłożyła ją do swojej twarzy. Chciała - a właściwie potrzebowała - poczuć znajomy oleisty zapach wybrudzonych pastelami palców chłopaka. Odkryła jednak, że kolorowe ślady po kredkach ustąpiły czarnym plamom. Farba do włosów. Dłoń Jacksona pachniała najzwyklejszym mydłem i ręcznikiem papierowym, dostępnymi w każdej publicznej toalecie.
- Jak poszła sesja dla "Teen Vogue'a"? - zapytał chłopak jak gdyby nigdy nic.Melody zacisnęła zęby. Nie miała siły udawać, że wszystko jest w porządku,
- Nieźle - odparła. - Moje stosunki z Cleo chyba uległy poprawie. W dodatku wygląda na to, że znów potrafię śpiewać. Wystąpiłam przed trzema uroczymi wielbłądami o imionach Niles, Humphrey i Luxor. Poza tym jeden facet, Manu, zasugerował, że moją prawdziwą matką jest kobieta o imieniu Marina.
Jackson odsunął talerzyk z sernikiem.
- Trudno mi w to uwierzyć - powiedział.
- W co dokładnie? - zdziwiła się dziewczyna.
- We wszystko - odparł.
- To chyba jednak prawda - stwierdziła Melody.
- Rozmawiałaś o tym ze swoją mamą? - spytał Jackson.
Melody pokręciła przecząco głową.
- Dlaczego nie?
- Bo byłam zbyt zajęta zamartwianiem i zastanawianiem się, czy w ogóle żyjesz! - wypaliła dziewczyna całkiem zgodnie z prawdą. Nie wiedziała, czy jest gotowa porozmawiać z chłopakiem o swoim pochodzeniu. Nie potrafiła przewidzieć reakcji Jacksona, gdyby Manu jednak miał rację. Łzy same cisnęły się jej do oczu. - Powiedz, że nie wyjeżdżasz na zawsze.
Jackson skinął głową, zdjął kaptur i przyciągnął dziewczynę do siebie. Zetknęli się czołami.
- Wylatujemy dziś wieczorem - wymamrotał. - Do Londynu, prywatnym samolotem. Nie mam pojęcia, na jak długo - przerwał na moment. - Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze.
Melody nie hamowała dłużej łez. Czuła, jak gorące i szybkie strumienie spływają jej po policzkach aż do brody.
Wysunęła się z objęć chłopaka i spojrzała mu poważnie w oczy.
- Nie możesz po prostu powiedzieć swojej mamie, że chcesz zostać? Mógłbyś poruszać się w tym przebraniu, zmienić szkołę. Nikt by się nie domyślił, kim naprawdę jesteś.
- Usiłowałem z nią rozmawiać chyba ze sto razy. Stwierdziła, że nie chce więcej o tym słyszeć. Obiecałem, że porzucę temat, jeżeli pozwoli mi się z tobą spotkać.
- Myślę, że powinieneś spróbować jeszcze raz - nalegała Melody. Zastanawiała się, czy to właśnie miała na myśli Candace, kiedy powiedziała "zatrzymaj go przy sobie".
- W porządku - z zadziwiającą łatwością zgodził się chłopak, po czym uniósł wzrok i spojrzał na dziewczynę. - Pod jednym warunkiem: musisz być obecna przy mojej rozmowie z mamą.
- Dlaczego? - zdziwiła się Melody.
Jackson uśmiechnął się półgębkiem.
- Jeżeli mojej mamie będzie równie trudno odmówić twojej prośbie, jak mnie przed chwilą, to już teraz możemy uznać lot do Londynu za odwołany - wyjaśnił.
Poruszona taką wizją Melody rzuciła mu się na szyję.
- Odwołany lot? O czym wy mówicie? - odezwał się kobiecy głos.
Dziewczyna szybko oderwała się od Jacksona.
Nad stolikiem nachyliła się pani J. Linia cięcia jej lśniących czarnych włosów krzyżowała się z krzywizną szczęki. Na ustach miała świeżo nałożoną pomadkę w charakterystycznym dla niej odcieniu matowej czerwieni.
- Nic się nie dzieje - zapewnił mamę Jackson. - Wszystko jest zgodnie z planem.
- To dobrze - kobieta wsunęła się na wolne siedzenie i spojrzała z niesmakiem na stół tak, jak gdyby widok sałaty lodowej stanowił dla niej osobistą zniewagę. - Wiem, że obiecałam wam chwilę sam na sam, ale jeszcze minuta w tutejszej toalecie i z pewnością złapałabym jakiegoś dzikiego hantawirusa.
Hantawirus. Oczywiście, że wiem co to takiego. Melody uśmiechnęła się z udawanym zrozumieniem - jak zawsze, gdy mama Jacksona wchodziła na tematy biologiczne.
- Dalej, zapytaj ją teraz - powiedział szeptem chłopak, szturchając Melody zachęcająco.
- Sam ją zapytaj - odparła półgębkiem dziewczyna.
- Co takiego chcecie wiedzieć, hmm? - odezwała się pani J. i jednocześnie gestem poprosiła kelnerkę o rachunek. - Mam nadzieję, że nie chodzi o nasz wyjazd, bo...
- Nie możecie opuścić Salem - wypaliła Melody.
Pani J. zmrużyła oczy i przyjrzała się dziewczynie z nieukrywanym zainteresowaniem.
- Rozwiń tę myśl, proszę - poleciła.
- Ee... Wydaje mi się po prostu, że... - jąkała się Melody, zupełnie jak gdyby niespodziewanie wywołano ją do odpowiedzi na temat, o którym nie miała pojęcia. Tym razem jednak wiedziała przecież, co chce powiedzieć. Zaskoczyła ją za to reakcja pani J. Kobieta najwyraźniej chciała jej wysłuchać.
- Jest pani nauczycielką... - zaczęła jeszcze raz. Musiała umotywować swoją prośbę. Jej uczucia nie były przecież najważniejsze. Do tego rozmawiała z naukowcem, osobą myślącą racjonalnie. Potrzebowała argumentów przemawiających do rozumu, a nie do serca. - Stanowi pani wzór dla wielu uczniów. Nie tylko wśród RAD-owców, ale i wśród normalsów - powiedziała.
Pani J. skinęła głową. Melody niemalże słyszała, jak za jej plecami Jackson szczerzy zęby w uśmiechu.
- Wasz wyjazd da im wszystkich zły przykład. Uciekacie, bo zrobiło się trudniej, ale przecież...
Kelnerka położyła rachunek na stole. Pani J. nie odrywała wzroku od Melody.
- Co z bezpieczeństwem mojego syna? - spytała.
- Mamo, poradzę so...
Melody ścisnęła chłopaka za udo.
- Jackson może dalej nosić przebranie. Może zmienić szkołę. Ukrywać się z podniesionym czołem. Czy nie tak brzmi wasze motto? Ale pani musi pozostać w Merston jako wsparcie dla tych RAD-owców, którzy nie zdecydowali się na wyjazd - Melody nachyliła się nad blatem i wyszeptała pani J. prosto do ucha: - Musi pani pokazać Jacksonowi, że jego matka nie boi się stanąć do walki.
Kobieta zdjęła z nosa okulary, których oprawki były wyraźnie inspirowane stylem Woody'ego Allena, i potarła oczy.
Pod stołem Jackson i Melody złapali się za ręce. Z każdą sekundą zaciskali uchwyt coraz mocniej.
Pani J. nałożyła na powrót okulary, po czym obróciła się w stronę syna.
- Musiałbyś naprawdę się ukrywać - oznajmiła.
- Nie ma sprawy - stwierdził chłopak.
- Oznaczałoby to, że nikt, powtarzam nikt - kobieta spojrzała wymownie na dziewczynę - nie będzie mógł wiedzieć, gdzie się znajdujesz.
- W porządku - odparli jednocześnie Melody i Jackson. Zyskali przynajmniej pewność, że będą przebywać w tej samej strefie czasowej.
Pani J. wyjęła z portfela czarną kartę kredytową American Express wydaną na nazwisko Rebecca Rose i położyła ją na rachunku, po czym zdjęła ze swojego nowego iPhone'a ochronną folię i zaczęła wystukiwać wiadomość na ekranie telefonu.
Jackson wypuścił dłoń Melody z uchwytu.
- Co robisz? - zapytał matkę.
- Piszę do personelu pokładowego naszego samolotu w sprawie mojego wegańskiego posiłku.
Melody poczuła ukłucie w sercu.
- Myślałam, że... - zaczęła.
Pani J. odłożyła telefon na papierową podkładkę pod talerz i spojrzała figlarnie na dwoje nastolatków.
- Co niby myślałaś? Że pozwolę na to, żeby moja przepyszna lasagne z tofu się zmarnowała?
- Nie rozumiem - zdziwiła się Melody.
- Poleciłam, aby zapakowano mi ją na wynos. Zahaczymy o lotnisko w drodze powrotnej, żebym mogła ją odebrać - wyjaśniła kobieta i odsunęła miskę z sałatką. - Umieram z głodu, a czeka nas naprawdę długa noc.
Melody i Jackson uścisnęli się z radości, podczas gdy mama chłopaka podpisywała potwierdzenie płatności kartą. Dziewczyna nie mogła się już doczekać, kiedy spotka się z ukochanym sam na sam. Na razie jednak postanowiła trzymać się złożonej obietnicy, życzyła więc obojgu powodzenia i pospieszyła do czekającej na nią Candace.
Pod jej nieobecność na parkingu nie zaszły żadne widoczne zmiany, a jednak wszystko było całkiem inne. Zepsuty neon reklamowy kawiarni nagle wydał się dziewczynie absolutnie czarujący. Samochód z kartonami zamiast bocznych szyb przestał sprawiać wrażenie żałosnego, a jawił się jej jako dzielny zwycięzca ranny w boju o lepszą sprawę. Maskujący strój Candace nie miał już na celu wykpienia manii prześladowczej Melody. Dziewczyna zrozumiała, że siostra chciała po prostu okazać jej wsparcie. Wszystko wyglądało inaczej, bo Jackson miał pozostać w Salem. Melody była pewna, że niezależnie od obietnicy złożonej mamie, chłopak znajdzie sposób, by się z nią skontaktować.
W końcu do tej pory zawsze mu się to udawało.
ROZDZIAŁ 4
MŁODE WILKI
Zgodnie z podejrzeniami, odpływ prysznica dalej zatykało obrzydliwe kłębowisko włosów i kawałków mydła. Clawdeen liczyła na to, że upora się z nim gorąca woda. Niestety, daremnie. Stała teraz po kostki w mydlanych szumowinach, które pozostały w kabinie po kąpieli jej braci i wyglądało na to, że będzie zmuszona zanurzyć dłoń w ciepławym bajorku i własnoręcznie oczyścić odpływ. Nie miała zamiaru zamoczyć nawet palca bez ochronnego kombinezonu. Poczuła silną tęsknotę za wygodami swojego domu, a w szczególności za swoją osobistą czystą i pachnącą łazienką.
Restauracja i zajazd Hideout Inn od lat należały do rodziny Wolf. Promowano tu odpoczynek bez telewizji i Internetu. Sami Wolfowie jeszcze nigdy nie spędzili tu dwóch nocy z rzędu. Do tej pory pojawiali się w zajeździe wyłącznie w czasie pełni, gdy ich ciała przechodziły comiesięczną przemianę. Wówczas na drzwiach Hideout Inn pojawiał się szyld BRAK MIEJSC, budynek zamykano na cztery spusty, zasłony zaciągano, a rodzina wilkołaków zasiadała do uczty. Spędzali tam maksymalnie dwadzieścia cztery godziny. Gdy tylko odzyskiwali normalne postaci, całe stado wracało na Radcliffe Way, a zajazd znów był otwarty dla gości. Steki serwowane w Hideout Inn rozsławiły restaurację i w ciągu ostatnich sześciu lat regularnie zapewniały jej miejsce w pierwszej dziesiątce najlepszych lokali Salem. Dlatego też każde dłuższe zamknięcie narażało na szwank domowy budżet.
W tym momencie na szwank narażone było wyłącznie zdrowie psychiczne Clawdeen. Czuła, że jeśli przez jeszcze jeden dzień będzie zmuszona dzielić łazienkę z braćmi, zwyczajnie oszale...
- Aaa! - pisnęła dziewczyna. Ktoś oblał jej głowę zimną wodą.
- Kolacja na stole! - zawołał Don i upuścił plastikowy kubek, który upadł na wykafelkowaną podłogę z głuchym odbiciem. Howie wybuchnął złośliwym śmiechem i obydwaj bracia czmychnęli, zatrzaskując za sobą drzwi.
Drżąc z zimna i ze złości, Clawdeen wyszła spod prysznica.
- Zapłacisz za to, Cleo - wymamrotała pod nosem. Odpowiedzialność za swoje niewesołe położenie zrzucała całkowicie na byłą przyjaciółkę. Ostrożnie omijała kupki sierści, sterty przyciętych pazurów i rozrzuconą niedbale bieliznę braci. Czuła, że jej włosy przesiąkły nieapetycznymi zapachami. Nieustająco podniesiona deska klozetowa zdecydowanie nie poprawiała atmosfery w łazience. Ciekawe, co wzbudziłoby największą wesołość u jej przyjaciółek, gdyby mogły ją teraz zobaczyć... Jej zmatowiałe włosy? Połamane paznokcie? Czy może bezkształtny, pamiątkowy brązowy T-shirt z napisem HIDEOUT INN, który miała na sobie? O tak, najprawdopodobniej to ostatnie rozbawiłoby je najbardziej. Cóż, chwilowo niewiele mogła na to poradzić. Wszystkie jej ubrania zostały w domu... podobnie jak kosmetyki, poczucie prywatności i życie osobiste.
Na parterze w sali restauracyjnej wszystko było przygotowane do posiłku. Aksamitne bordowe zasłony - Clawdeen pomagała je szyć, kiedy otwierali lokal - zasłaniały okna od strony parkingu. Dzięki temu prostemu zabiegowi goście zajazdu mogli poczuć, że znajdują się w przytulnej alpejskiej chacie, zamiast w restauracji położonej jedyne piętnaście kilometrów na północ od Salem, tuż przy zjeździe z autostrady. W szklanych ciemnoczerwonych świecznikach migotały płomienie świec. W kamiennym kominku raźnie płonęło ułożone w zgrabny stożek drewno. Na wszystkich osiemnastu stolikach znajdowały się puste nakrycia. W kuchni mama podgrzewała właśnie kolejną porcję zrazów. Męscy członkowie rodziny siedzieli przy okrągłym stole w centrum pomieszczenia, pochłonięci jedzeniem i pogrążeni w rozmowach.
- Cześć, Deenie - poważny wyraz twarzy pana Wolfa natychmiast złagodniał na widok córki. - Jak się czuje mój ukochany puszek-okruszek?
- Częśc, tato - przywitała się dziewczyna i ucałowała ojca w czubek głowy, a potem zajęła miejsce przy stole. Gęste czarne włosy i krzaczaste brwi Clawrka Wolfa zawsze przywodziły jej na myśl ojca Setha, bohatera serialu Życie na fali. - Może w tym tygodniu będziesz mógł trochę ze mną pojeździć? Powinnam poćwiczyć parkowanie, a do moich szesnastych urodzin zostały dwa tygodnie.
- Oczywiście, gdy tylko wrócę - odparł ojciec. - Jutro wyjeżdżam na budowę do Beaverton. Nie będzie mnie do czwartku.
- Szykuje się coś interesującego? - zapytała dziewczyna z nadzieją w głosie. Liczyła na ciekawe zdobycze z placu budowy: przemysłowe gwoździe, metalowe furtki czy kawałki marmuru. Uwielbiała też niespodzianki; zachwyciły ją chociażby nieużywane manekiny, które ojciec przywiózł kiedyś z akcji wyburzania starego domu handlowego. Materiał nie był zresztą najważniejszy. Dzięki sprawnym dłoniom i pełnej pomysłów głowie Clawdeen potrafiła dosłownie z niczego wyczarować prawdziwe skarby. Każdy sfilmowany pomysł przyciągał na jej wideoblog nowych fanów. Pierwszy filmik nosił tytuł Szklane usta: na ścianie swojego pokoju zamocowała kilka szyb i poprosiła przyjaciółki o złożenie na nich kolorowych odcisków-pocałunków. Po tej publikacji, aż siedem osób zaczęło śledzić jej blog. Oczyma wyobraźni widziała już, jak przedstawiciele największych kanałów telewizyjnych o majsterkowaniu zasypują ją ofertami prowadzenia własnego programu. Szybko przeprowadziłaby się do Nowego Jorku, gdzie oczywiście kupiłaby przestronny loft. Wyremontowałaby go i urządziła własnymi rękami, po czym zaprosiłaby do siebie najbliższe przyjaciółki (oraz Anyę, swoją ulubioną kosmetyczkę i specjalistkę od depilacji). Jedynym futrem, z jakim miałaby wówczas do czynienia, byłyby sztuczne etole i norki.
- Będziemy konstruować domek na drzewie i stawiać małpi gaj w ogródku jakiejś pary nadętych bubków - wyjaśnił ojciec, nabierając na talerz pełną łyżkę duszonych grzybów. - Prawdopodobnie więc przywiozę ci sporo trocin.
- Idealnie - uśmiechnęła się do siebie Clawdeen. Od razu znalazła dla nich zastosowanie: wykorzysta drewniane wióry jako sztuczne paznokcie, na których będzie mogła poćwiczyć nowe wzory manicure'u. Te bardziej udane przyklei na obudowę laptopa. To chyba niezły pomysł na kolejny film na blog, prawda?
- Chłopcy - kontynuował Clawrk, nie przerywając przeżuwania. - Liczę na to, że zadbacie o mamę i Deenie pod moją nieobecność - powiedział i westchnął z ulgą. - Przynajmniej o Leenę nie muszę się martwić. W Arrowhead nic jej nie grozi.
- Ciekawe, czy jej współlokatorka mogłaby powiedzieć to samo - zażartował Don.
Pozostali chłopcy wybuchli śmiechem.
- Gdyby choć trochę zależało wam na bezpieczeństwie, wyczyścilibyście mydło z waszych obleśnych kłaków i odetkalibyście odpływ. Grozi nam katastrofa epidemiologiczna - wycedziła Clawdeen, choć dobrze wiedziała, że nie takich zagrożeń obawiał się jej ojciec. Miała powyżej uszu bycia obiektem czyjejś troski. Nie rozumiała, dlaczego wypada na niekorzyść w porównaniu ze stadem barbarzyńców, którzy nie potrafią nawet właściwie ocenić ilości pasty koniecznej do umycia zębów.
- Naprawdę nie wiem, dlaczego musimy tłoczyć się w jednej łazience, skoro do dyspozycji mamy cały zajazd - dodała.
Dłużej nie potrafiła się oprzeć nęcącemu aromatowi rozpływającego się masła i pieczonej wołowiny. Szybkim ruchem nadziała kawałek mięsa na widelec i przeniosła go na swój talerz. Wyprzedziła Clawda o milisekundy.
- Korzystamy tylko z jednej łazienki, bo chcę, żeby panował tu możliwy porządek - odpowiedziała z kuchni Harriet.
- Mama ma rację - dorzucił Clawrk. - Musimy być gotowi na przyjęcie gości w momencie zdjęcia szyldu z drzwi.
- Beeee! - beknął na głos Nino. Chłopcy zawyli z radości. - Nigdy nie mógłbym wywiesić na swoim żołądku napisu BRAK MIEJSC. Za bardzo uwielbiam steki mamy - powiedział, odgarniając włosy z czoła.
- Nie tylko ty, synu. Normalsi wpadają w istny szał, kiedy nie mogą dokonać rezerwacji. Podejrzewam, że wielu uzależniło się od kuchni waszej matki - Clawrk rozejrzał się po sali jadalnej. - Ten film nie wpłynie korzystnie na nasz interes, co to, to nie.
- Niby czemu? - spytał Rocks, głośno przeżuwając kawałek mięsa. - Nazwa zajazdu nie została w nim wymieniona.
Clawdeen przewróciła oczami.
- Chodzi o to, że dopóki się tu ukrywamy, restauracja pozostaje zamknięta, geniuszu.
Rocks wpatrywał się w nią tępym wzrokiem.
- Nie mamy zysków! - wyjaśniła podirytowana.
- Super - parsknął Howie. - Ciekawe, czyja to wina.
Clawdeen pokazała bratu język.
- Co ja widzę! Masz jeszcze sporo steku w ustach! Jeśli nie dajesz rady z jedzeniem, chętnie za ciebie dokończę - zaproponował Nino.
- Fuj! - parsknęła śmiechem dziewczyna.
- Tato - odezwał się Clawd - pamiętasz, jak mówiłem ci, że w Merston mieli pojawić się łowcy talentów futbolowych? Dostałem wiadomość od trenera Donnelly'ego. Mają być w szkole w poniedziałek.
Clawrk otworzył puszkę piwa i wziął potężny łyk.
- Trener widział ten nieszczęsny film i wie, że jestem RAD-owcem, ale kompletnie mu to nie przeszkadza - ciągnął chłopak. - Obiecał nawet odwieźć mnie do domu po zakończonym meczu. Wiesz, jak zależy mi na tym stypendium i...
Clawrk odstawił puszkę z hukiem.
- Mam nadzieję, że nie powiedziałeś mu, gdzie się ukrywamy? - zapytał groźnie.
- Oczywiście, że nie. Zresztą nawet gdybym to zrobił, nic by się nie stało. On jest naprawdę w porządku.
- Czy twój trener wie, do kogo należy ten zajazd, albo że Charlie i Joanne Stewart to fikcyjni właściciele?
- Nie, przysięgam, nic mu nie powiedziałem - zaręczył Clawd. - Nikomu bym tego nie zdradził.
- Czytałem, że niektórzy polują na nas dla nagród - powiedział Howie.
- Łał, a więc jednak potrafisz czytać! - droczyła się Clawdeen.
- Ciekawe, ile by dali za ciebie? - odparował opryskliwie chłopak.
- Nie byłoby cię stać, braciszku.
- Tak ci się tylko wydaje - Howie sięgnął do kieszeni dżinsów i rzucił znalezioną w niej monetę w kierunku Dona. - Reszta dla ciebie.
W sali rozległ się wybuch śmiechu. Tylko ojciec i Clawd zachowali powagę. Mężczyzna rozważał prośbę syna, a ten w skupieniu czekał na jego odpowiedź.
- Najpierw będę musiał porozmawiać z twoim trenerem - odezwał się Clawrk.
- Nie ma sprawy - stwierdził chłopak i podał mu telefon.
- Pojedziesz samochodem. Nie chcę, żeby wiedział, że tu jesteśmy.
Clawd posłusznie skinął głową.
Mężczyzna zerknął w stronę kuchni, jak gdyby szukał u żony aprobaty dla swej decyzji. Następnie podwinął rękawy poplamionego kombinezonu roboczego, rozparł się wygodnie na krześle, spojrzał na syna i powiedział:
- Obiecaj mi tylko, że ci łowcy talentów pospadają z krzeseł, kiedy cię zobaczą! I wyjmij w końcu ten babski kolczyk z ucha!
- Nie zawiodę cię! - Clawd nachylił się nad stołem i przybił ojcu piątkę. Bracia zawtórowali mu podekscytowanym wyciem.
- Chętnie pojadę z tobą - wtrąciła Clawdeen jak gdyby nigdy nic. - Mogłabym odebrać pocztę i sprawdzić, kto potwierdził przyjście na moją imprezę. Przywiozę sobie trochę świeżej odzieży, dowiem się, co słychać u koleża...
- Naprawdę myślisz, że urządzisz tę swoją Słodką Szesnastkę? - spytał Howie pyszałkowatym tonem.
- Po pierwsze: Szałową Szesnastkę, a po drugie: tak, dlaczego nie? - odparła. - Do moich urodzin zostały dwa tygodnie. Do tego czasu zdążymy zapomnieć o całym tym zamieszaniu.
- Taa, jasne - Howie pokręcił głową z niedowierzaniem. - Kto ci to powiedział? Może przedstawiciele innych dyskryminowanych mniejszości, którzy zamieszkują tę planetę?
- Może i tak - upierała się Clawdeen.
- Rozumiem, że masz na myśli tych wszystkich, którzy walczą o równość praw od... sam nie wiem... jakichś pięciu tysięcy lat?
Pozostali bracia zachichotali złośliwie.
- O tak, jestem przekonany, że bojownicy o równouprawnienie wezmą specjalne nadgodziny, byle tylko uporać się z tym problemem przed twoją Słodką - och, wybacz, Szałową - Szesnastką.
- Starczy tego! - warknął Clawrk, stając w obronie córki.
- Dziękuję, tatusiu - rzuciła przymilnie Clawdeen. - Chciałam po prostu wstąpić na chwilę do domu i zabrać stamtąd kilka niezbędnych rzeczy. Nie planuję wrócić do szkoły ani nic z tych rzeczy - dodała.
- Nie ma mowy - zaprotestował ojciec. - Masz zostać razem z braćmi. Tylko tutaj jest bezpiecznie.
Jak to?! Dlaczego? - Clawdeen aż kipiała z rozgoryczenia. W gardle narastał jej krzyk sprzeciwu. Gdyby pozwoliła mu wyrwać się z piersi, pewnie zabrzmiałby: To jawna dyskryminacja! Co za niesprawiedliwość! Ucieknę z domu i zamieszkam z Kardashianami!
Spojrzawszy na podkrążone oczy ojca, jego przygarbione ze zmęczenia plecy i zniszczone paznokcie, zrozumiała, że to nie najlepsza pora na walkę o równouprawnienie płci. Clawrk Wolf był bardzo zestresowany tym, że w trakcie pracy gdzieś na placu budowy nie będzie w stanie zapewnić swojej rodzinie odpowiedniej ochrony. Po co miałaby pogarszać sytuację? Clawdeen zamilkła więc i wytarła usta chusteczką jak każda grzeczna dziewczynka. Tego się przecież po niej spodziewano.
Nieco później tej samej nocy obudził ją chrzęst kół samochodu na żwirowanym podłożu. Ocierając z oczu resztki snu, próbowała przypomnieć sobie, gdzie się znajduje. Otaczała ją ciemność. Kołdra pachniała mokrym psem, a nie świeżością płynu do zmiękczania tkanin. To nie mogła być jej sypialnia przy Radcliffe Way. Bez dwóch zdań.
Coś skrzypnęło, zupełnie jakby nieopodal ktoś usiadł właśnie na pokrytym skórą siedzeniu. Serce Clawdeen zaczęło bić żywiej. Uderzenie adrenaliny przywróciło jej pełną przytomność.
Łup! Kopniak trafił ją prosto w żebra. Przygryzła wargę i zamarła w bezruchu.
- Wiem, że tam jesteś - odezwał się Clawd.
Ups.
Clawdeen wykopała się spod sterty śmierdzących koców.
- Skąd wiedziałeś, że to ja? - spytała, podnosząc się z podłogi auta i wsuwając się na tylne siedzenie.
- Zaczęłaś chrapać, gdy tylko wjechaliśmy na autostradę - wyjaśnił chłopak.
- I mimo tego pozwoliłeś mi zostać? - zdziwiła się. Brat jak nikt potrafił ją zaskoczyć. - Co będzie, jeśli tata odkryje prawdę?
- Wtedy będę przysięgał, że nie zdawałem sobie sprawy z twojej obecności.
- Tak? A jeśli coś mi się stanie? - droczyła się dziewczyna.
Brat obrócił się i spojrzał na nią poważnie.
- Nie dopuszczę do tego - powiedział.
- Dlaczego to robisz? - nie rozumiała Clawdeen.
- Wiem, że nie zawsze jesteś traktowana sprawiedliwie - wyjaśnił Clawd.
Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. W końcu ktoś to zauważył.
- Co powiedzą mama i tata, kiedy odkryją, że cię nie ma? - zapytał badawczo chłopak.
- Tata wyjeżdża do Beaverton o czwartej rano, a mama planowała podreperować nasze zapasy na targu w Seattle. Zawsze wyjeżdża na zakupy, nim się obudzimy. Wróci pewnie w poniedziałek po południu. Jeżeli wyruszymy z powrotem od razu po twoim meczu, na pewno zdążymy przed nią.
- A co z chłopakami?
- Przecież wsunąłeś pod ich drzwi karteczkę, na której napisałeś, że kupisz im konsolę Wii na Gwiazdkę, jeśli tylko się nie wygadają - odparła dziewczyna.
- Naprawdę tak zrobiłem? - spytał z przekąsem chłopak.
Clawdeen zachichotała.
- Niczym się nie przejmuj. Zwrócę ci pieniądze, gdy tylko wystartuje mój własny program telewizyjny. A teraz, czy moglibyśmy w końcu wysiąść z samochodu i wejść do domu? Nie wytrzymam dłużej w tych ciuchach ze sklepiku z pamiątkami.
- Powoli! Musimy być bardzo ostrożni - przypomniał Clawd i otworzył drzwi. - Zatrzymałem wóz trzy przecznice od domu, żeby uniknąć podejrzeń. Przejdziemy zagajnikiem.
- Lepiej iść ulicą. Ludzie spodziewają się, że będziemy przemykać lasem. Jeżeli będziemy szli spokojnie, jak gdyby nigdy nic, nikt nie zwróci na nas uwagi.
- To najgłupsza rzecz, jaką słyszałem. Na ulicy wręcz prosimy się o kłopoty - zaprotestował Clawd i zatrzasnął drzwiczki.
Clawdeen nacisnęła klamkę ze swojej strony samochodu.
- Nie, właśnie w zagajniku będziemy bardziej zagrożeni.
- Ja prowadzę, więc ja ustalam zasady tej wycieczki - naciskał chłopak.
- Nie ma mowy. Każde z nas pójdzie swoją drogą - odparła Clawdeen. Nie miała pewności, o co właściwie tak bardzo się spiera, ale nie miała zamiaru oddawać pola bratu.
- Nie mogę cię zostawić - stwierdził Clawd.
- W takim razie chodź razem ze mną - rzuciła dziewczyna, po czym postawiła nogę na chodniku i wysiadła z samochodu.
Ruszyła w dół Glacier Road. Czuła się odsłonięta i narażona na atak, a jednocześnie dziwnie pełna życia; zarazem przestraszona i pobudzona. Była niezaprzeczalną panią sytuacji. Podobała się sobie taka.
- Zaczekaj! - zawołał Clawd i dogonił siostrę.
Minęli pierwszą przecznicę, nie odzywając się do siebie ani słowem, na pełnym nasłuchu, z najeżonymi włosami.
- Dlaczego zawsze próbujesz zachowywać się jak samica alfa? - przerwał ciszę brat Clawdeen.
- Niczego nie próbuję - odparła szeptem. - Po prostu nią jestem.
- Bardzo zabawne - zaśmiał się Clawd.
Dziewczyna zignorowała jego uwagę. Kiedyś na pewno znajdzie sposób, żeby udowodnić swoją pozycję. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
Gdyby tylko mogli mnie teraz zobaczyć...
Billy wyobraził sobie, jak koledzy ze szkoły zzielenieliby z zazdrości, gdyby dowiedzieli się, że spędził niedzielę nago w sypialni Candace Carver. Pokój pachniał gardenią, wanilią i... niesłychanie atrakcyjną dziewczyną. Oczywiście nie miał w nawyku przechwalać się takimi sprawami. Byłoby to poniżej godności. Poza tym gdyby zależało to od niego, o wiele chętniej wybrałby się z Candace do jakiejś kawiarni. Tam jednak z pewnością trudniej byłoby im skupić się na rozmowie. W końcu ile razy (czternaście i liczba ta rośnie) można śmiać się z tego samego psikusa (niewidzialny chłopiec podgryzający cudze ciastka wygląda naprawdę zabawnie). Poza tym Candace nie chciała, by ludzie myśleli, że mówi do siebie. Z drugiej strony, właśnie to robiła od co najmniej dwudziestu minut, więc co za różnica? Tego Billy nie mógł pojąć. Zresztą, gdyby lepiej rozumiał przeciwną płeć, pewnie nie spędziłby calutkiej zeszłej nocy na...
- ...czy ty w ogóle mnie słuchasz? - obruszyła się Candace. Dziewczyna nerwowo krążyła po pokoju, powoli wydeptując ścieżkę przed swoim łóżkiem, które okrywała urocza różowa kapa z plisami. - Jesteś tu w ogóle? - spytała i rozłożyła szeroko ramiona, jak gdyby próbowała coś wymacać w ciemnym pokoju. - Billy?
Chłopaka przez chwilę kusiło, by wykorzystać okazję i związać czubki sznurowadeł dziewczyny. Psikusy sprawiały mu jednak przyjemność wyłącznie wtedy, gdy miał dobry nastrój. Czyli zdecydowanie nie w tym momencie.
- Jestem tutaj - odparł i zrównał krok z dziewczyną. Chętnie usiadłby na łóżku, ale uznał, że byłoby to nietaktowne, zważywszy na jego nieubrane pośladki.
- O, super - rzekła Candace i wróciła do przerwanej opowieści. - Tak więc Ali uważa, że powinnam zwrócić jej mój bilet, skoro ona i Vanessa się pogodziły. Twierdzi, że kupiła go właśnie dla niej i dała mi go tylko po to, by wzbudzić w niej zazdrość. Dla mnie to kompletna bzdura, bo przecież była obecna przy ustalaniu listy gości na tę imprezę. Generalnie Ali wyżywa się na mnie, chociaż tak naprawdę problem tyczy jej i Vanessy... przynajmniej tak mi się wydaje. Nate Garrett powiedział, że ona po prostu poczuła się zagrożona. Według niego jestem nie tylko ładna, ale do tego naprawdę fajna i miła. A Ali to po prostu zimna jędza. Oczywiście nie omieszkałam jej tego powtórzyć i teraz jest na mnie po prostu wściekła. Nie, żebym się tym przejmowała. To ona stwierdziła kiedyś, że RAD-owcy powinni chodzić do osobnej szkoły. Mówiłam ci już o tym, prawda? Nie wiem, czy kiedykolwiek słyszałam pomysł równie daleki od idei NUDI... Tak więc z Ali chyba nie będziemy się widyw-Ali...
- I bardzo dobrze - powiedział Billy roztargnionym głosem. Nie, żeby nie interesowały go kolejne dramaty, które przeżywała Candace. Zwykle doceniał jej przewrotne poczucie humoru i nowatorski styl ubierania się. Podobały mu się jasne włosy i niebieskie oczy dziewczyny i cieszył się z rozwoju ich niewinnej platonicznej znajomości. Nie wyobrażał sobie, żeby ich stosunki kiedykolwiek mogły wyglądać inaczej. Dziś nie mógł się skupić, bo jego umysł był po prostu pochłonięty innymi sprawami. Próba skierowania uwagi na potok słów Candace przypominała chęć poskromienia dzikiego konia. Nie potrafił skoncentrować się na jej wypowiedzi dłużej niż na sekundę czy dwie.
- Twoja kolej - zarządziła dziewczyna i usiadła na skraju łóżka ze skrzyżowanymi nogami. Miała na sobie sukienkę w odcieniu kości słoniowej i kontrastujące z nią szare legginsy. - Zamieniam się w słuch - dodała i przekrzywiła głowę wyczekująco.
- O co chodzi? - Billy udawał, że nie rozumie.
- Naprawdę myślisz, że wymyśliłam tę całą bujdę o Ali tylko dlatego, że lubię słuchać brzmienia swojego głosu?
- Nie rozumiem.
- Widzę, że coś cię gryzie. Odkąd tu jesteś, nie zrobiłeś jeszcze nic zabawnego - powiedziała z uśmiechem, wyraźnie dumna ze swoich zdolności detektywistycznych. W ustach kogoś innego taka uwaga mogłaby zabrzmieć pyszałkowato, jednak z Candace bił niczym niezmącony naturalny wdzięk. - Zwierzyłam ci się ze swojego problemu! Teraz twoja kolej.
- To nieuczciwe! Ty swoją historyjkę wyssałaś z palca - odparł chłopak z niepewnym uśmiechem.
Dziewczyna westchnęła i pokręciła głową z rozczarowaniem.
- Chodzi o Frankie, zgadłam?
Na sam dźwięk tego imienia Billy poczuł gwałtowny skurcz w żołądku.
- Myślałem, że skoro Brett nie stanowi już konkurencji, może miałbym u niej jakieś szanse - przyznał.
- Hurrraa! - ucieszyła się Candace i podskoczyła na łóżko. - Mogę być waszą swatką?
- Nie ma mowy - zaprotestował Billy i ciężko oparł czoło o słupek podtrzymujący baldachim. - Frankie nie zechce ze mną być, z tego samego powodu, dla którego ty nie chcesz spotykać się ze mną na mieście.
Candace już otworzyła usta, by zaprotestować, ale zatrzymała się w ostatniej chwili. Chłopak miał swoje racje. Nawet ona nie mogła się im sprzeciwić.
- Oficjalnie nie jestem nawet uczniem Merston - wyznał Billy. - Pani J. to jedyna nauczycielka, która w ogóle zdaje sobie sprawę z mojego istnienia. Po prostu chodzę na lekcje razem z pozostałymi.
- Ale Frankie wie, że istniejesz - zaczęła Candace. - Przecież jesteś jednym z jej najbliższych przyja...
- Nie kończ, proszę - przerwał jej chłopak. Nie cierpiał tego słowa. Bycie przyjacielem ukochanej dziewczyny było równie beznadziejne, jak próba pokrojenia steku za pomocą łyżki. Owszem, łyżka dotykała powierzchni, ale nie była w stanie przebić się do wnętrza potrawy. - Zresztą nieważne. Frankie zasługuje na kogoś, kto może przynajmniej nosić ubrania.
- Dlaczego? - spytała Candace.
- To normalna dziewczyna i na pewno doceni...
- Nie, nie to miałam na myśli - roześmiała się dziewczyna. - Dlaczego właściwie nie nosisz ubrań? - spytała.
Billy nie wiedział, co odpowiedzieć. Ostatni raz ktoś zadał mu to pytanie jakieś sześć lat temu. On sam zastanawiał się nad tym znacznie dłużej.
Kiedy rozpoczął się proces jego znikania, ubierał się tak, by zakrywać strategiczne przezroczyste punkty na swoim ciele. Rękawiczka ratowała niewidzialną dłoń. Plaster zaklejał brakującą brew. Szalik owijał przejrzystą szyję. Jednak w końcu prześwity zaczęły się rozszerzać i łączyć ze sobą niczym kałuże, aż w końcu pokryły całe ciało. Noszenie jakichkolwiek ubrań przestało mieć sens.
Jednak wszystko to wydarzyło się zanim rodzice przedstawili go pozostałym RAD-owcom. Teraz wiedział, że istnieją inni, podobni do niego. Wcześniej nie znał Frankie. Dopiero Candace przypomniała mu, że mógłby spróbować żyć inaczej.
- Pewnie mógłbym spróbować nosić ubrania, gdybym chciał - rozmyślał na głos. - Tylko co z moją twarzą, włosami i...
- Billy, przestań! W tym przygnębiającym mieście niebo jest zachmurzone przez calusieńki rok, ale spójrz tylko na moje ramiona! - zawołała Candace i podwinęła rękawy sukienki. Skóra dziewczyny miała piękny odcień masła orzechowego. - Wyglądam, jakbym dopiero co wróciła z plaży, prawda?
Chłopak skinął głową.
- Przyczyna? Opalenizna w spreju. Z kolei włosy mojego ojca są czarne, a nie siwe, bo używa farby do włosów. Moje rzęsy są tak wyraźne, że widać je nawet z księżyca, prawda? Wszystko dzięki maskarze. Powtarzaj za mną: ma-ska-raa.
- Co właściwie sugerujesz? - w chłopaku zapaliła się iskierka nadziei.
- Przede wszystkim musisz nabrać trochę kolorów! - zarządziła dziewczyna i zeskoczyła z łóżka pełna entuzjazmu. - Najpierw metamorfoza, potem szybkie przejęcie terenu wroga. Jesteś ze mną?
Billy rozważał w duchu propozycję Candace. Mógłby zaryzykować - chociażby dla samej rozrywki. Poza tym skłamałby, gdyby stwierdził, że nie jest ciekaw swojego wyglądu. Przez te wszystkie lata z pewnością bardzo się zmienił.
- Masz rację. Pora pokazać Frankie, co traci - powiedział.
- W końcu mówisz do rzeczy - odparła Candace i przełożyła srebrne ramiączko torby przez ramię. - Idziemy na zakupy! - oznajmiła, zrobiła krok w stronę drzwi i... Łubudu! Poleciała jak kłoda na puszysty dywanik imitujący owczą skórę.
Billy wybuchł głośnym śmiechem.
- Moje sznurowadła! - dziewczyna dławiła się ze śmiechu, spoglądając na swoje buty.
- Nie mogłem się powstrzymać - przyznał chłopak. - Jeden mały psikus od czasu do czasu jeszcze nikomu nie zaszkodził.
ROZDZIAŁ 5
SERCE NIE SŁUGA
Trwająca trzy kwadranse jazda do centrum handlowego Bridgeport Village była tego warta. Kupowanie telefonu przez Internet w żaden sposób nie mogło się równać z wrażeniem, jakie wywierała na każdym odwiedzającym wizyta w sklepie Apple. Klienta zewsząd otaczały eleganckie produkty najnowszych technologii. W pełni naładowane tylko czekały, by je dotknąć. Budziły się do życia z dotknięciem palca. Frankie przez moment rozważała zmianę nazwiska na iStein i przeprowadzkę do tego miejsca.
Viveka przyglądała się laptopom bez specjalnego zaciekawienia. Entuzjazm córki sprawił jednak, że lekko się uśmiechnęła. Słuchała i kiwała głową, udając zainteresowanie.
- Dobrze jest wyjechać z Salem od czasu do czasu - powiedziała. Na wszelki wypadek nie odstępowała Frankie nawet na krok.
- Zgadzam się - odparła dziewczyna. Zdawała sobie jednak sprawę, że mamie nie chodzi bynajmniej o spędzenie niedzielnego popołudnia na zakupach w Portland. Wypowiedź Viveki sugerowała raczej, że przyjemnie jest wejść do sklepu bez obaw, że właściciel poprosi je o dokumenty. Nie drżeć ze strachu przy każdym głośniejszym podmuchu wiatru. Nie sprawdzać nerwowo, czy ktoś nie umieścił w Internecie jakichś informacji na ich temat. Nie unikać spojrzenia kierowcy jadącego z naprzeciwka. Nie zastanawiać się cały czas, czy dobrze zrobili, zostając w mieście.
- Mam nadzieję, że zabrałaś ze sobą karty podarunkowe? - spytała kobieta. Jej fioletowe oczy były pozbawione charakterystycznego blasku.
Frankie otworzyła zapięcie swojej pikowanej torebki, która pełniła jednocześnie funkcję przenośnej ładowarki. Poczuła przyjemną przewagę nad otaczającymi ją urządzeniami. W przeciwieństwie do nich mogła funkcjonować całe dni bez konieczności podłączania się do źródła zasilania. Telefony czy komputery, żyjące w swoim eleganckim i minimalistycznym światku, mogły tylko pomarzyć o jej możliwościach.
- Mogę się rozejrzeć? - poprosiła, wręczając mamie kopertę, którą dostali od Vlada.
Viveka zbadała wzrokiem wnętrze sklepu dokładnie i subtelnie niczym agent służb specjalnych. Przy okrągłym stole siedziała grupka dzieci, pochłoniętych jakąś grą interaktywną. Obok para starszych ludzi bombardowała zakłopotanego sprzedawcę pytaniami na temat różnic między pecetami a macami. Nad najnowszym iPadem pochylały się trzy tlenione blondynki w futurystycznych strojach. Poza tym w sklepie wałęsało się kilku zblazowanych nastolatków.
- W porządku, ale nie oddalaj się zbytnio. Nie zajmie mi to wiele czasu - powiedziała w końcu.
W innych okolicznościach Frankie pewnie drwiłaby z nadopiekuńczych zapędów mamy. Teraz jednak grzecznie obiecała, że będzie trzymać się blisko i - na wypadek, gdyby mama się rozmyśliła - szybko zniknęła jej z oczu.
Zaintrygowało ją źródło niewątpliwej fascynacji trzech blondynek. Ostrożnie podeszła w ich kierunku.
Wszędzie rozpoznałaby ten głos. Odważny. Pełen mocy. Świeży. To światowa premiera nowego teledysku Lady Gagi! - ucieszyła się w myślach. Z radości o mały włos z jej palców nie trysnęły iskry. Na wszelki wypadek wcisnęła dłonie w kieszenie obcisłych bojówek i zapytała nieznajome, czy może przyłączyć się do oglądania.
Żadna z blondynek nie oderwała wzroku od ekranu, by jej odpowiedzieć, ale jedna z dziewczyn - owinięta szalem z folii bąbelkowej - przesunęła się kawałek. Niestety, gdy Frankie zajęła miejsce, teledysk właśnie się skończył.
- Najlepszy ze wszystkich nagranych do tej pory! - wykrzyknęła zachwycona dziewczyna w ciemnych okularach, których oprawki ozdobione były posypką do lodów.
- Powtarzasz to przy każdym kolejnym - odparła jej koleżanka w legginsach obklejonych żółto-czarną taśmą, używaną przez policję do odgradzania miejsc popełnienia zbrodni.
- Na koncercie dopiero będzie czadowo - wtrąciła Folia Bąbelkowa.
Frankie zatkało z wrażenia.
- Wybieracie się na koncert? - zapytała.
- Tak jest! Zostało tylko trzynaście dni! - odparła Posypka Lodowa, uśmiechając się promiennie.
- Ty też idziesz? - spytała Scena Zbrodni, nieświadoma tego, że czerwona szminka pobrudziła jej zęby.
- Chciałabym - westchnęła Frankie. - Ale bilety są praktycznie nie do zdobycia, jeśli nie ma się znajomości.
- Nieprawda - zaprotestowała Folia Bąbelkowa i chwyciła pod ręce swoje koleżanki. - Okupowałyśmy kasę przez kilka dni i się udało.
Frankie poczuła natychmiastowe porozumienie z dziewczynami. Łączyła je taka sama miłość do Lady Gagi i jej piosenek! Niewiele myśląc, wyznała:
- Wiecie... właściwie odkąd pamiętam, sama jestem małym potworem. Kilka tygodni temu wybieliłam kilka pasm na swoich włosach i...
Niespodziewanie Viveka złapała córkę za tył bluzki w czarno-różowe pasy i wyprowadziła ją ze sklepu.
- Co się stało? Mamo, co ty wyprawiasz? Kupiłaś telefony?
- Nie będziemy rozmawiać, dopóki nie znajdziemy się w samochodzie! - ucięła Viveka. - Nie chcę słyszeć ani słowa więcej.
O nie. Coś musiało być nie tak z kartami prezentowymi.
Viveka zatrzasnęła drzwi volvo i włączyła radio. Czyżby ktoś miał nas podsłuchiwać? - zastanawiała się Frankie.
- Co ty sobie wyobrażasz? - wypaliła ze złością kobieta.
- Ja? - zdziwiła się Frankie. - Co takiego zrobiłam?
Viveka przekręciła kluczyk w stacyjce.
- Nie udawaj niewiniątka. Jak mogłaś, Frankie? Po tym wszystkim, co się wydarzyło! W tak trudnym dla nas momencie! Nie mogę tego pojąć.
Dziewczyna zaśmiała się nerwowo.
- Mamo, powiedz mi, o co właściwie chodzi - poprosiła.
- Dlaczego powiedziałaś tym trzem obcym dziewuchom, że jesteś potworem? - zapytała zrozpaczona Viveka, po czym wyłączyła silnik i ukryła twarz w dłoniach. - Nie dość, że naraziłaś się na niebezpieczeństwo - i to kolejny raz! - to jeszcze użyłaś tego okropnego zwrotu. "Potwór" brzmi tak uwłaczająco. Co ty sobie myślałaś?
Frankie wybuchła śmiechem.
Viveka spojrzała na nią z niedowierzaniem. Jej zwykle gładko zaczesany kucyk był w kompletnym nieładzie.
- Jak możesz się śmiać? - oburzyła się.
- Mamo, gdybym naprawdę chciała wyjawić światu swoją tożsamość, zaczęłabym od zdrapania tej okropnej tapety z twarzy.
- W takim razie, co to mia...
- Lady Gaga wszystkich swoich fanów nazywa "małymi potworami". To takie jej powiedzonko, które nie ma nic wspólnego z RAD-owcami.
- Jak to?
- Normalnie. Wcale nie miałam zamiaru zdradzać, kim jestem.
- Mówisz prawdę?
Frankie spojrzała na mamę i znacząco uniosła brwi. Zasługiwała przecież na większy kredyt zaufania.
Uśmiech, nieśpieszny jak wstające nad horyzontem słońce, rozjaśnił twarz Viveki. W jej fioletowych oczach pojawił się znajomy blask.
- Co za ulga - westchnęła i przyciągnęła do siebie Frankie. Pachniała gardenią. Przytuliła córkę i wybuchła ni to płaczem, ni śmiechem.
- Nie dziwię ci się. Sama bym się przestraszyła - parsknęła rozbawiona Frankie. - To jak, udało ci się kupić telefon?
- Bez najmniejszego problemu - odparła kobieta.
Kiedy sunęły autostradą w stronę domu, Viveka stwierdziła:
- Wygląda na to, że radzisz sobie z tą sytuacją o wiele lepiej niż ja.
Na przednią szybę spadły pierwsze krople deszczu.
- To tylko pozory - wyznała Frankie.
Kobieta spojrzała na córkę z zatroskanym wyrazem twarzy.
- Wciąż nie wiem, w jaki sposób można doprowadzić do zjednoczenia RAD-owców i normalsów. Niestety, za każdym razem, kiedy się nad tym zastanawiam, zaczynam myśleć o Bretcie - westchnęła dziewczyna. - Wciąż nie potrafię uwierzyć, że dałam się tak wykorzystać - przyznanie się do tego na głos sprawiło, że poczuła skurcz w klatce piersiowej.
- Mogę sobie tylko wyobrazić, jak okropnie się czujesz - powiedziała cicho Viveka i pogłaskała córkę po ramieniu.
Prawda była taka, że zniknięcie Bretta bolało Frankie bardziej niż uczucie zdrady. Jej racjonalnie myśląca mama nigdy by tego nie zrozumiała. Zapytałaby pewnie: "Jak można tęsknić za kimś, kto sprawił ci tyle bólu?". Frankie w odpowiedzi mogłaby jedynie wzruszyć ramionami. Do tego czułaby się pewnie jeszcze bardziej żałośnie niż teraz. Dlatego milczała.
- Myślę, że możesz wyciągnąć z tej historii jakieś wnioski na przyszłość - w Vivece odezwała się natura naukowca.
Frankie bez słowa wpatrywała się w mijające je ze świstem samochody. Wcale nie zależało jej na wnioskach. Nie chciała kolejnej lekcji.
- Poza tym... Zanim normalsi staną się bardziej tolerancyjni, kto wie, może wpadnie ci w oko któryś z RAD-owskich chłopców. Bracia Wolfowie są chyba całkiem do rzeczy - mówiła kobieta.
Mamo, co ty wygadujesz?! - chciała zawołać Frankie, ale powstrzymała się w ostatniej chwili. Rada mamy nie była pozbawiona sensu. Po co jej kolejne kłopoty? Związek z Brettem nie miał żadnego sensu, lecz rozum nie ma przecież nic wspólnego z uczuciami.
Serce nie sługa.
Niestety, serce Frankie pragnęło Bretta.
Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Rozdział 1. Obława!
Rozdział 2. Taktyczny odwrót
Rozdział 3. Pod wpływem
Rozdział 4. Młode wilki
Rozdział 5. Serce nie sługa
Rozdział 6. Mama trauma
Rozdział 7. Na dzień dobry (zimny) prysznic!
Rozdział 8. Miasteczkowy potwór
Rozdział 9. Spojrzeć prawdzie w oczy
Rozdział 10. Władca pcheł
Rozdział 11. Widzimy się na Lady Gadze!
Rozdział 12. Ja wam jeszcze pokażę...
Zagubiony Rozdział. (którego pechowy numer nie powinien się tu pojawić)
Rozdział 14. Jedz (mięso!), módl się i kochaj
Rozdział 15. Wielka RAD-ość!
Rozdział 16. Pociąg do płci przeciwnej
Rozdział 17. Uwaga, awaria!
Rozdział 18. Miłosne zawirowanie
Rozdział 19. G. Łupie żarty
Rozdział 20. Kobiety na furgonetki!
Rozdział 21. Łatwo przyszło, łatwo poszło
Rozdział 22. Jutro będzie futro
Rozdział 23. Nieproszeni goście
Rozdział 24. W grupie siła
Rozdział 25. Uwaga, wysokie napięcie!
Rozdział 26. To on!
Książki z serii Monster High
Luksusowy ilustrowany notes
Skrzydełko
Okładka