Monster High #2 - Upiór z sąsiedztwa - Lisi Harrison

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ 1
CO TY NA TO, TATO?
Nasycone dymem z bursztynowych kadzideł powietrze zdawało się drżeć z podniecenia. Nerwowe oczekiwanie trwało już od kilku godzin. Cleo nie miała zamiaru nawet na chwilę odpocząć, dopóki nie uzna, że rodzinny pałac jest odpowiednio przygotowany na przyjęcie swego władcy. Służący, którym poleciła zrobienie porządków i udekorowanie wnętrz, zaczynali mieć jej serdecznie dość.
- Teraz lepiej? - zapytała Hasina, unosząc ostrożnie lewy róg papirusowego transparentu, który miała powiesić razem z Bebem, swoim mężem.
Cleo przekrzywiła krytycznie głowę i cofnęła się o kilka kroków, żeby spojrzeć na całość z odpowiedniej odległości. Deszcz, uporczywie bębniący o szyby, tłumił głuchy stukot jej koturnów po posadzce z piaskowca. W taką pogodę najlepiej byłoby wypożyczyć jakiś dobry film, wtulić się w ramię ukochanego chłopaka i...
STOP! Cleo szybko porzuciła tę kuszącą wizję. Deuce nie miał obecnie prawa wstępu ani do jej serca, ani do jej prywatnej sali projekcyjnej. Stracił wszystkie przywileje po tym, jak został przyłapany z Melody Carver na wczorajszym balu. Poza tym w tej chwili Cleo miała na głowie inne sprawy. Zemsta mogła trochę poczekać.
Dziewczyna zetknęła kciuki z czubkami palców wskazujących i na wzór filmowych reżyserów wyciągnęła przed siebie ręce, oceniając efekt w kadrze z dłoni.
- Hmm...
Krytycznie przyglądała się nowemu ułożeniu transparentu. Zależało jej na tym, by spojrzeć na napis z perspektywy wchodzącego do domu władcy. Zadowalały go przecież wyłącznie idealne rozwiązania, a jego powrotu spodziewano się już za... Cleo zerknęła na wyryty w centrum holu cyferblat zegara słonecznego. Grr! Był kompletnie nieprzydatny po zmroku.
- Jaki mamy czas? - zawołała.
Beb wyjął iPhone'a z kieszeni swojej białej, lnianej tuniki.
- Zostało siedem minut.
Na nos Sfinksa!
O wiele mniej czasu zajęłoby jej napisanie tekstu transparentu na komputerze czcionką o rozmiarze 72 i wydrukowanie całości na drukarce laserowej. Niestety w takich wypadkach, podobnie jak w przypadku pisania kartek urodzinowych czy listów, jej ojciec nie tolerował ułatwień technologicznych. W korespondencji akceptował tylko i wyłącznie tradycyjne pismo hieroglificzne.
Ramzes de Nile - w skrócie Ram, jak zwykli nazywać go mieszkańcu Zachodu - przykładał szczególną wagę do tego, by w jego domu egipskie dziedzictwo rodu, włączając w to również starożytne pismo, było traktowane z należytym szacunkiem. Poprawne wykaligrafowanie jednego hieroglifu zajmowało przeciętnie dwadzieścia minut. Dlatego właśnie napis na transparencie głosił: "Witaj w domu!", zamiast: "Witaj w domu, kochany Tatusiu!". Na miłość Horusa, kto by miał czas na tyle pisaniny?
Na szczęście żmudna robota nie popsuła planów Cleo na to sobotnie popołudnie. Zwykle pierwszy dzień weekendu upływał pod znakiem trzech "s", czyli solarium, spa i szoppingu z przyjaciółkami: Clawdeen, Lalą i Blue. Tym razem było to niemożliwe z zupełnie innych przyczyn. Wizytę na solarium utrudniała szalejąca burza. Natomiast pozostałe przyjemności musiały poczekać do czasu, kiedy dziewczyny znów będą mogły bez ryzyka pokazywać się publicznie.
Stokrotne dzięki, Frankie Stein! - ironizowała w myślach Cleo. - Naprawdę, nie trzeba było!
Impreza, która odbyła się zeszłego wieczoru w szkole Merston High (ta sama, na której Deuce pojawił się z Melody Carver!), wywołała w miasteczku nie lada zamieszanie. Postawiono na nogi całą policję miasta Salem. Wszędzie szukano "zielonego potwora" (Frankie!), któremu ponoć odpadła głowa podczas wyjątkowo intensywnego pocałunku z Brettem Reddingiem. Członkowie społeczności RAD-owców (Ruchu Atrakcyjnie Dziwnych) zgodnie postanowili, że na wszelki wypadek wszystkie ich dzieci powinny przez jakiś czas pozostać w domach.
Na całe szczęście ojciec Cleo, ceniony handlarz antykami, brał w tym czasie udział w wykopaliskach archeologicznych - dzięki temu ominęło go największe zamieszanie. Co by było, gdyby dowiedział się, że jego córka miała swój udział w planie Frankie? Że poszła na szkolny bal przebrana za mumię - czyli, praktycznie rzecz biorąc, nie przebrała się w ogóle? Że Blue wystawiła na widok publiczny swoje błyszczące płetwy, Lala zalotnie błyskała kłami, a Clawdeen odsłoniła wilkołacze futro? Co pomyślałby ojciec, gdyby usłyszał, że chciały pokazać normalsom, że ich "ekstrawagancji" nie trzeba się bać, ale raczej ją podziwiać? Na samą myśl o tym Cleo zadrżała ze strachu. Gdyby Ram zdawał sobie sprawę przynajmniej z części tych rewelacji, za karę zamknąłby ją w jakimś podziemnym grobowcu i wypuścił najwcześniej za dwieście lat.
- I jak? - wycedził Beb przez zaciśnięte, białe niczym śnieg zęby, mocno kontrastujące z jego ciemnooliwkową karnacją.
Czy lewy górny róg transparentu wciąż był lekko przekrzywiony, czy to tylko wyobraźnia płatała Cleo figle? Dziewczyna poczuła niespodziewany ucisk w żołądku, jakby ktoś znienacka zacisnął na niej gorset. Chciała już mieć to z głowy. A poza tym - brakowało czasu. Musiała przecież jeszcze rozlać wino do kieliszków, ułożyć przekąski i wybrać utwory z nowej płyty Sharkiata do egipskiej playlisty! Gdyby nie zaangażowała do pomocy służących, nigdy nie udałoby się jej zdążyć ze wszystkim. Owszem, teoretycznie Cleo mogła intensywniej uczestniczyć w przygotowaniach, jednak w rzeczywistości prędzej dałaby sobie odciąć palce, niż skalała dłonie pracą. Nie na darmo Ram powtarzał: "Świat dzieli się na szefów i pracowników. Jednak ty, moja księżniczko, jesteś zbyt wyjątkowa, by pełnić którąkolwiek z tych ról". Dziewczyna w pełni zgadzała się z tym stwierdzeniem. Nie musiała przecież harować przy przygotowaniach do powitania ojca - należało jedynie we właściwy sposób nadzorować służących.
- Wyżej z lewej strony - stwierdziła.
- Ale... - zaczął Beb, szybko jednak się pohamował. Włączył aplikację "Poziomica" na swoim iPhonie i przyłożył telefon do transparentu. Cierpliwie czekał, aż cyfrowa bańka powietrza przesunie się i wyda werdykt. Kawowobrązowe usta mężczyzny mamrotały coś niewyraźnie, a jego oczy intensywnie wpatrywały się w ekran telefonu, który miał zadecydować o jego losie.
- Jak dla mnie jest idealnie - z naciskiem stwierdziła Hasina, balansując na oparciu starożytnego, egipskiego tronu. - Beb zwykle nie ma żadnych problemów z pomiarami - dodała, szeroko otwierając ciemne oczy dla podkreślenia swoich słów.
Kobieta miała podstawy, by tak twierdzić.
Szesnaście lat temu Ram zlecił Bebowi wzniesienie budynku, który łączyłby w sobie cechy domu mieszkalnego, atrakcyjnego w rozumieniu mieszkańców Zachodu, oraz królewskiego pałacu, spełniającego starożytne egipskie standardy. Parę miesięcy później na posesji przy ulicy Radcliffe Way 32 stanęła zamówiona budowla.
Elewacja utrzymana w kolorach bieli i gołębiej szarości przywodziła na myśl pretensjonalne rezydencje, które budowali na przedmieściach nowobogaccy. Drzwi wejściowe wiodły do ciasnego, wyłożonego parkietem przedpokoju. Z pomalowanego na beżowo, oświetlonego przytłumionym światłem wnętrza wiało straszną nudą. Był to jednak zabieg celowy, bo jak inaczej można było zapobiec podejrzliwym spojrzeniom dostawców pizzy i wszędobylskich harcerek sprzedających ciasteczka na cele dobroczynne? Po drugiej stronie holu znajdowały się inne drzwi - te prawdziwe - które prowadziły do właściwej części domu. Tam niepodzielnie rządził już styl pałacowy.
Główny hol miał wysokość trzech pięter i został dumnie zwieńczony szklaną piramidą. Kiedy tylko nie padało, słoneczne światło leniwie rozlewało się po przestronnym pomieszczeniu, niczym rozpuszczone masło po gorącej grzance. Natomiast w czasie deszczu krople, pukające rytmicznie w szklaną powierzchnię dachu, wygrywały niosącą się echem symfonię, która działała kojąco na mieszkańców. Ściany pałacowych pomieszczeń ozdobiono wielobarwnymi hieroglifami. Rzeźbione naczynia z alabastru były pokryte płaskorzeźbami, które przedstawiały sceny pochówku przodków. Zaaranżowana przez Beba wąska, lecz wypełniona wodą z samego Nilu, rzeczka wiła się leniwie przez wszystkie komnaty. Na wyjątkowe okazje Hasina przyozdabiała strumień, puszczając na jego wody zapalone świeczki o migoczących płomieniach. Na co dzień w rzece unosiły się niebieskie lilie wodne. Tego wieczoru pływały w niej i świece, i kwiaty.
- Jeszcze pięć minut - oznajmił Beb.
- Przymocujcie w końcu ten transparent! - zarządziła Cleo, głośno klaszcząc w dłonie. Chisisi, najbardziej strachliwa z siedmiu mieszkających w domu kotek, momentalnie wskoczyła na czubek palmy daktylowej, która rosła na środku pomieszczenia.
- Przepraszam, Chi - uspokajała ją dziewczyna. - Nie chciałam cię wystraszyć.
W holu rozległ się cichy dźwięk dzwonka. To nie Cleo napędziła Chisisi strachu, tylko...
- Wszedł do domu! - zawołała Hasina, kątem oka zobaczywszy sylwetkę szefa w monitorze pokazującym obraz z kamery umieszczonej nad wejściem.
- Szybko! - poganiała Cleo.
Hasina nerwowo przycisnęła róg transparentu do powierzchni kolumny i rzuciła mężowi ponaglające spojrzenie. Nie zdążyli.
- Panie... - powiedziała służąca. Jej ciemne policzki przybrały kolor dojrzałych śliwek. Kobieta zeskoczyła ze złoconego oparcia fotela tronowego i starła ślady, które mogły pozostawić podeszwy jej skórzanych sandałów. Razem z Bebem bez słowa wycofali się do kuchni. Sekundę później z głośników ryknęła muzyka. W przeboju Ya Helilah Ya Helilah egipski piosenkarz Sharkiat niemalże dorównywał skalą głosu Mariah Carey, jednocześnie jednak piszczał niczym kreskówkowe wiewiórki Chip i Dale.
- Tatusiu! - wykrzyknęła Cleo. Była bardzo radosna, choć nie dało się ukryć, że równie mocno obawiała się rozmowy z ojcem. - Tak się cieszę, że wróciłeś! Jak minęła podróż? Podoba ci się mój transparent? Zrobiłam go całkiem sama.
Dziewczyna stanęła między kolumnami i wyprostowała się dumnie w oczekiwaniu na reakcję taty. Choć liczyła sobie dużo więcej niż piętnaście lat, na które wyglądała dzięki zabiegom mumifikującym, to i tak bardzo potrzebowała rodzicielskiej aprobaty, jak każda zwykła nastolatka. Czasem wydawało jej się, że łatwiej znalazłaby salon makijażu permanentnego pośród szalejącej piaskowej burzy, niż usłyszała słowo pochwały, padające z ust własnego ojca.
Jednak dziś Ram szedł prosto w kierunku córki, niecierpliwie odsuwając Manu, swojego asystenta. Przywitał ją z ramionami otwartymi tak szeroko, jak gdyby chciał powiedzieć: "Taaaak bardzo cię kocham".
- Panie! - zawołał za nim Manu zatroskanym głosem. - Pański płaszcz!
- Moja mała księżniczka! - wykrzyknął Ram, okrywając Cleo połami swego mokrego, czarnego trenczu i mocno obejmując. Nawet rzęsiste strugi deszczu nie zdołały wypłukać z ubrania mężczyzny podróżnej mieszaniny zapachów: lekko zatęchłej atmosfery lotnisk międzynarodowych, wypełnionego cygarowym dymem wnętrza prowadzonej przez szofera limuzyny i delikatnej, piżmowej woni jego własnej skóry. Jednak Cleo to wcale nie przeszkadzało - dla niej ojciec mógłby równie dobrze pachnieć niczym kuweta odwiedzona przez stado kotów opitych wodą z Nilu - i tak za żadne skarby świata nie wypuściłaby go z objęć.
Ram rozluźnił uścisk, po czym chwycił córkę za ramiona i zaczął przyglądać się jej badawczo. Ten nieoczekiwany nadmiar uwagi, jaką jej poświęcał, wprawił dziewczynę w zakłopotanie.
Czyżby moja inspirowana bandażami sukienka od Hervego Legera była zbyt obcisła? - zastanawiała się. Może przesadziłam z tym fioletowym eyelinerem? Albo z brokatowym tuszem do rzęs? A może powinnam była zrobić większe gwiazdki z henny na policzkach?
Zaśmiała się nerwowo.
- Czy coś się stało? - spytała.
- Nie. Powiedz mi lepiej, jak się czujesz - odparł, wzdychając ciężko. W oddechu Rama czuć było słodkawą woń tytoniu. Natomiast w spojrzeniu jego ciemnych oczu o kształcie migdałów czaiło się coś, czego Cleo nie potrafiła zidentyfikować. Ojciec patrzył na nią zastanawiająco łagodnie, ale zarazem przenikliwie. Jak gdyby czegoś się obawiał. Przynajmniej tak właśnie dziewczyna zinterpretowałaby takie spojrzenie u większości ludzi. Do tej pory żyła w przekonaniu, że uczucie strachu było ojcu zupełnie obce. A jednak spoglądał na nią w tak nietypowy sposób, jak gdyby w trakcie wykopalisk dotarł do dawno zapomnianych emocji, dotąd ukrytych głęboko w jego wnętrzu.
Twarz Cleo rozjaśniła się w uśmiechu.
- U mnie wszystko w porządku. Dlaczego pytasz?
Z jadalni dobiegł dyskretny odgłos dzwonka. Najwyraźniej przystawki były już gotowe. Chisisi błyskawicznie znalazła się na ziemi. Pozostałe kotki: Bastet, Akins, Ebonee, Ufa, Usi i Miu-Miu wystrzeliły jak z procy spod szezlonga i zgodnie otoczyły obficie zastawiony stół. Cleo uśmiechnęła się na widok znajomego kociego rytuału. Jednak twarz ojca ani drgnęła. Troska utwardziła rysy Rama lepiej niż kosmetyczna maska z glinki z Morza Martwego.
- Przecież wszędzie jest o tym głośno - zaczął, pocierając skronie. Jego szpakowate włosy zdawały się córce odrobinę bardziej siwe niż przed wyjazdem. - Co ta Frankie sobie myślała? Jak Steinowie mogli do tego dopuścić? Spowodowali zagrożenie dla całej społeczności.
- Więc już słyszałeś? - spytała dziewczyna. Dużo dałaby za to, by móc odgadnąć, co dokładnie wiedział ojciec.
Ram wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza zwiniętą w rulon gazetę "Salem News" i uderzył nią z trzaskiem o dłoń. W ten sposób czułe powitanie zostało brutalnie przerwane.
- Na miłość Horusa wszechmogącego! Viktor musiał postradać zmysły, kiedy składał tę swoją córkę! Nie wiem, jak inaczej to wytłumaczyć...
Ponownie rozległ się dzwonek wzywający do sali jadalnej.
Niespodziewanie Cleo poczuła potrzebę wstawienia się za Frankie. A może tak naprawdę chciała bronić samą siebie?
- Przecież mało kto w ogóle wie, jak ona ma na imię. W szkole nosi makijaż i normalskie ciuchy, więc i tak nikt nie mógł jej na balu rozpoznać. Wydaje mi się, że próbowała po prostu... chwycić byka za rogi - powiedziała Cleo, kiwając się nerwowo na swoich skórzanych koturnach. - No wiesz, po prostu chciała coś zmienić.
- Coś, czyli co? Stworzono ją zaledwie miesiąc temu. Kto dał tej dziewczynie prawo do zmieniania czegokolwiek? - zapytał ojciec, jednocześnie spoglądając na powitalny transparent. Nareszcie! - ucieszyła się w myślach jego córka. Niestety, zasępiona twarz Rama nie wyrażała najmniejszego uznania.
Skąd on tyle wie o Frankie? - dziwiła się Cleo. Miała przecież znajomych, których rodzice nigdy nie wyjeżdżali dalej niż do San Francisco, a mimo to zawsze udawało się ukryć przed nimi organizowane pod ich nieobecność całonocne imprezy czy też niewinne przejażdżki "pożyczonym" z ich garażu samochodem. Tymczasem jej ojciec jedzie na drugi koniec świata, żeby szukać ukrytych w ziemi artefaktów, po czym wraca do domu i dzieli się z nią szczegółowymi informacjami na temat lokalnych wydarzeń. Co za ka*!
* W mitologii egipskiej ka było częścią duszy człowieka, niematerialnym sobowtórem. Po śmierci właściciela jego ka żyło nadal i domagało się ofiar. W przypadku, gdy takowe nie były składane, ka nawiedzało rodzinę zmarłego, przynosząc choroby (przyp. tłum.).
- Co jest nie tak z twoim pokoleniem? - ciągnął Ramzes, ignorując sugestię córki. - Macie przeszłość w głębokim poważaniu. Nie szanujecie swojego dziedzictwa i tradycji. Zależy wam tylko na...
- Panie? - nieśmiało przerwał mu Manu. Na jego łysej głowie lśniły jeszcze krople deszczu. Zaciskał dłoń na rączce aluminiowej walizki tak mocno, że ciemne knykcie stały się w tej chwili szare. - Gdzie mam to umieścić?
Ram potarł swój jednodniowy, podróżny zarost, zastanawiając się nad odpowiedzią. Rzucił szybkie spojrzenie na Cleo, po czym wskazał na potężne, podwójne drzwi, znajdujące się w przeciwległym końcu pomieszczenia. Chwycił córkę mocno pod łokieć i z wyćwiczoną przez wieki dystynkcją poprowadził ją przez przestronny hol. Razem wkroczyli do sali tronowej.
Stado sokołów zerwało się do lotu i usadowiło się na szczycie palmy. Trzepot ostro zakończonych skrzydeł niósł się echem po pałacu.
W wyłożonych miedzią ścianach odbijało się ciepłe światło alabastrowych lamp olejnych. Główną nawę wyściełał pleciony kobierzec z trzciny, wygładzony przez stąpające po nim przez setki lat bose stopy przodków. Na końcu przejścia znajdowało się podwyższenie, na którym stały dwa krzesła tronowe. Cleo usiadła z namaszczeniem na wykładanym fioletowym aksamitem siedzisku i oparła dłonie na wysadzanych klejnotami, złoconych podłokietnikach. Instynktownie uniosła podbródek i przymknęła powieki. Obraz przed jej oczami lekko się zamglił. Zaczęły napływać do niej poszarpane fragmenty wspomnień. Nagle znów była królową i rozkoszowała się swoim królestwem. Czarno-szmaragdowa figura skarabeusza wisząca nad drzwiami, kępy sitowia porastające brzegi wijącego się niczym wąż Nilu, dwa sarkofagi z kości słoniowej stojące po obu stronach wejścia...
Znajome obrazy, zapachy i dźwięki pozwoliły dziewczynie się rozluźnić. Przez ostatnie kilka dni żyła przecież w nieustannym napięciu. Z prawdziwą ulgą przywitała powrót Ramzesa. W końcu mogła poczuć się naprawdę bezpiecznie. Oddychanie przychodziło jej z zadziwiającą lekkością, a skórę przeniknął dreszcz radości. Tak, Cleo była wprost stworzona do zasiadania na królewskim tronie.
Gdy tylko ojciec i córka zajęli swoje miejsca, Manu z namaszczeniem położył walizkę na miedzianym stoliku, stojącym pomiędzy tronami i zrobił krok do tyłu w oczekiwaniu na dalsze polecenia.
Ram ruchem dłoni rozkazał mu otworzyć.
Manu posłusznie odblokował zatrzaski, uniósł wykładane aksamitem wieko i cofnął się na stosowną odległość.
- Spójrz tylko - powiedział Ram. - Znalazłem to w grobowcu cioci Nefretete - oznajmił z satysfakcją, jednocześnie bawiąc się szmaragdowym pierścieniem, który nosił na kciuku.
Cleo nachyliła się nad otwartą walizką. Zaniemówiła z wrażenia. Bezwiednie zaczęła sporządzać w głowie spis skarbów, które połyskiwały przed jej oczami.
1. Lazurytowy naszyjnik w kształcie sokoła, którego rozłożyste skrzydła niegdyś spoczywały na obojczykach najbardziej podziwianej kobiety w Egipcie.
2. Złote bransolety z wizerunkiem oka Horusa, wykonanym z rubinów i szmaragdów.
3. Korona z litego złota w kształcie głowy sępa, wysadzana taką ilością lśniących klejnotów, że Cleo mogła w nich dostrzec odbicie własnych, rozpalonych oczu.
4. Złoty, spiralny pierścień z oczkiem wielkości gumy do żucia, zrobionym z szarego kamienia księżycowego, który podobno świeci w ciemnościach.
5. Nefrytowe, oplecione złotym drucikiem kolczyki w kształcie kropel, przy których szmaragdy Angeliny Jolie z rozdania Oscarów w 2009 roku wyglądały niczym tanie błyskotki.
6. Wysadzana perłami złota kolia z pawimi piórami.
7. Bransoleta w kształcie wijącego się węża z rubinowymi oczami, wystarczająco długa, by opleść rękę od nadgarstka aż po ramię.
8. Wrzucona niedbale do walizki biała wizytówka.
- Chwileczkę... - Cleo jednym ruchem chwyciła mały kartonik. - Co to takiego? - zapytała, choć dobrze znała odpowiedź. Kto by jej nie znał? Pięć srebrnych liter wytłoczonych u góry wizytówki i wszechobecne w mediach logo dla wielu oznaczały tyle samo, co "kraina nieograniczonych możliwości". - Wspaniała... - wyszeptała z podziwem. Starając się zapanować nad drżeniem rąk, przeczytała nazwisko na wizytówce. Bransoletki na jej nadgarstku podrygiwały w rytm radosnej egipskiej muzyki, wypełniającej pomieszczenie. - Jak to zdobyłeś? - spytała.
Ram, patrząc przed siebie, uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Robi wrażenie, nieprawdaż? Powiedz, co teraz myślisz o swoich przodkach? Masz jakiekolwiek wyobrażenie o tym, jak cenna jest ta biżuteria? Nie myślę tu o cenie w dolarach, ale o wartości historycznej. Już sam pierścień...
- Tato! - zawołała Cleo, zrywając się na równe nogi. Siedzisko tronu nie było wystarczająco obszerne, by pomieścić ją wraz z jej entuzjazmem. Z namaszczeniem przejechała kciukiem po wklęsłych literach, po każdej z osobna: V... O... G... U... E... - Jakim cudem zdobyłeś jej wizytówkę?
Ram spojrzał na córkę. Nie był w stanie ukryć gorzkiego rozczarowania malującego się na jego twarzy.
- Co jest wyjątkowego w tej całej Annie Winter? - burknął, zatrzaskując wieko walizy. Manu podszedł do tronu, by przejąć ją z rąk swego pana, ale ten powstrzymał go ruchem dłoni.
- Ona nazywa się Win-tour! - poprawiła Cleo. - To redaktor naczelna amerykańskiej edycji "Vogue'a". Poznałeś ją osobiście? Rozmawialiście? Miała na nosie okulary przeciwsłoneczne? Co powiedziała? Chcę wiedzieć wszystko!
Ojciec, milcząc, zabrał się za zdejmowanie przemoczonego, czarnego trenczu. Manu usłużnie odebrał płaszcz i podał cygaro. Zapaliwszy je, Ram zaciągnął się kilka razy. Odwlekał odpowiedź wyraźnie rozbawiony widokiem siedzącej jak na szpilkach córki.
- Mieliśmy miejsca obok siebie podczas lotu z Kairu do Nowego Jorku - wyjaśnił w końcu, wypuszczając z zaciśniętych ust strużkę tytoniowego dymu. - W egipskim wydaniu "Business Today" przeczytała artykuł o moich pracach archeologicznych, rozpoznała mnie i zaczęła opowiadać o tym, jak bardzo zakochała się w kairskiej modzie haute couture... Cokolwiek to znaczy - powiedział, przewracając oczami. - Twierdziła, że chce jej poświęcić cały numer swojego pisma.
Manu, stojący na posterunku tuż za tronem, pokręcił głową z dezaprobatą. Sprawiał wrażenie równie mocno urażonego tym pomysłem, jak jego pan.
- Naprawdę powiedziała: "kairska moda haute couture"? - spytała Cleo, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy. Oto w końcu Egipt miał szansę zaistnieć w świecie mody!
- Ta kobieta mówiła naprawdę dużo - odparł Ram, po czym dwukrotnie zaklaskał. Na to wezwanie z kuchni wyszli Beb i Hasina. Balansując dłońmi, nieśli tace z jedzeniem. Tuż za nimi biegły łakome Bastet, Akins, Chisisi, Ebonee, Ufa, Usi i Miu-Miu.
Cleo usiadła.
- Na przykład co? - dopytywała. - Co takiego jeszcze powiedziała?
- Wspominała coś o sesji zdjęciowej do wydania dla nastolatek.
Hasina trzymała metalową tacę przed władcą. Ram sięgnął po trójkątny chlebek pita i nabrał nim humusu.
- Co? - wykrztusiła oniemiała z wrażenia Cleo, jednocześnie gestem dłoni oddalając Beba, który właśnie zbliżał się do niej z tacą pełną serów i sambouseków** z jagnięciną. Jedyną aplikacją, którą do tej pory dziewczyna ściągnęła na swojego iPhone'a, był właśnie program "Teen Vogue".
** Libańskie pierożki (przyp. tłum.).
- Modelki na wielbłądach miałyby jeździć po oregońskich wydmach, ubrane w klejnoty należące do mojej siostry i najmodniejsze kreacje prosto z Kairu - dodał Ram.
Cleo była tak podekscytowana, że nie potrafiła zachować spokoju. Najpierw założyła prawą nogę na lewą, potem lewą na prawą. Nerwowo machała stopą. Usiadła na dłoniach, potem wyjęła jedną z nich i zaczęła bębnić palcami w pluszowy podłokietnik. Nie potrafiła się powstrzymać, choć była świadoma, że ojciec nie znosi takiego nerwowego wiercenia się. Każda komórka jej ciała, każdy nerw, mięsień, więzadło i ścięgno były gotowe do tego, żeby zerwała się z miejsca, wybiegła na zewnątrz, wspięła się po ścianie pałacu i z dachu obwieściła światu sensacyjną wiadomość. Niestety - wychodzenie z domu nie było w tej chwili bezpieczne.
Dzięki, Frankie Stein! Naprawdę, wielkie dzięki!
- Jak dla mnie, całe to przedsięwzięcie to czysty wyzysk - wymamrotał Manu.
Ram skinął głową.
Cleo zmroziła służącego spojrzeniem typu "milcz albo obłożę twoją łysą głowę gęsią wątróbką i zawołam koty!". Zakłopotany mężczyzna odchrząknął i spuścił wzrok.
- Muszę wziąć w tym udział! - zawołała dziewczyna, trzepocząc rzęsami.
- Co masz na myśli? - spytał ojciec, gasząc cygaro w miseczce pełnej baba ghanoush***. Hasina natychmiast usunęła naczynie z tacy jednym zwinnym ruchem. - Przecież wcale nie wyraziłem zgody, żeby wypożyczyć klejnoty.
*** Tradycyjna pasta egipska, przyrządzana z bakłażanów i ziaren sezamu (przyp. tłum.).
- Co oczywiście nie powstrzymało Anny Winter przed zorganizowaniem całej sesji w czasie, kiedy samolot kołował z pasa startowego do bramki lotniska. Wybrała nawet datę - dodał Manu.
- Jaką?
Ram wzruszył obojętnie ramionami, jak gdyby nie potrafił sobie przypomnieć.
- Czternastego października - powiedział służący.
- Mam wtedy mnóstwo wolnego czasu! - zawołała Cleo, po czym zeskoczyła z tronu i zaklaskała radośnie.
Jej ojciec popatrzył przez ramię na Manu, rzucając mu ponure spojrzenie, w którym czaiła się groźba podobna do tej, która związana była z kotami i wątróbką.
- Na miłość Horusa! Ta cała Anna Winter zachowuje się, jakby sama była królową. Nie mam ochoty współpracować z kimś, kto...
- Nie musisz! Ja się tym zajmę - przerwała Cleo. Była tak podekscytowana, że nie dbała już nawet o to, że Ram i Manu źle wymawiają nazwisko jej idolki. W tej chwili liczyła się tylko sesja zdjęciowa. Musiała się odbyć. To było przeznaczenie.
Ramzes uważnie przypatrywał się córce, nie do końca rozumiejąc jej zapał. Pomimo szalejących w niej emocji, dziewczynie udało się w końcu opanować.
- Już wiem! - zawołała, pstrykając palcami jak ktoś, kto wpadł na genialny pomysł. - Sama zostanę jedną z modelek - mówiąc to, spojrzała ojcu prosto w oczy. - W ten sposób będę mogła nadzorować całe przedsięwzięcie od początku do końca - zaproponowała, doskonale wiedząc, w jakie tony powinna uderzyć w rozmowie z Ramem. Owszem, jej ojciec posługiwał się starożytnym egipskim językiem i komunikował się za pomocą hieroglifów, ale jednocześnie potrafił kalkulować nie gorzej niż miliarder Donald Trump. Cenił inicjatywę, pewność siebie i umiejętności kierownicze bardziej niż którekolwiek ze swoich archeologicznych odkryć.
Zamyślił się, obracając szmaragdowy pierścień na kciuku i spoglądając w zadumie gdzieś daleko przed siebie.
- Proszę - błagała Cleo, padając przed nim na kolana. Skłoniła się tak nisko, że czołem dotknęła kobierca. Dywan wydzielał woń podobną do zapachu jej marokańskich olejków do włosów. - Proszęzgódźsięproszęzgódźsięproszęzgódźsięproszęzgódźsię... - powtarzała w myślach.
- Nie wychowałem cię na modelkę - odezwał się w końcu Ram.
Dziewczyna uniosła głowę.
- Przecież dobrze o tym wiem - odparła słodkim głosem. - Chcesz, żebym została światowej sławy projektantką biżuterii.
Ojciec potwierdził skinieniem głowy, ale zdawało się, że dalej nie do końca pojmował tok rozumowania córki.
Cleo podniosła się z klęczek.
- Myślę, że nie ma lepszego sposobu na pozyskanie odpowiednich znajomości (oraz zaimponowanie przyjaciółkom i sprawienie, że Deuce przeklnie dzień, w którym zaprosił na imprezę Melody Carver - dodała w duchu), niż praca przy wspólnym projekcie z redaktorem działu dodatków "Teen Vogue'a".
- Po co ci te znajomości? - spytał Ram z nutą urazy w głosie. - Przecież jestem w stanie załatwić ci absolutnie każdą posadę w dowolnej branży.
Cleo miała ochotę tupnąć nogą i głośno krzyknąć. Powstrzymała się jednak. Ostrożnie chwyciła ojca za rękę.
- Tatusiu - zaczęła najspokojniej, jak tylko umiała. - Jestem potomkinią królowych, a nie księżniczek!
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał. Był wyraźnie rozbawiony tym, jak córka starała się go przekonać.
- To, że miewam przeróżne zachcianki - odparła dziewczyna, uśmiechając się szeroko. - Ale bez problemu samodzielnie je spełniam.
- Przepraszam, że przeszkadzam, panienko Cleo - weszła jej w słowo Hasina. - Czy życzy sobie panienka, żebym przygotowała jej kąpiel?
- Tak, poproszę, koniecznie z olejkiem lawendowym.
Służąca kiwnęła głową i oddaliła się pospiesznie.
Ram roześmiał się.
- A więc tak wygląda twoje spełnianie własnych zachcianek?
- Kazałam jej przygotować kąpiel, a nie wziąć ją za mnie - powiedziała wesoło córka.
- Ach, teraz rozumiem - stwierdził Ramzes, odwzajemniając uśmiech. - Zatem życzysz sobie, żebym potwierdził nasz udział w sesji, pod warunkiem, że będziesz jedną z modelek. Potem mam się usunąć w cień i dać ci wolną rękę?
- Właśnie tak - przytaknęła Cleo, po czym ucałowała ojca w starannie zabalsamowane czoło.
Ram postukał palcem w zaciśnięte wargi, odwlekając udzielenie ostatecznej odpowiedzi. Cleo z całej siły starała się nie ulec emocjom.
- Cóż, może właśnie tego potrzebuje twoje pokolenie - zastanawiał się na głos jej ojciec.
- Słucham? - zapytała zaskoczona dziewczyna. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi.
- Mogę się założyć, że gdyby Viktor Stein zachęcał swoją córkę do większej aktywności poza szkołą, nie doszłoby do takiej sytuacji, jaka zaistniała.
- Całkowicie się z tobą zgadzam - przytaknęła Cleo, kiwając głową tak mocno, że aż zburzyła sobie grzywkę. - Przecież kiedy ma się dużo zajęć, to brakuje czasu na bzdury.
Na twarzy Rama odmalowała się ulga. Wyjął wizytówkę spomiędzy palców dziewczyny i podał ją Manu.
- Wykonaj odpowiedni telefon - rozkazał.
Taaak! Ojciec mógł sprawiać wrażenie niewzruszonego, ale Cleo dobrze wiedziała, jak owinąć go sobie wokół palca.
- Dziękuję, tatusiu! - zawołała, zasypując jego policzek pachnącymi jeżynowym błyszczykiem pocałunkami. Właśnie zrobiła pierwszy krok w kierunku opanowania światowego rynku mody. Ogrom możliwości, które się przed nią rozpościerały, sprawił, że jej dobrze zakonserwowane serce omal nie wyskoczyło ze szczęścia z jej piersi.
I co, Frankie Stein? Miasteczko czeka nowa sensacja!
Do: Clawdeen, Lala, Blue
26 września, 18:34
CLEO: DAJCIE SOBIE SPOKÓJ Z GODZINĄ POLICYJNĄ I JAK NAJSZYBCIEJ WPADAJCIE DO MNIE. MAM DLA WAS NAPRAWDĘ NIEZŁĄ NIESPODZIANKĘ. ^^^^^^^^^^^^ (PRZY OKAZJI, PODOBA WAM SIĘ MÓJ NOWY PODPIS? TO TAKIE NIBY-PIRAMIDY).
Do: Clawdeen, Lala, Blue
26 września, 18:38
CLEO: A TAK W OGÓLE, TO KAŻDA Z NAS POWINNA MIEĆ SWÓJ PODPIS. CLAWDEEN: ##### - BO PRZYPOMINA DRAPNIĘCIA PAZURÓW. LALA: :::::::::: - BO TAK ODCISKAJĄ SIĘ KŁY. BLUE: @@@@@@@ - PODOBNY ŚLAD ZOSTAWIAJĄ JEJ PŁETWY. DOSTAŁYŚCIE MOJĄ POPRZEDNIĄ WIADOMOŚĆ??? KIEDY BĘDZIECIE?
Do: Clawdeen, Lala, Blue
26 września, 18:48
CLEO: JEŚLI SIĘ BOICIE, TO WYŚLĘ MANU, ŻEBY ODEBRAŁ WAS Z LASKU ZA DOMEM. UWIERZCIE MI, NIE POŻAŁUJECIE. ^^^^^^^^^^^^
ROZDZIAŁ 2
ZIARNKO DO ZIARNKA...
Nocne niebo przecięła błyskawica. Głośny trzask przypominał odgłos policzka wymierzonego niewiernemu chłopakowi przez oszukaną dziewczynę. Deszcz przybrał na sile. Drzewa kiwały się, trzeszcząc posępnie. Gdzieś w oddali wyło stado wilków. Zaśnieżony obraz telewizora co rusz migotał i uspokajał się... migotał i uspokajał się... migotał i...
Ti-tit!
Leżąca na kanapie Melody odsunęła się od swojej starszej siostry Candace i przycupnęła na skraju ciemnofioletowego siedziska. Wcisnęła PLAY i zesztywniała w oczekiwaniu na kolejne, pełne pogróżek nagranie.
- Tik-tak... tik-tak... tik-tak...
Brzmiało dokładnie tak, jak wszystkie pozostałe. Co sześć minut Bekka Madden, była przyjaciółka Melody, wysyłała taką samą, złowieszczą wiadomość. Nagranie bezlitośnie przypominało o nieprzekraczalnym terminie dwóch dni na spełnienie żądań Bekki. Wyznaczony czas zdążył się już skurczyć do dwudziestu trzech godzin.
Żądania były jasne: Melody miała odnaleźć "zielonego potwora", którego pocałunek zniszczył psychikę Bretta, chłopaka Bekki, w trakcie wczorajszej szkolnej imprezy. Ściśle mówiąc, Melody miała schwytać "stworzenie" i oddać je w ręce Bekki. Czas wykonania zadania mijał w niedzielę o dziesiątej wieczór. Dziewczyna zagroziła, że jeśli nie dostanie tego, czego żąda, to umieści w Internecie filmik, na którym Jackson Jekyll zmienia się w D.J.-a Hyde'a. To z pewnością wywołałoby dziką nagonkę na chłopaka. Oczywiście Melody ze wszystkich sił chciała ochronić Jacksona. Problem polegał na tym, że poznała "zielonego potwora" osobiście. Ba! Pierwszego dnia szkoły, nie znając jeszcze jego tożsamości, została przezeń kopnięta prądem w kolejce w szkolnej stołówce. Pomijając śruby w szyi, zieloną skórę i płynący w jej ciele prąd, Frankie Stein (bo o niej cały czas mowa) była przecież całkowicie normalna. Gdyby tak jeszcze zetrzeć z jej twarzy grubą warstwę makijażu i ubrać dziewczynę w coś ciekawszego, niż szczelnie okrywające ciało grube ciuchy, które do tej pory nosiła, mogłaby się okazać całkiem atrakcyjna.
Kolejna błyskawica na moment rozjaśniła zagajnik rosnący na tyłach domu Carverów. Niedaleko huknął grzmot.
- Aaaa! - zapiszczały siostry.
Ekran telewizora migotał i uspokajał się... migotał i uspokajał się.
- Grrr! Co to w ogóle ma być... - złościła się Candace. - Mam wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie przynajmniej o dziesięć tysięcy lat!
Z ciężkim westchnieniem opadła na zamszowe poduszki.
- Czuję się, jakbym mieszkała w jaskini.
Jej głośno okazywane niezadowolenie dotarło na drugi koniec kanapy do pogrążonej w zadumie Melody.
- Z tego, co mi wiadomo, dziesięć tysięcy lat temu nie było telewizji w jakości HD... - wymamrotała młodsza siostra.
- O czym ty w ogóle mówisz? - odparła zdziwiona Candace, trącając Melody w udo wypedikiurowaną stopą. - Wcale nie chodziło mi o telewizor.
- A o co, w takim razie? - zapytała Melody, po raz pierwszy tego wieczoru koncentrując się na czymś innym niż na własnym, niewesołym położeniu.
Candace siedziała na kanapie w szlafroku w kolorze przygaszonego różu, otoczona przez kłębowisko materiałowych pasków, stosy szpatułek i kopce pudru dla niemowląt. Trzymała miskę z czymś, co przypominało zastygły miód.
- Miałam na myśli ten durny zestaw do woskowania nóg! Co za prymitywna technika...
- Od kiedy to sama zajmujesz się swoją depilacją? - zdziwiła się Melody, jednocześnie spoglądając na ekran telefonu, w obawie, że w trakcie tej krótkiej wymiany zdań mogły umknąć jej uwagi jakieś istotne wiadomości.
- Cała ta afera z zielonym potworem tak przeraziła właścicieli jedynego porządnego salonu piękności w tym mieście, że w sobotę zdecydowali się zwinąć interes - odparła Candace. Równocześnie pracowicie rozsmarowała grubą warstwę wosku na łydce i nałożyła na nią prostokątny pasek materiału. - Jeśli szybko nie wznowią działalności, Salem naprawdę zaludnią włochate bestie - dodała, energicznie pocierając tkaninę. - Zwróciłaś w ogóle uwagę na dziewczyny w naszej szkole? Powiedziałam jednej, że ma szałowe rajstopy z moheru. Wiesz, co mi odpowiedziała?
Salon Carverów na moment rozjaśniło ostre światło reflektorów przejeżdżającego ulicą radiowozu. Policja tropiła Frankie Stein z nieprzejednaną zawziętością. Melody zaczęła skubać skórkę przy paznokciu. Jak długo jeszcze będzie w stanie zachować spokój? Godzinę? Całą noc? Do momentu otrzymania następnej złowieszczej wiadomości od Bekki? Zegar nie przestawał tykać. Czas uciekał nieubłaganie.
- Mel - Candace ponownie trąciła siostrę czubkiem stopy. - Nie zgadniesz, co ta dziewczyna powiedziała.
Melody wzruszyła ramionami. Nie potrafiła oderwać myśli od Jacksona. Dręczyła ją wizja niebezpieczeństwa, które groziło chłopakowi, jeśli szybko nie wpadną na jakiś pomysł, co zrobić, żeby powstrzymać Bekkę przed upublicznieniem filmu. Jednocześnie należało zadbać o to, żeby nie wyjawić tajemnicy Frankie. Potrzebowali naprawdę przebiegłego planu, jakiegoś sprytnego rozwiązania i...
- No więc ona odparła, że wcale nie ma na sobie moherowych rajstop! - dokończyła Candace, chwytając za końcówkę przyklejonego do nogi paska. - A wiesz, dlaczego tak powiedziała? Bo była ubrana w minispódniczkę, Melly! Miniówę! Myślałam, że to rajstopy, a ona po prostu miała tak potwornie owłosione nogi!
Dziewczyna zamknęła oczy i pociągnęła za pasek.
- Aaaaa! A kysz, podłe włosy!
Ti-tit!
- Co tym razem? - spytała Candace, posypując podrażnioną skórę pudrem dla niemowląt.
Melody chwyciła za telefon. Wiadomość od Jacksona.
JACKSON: WIDZIAŁAŚ PORTRET PAMIĘCIOWY FRANKIE, KTÓRY POKAZUJĄ W TELEWIZJI?
MELODY: NIE. PRZEZ BURZĘ MAMY KIEPSKI OBRAZ.
JACKSON: WYGLĄDA JAK MISTRZ YODA W SUKNI ŚLUBNEJ.
Melody zachichotała.
- Co cię tak bawi? - zdziwiła się Candace, odgarniając swoje długie, jasne włosy z manierą profesjonalnej modelki, reklamującej szampon do włosów.
- Nic takiego - wymamrotała Melody, unikając badawczego spojrzenia zielonych oczu Candace. Czy ukrywała całą sytuację przed nią dla jej własnego dobra? Czy może w ten sposób wystawiała samą siebie na próbę, chcąc sprawdzić, czy poradzi sobie bez pomocy swojej nieustraszonej, idealnej w każdym calu siostry? Milczała, choć sama do końca nie wiedziała dlaczego.
MELODY: WPADŁEŚ NA JAKIŚ POMYSŁ?
JACKSON: NIE, ALE KONIECZNIE MUSIMY COŚ WYMYŚLIĆ. JEŚLI BEKKA POKAŻE WSZYSTKIM TO NAGRANIE, MOJA MAMA WYŚLE MNIE DO LONDYNU, DO CIOTKI.
Słowa wiadomości przeszyły wnętrze Melody bólem przypominającym ten, który pojawia się po oderwaniu przyklejonego do skóry wosku. Chociaż znali się dopiero od miesiąca, dziewczyna nie potrafiła już wyobrazić sobie Salem bez Jacksona - a przede wszystkim nie chciała nawet sobie tego wyobrażać. Przecież pasowali do siebie niczym kawałki układanki.
MELODY: POROZMAWIAJMY Z BEKKĄ! MOŻE DA SIĘ JAKOŚ PRZEBŁAGAĆ...
JACKSON: JEST ZBYT ZAJĘTA UDZIELANIEM WYWIADÓW. PEŁNO JEJ W TELEWIZJI I W SIECI. NIE SPOCZNIE, DOPÓKI NIE DORWIE FRANKIE. BRETT JEST JESZCZE W SZOKU, TRZYMAJĄ GO W SZPITALU. POD ŚCISŁĄ OCHRONĄ. TO JAKIEŚ SZALEŃSTWO! NA YOUTUBIE JEST JUŻ PEŁNO PSEUDOAUTENTYCZNYCH FILMIKÓW Z POTWORAMI.
Takie esemesy wprawiały ją tylko w jeszcze większe zdenerwowanie. Musiała wstać z kanapy i coś w końcu zrobić, znaleźć sposób na usunięcie feralnego nagrania z telefonu Bekki i...
Nagle otworzyły się drzwi frontowe. Do wnętrza wdarł się powiew wiatru. Gdzieś blisko rozległ się grzmot.
- Aaaaa! - wrzasnęły ponownie siostry. Candace wierzgnęła nogami całymi w krzywo przyklejonych fragmentach materiału.
- Gotowe na wieczór z grami planszowymi? - zawołała matka dziewcząt, otrzepując przed wejściem do domu brązowy parasol od Louisa Vuittona. - Przynieśliśmy UNO, Scrabble i Monopoly - oznajmiła, wstawiając mokre torby z zakupami do kuchennego zlewu. Była tylko jedna rzecz, której Glory (dawniej stylistka gwiazd show-biznesu) nie znosiła bardziej niż niebieskich skarpet założonych do czarnych spodni - a mianowicie woda na drewnianej podłodze.
- Wieczór z grami planszowymi? - wyszeptała Candace, krzywiąc się z niesmakiem.
Melody wzruszyła obojętnie ramionami. Podobnie jak siostra, nic nie wiedziała o planach rodziców.
- Co powiecie na pizzę? Oczywiście na cienkim cieście i z obniżoną zawartością tłuszczu - zaproponował Beau, ojciec dziewczyn, zawsze opalony i zawsze w świetnej formie. Wszedł do domu tuż za Glory, niosąc pakunek z jedzeniem na wynos. Uśmiechał się szeroko, jak gdyby chciał zakomunikować, że oto nadszedł czas na "rodzinną rozrywkę".
- Tata zamierza jeść ser? Co to za święto? - skomentowała Candace, nie wstając z kanapy.
Glory podeszła do córek i wręczyła każdej z nich brązowe pudełko butów z napisem: UGG.
- Chcemy po prostu wykorzystać jak najlepiej godzinę policyjną. Wiecie, jeżeli właśnie to miałaby być nasza ostatnia wspólna noc pośród żywych, wypadałoby chyba spędzić ją wesoło - powiedziała, puszczając oko do Melody. Najwyraźniej rodzice nie brali na poważnie tego, co się działo w mieście. Byli przekonani, że "polowanie na potwora" ma na celu wyłącznie poprawienie lokalnych wyników sprzedaży żywności konserwowej, napojów, latarek i baterii. Oczywiście w towarzystwie zachowywali te wnioski dla siebie i udawali przejętych: starali się przecież dopasować do nowego sąsiedztwa.
Candace uchyliła pokrywkę pudełka i ostrożnie zajrzała do środka.
- Co to? Zawsze twierdziłaś, że uggi są górskim odpowiednikiem gumowych japonek i że żadna szanująca się kobieta nigdy nie założyłaby czegoś takiego na nogi.
- Owszem, mówiłam tak, kiedy mieszkaliśmy w Beverly Hills - odparła Glory, jednocześnie uwalniając kasztanowe włosy spod złotej chusty, zawiązanej na głowie. - Jednak teraz, kiedy przeprowadziliśmy się do Oregonu, pewne zasady mogą się zmienić. Tu jest po prostu zimno.
- Chyba nie w tym domu - wtrąciła Melody, przypominając o rozregulowanym termostacie. Na zewnątrz wiał dziki wiatr, ale w środku było bardzo gorąco. Dziewczyna pociła się, mając na sobie wyłącznie bluzkę na ramiączkach i krótkie spodenki.
- Czy założyłyście już uggi? - zapytał Beau, człapiąc w kierunku dziewcząt w nowych, szarych łapciach. Choć często korzystał z uroków botoksu, jego twarz promieniała naturalną wesołością.
- Skąd ta wasza... radość? - spytała Candace, po czym - trrrrrrt! - oderwała kolejny pasek z łydki. - Auć - wyszeptała i pospiesznie rozmasowała zaczerwienioną skórę.
- Po prostu cieszymy się, że jesteśmy tu wszyscy razem - odparł Beau, rozpierając się wygodnie na kanapie i głaszcząc swoją starszą córkę po jasnych włosach. - To pierwszy sobotni wieczór od niepamiętnych czasów, w którym Candace nie jest na żadnej randce.
- To nie dlatego, że nikt mnie nie zaprosił - odparła dziewczyna. Związała ciaśniej kimono i wstała z sofy. Do resztki wosku pod jej kolanem przykleił się srebrny papierek po gumie do życia. - Byłam umówiona, ale musiałam odwołać spotkanie ze względu na tę głupią godzinę policyjną. Zamiast tego siedzę w domu, otoczona grami planszowymi, minipizzami i tymi ohydnymi uggami.
Oderwała papierek, zwinęła go w kulkę i wrzuciła ze złością do kominka.
- Żegnaj Candace, królowo imprez. Właśnie zostałaś okropną nudziarą... Wybaczcie, ale jakoś nie potrafię wykrzesać z siebie entuzjazmu na myśl o dzisiejszym wieczorze.
- Ojej, przepraszam bardzo - odparła Glory z kwaśną miną. - Nie miałam zielonego pojęcia, że stanowimy z ojcem tak nieznośne towarzystwo.
- Wiesz, że nie o to mi chodzi - odpowiedziała dziewczyna, przewracając oczami.
Ti-tit!
Melody chwyciła telefon, ciesząc się, że może chociaż na chwilę wyłączyć się z tak porywającej rodzinnej debaty.
JACKSON: JESTEŚ TAM? CO SIĘ DZIEJE? MUSIMY SZYBKO COŚ WYMYŚLIĆ. MAMY CORAZ MNIEJ CZASU.
Już miała odpisać, ale czyjaś ręka wyrwała telefon z jej dłoni.
- Co ty wyprawiasz? - krzyknęła na Candace.
- Dobrze się bawię w towarzystwie rodziny - drażniła się z nią starsza siostra, wymachując telefonem poza zasięgiem Melody. - Cały wieczór tylko esemesujesz. Chciałabym się w końcu dowiedzieć, o co chodzi.
- Melly! Z kim tak namiętnie seksemesujesz? - zapytał surowym głosem Beau.
- Co? - odparła zaskoczona. - Fuu, jak mogłeś tak pomyśleć?
Pewnie w innych okolicznościach rozbawiłaby ją taka próba porozumiewania się młodzieżowym slangiem w wykonaniu ojca, ale w tej chwili nie było jej do śmiechu. Utrata telefonu to poważna sprawa.
- Candace, oddawaj!
- Nie ma mowy. Chyba że mi powiesz, do kogo tak ciągle piszesz! - nalegała starsza siostra, unosząc iPhone'a wysoko w wyciągniętej ręce. - Kto to taki? Czyżby ten przystojny Grek?
- O kim ty mówisz?
Melody spróbowała wyrwać telefon z dłoni siostry, ale Candace zrobiła szybki unik.
- O tym tajemniczym chłopaku, który zawsze ma na głowie czapkę, a na nosie okulary przeciwsłoneczne. Nie byłaś jego partnerką na wczorajszej imprezie?
- Nie do końca. Można powiedzieć, że zmusiła mnie do tego Bekka. Tak naprawdę nawet z nim nie poga... - przerwała. - Chwileczkę... Dlaczego ja ci o tym w ogóle opowiadam?
- Ha! Wiedziałam, że chodzi o Jacksona!
- Candace!
Melody ponownie zamierzyła się na telefon.
- Oddawaj! Tato, powiedz jej coś!
- Nie ma mowy - odparł bezlitośnie Beau. - Jesteście już wystarczająco dorosłe, by radzić sobie samodzielnie - dodał, po czym wstał i szurając uggami, wycofał się do kuchni, mamrocząc pod nosem sarkastyczne uwagi na temat uroków rodzicielstwa.
- Can-dace!
Melody rzuciła w siostrę poduszką, ale ta odbiła pocisk z precyzją kogoś nawykłego do tego typu ataków.
- Chcę z powrotem mój telefon. Ale już! - zażądała. Zaczęła przesuwać się po kanapie, z wyciągniętą ręką, przygotowana do szarpnięcia Candace za włosy. Była tuż-tuż, coraz bliżej... Nagle przed jej oczami pojawiła się chmura białego pyłu.
Z trudem zaczerpnęła powietrze. Zaczęła się dusić.
- Odsuń się albo zrobię to jeszcze raz! - zawołała ostrzegawczo starsza siostra, wymachując opakowaniem pudru dla niemowląt niczym zabójczą bronią.
- Zgłupiałaś?! Zapomniałaś, że mam astmę? - wykrztusiła Melody, próbując w desperacji rozpędzić białą chmurę.
- A niech to, faktycznie - odparła zakłopotana Candace, odkładając puder. - Wszystko w porządku? Podać ci inhalator?
Melody chwyciła się za gardło i pokiwała głową. Gdy tylko siostra się odwróciła, rzuciła się w jej kierunku i jednym ruchem pociągnęła zapomniany pasek z woskiem, przyklejony po wewnętrznej stronie uda dziewczyny.
- Auuuuuaaa! - zawyła Candace. Zerwała się na równe nogi i, tym razem z drobną monetą przyklejoną do łydki, ruszyła w kierunku przesuwnych, szklanych drzwi, które prowadziły do rosnącego na tyłach domu zagajnika. - Lepiej pożegnaj się ze swoim iPhone'em!
- Nie zrobisz tego - powiedziała Melody, mrużąc groźnie oczy.
Candace stanęła przy drzwiach i powoli przesunęła jedno ze skrzydeł.
- Powiedz mi, co się dzieje, albo twój telefon wyląduje na drzewie. Ptaki na pewno będą zachwycone.
Melody wiedziała, że siostra nie blefuje. Ostatnim razem, gdy podała takie groźby w wątpliwość, jej ukochany plecak wylądował na tylnym siedzeniu przejeżdżającego ulicą kabrioletu. Poddała się i po cichu wyjawiła swoją tajemnicę: opowiedziała o Bekce, Bretcie, Frankie, Jacksonie, nagraniu i bezlitośnie upływającym czasie.
- Łał - odparła Candace, wysłuchawszy do końca całej historii. Bez ceregieli oddała telefon, przechyliła lekko głowę i wbiła w siostrę badawcze spojrzenie. Na jej twarzy malowały się niepewność i zaciekawienie, jak gdyby zobaczyła przed sobą zupełnie obcą osobę.
Melody przygryzła kciuk, w przerażeniu czekając na reakcję Candace. Na pewno mnie wyśmieje - myślała. A może po prostu stwierdzi, że jestem naiwną frajerką, bo nie chcę wydać Frankie? Albo zgani mnie za to, że w ogóle dałam się wplątać w znajomość z Bekką? Poradzi, żebym zapomniała o Jacksonie? Powie rodzicom, że historia z potworem nie jest wcale wyssana z palca?
Huk grzmotu przerwał ponurą ciszę, która panowała w pomieszczeniu.
- Przestań tak na mnie patrzeć - zaczęła Melody. - Powiedz coś lepiej.
- Prawie dałam się nabrać - odparła Candace, uśmiechając się szeroko. - Naprawdę myślałaś, że kupię bajeczkę o mieszkającej po sąsiedzku córce Frankensteina, ukrywającej się w laboratorium ojca?
Przeszła obok Melody i usiadła na kanapie.
- Posłuchaj, jeśli nie chcesz przyznać, że wymieniacie się z Jacksonem słodkimi tekstami - nie ma sprawy. Ale naprawdę mogłaś wymyślić coś bardziej wiarygodnego. Jesteś ostatnią osobą, którą podejrzewałam o to, że w jakikolwiek sposób wykorzysta tę historię o potworach. To zupełnie nie w twoim stylu. I poniżej twoich możliwości.
W pierwszym odruchu Melody chciała się bronić. Kiedy jednak przeanalizowała sytuację, stwierdziła, że lepiej pozwolić, by siostra sądziła, iż wszystko, co przed chwilą usłyszała, to czcze wymysły. Tak będzie lepiej dla wszystkich.
- Masz rację - powiedziała Melody, wzdychając ciężko. Usiadła na niskim stoliczku z lustrzanym blatem. - Wymyśliłam to wszystko. Głupio mi teraz i...
- Ha! - zawołała Candace i zerwała się z kanapy. - Teraz faktycznie kłamiesz!
- Co? Mówię prawdę!
- Kłamczucha! - Candace wskazała na siostrę oskarżycielsko. - Dobrze wiem, że nigdy nie przyznałabyś mi racji, gdybym rzeczywiście ją miała.
Melody nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Czasem nie mogła się nadziwić, jak bardzo Can zaprzeczała stereotypowi głupiej blondynki. Była naprawdę bystra.
- A więc córka Frankensteina naprawdę istnieje? - zapytała szeptem Candace.
Melody przytaknęła.
- I mieszka w laboratorium?
Melody ponownie kiwnęła głową.
- I żyje na prąd?
- Tak!
- Bardzo oryginalne - stwierdziła z ironią Candace, spoglądając jednocześnie przez szklane drzwi na rosnące na zewnątrz drzewa. - Jest ich więcej?
- Nie mam pewności - odparła Melody. - Ale nie musisz się obawiać - oni są naprawdę normalni... No dobra, prawie normalni - dodała.
- Ale ja się wcale nie boję - odparła starsza siostra. Jej twarz stopniowo rozjaśniała się w uśmiechu, niczym tafla jeziora podczas wschodu słońca. - To nie strach, tylko ekscytacja!
- Nie rozumiem - stwierdziła Melody, przyciągając kolana do brody. Szklana powierzchnia blatu przyjemnie chłodziła jej lepkie od gorąca stopy.
- Jestem z ciebie naprawdę dumna - powiedziała uradowana Candace. - W końcu wplątałaś się w coś niebezpiecznego.
- Serio?
- Jasne. Jedyne, czego nie mogę zrozumieć, to dlaczego to zrobiłaś - przyznała, otrzepując poduszki z białego pudru. - Angażowanie się w cokolwiek jest zupełnie nie w twoim stylu.
Melody poczuła się urażona, choć uwaga pochodziła od osoby, która sama uważała się za społecznie zaangażowaną tylko dlatego, że okazjonalnie wysyłała esemesy, by wesprzeć akcje organizacji charytatywnych.
- Cóż, na pewno wiem, jak to jest, kiedy ludzie oceniają cię po wyglądzie - wyjaśniła cierpliwie.
- No i? - spytała Candace, wstając z kanapy i obmacując nogi w poszukiwaniu zapomnianych pasków z woskiem. Jej głos nie brzmiał tak protekcjonalnie jak zwykle. Wydawało się, że jest naprawdę ciekawa odpowiedzi.
Melody zdawała sobie sprawę, że genetycznie idealna istota, taka jak Candace, może mieć spore trudności ze zrozumieniem, jak to jest, gdy nie spełnia się wymogów współczesnych kanonów estetycznych. Kiedy wcześniej próbowała opowiadać jej o swoich problemach sprzed operacji nosa - chociażby o wyzwiskach, jakich nasłuchała się w szkole - Candace zdawała się tego kompletnie nie pojmować. Równie dobrze mogłaby starać się wytłumaczyć plemionom żyjącym w tanzańskim buszu, czym jest supermarket.
- Chciałabym, żeby ludzie przestali się oceniać - ciągnęła Melody. - Chociaż nie... Chyba bardziej zależy mi na tym, żeby ludzie przestali się czuć oceniani. A może raczej... Chcę, żeby nikt nikogo nie upokarzał z powodu wyglądu. Ani ludzi, ani potworów... ani kogokolwiek... czegokolwiek innego.
Przerwała. Czuła, że to, co powiedziała, było bardzo chaotyczne.
- Po prostu chciałabym zrobić coś pożytecznego - dodała po chwili.
Candace zaczęła kręcić się w kółko niczym pies próbujący złapać własny ogon.
- Możesz zacząć, pomagając mi pozbyć się reszty tego wosku - powiedziała. - Nie jestem w stanie dobrze chwycić pasków z tyłu nóg.
- To już twój problem - burknęła młodsza siostra. - Po wszystkim, co ci powiedziałam, ty myślisz tylko o swoich nogach!
Ti-tit!
Na Melody czekała kolejna złowroga wiadomość od Bekki. Tym razem odsłuchała ją na głośniku.
- Tik-tak... tik-tak... tik-tak...
Piegowata twarz Bekki stanęła dziewczynie przed oczami. Kiedyś była to twarz przyjaciółki, której bezgranicznie ufała, z którą wspólnie jadała w stołówce. Teraz uśmiechała się kpiąco. Pewnie za każdym razem, gdy Bekka wysyłała to irytujące, tykające nagranie, śmiała się diabolicznie - muahaha haha ha ha! Melody próbowała sobie wyobrazić, jak eksprzyjaciółka przeszukuje zawartość jej telefonu. Jak trafia na filmik z Jacksonem, knuje niecny plan szantażu, rzuca oskarżenia pod adresem Frankie i w końcu staje na czele polowania na potwora, najwyraźniej uważając swoje urażone ego za wystarczający powód, by zniszczyć komuś życie...
Grr!
Z każdą kolejną myślą serce Melody zaczynało bić coraz mocniej. Chciała w końcu coś zrobić. Na przykład - oderwać Bekce głowę, zupełnie tak, jak Brett zrobił to z głową Frankie. Rozdrażniona własną niemocą, poczuła nieodpartą chęć, by zeskoczyć ze stolika, chwycić za jeden z pasków przyklejonych do nieskazitelnych nóg starszej siostry i zerwać go z dziką satysfakcją. Nie potrafiła się powstrzymać.
- Ałaaaa! - wrzasnęła Candace.
Melody zaczęła krążyć po salonie. Wstąpiły w nią nowe siły.
- Następnym razem, gdy usłyszę taki krzyk, będzie się on wydobywał z gardła Bekki - oznajmiła.
- A jak myślisz - zaczęła Candace, wstając z sofy. - Czy istnieją jakieś przystojne... potwory?
- Nie bądź taka Bella! Zmierzch ci się zamarzył.
- Nie kpij ze mnie! Przecież chcę ci pomóc.
Melody obróciła się w miejscu i zaskoczona spojrzała na siostrę.
- Mówisz poważnie?
- Jasne. Potrzebuję mieć co wpisać w rubryce "działalność dodatkowa" w liście motywacyjnym, kiedy będę aplikować na studia.
- Candace!
- O co ci chodzi? Im więcej wsparcia otrzymają od nas, zwykłych ludzi, tym lepiej, prawda?
Przez chwilę Melody zastanawiała się nad tym, co powiedziała Candace. Po raz kolejny zdawała się mieć w jakiś sposób rację. Poza tym, kto lepiej nadawałby się do walki o równouprawnienie istot wyglądających niestandardowo niż ona, twór doskonały?
- W porządku. Ubieraj się - rozkazała. - Postaraj się wyglądać możliwie zwyczajnie.
- Jakbym miała zaraz wejść na pokład samolotu czy na zajęcia jogi?
- Po prostu zwyczajnie.
- Dlaczego? Gdzie my w ogóle idziemy? - spytała Candace, potrząsając włosami.
- Jeszcze nie wiem - odparła Melody, wchodząc na schody prowadzące do jej pokoju. - Ale na pewno będę potrzebowała kierowcy.
Do: Clawdeen, Lala, Blue
26 września, 19:01
CLEO: MAM TU WIĘCEJ BIŻUTERII NIŻ WSZYSTKIE GWIAZDY NA ROZDANIU OSCARÓW RAZEM WZIĘTE. NIE CHCECIE JEJ PRZYMIERZYĆ? ^^^^^^^^^^^^
Do: Clawdeen, Lala, Blue
26 września, 19:06
CLEO: PIERWSZA Z WAS, KTÓRA SIĘ TU ZJAWI, BĘDZIE MOGŁA ZAŁOŻYĆ ZŁOTĄ KORONĘ W KSZTAŁCIE SĘPA. ^^^^^^^^^^^^
Do: Clawdeen, Lala, Blue
26 września, 19:09
CLEO: NAPRAWDĘ DUŻO TRACICIE. KTO PÓŹNO PRZYCHODZI, TEN SAM SOBIE SZKODZI. ^^^^^^^^^^^^
Do: Clawdeen, Lala, Blue
26 września, 19:12
CLEO: HALO, JEST TAM KTO? CZEMU NIE ODPISUJECIE? ^^^^^^^^^^^^
ROZDZIAŁ 3
CAŁA PARA W GWIZDEK
Frankie Stein spojrzała na stojące obok łóżka akwarium ze szczurami laboratoryjnymi.
- Co prawda nie miałam wcześniej do czynienia z podobną sytuacją... - zaczęła. - Ale czy do dobrych obyczajów nie należy sprawdzenie, jak czuje się przyjaciółka, której niedawno odpadła głowa?
Szczurzyca B - czyli Gwen, jak ochrzciła ją Frankie - węsząc, uniosła różowy nos. Zwinięte w wielki futrzany kłębek Gaga, Girlicious, Green Day i Ghostface Killah nadal spokojnie drzemały.
- Ja na pewno bym to zrobiła - stwierdziła dziewczyna, przewracając się na wznak. Nad łóżkiem świeciła lampa, która przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny, niczym cyklop, spoglądała karcąco na Frankie swoim pojedynczym okiem.
Tak zresztą patrzyli na nią wszyscy.
Padało od rana. Nagły błysk rozjaśnił na moment świat za mlecznobiałą szybą laboratorium. Nie była to pierwsza błyskawica, jaka trafiła w metalowe łóżko Frankie. To uderzenie należało z pewnością zaliczyć jednak do najmocniejszych. Maszyna ładująca autorstwa jej ojca wypadała bardzo blado w porównaniu z czystą i nieposkromioną energią, płynącą z piorunów. Pod wpływem nagłego doładowania nogi Frankie w jednej chwili uniosły się do góry, po czym opadły z głuchym tąpnięciem. Podobny odgłos wydawało walące się od niedawna życie towarzyskie dziewczyny.
- Niech to piorun trzaśnie - westchnęła ciężko, podważając ząbkowane zaciski na swoich śrubach, przypominające szczęki aligatora. Była naładowana energią po same uszy. Szwy na jej szyi zostały na nowo przeszyte. I wzmocnione. Frankie straciła głowę, i to dosłownie, w trakcie namiętnego pocałunku z Brettem Reddingiem - normalskim chłopakiem. Teraz dano jej drugie życie. Niestety, nie do końca takie, o jakim marzyła.
Wdychając przesycone oparami formaliny powietrze, Frankie zatęskniła za akcesoriami, które stanowiły jej własny wkład w wystrój laboratorium: waniliowymi świeczkami, szkieletem przyozdobionym zdjęciem twarzy Justina Biebera, probówkami pełnymi błyszczyków do ust i pędzelków do makijażu, różowymi dywanikami, czerwoną leżanką, brokatem błyszczącym na futerkach Gagi, Gwen, Girlicious, Green Day i Ghostface Killah. Po niedawnym "wypadku" wszystkie jej rzeczy zostały usunięte z pokoju. Zniknęły wszelkie ślady życia dawnej, wesołej Frankie. Ich miejsce zajęły sterylne narzędzia chirurgiczne, poskręcane przewody i śnieżnobiałe szczury laboratoryjne - wszystko to bezdusznie przypominało jej o tym, w jaki sposób przyszła na świat. I że wystarczy ją pozbawić źródła energii i rozmontować, by przestała istnieć.
Oczywiście, tego jej rodzice nie chcieli. Bezdyskusyjnie kochali swoją córkę. Gdyby tak nie było, po co Viktor spędzałby całą noc na składaniu jej ciała w sprawnie funkcjonującą całość? Frankie podejrzewała jednak, że mieszkańcy Salem mieli na ten temat inne zdanie. Nie dało się ukryć, że była odpowiedzialna za pierwszą nagonkę na RAD-owców od lat trzydziestych zeszłego stulecia. Przeraziła Bretta tak bardzo, że obecnie znajdował się na obserwacji na oddziale dla psychicznie chorych. Poszukiwali jej funkcjonariusze policji z całej okolicy.
Zawiodła wszystkich, to prawda. Ale czy rodzice naprawdę musieli skonfiskować jej telefon? Zamknąć ją w laboratorium? Wypisać z Merston High i uczyć indywidualnie? Tak, wyszła ukradkiem z domu, żeby pójść na szkolną imprezę pomimo (niesprawiedliwego) szlabanu. Owszem, jej zielona skóra była wtedy (kompletnie) nieosłonięta makijażem. Tak, tak, tak, jej głowa (przez przypadek) odpadła w trakcie pocałunku. Ale bez przesady! Przecież próbowała walczyć w słusznej sprawie - w imię tolerancji. Dlaczego tego nie rozumieli?
Rozległ się grzmot. Gaga, Gwen, Girlicious, Green Day i Ghostface Killah równocześnie stanęły na tylnych łapkach i w przerażeniu zaczęły drapać szklane ścianki akwarium.
Dziewczyna włożyła dłoń do pojemnika. Maleńkie serduszka gryzoni biły jak oszalałe. Zwierzątka wyczuwały zagrożenie, ale nie miały dokąd uciec. Musiały pozostać na swoich miejscach, niezależnie od powagi sytuacji. Całkiem jak Frankie.
- To na pewno sprawi, że poczujecie się lepiej - powiedziała, wyciągając małą paczuszkę z brokatem spomiędzy trocin wyściełających dno akwarium. - Nie powinnyście cierpieć tylko dlatego, że tata jest na mnie wściekły.
Otworzyła opakowanie i posypała szczury błyszczącymi drobinkami, jak gdyby soliła frytki.
- "Więc chodź, pomaluj mi życie, niech świaat mój się zarumieeeni" - zanuciła pod nosem, próbując wprawić się w dobry humor. Niestety, zabrzmiało to wyjątkowo smutno.
Po chwili zwierzątka przestały nerwowo przebierać łapkami i wróciły do typowego dla siebie stanu pełnej, przypominającej letarg, relaksacji. Po interwencji Frankie wyglądały niczym kulki lodów waniliowych, pokryte tęczową posypką.
- Czadowo! - stwierdziła dziewczyna, uśmiechając się z aprobatą. - Wielki powrót błyszczurów!
Ucieszył ją ten mały, ale widoczny krok w stronę przywrócenia laboratorium jego poprzedniego wyglądu.
Wtem, bez pukania, do pokoju weszli Viktor i Viveka.
Frankie natychmiast wsunęła się z powrotem do łóżka - tam było jej miejsce.
- Widzę, że wstawałaś - odezwał się ojciec ani to zadowolonym, ani rozczarowanym głosem. Jego obojętność zabolała Frankie bardziej niż sto ukłuć tępą igłą.
- Dobranoc, Frankie - zmęczonym głosem powiedziała ubrana w czarny, jedwabny szlafrok mama, po czym skrzyżowała ramiona i oparła głowę o futrynę.
Zieleń jej skóry wydawała się nieco wyblakła. Dawny soczysty odcień świeżej mięty zamienił się teraz w kolor wody po ogórkach kiszonych.
Frankie poderwała się z łóżka.
- Przepraszam! - zawołała w stronę rodziców. Bardzo chciała móc się do nich przytulić. Najlepiej z wzajemnością. Jednak oni wydawali się jakby zastygli w bezruchu. - Proszę, wybaczcie mi, przyrzekam, że będę...
- Na razie wystarczy twoich obietnic - przerwał jej Viktor, unosząc olbrzymią dłoń w uciszającym geście. Miał opuszczone powieki, a jego obwisłe wargi przypominały przeżutą żelową dżdżownicę. - Porozmawiamy rano.
- Teraz musimy się podładować - wyjaśniła Viveka. - Całą noc byliśmy na nogach, naprawiając uszkodzenia w twoim ciele, a dzisiejszy dzień okazał się... - przerwała, gdy zadrżał jej głos. - Wyczerpujący - dokończyła.
Frankie zrobiło się strasznie wstyd. Opuściła podbródek. Wpatrywała się w niestosownie wesołe wzorki na swojej szpitalnej nocnej koszuli. Jako w pełni już rozwinięte istoty, Viktor i Viveka rzadko potrzebowali dodatkowego ładowania. Nie dało się jednak ukryć, że w tej chwili niezbędny był im potężny zastrzyk energii. To wszystko jej wina.
Dziewczyna zaczęła powoli unosić głowę, chcąc spojrzeć na twarze rodziców. Jednak drzwi do pomieszczenia były już zamknięte. Znowu została sama.
I co teraz?
Ze znajdującej się za ścianą sypialni Viktora i Viveki dobiegały wibracje maszyny ładującej. Frankie, pełna energii niczym turbina elektrowni, snuła się bez celu po pokoju, z utęsknieniem rozmyślając o chwilach, które spędziła poza laboratorium. Umierała z ciekawości, co się dzieje u jej przyjaciółek. Gdzie teraz były? Czy też dostały szlaban na wyjścia? Dlaczego nie dają znaku życia?
A co z Melody i Jacksonem, znanym również jako D.J. Hyde? Mieli przecież wymyślić, w jaki sposób można uratować ją przed zemstą Bekki. Jednak jak na razie żadne z nich się nie odezwało... Czyżby próbowali ukarać ją w ten sposób za wszystkie przykrości, jakie im wyrządziła? Może wcale nie podobała się D.J.-owi. A może Melody i Bekka właśnie się z niej naśmiewały, świętując sukces i wznosząc gazowanym napojem toast: "Wypijmy za Frankie - największą frajerkę wszech czasów!".
Dziewczyna weszła z powrotem do łóżka i dokładnie okryła się elektrycznym kocem.
- Hej, cyklopie, wyglądam teraz jak kawałek sushi z awokado, no nie?
Lampa wpatrywała się w nią milcząco.
Frankie poczuła się strasznie samotna. Było to uczucie podobne do tego, jakie przychodzi jesienią, wraz z pierwszymi podmuchami chłodnego wiatru, zwiastującego ciemne i zimne dni.
Rozległ się kolejny grzmot. Mignęły błyskawice. Zaniepokojone błyszczury znów zaczęły polerować łapkami ścianki akwarium.
- Spokojnie, maluchy - próbowała przemówić do nich dziewczyna, ukryta w ciepłym kokonie. - To tylko zwykła bu...
Niebo rozcięła kolejna błyskawica.
Wyładowanie było tak silne, że zgasły uliczne lampy. Ucichło buczenie maszyny ładującej. W laboratorium zapanowała ciemność.
- Po prostu genialnie! - zawołała z irytacją Frankie, po czym jednym kopnięciem zrzuciła z siebie koc i usiadła wyprostowana na łóżku. - Nie zostałam jeszcze wystarczająco ukarana?
Czubki palców dziewczyny zaczęły iskrzyć ze zdenerwowania, przy okazji rozjaśniając pomieszczenie.
- Ale czad! - wyszeptała z zachwytem, po raz pierwszy doceniając korzyści, które płynęły z jej wstydliwie zazwyczaj ukrywanej, osobliwej zdolności.
Ruszyła w stronę drzwi, oświetlając sobie drogę migotliwym, żółtym światłem. Chciała dotrzeć do sypialni rodziców, zanim poziom ich mocy wyczerpie się całkowicie i wspomóc ich energią ze swoich zapasów, żeby mogli przetrwać w ten sposób do momentu przywrócenia zasilania w maszynie ładującej. Gdyby jej się udało, może wówczas znów ucieszyliby się, że mają córkę. Może wybaczyliby jej wszystko. Może nawet mocno by ją przytulili.
Gdy Frankie już miała chwycić za klamkę, przeszedł ją kolejny dreszcz. Tym razem jednak nie wywołało go uczucie samotności, ale chłodny powiew wiatru. Powoli spojrzała za siebie, ze wszystkich sił usiłując dojrzeć cokolwiek w egipskich ciemnościach panujących w laboratorium. Ledwie widziała skrawek swojej koszuli i czubki bosych, zielonych stóp.
Wiatr zawiał odrobinę mocniej.
Dziewczynie z przejęcia zaschło w ustach. Poczuła mrowienie wokół śrub w szyi. Mimowolnie wypuściła kilka iskier.
- Haaalo? - zawołała trzęsącym się głosem.
Błyszczury biegały tam i z powrotem wzdłuż ścianek akwarium, szeleszcząc trocinową ściółką.
Trach!
Jakiś trzask rozległ się w przeciwległym końcu laboratorium. Czy to drzwi szafki czy kości szkieletu? A może okno?
To na pewno okno!
Ktoś się włamał!
Bekka!
Czyżby nasłała na nią policję? Czy Frankie miała zostać aresztowana, podczas gdy jej rodzice leżeli bezradnie w łóżkach? Myśl o rozstaniu z nimi bez słowa pożegnania sprawiła, że jaj palce zaświeciły niczym świeczki na urodzinowym torcie...
Wtem w ciemności dostrzegła cegłę, lecącą w jej kierunku. Była przekonana, że to "prezent" od któregoś z przedstawicieli licznego tłumu normalsów, który najpewniej zebrał się na trawniku pod jej oknem. Jeśli dobrze zapamiętała historie dotyczące jej dziadka, w takich sytuacjach ludzie przynosili zazwyczaj widły i stosy siana, które następnie podpalali. Przejawiali też zaskakujący brak tolerancji w stosunku do sąsiadów zasilanych prądem elektrycznym.
ROZDZIAŁ 4
NIE JESTEŚ SAMA
Frankie rozpaczliwie szukała w pamięci jakichkolwiek wskazówek dotyczących postępowania w sytuacji bezpośredniego ataku rozwścieczonego tłumu. Niestety, ojciec najwyraźniej nie uznał takich informacji za istotne przy programowaniu jej mózgu. To instynkt podpowiedział jej: "Padnij!".
Rzuciła się na podłogę i przywarła brzuchem do linoleum, rozkładając ramiona niczym rozgwiazda, w nadziei, że to pozwoli jej jeszcze lepiej zlać się z podłożem. Była przerażona. Dyszała niczym zwierzę złapane w potrzask. Zacisnęła oczy tak mocno, jak tylko potrafiła i...
- Jaki piękny księżyc w pełni... - rozległ się męski szept.
Czy mordercy zawsze wdają się w niezobowiązujące rozmowy ze swoimi ofiarami? - zastanawiała się Frankie.
- Po prostu zrób, co masz zrobić! - krzyknęła.
- Ee... dobrze - odparł głos.
Frankie zacisnęła powieki jeszcze mocniej. Oczyma wyobraźni widziała już opłakujących ją rodziców. Z drugiej strony, gdyby dziś odeszła z tego świata, na pewno szybko wróciłyby im siły i pozbyliby się problemów. Dzięki tej myśli poczuła się o wiele lepiej.
- Prędzej! Miejmy to już za sobą - ponaglała intruza.
On tymczasem położył jakiś przedmiot na podłodze, tuż obok jej głowy. Czy to pistolet? Nożyce do cięcia szwów? Obcęgi? Nie miała odwagi spojrzeć. Stał tuż przy niej. Czuła ciepło bijące od jego ciała. Wyraźnie słyszała jego oddech. Na co on czeka?
- Na co właściwie czekasz? - zapytała.
W odpowiedzi ktoś nakrył prześcieradłem jej nieco odsłonięte pośladki - spodenki musiały się obsunąć przy upadku.
- Zrobione.
Frankie ostrożnie podniosła powieki.
- Czy już mnie zabiłeś?
- Dlaczego miałbym cię zabić? - odparł rozbawiony głos. - Właśnie uratowałem ci tyłek! I to dosłownie.
Frankie usiadła na podłodze.
- Co?
- Świecił w ciemnościach jak księżyc w pełni, więc go przykryłem.
Nagle dziewczynie wydało się, że rozpoznaje ten głos.
- Billy?
- We własnej osobie - potwierdził szeptem jej niewidzialny przyjaciel.
Frankie zaśmiała się cicho. Iskrzenie dłoni ustało. Wstała z podłogi.
- Wszedłem przez okno, mam nadzieję, że się nie gniewasz - odezwał się Billy pośród ciemności.
- Jasne, że nie - zapewniła go, uśmiechając się szeroko. - Dlaczego tu przyszedłeś?
- Chciałem sprawdzić, jak się masz - odparł chłopiec z prostotą. - I dać ci to - dodał, jednocześnie kładąc na jej dłoni pudełko zawinięte w srebrny papier. A więc to była ta zabójcza cegła...
- Co to takiego? - zapytała Frankie, rozdzierając opakowanie. Trzymała w dłoni białe, prostokątne urządzenie. - iPhone?
- Mówiąc dokładnie, model iPhone 4. Próbowałem się do ciebie dodzwonić, ale w odpowiedzi wciąż słyszałem, że twój numer nie istnieje. Pomyślałem, że może ci się to przydać.
- Jakim cudem...
- Claude poszedł za mnie do sklepu.
- Musiał dużo kosztować...
- Wiesz, nie wydaję kieszonkowego na kino. Po prostu wchodzę na seans, kiedy chcę. A jeśli chodzi o ciuchy...
- Fuu!
Frankie zachichotała. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że Billy musi chodzić nago. Inaczej w mieście unosiłyby się puste spodnie i koszule.
- Włącz telefon - poprosił, przywołując dziewczynę do rzeczywistości.
Frankie wcisnęła ciemny, okrągły przycisk u dołu urządzenia. Na ekranie pojawiła się zielono-żółta orchidea.
- To ja z kwiatkiem w ręku. Możesz zmienić tapetę, jeśli tylko chcesz.
Billy przewinął kolorowe menu i wszedł do folderu z kontaktami.
- Wpisałem ci numery wszystkich twoich znajomych.
Stuknął w pomarańczowy kwadracik.
- I oczywiście wgrałem trochę muzyki.
Frankie wpatrywała się w urządzenie i nie wiedziała, co powiedzieć. Nie wzruszyło jej specjalnie zaawansowanie technologiczne telefonu ani też pełna ulubionych piosenek playlista, ilość zainstalowanych aplikacji, czy uzupełniona lista kontaktów. Największe wrażenie zrobił na niej sam gest przyjaciela.
- To naprawdę urocze, co dla mnie zrobiłeś, Billy. Bardzo ci dziękuję.
- Nie ma za co - odparł skromnie niewidzialny chłopiec. - Popatrz jeszcze na to. Kiedy wysiadł prąd, szybko ściągnąłem aplikację, która imituje światło świecy. Będziesz mogła zobaczyć coś w tych ciemnościach.
Frankie dotknęła ekranu. Jej twarz rozjaśniło cyfrowe światło płomieni.
- Absolutny czad - przyznała wzruszona, przykładając telefon do miejsca, w którym powinno znajdować się jej serce. - Czym na to wszystko zasłużyłam?
- Wszystkim. Zaryzykowałaś tak wiele w naszym imieniu. Co z tego, że efekt okazał się zupełnie odwrotny. I tak jesteśmy ci za to głęboko wdzięczni.
- My?
Dziewczyna poczuła, że kłucie w żołądku, które dotychczas jej doskwierało, zaczęło ustępować.
- Nie jesteście na mnie wściekli?
- Niektórzy rodzice strasznie się zezłościli, ale nikt z naszego pokolenia nie ma ci za złe tego, co zrobiłaś. Ta cała afera z Brettem jest na swój sposób całkiem zabawna.
Frankie aż pojaśniała z radości. Gdyby uczucie ulgi mierzyć w kilowatach, w tym momencie mogłaby zasilić w energię całe państwo.
- Nie masz pojęcia, jak bardzo ci dziękuję, Billy - powiedziała. - Przytuliłabym cię, ale...
- Ale jestem goły - dokończył za nią. - Nie ma sprawy, doskonale cię rozumiem.
Dziewczyna zachichotała.
- A tak w ogóle, to gdzie są twoi rodzice? - spytał.
- Chwilowo mogą być nieosiągalni - odpowiedziała enigmatycznie Frankie.
- A kiedy wrócą?
- Pewnie jutro.
- Idealnie - odparł Billy, włączając aplikację świeczki na swoim telefonie. Wycelował ekran w stronę mlecznobiałej, okiennej szyby.
- Co ty wyprawiasz? - zapytała Frankie, znów czując nagły ucisk w brzuchu. Czyżby dała się złapać w pułapkę?
- Spokojnie - powiedział niewidzialny chłopiec, nie przestając machać telefonem. - Za chwilę sama zobaczysz...
Ni stąd, ni zowąd, ze skrzypieniem otworzyło się okno. Jeden po drugim jej RAD-owscy przyjaciele zaczęli wślizgiwać się do laboratorium.
- Spotkanie pod karuzelą nie byłoby dzisiaj dobrym pomysłem - wyjaśnił Billy. - Mam nadzieję, że się nie gniewasz.
Po raz kolejny tej nocy życzliwość przyjaciela odebrała Frankie mowę. Dziewczyna w milczeniu uniosła swój telefon z płonącą świeczką i pokazała gestem, że nie ma absolutnie nic przeciwko.
Do: AT&T*
* AT&T jest jednym z największych amerykańskich przedsiębiorstw telekomunikacyjnych (przyp. red.).
26 września, 19:43
CLEO: CZY PRZERWA W DOSTAWIE PRĄDU W MIEŚCIE MOŻE PROWADZIĆ DO ZABURZEŃ SYGNAŁÓW TELEFONÓW KOMÓRKOWYCH?
Do: AT&T
26 września, 19:43
CLEO: ALBO UNIEMOŻLIWIĆ ESEMESOWANIE?
Do: AT&T
26 września, 19:43
CLEO: CZY KIEDY ZABRAKNIE PRĄDU MOŻLIWE JEST ODBIERANIE POŁĄCZEŃ TELEFONICZNYCH I ESEMESÓW?
Do: Wszystkie pozycje z listy kontaktów
26 września, 19:44
CLEO: NA SIEDEM PLAG EGIPSKICH, GDZIE SĄ WSZYSCY???
Od: Manu
26 września, 19:44
PROSZĘ POWSTRZYMAĆ SIĘ OD WYSYŁANIA ESEMESÓW. SERWER JEST PRZECIĄŻONY. ZAŁOŻONO BLOKADĘ OCHRONNĄ. WSZELKIE WYCHODZĄCE I PRZYCHODZĄCE POŁĄCZENIA I WIADOMOŚCI SĄ W PAŁACU ZABLOKOWANE DLA TWOJEGO BEZPIECZEŃSTWA. TAKA JEST WOLA TWOJEGO OJCA.
Do: Manu
26 września, 19:44
CLEO: W TAKIM RAZIE JAKIM CUDEM DO MNIE NAPISAŁEŚ?
Od: Manu
26 września, 19:45
CHWILOWA PRZERWA W BLOKADZIE OCHRONNEJ. TAKA JEST WOLA MANU. :-)
Do: Manu
26 września, 19:46
CLEO: UFF. MÓGŁBYŚ UTRZYMAĆ TĘ PRZERWĘ JESZCZE PRZEZ JEDNĄ MINUTKĘ? TO BĘDZIE NASZ MAŁY SEKRET.
Od: Manu
26 września, 19:46
TYLKO ŻADNYCH ESEMESÓW!
Do: Manu
26 września, 19:47
CLEO: :-)
ROZDZIAŁ 5
SYC(Z)ĄCY DOWÓD MIŁOŚCI
Cleo zrezygnowała z kąpieli z olejkiem lawendowym na rzecz o wiele bardziej istotnego w tej chwili zadania. Klęcząc na szmaragdowozielonej poduszce w nogach łóżka, rozkładała starożytne klejnoty na gładkiej powierzchni lnianej kołdry. W migotliwym świetle świec, odbijającym się w szlachetnych kamieniach, antyczne klejnoty zapierały dech w piersiach. Nawet zgromadzone w pokoju koty zdawały sobie sprawę, że patrzą na coś nadzwyczajnego. Leżały obok siebie, otaczając skarby nieprzerwanym kręgiem, jak gdyby w ich obronie były gotowe oddać każde ze swoich dziewięciu żyć.
Z początku Cleo przeklinała przerwę w dostawie prądu. Jak miała zaprezentować się w biżuterii przed Bastet, Akins, Chisisi, Ebonee, Ufą, Usi i Miu-Miu w kompletnych ciemnościach? Hasina szybko temu zaradziła, przynosząc pudło ze świecami zapachowymi. Kiedy Beb skończył je zapalać, przestronna sypialnia Cleo przeistoczyła się niemal w starożytną świątynię. Drżące światło płomieni odbijało się od kamiennych ścian pomieszczenia. O wiele łatwiej przychodziło dziewczynie teraz wyobrazić sobie, że przemieniła się w postać swojej cioci - Nefretete, od której bije blask promieni boga Ra i jej własnego, naturalnego piękna. Siedziała samotnie na brzegu Nilu w oczekiwaniu na romantyczną schadzkę z gorącym niczym sama pustynia księciem o imieniu Khufu. Jego uważne oczy badały ją z ukrycia, chciwie chłonąc jej urodę przy każdym spojrzeniu. Nie miała wyjścia - musiała postarać się wyglądać oszałamiająco.
Cleo uniosła lazurytową kolię. Sokół, którego podobiznę zawierała, wyglądał niemal jak żywy. W jego rubinowych oczach zatańczył błysk, zupełnie jak gdyby ptak zaraz miał spaść na niczego niespodziewającego się królika. Następnie dziewczyna z trudem uniosła ciężką, bogato zdobioną koronę. Przeszło jej przez myśl, że piętnaście takich podniesień dziennie idealnie wyrzeźbiłoby jej ramiona.
- Na co mi to wszystko? - westchnęła, odkładając klejnoty z powrotem do walizki. Romantyczna fantazja, w której przeistoczyła się w Nefretete, szybko przestała ją bawić. Potrzebowała prawdziwego adoratora. Współczesnego księcia z bajki. Nie miała jednak najmniejszego zamiaru pierwsza się do niego odezwać. Dobrowolnie spędzała wieczór w otoczeniu stadka chrapiąco-mruczących kocich strażników.
Cleo zeszła po schodkach z sypialnej antresoli i przeszła przez niewielki mostek na piaszczystą wysepkę. Szum sączącej się wody z Nilu zawsze działał na nią kojąco. Uklęknęła, złożyła ręce w modlitewnym geście i wzniosła swoje oczy w kolorze topazu ku górze, gdzie za szklanym sufitem rozpościerało się bezksiężycowe nocne niebo. Miała kilka pilnych pytań do starożytnej bogini urody.
- O, Hathor - zaczęła - dlaczego obdarzasz mnie ogromem wspaniałości i uroku, a następnie pozbawiasz możliwości spotkania z ludźmi, którzy mogliby je podziwiać? I to w sobotnią noc?
Chciała wylać przed boginią wszystkie swoje żale, zwierzyć się, jak głęboko krzywdząca jest dla niej ustanowiona w Salem godzina policyjna i jak bardzo niesprawiedliwe jest to, że ona, Cleo, musi cierpieć za błędy, które popełniła Frankie. Powstrzymała się jednak; Ram zawsze popierał szukanie rozwiązań, a nie współczucia. Hathor z pewnością podzielała to przekonanie.
- Tak szczerze, to chciałam zapytać - kontynuowała Cleo - czy Ra, bóg słońca i ognia, ma kontrolę nad firewallami? Naprawdę dobrze by było, gdyby mógł na chwilę wyłączyć zabezpieczenia założone przez mojego ojca. Muszę pilnie wysłać kilka wiadomości. Dwie minutki, o nic więcej nie proszę. Potem może ponownie włączyć blokadę. Manu cała operacja zajęła jakieś pięć minut, więc pewnie Ra potrzebuje o połowę mniej czasu. Naprawdę chciałabym wiedzieć... - mówiła, jednocześnie unosząc wieko metalowej kasetki, by Hathor miała lepszy widok. - Po co mi te wspaniałe klejnoty, skoro nikt nie może ich podziwiać?
Bogini milczała.
Cleo zamknęła kasetkę.
- No właśnie. Po nic.
- Ja będę cię podziwiał - odezwał się znajomy głos.
Bastet, Akins, Chisisi, Ebonee, Ufa, Usi i Miu-Miu z zainteresowaniem uniosły łebki.
Horusie miłościwy!
Na ustach Cleo pojawił się uśmiech. Chłopak stał oparty o pozłacaną futrynę drzwi jej sypialni. Dziewczyna nie zamierzała jednak przechodzić przez most i się z nim witać.
Miał na sobie ciemne, lekko przetarte dżinsy, spraną, granatową koszulkę z długim rękawem i wysokie, czekoladowobrązowe adidasy, które kiedyś dostał od Cleo. Wyglądał strasznie pociągająco.
Dzięki ci, dobra Hathor!
Jako potomek rodu Gorgonów, Deuce miał na głowie kłębowisko węży zamiast włosów. Odziedziczył również moc zamieniania w kamień wszystkiego, na co spojrzał. Dlatego zawsze nosił na głowie czapkę, a na nosie okulary przeciwsłoneczne. Choć akcesoria te miały na celu ochronę spotykanych ludzi, Cleo bardziej doceniała ich ożywczy wpływ na skromny sposób ubierania się chłopaka. Owszem, ciemne szkła okularów nie pozwalały dziewczynie zajrzeć Deuce'owi głęboko w oczy. Jednak z drugiej strony, w ich gładkiej powierzchni mogła się przeglądać jak w lustrze - a ten widok nigdy jej się nudził.
- Niezły klimat - stwierdził chłopak.
Cleo leniwie przeczesywała piasek dłońmi, starając się ukryć to, jak bardzo jest podekscytowana.
- Co tutaj robisz? - zapytała wyniośle, by w ten sposób przypomnieć, że wciąż jest na niego zła.
- Próbowałem się do ciebie dodzwonić - odparł chłopak, wciskając ręce głęboko w kieszenie. - Ale za każdym razem włączała się poczta.
Za każdym razem?
Dziewczyna bardzo wiele dałaby za to, żeby dowiedzieć się, ile razy Deuce wybrał jej numer. O jakiej porze dzwonił? Co by powiedział, gdyby udało mu się z nią połączyć? Czy jej niedostępność wzmocniła jego uczucie? Oczywiście, nie zamierzała niczego wyjaśniać. Po co tłumaczyć, że jej milczenie to skutek ochronnej blokady włączonej przez Rama? Wolała raczej, by chłopak myślał, że ignorowała go celowo. Dzięki temu wyglądała na silną i niezależną.
- A więc... O co właściwie chodzi? - wymamrotał Deuce. - Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać?
Cleo podniosła się, nie mogąc już dłużej usiedzieć w uciskającej ją niemiłosiernie, obcisłej sukience od Hervego Legera. Fioletowa kreacja podkreślała jej wąską talię i uwydatniała biust. Francuski projektant miał prawdziwie boski dryg do tego, co robił.
- A o czym konkretnie mielibyśmy porozmawiać? - zapytała, opierając dłoń na biodrze i eksponując ramię. Chciała, żeby zobaczył, jak wiele stracił, zabierając na imprezę tę wybrakowaną pod względem stylu dziewczynę.
- Przede wszystkim chciałbym, żebyś wiedziała, że Melody jest mi kompletnie obojętna.
- Kto? - spytała Cleo, podziwiając swoje idealnie zadbane paznokcie. - Mówisz o tej kreaturze, dla której szczytem stylizacji jest założenie kolorowej frotki do włosów?
Deuce pokręcił głową. Bardzo możliwe, że przewrócił też oczami - choć nie było tego widać przez ciemne szkła. Nie znosił tego typu jadowitych uwag.
Zrobił krok w kierunku Cleo. Jego mocno opaloną skórę rozjaśniało migotanie stu aromatyzowanych świec.
- Czy już zapomniałaś, że to z tobą chciałem iść? To ciebie zaprosiłem w pierwszej kolejności. Ale zdecydowałaś się zbojkotować bal ze względu na jego... - zawiesił głos - obraźliwy charakter.
- I dlatego musiałeś iść z nią, tak?
- Na swój sposób zostałem do tego zmuszony przez jej przyjaciółkę, Bekkę. Nie chciałem tego. Poza tym to był najgorszy wieczór w moim życiu.
Cleo czekała, aż z jego ust popłynie opowieść o tym, jak bardzo nieznośna była impreza, na którą poszedł bez niej. Kiedy chodziło o Deuce'a, czasem czuła się jak wielbłąd. W swoim wyimaginowanym garbie o kształcie serca skrzętnie przechowywała zasoby pewności co do jego uczucia. Sięgała do tych zapasów zawsze, gdy tylko poczuła się smutna lub samotna. Przywoływane wspomnienia miłych i ciepłych słów, które kiedyś usłyszała od chłopaka, pozwalały jej przetrwać momenty tęsknoty. "Wyglądasz przeuroczo" - wystarczało do południa. "Bardzo za tobą tęsknię" - potrafiło karmić ego przez cały weekend. "Kocham cię" - uspokajało dziewczynę przez pełne trzy dni. Jednak jego niedawna zdrada kompletnie wyczerpała zgromadzone dotychczas zapasy. Potrzebowała nowej, sycącej dostawy.
- Niby dlaczego tamten wieczór był taki beznadziejny? - spytała, udając znudzoną rozmową. Im mniej pokazywała chłopakowi, że go potrzebuje, tym więcej od niego dostawała.
Deuce wbił wzrok w czubki swoich butów.
- Melody domyśliła się, że nie jestem nią zainteresowany, więc próbowała mnie podrywać i...
- I co? - naciskała dziewczyna, lekko przechylając głowę. Jej lśniące włosy delikatnie zafalowały.
- Zdjęła mi okulary.
Cleo zatkało z wrażenia. Od razu pomyślała o dziwacznym posągu wiedźmy, opartym o stolik na sali gimnastycznej, który widziała na imprezie.
- To twoja sprawka?
Deuce pokiwał głową, zawstydzony.
- Uciekłem stamtąd najszybciej, jak potrafiłem, potem wpadłem na ciebie i... Cóż, znasz resztę tej historii. Między mną a Melody nic się nie wydarzyło. Przysięgam na Adonisa.
- Nie wiem, co o tym myśleć - westchnęła dziewczyna. Jego opowieść nie dała jej pełnej satysfakcji. Poprawna odpowiedź powinna brzmieć, że bawił się bardzo kiepsko, bo nie było przy jego boku Cleo, a nie dlatego, że zamienił w kamień jakąś przypadkową dziewczynę przebraną za czarownicę i miał z tego powodu wyrzuty sumienia. Owszem, wierzyła, że nie kłamie, gdy mówił, że między nim a Melody nic nie zaszło, ale w tej chwili potrzebowała czegoś więcej. Chciała, by dodał jej otuchy. Zupełnie jak wtedy, gdy kupiła cztery pary tego samego modelu butów na koturnach w różnych kolorach. Skoro mogła dostać więcej, dlaczego miała nie spróbować?
- Wydaje mi się, że powinniśmy przestać się widywać - stwierdziła.
- Co?! - zapytał zaskoczony chłopak, wciskając dłonie głębiej w przednie kieszenie spodni. - Ale ja nie chcę spotykać się z nikim innym.
Bingo!
W tym momencie mogłaby przerwać dręczenie Deuce'a. Tak gorące wyznanie karmiłoby ją przecież przynajmniej do poniedziałku.
- To jak będzie? - drążył chłopak, ruszając spokojnym krokiem w stronę mostku prowadzącego na wyspę.
Cleo spuściła wzrok i strzepnęła z sukienki kilka ziaren białego piasku. Na bosaka przeszła po chłodnym, kamiennym łuku. Znalazłszy się na drugiej stronie, oparła się o balustradę i skrzyżowała ramiona. Koty ułożyły się u jej stóp.
- Może to cię przekona - powiedzial Deuce, zbliżając się do dziewczyny z płaskim, czerwonym pudełkiem w ręku. Na dziwnie podziurawionym wieczku widniał złocony napis PARKER, jednak wyglądem opakowanie bardziej przypominało coś wygrzebanego w sklepie z używanymi rzeczami.
Dziewczyna stała teraz naprzeciwko Deuce'a. W odbiciu jego okularów dostrzegła przerwę w swojej grzywce, którą natychmiast skorygowała. Przyjęła prezent, ale nie przeprosiny. Na to musiał jeszcze chwilę poczekać.
- Otwórz - zachęcał, uśmiechając się szeroko. - Tylko ostrożnie.
Powoli uniosła wieczko. Zawiasy zaskrzypiały. Na widok zawartości pudełka, dziewczynie odebrało mowę.
- Piękny, co? - spytał Deuce, jednocześnie wsuwając palec wskazujący pod brzuch miniaturowego, opalizującego węża. Następnie uniósł gada i przytknął go do ramienia Cleo. Światło świec odbijało się w srebrnych łuskach zwierzęcia, sprawiając, że barwy jego skóry zmieniały się jak w kalejdoskopie. Połyskiwał równie pięknie co klejnoty cioci Nefretete.
- Należał kiedyś do mojej mamy. To jej pierwszy siwy włos.
Cleo nachyliła się nad wężem.
- Cześć, maleńki - zaszczebiotała. - Jak ci na imię?
W odpowiedzi gad uniósł trójkątny łepek i wysunął rozszczepiony na końcu język.
- Sssssssssssssssss - zasyczał.
- Mrrraaaauuu! - zamiauczały przeraźliwie zaniepokojone Bastet, Akins, Chisisi, Ebonee, Ufa, Usi i Miu-Miu, po czym rozbiegły się we wszystkich możliwych kierunkach, niczym koraliki rozsypane po podłodze.
- Hissette - powiedziała dziewczyna niczym mama wzruszona widokiem swojego dziecka. - Nazwę cię Hissette.
Wąż smagnął językiem z aprobatą.
- Gdzie chcesz ją nosić? - zapytał chłopak, czubkiem kciuka głaszcząc głowę gada.
Cleo wskazała na swoje prawe ramię. Po całym dniu kaligrafowania hieroglifów wydało się jej nieco lepiej ukształtowane od lewego.
Deuce trzykrotnie owinął węża wokół ramienia dziewczyny, układając jego ciało w ozdobny wzór. Perłowosrebrzysta skóra gada kontrastowała z ciemną skórą Cleo niczym śmietankowy krem z czarną kawą.
- Och, Deucey, Hissette wygląda absolutnie królewsko!
- Cieszę się, że ci się spodobała. A teraz zamknij na chwilę oczy.
- Już.
Tańczące płomienie pachnących świec zdawały się rozjaśniać ciemność pod powiekami dziewczyny. Czyżby to było złudzenie optyczne? A może żar rozpalonego na nowo uczucia?
- Okej - odezwał się Deuce. - Zrobione.
Cleo otworzyła oczy, trzepocząc sztucznymi rzęsami.
- Oto twoja nowa ozdoba - powiedział chłopak, z dumą dotykając palcem kamiennego węża owiniętego wokół jej ramienia.
- Czy ona nie żyje? - zapytała dziewczyna, gładząc gada po główce.
- Nie, jest tylko czasowo skamieniała - odparł z uśmiechem. - Obudzi się za parę godzin w doskonałej kondycji.
Cleo promieniała z radości.
- Czy teraz już mi wybaczysz? - spytał.
- Tak, ale pod jednym warunkiem - odparła stanowczo.
Deuce kiwnął głową. Czekał na to, co powie dziewczyna.
- Od teraz postaramy się być w stałym związku. Koniec z zawieszaniem znajomości na czas twoich wyjazdów z rodziną do Grecji. Koniec z zastępczymi partnerkami na imprezach. Koniec z Melody.
Chłopak położył jedną dłoń na sercu, a drugą uniósł jak przy składaniu przysięgi.
Bosko!
Cleo mrugnęła, znacząco kiwając głową w geście przebaczenia. Oto stał przed nią jej własny książę z bajki.
Nachyliła się ku niemu z zaciśniętymi ustami, przymykając powieki.
Kątem oka dostrzegła, że Deuce rozchyla wargi.
Nachyliła się jeszcze bardziej...
- Lepiej już chodźmy - usłyszała niespodziewanie.
Otworzyła oczy.
- Chodźmy? Ale dokąd?
- Nie czytałaś esemesów?
- Ee, jasne, że czytałam - skłamała Cleo, chcąc uniknąć rozmowy o blokadzie.
- W takim razie chyba wiesz, że powinniśmy się spieszyć.
- Nie mam ochoty nigdzie stąd iść! Przecież nie widziałeś jeszcze moich nowych klejnotów - sprzeciwiała się, nerwowo trąc wiklinową matę bosą stopą. - Poza tym jest godzina policyjna. Ojciec nigdzie mnie nie puści. A już na pewno nie z tobą... Chwileczkę... Jak ty się tu w ogóle dostałeś? Nigdy wcześniej nie...
Deuce poprawił swoje raybany.
- Kiedy Manu otworzył drzwi, okulary zupełnie przypadkowo zsunęły mi się z nosa - odparł z łobuzerskim uśmieszkiem.
- Zmieniłeś go w kamień?
Cleo zaparło dech z wrażenia.
- Nie tylko jego. To był jedyny sposób, żeby cię stąd wydostać.
- Deuce!
Dziewczyna tupnęła nogą. Nie była pewna, czy się na niego złości, czy jest zachwycona tym, co zrobił.
- Nie martw się, za kilka godzin wrócą do siebie - odparł, popychając ją delikatnie w kierunku wyjścia. - Chodźmy już, nie mamy dużo czasu.
Jak nigdy, Cleo uległa i pozwoliła się prowadzić. Normalnie urządziłaby wielką awanturę i zażądała natychmiastowych wyjaśnień. Tym razem jednak nie chciała psuć sobie niespodzianki. Chłopak serwował jej przecież danie z uczuć w rozmiarze XXL, a Cleo była głodna jak nigdy.
Do: Melody, Jackson
26 września, 19:51
FRANKIE: TO JA, FRANKIE. PRZYJDŹCIE DO MNIE JAK NAJSZYBCIEJ. WCHODŹCIE TYLNYM WEJŚCIEM, OD STRONY ZAGAJNIKA. TAK BĘDZIE BEZPIECZNIE. MOJE OKNO JEST UCHYLONE. XXXX
Do: Frankie
26 września, 19:51
MELODY: MASZ NOWY NUMER? WYMYŚLIŁAŚ JAKIŚ PLAN? GDZIE SĄ TWOI RODZICE? WSZYSTKO OK?
Do: Melody
26 września, 19:51
FRANKIE: POSPIESZ SIĘ! XXXX
Do: Jackson
26 września, 19:51
MELODY: CO SIĘ DZIEJE?
Do: Melody
26 września, 19:52
JACKSON: NIE MAM POJĘCIA. MOŻEMY ZOBACZYĆ SIĘ ZA DWIE MINUTY W ZAROŚLACH ZA TWOIM DOMEM?
Do: Jackson
26 września, 19:52
MELODY: RODZICE SIEDZĄ W SALONIE, ZOBACZĄ MNIE PRZEZ OKNO. POCZEKAJ. SPOTKAMY SIĘ U CIEBIE.
Do: Melody
26 września, 19:52
JACKSON: TO NIEBEZPIECZNE. NA ULICY PEŁNO POLICJI.
Do: Jackson
26 września, 19:52
MELODY: LEPIEJ, ŻEBY ZŁAPALI MNIE NIŻ CIEBIE. ZARAZ BĘDĘ.
Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Rozdział 1. Co ty na to, tato?
Rozdział 2. Ziarnko do ziarnka...
Rozdział 3. Cała para w gwizdek
Rozdział 4. Nie jesteś sama
Rozdział 5. Syc(z)ący dowód miłości
Rozdział 6. NUDI kontra świat
Rozdział 7. Okno na świat
Rozdział 8. Terytorium nieprzyjaciela
Rozdział 9. Candace kontra faceci
Rozdział 10. Każda potwora znajdzie swego amatora
Rozdział 11. W miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone
Rozdział 12. Jedz, pij i baw się (tylko nie przesadź!)
Zagubiony Rozdział (którego pechowy numer nie powinien się tu pojawić)
Rzodzial 14. Angielskie wyjście
Rozdział 15. Pokochaj normalsa
Rozdział 16. Nie płacz, królowo!
Rozdział 17. Upiór z sąsiedztwa
Rozdział 18. Królowa zgarnia pełną pulę
Rozdział 19. W krzyżowym ogniu pytań
Rozdział 20. Nigdy nie trać czujności
Rozdział 21. To by było na tyle
Rozdział 22. Mumiusia wróciła!
Rozdział 23. gRADobicie
Rozdział 24. Syreny śpiew
Rozdział 25. Mel ratuje sytuację
Rozdział 26. Córeczka mamusi
Książki z serii Monster High
Luksusowy ilustrowany notes
Skrzydełko
Okładka