Monster High 1. Upiorna szkoła - Lisi Harrison

Reflow text when sidebars are open.
PROLOG
Frankie Stein otworzyła oczy, trzepocząc gęstymi rzęsami. Migające rozbłyski jasnego światła utrudniały jej skupienie wzroku, a ciężkie powieki nieznośnie opadały. Nagle w pomieszczeniu zapadła ciemność.
- Kora mózgowa naładowana - oznajmił głęboki, męski głos, w którym pobrzmiewały satysfakcja i zmęczenie.
- Czy ona nas słyszy? - zapytała jakaś kobieta.
- Nie tylko słyszy, ale też rozumie. Poza tym jest w stanie rozróżnić ponad czterysta przedmiotów - odparł z zachwytem mężczyzna. - W tym tempie przekazywania danych do jej mózgu, w ciągu dwóch tygodni powinna zyskać inteligencję i sprawność fizyczną typowej piętnastolatki.
Mężczyzna zamilkł na moment.
- Cóż, może nie do końca typowej, ale na pewno piętnastolatki.
- Och, Viktorze, to najszczęśliwszy moment mojego życia.
Kobieta pociągnęła nosem ze wzruszenia.
- Jest po prostu idealna.
- Zgadzam się - odparł mężczyzna, równie rozczulony. - Idealna córeczka tatusia.
Obydwoje ucałowali Frankie w czoło. Jedno z nich czuć było chemikaliami, wokół drugiego unosił się słodki, kwiatowy aromat. Ich połączone wonie pachniały jak miłość.
Frankie ponownie spróbowała otworzyć oczy. Tym razem powieki wydały jej się jeszcze cięższe.
- Mrugnęła! - zawołał kobiecy głos. - Na pewno chce nas zobaczyć! Frankie, to ja, Viveka, twoja mama. Widzisz mnie?
- To niemożliwe - odparł Viktor.
Frankie zesztywniała na dźwięk jego słów. Jak to możliwe, żeby ktoś poza nią samą decydował o tym, co mogła robić? To nie miało żadnego sensu.
- Dlaczego? - zapytała matka, jak gdyby czytając jej w myślach.
- Akumulator jest praktycznie pusty. Trzeba go naładować.
- Zróbmy to!
Tak, naładujcie mnie! Na-ła-duj-cie! Na-ła-duj-cie!
W tej chwili Frankie niczego bardziej nie pragnęła, niż ujrzeć te czterysta przedmiotów, o których usłyszała chwilę temu. Chciała uważnie przyjrzeć się twarzom rodziców, kiedy będą jej cierpliwie objaśniać, co jak się nazywa. Miała ochotę wreszcie ruszyć na podbój świata, który znała dopiero od paru godzin. Niestety, na razie mogła jedynie leżeć bez ruchu.
- Nie mogę jej podłączyć, dopóki śruby nie będą całkowicie stabilne - wyjaśnił ojciec.
Viveka załkała. Jej cichy szloch nie brzmiał już wcale wesoło.
- Nie przejmuj się, kochanie - uspokajał Viktor. - Jeszcze tylko kilka godzin i wszystko będzie zupełnie w porządku.
- Nie o to chodzi.
Viveka gwałtownie nabrała powietrza.
- A o co?
- Jest taka piękna, ma tak wielki potencjał i... - pociągnęła nosem. - Serce mi się kraje na samą myśl, że będzie musiała żyć... no wiesz... jak my.
- Co jest nie tak z naszym życiem? - zapytał mężczyzna, jednak pewna nuta w jego głosie zdradzała, że dobrze znał odpowiedź.
Viveka parsknęła śmiechem.
- Całkiem niezły żart.
- Viv, nie martw się - odparł Viktor. - Jeszcze nadejdą lepsze czasy, zobaczysz.
- Niby jak? Kto znajdzie w sobie odwagę, żeby coś zmienić?
- Nie wiem. Ktoś na pewno... kiedyś.
- Możemy mieć tylko nadzieję, że tego dożyjemy - westchnęła. - My, Steinowie, mamy w zwyczaju żyć dość długo.
Viveka zachichotała cicho.
Frankie chciała koniecznie wiedzieć, jakie to "czasy" powinny ulec "zmianom". Jednak zadawanie jakichkolwiek pytań było chwilowo poza jej możliwościami, bo w tym momencie akumulator zupełnie się wyczerpał. Czując się odurzona i nieprawdopodobnie ciężka, Frankie powoli zaczęła zapadać się w głęboką ciemność, w której ginęły wszelkie głosy z zewnątrz. Dziewczyna nie pamiętała już ani rozmowy, którą słyszała przed chwilą, ani zapachu kwiatów czy chemikaliów.
Miała jedynie nadzieję, że kiedy w końcu się obudzi, to coś, czego chciała dożyć Viveka, będzie już na nią czekało. Jeśli nie, Frankie obiecała sobie postarać się o to sama.
ROZDZIAŁ 1
ŚWIEŻO ODKRYTA ATRAKCYJNOŚĆ
Czternastogodzinna jazda z Beverly Hills w Kalifornii do Salem w Oregonie okazała się niewyobrażalną katorgą. W ekspresowym tempie wycieczka przeobraziła się z wyprawy życia w podróż pełną wyrzutów. Przez następne 1500 kilometrów nie było szans na to, by udręka osłabła chociaż odrobinę. Melody Carver postanowiła uciec w udawaną drzemkę.
- Witajcie w Oregonie, prawdopodobnie najnudniejszym mieście na świecie - wymamrotała starsza siostra Melody, gdy przekroczyli granicę stanu. - Jak to szło... Porzućcie wszelką nadzieję ci, którzy tu wchodzicie?
- Dosyć, Candace! - uciął tata, siedzący za kierownicą nowego, półterenowego bmw z silnikiem Diesla. Samochód harmonizował z zielonym otoczeniem nie tylko dzięki kolorowi lakieru, ale również ze względu na niskie zużycie paliwa. Zakup ekologicznego pojazdu był tylko jednym z wielu zabiegów, jakie rodzice wykonali przed przeprowadzką. Beau i Glory Carverowie chcieli pokazać nowym sąsiadom, że mimo swojego kalifornijskiego wyglądu i pokaźnych sum na koncie nie zamierzają zaszczepiać na oregońskim gruncie zwyczajów rodem z Beverly Hills.
Pozostałe dowody potwierdzające chęć przystosowania się Carverów do nowego otoczenia zostały wysłane jeszcze przed ich wyjazdem: trzydzieści sześć skrzyń wypełnionych kajakami, deskami do windsurfingu, wędkami, bukłakami i innymi naczyniami turystycznymi, samouczkami degustacji win na DVD, paczkami z ekologicznymi przegryzkami, sprzętem biwakowym, potrzaskami na niedźwiedzie, zestawami krótkofalówek, rakami do wspinaczki, szpikulcami do lodu, czekanami, toporami ciesielskimi, nartami, butami i kijkami narciarskimi, deskami snowboardowymi, kaskami, odzieżą narciarską, ciepłą bielizną i tym podobnymi artykułami.
Z pierwszymi kroplami deszczu komentarze Candace stały się jeszcze głośniejsze i bardziej złośliwe. - Och, sierpień w Krainie Deszczowców! - powiedziała, znacząco pociągając nosem. - Czyż nie zapowiada się po prostu cudownie? - dodała.
Melody mogłaby się założyć, że wypowiadając te słowa, siostra wymownie przewróciła oczami. By upewnić się, że tak rzeczywiście jest, rzuciła szybkie spojrzenie spod ledwo uchylonych powiek.
- Eeeeeeech! - zajęczała ponownie Candace i kopnęła w siedzenie, dając w ten sposób upust swojemu niezadowoleniu. Następnie głośno wydmuchała nos i wilgotną chusteczką przejechała po ramieniu siostry. Serce Melody zdecydowanie przyspieszyło, ale udało jej się pozostać w bezruchu. Jawny sprzeciw był zdecydowanie kiepskim pomysłem w tym momencie.
- Po prostu nie mogę tego zrozumieć - ciągnęła Candace. - Melody świetnie sobie radziła przez ostatnie piętnaście lat wdychania smogu. Jeszcze jeden rok nie zrobiłby jej żadnej różnicy. Mogłaby nosić maseczkę, czy coś, i zbierać na niej podpisy, jak na gipsie. Może stałaby się inspiracją dla nowej kolekcji sprzętu dla astmatyków. Wiecie, ozdobne wisiory z inhalatorami i tym podob...
- Candi, przestań - poprosiła z ciężkim westchnieniem Glory, najwyraźniej zmęczona niekończącą się dyskusją na ten sam temat.
- Przecież za rok i tak poszłabym na studia - Candace nie zwykła dawać za wygraną. Była blondynką o idealnych proporcjach i zwykle dostawała to, czego chciała. - Nie mogliście jeszcze trochę poczekać z przeprowadzką?
- Wszyscy skorzystamy na tej zmianie, zobaczysz. Nie chodzi tylko o astmę twojej siostry. Merston High to jedna z najlepszych szkół w całym Oregonie. Poza tym kontakt z naturą i ucieczka od powierzchowności sztucznego światka Beverly Hills na pewno dobrze nam zrobi.
Melody uśmiechnęła się pod nosem. Beau, jej ojciec, był znanym i cenionym chirurgiem plastycznym, matka zaś pracowała jako osobista stylistka gwiazd. Świat sztucznego uśmiechu był ich królestwem i wiernie mu służyli. Pomimo to Melody musiała docenić starania mamy, która nieustannie próbowała przekonać Candace, że nie powinna obwiniać młodszej siostry o przeprowadzkę. Chociaż, prawdę mówiąc, poniekąd była to rzeczywiście jej wina.
W rodzinie idealnych genetycznie Carverów Melody stanowiła swego rodzaju anomalię. Osobliwość. Cudaczkę. Dziwadło.
Pomimo wybitnie kalifornijskiego pochodzenia Beau miał włoskie rysy twarzy. Iskierki w jego oczach przywodziły na myśl migoczące w jeziorze odbicie słońca. Ciepło uśmiechu potrafiło ogrzać niczym kaszmirowy sweter, a sztuczna opalenizna zdawała się zupełnie nie wpływać na kondycję skóry na jego czterdziestosześcioletniej twarzy. Wiedział też doskonale, jak nie przesadzić z żelem do włosów i po ilu dniach zarost wygląda dobrze, a kiedy warto się już go pozbyć. Naturalny dar piękna przyciągał do niego wielu pacjentów, zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Każdy marzył o tym, że po zdjęciu pooperacyjnych opatrunków stanie się wiecznie młody... zupełnie niczym Beau.
Glory miała czterdzieści dwa lata. Dzięki usilnym staraniom męża jej skóra zaznała skalpela bez najmniejszego uszczerbku, zanim jeszcze kobieta naprawdę tego potrzebowała. Żona Beau zdawała się stać jedną z wypieszczonych stóp na kolejnym szczeblu drabiny ludzkiej ewolucji - najwyraźniej wkroczyła do krainy, w której nie obowiązywało prawo grawitacji, a wszelkie procesy starzenia się ulegały samoistnemu zatrzymaniu po przekroczeniu trzydziestego piątego roku życia. Na ramiona opadały jej lekko falowane, kasztanowe włosy, miała niezwykle przejrzyste, niebieskie oczy i naturalnie pełne usta, bez grama kolagenu. Gdyby nie niski wzrost, nic nie stałoby Glory na przeszkodzie w rozpoczęciu kariery na wybiegu. Wszyscy wokół tak uważali. Ona sama upierała się, że i tak wybrałaby pracę stylistki, nawet gdyby Beau podjął się przeprowadzenia u niej operacji przedłużenia nóg.
Candace mogła się uważać za prawdziwą szczęściarę - odziedziczyła bowiem najlepsze cechy obojga rodziców. Niczym drapieżnik zajmujący najwyższe miejsce w łańcuchu pokarmowym wybrała sobie najsmaczniejsze kąski; dlatego kolejny potomek linii Carverów, Melody, musiał zadowolić się resztkami. Spadek po mamie w postaci drobnej postury również w przypadku Candace przekreślał potencjalną karierę modelki, jednak dzięki idealnej figurze nigdy przynajmniej nie miała problemów z dopasowaniem na siebie ubrań. Jej szafa wprost pękała w szwach od nadmiaru ciuchów, które dostała po Glory. Można w niej było znaleźć ubrania każdej marki - od Gapa po Gucci (jednak z przewagą Gucci). Dziewczyna miała niebieskozielone oczy matki i jej idealnie gładką cerę oraz pełne słońca spojrzenie Beau, a także jego naturalnie opaloną skórę. Wydatne kości policzkowe sprawiały wrażenie wyrzeźbionych w marmurze, a długie włosy, proste lub falowane w zależności od humoru, olśniewały ciepłym kolorem zrumienionego na maśle karmelu. Przyjaciółki Candi (a także ich matki) nadciągały całymi stadami do gabinetu jej ojca, wymachując zdjęciami twarzy jego córki, zachwycone wyraźnie zarysowaną szczęką, kształtnym podbródkiem czy prostym nosem. Wszystkie żywiły nadzieję, że ręce Beau będą w stanie powtórzyć cud, którego dokonało jego DNA. Nie myliły się ani trochę.
Przypadek Melody był najlepszym dowodem na magiczne umiejętności jej ojca.
Dziewczyna żyła w przekonaniu, że w szpitalu musiała zajść pomyłka, w wyniku której tuż po urodzeniu niewłaściwa rodzina zabrała ją do domu i w związku z tym starała się nie przywiązywać szczególnej uwagi do wyglądu zewnętrznego. Bo niby czym miałaby się przejmować? Miała wąski podbródek, drobne zęby i czarne włosy. Matowe, bez odrobiny połysku. Ani trochę nie przypominały zrumienionego karmelu. Były po prostu czarne. W pełni sprawne, stalowoszare, wąskie oczy przypominały oczy kota, bardzo sceptycznie nastawionego do świata. Ale to nie one przykuwały uwagę w jej twarzy. Królewskie miejsce zajmował nos: połączenie bulwiastej końcówki i ostrego garbu sprawiało, że wyglądał jak wielbłąd nieudolnie próbujący wykonać którąś z pozycji jogi.
Nie, żeby to wszystko miało jakiekolwiek znaczenie. Dla samej Melody najcenniejszy był jej talent wokalny. Nauczyciele muzyki pod niebiosa wychwalali wielooktawowy głos dziewczyny. Jasne brzmienie oraz anielsko słodka i przejmująca zarazem barwa hipnotyzowały i wywoływały u słuchaczy niesłychane wzruszenie, którego moc kazała im zrywać się na równe nogi i burzą oklasków nagradzać każdy występ Melody. Niestety, w wieku ośmiu lat dopadła ją astma. Owacje umilkły.
Na początku nauki w gimnazjum Beau zaproponował córce korekcję nosa. Odmówiła. Po co tyle zachodu, skoro nowy kształt i tak nie wyleczyłby jej z astmy. Musiała tylko jakoś przetrwać do szkoły średniej. Była przekonana, że wtedy wszystko się zmieni. Dziewczyny przestaną skupiać się na wyglądzie. Chłopcy staną się bardziej dojrzali. Wyniki w nauce zaczną się naprawdę liczyć.
Niedoczekanie!
Sprawy przybrały zdecydowanie gorszy obrót, gdy Melody zaczęła chodzić do szkoły Beverly Hills High. Z powodu wielkiego nosa dziewczyny przezywały ją Nochalina. Chłopcy w ogóle się do niej nie odzywali. Praktycznie wcale jej nie zauważali. Już w listopadzie, w okolicach Święta Dziękczynienia, czuła się właściwie niewidzialna. Gdyby nie nieustannie świszczący oddech i odgłosy aplikacji inhalatora, nikt w szkole nie zdawałby sobie sprawy z jej istnienia.
Beau nie potrafił dłużej bezczynnie przyglądać się męczarniom córki, która miała przecież tak obiecująco symetryczne rysy. Przed świętami Bożego Narodzenia oznajmił Melody, że w tym roku Święty Mikołaj przyniesie jej w prezencie nową metodę korekcji kształtu nosa. Zabieg miał poszerzyć drogi oddechowe i tym samym złagodzić objawy astmy. Być może Melody mogłaby wrócić do śpiewania.
- Cudownie! - wykrzyknęła zachwycona Glory, splotła dłonie i spojrzała z wdzięcznością w niebo.
- W końcu pożegnamy naszego Rudolfa, Czerwononosego Renifera - zażartowała Candace.
- To kwestia zdrowia, a nie urody - natychmiast dodał ojciec, dobierając argumenty tak, by miały szansę trafić do Melody.
- Ojej! Wspaniale.
Młodsza córka uściskała ojca ze wszystkich sił, choć nie była do końca pewna, czy nosy mają cokolwiek wspólnego ze zwężonymi oskrzelami. Łatwiej jej było zachować nadzieję udając, że wierzy w te wyjaśnienia. Poza tym myśl, że najbliżsi po prostu wstydzili się gdziekolwiek z nią pokazywać, była zdecydowanie mało przyjemna.
Melody przeszła operację w trakcie ferii świątecznych. Obudziła się z drobnym noskiem, lekko zadartym jak u Jessiki Biel i z równymi, porcelanowymi nakładkami na zębach. Do tego pod koniec rekonwalescencji waga wskazywała pięć kilo mniej, w związku z czym Glory oddała do dyspozycji młodszej córki szafę z nieużywanymi już przez siebie ubraniami. Niestety, Melody wciąż nie mogła śpiewać.
W Beverly Hills High dziewczęta przywitały ją niezwykle ciepło, a chłopcy nie przestawali się na nią gapić. Nie było mowy o wykluczeniu. Wcześniej nawet w najśmielszych marzeniach nie sądziła, że taki awans w hierarchii szkolnej jest w ogóle możliwy.
Tak naprawdę jednak świeżo nabyta atrakcyjność niewiele zmieniła w życiu Melody. Zamiast obnosić się ze swoją urodą i flirtować z chłopakami dziewczyna spędzała większość wolnego czasu zakopana pod stertą koców. Czuła się jak markowa torba od Tory Burch, należąca do Candace: z zewnątrz piękna i błyszcząca, w środku jednak przypominająca pobojowisko. Jak oni mogą być dla mnie mili tylko dlatego, że nagle stałam się ładna?! Przecież w środku jestem tą samą osobą!
Gdy nadeszło lato, Melody zupełnie przestała dbać o swój wygląd. Nosiła luźne ciuchy, nie czesała włosów, a jedynym dodatkiem, na który sobie pozwalała, był przyczepiony do szlufek spodni inhalator.
Podczas grilla, corocznie urządzanego przez Carverów w lipcu z okazji Dnia Niepodległości, dziewczyna zwykła odśpiewywać hymn narodowy. Tego lata w tym czasie wylądowała w Centrum Medycznym Cedars-Sinai z poważnym atakiem astmy. Siedząca w poczekalni Glory nerwowo przerzucała strony czasopisma podróżniczego. Zatrzymało ją zdjęcie przedstawiające bujną zieleń Oregonu. Twierdziła potem, że patrząc na obrazek, niemal poczuła świeże powietrze tego miejsca. Kiedy Melody wróciła do domu, rodzice oznajmili córce, że czeka ich przeprowadzka. Po raz pierwszy od długiego czasu uśmiech rozjaśnił jej idealnie symetryczną twarz.
- Wiitaaj, cudny-nie nudny Oregonie! - powiedziała do siebie w myślach, skulona na tylnym siedzeniu prącego naprzód zielonego bmw.
Miarowy szelest wycieraczek i rytmiczne bębnienie deszczu o dach samochodu w końcu ją uśpiły.
Tym razem naprawdę.
ROZDZIAŁ 2
GRUBYMI NIĆMI SZYTA
Kiedy wzeszło słońce, rudziki i wróble wyśpiewywały już radośnie swoje poranne melodie. Zza matowych szyb sypialni Frankie słychać było dzieciaki, które głośno dawały o sobie znać, dzwoniąc rowerowymi dzwonkami i jednocześnie zataczając kółka po asfalcie Radcliffe Way. Okolica budziła się do życia. Dziewczyna w końcu mogła puścić na cały regulator najnowszą piosenkę Lady Gagi.
"I can see myself in the movies, with my picture in the city lights..."
Stopa Frankie zaczęła delikatnie podrygiwać w rytm kawałka The Fame. Dziewczyna musiała zachować ostrożność, choć tak naprawdę nie marzyła o niczym innym, jak tylko o zerwaniu się ze swojego stalowego łóżka i zrzuceniu elektrycznego, pokrytego polarem koca na błyszczącą, betonową podłogę. Chciała móc zarzucać włosami, wymachiwać ramionami, kręcić pupą i tupać do rytmu z całych sił, a nie tylko ostrożnie kiwać stopą. Przerwanie przepływu prądu przed całkowitym naładowaniem groziło jednak utratą pamięci, omdleniem lub nawet zapadnięciem w śpiączkę. Były też i plusy takiego systemu zasilania - Frankie nigdy nie musiała ładować swojego Ipoda. Jeśli tylko odtwarzacz znajdował się w wystarczającej bliskości jej ciała, tryskał energią niczym fontanna.
Dziewczyna leżała wygodnie, niespiesznie się przeciągając i rozkoszując poranną dawką elektryczności, otoczona zwojem czarnych i czerwonych kabli, podczepionych do śrub sterczących z szyi. Przeglądała najnowsze wydanie czasopisma "Seventeen", podczas gdy ostatnie strumienie prądu wypełniały jej ciało. Ostrożnie przerzucała strony magazynu, nie chcąc rozmazać świeżo nałożonej warstwy granatowego lakieru do paznokci. Przyglądając się gładkim, dziwnie różowym szyjom modelek, zastanawiała się, jakim cudem mogą się "ładować" bez nitów czy śrub.
Gdy tylko Carmen Electra (tak Frankie ochrzciła swoją maszynę ładującą, bo jej właściwa, techniczna nazwa była niemalże nie do powtórzenia) skończyła pracę, dziewczyna poczuła przyjemne mrowienie w okolicy powoli chłodzących się śrub, niewiele większych od naparstków. Z podnieceniem wetknęła nos między strony czasopisma i zaciągnęła się zapachem kartki nasączonej próbką perfum Miss Dior Cherie.
- Podoba się wam? - zapytała, wymachując pismem w stronę błyszczurów. Pięć białych gryzoni wspinało się na swoich różowych łapkach, drapiąc po szklanych ściankach akwarium. Na moment ich grzbiety rozjaśnił tęczowy rozbłysk, po czym zniknął tak szybko jak topniejący wiosną śnieg.
Frankie ponownie sprawdziła zapach.
- Mnie też.
Zamachała kilka razy gazetą, gdyż pokój wypełniała woń formaliny, i wstała, by zapalić waniliowe świeczki. Kwaśne chemiczne opary tego roztworu zaczynały przesiąkać jej włosy, zabijając kwiatowe nuty odżywki.
- Czyżbym znowu czuł wanilię? - zapytał ojciec, pukając do zamkniętych drzwi pokoju.
Frankie wyłączyła muzykę.
- Tak jessst! - odparła wesoło, zupełnie ignorując jego niby to rozdrażniony ton głosu. Ostatnio używał go coraz częściej, odkąd córka zaczęła zmieniać jego laboratorium w pracownię... urody. Próbował ją strofować, gdy "upiększyła" szczury laboratoryjne, a później zaczęła przechowywać błyszczyk do ust w probówkach, natomiast do szkieletu przykleiła wyciętą z plakatu twarz Justina Biebera (przecież wygląda tak czadowo na tym zdjęciu z deskorolką!). Frankie wiedziała jednak, że tak naprawdę tacie to wcale nie przeszkadzało. Przecież laboratorium było teraz poniekąd jej sypialnią. Poza tym, gdyby naprawdę się na nią złościł, na pewno nie nazywałby jej...
- Jak się ma dzisiaj idealna córeczka tatusia?
Viktor Stein zapukał ponownie i nacisnął klamkę. Tuż za nim weszła Viveka.
Na ramieniu Viktora wisiała skórzana torba sportowa. Poza tym miał na sobie czarny dres Adidasa i swoje ukochane brązowe kapcie firmy UGG z dziurą na jednym palcu.
- Wiekowe i podniszczone, zupełnie jak Viv - zwykł mówić, gdy córka stroiła sobie żarty z jego obuwia. Żona natychmiast odpowiadała kuksańcem. Frankie wiedziała, że to zwykłe przekomarzanie. Viveka reprezentowała typ urody, którą każdy chciałby oglądać na okładkach gazet - tylko po to, by móc do woli wpatrywać się w jej fiołkowe oczy i podziwiać połyskliwe, czarne włosy, nie uchodząc w ten sposób za natręta czy dziwaka.
Z kolei ojciec miał w sobie coś z Arnolda Schwarzeneggera. Jego rzeźbione rysy zdawały się dobrze naciągnięte na kanciastą głowę. On również z pewnością przyciągał spojrzenia ciekawskich - raczej ukradkowe niż otwarte, gdyż wzbudzał zdecydowany respekt prawie dwumetrowym wzrostem i wiecznie zachmurzonym obliczem. Zmarszczone czoło nie oznaczało wcale gniewu, po prostu taką minę przybierał, gdy pogrążał się w rozmyślaniach, a przecież jako szalony naukowiec pogrążał się w nich bardzo często... Przynajmniej tak tłumaczyła to jego żona.
- Moglibyśmy chwilkę porozmawiać, kochanie? - zapytała Viveka głosem łagodnym niczym miękki materiał czarnej, letniej sukienki z satyny, którą miała na sobie. Wszyscy, którzy spotykali ją po raz pierwszy, byli zaskoczeni, że tak delikatny głos mieszkał w jej postawnym, mierzącym ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, ciele.
Viv i Vik zrobili kilka kroków po betonowej podłodze, jak zawsze ręka w rękę. Patrzyli na córkę z dumą, jednak na ich uśmiechniętych twarzach można było dostrzec ślady troski.
- Usiądź, córeczko - powiedziała Viveka, wskazując na obłożony poduszkami rubinowy szezlong w marokańskim stylu, który Frankie zamówiła w sklepie internetowym Ikei. Kanapa, umiejscowiona w przeciwległym kącie pracowni-sypialni, w jednej linii z obklejonym nalepkami biurkiem, płaskoekranowym telewizorem Sony, stała idealnie naprzeciwko jedynego okna w pomieszczeniu. Chociaż szybę zmatowiono dla zachowania prywatności, przez co niewiele można było przez nią zobaczyć, stanowiła ona dla Frankie prawdziwe okno na świat.
Dziewczyna posłusznie przeszła po miękkim, różowym dywaniku, imitującym owczą skórę, w stronę siedziska. W skrytości ducha obawiała się, że rodzice dotarli do listy jej ostatnich zakupów na portalu iTunes. Zaczęła nerwowo skubać czarną nitkę szwu przytrzymującego jej głowę we właściwym miejscu.
- Nie ciągnij - upomniał córkę Viktor, siadając na szezlongu. Drewniany stelaż mebla zajęczał w proteście. - Nie masz się czym denerwować. Po prostu chcieliśmy pogadać - uspokoił ją, po czym zdjął z ramienia skórzaną torbę i położył na ziemi.
Viveka gestem zachęciła córkę, by siadła obok niej, po czym poprawiła jeden ze swoich nieodłącznych czarnych szali z muślinu. Frankie, wciąż obawiając się wykładu na temat szanowania pieniędzy, obwinęła się ciaśniej jedwabnym, ciemnym szlafrokiem i zajęła miejsce na różowym dywaniku.
- Coś się stało? - zapytała z uśmiechem, starając się nie dać po sobie poznać, że właśnie wydała 59.99 dolara na kolejny sezon serialu Plotkara.
- Zmiany wiszą w powietrzu - stwierdził Viktor. Potarł dłonie i wziął głęboki oddech, zupełnie jak gdyby szykował się do zdobycia szczytu pobliskiego trzytysięcznika, Mount Hood.
Czyżby koniec z dostępem do kart kredytowych?, zastanawiała się Frankie z rosnącym niepokojem.
Viveka pokiwała głową i zmusiła się do uśmiechu, jednak pomalowane ciemnofioletową szminką wargi wciąż były mocno zaciśnięte. Rzuciła mężowi zachęcające spojrzenie, on jednak w odpowiedzi rozszerzył tylko oczy, dając w ten sposób do zrozumienia, że sam nie bardzo wie, jak zacząć.
Frankie nerwowo wierciła się na dywaniku. Nigdy wcześniej nie widziała, żeby rodzice byli tak zakłopotani. Szybko przeanalizowała w myślach swoje ostatnie zakupy w nadziei, że w końcu zgadnie, czym przekroczyła limit. Nowy sezon Plotkary, odświeżacz powietrza o zapachu kwiatów pomarańczy, ciepłe kapciuchy w paski ze słodkimi dziurami na palce, prenumeraty: "Us Weekly", "Seventeen", "Teen Vogue'a", "CosmoGirl", trzy aplikacje na telefon: horoskop, numerologia i sennik, wygładzający lakier do włosów firmy Moroccanoil, modne dżinsy o chłopięcym kroju ze sklepu Current/Elliot...
Nic ponad jej przeciętne wydatki. Mimo to oczekiwanie sprawiało, że z jej śrub tryskały iskry.
- Spokojnie, córuś - powiedziała Viveka. Nachyliła się i pogładziła Frankie po długich, czarnych włosach.
Kojący gest zatrzymał eksplozję energii, ale nie uspokoił wewnętrznego zamieszania. Dziewczyna cała wręcz bulgotała i syczała w środku, jak gdyby odbywał się w niej pokaz fajerwerków z okazji czwartego lipca. Rodzice byli jedynymi osobami, które Frankie znała, i jednocześnie jej najlepszymi przyjaciółmi i nauczycielami. Gdyby zawiodła ich swoim zachowaniem, czułaby, że rozczarowała w ten sposób cały świat.
Viktor wziął kolejny głęboki oddech i, powoli wydychając powietrze, zebrał się w sobie. W końcu oznajmił:
- Lato prawie się skończyło. Twoja mama i ja musimy wrócić do swoich zajęć. Wykładamy fizykę i anatomię na uniwersytecie. Nie możemy dłużej uczyć cię w domu.
Przyglądał się jej, nerwowo kręcąc stopami.
- Że jak? - spytała Frankie. Zmarszczyła ze zdziwienia swoje idealne brwi. Jak to niby ma być związane z jej zakupami?
Viveka odchrząknęła, po czym położyła dłoń na kolanie Viktora, dając mu do zrozumienia, że przejmuje pałeczkę.
- Twój ojciec chciał powiedzieć, że przeżyłaś do tej pory piętnaście dni. Codziennie wkładał w twój mózg roczny zakres wiedzy z: matematyki, nauk ścisłych, historii, geografii, języków obcych, technologii, sztuki, muzyki, kina, piosenek, trendów, wyrażeń językowych, zachowań społecznych, dobrych manier, głębi emocjonalnej, dojrzałości, wewnętrznej dyscypliny, wolnej woli, koordynacji mięśniowej, umiejętności mowy, postrzegania zmysłowego, orientacji przestrzennej, ambicji, a nawet preferencji żywieniowych. Pełny pakiet!
Frankie przytaknęła ze zrozumieniem, wciąż czekając na moment, w którym zacznie się rozmowa o jej ostatnich szaleństwach z kartą kredytową...
- Teraz, kiedy jesteś już piękną i mądrą nastolatką, przyszła pora na...
Viveka powstrzymała łzy napływające do oczu. Rzuciła spojrzenie Viktorowi, który delikatnym kiwnięciem zachęcił ją, by kontynuowała. Zwilżyła więc usta, wykrzesała z siebie jeszcze jeden uśmiech, i...
Frankie zaiskrzyła ponownie. Cała scena trwała dłużej niż dostawa przesyłki pocztowej z Peru - i to drogą lądową.
W końcu Viveka nie wytrzymała.
- Czas na szkołę dla normalsów - oznajmiła.
- Co to takiego ci... "normalsi"? - spytała Frankie z obawą. Zastanawiała się, czy przypadkiem mamie nie chodzi o jakiś ośrodek odwykowy dla zakupoholiczek.
- Normals to osoba o typowych cechach fizycznych - wyjaśnił Viktor.
- Taka jak... - zaczęła Viveka, podnosząc nowy numer "Teen Vogue'a" z lakierowanego na pomarańczowo stoliczka i otwierając go na chybił trafił. - Na przykład one.
Wskazała na reklamę H&M. Zdjęcie przedstawiało grupkę dziewczyn w stanikach i króciutkich szortach: blondynkę, brunetkę i rudowłosą. Wszystkie trzy miały kręcone włosy.
- A czy ja jestem normalską? - zapytała Frankie, czując się nie gorsza od rozpromienionych modelek.
Viveka zdecydowanie pokręciła głową.
- Dlaczego? Bo mam proste włosy? - dopytywała dziewczyna. Czuła się całkowicie zdezorientowana.
- Nie, nie dlatego, że twoje włosy są inne - odparł Viktor, próbując uśmiechem zamaskować frustrację. - Jesteś inna, bo to ja cię zbudowałem.
- Wydawało mi się, że wszyscy rodzice "budują" swoje dzieci - zdziwiła się Frankie. - No, wiecie, patrząc na to od strony technicznej.
Viveka uniosła brew. Jej córka mówiła z sensem.
- Masz rację, ale ja zbudowałem cię w dość... dosłowny sposób - próbował wyjaśnić Viktor. - W tej właśnie pracowni złożyłem cię z idealnych części ciała, które wykonałem własnymi rękami. Wtłoczyłem w twój umysł tony informacji i danych o świecie, zszyłem wszystko razem i umieściłem w twojej szyi śruby służące do ładowania akumulatorów. Tak naprawdę wcale nie musiałabyś normalnie jeść, chyba że dla przyjemności. Poza tym, Frankie, jako że w twoim ciele nie płynie krew, twoja skóra jest, jakby to ująć, no cóż... jest zielona.
Dziewczyna spojrzała na swoje dłonie, jak gdyby widziała je pierwszy raz w życiu. Miały kolor miętowych lodów z czekoladą, podobnie jak i reszta jej ciała.
- Wiem - zachichotała. - Czadowo, nie?
- Jasne - Viktor zawtórował jej śmiechem. - Właśnie dlatego jesteś taka wyjątkowa. Żaden z uczniów w twojej nowej szkole nie przyszedł na świat w podobny sposób. Tylko ty.
- To znaczy, że w szkole będą też inni ludzie?
Frankie rozejrzała się po pokoju - jedynym pomieszczeniu, które tak naprawdę znała.
Viktor i Viveka zgodnie pokiwali głowami. Ich czoła były zmarszczone, niepokoili się i odczuwali wyrzuty sumienia.
Frankie wpatrywała się w ich wilgotne ze wzruszenia oczy, nie mogąc uwierzyć, że to dzieje się w rzeczywistości. Czyżby faktycznie mieli zamiar puścić ją wolno? Pozwolić jej pójść do szkoły pełnej normalsek o kręconych włosach i liczyć na to, że sama sobie poradzi? Naprawdę będą w stanie zamienić nauczanie swojej jedynej córki na wykłady w aulach pełnych obcych osób?
Choć ich usta drżały, a na policzkach widniały słone ślady łez - wyglądało na to, że tak. Raptownie przez ciało Frankie przeszedł wstrząs, który mógłby zostać zmierzony wyłącznie w skali Richtera. Siła uderzenia wędrowała przez klatkę piersiową, w górę, aż do gardła, z którego wydobyło się ogłuszające:
ALE CZAD!
ROZDZIAŁ 3
FACET Z DOSTAWĄ DO DOMU
- Jesteśmy na miejscu! - oznajmił Beau, naciskając jednocześnie klakson. - Wstawać, pobudka!
Melody odkleiła ucho od chłodnej szyby i otworzyła oczy. Na pierwszy rzut oka cała okolica wydała jej się przykryta kłębami bawełny. Z każdą chwilą oczy przyzwyczajały się jednak do mglistego, porannego światła, a obraz wyostrzał się i nabierał kolorów, niczym zdjęcie zrobione polaroidem.
Dwie ciężarówki firmy przeprowadzkowej, stojące na podjeździe, skutecznie zasłaniały prawie cały dom. Ze swojego miejsca Melody mogła dostrzec jedynie kawałek narożnej werandy, z nieodłącznym atrybutem w postaci huśtawki. Urządzenie zdawało się zrobione z najprawdziwszego, grubego pnia. Dziewczyna miała już nigdy nie zapomnieć tego widoku, czy może raczej emocji, które w niej wywołał: nieokreślonej mieszanki nadziei, ekscytacji i lęku przed nieznanym. Podarowano jej drugą szansę na szczęśliwe życie - na samą myśl o tym czuła w środku przyjemne łaskotanie, jak gdyby rozpychało się w niej spore stadko włochatych gąsienic.
BiipBiipBiip!
Krzepki, ubrany w luźne dżinsy i brązowy puchaty bezrękawnik facet zamachał im na przywitanie. Zmagał się właśnie z wyciąganiem z ciężarówki elementów narożnika wypoczynkowego projektu Calvina Kleina, należącego do Carverów.
- Starczy tego trąbienia, kochanie. Jest naprawdę wcześnie!
Glory dała mężowi żartobliwego kuksańca.
- Sąsiedzi wezmą nas za wariatów.
Zapach kawy z nasiąkniętych nią kartonowych kubków na wynos sprawił, że Melody poczuła ostre ssanie w żołądku.
- Właśnie, tato, sta-h-czy - marudziła Candace, z głową wciąż opartą na błyszczącej torbie od Tory Burch. - Bo jeszcze obudzisz jedyną fajną osobę w całym Salem.
Beau odpiął pas i zwrócił się w stronę córki.
- A któż to taki?
- Jaaaa - odparła Candace, przeciągając się szeroko. Jej klatka piersiowa uniosła się i opadła niczym boja na wzburzonym morzu. Musiała zasnąć oparta na zaciśniętej w złości pięści, bo na policzku widniał odcisk serduszka z pierścionka, który dostała na pożegnanie od zapłakanych przyjaciółek.
Melody była pewna, że gdy tylko siostra ujrzy odcisk na swojej twarzy, niewątpliwie zacznie na głos opowiadać o rozdzierającej tęsknocie za koleżankami. Nie miała ochoty tego wysłuchiwać. Jako pierwsza otworzyła drzwi i wyszła z samochodu.
Deszcz ustał, a horyzont zaróżowił się od wstającego powoli słońca. Cała ulica zdawała się otulona mglistym, czerwonawym płaszczem, jak gdyby oświetlała ją lampka przykryta delikatną, bordową chustą. Ulica Radcliffe Way wyglądała jakby była skąpana w iście magicznej poświacie. Mokra i błyszcząca od niedawnych opadów okolica pachniała świeżą trawą i dżdżownicami.
- Czujesz to powietrze, Melly? - spytał Beau. Z zachwytem uderzył się w okryte flanelową koszulą piersi i z wdzięcznością uniósł głowę w stronę mieniącego się wieloma kolorami nieba.
- O, tak - odparła Melody i mocno objęła ojca w pasie. - Już czuję, że łatwiej mi się oddycha - zapewniła, poniekąd dlatego, że chciała, by wiedział, jak bardzo docenia poświęcenie całej rodziny. Z drugiej strony, naprawdę oddychała tu z łatwością, zupełnie jak gdyby ktoś zdjął z jej piersi wielki ciężar.
- Musisz wysiąść i sama to poczuć - ponaglał żonę Beau, stukając w szybę palcem, na którym miał złoty sygnet.
Glory dyskretnie pokiwała głową w stronę siedzącej z tyłu Candace, dając mężowi do zrozumienia, że chwilowo jest zajęta wspieraniem przeżywającej kolejny kryzys starszej córki.
- Przepraszam - Melody ponownie uścisnęła ojca, tym razem bardziej ostrożnie, jak gdyby prosiła o wybaczenie.
- Ale za co? Tu jest naprawdę świetnie!
Wziął głęboki oddech i kontynuował:
- Carverowie potrzebowali nowego wyzwania. Los Angeles mocno trzymało nas w swoich szponach. Nadszedł czas na zmiany, bo przecież w życiu chodzi o...
- Chcę umrzeć! - dobiegł ich rozdzierający krzyk Candace, wciąż siedzącej w samochodzie.
- A oto i najfajniejsza osoba w Salem w całej swojej krasie - wymamrotał pod nosem Beau.
Melody spojrzała na ojca. Gdy ich spojrzenia się spotkały, oboje wybuchnęli śmiechem.
- Halo, kto ma ochotę na zwiedzanie? - zawołała Glory, otwierając drzwiczki. Ostrożnie, jak gdyby sprawdzała temperaturę kąpieli, postawiła na ziemi najpierw jedną, a potem drugą stopę, w wykończonych futrem traperach.
Candace wyskoczyła tuż za nią.
- Kto pierwszy na piętrze, ten bierze największy pokój! - zawołała i pędem ruszyła w kierunku domu. Jej szczuplutkie nogi poruszały się z zaskakującą prędkością, zupełnie nieskrępowane obcisłymi nogawkami modnie podartych dżinsowych rurek.
Pełna podziwu Melody rzuciła matce pytające spojrzenie.
Glory zebrała swoje kasztanowe włosy w elegancki kucyk i sprawnym ruchem spięła je gumką.
- Obiecałam jej, że dostanie mój kombinezon od Missoni, jeśli do końca dnia nie będzie narzekać - wyznała, doskonale odczytując nieme pytanie młodszej córki.
- Uważaj z takimi obietnicami, bo do końca tygodnia zostaniesz goła i wesoła - dowcipkował Beau.
- Myślę, że warto zaryzykować - odparła Glory z uśmiechem.
Melody zachichotała i popędziła w stronę domu. Biegła nie po to, żeby pobić siostrę w wyścigu o największy pokój, ale dlatego, że po latach problemów z oddychaniem wreszcie przychodziło jej to z lekkością.
Zgrabnie omijając ciężarówki, pomachała na przywitanie trzem mężczyznom, mocującym się z kanapą, po czym jednym skokiem pokonała trzy stopnie wiodące na ganek.
- Ja chyba śnię! - wydyszała, stając jak wryta na progu przestronnego domu. Ściany w środku miały ten sam ciepły, drewniany odcień, co zewnętrzne. Schody również. Podobnie poręcz, sufit i balustrady. Na tym tle wyróżniały się jedynie kamienny kominek i orzechowa podłoga. Wnętrze w niczym nie przypominało wielopoziomowej, betonowo-szklanej świątyni nowoczesności, w której Melody mieszkała do tej pory. Dziewczyna po raz kolejny musiała przyznać, że rodzice naprawdę wzięli sobie do serca postanowienie o zmianie stylu życia.
- Hm... - chrząknął tuż za nią okryty potem tragarz, próbując przecisnąć potężną sofę przez niezbyt szerokie drzwi wejściowe.
- Aj, przepraszam - nerwowo odskoczyła Melody.
Po jej prawej stronie znajdowały się drzwi prowadzące do sypialni rodziców, rozciągającej się na całą szerokość domu. Ogromne łoże małżeńskie, które już wstawiono do środka, objęło w posiadanie całe pomieszczenie. Po rozsunięciu przyciemnianych szklanych drzwi w przylegającej do pokoju łazience otwierał się widok na wąski, wewnętrzny basen, obudowany dwumetrowymi ścianami z bali. Melody podejrzewała, że właśnie to zaważyło na decyzji o kupnie tego domu. Beau zwykł pływać każdego ranka, by pozbyć się kalorii, których nie zdążył spalić w trakcie wieczornej przebieżki.
Na piętrze słychać było Candace, chodzącą niespokojnie po pokoju i mamroczącą coś do słuchawki.
Naprzeciwko sypialni rodziców znajdowała się przytulna kuchnia i kącik jadalny. Przywiezione z Kalifornii lśniące urządzenia kuchenne, szklany stół i zestaw ośmiu lakierowanych na czarno krzeseł, wyglądały jak z innej planety w tym rustykalnym otoczeniu. Melody była przekonana, że to się zmieni, gdy tylko mama i tata namierzą najbliższe centrum dekoracji wnętrz.
- Ratunku! - zawołała z góry Candace.
- Co jest? - zapytała Melody, rozglądając się po zatopionym w półmroku pomieszczeniu i podziwiając widniejący za oknem zalesiony wąwóz.
- Umieram!
- Serio? - Melody kilkoma susami pokonała schody na drugie piętro. Rozkoszowała się skrzypieniem chropowatych desek pod jej obutymi w conversy stopami. Każdy ze stopni zdawał się mieć własny charakter. O uroku tego domu stanowiły brak symetrii, dopasowania i doskonałości. Zupełnie na odwrót niż w Beverly Hills. Każdą kłodę, użytą do budowy, pokrywały jej własne wzory sęków i szczelin. Całkowicie niepowtarzalne. Dalekie od ideału. O dziwo, wszystkie elementy doskonale do siebie pasowały i wspólnie składały się na jedną, spójną całość. Może tak to już było w tych stronach. Niewykluczone, że miejscowi (salemianie? salemici? - jak właściwie miała ich nazywać?) cenili sobie właśnie tę unikatowość drewnianych wzorów. Jeśli tak, to musiałoby oznaczać, że uczniowie Merston High również tak uważali. Na samą myśl dziewczyna poczuła rosnącą w sercu nadzieję i z nową dawką energii przeskoczyła ostatnie dwa stopnie.
Znalazłszy się na górze, Melody od razu rozpięła bluzę i rzuciła ją na balustradę schodów. Jej koszulka była mokra od potu, podobnie jak i czoło.
- Umieram z gorąca. Ostro tu grzeje - wysapała Candace, wychodząc z pokoju po lewej stronie korytarza. Miała na sobie wyłącznie dżinsy i czarny stanik. - Czy ty też gotujesz się żywcem, czy to te słynne objawy menopauzy?
- Candi, załóż to! - poprosiła Melody, rzucając siostrze swoją bluzę.
- Po co? - zapytała zdziwiona, przyglądając się swojemu pępkowi. - Okna mają przyciemniane szyby. Z zewnątrz nikt nic nie zobaczy.
- E, a tragarze to pies? - nie dawała za wygraną Melody.
Candace przycisnęła bluzę do piersi i zajrzała na dół przez balustradę.
- Dziwny ten dom, no nie? - powiedziała.
Rumieniec na policzkach dziewczyny rozlał się wysoko, aż do skroni, nadając jej jasnym oczom dziwny, opalizujący poblask.
- I to bardzo - wyszeptała Melody. - Czuję, że już mi się podoba.
- Nic dziwnego. Sama jesteś dziwna.
Candace powiesiła bluzę z powrotem na poręczy, obróciła się na pięcie, z dumą zarzucając swoimi gęstymi włosami, po czym weszła do wybranego przez siebie pokoju. Z pewnością największego na piętrze.
- Chyba ktoś coś zgubił! - zawołał jeden z tragarzy z dolnego piętra. Czarny ciuch zwisał mu z ramienia jak martwa fretka.
- Ee, taa, przepraszam - odparła Melody. - Proszę po prostu rzucić to na schody - dodała i szybko schowała się do drugiej sypialni. Nie chciała, żeby mężczyzna pomyślał, że go podrywa.
Rozejrzała się po niewielkim, prostokątnym pomieszczeniu: drewniane ściany, niski sufit z głębokimi szczelinami, przypominającymi szramy po wielkich pazurach, przyciemnione okienko, z którego widać było kamienne ogrodzenie sąsiadów. Po rozsunięciu drzwi do garderoby po pokoju rozniosła się woń cedru. Powietrze zdawało się wrzeć. Przy wystawianiu na sprzedaż w ogłoszeniu opisano by ten dom jako "ciepły i przytulny", oczywiście gdyby tylko agent nieruchomości wiedział, co to eufemizm.
- Ładny grobowiec - stwierdziła ironicznie Candace, stając nagle w drzwiach, nadal ubrana jedynie w spodnie i biustonosz.
- Całkiem nieźle, ale chyba musisz bardziej się postarać - odparowała Melody. - I tak nie tęsknię za domem.
- Niech ci będzie - Candace z westchnieniem przewróciła oczami. - Może przynajmniej mi pozazdrościsz, gdy zobaczysz moją królewską komnatę.
Posłusznie podążając za siostrą, Melody opuściła swoją ciasną sypialnię i weszła prosto do przestronnego, wypełnionego światłem, kwadratowego pokoju. W specjalnej wnęce było miejsce na kącik do nauki. Ponadto w pomieszczeniu znajdowały się także trzy wbudowane szafy i nieprzyzwoicie wielkie okno wychodzące na Radcliffe Way. Spokojnie zmieściliby się tu we troje: Melody, Candace i jej wybujałe ego.
- Spoko - wymamrotała Melody, starając się nie dać niczego po sobie poznać. - W ogóle, może masz ochotę na mały spacer do miasta po coś na śniadanie? Umieram z głodu.
- Jasne, ale dopiero jak przyznasz, że mój pokój jest genialny, i że okropnie mi zazdrościsz.
- Nie ma mowy.
Candace nadęła się obrażona i obróciła się przodem do okna.
- Może teraz zmienisz zdanie?
Chuchnęła na szybę i na zaparowanej powierzchni narysowała palcem niewielkie serce.
Melody podeszła ostrożnie.
- Co ty kombinujesz?
- Sama zgadnij - odparła Candace, mierząc wzrokiem półnagiego chłopaka stojącego w ogródku po drugiej stronie ulicy.
W ręku, zupełnie niczym miecz, dzierżył wąż ogrodowy i podlewał żółte róże, rosnące przed białym domem. Mięśnie na jego plecach falowały za każdym razem, gdy tracił równowagę, potykając się o szlauch. Czyli co chwilę. Znoszone dżinsy opadały nisko na biodra, odsłaniając gumkę bokserek - najwyraźniej w paski.
- Myślisz, że to ogrodnik czy że tu mieszka? - spytała Melody.
- To na bank jego dom - zapewniła ją Candace. - Gdyby był ogrodnikiem, byłby bardziej opalony. Zawiążesz?
- Hę?
Melody odwróciła się od okna. Jej siostra miała na sobie fioletowo-czarno-srebrny kombinezon Missoni, a w dłoniach trzymała tasiemki do wiązania przy szyi.
- Skąd to wytrzasnęłaś? - zdziwiła się Melody, wiążąc piękną kokardę. - Przecież kartony z ubraniami są jeszcze w ciężarówce.
- Mama obiecała, że mi go da, jeśli nie będę narzekała, więc włożyłam go do swojej podręcznej torby jeszcze przed wyjazdem.
- Czyli ta scenka w samochodzie była całkowicie udawana?
Serce Melody zaczęło bić żywszym tempem.
- W gruncie rzeczy tak - odpowiedziała Candace, wzruszając ramionami, jak gdyby nigdy nic. - Wszędzie znajdę sobie przyjaciółki i facetów do podrywania. Poza tym naprawdę powinnam zadbać o stopnie, jeśli chcę dostać się na dobre studia. Obie dobrze wiemy, że nie miałabym na to najmniejszych szans, zostając na ostatni rok szkoły w Kalifornii.
Melody nie była pewna, czy bardziej pragnie uściskać siostrę, czy ją uderzyć. W tej chwili nie było czasu ani na jedno, ani na drugie.
Candace skończyła wkładać srebrne sandały na koturnie, również należące do Glory, i popędziła z powrotem do okna.
- To co, gotowa na spotkanie z sąsiadami?
- Candace, proszę cię! - zawołała Melody, ale siostra już mocowała się z metalową zasuwką w oknie. Niby mogła próbować ją zatrzymać, ale równie dobrze mogłaby starać się zwolnić kolejkę górską, siedząc w wagoniku i machając rękami. Była to niepotrzebna strata czasu.
- Hej, przystojniaku! - zawołała przez okno Candace i szybko przykucnęła.
Chłopak podniósł głowę i rozejrzał się, osłaniając oczy przed słońcem.
Dziewczyna ostrożnie podniosła się i szybkim spojrzeniem oceniła sytuację.
- Pudło. Jednak nie jestem zainteresowana - wymamrotała. - Za młody. Okularnik. Blady. Możesz go sobie wziąć.
Melody miała ochotę krzyknąć: "Nie musisz mi mówić, kogo mogę, a kogo nie mogę sobie brać!".
Powstrzymała się jednak. Wpatrywał się w nią rozczochrany, pozbawiony koszulki chłopak, mający na nosie okulary w grubych, czarnych oprawkach. Nie mogła oderwać od niego wzroku. W tej chwili nurtował ją jedynie kolor jego oczu.
Zamachał niepewnie w jej kierunku, ale Melody nie potrafiła wykonać żadnego gestu. W desperacji modliła się, żeby wziął ją za kartonową figurę reklamową z gatunku tych spotykanych w korytarzach kin, a nie za dziwaczną dziewczynę, która właśnie szykowała się do wymierzenia swojej siostrze porządnego kopniaka.
- Ała! - zajęczała Candace, chwytając się za łydkę.
Melody odeszła od okna.
- Jak mogłaś mi to zrobić? - wyszeptała groźnym tonem.
- Cóż, nie zanosiło się na to, żebyś potrafiła wziąć sprawy w swoje ręce - odparła z przekonaniem jej starsza siostra.
- Niby po co miałabym cokolwiek robić? Przecież nawet go nie znam.
Melody oparła się o wypukłą, wyłożoną belkami ścianę i ukryła twarz w dłoniach.
- I co z tego?
- Tooo, że mam dosyć ludzi, którzy uważają mnie za dziwaczkę. Wiem, że ty absolutnie nie masz pojęcia o czym mówię, ale...
- Mogłabyś zmienić tę płytę, wiesz? - przerwała jej Candace, wstając z podłogi. - Już dawno przestałaś być Nochaliną. Jesteś atrakcyjna. Pogódź się z tym. Możesz mieć normalnych facetów. Opalonych, z dobrym wzrokiem, a nie dziwolągów potykających się o węże ogrodowe.
Zamknęła z trzaskiem okno.
- Chcesz do końca życia używać swoich ust wyłącznie jako etui na zęby?
Melody poczuła znajome mrowienie w kącikach oczu. Wyschło jej w gardle, wargi zaczęły drżeć, a oczy piec. W końcu tama puściła. Po policzkach zaczęły spływać łzy, które, opadając na ziemię, przypominały miniaturowych, słonych spadochroniarzy. Bolało ją, że Candace była przekonana, iż nigdy się nie całowała. Nie wiedziała, jak przekonać swoją siostrę - siedemnastolatkę z rekordową liczbą randek, że Randy, chłopak z McDonalda (znany również jako Syfburger, przez swoje niezliczone ślady po trądziku) potrafił naprawdę świetnie całować.
- Może to wcale nie jest takie łatwe, co? - powiedziała Melody. Chowała w dłoniach mokrą od płaczu twarz. - To twoim marzeniem było bycie piękną. Ja najbardziej w świecie chciałam śpiewać. I nie udało mi się.
- W takim razie skorzystaj trochę z dóbr mojego świata - zaproponowała Candace i pomalowała usta błyszczykiem. - To chyba lepsze od ciągłego użalania się nad sobą.
Melody nie wiedziała, jak wytłumaczyć siostrze, co dokładnie czuje - sama nie do końca to rozumiała.
- Candace, moja uroda to jakaś ściema. Dzieło skalpela. Nie należy do mnie.
Starsza z sióstr niecierpliwie przewróciła oczami.
- Jakbyś się czuła, gdybyś dostała szóstkę ze sprawdzianu, na którym wszystko ściągnęłaś? - drążyła Melody, szukając argumentów.
- To zależy - odparła Candace. - Zostałam na tym przyłapana?
Melody odrzuciła głowę do tyłu, wybuchając głośnym śmiechem. O mały włos smarki z nosa wyleciałyby jej na koszulkę, ale otarła je ręką, nim siostra zdążyła cokolwiek zobaczyć.
- Za dużo o tym wszystkim myślisz - stwierdziła Candace, po czym przewiesiła torebkę przez ramię i z uznaniem spojrzała na swój dekolt. - Jeszcze nigdy nie wyglądałam tak dobrze.
Wyciągnęła dłoń i pomogła Melody wstać.
- Najwyższa pora nauczyć tutejszych dzikusów, co znaczy słowo "couture".
Zmierzyła wzrokiem spoconą koszulkę siostry i jej wypchane dżinsy.
- Pozwól, że to ja będę mówić - dodała.
- Jak zawsze - westchnęła Melody.
Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Dedykacja
Prolog
Rozdział 1. Świeżo odkryta atrakcyjność
Rozdział 2. Grubymi nićmi szyta
Rozdział 3. Facet z dostawą do domu
Rozdział 4. Prosto spod igły
Rozdział 5. Mistrz podrywu ucieka
Rozdział 6. Nic nie jest jak (s)zwykle
Rozdział 7. Strefa nieprzyjaciela
Rozdział 8. Iskrzy! Iskrzy!
Rozdział 9. Operacja "Usta-Usta"
Rozdział 10. Śruby i cała reszta
Rozdział 11. O faceta trzeba walczyć do końca
Rozdział 12. RIP
Zagubiony Rozdział (którego pechowy numer nie powinien się tu pojawić)
Rozdział 14. Kryj się i krzycz
Rozdział 15. Miłość ci wszystko wypaczy
Rozdział 16. Uwaga! Niebezpieczne pocałunki!
Rozdział 17. Tańcz i rób, co chcesz
Rozdział 18. Gorąco jak w piekle
Rozdział 19. Chyłkiem, ukradkiem
Rozdział 20. Przepraszam, czy tu straszą?
Rozdział 21. Głowa do góry!
Rozdział 22. Monster High
Rozdział 23. Strachy na Lachy
Rozdział 24. Zawsze do usług
Rozdział 25. Dziewczyno, ale masz kopa!
Rozdział 26. W atrakcyjnym nieładzie
Rozdział 27. Pozytywnie naładowana
Podziękowania
Książki z serii Monster High
Skrzydełko
Okładka