Monna Vanna - Maurice Maeterlinck

Kup ebooka

19.49 zł
15.98 zł (15,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena I

Komnata w pałacu Gwida Colonny.
Gwido i jego namiestnicy Borso i Torello, stoją przy otwartem oknie, za którem widać pola, otaczające Pizę.
Gwido.

Ostateczność, do jakiej doprowadzeni zostaliśmy, zmusiła Sinioriję przyznać się do klęsk, długo ukrywanych. Obie armie, które Wenecya na pomoc nam wysłała, oblegane są przez wojska florenckie: jedna w Bibiena, druga w Elci. Przejścia przy Vernia, Chiusi i Montalone, Arezzo i wąwozy Casentino, są w ręku wroga. Odcięci jesteśmy od świata i oddani na pastwę nienawidzącej nas Florencyi, która nie przebacza, gdy nie drży. Lud i żołnierze nie wiedzą jeszcze o naszych klęskach, ale coraz bardziej niepokojące wieści już krążą. Co uczynią, gdy prawdę usłyszą?... Ich gniew i rozpacz zwali się na nas i na Sinioriję. Są rozjątrzeni, doprowadzeni do szału trzymiesięcznem oblężęniem, bohaterstwem bezużytecznem, głodem i cierpieniami, jakie niewiele innych miast zniosło. Gdy zniknie jedyna nadzieja, utrzymująca nadwątlone posłuszeństwo, bunt zawrze, a po nim wtargnięcie nieprzyjaciela i koniec Pizy!...

Borso.

Moi ludzie nie mają ani jednej strzały, ani jednego pocisku. Napróżno przewracalibyśmy beczki, stojące w podziemiach, niema już w nich ani uncyi prochu.

Torello.

Ostatnią kulę armatnią wyrzuciłem wczoraj na bateryę Sant-Antonio i na wieżę Stampace. Nawet Stradioci, nie mając już innej broni prócz mieczy, na szańce iść nie chcą.

Borso.

Spojrzyj na wybity działami Prinzivalla wyłom w murach, bronionych przez posiłki weneckie... Mieć musi około pięćdziesięciu sążni. Łatwo przemknie się przezeń stado owiec. Nikt przy nim utrzymać się nie może. Piechota romańska, Słoweńcy i Albańczycy za-powiedzieli powszechną dezercyę, jeśli kapitulacya dziś wieczór podpisaną nie będzie.

Gwido.

Dziesięć dni mija, jak Siniorija wysyłała trzykrotnie trzech starszych z rady dla traktowania o pod-danie się. Nie wrócili dotąd...

Torello.

Prinzivalle nie może nam przebaczyć mordu, jakiego ofiarą padł namiestnik jego Antonio Reno, zarzezany na ulicach miasta przez rozjuszonych chłopów. Florencya korzysta z tego, by nas za wyjętych z pod prawa uważać. Zamierza z nami, jak z barbarzyńcami postąpić.

Gwido.

Dla wyjaśnienia i usprawiedliwienia czynu, jakiego się dopuścił tłum rozszalały - motłoch, którego nie mogliśmy powstrzymać - wysłałem do obozu ojca własnego. Święty to zakładnik! nie wrócił dotąd...

Borso.

Od tygodnia gród nasz jest zewsząd otwarty, mury rozsypują się w gruzy, a działa nasze milczą. Dlaczegóż Prinzivalle nie przypuszcza szturmu?... Czy lęka się podstępu? Czy zbrakło mu odwagi? Czy Florencya przysłała mu jakie tajne rozkazy?

Gwido.
Rozkazy Florencyi są zawsze tajemne, lecz zamiary jawne. Oddawna Piza była wierną aliantką Wenecyi, zatrważający przykład dając mniejszym miastom Toskanii. Należy więc rzeczpospolitą pizańską zniszczyć do szczętu... Powoli, umiejętnie i skrycie zatruwano nas wojowniczym jadem. Wywoływano okrucieństwa i wiarołomstwa niezwykłe, by usprawiedliwić rychłą zemstę. Nie bez racyi podejrzewam, że to jej podżegacze popchnęli chłopów naszych do zamordowania Rena. Nie bez racyi również, jak sądzę, wysłała przeciw nam najsroższego barbarzyńcę z pośród swoich rycerzy najemnych, dzikiego Prinzivalle, który złowróżbnie się wsławił przy rabunku Piacency. Wytępiwszy, jakby od niechcenia, wszystkich zbrojnych mężczyzn, wystawił potem, niby niewolnice, pięć tysięcy wolnych kobiet na sprzedaż.
Borso.

Mylono się w tym względzie. To nie Prinzivalle, lecz komisarz Florencyi nakazał rzeź i sprzedaż. Nie widziałem Prinzivalla nigdy, lecz znał go jeden z braci moich. Pochodzeniem jest on barbarzyniec. Ojciec jego był, zda się, Bretończykiem, czy Baskiem, lecz w Wenecyi osiadł i tam sklep złotniczy otworzył. Nizkiego rodu człowiekiem jest w rzeczy samej, lecz nie dzikim, za jakiego go podają. Gwałtowny ma być podobno, fantasta i groźny rozpustnik, lecz prawy. Miecz mój oddam mu chętnie...

Gwido.

Nie oddawaj dopóki bronić się nim możesz. Ujrzym go przy działaniu, a wtedy dopiero dowiemy się, który z nas ma słuszność. Tymczasem pozostaje nam tylko los ludzi, którzy nie chcą dać się zarznąć, nie prostując hardo głowy i nie wznosząc w górę ramienia. Trzeba naprzód zawiadomić żołnierzy, obywateli i chroniących się w naszych murach wieśniaków o prawdzie całej. Niech się dowiedzą, że kapitulacyi nam nie ofiarowano; że nie chodzi tu o jedną z owych pokojowych wojen, w których dwa wojska biją się od świtu do zachodu słońca, by w walce trzech rannych na polu boju pozostawić, ani o jedno z bratnich oblężeń, w którem zwycięzca staje się wkrótce gościem i druhem zwyciężonego. Są to zapasy, w których niema przebaczenia, w których życie i śmierć naprzeciw siebie stają, w których żony nasze i dzieci...