Komnata w pałacu Gwida Colonny.
Gwido
i jego namiestnicy Borso
i Torello,
stoją przy otwartem oknie, za którem widać pola, otaczające
Pizę.
Gwido.
Ostateczność, do jakiej doprowadzeni zostaliśmy, zmusiła
Sinioriję przyznać się do klęsk, długo ukrywanych. Obie armie,
które Wenecya na pomoc nam wysłała, oblegane są przez wojska
florenckie: jedna w Bibiena, druga w Elci. Przejścia przy Vernia,
Chiusi i Montalone, Arezzo i wąwozy Casentino, są w ręku wroga.
Odcięci jesteśmy od świata i oddani na pastwę nienawidzącej nas
Florencyi, która nie przebacza, gdy nie drży. Lud i żołnierze nie
wiedzą jeszcze o naszych klęskach, ale coraz bardziej niepokojące
wieści już krążą. Co uczynią, gdy prawdę usłyszą?... Ich gniew i
rozpacz zwali się na nas i na Sinioriję. Są rozjątrzeni,
doprowadzeni do szału trzymiesięcznem oblężęniem, bohaterstwem
bezużytecznem, głodem i cierpieniami, jakie niewiele innych miast
zniosło. Gdy zniknie jedyna nadzieja, utrzymująca nadwątlone
posłuszeństwo, bunt zawrze, a po nim wtargnięcie nieprzyjaciela i
koniec Pizy!...
Borso.
Moi ludzie nie mają ani jednej strzały, ani jednego
pocisku. Napróżno przewracalibyśmy beczki, stojące w podziemiach,
niema już w nich ani uncyi prochu.
Torello.
Ostatnią kulę armatnią wyrzuciłem wczoraj na bateryę
Sant-Antonio i na wieżę Stampace. Nawet Stradioci, nie mając już
innej broni prócz mieczy, na szańce iść nie chcą.
Borso.
Spojrzyj na wybity działami Prinzivalla wyłom w murach,
bronionych przez posiłki weneckie... Mieć musi około pięćdziesięciu
sążni. Łatwo przemknie się przezeń stado owiec. Nikt przy nim
utrzymać się nie może. Piechota romańska, Słoweńcy i Albańczycy
za-powiedzieli powszechną dezercyę, jeśli kapitulacya dziś wieczór
podpisaną nie będzie.
Gwido.
Dziesięć dni mija, jak Siniorija wysyłała trzykrotnie
trzech starszych z rady dla traktowania o pod-danie się. Nie
wrócili dotąd...
Torello.
Prinzivalle nie może nam przebaczyć mordu, jakiego ofiarą
padł namiestnik jego Antonio Reno, zarzezany na ulicach miasta
przez rozjuszonych chłopów. Florencya korzysta z tego, by nas za
wyjętych z pod prawa uważać. Zamierza z nami, jak z barbarzyńcami
postąpić.
Gwido.
Dla wyjaśnienia i usprawiedliwienia czynu, jakiego się
dopuścił tłum rozszalały - motłoch, którego nie mogliśmy
powstrzymać - wysłałem do obozu ojca własnego. Święty to zakładnik!
nie wrócił dotąd...
Borso.
Od tygodnia gród nasz jest zewsząd otwarty, mury rozsypują
się w gruzy, a działa nasze milczą. Dlaczegóż Prinzivalle nie
przypuszcza szturmu?... Czy lęka się podstępu? Czy zbrakło mu
odwagi? Czy Florencya przysłała mu jakie tajne rozkazy?
Gwido.
Rozkazy Florencyi są zawsze tajemne, lecz zamiary jawne. Oddawna
Piza była wierną aliantką Wenecyi, zatrważający przykład dając
mniejszym miastom Toskanii. Należy więc rzeczpospolitą pizańską
zniszczyć do szczętu... Powoli, umiejętnie i skrycie zatruwano nas
wojowniczym jadem. Wywoływano okrucieństwa i wiarołomstwa
niezwykłe, by usprawiedliwić rychłą zemstę. Nie bez racyi
podejrzewam, że to jej podżegacze popchnęli chłopów naszych do
zamordowania Rena. Nie bez racyi również, jak sądzę, wysłała
przeciw nam najsroższego barbarzyńcę z pośród swoich rycerzy
najemnych, dzikiego Prinzivalle, który złowróżbnie się wsławił przy
rabunku Piacency. Wytępiwszy, jakby od niechcenia, wszystkich
zbrojnych mężczyzn, wystawił potem, niby niewolnice, pięć tysięcy
wolnych kobiet na sprzedaż.
Borso.
Mylono się w tym względzie. To nie Prinzivalle, lecz
komisarz Florencyi nakazał rzeź i sprzedaż. Nie widziałem
Prinzivalla nigdy, lecz znał go jeden z braci moich. Pochodzeniem
jest on barbarzyniec. Ojciec jego był, zda się, Bretończykiem, czy
Baskiem, lecz w Wenecyi osiadł i tam sklep złotniczy otworzył.
Nizkiego rodu człowiekiem jest w rzeczy samej, lecz nie dzikim, za
jakiego go podają. Gwałtowny ma być podobno, fantasta i groźny
rozpustnik, lecz prawy. Miecz mój oddam mu chętnie...
Gwido.
Nie oddawaj dopóki bronić się nim możesz. Ujrzym go przy
działaniu, a wtedy dopiero dowiemy się, który z nas ma słuszność.
Tymczasem pozostaje nam tylko los ludzi, którzy nie chcą dać się
zarznąć, nie prostując hardo głowy i nie wznosząc w górę ramienia.
Trzeba naprzód zawiadomić żołnierzy, obywateli i chroniących się w
naszych murach wieśniaków o prawdzie całej. Niech się dowiedzą, że
kapitulacyi nam nie ofiarowano; że nie chodzi tu o jedną z owych
pokojowych wojen, w których dwa wojska biją się od świtu do zachodu
słońca, by w walce trzech rannych na polu boju pozostawić, ani o
jedno z bratnich oblężeń, w którem zwycięzca staje się wkrótce
gościem i druhem zwyciężonego. Są to zapasy, w których niema
przebaczenia, w których życie i śmierć naprzeciw siebie stają, w
których żony nasze i dzieci...