Mona - Dan Sehlberg

-
Proszę czekać

Sztokholm, Szwecja

Zo­sta­ło jesz­cze ja­kieś trzy­dzie­ści mi­nut. Kie­dy tak sie­dział i cze­kał, za­padł w drzem­kę. Wy­dru­ki wy­su­nę­ły się z tecz­ki i upa­dły na sza­rą ka­mien­ną pod­ło­gę sali kon­fe­ren­cyj­nej, two­rząc na niej ko­lo­ro­wy wzór. Nie pod­no­sił ich, pró­bo­wał zna­leźć wy­god­niej­szą po­zy­cję na twar­dym biu­ro­wym krze­śle. Przez jego du­szę prze­pły­wa­ły naj­pięk­niej­sze dźwię­ki na świe­cie.

Otwo­rzy­ły się drzwi, a za nimi stał mło­dy stu­dent in­ży­nie­rii o ster­czą­cych czar­nych wło­sach i pie­go­wa­tej twa­rzy. Coś po­wie­dział. Eric nie­chęt­nie roz­stał się z To­scą - jed­na słu­chaw­ka iPo­da zo­sta­ła w uchu.

- Chce pan colę ra­ko­twór­czą czy zwy­kłą?

Eric prze­wró­cił oczy­ma.

- Je­że­li cho­dzi ci o colę li­ght, to po­pro­szę. A ta gad­ka o raku to zwy­kłe bred­nie. Nie sły­sza­łem, żeby ktoś umarł od pi­cia coca-coli.

Stu­dent pró­bo­wał nie zwra­cać uwa­gi na po­kry­wa­ją­ce pod­ło­gę wy­dru­ki.

- Okej, pro­fe­so­rze. Sta­wiam na ka­te­drze.

Eric po­ki­wał gło­wą i od­chy­lił się do tyłu.

- Po­pro­szę z lo­dem i cy­try­ną.

Wło­żył słu­chaw­kę do ucha i wró­cił do mu­zy­ki.

Po­my­ślał o zbli­ża­ją­cym się wy­kła­dzie. Se­kre­ta­riat oznaj­mił, że zgło­si­ło się ja­kieś sto osób. Dzi­siej­sze wy­stą­pie­nie wią­za­ło się ze stresz­cze­niem jego ba­dań, miał więc pły­wać po zna­jo­mych wo­dach. Wie­dział, gdzie są rafy. To­sca wła­śnie po­ja­wi­ła się w wię­zie­niu i śpie­wa­ła swo­je­mu ska­za­ne­mu na śmierć ma­la­rzo­wi. Amor che sep­pe a te vita ser­ba­re. Na­sza go­rą­ca mi­łość przy­wró­ci ci ży­cie.

Eric prze­stał sku­piać się na wy­kła­dzie i wró­cił my­śla­mi do noc­nej scy­sji. Pod bia­łą ko­szu­lą miał głę­bo­kie za­dra­pa­nia. Ko­cha­li się. Kie­dy Han­na, dy­go­cząc, wy­mam­ro­ta­ła go­rącz­ko­we "nie" i pró­bo­wa­ła go od sie­bie ode­pchnąć, on sta­wił opór. Nie prze­sta­wał. Czu­ła, co robi, i pró­bo­wa­ła się bro­nić. Tak wy­glą­da­ło ich po­jed­na­nie. On był po pro­stu pi­ja­ny jej za­pa­chem. Odu­rzo­ny jej spo­co­ną szy­ją. Nie mógł i nie chciał słu­chać. Kie­dy było już za póź­no, przy­tu­li­ła go moc­no do sie­bie. Przy­ję­ła. Kie­dy po­tem, dy­sząc, le­żał z twa­rzą za­to­pio­ną w jej wło­sach, pła­ka­ła. Naj­pierw były to tyl­ko ci­che chlip­nię­cia. Po chwi­li płacz zroz­pa­czo­nej ko­bie­ty.

- Ty dra­niu! Ty prze­klę­ta, pier­do­lo­na świ­nio!

Po­dra­pa­ła go.

W drzwiach uka­zał się pie­go­wa­ty stu­dent. Eric rzu­cił okiem na ze­ga­rek i po­ki­wał gło­wą. Prze­rwał w po­ło­wie fi­na­ło­we­go du­etu, wstał i ru­szył za stu­den­tem do po­ło­żo­nej nie­da­le­ko auli F2. Jak tyl­ko wszedł na po­dium i sta­nął koło mów­ni­cy, zo­ba­czył, że ktoś - praw­do­po­dob­nie Pie­go­wa­ty - przy­kle­ił na jego szklan­ce z colą li­ght logo szwedz­kiej Fun­da­cji na rzecz Wal­ki z Ra­kiem. Hu­mor ro­dem z KTH, sztok­holm­skie­go Kró­lew­skie­go In­sty­tu­tu Tech­no­lo­gicz­ne­go.

Szmer w sali ucichł. Eric od­chrząk­nął i omiótł spoj­rze­niem ze­bra­nych. Nie roz­po­znał ni­ko­go, ale też w cią­gu ostat­nie­go roku nie miał zbyt du­że­go kon­tak­tu ze stu­den­ta­mi.

- Dzień do­bry. Na­zy­wam się Eric Söde­rqvist i sie­dem­na­ście lat temu ukoń­czy­łem czte­ro­let­nie stu­dia in­ży­nier­skie. Spe­cjal­ność: tech­ni­ki kom­pu­te­ro­we. Na­stęp­nie wciąż zgłę­bia­łem za­gad­nie­nia nauk ob­li­cze­nio­wych. Pięć lat temu obro­ni­łem dok­to­rat z BCI, bra­in-com­pu­ter in­ter­fa­ce, czy­li współ­pra­cy mię­dzy kom­pu­te­rem a mó­zgiem. Od po­nad roku kie­ru­ję pro­jek­tem ba­daw­czym o na­zwie Mind Surf. To przed­się­wzię­cie in­ter­dy­scy­pli­nar­ne, łą­czą­ce szczy­to­we osią­gnię­cia neu­ro­lo­gii z naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ną tech­ni­ką kom­pu­te­ro­wą. Współ­pra­cu­je­my z In­sty­tu­tem Ka­ro­lin­ska oraz Uni­wer­sy­te­tem Kio­to, a mój ze­spół zło­żył w tej dzie­dzi­nie nie­je­den wnio­sek pa­ten­to­wy. Mam na­dzie­ję, że za­nim moje czter­dzie­ści pięć mi­nut się skoń­czy, będą pań­stwo rów­nie za­pa­le­ni do tego po­my­słu jak ja.

W auli za­pa­dła ci­sza. Eric wziął do ręki pi­lo­ta i wy­świe­tlił pierw­szy slajd.

- W mó­zgu mie­ści się po­nad sto mi­liar­dów ko­mó­rek ner­wo­wych. Licz­by sy­naps, czy­li punk­tów kon­tak­to­wych, w któ­rych im­pul­sy ner­wo­we prze­ka­zy­wa­ne są z jed­nej ko­mór­ki do dru­giej, nie je­ste­śmy w sta­nie okre­ślić. Wraz z włók­na­mi ner­wo­wy­mi two­rzą one sieć o ogrom­nej mocy. Sny, wspo­mnie­nia, uczu­cia, ru­chy i wra­że­nia zmy­sło­we są prze­twa­rza­ne w cią­głych syn­te­zach. Choć współ­cze­śnie naj­wię­cej ba­dań na­uko­wych po­świę­co­nych jest wła­śnie mó­zgo­wi, o na­szym bio­lo­gicz­nym su­per­kom­pu­te­rze wciąż wie­my bar­dzo nie­wie­le.

Ko­lej­ne klik­nię­cie, ko­lej­ny slajd.

- Ży­je­my dziś co­raz dłu­żej i co­raz zdro­wiej, w du­żej mie­rze dzię­ki nie­spo­ty­ka­nym wcze­śniej po­stę­pom me­dy­cy­ny i tech­ni­ki. Mamy sku­tecz­niej­sze leki. Mamy za­awan­so­wa­ny sprzęt, jak na przy­kład roz­rusz­ni­ki ser­ca, pro­te­zy i wie­le mniej lub bar­dziej za­awan­so­wa­nych po­mo­cy dla nie­peł­no­spraw­nych. W ostat­nim dzie­się­cio­le­ciu roz­wi­nę­li­śmy się, je­że­li cho­dzi o prze­szcze­py. Za­czę­li­śmy do­strze­gać moż­li­wo­ści, ja­kie dają ba­da­nia ge­ne­tycz­ne i ho­dow­la ko­mó­rek ma­cie­rzy­stych. Jed­nak to wszyst­ko wciąż nie po­pra­wia sy­tu­acji mi­lio­nów lu­dzi zma­ga­ją­cych się z po­waż­ny­mi uszko­dze­nia­mi mó­zgu.

Zdję­cia uka­zy­wa­ły zna­ne oso­by cier­pią­ce na zna­ne cho­ro­by.

- W sa­mych tyl­ko Sta­nach Zjed­no­czo­nych żyje po­nad pięć mi­lio­nów lu­dzi z nie­od­wra­cal­ny­mi uszko­dze­nia­mi mó­zgu, dwa mi­lio­ny spa­ra­li­żo­wa­nych, mi­lion z cho­ro­bą Par­kin­so­na i mi­lion nie­wi­do­mych. Poza tym dwa­dzie­ścia mi­lio­nów nie­sły­szą­cych. Do tego do­cho­dzą pa­cjen­ci po uda­rze mó­zgu i cier­pią­cy na zwią­za­ne z tym cho­ro­by, ta­kie jak choć­by de­pre­sja. Wie­le z tych cho­rób i uszko­dzeń wy­ni­ka z nie­zdol­no­ści mó­zgu do in­ter­pre­ta­cji bodź­ców i wy­sy­ła­nia po­le­ceń do mię­śni i ner­wów. Efek­tem może być śle­po­ta, nie­zdol­ność do po­ro­zu­mie­wa­nia się, czę­ścio­wy lub cał­ko­wi­ty pa­ra­liż.

Eric wy­pił łyk na­po­ju ga­zo­wa­ne­go i pu­ścił oko do pie­go­wa­te­go stu­den­ta, któ­ry sie­dział w pierw­szym rzę­dzie.

- Pro­ce­sor kom­pu­te­ro­wy pod wie­lo­ma wzglę­da­mi przy­po­mi­na ludz­ki mózg. Pra­cu­je w sys­te­mie bi­nar­nym, a tak­że po­ro­zu­mie­wa się za po­śred­nic­twem im­pul­sów. Po­do­bień­stwa spra­wia­ją, że da się po­łą­czyć oba te sys­te­my. We współ­dzia­ła­niu kom­pu­te­ra z czło­wie­kiem zna­leźć moż­na roz­wią­za­nie wie­lu wspo­mnia­nych wcze­śniej pro­ble­mów. Na tym wła­śnie po­le­ga moja mi­sja. Pra­cu­ję nad stwo­rze­niem sys­te­mów kom­pu­te­ro­wych ste­ro­wa­nych my­śla­mi. I sys­te­mów my­ślo­wych ste­ro­wa­nych kom­pu­te­rem.

Po­zwo­lił swo­im sło­wom wy­brzmieć, po czym wy­świe­tlił zdję­cie fal mó­zgo­wych na za­pi­sie EEG.

- Pro­gram BCI in­ter­pre­tu­je ak­tyw­ność neu­ro­nal­ną i tłu­ma­czy ją na po­le­ce­nia cy­fro­we. Elek­tro­dy re­je­stru­ją my­śli, któ­re po­tem, za po­śred­nic­twem kom­pu­te­ra, kon­tro­lu­ją na przy­kład pro­te­zy me­cha­nicz­ne albo cy­fro­we sys­te­my ko­mu­ni­ka­cji. W ten spo­sób moż­na przy­wró­cić funk­cje mo­to­rycz­ne utra­co­ne w wy­ni­ku uda­ru mó­zgu, ura­zu krę­go­słu­pa, stward­nie­nia roz­sia­ne­go czy ALS. Spa­ra­li­żo­wa­ni mogą ste­ro­wać róż­ne­go ro­dza­ju urzą­dze­nia­mi wspo­ma­ga­ją­cy­mi i po­ru­szać się za po­mo­cą pro­tez. Moż­li­wo­ści są nie­skoń­czo­ne.

Eric włą­czył frag­ment fil­mu.

- Wi­dzą pań­stwo mał­pę, któ­ra na­uczy­ła się ste­ro­wać ra­mie­niem ro­bo­ta, żeby do­stać po­ży­wie­nie. Mał­pa kie­ru­je ra­mie­niem przy uży­ciu joy­stic­ka. Te­raz ba­da­cze odłą­cza­ją joy­stick. Wi­dzą pań­stwo, że mimo to ra­mię nadal po­da­je mał­pie je­dze­nie. Jak to moż­li­we?

W sali za­pa­dła ci­sza.

- Otóż mał­pa nie wie, że joy­stick jest odłą­czo­ny, i dla­te­go ste­ru­je nim nadal, siłą wła­snych my­śli. Sys­tem BCI od­czy­tu­je te my­śli i kon­wer­tu­je je do po­sta­ci cy­fro­wych ko­mend od­po­wia­da­ją­cych tym wy­sy­ła­nym przez joy­stick. Mał­pa nadal chwy­ta je­dze­nie. Te­raz jed­nak wy­łącz­nie za po­mo­cą my­śli.

Po sali prze­szedł szmer.

- To wcze­sna wer­sja BCI. Dziś je­ste­śmy o wie­le da­lej. Po­tra­fi­my tłu­ma­czyć za­rów­no ko­men­dy kom­pu­te­ra na my­śli, jak i my­śli na ko­men­dy kom­pu­te­ra. Po­tra­fi­my pusz­czać mu­zy­kę nie­sły­szą­cym. Wy­świe­tlać fil­my nie­wi­do­mym. A to do­pie­ro po­czą­tek. BCI da lu­dziom z cięż­ką nie­peł­no­spraw­no­ścią zu­peł­nie nowe szan­se na god­ne ży­cie w spo­łe­czeń­stwie.

Eric wszedł w świa­tło pro­jek­to­ra i ob­ra­zy na­ło­ży­ły się na jego twarz, przy­po­mi­na­jąc ta­tu­aże z hen­ny.

- Rzecz ja­sna ist­nie­je mnó­stwo in­nych ob­sza­rów za­sto­so­wań, na przy­kład gry wi­deo. Na­wet ame­ry­kań­skie woj­sko in­we­stu­je mi­liar­dy do­la­rów w ba­da­nia nad BCI. Pro­szę so­bie wy­obra­zić sys­tem zbroj­ny ste­ro­wa­ny my­śla­mi.

Wziął jesz­cze je­den łyk coli i zer­k­nął na ze­ga­rek. Zo­sta­ło dzie­sięć mi­nut. Musi przy­spie­szyć.

- Naj­czę­ściej mie­rzy­my sy­gnał EEG, na po­wierzch­ni gło­wy, oraz ECoG, bez­po­śred­nio na mó­zgu. Pro­wa­dzi­my tak­że lo­kal­ną re­je­stra­cję po­ten­cja­łów czyn­no­ścio­wych, czy­li im­pul­sów ner­wo­wych.

Eric przy­wo­łał na ekran logo KTH.

- A co ro­bi­my aku­rat w Szwe­cji? Sta­ra­my się po­łą­czyć naj­now­sze osią­gnię­cia neu­ro­me­dy­cy­ny z naj­no­wo­cze­śniej­szą tech­no­lo­gią kom­pu­te­ro­wą. Wcze­śniej na­po­ty­ka­li­śmy pro­ble­my z in­ter­fej­sem, in­a­czej mó­wiąc kon­tak­tem, mię­dzy kom­pu­te­rem a użyt­kow­ni­kiem. Naj­bar­dziej efek­tyw­ne sys­te­my BCI opie­ra­ją się na im­plan­tach pod­twar­dów­ko­wych. Ozna­cza to, że sen­so­ry mu­szą zo­stać umiesz­czo­ne pod czasz­ką, co wy­ma­ga in­ter­wen­cji chi­rur­gicz­nej. To zaś nie­sie ze sobą ry­zy­ko: or­ga­nizm może na przy­kład od­rzu­cić cia­ło obce, może też wy­wią­zać się in­fek­cja. Wcze­śniej­szy sys­tem, w któ­rym czuj­ni­ki umiesz­cza­no na ze­wnątrz czasz­ki, re­je­stro­wał bar­dzo sła­be fale alfa i beta, i dla­te­go ogra­ni­czał się do pro­stych funk­cji. Opra­co­wa­li­śmy jed­nak zu­peł­nie nowy ro­dzaj żelu do elek­trod.

Na zdję­ciu uka­za­ła się kup­ka li­lio­we­go flu­ore­scen­cyj­ne­go żelu.

- Wspól­nie z Uni­wer­sy­te­tem Kio­to pro­wa­dzi­li­śmy ba­da­nia, dzię­ki któ­rym uda­ło się po­zy­skać tę uni­kal­ną sub­stan­cję: żel opar­ty na na­no­tech­no­lo­gii. Zbu­do­wa­ny z nie­zwy­kle ma­łych prze­wo­dzą­cych czą­ste­czek wchła­nia­nych przez czasz­kę. Każ­da czą­stecz­ka po­zo­sta­je w cią­głym kon­tak­cie z są­sied­nią. Ab­sorp­cję tę moż­na po­rów­nać do dzia­ła­nia pla­stra ni­ko­ty­no­we­go, choć w tym przy­pad­ku do­cho­dzi jesz­cze zdol­ność prze­wo­dze­nia im­pul­sów elek­trycz­nych. Dzię­ki temu moż­na na­wią­zać bez­po­śred­ni kon­takt z mó­zgiem. Pro­szę na to spoj­rzeć jak na prze­cho­dzą­cy przez skó­rę ka­bel. Nie­mal rów­nie re­wo­lu­cyj­ną czę­ścią na­szych ba­dań jest sam hełm sen­so­ro­wy. Wy­glą­da wpraw­dzie jak cze­pek do ką­pie­li, ale jest o wie­le bar­dziej za­awan­so­wa­ny. Skła­da się z pięć­dzie­się­ciu elek­trod po­kry­wa­ją­cych gło­wę na wzór fali. Czub­ki elek­trod wcho­dzą po­nad dwa mi­li­me­try w głąb skó­ry.

Eric do­strzegł gry­mas na nie­któ­rych twa­rzach i po­spiesz­nie do­dał:

- Żel za­wie­ra pre­pa­rat znie­czu­la­ją­cy miej­sco­wo, co w pew­nym stop­niu zmniej­sza dys­kom­fort wy­wo­ła­ny pięć­dzie­się­cio­ma igła­mi. Pe­ne­tra­cja czuj­ni­ka­mi i ab­sorp­cja żelu za­pew­nia­ją bar­dzo sil­ny kon­takt z mó­zgiem bez ko­niecz­no­ści in­ter­wen­cji chi­rur­gicz­nej. Sto­su­je­my to roz­wią­za­nie jako je­dy­ni na świe­cie, a wnio­sek pa­ten­to­wy już zo­stał zło­żo­ny.

Nie był w sta­nie ukryć dumy. Ko­lej­ny slajd.

- Po­nad­to zna­leź­li­śmy spo­sób, żeby za po­mo­cą spe­cjal­nie skie­ro­wa­nych elek­trod i na­sze­go na­no­że­lu na­wią­zać kon­takt z dru­gim ner­wem czasz­ko­wym, bar­dziej zna­nym jako nerw wzro­ko­wy. Dzię­ki po­łą­cze­niu się z chia­sma opti­cum, skrzy­żo­wa­niem wzro­ko­wym tuż za siat­ków­ką, je­ste­śmy w sta­nie prze­sy­łać trój­wy­mia­ro­we ob­ra­zy pro­sto do świa­do­mo­ści. Prze­wi­du­je­my, że dzię­ki opra­co­wa­ne­mu sys­te­mo­wi bę­dzie­my mo­gli dać cał­ko­wi­cie spa­ra­li­żo­wa­nym, a na­wet nie­wi­do­mym moż­li­wość lep­szej in­te­rak­cji z oto­cze­niem. No i wresz­cie po­świę­ci­li­śmy wie­le ty­się­cy go­dzin na opra­co­wa­nie pro­gra­mu ste­ru­ją­ce­go, któ­ry tłu­ma­czy ze­bra­ne sy­gna­ły mó­zgu. Pierw­szy in­te­li­gent­ny pro­gram, Mind Surf, umoż­li­wia nam sur­fo­wa­nie po trój­wy­mia­ro­wym in­ter­ne­cie. In­ter­ne­cie, któ­ry ist­nie­je tyl­ko w umy­śle, ale jed­no­cze­śnie jest bar­dziej żywy i re­al­ny niż co­kol­wiek in­ne­go. Bę­dzie­my mo­gli kon­tro­lo­wać ten trój­wy­mia­ro­wy świat na­szy­mi my­śla­mi, nie po­trze­bu­jąc do tego żad­ne­go za­awan­so­wa­ne­go szko­le­nia. Sta­ra­my się, żeby ob­słu­ga Mind Sur­fu była cał­ko­wi­cie in­tu­icyj­na. Czy ktoś z pań­stwa jest chęt­ny do prze­te­sto­wa­nia sys­te­mu?

Set­ka rąk wy­strze­li­ła w po­wie­trze. Eric ro­ze­śmiał się i odło­żył pi­lo­ta.

- To, co pań­stwu dzi­siaj po­ka­za­łem, to nie żad­na wi­zja przy­szło­ści. To się dzie­je tu i te­raz, w ra­mach naj­lep­szej in­sty­tu­cji świa­ta, Kró­lew­skie­go In­sty­tu­tu Tech­no­lo­gicz­ne­go. Dzię­ku­ję za uwa­gę.

Roz­le­gła się bu­rza okla­sków, kil­ka osób krzyk­nę­ło: "Hur­ra!". Eric ukło­nił się, wziął pusz­kę z colą i zszedł z po­dium. Kie­dy wró­cił do sali kon­fe­ren­cyj­nej, jego wy­dru­ki były sta­ran­nie uło­żo­ne na sto­le obok ak­tów­ki. Pie­go­wa­te­mu na­le­żą się po­dzię­ko­wa­nia. Po­zbie­rał swo­je rze­czy i wy­szedł z po­wro­tem na ko­ry­tarz. Na wy­świe­tla­czu te­le­fo­nu zo­ba­czył, że ma trzy nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nia. Dwa razy dzwo­ni­ła Han­na, raz Jens Wahl­berg. Za­czął od ła­twiej­sze­go.

Po­wie­trze na ze­wnątrz było nie­ru­cho­me, słoń­ce moc­no przy­grze­wa­ło. Prze­ciął mały pla­cyk, kie­ru­jąc się w stro­nę Lindstedt­svägen, i za­czął grze­bać w kie­sze­ni w po­szu­ki­wa­niu klu­czy­ka od sa­mo­cho­du. Jens ode­brał po dru­gim sy­gna­le.

- Ach, ty ży­jesz!

Eric otwo­rzył vo­lvo mo­del XC60 i spoj­rzał na tkwią­cy za wy­cie­racz­ką man­dat za par­ko­wa­nie.

- Dla­cze­go miał­bym nie żyć? Wiesz coś, o czym ja nie wiem?

Jens par­sk­nął śmie­chem, od któ­re­go w ma­łej słu­chaw­ce za­trzesz­cza­ło.

- Nie, pta­szek, czy ra­czej orzeł, pięk­ny bie­lik, szep­nął mi co nie­co do ucha.

Eric wes­tchnął i wy­je­chał na Drot­t­ning Kri­sti­nas väg.

- Roz­ma­wia­łeś z Han­ną.

Jens od­chrząk­nął.

- Roz­ma­wia­łem z Han­ną. Je­zus Ma­ria, Eric. Po tej roz­mo­wie za­sta­na­wia­łem się, czy nie zejść do na­czel­ne­go i nie po­pro­sić, żeby zmie­ni­li wie­czor­ny na­głó­wek. "Pro­fe­so­ro­wi KTH gro­żo­no śmier­cią".

Eric po­krę­cił gło­wą i skrzy­wił się z bólu, rana na ple­cach dała o so­bie znać. Na Val­hal­la­vägen było gę­sto.

- Co po­wie­dzia­ła?

- Nie po­wta­rzam wszyst­kich wy­ga­dy­wa­nych przez cie­bie bzdur. I to dzia­ła w obie stro­ny. Ale była roz­cza­ro­wa­na. Ogól­nie rzecz bio­rąc, mówi, że na­ci­skasz na dziec­ko. I to tyl­ko po to, by uwię­zić ją w mał­żeń­stwie, któ­re już daw­no po­win­no się spu­ścić w klo­pie.

- Po­wie­dzia­ła "spu­ścić w klo­pie"?

- Nie. Ale ro­zu­miesz, o co cho­dzi. Co po­ra­biasz?

Eric wpadł w złość. Co Jens tak na­praw­dę wie­dział? Jako naj­lep­szy przy­ja­ciel po­wi­nien go wspie­rać, a nie wy­gła­szać mu ka­za­nia. W domu miał ich pod do­stat­kiem. Jens był tak­że przy­ja­cie­lem Han­ny, ale przede wszyst­kim był męż­czy­zną. Męż­czyź­ni po­win­ni trzy­mać się ra­zem.

Dla Jen­sa wszyst­ko było ta­kie pro­ste. Uno­sił się wy­so­ko po­nad po­lem bi­twy, gna­ny ta­ki­mi wia­tra­mi, ja­kie sam wy­bie­rał. Z tej od­le­gło­ści wszyst­kie kon­flik­ty sta­wa­ły się małe i abs­trak­cyj­ne. Te­raz jed­nak cho­dzi­ło o praw­dzi­wą lo­jal­ność, więc, do cho­le­ry, po­wi­nien wziąć czy­jąś stro­nę. Głos Jen­sa roz­legł się spo­mię­dzy chmur:

- Ko­le­go, je­steś tam?

- Jens, to trud­niej­sze, niż ci się wy­da­je. Ży­jesz ży­ciem sin­gla w świe­cie ko­lo­ro­wej pra­sy. Dla cie­bie punk­tem wyj­ścia są za­wsze po­wierz­chow­ne hi­sto­rie z "Afton­bla­det" i ich krzy­kli­we ty­tu­ły. Te­raz jed­nak cho­dzi o moje ży­cie. O praw­dzi­we uczu­cia, da­le­kie od ran­kin­gów naj­więk­szych si­li­ko­no­wych cyc­ków w Szwe­cji.

- Aj, aj. Za­bo­la­ło.

Eric od razu po­ża­ło­wał.

- Wiesz, że nie o to mi cho­dzi­ło. Po pro­stu je­stem tym wszyst­kim cho­ler­nie zmę­czo­ny. Za­wsze by­łem pe­wien, do­kąd zmie­rzam, a te­raz wska­zów­ka kom­pa­su wi­ru­je. W pra­cy je­stem pod pre­sją. Tra­cę Han­nę. W ja­kimś sen­sie tra­ci­my się na­wza­jem. Jed­ne­go dnia wszyst­ko jest do­brze, na­stęp­ne­go wy­bu­cha woj­na świa­to­wa. Może zgu­bi­łem sa­me­go sie­bie.

Jens przez chwi­lę mil­czał.

- To dla­te­go wska­zów­ka two­je­go kom­pa­su się krę­ci. Stra­ci­łeś kon­takt z bie­gu­nem pół­noc­nym. Z two­im po­lem ma­gne­tycz­nym.

Na twa­rzy Eri­ca po­ja­wił się zmę­czo­ny uśmiech.

- Tak, ona chy­ba za­wsze jest bie­gu­nem pół­noc­nym. Mi­nus sto stop­ni.

- Eric, wiesz, że rów­nie do­brze po­tra­fi być go­rą­ca i pa­lić... jak na­zy­wa­ła się ta ostra pa­prycz­ka?

- Ja­la­pe­?o.

- Bie­gun czy nie, za­wsze była two­im sta­bi­li­za­to­rem. A te­raz jest rów­nie wy­koń­czo­na i zdez­o­rien­to­wa­na jak ty. Może po­trze­bu­je­cie prze­rwy? Odro­bi­ny cza­su z dala od sie­bie. Wiesz prze­cież, że kom­pa­sy dzia­ła­ją bez wzglę­du na od­le­głość od bie­gu­na.

Czer­wo­ne świa­tło. Eric oparł gło­wę na kie­row­ni­cy.

- Może i tak. Ale od­le­głość mnie prze­ra­ża. Sama myśl o tym, że nie będę spał obok niej. Nie będę jej wi­dział każ­de­go dnia. Na­wet je­śli głów­nie się kłó­ci­my. Do­pó­ki są kłót­nie, do­pó­ty jest przy­najm­niej ja­kieś za­an­ga­żo­wa­nie. A mię­dzy kłót­nia­mi nadal zda­rza­ją nam się fan­ta­stycz­ne chwi­le. Zwięk­sza­jąc od­le­głość, mo­że­my stra­cić tę odro­bi­nę, któ­ra nam zo­sta­ła. Może już do sie­bie nie do­trze­my.

W słu­chaw­ce roz­legł się gul­got. Jens pił kawę.

- Kto wie. Ale po­stę­pu­jąc tak jak te­raz, wszyst­ko po­gar­sza­cie. Chy­ba nie po­win­no się trak­to­wać kłót­ni jako cze­goś do­bre­go. Pa­li­cie mo­sty. Może le­piej by­ło­by stwo­rzyć mię­dzy wami tro­chę prze­strze­ni. Wy­star­cza­ją­co dużo, żeby móc zła­pać od­dech.

Eric wpa­try­wał się w czar­ny gu­mo­wy dy­wa­nik.

- Jens, mo­że­my się ju­tro spo­tkać? Po­trze­bu­ję słu­cha­cza.

- Ja­sne. Pew­nie. Co po­wiesz na dłu­gi lunch?

Wszyst­kie lun­che Jen­sa były dłu­gie.

- Przed po­łu­dniem mam trud­ne spo­tka­nie z in­we­sto­rem. Nie wiem, kie­dy skoń­czę. Ale po­tem...

- Za­re­zer­wu­ję sto­lik w Ri­che. Za­cze­kam na cie­bie. A ty za­dzwoń do Han­ny.

Po­łą­cze­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne. Eric za­stygł z gło­wą opar­tą o na­grza­ną kie­row­ni­cę.

Han­na była jego zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem. On był Szwe­dem z krwi i ko­ści, ona była Ży­dów­ką - w jej ży­łach pły­nę­ła cała Eu­ro­pa. On wy­glą­dał zwy­czaj­nie, ona była pięk­na. On był roz­trze­pa­ny i za­mknię­ty w so­bie, ona była po­ukła­da­na i to­wa­rzy­ska jak nikt inny. Zna­ła wszyst­ko i wszyst­kich. W każ­dy week­end mie­li umó­wio­ne ko­la­cje i brun­che. Za­wsze z jej ini­cja­ty­wy i za­wsze skru­pu­lat­nie za­pla­no­wa­ne. Po­dob­nie było z wa­ka­cyj­ny­mi wy­jaz­da­mi - re­zer­wo­wa­ła je i pla­no­wa­ła od po­cząt­ku do koń­ca. Eric z re­gu­ły po pro­stu je­chał, nie po­dej­mu­jąc żad­nej ini­cja­ty­wy. A przy­najm­niej po­gar­dli­wie mu to wy­po­mi­na­ła, kie­dy się kłó­ci­li.

Po­zna­li się na KTH w cza­sie stu­diów. Dziś pra­co­wa­ła jako dy­rek­tor IT w szwedz­kim od­dzia­le TBI, Tru­sted Bank of Isra­el. Udzie­la­ła się w gmi­nie ży­dow­skiej i była prze­wod­ni­czą­cą To­wa­rzy­stwa Przy­ja­ciół KTH. Za­wsze mia­ła wy­peł­nio­ny ka­len­darz. Gdzie była te­raz? Pew­nie w ban­ku. Nie spie­szy­ło mu się z dzwo­nie­niem. Sa­mo­chód za nim za­trą­bił wście­kle. Świa­tło zmie­ni­ło się na zie­lo­ne, a te­raz znów prze­cho­dzi­ło w czer­wo­ne. Wdu­sił pe­dał gazu i zdą­żył w ostat­niej chwi­li. Roz­złosz­czo­ny kie­row­ca zo­stał na świa­tłach.

- Cześć. Do­dzwo­ni­łeś się do Han­ny Szulc-Söde­rqvist z KTH. Zo­staw miłą wia­do­mość, a obie­cu­ję, że od­dzwo­nię.

Odło­żył słu­chaw­kę.

Pięć lat późniejMiasto Dubaj, emirat Dubaj

Burdż al-Arab, wie­ża Ara­bów, był na­zy­wa­ny naj­bar­dziej luk­su­so­wym ho­te­lem świa­ta. Przez dłu­gi czas sta­no­wił wi­zy­tów­kę Du­ba­ju. Bu­dow­la w kształ­cie ża­gla dau wzno­si­ła się na trzy­sta dwa­dzie­ścia je­den me­trów po­nad sztucz­ną wy­spę. W ho­te­lu znaj­do­wa­ły się je­dy­nie wiel­kie apar­ta­men­ty, a szcze­re zło­to po­kry­wa­ło po­nad dwa ty­sią­ce me­trów kwa­dra­to­wych. Wszyst­kie dy­wa­ny były tka­ne ręcz­nie.

W cią­gu pię­ciu lat, ja­kie za­ję­ło wznie­sie­nie Burdż al-Arab, Mo­ham­mad al-Ra­szid jako je­den z trzech wy­ko­naw­ców spę­dzał na pla­cu bu­do­wy więk­szą część cza­su. Jego fir­ma bu­dow­la­na na­le­ża­ła do czo­łów­ki naj­więk­szych i naj­bar­dziej sza­no­wa­nych firm na Pół­wy­spie Arab­skim. Mo­ham­mad czę­sto by­wał w ho­te­lu tak­że po za­koń­cze­niu bu­do­wy. Miesz­kał w Ara­bii Sau­dyj­skiej i spo­rą część in­te­re­sów prze­niósł do Du­ba­ju. Trud­no było o lep­szą ob­słu­gę i więk­sze bez­pie­czeń­stwo niż to, któ­re ofe­ro­wał ho­tel.

Te­raz jed­nak bez­pie­czeń­stwo i ob­słu­ga zda­wa­ły się nie­do­stęp­ne. Mo­ham­mad al-Ra­szid przy­glą­dał się nie­bie­skim ak­sa­mit­nym ścia­nom w wiel­kim apar­ta­men­cie. Prze­niósł wzrok na spe­cjal­nie wy­ko­na­ne po­du­chy do sie­dze­nia - mia­ły nie­mal dwa me­try śred­ni­cy i były szy­te zło­tą ni­cią. Ostry za­pach li­lii na ba­rze i sto­le w ja­dal­ni spra­wiał, że miał cięż­ką gło­wę. Ża­ło­wał, że nie może otwo­rzyć drzwi bal­ko­no­wych i wpu­ścić świe­że­go po­wie­trza. Wiel­ki ekran te­le­wi­zo­ra z wy­łą­czo­nym dźwię­kiem po­ka­zy­wał cele wa­ka­cyj­nych po­dró­ży i za­do­wo­lo­nych tu­ry­stów o sze­ro­kich uśmie­chach. Za­pa­trzył się na re­kla­mę Di­sney Worl­du.

Na myśl o ro­dzi­nie prze­wra­ca­ło mu się w żo­łąd­ku. A może to przez za­pach li­lii? Za­sta­na­wiał się, co po­ra­bia­ją dzie­ci. Bun­ja­min z pew­no­ścią oglą­dał te­le­wi­zję, lek­cje po­wi­nien mieć już daw­no od­ro­bio­ne. Mała Azra spa­ła.

Mo­ham­mad nie na­le­żał do osób, któ­re pła­czą - gdy po­czuł w ustach sło­ny smak łez, spró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć, kie­dy ostat­nio pła­kał. Chy­ba pod­czas ope­ra­cji Bun­ja­mi­na. Ostroż­nie otarł twarz spo­co­ną dło­nią. Znów na nią spoj­rzał. Nie była wy­so­ka, po­ni­żej me­tra sie­dem­dzie­się­ciu. Niż­sza te­raz, kie­dy zdję­ła buty na ob­ca­sach. Przyj­rzał się jej ma­łym sto­pom, prze­świ­tu­ją­cym de­li­kat­ną sza­ro­ścią przez cien­kie raj­sto­py. Nogi wy­glą­da­ły na sil­ne. Ciem­na spód­ni­ca była ob­ci­sła. Ko­bie­ta zdję­ła ma­ry­nar­kę i roz­pię­ła trzy gu­zi­ki bluz­ki. A może to on je roz­piął? Do­strzegł czar­ną kra­wędź sta­ni­ka na tle ciem­nej skó­ry. Prze­łknął śli­nę. Jak w ogó­le mógł w tej sy­tu­acji my­śleć o sek­sie? Nie­spo­koj­nie prze­niósł wzrok na jej twarz. Była pięk­na. Nie­ła­two było od­mó­wić tym ciem­nym oczom. Jed­no­cze­śnie coś psu­ło ten ob­raz. Ja­kaś rysa na wy­po­le­ro­wa­nym la­kie­rze. Nos. Sam w so­bie ład­ny, wy­da­wał się jed­nak krzy­wy. Zła­ma­ny. Przy­da­wał tej mięk­kiej twa­rzy ostre­go ak­cen­tu, czy­niąc z ko­bie­ty za­dzior­ne skrzy­żo­wa­nie bok­ser­ki z mo­del­ką. Sie­dzia­ła sku­lo­na w wiel­kim fo­te­lu, non­sza­lanc­ko prze­glą­da­jąc "Va­ni­ty Fair", i wy­da­wa­ła się zu­peł­nie nie zwra­cać na nie­go uwa­gi. Mia­ła szczu­płe pal­ce i pięk­ny ma­ni­kiur.

Jak na pięć­dzie­się­cio­pię­cio­lat­ka Mo­ham­mad al-Ra­szid był w do­brej for­mie. Co­dzien­nie tre­no­wał. Jego cia­ło bu­dzi­ło za­in­te­re­so­wa­nie ko­biet. Wie­dział, że nie uszło i jej uwa­dze. Nic nie ucho­dzi­ło jej uwa­dze. Mógł­by z ła­two­ścią wstać z łóż­ka, spu­ścić jej ło­mot i po pro­stu wyjść z po­ko­ju. Po­wstrzy­my­wał go fakt, że nie był zwią­za­ny. Gdy­by był, uwol­nił­by się i rzu­cił na nią. Tym­cza­sem ona nie za­kle­iła mu nad­garst­ków ta­śmą, nie zwią­za­ła ani nie za­ło­ży­ła kaj­da­nek. Ta de­li­kat­na ko­bie­ta sie­dzą­ca nie wię­cej niż pół­to­ra me­tra od nie­go nie wy­da­wa­ła mu się po pro­stu groź­na.

Mo­ham­mad miał in­tu­icję, a od­po­wiedź na py­ta­nie o roz­kład sił kry­ła się w jej spoj­rze­niu. Po­wie­dzia­ła, kim jest, i ka­za­ła mu usiąść na łóż­ku. Dwie go­dzi­ny póź­niej sie­dział na nim nadal. Za­schło mu w gar­dle. Bo­la­ły go ple­cy. Za­czął od­czu­wać kaca.

Ko­bie­ta od­rzu­ci­ła ga­ze­tę na bok i spoj­rza­ła na ze­ga­rek.

- Wpu­ści­my tu tro­chę po­wie­trza?

Mó­wi­ła bez­błęd­nie po arab­sku.

Po­ki­wał z wdzięcz­no­ścią gło­wą. Ko­bie­ta wsta­ła i nie za­kła­da­jąc bu­tów, po­de­szła do drzwi bal­ko­no­wych. Przez po­kój prze­szła cie­pła bry­za. Kart­ki "Va­ni­ty Fair" po­ru­szy­ły się na wie­trze, a za­pach li­lii zmie­szał się z wo­nią eu­ka­lip­tu­sa. Kie­dy pa­trzył na ko­bie­tę za­pa­la­ją­cą pa­pie­ro­sa na bal­ko­nie, chcia­ło mu się śmiać. Śmiać albo pła­kać. Na co cze­ka­ła? Jej black­ber­ry le­żał na sto­le przy fo­te­lu, nie wy­da­jąc żad­ne­go dźwię­ku. Spraw­dzi­ła go kil­ka razy. Te­raz wy­glą­da­ło na to, że po pro­stu stoi na dwo­rze i ma­rzy. Zer­k­nął na drzwi po dru­giej stro­nie po­ko­ju. Wy­do­stał­by się stąd w cią­gu kil­ku se­kund. Ale może nie była sama? Może za drzwia­mi sta­li ochro­nia­rze? To by tłu­ma­czy­ło, dla­cze­go jest taka spo­koj­na.

- Może zdą­żysz, Mo­ham­mad. A może nie.

Wzdry­gnął się i spo­strzegł, że przy­kuc­nę­ła u jego boku. Nie sły­szał, jak wcho­dzi­ła. Była tak bli­sko, że czuł cie­pło jej od­de­chu. Za­pach ty­to­niu. Sie­dzia­ła nie­ru­cho­mo. Jak kot­ka go­to­wa do sko­ku. Kie­dy się nie po­ru­szył, a tyl­ko bez sło­wa opu­ścił wzrok, wsta­ła i znów usia­dła w fo­te­lu.

Wró­cił my­śla­mi do dzi­siej­szej ko­la­cji. W tym ty­go­dniu usły­szał po­gło­skę o pla­no­wa­nej bu­do­wie du­że­go biu­row­ca. Ja­poń­ska izba han­dlo­wa szu­ka­ła zie­mi pod ko­mer­cyj­ne cen­trum han­dlo­we dla azja­tyc­kich przed­się­biorstw. Wie­dział, że w Azji za­in­te­re­so­wa­nie moż­li­wo­ścia­mi biz­ne­so­wy­mi w kra­jach arab­skich jest duże. W tych cza­sach, kie­dy arab­skie przed­się­bior­stwa i ban­ki wal­czy­ły ze zbyt wy­so­kim za­dłu­że­niem i ma­le­ją­cą wy­pła­cal­no­ścią, pro­jek­ty za­gra­nicz­ne sta­ły się szcze­gól­nie in­te­re­su­ją­ce. Dla­te­go tro­chę po­dzwo­nił i do­wie­dział się, że za za­kup od­po­wie­dzial­na jest kon­sul­tant­ka z Abu Dha­bi, nie­ja­ka Sa­rah al-Je­mud. Zna­le­zie­nie jej da­nych za­ję­ło mu dzie­sięć mi­nut, a kie­dy za­po­znał się z jej re­fe­ren­cja­mi, po­pro­sił asy­stent­kę, żeby się z nią skon­tak­to­wa­ła. Wy­cho­dził z za­ło­że­nia, że i tak skon­tak­to­wa­ła­by się z jego fir­mą, ale nie chciał ry­zy­ko­wać. Ko­la­cję w pa­no­ra­micz­nej re­stau­ra­cji Al Mun­ta­ha w Ża­glu na dwu­dzie­stym siód­mym pię­trze za­pla­no­wa­no już na na­stęp­ny wie­czór.

Spoj­rzał na nią. Wy­glą­da­ła na za­to­pio­ną w my­ślach. Była od­wró­co­na w stro­nę te­le­wi­zo­ra, ale jej spoj­rze­nie pa­da­ło da­le­ko poza wy­świe­tla­ne w nim bez­gło­śnie za­wo­dy gol­fo­we. Wy­glą­da­ła na zmę­czo­ną. Małą. Splo­tła ręce. Aż po­bie­la­ły jej kost­ki.

Cze­ka­ła już na nie­go, gdy wszedł do re­stau­ra­cji w kształ­cie pół­ko­la, znaj­du­ją­cej się dwie­ście me­trów nad po­zio­mem wody. Sie­dząc przy sto­li­ku w tym fu­tu­ry­stycz­nym wnę­trzu, przez jed­no z wiel­kich okien mia­ło się wi­dok na pla­żę Ju­me­irah oraz sztucz­ne wy­spy: Palm i World. Zje­dli do­brą ko­la­cję, a na­stęp­nie prze­nie­śli się do baru na głę­bo­kie ak­sa­mit­ne fo­te­le.

Mo­ham­mad czę­sto mó­wił, że jest prag­ma­tycz­nym mu­zuł­ma­ni­nem. Był wie­rzą­cy, ale sam wy­bie­rał so­bie re­gu­ły. Jed­nym z od­stępstw był al­ko­hol. W jego pra­cy pi­cie z klien­ta­mi by­wa­ło ko­niecz­ne. Z ta­kim od­stęp­stwem mógł żyć. Praw­da była jed­nak taka, że obec­nie pił dużo na­wet bez klien­tów. Za­pro­po­no­wał Sa­rah swo­je­go ulu­bio­ne­go szam­pa­na - Lo­uis Ro­ede­rer Cri­stal. Skwa­pli­wie się zgo­dzi­ła. Rów­nież ona zda­wa­ła się być prag­ma­tycz­ną mu­zuł­man­ką. Pro­jekt był za­kro­jo­ny na sze­ro­ką ska­lę, Sa­rah zaś do­brze obe­zna­na z lo­kal­ny­mi re­gu­ła­mi sztu­ki bu­dow­la­nej i za­awan­so­wa­nym pro­spec­tin­giem. W pierw­szej chwi­li był zdzi­wio­ny, że Azja­ci po­wie­rzy­li to za­da­nie ko­bie­cie - ko­bie­ty rzad­ko spo­ty­ka się w biz­ne­sie, zwłasz­cza w bran­ży bu­dow­la­nej. Ale już po go­dzi­nie spę­dzo­nej z Sa­rah zro­zu­miał, że nie po­win­no się jej nie do­ce­niać. Jęk­nął na myśl o kry­ją­cej się w tym iro­nii.

Po pra­wie trzech bu­tel­kach wina (ona nie do­trzy­my­wa­ła mu kro­ku) za­czął tra­cić za­in­te­re­so­wa­nie bu­dow­nic­twem w Azji, za to co­raz bar­dziej in­te­re­so­wa­ły go jej nogi. Kie­dy wy­buch­nę­ła gło­śnym śmie­chem, za­ry­zy­ko­wał i po­ło­żył dłoń na jej udzie. Śmiech ucichł. Spoj­rza­ła na nie­go spod czar­nej, krę­co­nej grzyw­ki. Bez sło­wa opróż­ni­ła kie­li­szek i wsta­ła. Przez chwi­lę my­ślał, że za­mie­rza go zo­sta­wić. Spoj­rzał na nią zdzi­wio­ny, ona jed­nak się uśmiech­nę­ła i ski­nę­ła gło­wą w kie­run­ku dzie­się­ciu po­zła­ca­nych wind. Po­szedł za nią jak po­słusz­ny uczniak. To było zbyt pięk­ne, żeby mo­gło być praw­dą.

Gdy tyl­ko za­mknął drzwi apar­ta­men­tu, ko­bie­ta się zmie­ni­ła. Jej głos na­brał me­ta­licz­ne­go tonu, ostro­ści, któ­ra nie pa­so­wa­ła do mięk­ko ko­bie­cej, nie­mal kru­chej oso­by, z któ­rą wła­śnie zjadł ko­la­cję. Wy­ja­śnie­nie po­ja­wi­ło się szyb­ko: po­in­for­mo­wa­ła, że na­le­ży do jed­nost­ki 101. Wie­dział, co to za jed­ni. Izra­el­ska jed­nost­ka spe­cjal­na. Opraw­cy.

Fakt, że Sa­rah po­da­ła mu tę taj­ną in­for­ma­cję, sam w so­bie był nie­po­ko­ją­cy. To, że wie­dzia­ła, iż jego fir­ma od­po­wia­da za za­kro­jo­ną na sze­ro­ką ska­lę bu­do­wę bun­kra w Ira­nie, nie­po­ko­iło jesz­cze bar­dziej. Zwłasz­cza że aku­rat ten bun­kier był ści­śle taj­nym przy­szłym miej­scem skła­do­wa­nia wzbo­ga­co­ne­go ura­nu. Naj­bar­dziej za­nie­po­ko­iło go jed­nak to, że nie za­da­wa­ła żad­nych py­tań. Usia­dła po pro­stu w fo­te­lu i za­czę­ła prze­glą­dać ma­ga­zy­ny o mo­dzie.

Boże świę­ty. W jaki spo­sób Mos­sad na­tra­fił na jego na­zwi­sko? Jak dużo wie­dzie­li o bun­krze? O jego dru­gim pro­jek­cie? Prze­kli­nał w du­chu wła­sną chci­wość. Nig­dy nie po­wi­nien an­ga­żo­wać się w tę prze­klę­tą bu­do­wę, bez wzglę­du na to, jak do­brze pła­ci­li. Nig­dy nie miał na pień­ku z Izra­el­czy­ka­mi, a po­li­ty­ka go nie in­te­re­so­wa­ła.

Black­ber­ry za­wi­bro­wał. Sa­rah pod­nio­sła go, słu­cha­ła w mil­cze­niu, po czym się roz­łą­czy­ła. Sie­dzia­ła przez chwi­lę z te­le­fo­nem w dło­ni i przy­glą­da­ła się Mo­ham­ma­do­wi. Ob­gry­za­ła przy tym pa­zno­kieć. Nie mógł już dłu­żej usie­dzieć. Wstał i roz­ło­żył ręce.

- Po­zwól, że za­koń­czy­my ten dłu­gi wie­czór.

Nie ru­sza­jąc się z fo­te­la, po­dą­ży­ła za nim wzro­kiem. Wresz­cie zde­cy­do­wa­nym ru­chem wsu­nę­ła sto­py do bu­tów, na­cią­gnę­ła ma­ry­nar­kę i wsta­ła.

- Masz ra­cję, Mo­ham­ma­dzie, już czas to za­koń­czyć.

Po se­kun­dzie wa­ha­nia rzu­cił się do przo­du. Czu­jąc pul­so­wa­nie w skro­niach, chwy­cił wa­zon z li­lia­mi i gwał­tow­nie ru­szył w jej stro­nę. Rzu­cił wa­zo­nem w kie­run­ku jej gło­wy. Ko­bie­ta ukłu­ła go w bok i zro­bi­ła unik. Mo­ham­mad za­to­czył się do przo­du, stra­cił rów­no­wa­gę i upadł na fo­tel gło­wą do przo­du. W miej­scu, gdzie go ukłu­ła, czuł pie­cze­nie. Szyb­ko ze­rwał się na nogi i ob­ró­cił. Spo­strzegł, że Sa­rah sie­dzi na łóż­ku, spo­koj­nie, jak gdy­by nic się nie sta­ło. Zdu­mio­ny, stra­cił re­zon. Wszyst­ko to przy­po­mi­na­ło pso­ty dwój­ki ro­dzeń­stwa. Te­raz star­sza sio­stra się zmę­czy­ła. A może pod­da­ła? Czy po­wi­nien od razu po­biec do drzwi, czy też naj­pierw ją zła­pać? Lewa stro­na tu­ło­wia bo­la­ła go tak bar­dzo, że nie mógł ustać na no­gach. Wal­czył, ale w koń­cu opadł na fo­tel.

Za­mia­na ról. Te­raz ja sie­dzę tu­taj, a ona tam. Do­strzegł nóż w jej dło­ni. Nie był to zwy­kły nóż, bar­dziej przy­po­mi­nał taki do cię­cia kar­to­nu. Jęk­nął i do­tknął boku. Ko­szu­la była cie­pła i mo­kra. Ko­bie­ta ugo­dzi­ła go no­żem. Jak po­waż­ne było to wszyst­ko? Zda­wa­ło się, że czy­ta w jego my­ślach.

- Prze­bi­łam ci wą­tro­bę. Umrzesz. I to bę­dzie bo­le­sna śmierć. Spra­wy nie mu­sia­ły się po­to­czyć w ten spo­sób, ale cza­sa­mi czło­wiek musi im­pro­wi­zo­wać. Z two­jej wą­tro­by wy­pły­wa te­raz do jamy brzusz­nej mnó­stwo krwi. Poza tym to wą­tro­ba, po­śred­nio, jest od­po­wie­dzial­na za krzep­nię­cie krwi. A kie­dy jest prze­bi­ta... Krót­ko mó­wiąc, nie masz szczę­ścia. Ja zresz­tą też nie, bo otrzy­ma­łam roz­ka­zy, żeby wy­wo­łać u cie­bie atak ser­ca. To nie może wy­glą­dać na mor­der­stwo. A z tym bę­dzie trud­no, je­że­li masz dziu­rę w wą­tro­bie.

Iskrzą­cy ból po­chła­niał jego my­śli.

- Nie chcę umie­rać, mam ro­dzi­nę - jęk­nął sła­bym gło­sem.

Ko­bie­ta wsta­ła.

- Wiem, że masz ro­dzi­nę. Ciesz się ze wspo­mnień, któ­re masz, i ra­duj otrzy­ma­ny­mi od Boga da­ra­mi. Bun­ja­min i Azra da­dzą so­bie radę. Je­śli by­łeś do­brym mu­zuł­ma­ni­nem, two­ją du­szę za­bio­rą anio­ły. Praw­da? A je­śli póź­niej od­po­wiesz po­praw­nie na kil­ka pro­stych py­tań, zo­sta­niesz przy­ję­ty do Dżan­nah, raju, przez sa­me­go Al­la­ha. Po­tem wy­star­czy się tam tyl­ko za­do­mo­wić. Po­bo­li przez kil­ka go­dzin, ale je­że­li cze­ka się na coś do­bre­go... Nic nie mogę zro­bić. Moja rola w tym wszyst­kim się skoń­czy­ła.

Wy­szła do ła­zien­ki. Usły­szał dźwięk pły­ną­cej wody. Skur­cze spra­wi­ły, że ru­nął do przo­du, na pod­ło­gę. Pa­trzył, jak na gru­bym dy­wa­nie szyb­ko ro­śnie ciem­na pla­ma. Tka­ni­na pach­nia­ła ku­rzem i środ­ka­mi czy­sto­ści. Czy był do­brym mu­zuł­ma­ni­nem? Po­ża­ło­wał swo­je­go prag­ma­tycz­ne­go po­dej­ścia do is­la­mu. My­śli wi­ro­wa­ły mu w gło­wie. Wszyst­ko było roz­my­te. Musi zna­leźć spo­sób, żeby za­ta­mo­wać krwo­tok. Może ma szan­sę? Po­trzeb­na mu po­dusz­ka czy co­kol­wiek, co bę­dzie mógł przy­ci­skać do rany, do­pó­ki nie otrzy­ma po­mo­cy le­kar­skiej. W ho­te­lu mają per­so­nel me­dycz­ny. Wszyst­ko mają w tym prze­klę­tym ho­te­lu. Sa­rah była jego je­dy­ną na­dzie­ją. Pró­bo­wał coś po­wie­dzieć, ale gar­dło miał peł­ne pły­nu. Kasz­lał i gul­go­tał.

Czar­ne buty na ob­ca­sach znów po­ja­wi­ły się w za­się­gu jego wzro­ku. Ko­bie­ta pod­cią­gnę­ła go do po­zy­cji sie­dzą­cej. Zwy­mio­to­wał. Brą­zo­wo-czer­wo­na maź za­la­ła pod­ło­gę, ob­my­wa­jąc nogi fo­te­la.

- Mogę zdra­dzić ci mnó­stwo ta­jem­nic - po­wie­dział, a jego głos był chra­pli­wy i sła­by.

Przy­kuc­nę­ła koło nie­go, zręcz­nie uni­ka­jąc tego, co wy­cie­ka­ło z prze­dziu­ra­wio­ne­go cia­ła.

- Nie mu­sisz się wy­si­lać. Wie­my już wszyst­ko, co chcie­li­śmy wie­dzieć. Mamy inne źró­dła. Moje za­da­nie po­le­ga na tym, żeby za­po­biec przy­szłym pro­ble­mom. Nie bę­dziesz po­ma­gał Te­he­ra­no­wi wzno­sze­niem ko­lej­nych bu­dow­li. Miej­my na­dzie­ję, że twój na­stęp­ca bę­dzie ostroż­niej­szy.

Za­szlo­chał.

- Bun­kier to był czy­sty biz­nes... a ja wiem... inne rze­czy... Waż­ne rze­czy...

Spoj­rza­ła na ze­ga­rek.

- Co to za waż­ne rze­czy?

Spra­wia­ła wra­że­nie znu­dzo­nej. Mo­ham­mad szpe­rał go­rącz­ko­wo w roz­pa­da­ją­cej się pa­mię­ci. Ko­la­cja u Oma­ra Fa­thy'ego. Był tam ko­le­ga bra­ta Oma­ra, fa­cet, któ­re­go nig­dy wcze­śniej nie wi­dział. Jak on się na­zy­wał? Roz­ma­wia­li o bu­do­wie bun­kra. Wspo­mnia­no wte­dy o czymś jesz­cze. Czymś ści­śle taj­nym.

W ustach, no­sie i gar­dle znów ze­brał się cie­pły płyn. Ko­bie­ta wsta­ła. Sły­szał jej mięk­kie kro­ki na gru­bym dy­wa­nie, a po­tem ostry stu­kot ob­ca­sów o twar­dą pod­ło­gę. Jęk­nął. Nie od­wró­ci­ła się, tyl­ko po­de­szła do drzwi bal­ko­no­wych i je za­mknę­ła. Mia­ła za­miar go zo­sta­wić.

- Arie al-Fat­tal!

Wy­po­wia­da­jąc te sło­wa, usta miał za­to­pio­ne w za­ku­rzo­nym dy­wa­nie. Szu­mia­ło mu w gło­wie.

Za­mglo­ne buty za­trzy­ma­ły się w po­ło­wie dro­gi do drzwi.

- Co z nim?

Pro­myk na­dziei. Znów pod­niósł wzrok na mięk­ką twarz z krzy­wym no­sem.

- Po­mo­żesz mi?

Pa­trzy­ła na nie­go w mil­cze­niu. Za­sta­na­wia­ła się.

- Wciąż jesz­cze mam ta­blet­kę, któ­rą po­wi­nie­neś był za­żyć. Nie bar­dzo chce mi się ją mar­no­wać, ale je­śli dasz mi coś war­to­ścio­we­go, być może ją do­sta­niesz. Po­wo­du­je usta­nie ak­cji ser­ca, zu­peł­nie bez­bo­le­sne. W prze­ciw­nym wy­pad­ku po­ży­jesz jesz­cze co naj­mniej go­dzi­nę i zde­cy­do­wa­nie nie jest to coś, na co mógł­byś mieć ocho­tę. Naj­pew­niej nie da­ło­by się cie­bie ura­to­wać, na­wet gdy­byś le­żał te­raz na sto­le ope­ra­cyj­nym. Zszy­cie wą­tro­by jest w za­sa­dzie nie­moż­li­we.

Jed­na ta­blet­ka. Tyl­ko tyle chciał do­stać. Żeby móc za­snąć. Wy­mknąć się pło­mie­niom, któ­re wy­pa­la­ły go od środ­ka.

Wy­cią­gnę­ła te­le­fon i włą­czy­ła na­gry­wa­nie. Na­stęp­nie roz­ło­ży­ła ręce jak re­ży­ser te­atral­ny. Sta­rał się mó­wić skład­nie.

- Wiesz za­tem, kim jest Arie al-Fat­tal. Po­zna­łem go pod­czas pew­nej ko­la­cji. Pró­bo­wał mnie za­in­te­re­so­wać sfi­nan­so­wa­niem za­ma­chu na Izra­el...

Prze­rwał mu ka­szel, a z każ­dym ata­kiem eks­plo­do­wa­ły ty­sią­ce świa­teł. Szum w gło­wie przy­brał na sile.

- Ja­kie­go za­ma­chu? - spy­ta­ła nie­cier­pli­wie.

- Cho­dzi­ło o ja­kiś atak z uży­ciem no­wo­cze­snych tech­no­lo­gii. O nową broń. Wi­ru­sa.

Ostat­nie sło­wa po­wie­dział szep­tem. Skrę­cał się z bólu, a gar­dło znów wy­peł­nił mu go­rą­cy, gę­sty płyn. Le­żał na boku i dy­szał bez­sil­nie, ni­czym wy­rzu­co­na na brzeg ryba. Ko­bie­ta cze­ka­ła na wię­cej, ale zda­wa­ła so­bie spra­wę, że Mo­ham­mad nie jest w sta­nie mó­wić da­lej. Otwo­rzy­ła mi­ni­ba­rek koło łóż­ka.

- Tę ta­blet­kę po­win­no się roz­pu­ścić w pły­nie z dużą za­war­to­ścią cu­kru. Żeby szyb­ciej za­dzia­ła­ła.

Za­czę­ła szu­kać od­po­wied­nie­go na­po­ju.

- Coca-cola chy­ba bę­dzie do­bra? Jest zim­na.

Śle­dził jej ru­chy wzro­kiem. Otwo­rzy­ła czer­wo­ną pusz­kę. Wrzu­ci­ła do niej bia­łą ta­blet­kę wiel­ko­ści aspi­ry­ny. Na­stęp­nie za­mie­sza­ła de­li­kat­nie pusz­ką, żeby ta­blet­ka się roz­pu­ści­ła. Mo­ham­mad mil­czał, ale był na­pię­ty jak stru­na. Po­mo­gła mu wy­pić. Po­ły­kał krew, soki żo­łąd­ko­we i colę. Po­tem de­li­kat­nie po­ło­ży­ła jego gło­wę na dy­wa­nie i wsta­ła.

- No już, Mo­ham­mad. Wkrót­ce ten mę­czą­cy wie­czór się za­koń­czy. Czy to nie iro­nia, że aku­rat na­ro­do­wy na­pój Ame­ry­ka­nów stał się two­im wy­ba­wie­niem?

Gwał­tow­nym ru­chem po­sta­wi­ła pu­stą pusz­kę na bar­ku. Na­stęp­nie, nie od­wra­ca­jąc się, po­szła do drzwi.

Le­żą­cy na pod­ło­dze arab­ski ma­gnat wy­glą­dał jak sztucz­na wy­spa po­środ­ku ciem­no­czer­wo­ne­go je­zio­ra. Prze­wró­co­na mi­nia­tu­ra Burdż al-Arab. Z opusz­czo­nym ża­glem. Jego cia­ło nie było już na­pię­te. Ser­ce prze­sta­ło bić mniej wię­cej po mi­nu­cie.

PROLOG Kana, Liban

Mała dziew­czyn­ka w pięk­nej su­kien­ce spo­ro ry­zy­ko­wa­ła. Nie­daw­no pa­dał deszcz i pole za do­mem bab­ci było gli­nia­ste i śli­skie. Jej upię­ta fry­zu­ra roz­luź­ni­ła się, ciem­ne loki zwi­sa­ły swo­bod­nie. Pod­kra­dła się do kota, spo­koj­nie, żeby go nie prze­stra­szyć, i ostroż­nie po­sta­wi­ła sto­py w bia­łych tramp­kach na brą­zo­wej gli­nie. Kot ob­wą­chi­wał opo­nę sa­mo­cho­do­wą, do po­ło­wy za­grze­ba­ną w gli­nie obok za­rdze­wia­łej bram­ki. Był smu­kły i miał pięk­ne pa­ski. Jak ty­grys. Może zresz­tą był ty­gry­sem. A ona za­cza­ro­wa­ną księż­nicz­ką, któ­ra po­tra­fi roz­ma­wiać z ty­gry­sa­mi. Na­gle kot, czymś prze­stra­szo­ny, czmych­nął w kie­run­ku ka­mien­ne­go mo­stu i brą­zo­wej, szu­mią­cej rze­ki. Księż­nicz­ka wzię­ła więc do ręki sta­rą me­ta­lo­wą pusz­kę - nie, to oczy­wi­ście nie była pusz­ka, tyl­ko ty­gry­siąt­ko po­rzu­co­ne w gli­nie. Wy­tar­ła je do­kład­nie brze­giem su­kien­ki. Mama nie bez ra­cji mó­wi­ła na nią "ka­me­le­on" - je­śli tyl­ko mia­ła tro­chę cza­su, za­wsze uda­wa­ło jej się upodob­nić ubra­nie do zie­mi, na któ­rej się ba­wi­ła. Dziś mama i bab­cia były zbyt za­ję­te w kuch­ni, by za­uwa­żyć, że wy­bie­gła na pole w no­wej tur­ku­so­wej su­kien­ce. W od­róż­nie­niu od su­kien­ki pusz­ko­we ty­gry­siąt­ko było te­raz czy­ste. Choć głod­ne. Ty­gry­sy za­wsze są głod­ne. Przy­ci­snę­ła pusz­kę do pier­si i ru­szy­ła przez śli­skie pole.

Dwie ko­bie­ty pa­trzy­ły z prze­ra­że­niem na brud­ną dziew­czyn­kę, któ­ra za­dy­sza­na wpa­dła do kuch­ni.

- Bab­ciu! Po­trzeb­na mi mi­ska wody.

Elif od­sta­wi­ła pa­ru­ją­cą bla­chę świe­żo upie­czo­nych pie­roż­ków sam­bo­usek.

- Nie tyl­ko mi­ska. To­bie po­trzeb­na jest cała wan­na.

Za­śmia­ła się i spoj­rza­ła na Nad­im, prze­czu­wa­jąc, że cór­ka za chwi­lę wy­buch­nie. Mona zro­bi­ła to samo, na­gle zda­jąc so­bie spra­wę ze swo­je­go wy­glą­du.

- Mamo, nie gnie­waj się. Zna­la­złam ty­gry­siąt­ko! I ono jest głod­ne.

Mona trzy­ma­ła jed­ną rękę pod ta­lią su­kien­ki, dru­gą zaś wy­cią­gnę­ła do Elif, któ­ra po­da­ła jej ka­wa­łek pie­roż­ka. Kie­dy dziew­czyn­ka na­kar­mi­ła to, co ukry­wa­ła, su­kien­ka pod­je­cha­ła do góry i Nad­im doj­rza­ła ty­gry­sa. Kuch­nia się za­ko­ły­sa­ła. Nad­im mu­sia­ła chwy­cić się bla­tu, żeby ustać na no­gach.

- Ko­cha­nie. Ten ty­grys jest bar­dzo nie­bez­piecz­ny. Może cię ugryźć. Nie ru­szaj się.

Mona się uśmiech­nę­ła, ucie­szo­na, że mama włą­cza się do za­ba­wy. Nad­im od­ru­cho­wo od­su­nę­ła mat­kę. Na­wet ona do­strze­gła, co Mona trzy­ma w ra­mio­nach, i za­czę­ła się mo­dlić.

Nad­im po­ma­łu zbli­ży­ła się do cór­ki.

- Mo­żesz mi po­dać ty­gry­sa?

Mona po­trzą­snę­ła prze­kor­nie gło­wą.

- Jest spo­koj­ny tyl­ko ze mną. Bar­dzo ła­two go prze­stra­szyć. Mama go zo­sta­wi­ła.

Nad­im nie mo­gła po­wstrzy­mać łez. Mona była naj­pięk­niej­szą isto­tą na świe­cie. Jej uko­cha­na cór­ka. Cud Kany. Drżą­cym gło­sem po­wtó­rzy­ła:

- Po­daj ma­mie ty­gry­sa. W tej chwi­li. In­a­czej mama się zde­ner­wu­je. Wściek­nie!

Mona zo­ba­czy­ła łzy mamy. Nie­spo­koj­nie prze­nio­sła wzrok na bab­cię. Usły­sza­ła jej mo­dli­twy. Wy­cią­gnę­ła więc rękę z ty­gry­siąt­kiem. Któ­re nim nie było. Ale nie było też pusz­ką. To był gra­nat z izra­el­skiej bom­by ka­se­to­wej. Nad­im nie od­ry­wa­ła wzro­ku od twa­rzy cór­ki. Ich dło­nie się spo­tka­ły. Jak gdy­by ner­wy na wierz­chu dło­ni, drob­ne i cien­kie jak wło­ski, wy­cią­ga­ły się ku cór­ce z pul­su­ją­cą in­ten­syw­no­ścią. Wstrzy­ma­ła od­dech i za­ci­snę­ła dłoń na chłod­nym gra­na­cie.

Her­ba­ta w fi­li­żan­ce daw­no wy­sty­gła. Lu­dzie przy­cho­dzi­li i od­cho­dzi­li. Wszyst­ko dzia­ło się gdzieś da­le­ko. Już go nie do­ty­czy­ło. Był pu­sty. Zim­ny jak her­ba­ta. Mar­twy. A mimo to tak bo­le­śnie żywy. Osa­mot­nio­ny. Przy sto­li­ku obok okna w ma­łej her­ba­ciar­ni sie­dzia­ła już tyl­ko jego sko­ru­pa. Pa­trzą­ca pu­stym wzro­kiem i no­szą­ca wy­mię­te ubra­nie. Wło­sy miał nie­ucze­sa­ne. Po­kry­ty był sa­dzą. Od ze­wnątrz i od środ­ka.

Nie wie­dział, jak dłu­go już ten sta­ry, ubra­ny na czar­no męż­czy­zna sie­dzi na­prze­ciw­ko nie­go. Nie wie­dział, skąd się wziął ani dla­cze­go przy­szedł. Przy­ja­zne spoj­rze­nie męż­czy­zny spo­czy­wa­ło na jego zim­nej ma­sce. Sta­rzec po­ło­żył dłoń na jego dło­ni. Była szorst­ka i cie­pła.

- Sa­mir Mu­staf - drgnął, sły­sząc swo­je na­zwi­sko. - Ko­ran gło­si: "Za­praw­dę, nad wami są stró­że [...] oni wie­dzą, co czy­ni­cie. Za­praw­dę, spra­wie­dli­wi będą w szczę­śli­wo­ści"1.

Sie­dzie­li twa­rzą w twarz - je­den sta­ry, dru­gi pu­sty. Nie miał po­ję­cia, jak dłu­go to trwa­ło. Może go­dzi­nę. Może ty­dzień. Mała ka­wia­ren­ka mie­ści­ła się na­prze­ciw szpi­ta­la Hi­ram w Ty­rze. Miał od­wie­dzić mia­sto ra­zem z nią. Po­ka­zać jej ru­iny hi­po­dro­mu i pięk­ny łuk trium­fal­ny. Wy­ką­pać się w mo­rzu. W ustach czuł kwa­śny po­smak. Sta­rzec wstał i chwy­cił go za rękę. Po­cią­gnął. Sa­mir sztyw­nym kro­kiem wy­szedł za nim z her­ba­ciar­ni. Nie wi­dział uli­cy, sa­mo­cho­dów ani lu­dzi. Nie sły­szał ha­ła­su. Wciąż wi­dział przed sobą je­den i ten sam ob­raz. Jego cór­ka nie mia­ła twa­rzy. Nie było jej. Nie było ich.

Pod­szedł do sa­mo­cho­du, któ­ry na nich cze­kał. Ktoś otwo­rzył drzwi. Męż­czy­zna prze­ma­wiał de­li­kat­nym gło­sem.

- Nic tu po to­bie. Ale jest coś, co mo­żesz zro­bić.

Sa­mir opadł na tyl­ne sie­dze­nie. Sta­rzec nie wsiadł za nim, tyl­ko za­mknął drzwi. Sa­mo­chód od razu ru­szył i wy­je­chał na ru­chli­wą jezd­nię. Pod wstecz­nym lu­ster­kiem dyn­da­ło wy­bla­kłe zdję­cie pił­ka­rza Ro­nal­do. Sa­mir za­mknął oczy.