Mona - Dan Sehlberg

Reflow text when sidebars are open.
Zostało jeszcze jakieś trzydzieści minut. Kiedy tak siedział i czekał, zapadł w drzemkę. Wydruki wysunęły się z teczki i upadły na szarą kamienną podłogę sali konferencyjnej, tworząc na niej kolorowy wzór. Nie podnosił ich, próbował znaleźć wygodniejszą pozycję na twardym biurowym krześle. Przez jego duszę przepływały najpiękniejsze dźwięki na świecie.
Otworzyły się drzwi, a za nimi stał młody student inżynierii o sterczących czarnych włosach i piegowatej twarzy. Coś powiedział. Eric niechętnie rozstał się z Toscą - jedna słuchawka iPoda została w uchu.
- Chce pan colę rakotwórczą czy zwykłą?
Eric przewrócił oczyma.
- Jeżeli chodzi ci o colę light, to poproszę. A ta gadka o raku to zwykłe brednie. Nie słyszałem, żeby ktoś umarł od picia coca-coli.
Student próbował nie zwracać uwagi na pokrywające podłogę wydruki.
- Okej, profesorze. Stawiam na katedrze.
Eric pokiwał głową i odchylił się do tyłu.
- Poproszę z lodem i cytryną.
Włożył słuchawkę do ucha i wrócił do muzyki.
Pomyślał o zbliżającym się wykładzie. Sekretariat oznajmił, że zgłosiło się jakieś sto osób. Dzisiejsze wystąpienie wiązało się ze streszczeniem jego badań, miał więc pływać po znajomych wodach. Wiedział, gdzie są rafy. Tosca właśnie pojawiła się w więzieniu i śpiewała swojemu skazanemu na śmierć malarzowi. Amor che seppe a te vita serbare. Nasza gorąca miłość przywróci ci życie.
Eric przestał skupiać się na wykładzie i wrócił myślami do nocnej scysji. Pod białą koszulą miał głębokie zadrapania. Kochali się. Kiedy Hanna, dygocząc, wymamrotała gorączkowe "nie" i próbowała go od siebie odepchnąć, on stawił opór. Nie przestawał. Czuła, co robi, i próbowała się bronić. Tak wyglądało ich pojednanie. On był po prostu pijany jej zapachem. Odurzony jej spoconą szyją. Nie mógł i nie chciał słuchać. Kiedy było już za późno, przytuliła go mocno do siebie. Przyjęła. Kiedy potem, dysząc, leżał z twarzą zatopioną w jej włosach, płakała. Najpierw były to tylko ciche chlipnięcia. Po chwili płacz zrozpaczonej kobiety.
- Ty draniu! Ty przeklęta, pierdolona świnio!
Podrapała go.
W drzwiach ukazał się piegowaty student. Eric rzucił okiem na zegarek i pokiwał głową. Przerwał w połowie finałowego duetu, wstał i ruszył za studentem do położonej niedaleko auli F2. Jak tylko wszedł na podium i stanął koło mównicy, zobaczył, że ktoś - prawdopodobnie Piegowaty - przykleił na jego szklance z colą light logo szwedzkiej Fundacji na rzecz Walki z Rakiem. Humor rodem z KTH, sztokholmskiego Królewskiego Instytutu Technologicznego.
Szmer w sali ucichł. Eric odchrząknął i omiótł spojrzeniem zebranych. Nie rozpoznał nikogo, ale też w ciągu ostatniego roku nie miał zbyt dużego kontaktu ze studentami.
- Dzień dobry. Nazywam się Eric Söderqvist i siedemnaście lat temu ukończyłem czteroletnie studia inżynierskie. Specjalność: techniki komputerowe. Następnie wciąż zgłębiałem zagadnienia nauk obliczeniowych. Pięć lat temu obroniłem doktorat z BCI, brain-computer interface, czyli współpracy między komputerem a mózgiem. Od ponad roku kieruję projektem badawczym o nazwie Mind Surf. To przedsięwzięcie interdyscyplinarne, łączące szczytowe osiągnięcia neurologii z najbardziej zaawansowaną techniką komputerową. Współpracujemy z Instytutem Karolinska oraz Uniwersytetem Kioto, a mój zespół złożył w tej dziedzinie niejeden wniosek patentowy. Mam nadzieję, że zanim moje czterdzieści pięć minut się skończy, będą państwo równie zapaleni do tego pomysłu jak ja.
W auli zapadła cisza. Eric wziął do ręki pilota i wyświetlił pierwszy slajd.
- W mózgu mieści się ponad sto miliardów komórek nerwowych. Liczby synaps, czyli punktów kontaktowych, w których impulsy nerwowe przekazywane są z jednej komórki do drugiej, nie jesteśmy w stanie określić. Wraz z włóknami nerwowymi tworzą one sieć o ogromnej mocy. Sny, wspomnienia, uczucia, ruchy i wrażenia zmysłowe są przetwarzane w ciągłych syntezach. Choć współcześnie najwięcej badań naukowych poświęconych jest właśnie mózgowi, o naszym biologicznym superkomputerze wciąż wiemy bardzo niewiele.
Kolejne kliknięcie, kolejny slajd.
- Żyjemy dziś coraz dłużej i coraz zdrowiej, w dużej mierze dzięki niespotykanym wcześniej postępom medycyny i techniki. Mamy skuteczniejsze leki. Mamy zaawansowany sprzęt, jak na przykład rozruszniki serca, protezy i wiele mniej lub bardziej zaawansowanych pomocy dla niepełnosprawnych. W ostatnim dziesięcioleciu rozwinęliśmy się, jeżeli chodzi o przeszczepy. Zaczęliśmy dostrzegać możliwości, jakie dają badania genetyczne i hodowla komórek macierzystych. Jednak to wszystko wciąż nie poprawia sytuacji milionów ludzi zmagających się z poważnymi uszkodzeniami mózgu.
Zdjęcia ukazywały znane osoby cierpiące na znane choroby.
- W samych tylko Stanach Zjednoczonych żyje ponad pięć milionów ludzi z nieodwracalnymi uszkodzeniami mózgu, dwa miliony sparaliżowanych, milion z chorobą Parkinsona i milion niewidomych. Poza tym dwadzieścia milionów niesłyszących. Do tego dochodzą pacjenci po udarze mózgu i cierpiący na związane z tym choroby, takie jak choćby depresja. Wiele z tych chorób i uszkodzeń wynika z niezdolności mózgu do interpretacji bodźców i wysyłania poleceń do mięśni i nerwów. Efektem może być ślepota, niezdolność do porozumiewania się, częściowy lub całkowity paraliż.
Eric wypił łyk napoju gazowanego i puścił oko do piegowatego studenta, który siedział w pierwszym rzędzie.
- Procesor komputerowy pod wieloma względami przypomina ludzki mózg. Pracuje w systemie binarnym, a także porozumiewa się za pośrednictwem impulsów. Podobieństwa sprawiają, że da się połączyć oba te systemy. We współdziałaniu komputera z człowiekiem znaleźć można rozwiązanie wielu wspomnianych wcześniej problemów. Na tym właśnie polega moja misja. Pracuję nad stworzeniem systemów komputerowych sterowanych myślami. I systemów myślowych sterowanych komputerem.
Pozwolił swoim słowom wybrzmieć, po czym wyświetlił zdjęcie fal mózgowych na zapisie EEG.
- Program BCI interpretuje aktywność neuronalną i tłumaczy ją na polecenia cyfrowe. Elektrody rejestrują myśli, które potem, za pośrednictwem komputera, kontrolują na przykład protezy mechaniczne albo cyfrowe systemy komunikacji. W ten sposób można przywrócić funkcje motoryczne utracone w wyniku udaru mózgu, urazu kręgosłupa, stwardnienia rozsianego czy ALS. Sparaliżowani mogą sterować różnego rodzaju urządzeniami wspomagającymi i poruszać się za pomocą protez. Możliwości są nieskończone.
Eric włączył fragment filmu.
- Widzą państwo małpę, która nauczyła się sterować ramieniem robota, żeby dostać pożywienie. Małpa kieruje ramieniem przy użyciu joysticka. Teraz badacze odłączają joystick. Widzą państwo, że mimo to ramię nadal podaje małpie jedzenie. Jak to możliwe?
W sali zapadła cisza.
- Otóż małpa nie wie, że joystick jest odłączony, i dlatego steruje nim nadal, siłą własnych myśli. System BCI odczytuje te myśli i konwertuje je do postaci cyfrowych komend odpowiadających tym wysyłanym przez joystick. Małpa nadal chwyta jedzenie. Teraz jednak wyłącznie za pomocą myśli.
Po sali przeszedł szmer.
- To wczesna wersja BCI. Dziś jesteśmy o wiele dalej. Potrafimy tłumaczyć zarówno komendy komputera na myśli, jak i myśli na komendy komputera. Potrafimy puszczać muzykę niesłyszącym. Wyświetlać filmy niewidomym. A to dopiero początek. BCI da ludziom z ciężką niepełnosprawnością zupełnie nowe szanse na godne życie w społeczeństwie.
Eric wszedł w światło projektora i obrazy nałożyły się na jego twarz, przypominając tatuaże z henny.
- Rzecz jasna istnieje mnóstwo innych obszarów zastosowań, na przykład gry wideo. Nawet amerykańskie wojsko inwestuje miliardy dolarów w badania nad BCI. Proszę sobie wyobrazić system zbrojny sterowany myślami.
Wziął jeszcze jeden łyk coli i zerknął na zegarek. Zostało dziesięć minut. Musi przyspieszyć.
- Najczęściej mierzymy sygnał EEG, na powierzchni głowy, oraz ECoG, bezpośrednio na mózgu. Prowadzimy także lokalną rejestrację potencjałów czynnościowych, czyli impulsów nerwowych.
Eric przywołał na ekran logo KTH.
- A co robimy akurat w Szwecji? Staramy się połączyć najnowsze osiągnięcia neuromedycyny z najnowocześniejszą technologią komputerową. Wcześniej napotykaliśmy problemy z interfejsem, inaczej mówiąc kontaktem, między komputerem a użytkownikiem. Najbardziej efektywne systemy BCI opierają się na implantach podtwardówkowych. Oznacza to, że sensory muszą zostać umieszczone pod czaszką, co wymaga interwencji chirurgicznej. To zaś niesie ze sobą ryzyko: organizm może na przykład odrzucić ciało obce, może też wywiązać się infekcja. Wcześniejszy system, w którym czujniki umieszczano na zewnątrz czaszki, rejestrował bardzo słabe fale alfa i beta, i dlatego ograniczał się do prostych funkcji. Opracowaliśmy jednak zupełnie nowy rodzaj żelu do elektrod.
Na zdjęciu ukazała się kupka liliowego fluorescencyjnego żelu.
- Wspólnie z Uniwersytetem Kioto prowadziliśmy badania, dzięki którym udało się pozyskać tę unikalną substancję: żel oparty na nanotechnologii. Zbudowany z niezwykle małych przewodzących cząsteczek wchłanianych przez czaszkę. Każda cząsteczka pozostaje w ciągłym kontakcie z sąsiednią. Absorpcję tę można porównać do działania plastra nikotynowego, choć w tym przypadku dochodzi jeszcze zdolność przewodzenia impulsów elektrycznych. Dzięki temu można nawiązać bezpośredni kontakt z mózgiem. Proszę na to spojrzeć jak na przechodzący przez skórę kabel. Niemal równie rewolucyjną częścią naszych badań jest sam hełm sensorowy. Wygląda wprawdzie jak czepek do kąpieli, ale jest o wiele bardziej zaawansowany. Składa się z pięćdziesięciu elektrod pokrywających głowę na wzór fali. Czubki elektrod wchodzą ponad dwa milimetry w głąb skóry.
Eric dostrzegł grymas na niektórych twarzach i pospiesznie dodał:
- Żel zawiera preparat znieczulający miejscowo, co w pewnym stopniu zmniejsza dyskomfort wywołany pięćdziesięcioma igłami. Penetracja czujnikami i absorpcja żelu zapewniają bardzo silny kontakt z mózgiem bez konieczności interwencji chirurgicznej. Stosujemy to rozwiązanie jako jedyni na świecie, a wniosek patentowy już został złożony.
Nie był w stanie ukryć dumy. Kolejny slajd.
- Ponadto znaleźliśmy sposób, żeby za pomocą specjalnie skierowanych elektrod i naszego nanożelu nawiązać kontakt z drugim nerwem czaszkowym, bardziej znanym jako nerw wzrokowy. Dzięki połączeniu się z chiasma opticum, skrzyżowaniem wzrokowym tuż za siatkówką, jesteśmy w stanie przesyłać trójwymiarowe obrazy prosto do świadomości. Przewidujemy, że dzięki opracowanemu systemowi będziemy mogli dać całkowicie sparaliżowanym, a nawet niewidomym możliwość lepszej interakcji z otoczeniem. No i wreszcie poświęciliśmy wiele tysięcy godzin na opracowanie programu sterującego, który tłumaczy zebrane sygnały mózgu. Pierwszy inteligentny program, Mind Surf, umożliwia nam surfowanie po trójwymiarowym internecie. Internecie, który istnieje tylko w umyśle, ale jednocześnie jest bardziej żywy i realny niż cokolwiek innego. Będziemy mogli kontrolować ten trójwymiarowy świat naszymi myślami, nie potrzebując do tego żadnego zaawansowanego szkolenia. Staramy się, żeby obsługa Mind Surfu była całkowicie intuicyjna. Czy ktoś z państwa jest chętny do przetestowania systemu?
Setka rąk wystrzeliła w powietrze. Eric roześmiał się i odłożył pilota.
- To, co państwu dzisiaj pokazałem, to nie żadna wizja przyszłości. To się dzieje tu i teraz, w ramach najlepszej instytucji świata, Królewskiego Instytutu Technologicznego. Dziękuję za uwagę.
Rozległa się burza oklasków, kilka osób krzyknęło: "Hurra!". Eric ukłonił się, wziął puszkę z colą i zszedł z podium. Kiedy wrócił do sali konferencyjnej, jego wydruki były starannie ułożone na stole obok aktówki. Piegowatemu należą się podziękowania. Pozbierał swoje rzeczy i wyszedł z powrotem na korytarz. Na wyświetlaczu telefonu zobaczył, że ma trzy nieodebrane połączenia. Dwa razy dzwoniła Hanna, raz Jens Wahlberg. Zaczął od łatwiejszego.
Powietrze na zewnątrz było nieruchome, słońce mocno przygrzewało. Przeciął mały placyk, kierując się w stronę Lindstedtsvägen, i zaczął grzebać w kieszeni w poszukiwaniu kluczyka od samochodu. Jens odebrał po drugim sygnale.
- Ach, ty żyjesz!
Eric otworzył volvo model XC60 i spojrzał na tkwiący za wycieraczką mandat za parkowanie.
- Dlaczego miałbym nie żyć? Wiesz coś, o czym ja nie wiem?
Jens parsknął śmiechem, od którego w małej słuchawce zatrzeszczało.
- Nie, ptaszek, czy raczej orzeł, piękny bielik, szepnął mi co nieco do ucha.
Eric westchnął i wyjechał na Drottning Kristinas väg.
- Rozmawiałeś z Hanną.
Jens odchrząknął.
- Rozmawiałem z Hanną. Jezus Maria, Eric. Po tej rozmowie zastanawiałem się, czy nie zejść do naczelnego i nie poprosić, żeby zmienili wieczorny nagłówek. "Profesorowi KTH grożono śmiercią".
Eric pokręcił głową i skrzywił się z bólu, rana na plecach dała o sobie znać. Na Valhallavägen było gęsto.
- Co powiedziała?
- Nie powtarzam wszystkich wygadywanych przez ciebie bzdur. I to działa w obie strony. Ale była rozczarowana. Ogólnie rzecz biorąc, mówi, że naciskasz na dziecko. I to tylko po to, by uwięzić ją w małżeństwie, które już dawno powinno się spuścić w klopie.
- Powiedziała "spuścić w klopie"?
- Nie. Ale rozumiesz, o co chodzi. Co porabiasz?
Eric wpadł w złość. Co Jens tak naprawdę wiedział? Jako najlepszy przyjaciel powinien go wspierać, a nie wygłaszać mu kazania. W domu miał ich pod dostatkiem. Jens był także przyjacielem Hanny, ale przede wszystkim był mężczyzną. Mężczyźni powinni trzymać się razem.
Dla Jensa wszystko było takie proste. Unosił się wysoko ponad polem bitwy, gnany takimi wiatrami, jakie sam wybierał. Z tej odległości wszystkie konflikty stawały się małe i abstrakcyjne. Teraz jednak chodziło o prawdziwą lojalność, więc, do cholery, powinien wziąć czyjąś stronę. Głos Jensa rozległ się spomiędzy chmur:
- Kolego, jesteś tam?
- Jens, to trudniejsze, niż ci się wydaje. Żyjesz życiem singla w świecie kolorowej prasy. Dla ciebie punktem wyjścia są zawsze powierzchowne historie z "Aftonbladet" i ich krzykliwe tytuły. Teraz jednak chodzi o moje życie. O prawdziwe uczucia, dalekie od rankingów największych silikonowych cycków w Szwecji.
- Aj, aj. Zabolało.
Eric od razu pożałował.
- Wiesz, że nie o to mi chodziło. Po prostu jestem tym wszystkim cholernie zmęczony. Zawsze byłem pewien, dokąd zmierzam, a teraz wskazówka kompasu wiruje. W pracy jestem pod presją. Tracę Hannę. W jakimś sensie tracimy się nawzajem. Jednego dnia wszystko jest dobrze, następnego wybucha wojna światowa. Może zgubiłem samego siebie.
Jens przez chwilę milczał.
- To dlatego wskazówka twojego kompasu się kręci. Straciłeś kontakt z biegunem północnym. Z twoim polem magnetycznym.
Na twarzy Erica pojawił się zmęczony uśmiech.
- Tak, ona chyba zawsze jest biegunem północnym. Minus sto stopni.
- Eric, wiesz, że równie dobrze potrafi być gorąca i palić... jak nazywała się ta ostra papryczka?
- Jalape?o.
- Biegun czy nie, zawsze była twoim stabilizatorem. A teraz jest równie wykończona i zdezorientowana jak ty. Może potrzebujecie przerwy? Odrobiny czasu z dala od siebie. Wiesz przecież, że kompasy działają bez względu na odległość od bieguna.
Czerwone światło. Eric oparł głowę na kierownicy.
- Może i tak. Ale odległość mnie przeraża. Sama myśl o tym, że nie będę spał obok niej. Nie będę jej widział każdego dnia. Nawet jeśli głównie się kłócimy. Dopóki są kłótnie, dopóty jest przynajmniej jakieś zaangażowanie. A między kłótniami nadal zdarzają nam się fantastyczne chwile. Zwiększając odległość, możemy stracić tę odrobinę, która nam została. Może już do siebie nie dotrzemy.
W słuchawce rozległ się gulgot. Jens pił kawę.
- Kto wie. Ale postępując tak jak teraz, wszystko pogarszacie. Chyba nie powinno się traktować kłótni jako czegoś dobrego. Palicie mosty. Może lepiej byłoby stworzyć między wami trochę przestrzeni. Wystarczająco dużo, żeby móc złapać oddech.
Eric wpatrywał się w czarny gumowy dywanik.
- Jens, możemy się jutro spotkać? Potrzebuję słuchacza.
- Jasne. Pewnie. Co powiesz na długi lunch?
Wszystkie lunche Jensa były długie.
- Przed południem mam trudne spotkanie z inwestorem. Nie wiem, kiedy skończę. Ale potem...
- Zarezerwuję stolik w Riche. Zaczekam na ciebie. A ty zadzwoń do Hanny.
Połączenie zostało przerwane. Eric zastygł z głową opartą o nagrzaną kierownicę.
Hanna była jego zupełnym przeciwieństwem. On był Szwedem z krwi i kości, ona była Żydówką - w jej żyłach płynęła cała Europa. On wyglądał zwyczajnie, ona była piękna. On był roztrzepany i zamknięty w sobie, ona była poukładana i towarzyska jak nikt inny. Znała wszystko i wszystkich. W każdy weekend mieli umówione kolacje i brunche. Zawsze z jej inicjatywy i zawsze skrupulatnie zaplanowane. Podobnie było z wakacyjnymi wyjazdami - rezerwowała je i planowała od początku do końca. Eric z reguły po prostu jechał, nie podejmując żadnej inicjatywy. A przynajmniej pogardliwie mu to wypominała, kiedy się kłócili.
Poznali się na KTH w czasie studiów. Dziś pracowała jako dyrektor IT w szwedzkim oddziale TBI, Trusted Bank of Israel. Udzielała się w gminie żydowskiej i była przewodniczącą Towarzystwa Przyjaciół KTH. Zawsze miała wypełniony kalendarz. Gdzie była teraz? Pewnie w banku. Nie spieszyło mu się z dzwonieniem. Samochód za nim zatrąbił wściekle. Światło zmieniło się na zielone, a teraz znów przechodziło w czerwone. Wdusił pedał gazu i zdążył w ostatniej chwili. Rozzłoszczony kierowca został na światłach.
- Cześć. Dodzwoniłeś się do Hanny Szulc-Söderqvist z KTH. Zostaw miłą wiadomość, a obiecuję, że oddzwonię.
Odłożył słuchawkę.
Burdż al-Arab, wieża Arabów, był nazywany najbardziej luksusowym hotelem świata. Przez długi czas stanowił wizytówkę Dubaju. Budowla w kształcie żagla dau wznosiła się na trzysta dwadzieścia jeden metrów ponad sztuczną wyspę. W hotelu znajdowały się jedynie wielkie apartamenty, a szczere złoto pokrywało ponad dwa tysiące metrów kwadratowych. Wszystkie dywany były tkane ręcznie.
W ciągu pięciu lat, jakie zajęło wzniesienie Burdż al-Arab, Mohammad al-Raszid jako jeden z trzech wykonawców spędzał na placu budowy większą część czasu. Jego firma budowlana należała do czołówki największych i najbardziej szanowanych firm na Półwyspie Arabskim. Mohammad często bywał w hotelu także po zakończeniu budowy. Mieszkał w Arabii Saudyjskiej i sporą część interesów przeniósł do Dubaju. Trudno było o lepszą obsługę i większe bezpieczeństwo niż to, które oferował hotel.
Teraz jednak bezpieczeństwo i obsługa zdawały się niedostępne. Mohammad al-Raszid przyglądał się niebieskim aksamitnym ścianom w wielkim apartamencie. Przeniósł wzrok na specjalnie wykonane poduchy do siedzenia - miały niemal dwa metry średnicy i były szyte złotą nicią. Ostry zapach lilii na barze i stole w jadalni sprawiał, że miał ciężką głowę. Żałował, że nie może otworzyć drzwi balkonowych i wpuścić świeżego powietrza. Wielki ekran telewizora z wyłączonym dźwiękiem pokazywał cele wakacyjnych podróży i zadowolonych turystów o szerokich uśmiechach. Zapatrzył się na reklamę Disney Worldu.
Na myśl o rodzinie przewracało mu się w żołądku. A może to przez zapach lilii? Zastanawiał się, co porabiają dzieci. Bunjamin z pewnością oglądał telewizję, lekcje powinien mieć już dawno odrobione. Mała Azra spała.
Mohammad nie należał do osób, które płaczą - gdy poczuł w ustach słony smak łez, spróbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio płakał. Chyba podczas operacji Bunjamina. Ostrożnie otarł twarz spoconą dłonią. Znów na nią spojrzał. Nie była wysoka, poniżej metra siedemdziesięciu. Niższa teraz, kiedy zdjęła buty na obcasach. Przyjrzał się jej małym stopom, prześwitującym delikatną szarością przez cienkie rajstopy. Nogi wyglądały na silne. Ciemna spódnica była obcisła. Kobieta zdjęła marynarkę i rozpięła trzy guziki bluzki. A może to on je rozpiął? Dostrzegł czarną krawędź stanika na tle ciemnej skóry. Przełknął ślinę. Jak w ogóle mógł w tej sytuacji myśleć o seksie? Niespokojnie przeniósł wzrok na jej twarz. Była piękna. Niełatwo było odmówić tym ciemnym oczom. Jednocześnie coś psuło ten obraz. Jakaś rysa na wypolerowanym lakierze. Nos. Sam w sobie ładny, wydawał się jednak krzywy. Złamany. Przydawał tej miękkiej twarzy ostrego akcentu, czyniąc z kobiety zadziorne skrzyżowanie bokserki z modelką. Siedziała skulona w wielkim fotelu, nonszalancko przeglądając "Vanity Fair", i wydawała się zupełnie nie zwracać na niego uwagi. Miała szczupłe palce i piękny manikiur.
Jak na pięćdziesięciopięciolatka Mohammad al-Raszid był w dobrej formie. Codziennie trenował. Jego ciało budziło zainteresowanie kobiet. Wiedział, że nie uszło i jej uwadze. Nic nie uchodziło jej uwadze. Mógłby z łatwością wstać z łóżka, spuścić jej łomot i po prostu wyjść z pokoju. Powstrzymywał go fakt, że nie był związany. Gdyby był, uwolniłby się i rzucił na nią. Tymczasem ona nie zakleiła mu nadgarstków taśmą, nie związała ani nie założyła kajdanek. Ta delikatna kobieta siedząca nie więcej niż półtora metra od niego nie wydawała mu się po prostu groźna.
Mohammad miał intuicję, a odpowiedź na pytanie o rozkład sił kryła się w jej spojrzeniu. Powiedziała, kim jest, i kazała mu usiąść na łóżku. Dwie godziny później siedział na nim nadal. Zaschło mu w gardle. Bolały go plecy. Zaczął odczuwać kaca.
Kobieta odrzuciła gazetę na bok i spojrzała na zegarek.
- Wpuścimy tu trochę powietrza?
Mówiła bezbłędnie po arabsku.
Pokiwał z wdzięcznością głową. Kobieta wstała i nie zakładając butów, podeszła do drzwi balkonowych. Przez pokój przeszła ciepła bryza. Kartki "Vanity Fair" poruszyły się na wietrze, a zapach lilii zmieszał się z wonią eukaliptusa. Kiedy patrzył na kobietę zapalającą papierosa na balkonie, chciało mu się śmiać. Śmiać albo płakać. Na co czekała? Jej blackberry leżał na stole przy fotelu, nie wydając żadnego dźwięku. Sprawdziła go kilka razy. Teraz wyglądało na to, że po prostu stoi na dworze i marzy. Zerknął na drzwi po drugiej stronie pokoju. Wydostałby się stąd w ciągu kilku sekund. Ale może nie była sama? Może za drzwiami stali ochroniarze? To by tłumaczyło, dlaczego jest taka spokojna.
- Może zdążysz, Mohammad. A może nie.
Wzdrygnął się i spostrzegł, że przykucnęła u jego boku. Nie słyszał, jak wchodziła. Była tak blisko, że czuł ciepło jej oddechu. Zapach tytoniu. Siedziała nieruchomo. Jak kotka gotowa do skoku. Kiedy się nie poruszył, a tylko bez słowa opuścił wzrok, wstała i znów usiadła w fotelu.
Wrócił myślami do dzisiejszej kolacji. W tym tygodniu usłyszał pogłoskę o planowanej budowie dużego biurowca. Japońska izba handlowa szukała ziemi pod komercyjne centrum handlowe dla azjatyckich przedsiębiorstw. Wiedział, że w Azji zainteresowanie możliwościami biznesowymi w krajach arabskich jest duże. W tych czasach, kiedy arabskie przedsiębiorstwa i banki walczyły ze zbyt wysokim zadłużeniem i malejącą wypłacalnością, projekty zagraniczne stały się szczególnie interesujące. Dlatego trochę podzwonił i dowiedział się, że za zakup odpowiedzialna jest konsultantka z Abu Dhabi, niejaka Sarah al-Jemud. Znalezienie jej danych zajęło mu dziesięć minut, a kiedy zapoznał się z jej referencjami, poprosił asystentkę, żeby się z nią skontaktowała. Wychodził z założenia, że i tak skontaktowałaby się z jego firmą, ale nie chciał ryzykować. Kolację w panoramicznej restauracji Al Muntaha w Żaglu na dwudziestym siódmym piętrze zaplanowano już na następny wieczór.
Spojrzał na nią. Wyglądała na zatopioną w myślach. Była odwrócona w stronę telewizora, ale jej spojrzenie padało daleko poza wyświetlane w nim bezgłośnie zawody golfowe. Wyglądała na zmęczoną. Małą. Splotła ręce. Aż pobielały jej kostki.
Czekała już na niego, gdy wszedł do restauracji w kształcie półkola, znajdującej się dwieście metrów nad poziomem wody. Siedząc przy stoliku w tym futurystycznym wnętrzu, przez jedno z wielkich okien miało się widok na plażę Jumeirah oraz sztuczne wyspy: Palm i World. Zjedli dobrą kolację, a następnie przenieśli się do baru na głębokie aksamitne fotele.
Mohammad często mówił, że jest pragmatycznym muzułmaninem. Był wierzący, ale sam wybierał sobie reguły. Jednym z odstępstw był alkohol. W jego pracy picie z klientami bywało konieczne. Z takim odstępstwem mógł żyć. Prawda była jednak taka, że obecnie pił dużo nawet bez klientów. Zaproponował Sarah swojego ulubionego szampana - Louis Roederer Cristal. Skwapliwie się zgodziła. Również ona zdawała się być pragmatyczną muzułmanką. Projekt był zakrojony na szeroką skalę, Sarah zaś dobrze obeznana z lokalnymi regułami sztuki budowlanej i zaawansowanym prospectingiem. W pierwszej chwili był zdziwiony, że Azjaci powierzyli to zadanie kobiecie - kobiety rzadko spotyka się w biznesie, zwłaszcza w branży budowlanej. Ale już po godzinie spędzonej z Sarah zrozumiał, że nie powinno się jej nie doceniać. Jęknął na myśl o kryjącej się w tym ironii.
Po prawie trzech butelkach wina (ona nie dotrzymywała mu kroku) zaczął tracić zainteresowanie budownictwem w Azji, za to coraz bardziej interesowały go jej nogi. Kiedy wybuchnęła głośnym śmiechem, zaryzykował i położył dłoń na jej udzie. Śmiech ucichł. Spojrzała na niego spod czarnej, kręconej grzywki. Bez słowa opróżniła kieliszek i wstała. Przez chwilę myślał, że zamierza go zostawić. Spojrzał na nią zdziwiony, ona jednak się uśmiechnęła i skinęła głową w kierunku dziesięciu pozłacanych wind. Poszedł za nią jak posłuszny uczniak. To było zbyt piękne, żeby mogło być prawdą.
Gdy tylko zamknął drzwi apartamentu, kobieta się zmieniła. Jej głos nabrał metalicznego tonu, ostrości, która nie pasowała do miękko kobiecej, niemal kruchej osoby, z którą właśnie zjadł kolację. Wyjaśnienie pojawiło się szybko: poinformowała, że należy do jednostki 101. Wiedział, co to za jedni. Izraelska jednostka specjalna. Oprawcy.
Fakt, że Sarah podała mu tę tajną informację, sam w sobie był niepokojący. To, że wiedziała, iż jego firma odpowiada za zakrojoną na szeroką skalę budowę bunkra w Iranie, niepokoiło jeszcze bardziej. Zwłaszcza że akurat ten bunkier był ściśle tajnym przyszłym miejscem składowania wzbogaconego uranu. Najbardziej zaniepokoiło go jednak to, że nie zadawała żadnych pytań. Usiadła po prostu w fotelu i zaczęła przeglądać magazyny o modzie.
Boże święty. W jaki sposób Mossad natrafił na jego nazwisko? Jak dużo wiedzieli o bunkrze? O jego drugim projekcie? Przeklinał w duchu własną chciwość. Nigdy nie powinien angażować się w tę przeklętą budowę, bez względu na to, jak dobrze płacili. Nigdy nie miał na pieńku z Izraelczykami, a polityka go nie interesowała.
Blackberry zawibrował. Sarah podniosła go, słuchała w milczeniu, po czym się rozłączyła. Siedziała przez chwilę z telefonem w dłoni i przyglądała się Mohammadowi. Obgryzała przy tym paznokieć. Nie mógł już dłużej usiedzieć. Wstał i rozłożył ręce.
- Pozwól, że zakończymy ten długi wieczór.
Nie ruszając się z fotela, podążyła za nim wzrokiem. Wreszcie zdecydowanym ruchem wsunęła stopy do butów, naciągnęła marynarkę i wstała.
- Masz rację, Mohammadzie, już czas to zakończyć.
Po sekundzie wahania rzucił się do przodu. Czując pulsowanie w skroniach, chwycił wazon z liliami i gwałtownie ruszył w jej stronę. Rzucił wazonem w kierunku jej głowy. Kobieta ukłuła go w bok i zrobiła unik. Mohammad zatoczył się do przodu, stracił równowagę i upadł na fotel głową do przodu. W miejscu, gdzie go ukłuła, czuł pieczenie. Szybko zerwał się na nogi i obrócił. Spostrzegł, że Sarah siedzi na łóżku, spokojnie, jak gdyby nic się nie stało. Zdumiony, stracił rezon. Wszystko to przypominało psoty dwójki rodzeństwa. Teraz starsza siostra się zmęczyła. A może poddała? Czy powinien od razu pobiec do drzwi, czy też najpierw ją złapać? Lewa strona tułowia bolała go tak bardzo, że nie mógł ustać na nogach. Walczył, ale w końcu opadł na fotel.
Zamiana ról. Teraz ja siedzę tutaj, a ona tam. Dostrzegł nóż w jej dłoni. Nie był to zwykły nóż, bardziej przypominał taki do cięcia kartonu. Jęknął i dotknął boku. Koszula była ciepła i mokra. Kobieta ugodziła go nożem. Jak poważne było to wszystko? Zdawało się, że czyta w jego myślach.
- Przebiłam ci wątrobę. Umrzesz. I to będzie bolesna śmierć. Sprawy nie musiały się potoczyć w ten sposób, ale czasami człowiek musi improwizować. Z twojej wątroby wypływa teraz do jamy brzusznej mnóstwo krwi. Poza tym to wątroba, pośrednio, jest odpowiedzialna za krzepnięcie krwi. A kiedy jest przebita... Krótko mówiąc, nie masz szczęścia. Ja zresztą też nie, bo otrzymałam rozkazy, żeby wywołać u ciebie atak serca. To nie może wyglądać na morderstwo. A z tym będzie trudno, jeżeli masz dziurę w wątrobie.
Iskrzący ból pochłaniał jego myśli.
- Nie chcę umierać, mam rodzinę - jęknął słabym głosem.
Kobieta wstała.
- Wiem, że masz rodzinę. Ciesz się ze wspomnień, które masz, i raduj otrzymanymi od Boga darami. Bunjamin i Azra dadzą sobie radę. Jeśli byłeś dobrym muzułmaninem, twoją duszę zabiorą anioły. Prawda? A jeśli później odpowiesz poprawnie na kilka prostych pytań, zostaniesz przyjęty do Dżannah, raju, przez samego Allaha. Potem wystarczy się tam tylko zadomowić. Poboli przez kilka godzin, ale jeżeli czeka się na coś dobrego... Nic nie mogę zrobić. Moja rola w tym wszystkim się skończyła.
Wyszła do łazienki. Usłyszał dźwięk płynącej wody. Skurcze sprawiły, że runął do przodu, na podłogę. Patrzył, jak na grubym dywanie szybko rośnie ciemna plama. Tkanina pachniała kurzem i środkami czystości. Czy był dobrym muzułmaninem? Pożałował swojego pragmatycznego podejścia do islamu. Myśli wirowały mu w głowie. Wszystko było rozmyte. Musi znaleźć sposób, żeby zatamować krwotok. Może ma szansę? Potrzebna mu poduszka czy cokolwiek, co będzie mógł przyciskać do rany, dopóki nie otrzyma pomocy lekarskiej. W hotelu mają personel medyczny. Wszystko mają w tym przeklętym hotelu. Sarah była jego jedyną nadzieją. Próbował coś powiedzieć, ale gardło miał pełne płynu. Kaszlał i gulgotał.
Czarne buty na obcasach znów pojawiły się w zasięgu jego wzroku. Kobieta podciągnęła go do pozycji siedzącej. Zwymiotował. Brązowo-czerwona maź zalała podłogę, obmywając nogi fotela.
- Mogę zdradzić ci mnóstwo tajemnic - powiedział, a jego głos był chrapliwy i słaby.
Przykucnęła koło niego, zręcznie unikając tego, co wyciekało z przedziurawionego ciała.
- Nie musisz się wysilać. Wiemy już wszystko, co chcieliśmy wiedzieć. Mamy inne źródła. Moje zadanie polega na tym, żeby zapobiec przyszłym problemom. Nie będziesz pomagał Teheranowi wznoszeniem kolejnych budowli. Miejmy nadzieję, że twój następca będzie ostrożniejszy.
Zaszlochał.
- Bunkier to był czysty biznes... a ja wiem... inne rzeczy... Ważne rzeczy...
Spojrzała na zegarek.
- Co to za ważne rzeczy?
Sprawiała wrażenie znudzonej. Mohammad szperał gorączkowo w rozpadającej się pamięci. Kolacja u Omara Fathy'ego. Był tam kolega brata Omara, facet, którego nigdy wcześniej nie widział. Jak on się nazywał? Rozmawiali o budowie bunkra. Wspomniano wtedy o czymś jeszcze. Czymś ściśle tajnym.
W ustach, nosie i gardle znów zebrał się ciepły płyn. Kobieta wstała. Słyszał jej miękkie kroki na grubym dywanie, a potem ostry stukot obcasów o twardą podłogę. Jęknął. Nie odwróciła się, tylko podeszła do drzwi balkonowych i je zamknęła. Miała zamiar go zostawić.
- Arie al-Fattal!
Wypowiadając te słowa, usta miał zatopione w zakurzonym dywanie. Szumiało mu w głowie.
Zamglone buty zatrzymały się w połowie drogi do drzwi.
- Co z nim?
Promyk nadziei. Znów podniósł wzrok na miękką twarz z krzywym nosem.
- Pomożesz mi?
Patrzyła na niego w milczeniu. Zastanawiała się.
- Wciąż jeszcze mam tabletkę, którą powinieneś był zażyć. Nie bardzo chce mi się ją marnować, ale jeśli dasz mi coś wartościowego, być może ją dostaniesz. Powoduje ustanie akcji serca, zupełnie bezbolesne. W przeciwnym wypadku pożyjesz jeszcze co najmniej godzinę i zdecydowanie nie jest to coś, na co mógłbyś mieć ochotę. Najpewniej nie dałoby się ciebie uratować, nawet gdybyś leżał teraz na stole operacyjnym. Zszycie wątroby jest w zasadzie niemożliwe.
Jedna tabletka. Tylko tyle chciał dostać. Żeby móc zasnąć. Wymknąć się płomieniom, które wypalały go od środka.
Wyciągnęła telefon i włączyła nagrywanie. Następnie rozłożyła ręce jak reżyser teatralny. Starał się mówić składnie.
- Wiesz zatem, kim jest Arie al-Fattal. Poznałem go podczas pewnej kolacji. Próbował mnie zainteresować sfinansowaniem zamachu na Izrael...
Przerwał mu kaszel, a z każdym atakiem eksplodowały tysiące świateł. Szum w głowie przybrał na sile.
- Jakiego zamachu? - spytała niecierpliwie.
- Chodziło o jakiś atak z użyciem nowoczesnych technologii. O nową broń. Wirusa.
Ostatnie słowa powiedział szeptem. Skręcał się z bólu, a gardło znów wypełnił mu gorący, gęsty płyn. Leżał na boku i dyszał bezsilnie, niczym wyrzucona na brzeg ryba. Kobieta czekała na więcej, ale zdawała sobie sprawę, że Mohammad nie jest w stanie mówić dalej. Otworzyła minibarek koło łóżka.
- Tę tabletkę powinno się rozpuścić w płynie z dużą zawartością cukru. Żeby szybciej zadziałała.
Zaczęła szukać odpowiedniego napoju.
- Coca-cola chyba będzie dobra? Jest zimna.
Śledził jej ruchy wzrokiem. Otworzyła czerwoną puszkę. Wrzuciła do niej białą tabletkę wielkości aspiryny. Następnie zamieszała delikatnie puszką, żeby tabletka się rozpuściła. Mohammad milczał, ale był napięty jak struna. Pomogła mu wypić. Połykał krew, soki żołądkowe i colę. Potem delikatnie położyła jego głowę na dywanie i wstała.
- No już, Mohammad. Wkrótce ten męczący wieczór się zakończy. Czy to nie ironia, że akurat narodowy napój Amerykanów stał się twoim wybawieniem?
Gwałtownym ruchem postawiła pustą puszkę na barku. Następnie, nie odwracając się, poszła do drzwi.
Leżący na podłodze arabski magnat wyglądał jak sztuczna wyspa pośrodku ciemnoczerwonego jeziora. Przewrócona miniatura Burdż al-Arab. Z opuszczonym żaglem. Jego ciało nie było już napięte. Serce przestało bić mniej więcej po minucie.
Mała dziewczynka w pięknej sukience sporo ryzykowała. Niedawno padał deszcz i pole za domem babci było gliniaste i śliskie. Jej upięta fryzura rozluźniła się, ciemne loki zwisały swobodnie. Podkradła się do kota, spokojnie, żeby go nie przestraszyć, i ostrożnie postawiła stopy w białych trampkach na brązowej glinie. Kot obwąchiwał oponę samochodową, do połowy zagrzebaną w glinie obok zardzewiałej bramki. Był smukły i miał piękne paski. Jak tygrys. Może zresztą był tygrysem. A ona zaczarowaną księżniczką, która potrafi rozmawiać z tygrysami. Nagle kot, czymś przestraszony, czmychnął w kierunku kamiennego mostu i brązowej, szumiącej rzeki. Księżniczka wzięła więc do ręki starą metalową puszkę - nie, to oczywiście nie była puszka, tylko tygrysiątko porzucone w glinie. Wytarła je dokładnie brzegiem sukienki. Mama nie bez racji mówiła na nią "kameleon" - jeśli tylko miała trochę czasu, zawsze udawało jej się upodobnić ubranie do ziemi, na której się bawiła. Dziś mama i babcia były zbyt zajęte w kuchni, by zauważyć, że wybiegła na pole w nowej turkusowej sukience. W odróżnieniu od sukienki puszkowe tygrysiątko było teraz czyste. Choć głodne. Tygrysy zawsze są głodne. Przycisnęła puszkę do piersi i ruszyła przez śliskie pole.
Dwie kobiety patrzyły z przerażeniem na brudną dziewczynkę, która zadyszana wpadła do kuchni.
- Babciu! Potrzebna mi miska wody.
Elif odstawiła parującą blachę świeżo upieczonych pierożków sambousek.
- Nie tylko miska. Tobie potrzebna jest cała wanna.
Zaśmiała się i spojrzała na Nadim, przeczuwając, że córka za chwilę wybuchnie. Mona zrobiła to samo, nagle zdając sobie sprawę ze swojego wyglądu.
- Mamo, nie gniewaj się. Znalazłam tygrysiątko! I ono jest głodne.
Mona trzymała jedną rękę pod talią sukienki, drugą zaś wyciągnęła do Elif, która podała jej kawałek pierożka. Kiedy dziewczynka nakarmiła to, co ukrywała, sukienka podjechała do góry i Nadim dojrzała tygrysa. Kuchnia się zakołysała. Nadim musiała chwycić się blatu, żeby ustać na nogach.
- Kochanie. Ten tygrys jest bardzo niebezpieczny. Może cię ugryźć. Nie ruszaj się.
Mona się uśmiechnęła, ucieszona, że mama włącza się do zabawy. Nadim odruchowo odsunęła matkę. Nawet ona dostrzegła, co Mona trzyma w ramionach, i zaczęła się modlić.
Nadim pomału zbliżyła się do córki.
- Możesz mi podać tygrysa?
Mona potrząsnęła przekornie głową.
- Jest spokojny tylko ze mną. Bardzo łatwo go przestraszyć. Mama go zostawiła.
Nadim nie mogła powstrzymać łez. Mona była najpiękniejszą istotą na świecie. Jej ukochana córka. Cud Kany. Drżącym głosem powtórzyła:
- Podaj mamie tygrysa. W tej chwili. Inaczej mama się zdenerwuje. Wścieknie!
Mona zobaczyła łzy mamy. Niespokojnie przeniosła wzrok na babcię. Usłyszała jej modlitwy. Wyciągnęła więc rękę z tygrysiątkiem. Które nim nie było. Ale nie było też puszką. To był granat z izraelskiej bomby kasetowej. Nadim nie odrywała wzroku od twarzy córki. Ich dłonie się spotkały. Jak gdyby nerwy na wierzchu dłoni, drobne i cienkie jak włoski, wyciągały się ku córce z pulsującą intensywnością. Wstrzymała oddech i zacisnęła dłoń na chłodnym granacie.
Herbata w filiżance dawno wystygła. Ludzie przychodzili i odchodzili. Wszystko działo się gdzieś daleko. Już go nie dotyczyło. Był pusty. Zimny jak herbata. Martwy. A mimo to tak boleśnie żywy. Osamotniony. Przy stoliku obok okna w małej herbaciarni siedziała już tylko jego skorupa. Patrząca pustym wzrokiem i nosząca wymięte ubranie. Włosy miał nieuczesane. Pokryty był sadzą. Od zewnątrz i od środka.
Nie wiedział, jak długo już ten stary, ubrany na czarno mężczyzna siedzi naprzeciwko niego. Nie wiedział, skąd się wziął ani dlaczego przyszedł. Przyjazne spojrzenie mężczyzny spoczywało na jego zimnej masce. Starzec położył dłoń na jego dłoni. Była szorstka i ciepła.
- Samir Mustaf - drgnął, słysząc swoje nazwisko. - Koran głosi: "Zaprawdę, nad wami są stróże [...] oni wiedzą, co czynicie. Zaprawdę, sprawiedliwi będą w szczęśliwości"1.
Siedzieli twarzą w twarz - jeden stary, drugi pusty. Nie miał pojęcia, jak długo to trwało. Może godzinę. Może tydzień. Mała kawiarenka mieściła się naprzeciw szpitala Hiram w Tyrze. Miał odwiedzić miasto razem z nią. Pokazać jej ruiny hipodromu i piękny łuk triumfalny. Wykąpać się w morzu. W ustach czuł kwaśny posmak. Starzec wstał i chwycił go za rękę. Pociągnął. Samir sztywnym krokiem wyszedł za nim z herbaciarni. Nie widział ulicy, samochodów ani ludzi. Nie słyszał hałasu. Wciąż widział przed sobą jeden i ten sam obraz. Jego córka nie miała twarzy. Nie było jej. Nie było ich.
Podszedł do samochodu, który na nich czekał. Ktoś otworzył drzwi. Mężczyzna przemawiał delikatnym głosem.
- Nic tu po tobie. Ale jest coś, co możesz zrobić.
Samir opadł na tylne siedzenie. Starzec nie wsiadł za nim, tylko zamknął drzwi. Samochód od razu ruszył i wyjechał na ruchliwą jezdnię. Pod wstecznym lusterkiem dyndało wyblakłe zdjęcie piłkarza Ronaldo. Samir zamknął oczy.