Momo Ty łobuzie - Jacek Dubois

Reflow text when sidebars are open.
Lubię budzić się wcześnie, kiedy poranek miesza się jeszcze z nocą. Wstaję wtedy i zbiegam szybko do kuchni. Jestem bardzo podekscytowany, czuję się jak poszukiwacz skarbów, który jest o krok od odnalezienia żyły złota. Oczywiście, nie szukam w kuchni złota. Do niczego nie byłoby ono mi potrzebne. Mam zupełnie inną słabość, do której muszę wam się przyznać. Kocham jeść. Każdego dnia o świcie zbiegam do kuchni w poszukiwaniu różnych smakołyków.
Uwielbiam orzeszki pistacjowe, które zjadam razem z łupinkami. Ubóstwiam oliwki nadziewane pestkami albo migdałami. Przepadam też za jagodami i malinami, które wyjadam prosto z koszyka. Ale najbardziej na świecie lubię... parówki. I właśnie po to, żeby je zdobyć, wstaję wczesnym rankiem. Najpierw sprawdzam, czy jakaś nie leży na stole w kuchni. Jeśli parówki nie ma na wierzchu, zamieniam się w prawdziwego tropiciela i buszuję po kuchni, żeby znaleźć choć mały kawałeczek. Sprawdzam nawet śmieci. Potrafię sam otworzyć szafkę, wyrzucić zawartość kosza na podłogę i grzebać w resztkach tak długo, aż znajdę łup. Pewnie jesteście oburzeni, że robię taki bałagan. No cóż, macie rację. Ale ja naprawdę nie mogę się powstrzymać, tak bardzo lubię parówki. Kiedy nie mogę ich znaleźć, czuję się bardzo nieszczęśliwy.
Tyle wam już opowiedziałem o sobie, a wy jeszcze nie wiecie nawet, kim jestem. Nazywam się Momo. Jestem wielkim brązowym psem z ciemną pręgą na grzbiecie.
Moja Pani powtarza mi codziennie, że nie powinienem wyciągać wszystkiego z kosza i rozrzucać po podłodze. Ja jednak nie mogę się opanować, w końcu jestem tylko zwykłym psem łakomczuchem. Kiedy już zjem wszystkie smaczności, które uda mi się znaleźć, na ogół jest mi strasznie głupio i bardzo żałuję, że nie posłuchałem Pani. Ale tak naprawdę to wcale nie jestem pewien, czy ona jest na mnie zła. Zawsze, kiedy schodzi do kuchni i widzi, co nawyprawiałem, z trudem tłumi śmiech, a dopiero potem tłumaczy mi, że nie powinienem wiecznie bałaganić. Ja się bardzo przejmuję tym, co mówi moja Pani. Za każdym razem, kiedy zwraca mi uwagę, kładę się na podłodze i, żeby ją przeprosić, zaczynam śpiewać. Oczywiście, nie potrafię śpiewać tak jak prawdziwi piosenkarze. Jestem tylko zwykłym psem i nie potrafię zaśpiewać żadnej piosenki. Śpiewam po swojemu, czyli - jak to określa mój Pan - niemiłosiernie wyję, niby jakiś zwariowany kundel. On tak mówi dla żartu, bo mój śpiew naprawdę bardzo mu się podoba, czasami nawet sam mnie do niego namawia. Zresztą śpiewam nie tylko wtedy, gdy przepraszam za buszowanie w śmietniku. Śpiewam także, gdy jestem zadowolony albo gdy się z czegoś cieszę. To zdarza się bardzo często. O świcie śpiewam z radości, że wstaje nowy dzień, później ze szczęścia, że dostałem pełną miskę ulubionych przysmaków. Najczęściej śpiewam, gdy słyszę samochód mojej Pani podjeżdżający pod dom. Wiem, że wtedy nie będę już sam w domu i że będziemy się razem bawić.
Poza parówkami i śpiewaniem mam jeszcze jedno hobby. Uwielbiam pluszaki. Wszystkie misie, pieski, kotki, tygryski, prosiaczki - naprawdę wszystkie, które mi wpadną w łapy, kocham tak samo. Mam ich całą kolekcję. Kupuje mi je Pani, dostaję je też w prezencie od znajomych, którzy nas odwiedzają. Niektóre zdobywam sam. Znajduję je w czasie spacerów, zapomniane na placu zabaw albo wyrzucone na śmietnik. Raz jednego przyniosłem ze sklepu. Tak długo wpatrywałem się w półkę z zabawkami, aż pani sprzedawczyni dała mi w prezencie małego pluszowego kotka, mówiąc, że będę miał kolegę.
Strasznie nie lubię, gdy dzieci nie szanują swoich zabawek. Kiedyś zobaczyłem chłopca uderzającego pluszowym misiem o drzewo. Podbiegłem do niego, zabrałem mu niedźwiadka i uciekłem. Jego rodzice próbowali mi go odebrać, ale ja nie zamierzałem go oddawać. Tamten chłopiec był niegrzeczny i nie zasługiwał na ładną zabawkę. Mam taką teorię, że pluszaki należą się temu, komu sprawiają największą przyjemność, a najbardziej na świecie pluszakami lubię bawić się ja. Gdy zdobywam nową zabawkę, cieszę się jak nikt inny. Niosę ją na swoje posłanie - do moich innych pluszowych przyjaciół.
O świcie, gdy skończę przeszukiwać kuchnię, od razu wracam do zabawek. Zdarza się, że czasem pogryzę je trochę z miłości. Niestety, często odpadają im łapki i wychodzi z nich wata. Niosę je wtedy do mojej Pani i proszę, żeby je pozszywała, bo bardzo szanuję zabawki, a jeśli którąś nadgryzę, to zupełnie niechcący. Gdy któraś z zabawek się popsuje, biorę ją do pyska i co sił w łapach biegnę do pokoju Państwa. Wskakuję na ich łóżko i pokazuję, co się stało.
Co oczywiste, do moich Państwa przybiegam nie tylko wtedy, kiedy popsuje mi się pluszak. Wpadam też do nich w nocy, gdy się za nimi bardzo stęsknię. Wskakuję na łóżko i liżę ich po twarzach. Potem szybko zmykam, zanim zdążą się rozbudzić i na mnie nakrzyczeć. Zeskakuję z łóżka i biegnę z powrotem do siebie. Zdarza się, że nie zdążę uciec i Pan chwyci mnie za łapę. Wtedy zaczynam dla nich śpiewać, a oni przytulają mnie i czasem nawet pozwalają zostać. Jest mi wtedy tak dobrze, że z radości skaczę po nich i wchodzę im na głowy.
Wiecie, jak oni mnie przezywają? Mam na imię Momo, a oni mówią do mnie: "Pachnące uszko". To wymyślił mój Pan. Kiedy tak do mnie mówi, ja się bardzo cieszę, przytulam nos do jego ucha i śpiewam tylko dla niego.
Każdego ranka, gdy skończę buszować po kuchni i bawić się pluszakami, idę na spacer. Zabiera mnie mój Pan. Zazwyczaj nie odbywam takich spacerów, jakie robi każdy normalny pies. Mój Pan jest maratończykiem i codziennie rano trenuje biegi w parku. Niezależnie, czy pada deszcz czy świeci słońce, przebiegamy razem kilkanaście kilometrów. Kiedy wracamy, ja na ogół ledwo dyszę, bo mój Pan biega bardzo szybko. Jeśli mój Pan nie ma czasu rano, biegamy wieczorami. Wtedy jest jeszcze fajniej. Niedawno mój Pan kupił sobie nowe sportowe buty. Z pozoru są takie same jak poprzednie, ale w podeszwie mają wbudowane małe lampki, które świecą w ciemności. Wieczorem wyglądają zupełnie jak światełka migające na świątecznej choince. Gdy mój Pan biegnie, jego buty pulsują jasnym światłem, a ja pędzę za nim dumny, bo jestem jedynym psem w parku, który ma takiego świecącego Pana.
Po porannym biegu z Panem nie mam nawet chwili, żeby odpocząć, bo już czeka na mnie Pani. Mój psi pech polega na tym, że ona też jest biegaczką. Też biega maratony. Gdy zabiera mnie na spacer, muszę z nią znowu przebiec kilkanaście kilometrów. Staram się nie sprawić jej przykrości i udaję, że jestem z tego zadowolony. Razem obiegamy wkoło wielki park. Na całe szczęście Pani nie biega tak szybko jak Pan i gdy tylko widzi, że już jestem bardzo zmęczony, przerywamy gonitwę.
Pewnego razu koło drzew znalazłem w trawie malutkiego pisklaka, który wypadł z gniazda. Był bardzo ucieszny. Gdy podszedłem do niego, leciutko dziobnął mnie w nos. To mnie rozśmieszyło i zaczęliśmy się bawić. Uważałem, żeby przez przypadek nie zrobić mu krzywdy, jak to zdarza mi się z pluszakami. Gdy już się zaprzyjaźniliśmy, pomyślałem, że trzeba mu pomóc i włożyć go z powrotem do gniazda. Pobiegłem po moją Panią. Musiałem jej jakoś wytłumaczyć, że ma podejść ze mną do drzewa, pod którym leży pisklak. Uderzyłem ją nosem w udo i zawróciłem tam, gdzie leżał ptaszek. Niestety, nie zorientowała się, o co mi chodzi. Powtórzyłem swój manewr kilkakrotnie. W końcu domyśliła się i pobiegła za mną. Kiedy jej pokazałem malucha, podniosła go z trawy i włożyła do gniazda. Bardzo mnie potem chwaliła. Głaskała mnie po karku i mówiła, że jestem prawdziwym bohaterem, bo uratowałem małe pisklę.
Kiedy wracamy do domu po obiegnięciu całego parku, najczęściej jestem już bardzo zmęczony. Jeśli jest ciepły dzień, z pyska cieknie mi ślina. Przechodnie, których spotykamy, szczerze mi współczują. Mówią, jaki to ze mnie biedny, zmęczony piesek. Pewnego razu, gdy już nie miałem siły biec dalej i zaparłem się łapami o chodnik, pewien pan nakrzyczał nawet na moją Panią, że chce zamęczyć na śmierć małe, biedne zwierzątko. Czyli mnie! Twierdził, że jeśli będę tyle biegać, to wyzionę ducha, że Pani nie ma serca i na sto procent jest sadystką, która znęca się nad zwierzętami. Krzyczał, że to się nadaje do prasy. Strasznie się wtedy zdenerwowałem, bo to wszystko była nieprawda i nie chciałem, żeby o mojej Pani wypisywali w gazetach. Naszczekałem na tego pana. Jak tylko zacząłem ujadać, uciekł. Prawdę mówiąc, z tym zmęczeniem to trochę udawałem. Zatrzymałem się nagle, bo chciałem popatrzeć na wystawę sklepu z pluszakami. Potrafię biegać znacznie szybciej niż moja Pani i gdybym to ja nadawał tempo, Pani pierwsza by się zmęczyła. Tamten pan pewnie krzyczałby wtedy na mnie, że taki wielki, niedobry pies chce zamęczyć taką małą i biedną panią i że to się nadaje do prasy.
Kiedy oboje Państwo są ze mną, mogę biec z nimi nawet calutki maraton. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy wyjeżdżają i proszą swoich przyjaciół, żeby się mną opiekowali i wyprowadzali na spacery. Nie znoszę być bez moich Państwa. Kiedy ich nie ma, na znak protestu nigdzie nie wychodzę. Poza tym... trochę się boję, że inni nie będą umieli mnie upilnować i ktoś mnie ukradnie.
Pewnego razu, gdy moi Państwo wyjechali, zostałem pod opieką przyjaciółki mojej Pani. Nie chciałem wychodzić z nią z domu. Bałem się. Ona się jednak uparła. Mimo że okropnie protestowałem, założyła mi obrożę i siłą wyciągnęła na dwór. Przy furtce zaparłem się czterema łapami i zacząłem wyć ile sił w psich płucach.
Kiedy są ze mną moi Państwo, nie boję się absolutnie niczego. Jestem przecież dużym i groźnym psem. Mogę iść z nimi wszędzie, nawet daleko na północ, gdzie są renifery i misie polarne. Ale gdy Państwo wyjeżdżają, to zwykle jakoś wolę zostać w domu i go pilnować. Może nawet nie tyle pilnować, ile wtulić się w moje kochane pluszaki i bezpiecznie czekać, aż Państwo wrócą. To dlatego, gdy przyjaciółka mojej Pani chciała mnie wyprowadzić na spacer, zaparłem się wszystkimi łapami i wyłem, wzywając pomocy. Niestety, nikt nie interweniował, a ona ciągnęła mnie coraz dalej i dalej od domu. Pamiętam, że wtedy jeszcze bardziej się przestraszyłem, mocno szarpnąłem, wyrwałem smycz i ile sił w łapach pobiegłem przed siebie.
Gdy się zatrzymałem, byłem już tak daleko od domu, że zupełnie nie wiedziałem, jak do niego wrócić. Nagle przypomniałem sobie, że na szyi mam blaszkę z moim imieniem i numerem telefonu do mojej Pani. Pomyślałem, że podejdę do kogoś na ulicy i poproszę, żeby zadzwonił do niej i powiedział, aby szybko po mnie przyjechała. Przestraszyłem się jednak, że jeśli się spodobam temu komuś, to zechce zabrać mnie na zawsze. Ten ktoś na pewno by nie wiedział, że mój Pan mówi do mnie "Pachnące uszko", nie przytulałby mnie i nie śpiewałby mi do ucha ulubionych kołysanek. Zadrżałem na myśl, że mógłbym mieć całkiem nowego Pana. Postanowiłem więc, że nie poproszę o pomoc nikogo obcego i że sam dam sobie radę.
Biegłem dalej, zataczając coraz większe kręgi, by odnaleźć jakieś miejsce, do którego chodziłem razem z moim Państwem. W końcu trafiłem do kawiarni, do której przychodziliśmy z Panią na pyszne ciastka. Ona siadała przy stoliku w ogródku, a ja leżałem u jej stóp. Kelner podawał ciastka i przynosił dla mnie miskę z zimną wodą. Odnalazłem potem kolejne miejsca, które znałem. Najpierw drugą kawiarnię, do której moi Państwo wstępują na kawę, a po chwili bankomat, z którego biorą pieniądze. Ludzie rozpoznawali mnie, wołali: "Momo, chodź tutaj! Zgubiłeś się?". Chcieli mnie zatrzymać, ale ja przecież nie mogłem pozwolić się złapać.
Biegłem tak i biegłem, żeby tylko odnaleźć Panią, ale jej nigdzie nie było. W końcu zmęczyłem się i zatrzymałem. Wtedy ktoś raptem złapał mnie za obrożę. Bardzo się wystraszyłem, zacząłem płakać i się wyrywać. I wtedy stał się cud. Tuż obok mnie zatrzymał się samochód i wyszła z niego... moja Pani. O mało nie zwariowałem ze szczęścia. Złapałem do pyska smycz przypiętą do obroży i zacząłem się z nią kręcić w koło. Wirowałem zupełnie jak karuzela w naszym parku. Pani przytuliła mnie. Chciałem jak najszybciej znaleźć się z nią w domu. Wskoczyłem do taksówki, którą przyjechała, i nisko spuściłem głowę, żeby pokazać Pani, że jest mi przykro. Gdy wróciliśmy do domu, cały wieczór leżałem koło niej przy kominku i razem wpatrywaliśmy się w ogień. Aż w końcu zamknęły mi się oczy i zasnąłem.
Ale już dosyć tych smutnych historii. Opowiadałem wam, że rano biegam. Musicie więc wiedzieć, że gdy wrócimy i Pani weźmie prysznic, przychodzi najfajniejszy moment. Razem idziemy po zakupy. Uwielbiam chodzić po zakupy. Znam wszystkich okolicznych sprzedawców i oni też mnie znają. Bardzo mnie lubią i gdy ich odwiedzam, głaszczą mnie po karku i częstują różnymi smakołykami. Najbardziej lubię panią, która sprzedaje parówki. Kiedy czekam pod jej sklepem, ona wychodzi do mnie, głaszcze mnie i mówi, że jestem jej najlepszym klientem. Zawsze dostaję od niej parówkę. Nie zjadam tej parówki od razu. Najpierw kładę ją na chodniku i uważnie oglądam, ale na wszelki wypadek nie pozwalam się nikomu do niej zbliżyć. Potem biorę ją do pyska i tańczę, skacząc za własnym ogonem. Na koniec dopiero zjadam parówkę. W innych sklepach dostaję też smakołyki: a to orzeszki pistacjowe, a to parę malin. Wszyscy sprzedawcy twierdzą, że jestem ich ulubieńcem.
Kiedyś poszliśmy po zakupy razem z moim Panem. Pan zapomniał zabrać smyczy. Gdy szliśmy spokojnie chodnikiem, podeszli do nas strażnicy miejscy. Powiedzieli, że to skandal, żeby taki wielki i groźny pies chodził bez smyczy. Chcieli ukarać mojego Pana mandatem. Tłumaczył im, że nie jestem groźny i że jestem najukochańszym psem na świecie, ale nie chcieli mu wierzyć. Wtedy z okolicznych sklepów wyszli sprzedawcy i zapewnili, że wszystko, co powiedział mój Pan, to najświętsza prawda. Pani ze sklepu mięsnego przyniosła mi parówkę. Ja jak zwykle położyłem ją na chodniku, obejrzałem ją uważnie, potem wziąłem do pyska i zatańczyłem. Panowie ze straży miejskiej śmiali się głośno. W końcu przyznali, że jestem przemiłym psem. Pouczyli nas, że nawet takie miłe psy jak ja nie powinny chodzić bez smyczy, ale nie kazali mojemu Panu płacić mandatu.
Znowuż się rozgadałem. Opowiadałem wam, jak chodzę z Panią po zakupy. Po powrocie zawsze dostaję do miski świeże parówki. W oka mgnieniu pożeram całą porcję i szczęśliwy kładę się przed kominkiem z pluszakiem w pysku. Później, niestety, przez kilka godzin muszę zostać sam, bo moi Państwo idą do pracy. Gdy wracają, znowu wychodzą ze mną na spacer. Nie, nie, już nie muszę wtedy biegać po parku. Mogę się spotkać z moimi koleżankami, Morą i Milką. Codziennie umawiamy się o tej samej porze przy wielkim drzewie, obok jeziorka. Mora jest czarnym labradorem. Milka też, tyle że nie jest cała czarna, jest biała w czarne łaty. Uwielbiam się z nimi bawić. Razem fikamy koziołki na trawie i kąpiemy się w stawie. Moglibyśmy się tak bawić do późnego wieczora.
Dziś jednak stało się coś okropnego. Gdy wróciłem z popołudniowego spaceru, Pan wyjął z szafy torbę, położył ją na podłodze i zaczął wyjmować z szafy liny. Wiecie, co to oznacza? Mój Pan, poza tym, że biega maratony, jest też alpinistą. Gdy pakuje liny, to znaczy, że wyrusza na górską wyprawę. Im wyższą górę zdobywa, tym dłużej trwa wyprawa. Byłem zły, że zamierza wyjechać. Pomyślałem, żeby pogryźć mu te głupie liny, wtedy nie pojechałby na wyprawę. Byłem już zdecydowany rozprawić się z linami, kiedy stało się coś jeszcze bardziej przerażającego. Do szafy podeszła Pani i też wyjęła swoją torbę. To oznaczało, że wyjeżdżają razem, czyli że ja zostanę w domu całkiem sam.
Postanowiłem zaprotestować. Stanąłem przy torbach i zacząłem wyć najgłośniej, jak potrafiłem. Moi Państwo, słysząc to, zaczęli się śmiać, a potem przytulili się do mnie, powiedzieli, że jestem "Pachnące uszko" i żebym się nie martwił, bo nie będzie ich tylko kilka dni. Tłumaczyli, że ich znajomy będzie się mną opiekował. Oczywiście, nie miałem na to ochoty. Musiałem coś wymyślić.
Wpadłem na genialny pomysł. Do wyjazdu potrzebne im były torby. Jeśli nie będą mieli się w co spakować, nie wyjadą. Wskoczyłem do torby Pana. Moi Państwo zaczęli się znowu śmiać. Nie wiem, co ich tak rozśmieszyło. Wiedziałem, że nie będą mogli się spakować, chyba że zabiorą mnie ze sobą razem z torbą, bo ja dobrowolnie z torby nie wyjdę. Próbowali mnie przechytrzyć. Pan zaszeptał mi do ucha, że jestem "Pachnące uszko" i próbował wyciągnąć z torby, ale nie dał rady. Potem spróbowali nowego podstępu. Pani poszła do lodówki, wyjęła parówkę i zamachała mi nią przed nosem. Na szczęście zorientowałem się, że to zasadzka, i nie wyszedłem. Zrozumieli, że to nie żarty. Chcieli wyciągnąć mnie siłą, ale się nie dałem. Gdy któreś zbliżało się do torby, warczałem, szczerzyłem kły i toczyłem pianę z pyska. Chciałem, żeby pomyśleli, że mogę ich ugryźć. Ja tak naprawdę nie potrafię gryźć, ale oni przecież o tym nie wiedzą. Starałem się jak mogłem, aż w końcu dali mi spokój.
Kiedy byłem już pewien, że zwyciężyłem, okazało się, że to oni mnie przechytrzyli. Gdy leżałem w torbie mojego Pana, zaczęli wkładać liny do torby Pani. Nie wiedziałem już, co robić. W końcu wyskoczyłem z torby, której pilnowałem, i wskoczyłem do drugiej. Wtedy zaczęli pakować torbę, z której wyskoczyłem. Zobaczywszy to, zawyłem ze złości, wyskoczyłem z torby, w której siedziałem i ponownie wskoczyłem do torby, którą wcześniej bezmyślnie opuściłem. Tak broniłem toreb całe popołudnie. Co wskoczyłem do jednej, oni pakowali drugą, a ja musiałem biec pilnować pierwszej. Co gorsze, w końcu wyciągali z szafy kolejne torby. Pod wieczór miałem już kilka toreb do pilnowania. Tak się tym wszystkim zmęczyłem i zdenerwowałem, że... zasnąłem.
Kiedy się obudziłem, zorientowałem się, że naprawdę zrobili mnie w konia. Swoją drogą, nie wiem, dlaczego mówi się "zrobić kogoś w konia", a nie "zrobić kogoś w psa". Spałem w pustej torbie, a rzeczy moich Państwa były spakowane do innych toreb. Postanowiłem się odegrać. Teraz oni spali i to ja rządziłem w domu. Gdybym pogryzł ich torby, tak jak czasem niechcący gryzłem pluszaki, nie mieliby w czym zabrać rzeczy. Wystarczyło wyobrazić sobie, że każda z toreb jest pluszakiem, tylko nieco większym. Zabrałem się do roboty.
Nagle jednak usłyszałem, że coś dziwnego dzieje się na zewnątrz. A może nic nie usłyszałem, tylko to była zwykła psia intuicja. Zostawiłem torbę w spokoju, wskoczyłem łapami na parapet i wyjrzałem przez okno. Najpierw nic nie zauważyłem, ale po chwili znowu usłyszałem hałas. Tym razem na pewno. Dochodził od zaplecza sklepów, w których robimy z Panią zakupy. W ciemności dostrzegłem sylwetki mężczyzn wynoszących skrzynie ze sklepu. Początkowo pomyślałem, że to dostawcy przywieźli towar. Nie było to jednak logiczne. Dostawcy dostarczają, a ci mężczyźni coś wynosili, czyli że byli wynosicielami. Towar przywozi się rano, a była jeszcze noc. To musieli być złodzieje! Do głowy przyszła mi od razu najbardziej niepokojąca myśl na świecie. Oni mogli ukraść moje parówki! Jeżeli je zabiorą, sprzedawczyni nie będzie miała czym mnie poczęstować. Co gorsze, moja Pani nie będzie mogła mi ich kupić. To było zbyt okropne, żeby do tego dopuścić. Musiałem powstrzymać parówkowych gangsterów.
W pierwszym odruchu chciałem szybko pobiec i zrobić z nimi porządek, ale uświadomiłem sobie, że parówkowi gangsterzy mogą ukraść i mnie. Potrzebowałem wsparcia. Musiałem obudzić Pana i Panią. Oni już będą wiedzieli, co zrobić. Zacząłem wyć najgłośniej, jak potrafiłem. W pokoju zapaliło się światło.
- Co mu się stało ? - zastanawiał się Pan.
- Biedna, kochana psina. Obudziła się, zobaczyła, że spakowaliśmy torby i dlatego rozpacza - tłumaczyła moje zachowanie Pani. - Szkoda, że nie możemy go zabrać ze sobą do samolotu. Zejdę do niego.
- Lepiej nie, bo całkiem się rozklei. Udawajmy, że śpimy. Zmęczy się w końcu i zaśnie.
Zdenerwowałem się nie na żarty. Ja tu odchodzę od zmysłów w obawie, że parówkowi gangsterzy ukradną parówki, a tymczasem oni chcą tam udawać, że śpią. Pobiegłem na górę i wskoczyłem na łóżko. Już nie tylko wyłem, ale poszturchałem ich łapą, żeby jak najszybciej wstali.
- Momowi coś się chyba stało - zaniepokoił się Pan. - Zadzwonię do weterynarza.
Jak miałem im wytłumaczyć, że chodzi o napad? Nagle przypomniała mi się historia z pisklakiem. Wyskoczyłem z łóżka i podbiegłem do drzwi. Niestety, nie zorientowali się, o co chodzi. Wróciłem i ponownie podbiegłem do wyjścia. Tak obróciłem kilka razy. Czułem się jak bumerang, który gdzieś leci i bez sensu wraca w to samo miejsce. Za kolejnym podejściem do Pani w końcu dotarło, o co chodzi.
- Kochanie, idź z nim - poprosiła Pana. - Coś się stało. On nam pokazuje, że powinniśmy za nim pójść.
Zamerdałem ogonem. Mój Pan dalej we mnie nie wierzył.
- Pewnie chcesz, żebym odwołał rezerwacje biletów.
Po czym ziewnął, wstał z łóżka i poszedł za mną.
- Momo, ty łobuzie. Co chcesz mi pokazać? - spytał po drodze. - Mam nadzieję, że nie zaprowadzisz mnie w nocy do biura podróży.
Mój Pan często mówi do mnie "łobuzie". Ja za to się nie obrażam, bo wiem, że Pan mnie bardzo kocha.
Podeszliśmy do drzwi.
- Poczekaj, włożę kurtkę i buty.
Gdy wyszliśmy, ruszyłem pędem do sklepu z parówkami. Pan, bojąc się, żebym się nie zgubił, pobiegł za mną. Dotarłem do zaplecza sklepu i stanąłem w drzwiach. W środku było czterech mężczyzn. Trzymali skrzynki wypełnione po brzegi parówkami. Zacząłem wyć z przerażenia, a ślina ciekła mi strużkami z pyska. Na mój widok mężczyźni upuścili skrzynki i cofnęli się do ściany. Wtedy pojawił się mój Pan.
- Tu jesteś, łobuzie - odezwał się i wtedy dostrzegł mężczyzn opartych o ścianę.
- Co panowie tu robią?
Zobaczył porzucone skrzynki i zrozumiał, że to nie są żadni panowie, tylko zwykli parówkowi gangsterzy.
- Zabierz tę dziką bestię, bo nas zagryzie! - krzyknął jeden z bandytów.
Rozejrzałem się w poszukiwaniu bestii. Poza nami nie było nikogo. Facet musiał mieć omamy.
- Nie dam rady - odpowiedział mój Pan. - Ten pies jest wściekły. Jak wpadnie w szał, nikt go nie powstrzyma. Kiedyś kilku gości szło ulicą i jeden z nich rzucił w niego kamieniem. Ten wariat pogryzł ich wszystkich, ledwo przeżyli. Czytaliście o tym?
- Nie... raczej nie... - wydawało mi się, że bandzior szczęka zębami.
- To może i lepiej. Jakbyście wiedzieli o wszystkich wyczynach tej krwawej bestii, dostalibyście ze strachu zawału serca. Radziłbym nie zbliżać się do tego potwora nawet na metr. On jednym kłapnięciem szczęki potrafi odgryźć rękę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki