Momo Ty łobuzie - Jacek Dubois

-
Proszę czekać

Momo i parówkowi gangsterzy

Lubię budzić się wcze­śnie, kiedy pora­nek mie­sza się jesz­cze z nocą. Wstaję wtedy i zbie­gam szybko do kuchni. Jestem bar­dzo pod­eks­cy­to­wany, czuję się jak poszu­ki­wacz skar­bów, który jest o krok od odna­le­zie­nia żyły złota. Oczy­wi­ście, nie szu­kam w kuchni złota. Do niczego nie byłoby ono mi potrzebne. Mam zupeł­nie inną sła­bość, do któ­rej muszę wam się przy­znać. Kocham jeść. Każ­dego dnia o świ­cie zbie­gam do kuchni w poszu­ki­wa­niu róż­nych sma­ko­ły­ków.

Uwiel­biam orzeszki pista­cjowe, które zja­dam razem z łupin­kami. Ubó­stwiam oliwki nadzie­wane pest­kami albo mig­da­łami. Prze­pa­dam też za jago­dami i mali­nami, które wyja­dam pro­sto z koszyka. Ale naj­bar­dziej na świe­cie lubię... parówki. I wła­śnie po to, żeby je zdo­być, wstaję wcze­snym ran­kiem. Naj­pierw spraw­dzam, czy jakaś nie leży na stole w kuchni. Jeśli parówki nie ma na wierz­chu, zamie­niam się w praw­dzi­wego tro­pi­ciela i buszuję po kuchni, żeby zna­leźć choć mały kawa­łe­czek. Spraw­dzam nawet śmieci. Potra­fię sam otwo­rzyć szafkę, wyrzu­cić zawar­tość kosza na pod­łogę i grze­bać w reszt­kach tak długo, aż znajdę łup. Pew­nie jeste­ście obu­rzeni, że robię taki bała­gan. No cóż, macie rację. Ale ja naprawdę nie mogę się powstrzy­mać, tak bar­dzo lubię parówki. Kiedy nie mogę ich zna­leźć, czuję się bar­dzo nie­szczę­śliwy.

Tyle wam już opo­wie­dzia­łem o sobie, a wy jesz­cze nie wie­cie nawet, kim jestem. Nazy­wam się Momo. Jestem wiel­kim brą­zo­wym psem z ciemną pręgą na grzbie­cie.

Moja Pani powta­rza mi codzien­nie, że nie powi­nie­nem wycią­gać wszyst­kiego z kosza i roz­rzu­cać po pod­ło­dze. Ja jed­nak nie mogę się opa­no­wać, w końcu jestem tylko zwy­kłym psem łakom­czu­chem. Kiedy już zjem wszyst­kie smacz­no­ści, które uda mi się zna­leźć, na ogół jest mi strasz­nie głu­pio i bar­dzo żałuję, że nie posłu­cha­łem Pani. Ale tak naprawdę to wcale nie jestem pewien, czy ona jest na mnie zła. Zawsze, kiedy scho­dzi do kuchni i widzi, co nawy­pra­wia­łem, z tru­dem tłumi śmiech, a dopiero potem tłu­ma­czy mi, że nie powi­nie­nem wiecz­nie bała­ga­nić. Ja się bar­dzo przej­muję tym, co mówi moja Pani. Za każ­dym razem, kiedy zwraca mi uwagę, kładę się na pod­ło­dze i, żeby ją prze­pro­sić, zaczy­nam śpie­wać. Oczy­wi­ście, nie potra­fię śpie­wać tak jak praw­dziwi pio­sen­ka­rze. Jestem tylko zwy­kłym psem i nie potra­fię zaśpie­wać żad­nej pio­senki. Śpie­wam po swo­jemu, czyli - jak to okre­śla mój Pan - nie­mi­ło­sier­nie wyję, niby jakiś zwa­rio­wany kun­del. On tak mówi dla żartu, bo mój śpiew naprawdę bar­dzo mu się podoba, cza­sami nawet sam mnie do niego nama­wia. Zresztą śpie­wam nie tylko wtedy, gdy prze­pra­szam za buszo­wa­nie w śmiet­niku. Śpie­wam także, gdy jestem zado­wo­lony albo gdy się z cze­goś cie­szę. To zda­rza się bar­dzo czę­sto. O świ­cie śpie­wam z rado­ści, że wstaje nowy dzień, póź­niej ze szczę­ścia, że dosta­łem pełną miskę ulu­bio­nych przy­sma­ków. Naj­czę­ściej śpie­wam, gdy sły­szę samo­chód mojej Pani pod­jeż­dża­jący pod dom. Wiem, że wtedy nie będę już sam w domu i że będziemy się razem bawić.

Poza parów­kami i śpie­wa­niem mam jesz­cze jedno hobby. Uwiel­biam plu­szaki. Wszyst­kie misie, pie­ski, kotki, tygry­ski, pro­siaczki - naprawdę wszyst­kie, które mi wpadną w łapy, kocham tak samo. Mam ich całą kolek­cję. Kupuje mi je Pani, dostaję je też w pre­zen­cie od zna­jo­mych, któ­rzy nas odwie­dzają. Nie­które zdo­by­wam sam. Znaj­duję je w cza­sie spa­ce­rów, zapo­mniane na placu zabaw albo wyrzu­cone na śmiet­nik. Raz jed­nego przy­nio­słem ze sklepu. Tak długo wpa­try­wa­łem się w półkę z zabaw­kami, aż pani sprze­daw­czyni dała mi w pre­zen­cie małego plu­szo­wego kotka, mówiąc, że będę miał kolegę.

Strasz­nie nie lubię, gdy dzieci nie sza­nują swo­ich zaba­wek. Kie­dyś zoba­czy­łem chłopca ude­rza­ją­cego plu­szo­wym misiem o drzewo. Pod­bie­głem do niego, zabra­łem mu niedź­wiadka i ucie­kłem. Jego rodzice pró­bo­wali mi go ode­brać, ale ja nie zamie­rza­łem go odda­wać. Tam­ten chło­piec był nie­grzeczny i nie zasłu­gi­wał na ładną zabawkę. Mam taką teo­rię, że plu­szaki należą się temu, komu spra­wiają naj­więk­szą przy­jem­ność, a naj­bar­dziej na świe­cie plu­sza­kami lubię bawić się ja. Gdy zdo­by­wam nową zabawkę, cie­szę się jak nikt inny. Niosę ją na swoje posła­nie - do moich innych plu­szo­wych przy­ja­ciół.

O świ­cie, gdy skoń­czę prze­szu­ki­wać kuch­nię, od razu wra­cam do zaba­wek. Zda­rza się, że cza­sem pogryzę je tro­chę z miło­ści. Nie­stety, czę­sto odpa­dają im łapki i wycho­dzi z nich wata. Niosę je wtedy do mojej Pani i pro­szę, żeby je pozszy­wała, bo bar­dzo sza­nuję zabawki, a jeśli któ­rąś nad­gryzę, to zupeł­nie nie­chcący. Gdy któ­raś z zaba­wek się popsuje, biorę ją do pyska i co sił w łapach bie­gnę do pokoju Pań­stwa. Wska­kuję na ich łóżko i poka­zuję, co się stało.

Co oczy­wi­ste, do moich Pań­stwa przy­bie­gam nie tylko wtedy, kiedy popsuje mi się plu­szak. Wpa­dam też do nich w nocy, gdy się za nimi bar­dzo stę­sk­nię. Wska­kuję na łóżko i liżę ich po twa­rzach. Potem szybko zmy­kam, zanim zdążą się roz­bu­dzić i na mnie nakrzy­czeć. Zeska­kuję z łóżka i bie­gnę z powro­tem do sie­bie. Zda­rza się, że nie zdążę uciec i Pan chwyci mnie za łapę. Wtedy zaczy­nam dla nich śpie­wać, a oni przy­tu­lają mnie i cza­sem nawet pozwa­lają zostać. Jest mi wtedy tak dobrze, że z rado­ści ska­czę po nich i wcho­dzę im na głowy.

Wie­cie, jak oni mnie prze­zy­wają? Mam na imię Momo, a oni mówią do mnie: "Pach­nące uszko". To wymy­ślił mój Pan. Kiedy tak do mnie mówi, ja się bar­dzo cie­szę, przy­tu­lam nos do jego ucha i śpie­wam tylko dla niego.

Każ­dego ranka, gdy skoń­czę buszo­wać po kuchni i bawić się plu­sza­kami, idę na spa­cer. Zabiera mnie mój Pan. Zazwy­czaj nie odby­wam takich spa­cerów, jakie robi każdy nor­malny pies. Mój Pan jest mara­toń­czy­kiem i codzien­nie rano tre­nuje biegi w parku. Nie­za­leż­nie, czy pada deszcz czy świeci słońce, prze­bie­gamy razem kil­ka­na­ście kilo­me­trów. Kiedy wra­camy, ja na ogół ledwo dyszę, bo mój Pan biega bar­dzo szybko. Jeśli mój Pan nie ma czasu rano, bie­gamy wie­czo­rami. Wtedy jest jesz­cze faj­niej. Nie­dawno mój Pan kupił sobie nowe spor­towe buty. Z pozoru są takie same jak poprzed­nie, ale w pode­szwie mają wbu­do­wane małe lampki, które świecą w ciem­no­ści. Wie­czo­rem wyglą­dają zupeł­nie jak świa­tełka miga­jące na świą­tecz­nej cho­ince. Gdy mój Pan bie­gnie, jego buty pul­sują jasnym świa­tłem, a ja pędzę za nim dumny, bo jestem jedy­nym psem w parku, który ma takiego świe­cą­cego Pana.

Po poran­nym biegu z Panem nie mam nawet chwili, żeby odpo­cząć, bo już czeka na mnie Pani. Mój psi pech polega na tym, że ona też jest bie­gaczką. Też biega mara­tony. Gdy zabiera mnie na spa­cer, muszę z nią znowu prze­biec kil­ka­na­ście kilo­me­trów. Sta­ram się nie spra­wić jej przy­kro­ści i udaję, że jestem z tego zado­wo­lony. Razem obie­gamy wkoło wielki park. Na całe szczę­ście Pani nie biega tak szybko jak Pan i gdy tylko widzi, że już jestem bar­dzo zmę­czony, prze­ry­wamy goni­twę.

Pew­nego razu koło drzew zna­la­złem w tra­wie malut­kiego pisklaka, który wypadł z gniazda. Był bar­dzo ucieszny. Gdy pod­sze­dłem do niego, leciutko dziob­nął mnie w nos. To mnie roz­śmie­szyło i zaczę­li­śmy się bawić. Uwa­ża­łem, żeby przez przy­pa­dek nie zro­bić mu krzywdy, jak to zda­rza mi się z plu­sza­kami. Gdy już się zaprzy­jaź­ni­li­śmy, pomy­śla­łem, że trzeba mu pomóc i wło­żyć go z powro­tem do gniazda. Pobie­głem po moją Panią. Musia­łem jej jakoś wytłu­ma­czyć, że ma podejść ze mną do drzewa, pod któ­rym leży pisklak. Ude­rzy­łem ją nosem w udo i zawró­ci­łem tam, gdzie leżał pta­szek. Nie­stety, nie zorien­to­wała się, o co mi cho­dzi. Powtó­rzy­łem swój manewr kil­ka­krot­nie. W końcu domy­śliła się i pobie­gła za mną. Kiedy jej poka­za­łem malu­cha, pod­nio­sła go z trawy i wło­żyła do gniazda. Bar­dzo mnie potem chwa­liła. Gła­skała mnie po karku i mówiła, że jestem praw­dzi­wym boha­te­rem, bo ura­to­wa­łem małe pisklę.

Kiedy wra­camy do domu po obie­gnię­ciu całego parku, naj­czę­ściej jestem już bar­dzo zmę­czony. Jeśli jest cie­pły dzień, z pyska ciek­nie mi ślina. Prze­chod­nie, któ­rych spo­ty­kamy, szcze­rze mi współ­czują. Mówią, jaki to ze mnie biedny, zmę­czony pie­sek. Pew­nego razu, gdy już nie mia­łem siły biec dalej i zapar­łem się łapami o chod­nik, pewien pan nakrzy­czał nawet na moją Panią, że chce zamę­czyć na śmierć małe, biedne zwie­rzątko. Czyli mnie! Twier­dził, że jeśli będę tyle bie­gać, to wyzionę ducha, że Pani nie ma serca i na sto pro­cent jest sadystką, która znęca się nad zwie­rzę­tami. Krzy­czał, że to się nadaje do prasy. Strasz­nie się wtedy zde­ner­wo­wa­łem, bo to wszystko była nie­prawda i nie chcia­łem, żeby o mojej Pani wypi­sy­wali w gaze­tach. Naszcze­ka­łem na tego pana. Jak tylko zaczą­łem uja­dać, uciekł. Prawdę mówiąc, z tym zmę­cze­niem to tro­chę uda­wa­łem. Zatrzy­ma­łem się nagle, bo chcia­łem popa­trzeć na wystawę sklepu z plu­sza­kami. Potra­fię bie­gać znacz­nie szyb­ciej niż moja Pani i gdy­bym to ja nada­wał tempo, Pani pierw­sza by się zmę­czyła. Tam­ten pan pew­nie krzy­czałby wtedy na mnie, że taki wielki, nie­do­bry pies chce zamę­czyć taką małą i biedną panią i że to się nadaje do prasy.

Kiedy oboje Pań­stwo są ze mną, mogę biec z nimi nawet calutki mara­ton. Kło­pot zaczyna się wtedy, gdy wyjeż­dżają i pro­szą swo­ich przy­ja­ciół, żeby się mną opie­ko­wali i wypro­wa­dzali na spa­cery. Nie zno­szę być bez moich Pań­stwa. Kiedy ich nie ma, na znak pro­te­stu ni­gdzie nie wycho­dzę. Poza tym... tro­chę się boję, że inni nie będą umieli mnie upil­no­wać i ktoś mnie ukrad­nie.

Pew­nego razu, gdy moi Pań­stwo wyje­chali, zosta­łem pod opieką przy­ja­ciółki mojej Pani. Nie chcia­łem wycho­dzić z nią z domu. Bałem się. Ona się jed­nak uparła. Mimo że okrop­nie pro­te­sto­wa­łem, zało­żyła mi obrożę i siłą wycią­gnęła na dwór. Przy furtce zapar­łem się czte­rema łapami i zaczą­łem wyć ile sił w psich płu­cach.

Kiedy są ze mną moi Pań­stwo, nie boję się abso­lut­nie niczego. Jestem prze­cież dużym i groź­nym psem. Mogę iść z nimi wszę­dzie, nawet daleko na pół­noc, gdzie są reni­fery i misie polarne. Ale gdy Pań­stwo wyjeż­dżają, to zwy­kle jakoś wolę zostać w domu i go pil­no­wać. Może nawet nie tyle pil­no­wać, ile wtu­lić się w moje kochane plu­szaki i bez­piecz­nie cze­kać, aż Pań­stwo wrócą. To dla­tego, gdy przy­ja­ciółka mojej Pani chciała mnie wypro­wa­dzić na spa­cer, zapar­łem się wszyst­kimi łapami i wyłem, wzy­wa­jąc pomocy. Nie­stety, nikt nie inter­we­nio­wał, a ona cią­gnęła mnie coraz dalej i dalej od domu. Pamię­tam, że wtedy jesz­cze bar­dziej się prze­stra­szy­łem, mocno szarp­ną­łem, wyrwa­łem smycz i ile sił w łapach pobie­głem przed sie­bie.

Gdy się zatrzy­ma­łem, byłem już tak daleko od domu, że zupeł­nie nie wie­dzia­łem, jak do niego wró­cić. Nagle przy­po­mnia­łem sobie, że na szyi mam blaszkę z moim imie­niem i nume­rem tele­fonu do mojej Pani. Pomy­śla­łem, że podejdę do kogoś na ulicy i popro­szę, żeby zadzwo­nił do niej i powie­dział, aby szybko po mnie przy­je­chała. Prze­stra­szy­łem się jed­nak, że jeśli się spodo­bam temu komuś, to zechce zabrać mnie na zawsze. Ten ktoś na pewno by nie wie­dział, że mój Pan mówi do mnie "Pach­nące uszko", nie przy­tu­lałby mnie i nie śpie­wałby mi do ucha ulu­bio­nych koły­sa­nek. Zadrża­łem na myśl, że mógł­bym mieć cał­kiem nowego Pana. Posta­no­wi­łem więc, że nie popro­szę o pomoc nikogo obcego i że sam dam sobie radę.

Bie­głem dalej, zata­cza­jąc coraz więk­sze kręgi, by odna­leźć jakieś miej­sce, do któ­rego cho­dzi­łem razem z moim Pań­stwem. W końcu tra­fi­łem do kawiarni, do któ­rej przy­cho­dzi­li­śmy z Panią na pyszne ciastka. Ona sia­dała przy sto­liku w ogródku, a ja leża­łem u jej stóp. Kel­ner poda­wał ciastka i przy­no­sił dla mnie miskę z zimną wodą. Odna­la­złem potem kolejne miej­sca, które zna­łem. Naj­pierw drugą kawiar­nię, do któ­rej moi Pań­stwo wstę­pują na kawę, a po chwili ban­ko­mat, z któ­rego biorą pie­nią­dze. Ludzie roz­po­zna­wali mnie, wołali: "Momo, chodź tutaj! Zgu­bi­łeś się?". Chcieli mnie zatrzy­mać, ale ja prze­cież nie mogłem pozwo­lić się zła­pać.

Bie­głem tak i bie­głem, żeby tylko odna­leźć Panią, ale jej ni­gdzie nie było. W końcu zmę­czy­łem się i zatrzy­ma­łem. Wtedy ktoś rap­tem zła­pał mnie za obrożę. Bar­dzo się wystra­szy­łem, zaczą­łem pła­kać i się wyry­wać. I wtedy stał się cud. Tuż obok mnie zatrzy­mał się samo­chód i wyszła z niego... moja Pani. O mało nie zwa­rio­wa­łem ze szczę­ścia. Zła­pa­łem do pyska smycz przy­piętą do obroży i zaczą­łem się z nią krę­cić w koło. Wiro­wa­łem zupeł­nie jak karu­zela w naszym parku. Pani przy­tu­liła mnie. Chcia­łem jak naj­szyb­ciej zna­leźć się z nią w domu. Wsko­czy­łem do tak­sówki, którą przy­je­chała, i nisko spu­ści­łem głowę, żeby poka­zać Pani, że jest mi przy­kro. Gdy wró­ci­li­śmy do domu, cały wie­czór leża­łem koło niej przy kominku i razem wpa­try­wa­li­śmy się w ogień. Aż w końcu zamknęły mi się oczy i zasną­łem.

Ale już dosyć tych smut­nych histo­rii. Opo­wia­da­łem wam, że rano bie­gam. Musi­cie więc wie­dzieć, że gdy wró­cimy i Pani weź­mie prysz­nic, przy­cho­dzi naj­faj­niej­szy moment. Razem idziemy po zakupy. Uwiel­biam cho­dzić po zakupy. Znam wszyst­kich oko­licz­nych sprze­daw­ców i oni też mnie znają. Bar­dzo mnie lubią i gdy ich odwie­dzam, głasz­czą mnie po karku i czę­stują róż­nymi sma­ko­ły­kami. Naj­bar­dziej lubię panią, która sprze­daje parówki. Kiedy cze­kam pod jej skle­pem, ona wycho­dzi do mnie, głasz­cze mnie i mówi, że jestem jej naj­lep­szym klien­tem. Zawsze dostaję od niej parówkę. Nie zja­dam tej parówki od razu. Naj­pierw kładę ją na chod­niku i uważ­nie oglą­dam, ale na wszelki wypa­dek nie pozwa­lam się nikomu do niej zbli­żyć. Potem biorę ją do pyska i tań­czę, ska­cząc za wła­snym ogo­nem. Na koniec dopiero zja­dam parówkę. W innych skle­pach dostaję też sma­ko­łyki: a to orzeszki pista­cjowe, a to parę malin. Wszy­scy sprze­dawcy twier­dzą, że jestem ich ulu­bień­cem.

Kie­dyś poszli­śmy po zakupy razem z moim Panem. Pan zapo­mniał zabrać smy­czy. Gdy szli­śmy spo­koj­nie chod­ni­kiem, pode­szli do nas straż­nicy miej­scy. Powie­dzieli, że to skan­dal, żeby taki wielki i groźny pies cho­dził bez smy­czy. Chcieli uka­rać mojego Pana man­da­tem. Tłu­ma­czył im, że nie jestem groźny i że jestem naj­uko­chań­szym psem na świe­cie, ale nie chcieli mu wie­rzyć. Wtedy z oko­licz­nych skle­pów wyszli sprze­dawcy i zapew­nili, że wszystko, co powie­dział mój Pan, to naj­święt­sza prawda. Pani ze sklepu mię­snego przy­nio­sła mi parówkę. Ja jak zwy­kle poło­ży­łem ją na chod­niku, obej­rza­łem ją uważ­nie, potem wzią­łem do pyska i zatań­czy­łem. Pano­wie ze straży miej­skiej śmiali się gło­śno. W końcu przy­znali, że jestem prze­mi­łym psem. Pouczyli nas, że nawet takie miłe psy jak ja nie powinny cho­dzić bez smy­czy, ale nie kazali mojemu Panu pła­cić man­datu.

Zno­wuż się roz­ga­da­łem. Opo­wia­da­łem wam, jak cho­dzę z Panią po zakupy. Po powro­cie zawsze dostaję do miski świeże parówki. W oka mgnie­niu poże­ram całą por­cję i szczę­śliwy kładę się przed komin­kiem z plu­sza­kiem w pysku. Póź­niej, nie­stety, przez kilka godzin muszę zostać sam, bo moi Pań­stwo idą do pracy. Gdy wra­cają, znowu wycho­dzą ze mną na spa­cer. Nie, nie, już nie muszę wtedy bie­gać po parku. Mogę się spo­tkać z moimi kole­żan­kami, Morą i Milką. Codzien­nie uma­wiamy się o tej samej porze przy wiel­kim drze­wie, obok jeziorka. Mora jest czar­nym labra­do­rem. Milka też, tyle że nie jest cała czarna, jest biała w czarne łaty. Uwiel­biam się z nimi bawić. Razem fikamy koziołki na tra­wie i kąpiemy się w sta­wie. Mogli­by­śmy się tak bawić do póź­nego wie­czora.

Dziś jed­nak stało się coś okrop­nego. Gdy wró­ci­łem z popo­łu­dnio­wego spa­ceru, Pan wyjął z szafy torbę, poło­żył ją na pod­ło­dze i zaczął wyj­mo­wać z szafy liny. Wie­cie, co to ozna­cza? Mój Pan, poza tym, że biega mara­tony, jest też alpi­ni­stą. Gdy pakuje liny, to zna­czy, że wyru­sza na gór­ską wyprawę. Im wyż­szą górę zdo­bywa, tym dłu­żej trwa wyprawa. Byłem zły, że zamie­rza wyje­chać. Pomy­śla­łem, żeby pogryźć mu te głu­pie liny, wtedy nie poje­chałby na wyprawę. Byłem już zde­cy­do­wany roz­pra­wić się z linami, kiedy stało się coś jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego. Do szafy pode­szła Pani i też wyjęła swoją torbę. To ozna­czało, że wyjeż­dżają razem, czyli że ja zostanę w domu cał­kiem sam.

Posta­no­wi­łem zapro­te­sto­wać. Sta­ną­łem przy tor­bach i zaczą­łem wyć naj­gło­śniej, jak potra­fi­łem. Moi Pań­stwo, sły­sząc to, zaczęli się śmiać, a potem przy­tu­lili się do mnie, powie­dzieli, że jestem "Pach­nące uszko" i żebym się nie mar­twił, bo nie będzie ich tylko kilka dni. Tłu­ma­czyli, że ich zna­jomy będzie się mną opie­ko­wał. Oczy­wi­ście, nie mia­łem na to ochoty. Musia­łem coś wymy­ślić.

Wpa­dłem na genialny pomysł. Do wyjazdu potrzebne im były torby. Jeśli nie będą mieli się w co spa­ko­wać, nie wyjadą. Wsko­czy­łem do torby Pana. Moi Pań­stwo zaczęli się znowu śmiać. Nie wiem, co ich tak roz­śmie­szyło. Wie­dzia­łem, że nie będą mogli się spa­ko­wać, chyba że zabiorą mnie ze sobą razem z torbą, bo ja dobro­wol­nie z torby nie wyjdę. Pró­bo­wali mnie prze­chy­trzyć. Pan zaszep­tał mi do ucha, że jestem "Pach­nące uszko" i pró­bo­wał wycią­gnąć z torby, ale nie dał rady. Potem spró­bo­wali nowego pod­stępu. Pani poszła do lodówki, wyjęła parówkę i zama­chała mi nią przed nosem. Na szczę­ście zorien­to­wa­łem się, że to zasadzka, i nie wysze­dłem. Zro­zu­mieli, że to nie żarty. Chcieli wycią­gnąć mnie siłą, ale się nie dałem. Gdy któ­reś zbli­żało się do torby, war­cza­łem, szcze­rzy­łem kły i toczy­łem pianę z pyska. Chcia­łem, żeby pomy­śleli, że mogę ich ugryźć. Ja tak naprawdę nie potra­fię gryźć, ale oni prze­cież o tym nie wie­dzą. Sta­ra­łem się jak mogłem, aż w końcu dali mi spo­kój.

Kiedy byłem już pewien, że zwy­cię­ży­łem, oka­zało się, że to oni mnie prze­chy­trzyli. Gdy leża­łem w tor­bie mojego Pana, zaczęli wkła­dać liny do torby Pani. Nie wie­dzia­łem już, co robić. W końcu wysko­czy­łem z torby, któ­rej pil­no­wa­łem, i wsko­czy­łem do dru­giej. Wtedy zaczęli pako­wać torbę, z któ­rej wysko­czy­łem. Zoba­czyw­szy to, zawy­łem ze zło­ści, wysko­czy­łem z torby, w któ­rej sie­dzia­łem i ponow­nie wsko­czy­łem do torby, którą wcze­śniej bez­myśl­nie opu­ści­łem. Tak bro­ni­łem toreb całe popo­łu­dnie. Co wsko­czy­łem do jed­nej, oni pako­wali drugą, a ja musia­łem biec pil­no­wać pierw­szej. Co gor­sze, w końcu wycią­gali z szafy kolejne torby. Pod wie­czór mia­łem już kilka toreb do pil­no­wa­nia. Tak się tym wszyst­kim zmę­czy­łem i zde­ner­wo­wa­łem, że... zasną­łem.

Kiedy się obu­dzi­łem, zorien­to­wa­łem się, że naprawdę zro­bili mnie w konia. Swoją drogą, nie wiem, dla­czego mówi się "zro­bić kogoś w konia", a nie "zro­bić kogoś w psa". Spa­łem w pustej tor­bie, a rze­czy moich Pań­stwa były spa­ko­wane do innych toreb. Posta­no­wi­łem się ode­grać. Teraz oni spali i to ja rzą­dzi­łem w domu. Gdy­bym pogryzł ich torby, tak jak cza­sem nie­chcący gry­złem plu­szaki, nie mie­liby w czym zabrać rze­czy. Wystar­czyło wyobra­zić sobie, że każda z toreb jest plu­szakiem, tylko nieco więk­szym. Zabra­łem się do roboty.

Nagle jed­nak usły­sza­łem, że coś dziw­nego dzieje się na zewnątrz. A może nic nie usły­sza­łem, tylko to była zwy­kła psia intu­icja. Zosta­wi­łem torbę w spo­koju, wsko­czy­łem łapami na para­pet i wyj­rza­łem przez okno. Naj­pierw nic nie zauwa­ży­łem, ale po chwili znowu usły­sza­łem hałas. Tym razem na pewno. Docho­dził od zaple­cza skle­pów, w któ­rych robimy z Panią zakupy. W ciem­no­ści dostrze­głem syl­wetki męż­czyzn wyno­szą­cych skrzy­nie ze sklepu. Począt­kowo pomy­śla­łem, że to dostawcy przy­wieźli towar. Nie było to jed­nak logiczne. Dostawcy dostar­czają, a ci męż­czyźni coś wyno­sili, czyli że byli wyno­si­cie­lami. Towar przy­wozi się rano, a była jesz­cze noc. To musieli być zło­dzieje! Do głowy przy­szła mi od razu naj­bar­dziej nie­po­ko­jąca myśl na świe­cie. Oni mogli ukraść moje parówki! Jeżeli je zabiorą, sprze­daw­czyni nie będzie miała czym mnie poczę­sto­wać. Co gor­sze, moja Pani nie będzie mogła mi ich kupić. To było zbyt okropne, żeby do tego dopu­ścić. Musia­łem powstrzy­mać parów­ko­wych gang­ste­rów.

W pierw­szym odru­chu chcia­łem szybko pobiec i zro­bić z nimi porzą­dek, ale uświa­do­mi­łem sobie, że parów­kowi gang­ste­rzy mogą ukraść i mnie. Potrze­bo­wa­łem wspar­cia. Musia­łem obu­dzić Pana i Panią. Oni już będą wie­dzieli, co zro­bić. Zaczą­łem wyć naj­gło­śniej, jak potra­fi­łem. W pokoju zapa­liło się świa­tło.

- Co mu się stało ? - zasta­na­wiał się Pan.

- Biedna, kochana psina. Obu­dziła się, zoba­czyła, że spa­ko­wa­li­śmy torby i dla­tego roz­pa­cza - tłu­ma­czyła moje zacho­wa­nie Pani. - Szkoda, że nie możemy go zabrać ze sobą do samo­lotu. Zejdę do niego.

- Lepiej nie, bo cał­kiem się roz­klei. Uda­wajmy, że śpimy. Zmę­czy się w końcu i zaśnie.

Zde­ner­wo­wa­łem się nie na żarty. Ja tu odcho­dzę od zmy­słów w oba­wie, że parów­kowi gang­ste­rzy ukradną parówki, a tym­cza­sem oni chcą tam uda­wać, że śpią. Pobie­głem na górę i wsko­czy­łem na łóżko. Już nie tylko wyłem, ale posztur­cha­łem ich łapą, żeby jak naj­szyb­ciej wstali.

- Momowi coś się chyba stało - zanie­po­koił się Pan. - Zadzwo­nię do wete­ry­na­rza.

Jak mia­łem im wytłu­ma­czyć, że cho­dzi o napad? Nagle przy­po­mniała mi się histo­ria z piskla­kiem. Wysko­czy­łem z łóżka i pod­bie­głem do drzwi. Nie­stety, nie zorien­to­wali się, o co cho­dzi. Wró­ci­łem i ponow­nie pod­bie­głem do wyj­ścia. Tak obró­ci­łem kilka razy. Czu­łem się jak bume­rang, który gdzieś leci i bez sensu wraca w to samo miej­sce. Za kolej­nym podej­ściem do Pani w końcu dotarło, o co cho­dzi.

- Kocha­nie, idź z nim - popro­siła Pana. - Coś się stało. On nam poka­zuje, że powin­ni­śmy za nim pójść.

Zamer­da­łem ogo­nem. Mój Pan dalej we mnie nie wie­rzył.

- Pew­nie chcesz, żebym odwo­łał rezer­wa­cje bile­tów.

Po czym ziew­nął, wstał z łóżka i poszedł za mną.

- Momo, ty łobu­zie. Co chcesz mi poka­zać? - spy­tał po dro­dze. - Mam nadzieję, że nie zapro­wa­dzisz mnie w nocy do biura podróży.

Mój Pan czę­sto mówi do mnie "łobu­zie". Ja za to się nie obra­żam, bo wiem, że Pan mnie bar­dzo kocha.

Pode­szli­śmy do drzwi.

- Pocze­kaj, włożę kurtkę i buty.

Gdy wyszli­śmy, ruszy­łem pędem do sklepu z parów­kami. Pan, bojąc się, żebym się nie zgu­bił, pobiegł za mną. Dotar­łem do zaple­cza sklepu i sta­ną­łem w drzwiach. W środku było czte­rech męż­czyzn. Trzy­mali skrzynki wypeł­nione po brzegi parów­kami. Zaczą­łem wyć z prze­ra­że­nia, a ślina cie­kła mi struż­kami z pyska. Na mój widok męż­czyźni upu­ścili skrzynki i cof­nęli się do ściany. Wtedy poja­wił się mój Pan.

- Tu jesteś, łobu­zie - ode­zwał się i wtedy dostrzegł męż­czyzn opar­tych o ścianę.

- Co pano­wie tu robią?

Zoba­czył porzu­cone skrzynki i zro­zu­miał, że to nie są żadni pano­wie, tylko zwy­kli parów­kowi gang­ste­rzy.

- Zabierz tę dziką bestię, bo nas zagry­zie! - krzyk­nął jeden z ban­dy­tów.

Rozej­rza­łem się w poszu­ki­wa­niu bestii. Poza nami nie było nikogo. Facet musiał mieć omamy.

- Nie dam rady - odpo­wie­dział mój Pan. - Ten pies jest wście­kły. Jak wpad­nie w szał, nikt go nie powstrzyma. Kie­dyś kilku gości szło ulicą i jeden z nich rzu­cił w niego kamie­niem. Ten wariat pogryzł ich wszyst­kich, ledwo prze­żyli. Czy­ta­li­ście o tym?

- Nie... raczej nie... - wyda­wało mi się, że ban­dzior szczęka zębami.

- To może i lepiej. Jak­by­ście wie­dzieli o wszyst­kich wyczy­nach tej krwa­wej bestii, dosta­li­by­ście ze stra­chu zawału serca. Radził­bym nie zbli­żać się do tego potwora nawet na metr. On jed­nym kłap­nię­ciem szczęki potrafi odgryźć rękę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki