Prolog
Cisza, oplatająca i pochłaniająca, wkradała się w moje wnętrze i podsycała wiarę w ratunek. Cisza dająca schronienie i nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Cisza to dar, łaskawy i pełen spokoju. Cisza to również ból, który przeminął. Lęk, który ustąpił miejsca bezpieczeństwu. Cisza to niepewność, skrytość i wątpliwości. Cisza jest nieustannym poszukiwaniem dźwięku, który nie nadchodzi. Jest trwaniem w skupieniu i w oczekiwaniu, w gotowości, która już się nam nie przyda. Nie słyszałam żadnych dźwięków, tylko ciszę, którą przepełniały zarazem smutek, jak i wściekłość. Ciszę, która oderwała mnie od świata i unosiła gdzieś daleko poza postrzeganie.
Cisza bywa przyjemna, może być przedłużeniem chwil błogości, zaś źle dobrane słowo wypowiedziane w nieodpowiednim momencie przecina ją niczym miecz i odbiera poczucie szczęścia. Cisza pozwala zastanowić się nad swoimi uczuciami. Jest pustym miejscem wymagającym zapełnienia, odzwierciedleniem tego, za czym tęsknimy i czego pragniemy, co straciliśmy. Czeka na dźwięk, bodziec, który pozwoli nam ponownie odnaleźć się w sytuacji. Śmiech, krzyk, westchnienie, słowo, ruch, działanie - to wszystko odbiera nam ciszę, choć potrafi dać wiele więcej.
Cisza tajemnicza w każdej swojej cząstce, przecinająca moje uszy i powodująca w nich nieznośny szum. Cisza, która podarowała mi nagły i przyjemny spokój, otulała moje wnętrze i zapowiadała najgorsze. Cisza bardziej jednoznaczna niż dziesiątki słów, które wypływały z ust kata, niż mój ból i śmierć.
...
- Ile to jeszcze potrwa? Chyba że się wycofujesz? - szepnął młody mężczyzna, a wielka blizna na środku jego klatki piersiowej rozpaliła się na czerwono.
- Wszystko idzie w dobrym kierunku, muszę tylko sprawić, by mnie pokochała.
- Wtedy się uda?
- Tak, prędzej czy później się dowie i pewnie na początku nie będzie mogła z tym żyć, ale mam nadzieje, że zaakceptuje. Chcę tylko, żeby była szczęśliwa, nawet jeśli jej szczęście nie będzie częścią mojego życia. Szczęśliwa beze mnie... to już bez różnicy, ja przestałem się liczyć. Nie myślałem, że po dwustu latach jeszcze ją spotkam. Muszę tylko mieć pewność, że mnie kocha.
- Dziękuję. Dziękuję, że to robisz. Bardzo bym chciał już tam być.
- Niedługo plan się ziści, zobaczysz. A teraz muszę wracać.
Rozdział 3
Spotkałam się z Gladys przed domem Alana. Idealny ogród wyglądał na nietknięty nadchodzącą zimą. Kwiaty w kamiennych kwietnikach mieniły się soczystymi, pomarańczowymi odcieniami, a jaskrawozielona trawa oszałamiała świeżością. Gdyby nie szare, ciężkie niebo, mogłabym uwierzyć, że dopiero zbliża się jesień. Na ogrodzeniu przysiadł na chwilę kukawik żółtodzioby i żałośnie zaskomlał. Kiedyś z Alanem obserwowaliśmy tego rzadkiego ptaka, nie mieliśmy wówczas pojęcia, że nasze drogi nagle się rozejdą, a codzienność skomplikuje. Nie miałam też wtedy tak dużej świadomości swojej mocy, nie współpracowałam z żadnymi radami czy upadłymi i życie wydawało się prostsze.
Teraz była tu też policja, rodzice Alana zaś stali na ganku i rozmawiali z funkcjonariuszami. Co chwilę jego matka wybuchała płaczem i chowała się w białej koszuli męża. Panowało zamieszanie, mieszkańcy okolicznych domów stali wzdłuż ulicy i cicho ze sobą rozmawiali, wymieniając przerażone spojrzenia. Również oczy Gladys przepełnione były lękiem i łzami.
Kiedy się do niej zbliżyłam, rzuciła mi się na szyję, potrzebowała dobrych paru minut, by się uspokoić i przestać płakać. Ja nie potrafiłam w taki sposób wyrażać uczuć - otwarcie i wylewnie - co czasami sprawiało, że ludzie postrzegali mnie jako osobę zimną i nieczułą. Poza tym emocje, które ukrywałam i tłumiłam w sobie, stawały się ogromnym ciężarem, a ja nie mogłam znaleźć sposobu, by się go pozbyć. Gladys, tak jak wiele osób, odreagowywała płaczem, krzykiem lub po prostu obrażała się i milczała jak typowa nastolatka. Ja zazwyczaj nie mówiłam nic, ale nie dlatego, żeby kogoś tym do czegoś zmusić lub zranić. W stresujących sytuacjach trudno mi znaleźć odpowiednie słowa, więc wolę w ogóle się nie odzywać, niż na siłę próbować sklecić zdanie, zmieniając je w myślach pięć razy, by jak najdokładniej wyrażało to, co czuję.
Alan zaginął. Nie wrócił po szkole do domu, a przecież ostatniego popołudnia siedzieliśmy razem w cukierni. Nie przychodził mi do głowy żaden szczegół, który mógłby wskazywać na to, że coś się stanie. Nikt nas nie obserwował, nie śledził ani nie zaczepiał. Nad ranem rodzina zaczęła obdzwaniać jego znajomych, zadzwonili też do Gladys, która od razu skontaktowała się ze mną.
- Proszę, znajdź go - wyszeptała, na co ja nie mogłam ukryć zdziwienia. -Podejrzewam różne rzeczy i różne rzeczy zauważam, Moiro. Jeśli masz jakąś kosmiczną moc, proszę, po prostu odnajdź Alana.
- Dobrze, chodźmy gdzieś, gdzie jest spokojniej - zaproponowałam.
Do skorzystania z mapy i wahadełka z prostym zaklęciem lokalizującym nie potrzebowałam dużo. Wystarczyły moje uczucia wobec przyjaciela. Często medium proszą o jakąś rzecz osoby zaginionej, ale Alan był dla mnie jak brat, bez problemu mogłam się skupić na jego energii. Wyciągnęłam z torby małą, mosiężną łezkę na sznurku i mój kalendarzyk, na szczęście na ostatniej stronie znajdowała się mapa Szkocji i świata. Skupiłam się, aby przywołać najbardziej pozytywne wspomnienia związane z przyjacielem. Przed oczami stanęła mi jego uśmiechnięta, delikatna twarz, dwa rzędy śnieżnobiałych zębów wyrażające radość i ekscytację. Wtedy właśnie postanowiliśmy wspólnie zwiedzić cały świat, od Neapolu, do którego tak bardzo chciał jechać, aż po Transylwanię, to z kolei wymysł Gladys zafascynowanej w tamtym czasie historiami o wściekłych wampirach. Z planów tych nic nie wyszło, ale nasze szczęście, związane z samą myślą o prawdopodobieństwie przemierzenia całej ziemi razem, było realne i gorące.
Delikatnie rozkołysałam wahadełko. Zatrzymało się i nie chciało współpracować. Gladys przyglądała mi się, zapewne oceniając nasze szanse. Za wszelką cenę starałam się nie pokazać po sobie żadnego niepokoju, żadnych wątpliwości. Usta jednak samoistnie mi się zacisnęły, a moja przyjaciółka na moment zasłoniła twarz dłońmi.
- Może nie jest już w Szkocji? - wyszlochała.
Wykonałam to samo działanie nad mapą świata, ale i tutaj magiczna łezka nie wskazała żadnego miejsca. Wiedziałam, że w pięćdziesięciu procentach oznacza to zbyt duże emocje u osoby sprawdzającej, w pozostałej połowie przypadków... Nawet nie chciałam o tym myśleć. Wmawiałam więc sobie, że jestem za bardzo rozbita i osobiście zaangażowana. Tymczasem moja mądra intuicja nie pozwala mi przeżywać w pełni trudnych uczuć po to, żebym była w stanie jakoś pomóc, a nie chować się pod kołdrą i płakać, analizując w nieskończoność nasze wyjście na pączki.
Wspólnie z rodziną Alana oraz sąsiadami przeszukaliśmy w asyście policji niewielki lasek za jego domem, nie znaleźliśmy jednak nic, co mogłoby wskazywać, że chłopak tam był. Funkcjonariusz obiecał, że zrobią wszystko, by go znaleźć, Gladys wpadła na pomysł porozklejania plakatów w okolicy. Ja miałam nadal próbować go zlokalizować "na swój sposób", jak to ładnie określiła przyjaciółka. Niestety żadne działania, żadne obietnice nie przyniosły pożądanych rezultatów.
Któryś już raz z kolei przedzierałam się przez szaro-złoty las, szukając jakiejkolwiek pozostałości energii mojego przyjaciela. Być może robiłam to tylko dla spokoju sumienia, bo natrafienie na ślad energetyczny, bez wiedzy o ostatnich emocjach i otoczeniu osoby poszukiwanej, graniczyło z cudem. Doszłam do miejsca, gdzie pnie tworzyły okropne, równe rzędy. Niedaleko stąd stał olbrzymi głaz narzutowy, na którym często, gdy chodziliśmy jeszcze do podstawówki, przesiadywaliśmy z Alanem. Dotknęłam zimnej, szorstkiej powierzchni w nadziei, że chłopak tutaj był, ale się zawiodłam. Żaden człowiek od długiego czasu nie odwiedzał tego kamienia, a aura miejsca była spokojna i niczym niezakłócona. Serce przeszył mi lodowaty dreszcz, tak bardzo pragnęłam odnaleźć Alana, że zupełnie zapominałam o zdrowym rozsądku. Przeceniałam swoje możliwości i dawałam sama sobie złudną nadzieję, która bolała dużo bardziej niż jej brak.
Szłam dalej, powoli się już jednak poddawałam i rezygnowałam. Gdybym bardziej się rozwijała, bardziej starała, na pewno bym go teraz odnalazła. Słońce schodziło coraz niżej, a cienie drzew słaniały się przede mną, uciekając przed mrokiem po miękkim mchu i zeschniętych liściach. Usiadłam na chwilę na ścieżce i zapatrzyłam się w odcienie brązu i szarości. Ponure kolory oddawały stan mojego wnętrza i czułam z nimi niesamowite połączenie. Gdyby tylko potrafiły przemówić i pomóc, ale zawzięcie milczały, skazując mnie na ciszę.