Moment pęknięcia - Kasia Magiera

Kup ebooka

45.00 zł
38.25 zł (37,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autorki

Wszyst­kie wyda­rze­nia i postaci są fik­cyjne. Wszel­kie podo­bień­stwa do rze­czy­wi­stych osób są przy­pad­kowe.

Od dłuż­szego czasu nur­to­wał mnie pomysł na tę książkę, jed­nak dopiero po zaist­nie­niu pew­nych oko­licz­no­ści zde­cy­do­wa­łam się nadać jej realny wymiar.

Ta książka jest inna od dzie­wię­ciu poprzed­nich. Zawiera mniej ele­men­tów kry­mi­nal­nych, a wię­cej sku­pia się na aspek­tach psy­cho­lo­gicz­nych i oby­cza­jo­wych. Przed­sta­wia histo­rie kobiet, ich życiowe wybory i kon­se­kwen­cje róż­nych decy­zji. Zale­żało mi na tym, aby poka­zać, że ustęp­stwa i speł­nia­nie czy­ichś ocze­ki­wań nie zawsze przy­no­szą korzy­ści.

Książka sta­nowi nie­wielki wyci­nek tego, co się dzieje, kiedy przez wiele lat tłu­mimy nasze emo­cje i ocze­ki­wa­nia, bo boimy się, że inni będą nas osą­dzać. Oba­wiamy się, że zosta­niemy uznani za dzi­wa­ków lub ego­istów. Być może czy­tel­nicy w tej książce znajdą sytu­acje, które znają z wła­snego życia lub życia ich bli­skich, i prze­czy­tają ją z zain­te­re­so­wa­niem, zda­jąc sobie sprawę, że fabuła jest bli­ska rze­czy­wi­sto­ści.

Przy kształ­to­wa­niu jed­nego z boha­te­rów, który ma istotne zna­cze­nie w fabule, poma­gała mi osoba, która wcze­śniej nie była zaan­ga­żo­wana w moje życie zawo­dowe. Tą osobą jest Paweł Głód, któ­rego pozna­łam jakiś czas temu w stu­diu tatu­ażu. Paweł to arty­sta, któ­rego prace (tatu­aże i obrazy) mnie ocza­ro­wały. Pod­czas roz­mów z Paw­łem zacie­ka­wiło mnie jego spoj­rze­nie na rela­cje mię­dzy­ludz­kie. Uświa­do­mi­łam sobie, że w dzi­siej­szym świe­cie kon­takty mogą mieć nieco inny cha­rak­ter, niż wcze­śniej mi się wyda­wało. Zain­try­go­wał mnie spo­sób myśle­nia Pawła, odmienny od mojego. Dla­tego posta­no­wi­łam powie­rzyć jed­nego z boha­te­rów - Igora - w jego ręce. Doświad­cze­nia i podej­ście do życia Pawła ide­al­nie wpa­so­wały się w postać, którą zamie­rza­łam umie­ścić w fabule. Bez pomocy Pawła Igor miałby zupeł­nie inną oso­bo­wość.

Paweł jest rów­nież auto­rem pro­jektu okładki do książki. Efekt prze­szedł moje naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Pole­cam stronę Pawła, aby zapo­znać się z jego pra­cami https://www.insta­gram.com/wnie­ko­lo­rze/.

Pod­czas pisa­nia tej książki waż­nym aspek­tem było, że w 2023 roku skoń­czy­łam czter­dzie­ści lat. To zmo­ty­wo­wało mnie do reflek­sji nad moim życiem, nad tym, co prze­ży­łam, osią­gnę­łam, jakie decy­zje pod­ję­łam i czego jesz­cze mogę się spo­dzie­wać.

Na zawar­tość niniej­szej książki wpływ miały rów­nież roz­mowy z kobie­tami w moim wieku i nieco star­szymi. Oka­zało się, że pewne dyle­maty, prze­my­śle­nia i wąt­pli­wo­ści są powszechne. Posta­no­wi­łam więc wyko­rzy­stać to, two­rząc fabułę. Zazwy­czaj mówi się o kry­zy­sie wieku śred­niego u męż­czyzn, ale nie można zapo­mi­nać, że kobiety rów­nież doświad­czają go w swoim życiu, choć w nieco inny spo­sób.

Dopiero nie­dawno zaczęto o tym gło­śno mówić. Kobiety mają prawo pra­gnąć cze­goś wię­cej niż tylko bycia żonami i mat­kami, mimo że spo­łeczne normy narzu­cają im te spe­cy­ficzne role. Cza­sami jed­nak warto posłu­chać wewnętrz­nego głosu, aby poczuć się speł­nioną. To nie jest ego­izm, lecz wyraz samo­świa­do­mo­ści.

Ktoś kie­dyś przed­sta­wił okre­ślony spo­sób życia, który ma ucho­dzić za ten wła­ściwy, a odstęp­stwo od tra­dy­cyj­nego sche­matu jest oznaką braku przy­sto­so­wa­nia do norm spo­łecz­nych. Jed­nak życie nie powinno pole­gać na cią­głym dosto­so­wy­wa­niu się do ocze­ki­wań innych, wbrew temu, co czu­jemy i pra­gniemy. Próba speł­nie­nia stan­dar­dów innych ludzi pro­wa­dzi do fru­stra­cji, nie­za­do­wo­le­nia z życia i ocze­ki­wa­nia na cud, który pozwoli nam uwol­nić się od "wię­zów". Dopóki nie wyrzą­dzamy nikomu krzywdy, powin­ni­śmy kie­ro­wać się wła­snym szczę­ściem. Jed­no­cze­śnie pamię­ta­jąc, że szczę­ście nie jest stałe, ponie­waż pod wpły­wem doświad­czeń życio­wych, spo­tka­nych ludzi i wyda­rzeń defi­ni­cja szczę­ścia może ulec zmia­nie.

Zapra­szam do czy­ta­nia. Pozdra­wiam ser­decz­nie.

Kasia Magiera

9 czerwca 2022, czwartek, Kraków

Upo­rczywa melo­dia sym­fo­nii Vival­diego nie­prze­rwa­nie pły­nęła ze smart­fona leżą­cego na komo­dzie. Trwało to dłuż­szą chwilę, dla­tego śpiący do tej pory męż­czy­zna pode­rwał się gwał­tow­nie i ruszył, aby go uci­szyć.

- Kurwa - fuk­nął zaspany, bio­rąc do ręki cią­gle dzwo­niący tele­fon, bo na wyświe­tla­czu zoba­czył imię sekre­tarki.

- Halo - ode­brał gniew­nie.

- Panie pre­ze­sie, kiedy pan będzie? Bez pana zebra­nie się nie odbę­dzie - wyja­śniła kobieta po dru­giej stro­nie słu­chawki.

- Zebra­nie zostało zapla­no­wane na dzie­wiątą - oświad­czył sta­now­czo.

- Ale jest pięć po dzie­wią­tej - oznaj­miła opa­no­wa­nym gło­sem, a on zastygł, po czym spoj­rzał na roleksa leżą­cego na komo­dzie, z któ­rej wła­śnie wziął tele­fon.

Sekre­tarka mówiła prawdę.

Poczuł, jak momen­tal­nie ska­cze mu ciśnie­nie.

- Kurwa, zaspa­łem - wysy­czał do słu­chawki, a kobieta po dru­giej stro­nie mil­czała. - Powiedz, że będę za godzinę, bo zatrzy­mały mnie ważne sprawy rodzinne - zako­mu­ni­ko­wał.

- Dobrze, prze­każę - odparła chłodno.

Pra­co­wała dla niego od dwóch lat. Nauczyła się spraw­nie wyko­ny­wać jego pole­ce­nia. Nie lubił się powta­rzać i zawsze musiało być tak, jak chciał. Nawet jeśli uwa­żała, że szef popeł­nia błąd, nie mówiła mu tego, sam musiał do tego dojść. Mar­lena Zdro­jew­ska dostała pracę sekre­tarki pre­zesa Naro­do­wego Banku z oddzia­łem w Kra­ko­wie przez zna­jo­mo­ści. Co nie zmie­niało faktu, że Emil Wol­ski trak­to­wał ją z góry, ale tylko dla­tego, że nie reago­wała na jego koń­skie zaloty i próby nakło­nie­nia ją do pój­ścia z nim do łóżka.

Jak na męż­czy­znę przed pięć­dzie­siątką był atrak­cyjny, ale Mar­lena uwa­żała go za gbura, któ­remu wyda­wało się, że skoro ma pozy­cję, zna­jo­mo­ści i pie­nią­dze, to inni mają go słu­chać. Odstrę­czał ją, ale pracę wyko­ny­wała bez zarzu­tów, więc nie mógł się do niej docze­pić.

Emil roz­łą­czył się i rzu­cił z impe­tem iPhone'a na łóżko.

- Olka! - zawo­łał, otwie­ra­jąc drzwi sypialni. - Olka! - powtó­rzył, nie otrzy­maw­szy odpo­wie­dzi. - Nie obu­dzi­łaś mnie! Wiesz, która jest godzina!? - pie­klił się, mimo że ni­gdzie nie widział żony.

- Tato, dla­czego tak krzy­czysz? - Ze swo­jego pokoju wyszła zaspana nasto­latka.

- Cie­bie też matka nie obu­dziła? - zapy­tał, ale nie­przy­tomna dziew­czyna patrzyła na niego nie­ro­zu­mie­ją­cym wzro­kiem. - Jest po dzie­wią­tej!

- Jak to? - Ta infor­ma­cja ją prze­bu­dziła. - O ósmej mia­łam test z matmy!

- Ludzie, daj­cie żyć. - W drzwiach kolej­nego pokoju poja­wił się wysoki i szczu­pły chło­pak.

- Na którą masz do szkoły? - dopy­ty­wał Emil.

- Na siódmą. Naj­pierw mam tre­ning, a potem lek­cje, a co? - wyja­śnił obo­jęt­nie.

Mimo że został obu­dzony nagle i czuł poiry­to­wa­nie, do ojca zawsze sta­rał się odzy­wać grzecz­nie. Tata bywał apo­dyk­tyczny, ale jeśli nie wcho­dziło się mu w drogę, to dało się z nim doga­dać.

- No to się spóź­ni­łeś - zako­mu­ni­ko­wał Emil.

Chło­pak skrzy­wił się i wró­cił do pokoju, aby spoj­rzeć na godzinę w tele­fo­nie.

- Cho­lera! - usły­szeli stłu­miony krzyk dobie­ga­jący z pokoju. - Mamo! Nie obu­dzi­łaś mnie! - Inten­syw­ność krzyku zwięk­szyła się, kiedy Borys wypadł z pokoju cały w ner­wach. - Tre­ner się wku­rzy! Mamooo!

Zeszli na dół, poszu­ku­jąc spraw­czyni poran­nego zamie­sza­nia.

- Ola!

- Mamo!

Prze­krzy­ki­wali się, ale kobieta się nie odzy­wała.

- Nie ma jej w kuchni - oznaj­miła ze zdzi­wie­niem Ame­lia.

Każ­dego ranka, od kiedy pamię­tała, mama zawsze rano urzę­do­wała w kuchni. To było jej kró­le­stwo.

- Spraw­dzę w piw­nicy - stwier­dził Borys. - Może jest w spi­żarni.

- A ja zoba­czę w garażu i na podwórku - zde­cy­do­wał Emil, czu­jąc złość.

Każdy poszedł w swoją stronę, nawo­łu­jąc kobietę.

- Nie ma jej - powie­działa nasto­latka w noc­nej koszuli, kiedy dołą­czyli z bra­tem do ojca przed drzwi domu. - Może poszła ze Snaj­pe­rem na spa­cer? - rzu­ciła kolejną hipo­tezę, choć w nią wąt­piła już na star­cie. - Snaj­per! - zawo­łała.

Nie minęło kilka sekund, a pies zja­wił się, mer­da­jąc rado­śnie ogo­nem.

- Może poszła do sklepu? - Wzru­szył ramio­nami Borys.

To było kolejne bez­sen­sowne przy­pusz­cze­nie. Ola nie miała w zwy­czaju cho­dzić na zakupy rano, przed wypra­wie­niem ich do szkoły. Codzien­nie budziła ich rano. Naj­pierw Borysa, a godzinę póź­niej Ame­lię i Emila. Robiła śnia­da­nie i przy­go­to­wy­wała ich do wyj­ścia oraz odwo­ziła. Tak wyglą­dał każdy pora­nek od kilku lat.

- Zadzwo­nię do niej, bo to są jakieś jaja - stwier­dził wście­kły Emil. Wybrał numer Oli, ale natych­miast włą­czyła się poczta gło­sowa. - Kurwa mać! - krzyk­nął. - Ma wyłą­czony tele­fon - fuk­nął roz­sier­dzony, zauwa­ża­jąc, że sąsiadka z naprze­ciwka się im przy­gląda. - Co się pani tak gapi? Nie ma pani nic lep­szego do roboty z rana, tylko pod­słu­chi­wać sąsia­dów!?

Kobieta zro­biła obu­rzoną minę i weszła do domu.

- Na waszej matce nie można pole­gać. Kiedy jest potrzebna, to wycina taki numer.

Ame­lia, sły­sząc słowa ojca, zało­żyła ręce na pier­siach i nabur­mu­szyła się. Nie zga­dzała się z nim. Może ostat­nio nie miała ide­al­nych rela­cji z mamą, ale to, co wie­działa o niej na pewno, to to, że rodzina jest dla niej naj­waż­niej­sza i zawsze jest, kiedy jej potrze­bują. Słowa ojca były nie­spra­wie­dliwe. Ame­lia nie pałała do niego sym­pa­tią, choć chęt­nie korzy­stała z luk­su­sów, które ofe­ro­wała jego pozy­cja.

- A jeśli mamie stało się coś złego? - zasu­ge­ro­wała. - Zadzwo­nię do cioci Celiny, może coś wie.

Zamie­rzała ruszyć do góry, do pokoju po tele­fon, ale ojciec ją zatrzy­mał.

- Nie dzwoń do niej, bo od razu zrobi aferę. - Od dawna nie był w dobrych kon­tak­tach ze szwa­gierką. Teściowa była mu przy­chylna i na jej wspar­cie mógł liczyć, ale sio­stra Oli była wobec niego kry­tyczna. - Teraz damy sobie radę, a wie­czo­rem wyja­śnimy sobie z mamą, co to za nowe zwy­czaje wpro­wa­dziła znie­nacka - zde­cy­do­wał. Czuł buzu­jący gniew. Była już pra­wie dzie­wiąta trzy­dzie­ści, a on na­dal był w domu. - Zbie­raj­cie się, pod­rzucę was do szkoły.

- Nie jedli­śmy śnia­da­nia - oświad­czyła Ame­lia.

- Weź sobie banana albo jabłko, a w szkole coś kupisz, dam ci pie­nią­dze - odpo­wie­dział Emil ze zło­ścią.

- Kurde, ale ja mam dietę, mama zawsze robi mi rano... - zaczął Borys, jed­nak widząc minę ojca, nie dokoń­czył, tylko ruszył do pokoju, aby się ubrać.

Pięt­na­ście minut póź­niej wsia­dali do samo­chodu. Ame­lia ubrana w krótki top odsła­nia­jący brzuch i skąpe szorty zdo­bione świe­cą­cymi krysz­tał­kami. Miała skwa­szoną minę, gdyż nie zdą­żyła się wyma­lo­wać tak, jak lubiła. Musiała zabrać do szkoły kosme­tyczkę, aby dokoń­czyć maki­jaż w toa­le­cie.

- Co ty masz na sobie? - rzu­cił Emil z obu­rze­niem.

Na co dzień to Ola odwo­ziła dzieci do szkoły, więc nie miał poję­cia, jak się ubie­rały. Córkę widy­wał głów­nie wie­czo­rami, gdy była już w domu, w piża­mie.

- Taka moda - odparła.

Emil spoj­rzał na syna, szu­ka­jąc u niego potwier­dze­nia. Chło­pak poki­wał głową. Jed­nak męż­czy­zna nie był prze­ko­nany. Dla niego córka wyglą­dała nie­od­po­wied­nio, ale nie miał już czasu cze­kać, aż się prze­bie­rze. Syn wyglą­dał tylko tro­chę lepiej. Miał na sobie pognie­ciony T-shirt Calvin Klein i wytarte jeansy z pokaź­nymi dziu­rami na kola­nach. Jego twarz przy­ozda­biały kla­syczne ray-bany.

- Ale masz brudne auto - stwier­dziła Ame­lia, wcho­dząc do wozu ostroż­nie, aby się nie wybru­dzić.

- Na polu gol­fo­wym było błoto - wyja­śnił. - Płacę tam mają­tek, a syf jak na budo­wie.

Po dro­dze w samo­cho­dzie pano­wała cisza. Emil i Borys sta­rali się stu­dzić nerwy, ale obaj już pla­no­wali, co powie­dzą Oli wie­czo­rem, kiedy ją zoba­czą.

Nato­miast Ame­lia sta­rała się dodzwo­nić do mamy, a kiedy po kilku pró­bach na­dal włą­czała się poczta, posta­no­wiła wysłać SMS-a. Miała nadzieję, że kiedy tylko mama włą­czy tele­fon, to zoba­czy od niej wia­do­mość i da znać, co się z nią dzieje. Dziew­czyna czuła zanie­po­ko­je­nie. Mama ni­gdy nie zni­kała bez słowa, a zwłasz­cza rano.

Kiedy zatrzy­mali się przed wej­ściem jed­nego z pry­wat­nych liceów, Emil wrę­czył dzie­ciom po stu­zło­to­wym bank­no­cie z pole­ce­niem, aby kupili sobie coś do zje­dze­nia.

- Mam dziś wizytę u den­ty­sty, co będzie, jeśli mama po mnie nie przy­je­dzie? - zapy­tała nasto­latka, zanim wysia­dła.

- Ama, ile ty masz lat? - burk­nął ze zło­ścią ojciec. - Chyba wiesz, gdzie cho­dzisz do den­ty­sty. Możesz jechać sama - orzekł, po czym dodał: - Zresztą mama na pewno przy­je­dzie.

Ame­lia przez chwilę patrzyła na niego, nie odzy­wa­jąc się, ale w końcu kiw­nęła głową i wysia­dła.

Gdy Emil odje­chał, Ame­lia z Bory­sem ruszyli do szkoły w mil­cze­niu.

- Widzimy się na dłu­giej prze­rwie? - zapy­tała, gdy byli już w środku.

- Zoba­czymy, Bastek zała­twił nowy towar i chcemy spró­bo­wać - rzu­cił Borys.

Ame­lia zaci­snęła usta. Nie podo­bało się jej, że pla­no­wali ćpać w szkole. Jed­nak brat z jej chło­pa­kiem czuli się tu pew­nie jak pano­wie na swo­ich wło­ściach.

Każde ruszyło w swoją stronę, nie wie­dząc, co robić. Była to nie­ty­powa godzina na przy­cho­dze­nie do szkoły, lek­cja już trwała.

9 czerwca 2022, czwartek, Słupsk

- Nooo nie! Cho­lera! - pomsto­wała pod nosem prze­mo­czona kobieta, szar­piąc się z walizką. Deszcz padał coraz moc­niej i kiedy już myślała, że bez­piecz­nie schroni się w przy­zwo­icie wyglą­da­ją­cym pubie, to kółka walizki utknęły w szcze­li­nach meta­lo­wej wycie­raczki.

W despe­ra­cji kop­nęła twardą walizkę, ale bagaż ani drgnął.

- Łoł, łoł, łoł! Pomogę - usły­szała za ple­cami głę­boki męski głos, który sko­ja­rzył się jej z barwą, jaką miał Axl Rose.

Była zmok­nięta i zmę­czona, więc nie pro­te­sto­wała. Młody męż­czy­zna bez trudu wyjął walizkę z potrza­sku i poło­żył ją w środku, po dru­giej stro­nie drzwi. Spoj­rzał na nią. W wyniku desz­czu jej dłu­gie brą­zowe włosy przy­klap­nęły, a pod oczami zro­biły się czarne zacieki od tuszu. - Dzię­kuję - powie­działa, nawet na niego nie patrząc, mimo że jego cha­rak­te­ry­styczny głos na­dal brzę­czał w jej gło­wie.

Zła­pała za rączkę walizki i pocią­gnęła ją za sobą w stronę baru.

- Popro­szę her­batę - ode­zwała się do bar­mana.

Męż­czy­zna, który pomógł jej z walizką, usiadł obok niej na wyso­kim krze­śle i dalej na nią patrzył. Było w niej coś inte­re­su­ją­cego. W jej mowie ciała i wyra­zie twa­rzy. Jakby znie­cier­pli­wie­nie połą­czyło się ze swo­bodą.

- Her­batę? - upew­nił się młody bro­dacz za barem.

- Tak - potwier­dziła, a następ­nie ruszyła do sto­lika obok.

Poło­żyła na nim prze­pastną torebkę i usta­wiła walizkę przy krze­śle. Zdjęła mokry kar­di­gan i powie­siła go na opar­ciu krze­sła. Jej bluzka była rów­nież wil­gotna i przy­le­gała do ciała. Bar­man spoj­rzał na męż­czy­znę, który jej pomógł, i uśmiech­nęli się do sie­bie. Mokra odzież pozwo­liła im zoba­czyć kształt jej piersi. Wło­żyła rękę do torebki i zaczęła cze­goś szu­kać. Jed­nak nie było to pro­ste, torebka była wypchana. Dla­tego jej ruchy sta­wały się ner­wowe. Nie­cier­pli­wiła się, nie mogąc zna­leźć tego, czego potrze­bo­wała.

Bar­man i męż­czy­zna, który ura­to­wał ją z opre­sji, przy­glą­dali się jej z zain­te­re­so­wa­niem. Poiry­to­wana bra­kiem rezul­ta­tów posta­no­wiła w końcu wyrzu­cić zawar­tość torebki na sto­lik. Jej zawzię­tość i deter­mi­na­cja były impo­nu­jące.

- Na samym dnie, oczy­wi­ście - fuk­nęła pod nosem, kiedy w końcu zna­la­zła poszu­ki­wany przed­miot.

Otwo­rzyła małą puder­niczkę, spoj­rzała w minia­tu­rowe lusterko i aż jęk­nęła, gdy zauwa­żyła opła­kany stan swo­jego maki­jażu. Zna­la­zła paczkę wil­got­nych chu­s­te­czek, wycią­gnęła jedną i zaczęła deli­kat­nie wycie­rać czarne smugi spod oczu.

Nagle zoba­czyła rękę wycią­gniętą w jej kie­runku na wyso­ko­ści swo­jej twa­rzy.

Ode­rwała wzrok od lusterka, aby zoba­czyć, o co cho­dzi.

Męż­czy­zna, który wyświad­czył jej przy­sługę przy wej­ściu, wycią­gał w jej kie­runku kie­li­szek.

- Zama­wia­łam her­batę - przy­po­mniała, myląc go z bar­ma­nem.

Dopiero teraz na niego spoj­rzała. Miał ładną, syme­tryczną twarz, cie­kawy, inten­sywny kolor oczu i pół­dłu­gie włosy. Prze­cze­sał je pal­cami w tył, ale zaraz kosmyki ponow­nie opa­dły nie­sfor­nie, dając efekt lek­kiego roz­wi­chrze­nia. Pomy­ślała, że na pewno cie­szy się powo­dze­niem u płci prze­ciw­nej.

- Teraz ci się to bar­dziej przyda - stwier­dził pew­nym, głę­bo­kim, chro­po­wa­tym gło­sem i spoj­rzał na bała­gan panu­jący na stole.

Kobieta przez sekundę się wahała.

- A co mi tam - rzu­ciła.

Wzięła od niego kie­li­szek i wypiła zawar­tość jed­nym hau­stem. Męż­czy­zna zaśmiał się i opróż­nił wła­sny. Kobieta mach­nęła na bar­mana, dając mu znak, że poprosi jesz­cze raz to samo.

Kiedy otrzy­mała zamó­wie­nie, usia­dła. Męż­czy­zna dołą­czył do niej, mimo że go nie zapra­szała. Nie pro­te­sto­wała. Ni­gdy się tak nie zacho­wy­wała - nie piła alko­holu z obcymi i nie pozwa­lała, aby się do niej przy­sia­dali. Ale zaczy­nała życie od nowa i to był naj­lep­szy moment, aby zacząć robić to, czego wcze­śniej nie mogła lub przed czym się powstrzy­my­wała.

Męż­czy­zna mil­czał, przy­glą­da­jąc się temu, co wyrzu­ciła z torebki. Pró­bo­wał zro­zu­mieć, po co jej to wszystko. Według niego rze­czy nie miały ze sobą logicz­nego związku. Każda z nich była z innej para­fii.

- Wiem, że to wygląda żało­śnie - ode­zwała się, jakby odczy­tu­jąc jego myśli.

- Czy ja wiem. Kobiety tak lubią.

Barwa jego głosu prze­szy­wała, a zara­zem pobu­dzała. Dla­tego znowu przy­wo­łała w myślach lidera zespołu Guns N' Roses. Dawno nie sły­szała u mło­dego męż­czy­zny takiej chrypki.

- Znawca kobiet? - zapy­tała, ale w tym pyta­niu nie kryła się uszczy­pli­wość.

- Raczej obser­wa­tor - wyja­śnił i wró­cił do tematu bała­ganu, który wypadł z jej torebki. - Przy­naj­mniej jesteś przy­go­to­wana na każdą oko­licz­ność. - Wska­zał na tusz do rzęs, obok któ­rego leżał fla­ko­nik per­fum, nad­gry­ziony bato­nik, dłu­go­pis, kolo­rowa bran­so­letka, do połowy opróż­niona butelka wody i książka z zagię­tym rogiem okładki.

- Wiek nie­win­no­ści - prze­czy­tał tytuł z okładki.

- Czy­ta­łeś? - zain­te­re­so­wała się.

- Nie - odparł non­sza­lancko. - Fajne?

- Poucza­jące - rze­kła oględ­nie, po czym wyja­śniła. - Wła­śnie się tu prze­pro­wa­dzi­łam. - Wypiła dru­giego szota - Nor­mal­nie nie jest tak źle. - Wska­zała głową na gali­ma­tias. Oszu­ki­wała sie­bie i jego. Lubiła duże torebki, do któ­rych mogła cią­gle coś dorzu­cać, a potem dźwi­gała masę nie­po­trzeb­nych rze­czy.

- Jasne - odparł, uśmie­cha­jąc się.

Kobieta zatrzy­mała na nim wzrok na kilka sekund. Chciało się na niego patrzeć, ema­no­wał z niego luz, który się jej spodo­bał.

- Skąd się tu wzię­łaś? - zapy­tał, tym razem patrząc na walizkę, która była śred­niej wiel­ko­ści jak na prze­pro­wadzkę.

- Teraz to myślę, że z innego świata - odpo­wie­działa zagad­kowo. Nie znała go i nie chciała, aby cokol­wiek o niej wie­dział. - Ty jesteś stąd? - prze­kie­ro­wała uwagę na niego.

- Tak - przy­tak­nął, ponow­nie prze­cze­su­jąc pal­cami włosy do tyłu. Było w tym geście coś uwo­dzi­ciel­skiego.

- To może wiesz, czy daleko jesz­cze na Pod­górną 6?

Miała nadzieję, że jest nie­da­leko od miesz­ka­nia, które od teraz miało być jej domem. Zanim się roz­pa­dało, GPS poka­zy­wał, że jest w pobliżu.

- Ze dwie­ście metrów - oświad­czył. Ode­tchnęła z ulgą. Nie­źle. - Mogę cię pod­pro­wa­dzić - zapro­po­no­wał.

Kobieta nie­kon­tro­lo­wa­nie się skrzy­wiła. W połą­cze­niu z na­dal roz­ma­za­nym maki­ja­żem dało to komiczny efekt.

- Pomogę z walizką - prze­ko­ny­wał.

- Dzięki, ale pora­dzę sobie sama - oznaj­miła, zgar­nia­jąc do torebki rze­czy ze sto­lika.

- Boisz się? - Spoj­rzał na nią szel­mow­sko.

Musiała przy­znać, że był typem, któ­remu nie chciało się odma­wiać. Ale Ted Bundy też był przy­stojny i cza­ru­jący, a kobie­tom, które zde­cy­do­wały się na jego towa­rzy­stwo, wyjąt­kowo się to nie opła­cało.

- Widzieli nas tutaj ludzie, a na ulicy jest moni­to­ring. Nie opła­ca­łoby mi się robić ci krzywdy - nie rezy­gno­wał. - Jestem Igor - powie­dział i podał jej rękę.

Zawa­hała się, ale odwza­jem­niła gest.

- Anka.

- Świet­nie, to możemy powie­dzieć, że się znamy - uśmiech­nął się, a bar­man ponow­nie posta­wił przed nimi kolejny kie­li­szek z alko­ho­lem.

Anka usia­dła, wpa­tru­jąc się w usta­wione szoty.

- Co zro­bisz z tym tatu­ażem, jeśli ci się znu­dzi? - ode­zwała się po chwili mil­cze­nia, wska­zu­jąc na wyta­tu­owaną dłoń męż­czy­zny.

Pytała nie dla­tego, że jej się nie podo­bało to, co widziała. Motyw, który miał na dłoni, był inte­re­su­jący i pre­cy­zyj­nie wyko­nany. Niczym małe dzieło sztuki. Zresztą w dzi­siej­szych cza­sach tatuaż nie był czymś nad­zwy­czaj­nym. Co druga osoba mijana na ulicy miała malu­nek na ciele. Inte­re­so­wało ją, jak ktoś może być na sto pro­cent pewien, że to, co sobie wyta­tu­ował, będzie chciał oglą­dać do końca życia. Ni­gdy nie czuła chęci posia­da­nia tatu­ażu. Uwa­żała go za rodzaj biżu­te­rii, któ­rej nie można zmie­nić, i to było dla niej nie­kom­for­towe.

- Dla­czego miałby mi się znu­dzić? - odpo­wie­dział pyta­niem. - Nie wyko­na­łem go przez przy­pa­dek. - Prze­chy­lili kie­liszki. - A w osta­tecz­no­ści mogę nosić ręka­wiczki - zażar­to­wał.

Nie­mniej jed­nak na­dal nie uzy­skała satys­fak­cjo­nu­ją­cej ją odpo­wie­dzi.

- No tak, kto by nie chciał mieć kruka na dłoni, który zosta­nie do gro­bo­wej deski - sko­men­to­wała sar­ka­stycz­nie, a on się zaśmiał.

Dawno nie roz­ma­wiał z nikim na ten temat. Ostatni raz takie wąt­pli­wo­ści w sto­sunku do jego tatu­ażu wyra­ziła star­sza sio­stra jego matki.

- W pracy nie mają nic prze­ciwko? - nie odpusz­czała.

- Nie żyjemy w pierw­szej poło­wie dwu­dzie­stego wieku - stwier­dził z nie­zni­ka­ją­cym roz­ba­wie­niem. - Dla­czego tatuaż miałby mi prze­szka­dzać w pracy? - Anka wzru­szyła ramio­nami. - Posia­da­nie tatu­ażu nie wpływa na myśle­nie czy dzia­ła­nie.

Ski­nęła głową, uzna­jąc, że ma rację, ale była jed­no­cze­śnie pewna, że nikt by ją na to nie namó­wił.

- Są ludzie, któ­rym tatu­aże źle się koja­rzą i mogą się uprze­dzać do cie­bie - zawy­ro­ko­wała.

- Nie mam wpływu na to, co o mnie pomy­śli każda spo­tkana osoba - oznaj­mił. - Dla cie­bie to pro­blem?

- Nie, dla­czego? - Tym razem to ona odpo­wie­działa pyta­niem. - Zapy­ta­łam z cie­ka­wo­ści.

- Rób to, co chcesz, a będziesz szczę­śliwa - pod­su­mo­wał.

Anka chcia­łaby umieć myśleć w ten spo­sób.

Wrzu­ciła ostat­nie dro­bia­zgi do torebki i zamie­rzała podejść do baru, aby ure­gu­lo­wać rachu­nek.

- Już zapła­cone - oświad­czył Igor.

- Szkoda - rzu­ciła, a on spoj­rzał na nią pyta­jąco. - Teraz będę musiała się zre­wan­żo­wać.

Igor ponow­nie się zaśmiał. Kobieta była inte­re­su­jąca. Nie chciała go na siłę roz­ba­wić czy mu zaim­po­no­wać. Była szczera, i to w roz­bra­ja­jący spo­sób.

- Może będziesz chciała, a nie musiała. - Natych­miast zaczęła się zasta­na­wiać, czy nie jest to spo­sób na pod­ryw, któ­rego nie znała. - Chcesz już iść?

Przy­tak­nęła.

Pod­niósł się i pocią­gnął walizkę za rączkę, uniósł rękę w geście poże­gna­nia do bar­mana i ruszył do wyj­ścia.

Anka szła za nim, więc mogła mu się przy­glą­dać. Był dobrze zbu­do­wany, a ide­al­nie dobrane do syl­wetki spodnie ład­nie pod­kre­ślały kształt jego poślad­ków. Skar­ciła się za te myśli. Był młody, widziała to, więc poczuła się nie­swojo.

Przez chwilę szli w mil­cze­niu.

- Dla­czego się tu prze­pro­wa­dzi­łaś? - zagaił roz­mowę.

- Dosta­łam pracę - podała wyja­śnie­nie naj­ba­nal­niej­sze z banal­nych.

- Musi to być dobra praca, skoro zde­cy­do­wa­łaś się na to mia­sto - stwier­dził lekko.

- Dla mnie w sam raz - odpo­wie­działa oględ­nie.

- Nie jesteś gada­tliwa - zauwa­żył z uśmie­chem.

- Prze­pra­szam, ale jestem zmę­czona - oznaj­miła. - Następ­nym razem będzie ina­czej.

- Świet­nie, czyli będzie następny raz - powie­dział z entu­zja­zmem.

Anka nie zare­ago­wała, bo nie wie­działa, co mia­łaby odpo­wie­dzieć, aby go nie zachę­cać, ale też nie ura­zić.

Sta­nęli przed nie­wiel­kim blo­kiem, który miał dwie klatki i cztery pię­tra.

- Na któ­rym pię­trze miesz­kasz?

- Na pierw­szym.

- A wiesz, w któ­rej klatce? - ponow­nie zadał pyta­nie.

- W pierw­szej.

- To chodźmy. - Pocią­gnął walizkę za rączkę.

Nawet nie zdą­żyła zaopo­no­wać.

Igor bez więk­szego trudu niósł po scho­dach jej bagaż. Anka miała do sie­bie pre­ten­sje, że ledwo zna­la­zła się w nowym miej­scu, to już musiała sko­rzy­stać z czy­jejś pomocy. Miała zacząć od zera ze świa­do­mo­ścią, że da sobie radę.

- Nume­rek? - zapy­tał, obra­ca­jąc się w jej stronę.

Anka poczuła na policz­kach rumie­niec. Dopiero po chwili dotarło do niej, że Igor pyta o numer miesz­ka­nia, i znowu skar­ciła się w myślach, że jest bez­na­dziejna.

- Osiem - odparła, kiedy tylko odzy­skała rezon.

Męż­czy­zna sta­nął przed drzwiami o tym nume­rze, a Anka schy­liła się do doniczki, która stała z boku drzwi, i pod­nio­sła ją, wyj­mu­jąc klu­cze.

- Myśla­łem, że to działa tylko w fil­mach - rzu­cił z roz­ba­wie­niem.

- Dzięki za pomoc - powie­działa, przej­mu­jąc od niego rączkę walizki.

- Ale że co? Nie zapro­sisz mnie? - Udał obu­rzo­nego. - A jeśli w środku czai się zbo­cze­niec, bo też wie­dział o tych klu­czach? Wejdę, spraw­dzę i tyle.

- Miły jesteś, ale mia­łam męczący dzień. Chcia­ła­bym się roz­pa­ko­wać i wziąć gorącą kąpiel - zako­mu­ni­ko­wała.

- Dobra, kapuję. Byłem potrzebny tylko jako tra­garz. - Zro­bił smutną minę.

- Sam się wyzna­czy­łeś na tę funk­cję - odpo­wie­działa. Nie zamie­rzała mu ulec, mimo że był ujmu­jący. - Bar­dzo mi pomo­głeś, dzięki.

Nie zwle­ka­jąc, weszła do miesz­ka­nia i zamknęła za sobą drzwi. Czuła się głu­pio, że tak postą­piła. Młody męż­czy­zna był miły, ale nie chciała wcho­dzić z nikim w żadne rela­cje. Nie po to uwol­niła się z wię­zów, aby ponow­nie wplą­tać się w coś, co na pierw­szy rzut oka nie miało więk­szego sensu. Chciała się teraz sku­pić na sobie, zamie­rzała ode­tchnąć i zła­pać rów­no­wagę.

Roz­glą­dała się po miesz­ka­niu. Miało trzy­dzie­ści pięć metrów kwa­dra­to­wych i było ide­alne. Wyna­ję­cie go zała­twiła przez Inter­net i nie wie­działa, czego może się spo­dzie­wać, ale wszystko było zgodne z opi­sem. Uzgod­niła z wynaj­mu­ją­cym, że uzu­pełni przed jej przy­jaz­dem lodówkę, za co oczy­wi­ście zapła­ciła mu dodat­kowo.

Dla­tego dla pew­no­ści otwo­rzyła lodówkę i z zado­wo­le­niem zoba­czyła, że było tam wszystko, o co popro­siła. Się­gnęła po butelkę wina. Musiała się napić. Cztery szoty wypite w pubie tylko tro­chę ją roz­luź­niły.

Nalała sobie pełny kie­li­szek i usia­dła na drew­nia­nym zdo­bio­nym krze­śle przy kuchen­nym stole. Upiła łyk i ode­tchnęła.

Teraz zale­żała sama od sie­bie. To było zdu­mie­wa­jące. Czuła obawę, ale i pod­eks­cy­to­wa­nie. Od dawna nie odczu­wała takich emo­cji. Przez ostatni czas miała wra­że­nie, że niczego nie czuje. Teraz pla­no­wała otrzą­snąć się z tego odrę­twie­nia.

Nie wie­działa, co przy­nie­sie przy­szłość, ale miała nadzieję, że cię­żar, który teraz czuła, minie.

9 czerwca 2022, czwartek, Kraków

Po połu­dniu jako pierw­sza do domu wró­ciła Ame­lia. Nie poszła do den­ty­sty, bo mama po nią nie przy­je­chała. Co prawda tra­fi­łaby do miej­sca, do któ­rego cho­dziła od dziecka, ale wewnętrzny nie­po­kój, jaki czuła z powodu braku kon­taktu z matką, nie pozwa­lał jej kon­ty­nu­ować kolej­nych zapla­no­wa­nych na dzi­siaj dzia­łań.

Dla­tego posta­no­wiła zaraz po szkole wró­cić do domu, aby spraw­dzić, czy matka wró­ciła. Może się nie odzy­wała, bo zepsuł się jej tele­fon lub zapo­mniała go nała­do­wać? Szu­kała wyja­śnień, nawet tych naj­bar­dziej nie­re­al­nych.

Pró­bo­wała nakło­nić brata, aby wró­cił z nią, ale ją wyśmiał. Powie­dział, że ma plany i nie zamie­rza ich porzu­cać, bo matka coś odpier­dala. Na­dal był zły o to, że zepsuła mu pora­nek i moż­li­wość dotar­cia na tre­ning. Od początku czwar­tej klasy był kapi­ta­nem dru­żyny pił­kar­skiej i trak­to­wał tę funk­cję poważ­nie. Dawała mu wła­dzę w szkole. On i jego kum­ple rzą­dzili, a do tego dziew­czyny usta­wiały się do niego nie­malże w kolejce. Sta­tus, który miał w szkole, liczył się dla niego naj­bar­dziej. Ame­lia odno­siła wra­że­nie, że moż­li­wość poka­zy­wa­nia domi­na­cji stała się dla brata prio­ry­te­tem i tre­ścią każ­dego dnia. Lubił zazna­czać swoją pozy­cję i na każ­dym kroku upo­ka­rzał innych.

Dzi­siej­sze popo­łu­dnie miał zapla­no­wane, naj­pierw tre­ning, a potem knajpa z chło­pa­kami. Stwier­dził, że matka jest doro­sła i rów­nież ma prawo do wła­snych pla­nów. On nie mówił jej o wszyst­kim, więc wycho­dził z zało­że­nia, że ona też nie musiała. Co prawda wku­rzyła go rano, bo przez nią zawa­lił tre­ning i dietę. Jed­nak tę sprawę posta­no­wił zała­twić wie­czo­rem, kiedy wróci do domu.

Po wyj­ściu ze szkoły Ame­lia nie mogła skon­tak­to­wać się z ojcem, a kiedy zde­cy­do­wała się zadzwo­nić do jego biura, sekre­tarka poin­for­mo­wała ją, że skoń­czył pracę i wyszedł na tenisa. Naj­wy­raź­niej nie czuł takiego nie­po­koju jak ona. Ale nie powinna się dzi­wić, brat i ojciec byli do sie­bie podobni.

Ame­lii nie pozo­stało nic innego, jak wró­cić do domu ube­rem. Miesz­kali w spo­rej odle­gło­ści od cen­trum, w któ­rym cho­dziła do szkoły.

Po prze­kro­cze­niu progu domu od razu zaczęła nawo­ły­wać:

- Mamo, jesteś? Mamooo!

Jedyną żywą istotą, która przy­szła się z nią przy­wi­tać, był pies, Snaj­per.

- Gdzie jest pani, pie­sku, gdzie? - ode­zwała się do zwie­rzaka, a on wesoło pomer­dał ogo­nem.

Otwo­rzyła mu drzwi, pozwa­la­jąc wyjść na podwórko. Pies nie sikał od rana.

Następ­nie sta­nęła przed wie­sza­kiem, na któ­rym wisiały mary­narki, a pod nimi była półka z toreb­kami. Zaczęła się przy­glą­dać, zasta­na­wia­jąc się, czy cze­goś bra­kuje. Zła­pała się na tym, że kom­plet­nie nie wie, w czym mama na co dzień cho­dzi. Niby znała te ubra­nia z widze­nia, lecz gdyby ją teraz ktoś zapy­tał, którą mary­narkę naj­czę­ściej wybiera, to nie byłaby w sta­nie powie­dzieć. Dla­tego nie mogła się zorien­to­wać, czy bra­kuje jakiejś mary­narki lub kon­kret­nej torebki.

Zaczęła cho­dzić po domu, spraw­dza­jąc na spo­koj­nie, czy mama jed­nak nie zosta­wiła kartki lub infor­ma­cji, co pla­nuje na dziś. Cisza w domu tylko pod­sy­cała jej lęk. Ni­gdy nie była w domu sama. Zawsze kiedy wra­cała, mama cze­kała i nawet jeśli nie miała ochoty na roz­mowę z nią, to miała świa­do­mość, że jest. Dziś pierw­szy raz czuła się tu jak w obcej, nie­malże wro­giej prze­strzeni.

Spraw­dziła kuch­nię, salon, taras, piw­nicę i nawet garaż, w któ­rym nie­zmien­nie stało auto matki. To było zaska­ku­jące. Mama ni­gdzie nie ruszała się bez samo­chodu.

Po upły­wie pół godziny Ame­lia zre­zy­gno­wała z dal­szych poszu­ki­wań. Nie zna­la­zła nic, co by jej pod­po­wie­działo, gdzie jest mama i co może robić.

Cały czas wahała się, czy nie zadzwo­nić do cioci Celiny albo do Marii Luli, naj­lep­szej przy­ja­ciółki mamy od cza­sów pod­sta­wówki. Ale po namy­śle posta­no­wiła, że z tą decy­zją poczeka na ojca. Tata miał rację - cio­cia Celina zro­bi­łaby z tego aferę. Znowu zaczę­łaby oskar­żać ojca, że to jego wina, bo nie inte­re­suje się niczym, co ma zwią­zek z życiem jego rodziny. W ciągu ostat­niego czasu Ame­lia była świad­kiem wie­lo­krot­nych kłótni ojca z sio­strą matki. Ciotka Celina miała w nosie to, kim on teraz jest. Znali się wiele lat i ciotka pozwa­lała sobie wobec niego na szcze­rość, na którą nikt inny by się nie odwa­żył.

Nasto­latka nie wie­działa, jakie wyj­ście byłoby naj­lep­sze, ale nie chciała kolej­nej rodzin­nej awan­tury. Bra­ko­wało jej wspól­nego czasu z bli­skimi, który kie­dyś mijał zabaw­nie i przy­jem­nie. Miała w pamięci imprezy z dzie­ciń­stwa, na któ­rych wszy­scy się dobrze bawili, byli uśmiech­nięci, lecz to minęło i teraz spo­ty­kali się tylko wtedy, kiedy było to nie­zbędne.

Wzięła z lodówki napój i poszła do swo­jego pokoju, aby poszu­kać sukienki na imprezę na zakoń­cze­nie roku szkol­nego, którą orga­ni­zo­wał jej chło­pak Bastian w przy­szłym tygo­dniu. Musiała wyglą­dać ide­al­nie. Bastian lubił się nią chwa­lić. Cho­dziła z nim od pół roku. Był naj­lep­szym kum­plem jej brata. Nie czuła się zako­chana. Uwa­żała, że trudno go kochać. Był taki jak Borys, wyda­wało mu się, że wszystko mu się należy, bo jego sta­rzy są bogaci. Mimo że rela­cja z nim nie była tym, czego pra­gnęła, trzy­mała się go. Zwią­zek z nim dał jej istotne i pożą­dane miej­sce na szczy­cie łań­cu­cha popu­lar­no­ści w liceum. Nie zamie­rzała być pierw­szo­kla­sistką, która jest tłem popu­lar­nego brata. Przez osiem lat pod­sta­wówki ucho­dziła za szarą mysz i miała tego dość. Liceum miało być jej nowym roz­dzia­łem, a brat i jego kum­pel stali się prze­pustką do lice­al­nego raju sławy.

W tym roku jej życie wyglą­dało zupeł­nie ina­czej niż wcze­śniej. Teraz była liderką grupy, ota­czały ją atrak­cyjne dziew­czyny ze szkoły. Każda z nich musiała mieć odpo­wiedni sta­tus mate­rialny, aby Ame­lia nie musiała się zasta­na­wiać, czy któ­rąś z kole­ża­nek będzie stać na atrak­cje i gadżety, które wymy­ślała. Więk­szość dziew­czyn w szkole zazdro­ściła jej i jej kole­żan­kom popu­lar­no­ści, co dawało nasto­latce wielką satys­fak­cję. Mimo że nie­spe­cjal­nie lubiła dziew­czyny, z któ­rymi prze­by­wała. Według niej nie były zbyt mądre ani inte­re­su­jące i robiły tylko to, co ona pro­po­no­wała. Nie miały wła­snej ini­cja­tywy, stały się więc mario­net­kami w jej rękach. Szybko się zorien­to­wała, że może nimi mani­pu­lo­wać dla wła­snych celów.

Wykre­owała osobę, którą tak naprawdę nie była. Tylko w domu, w zaci­szu swo­jego pokoju mogła być na­dal cichą i skromną dziew­czyną.

Mama widziała te zmiany i się mar­twiła. Przez całą pierw­szą klasę regu­lar­nie pró­bo­wała z nią roz­ma­wiać na temat Bastiana czy kole­ża­nek, z któ­rymi się zada­wała. Mama miała szó­sty zmysł i znała ją jak nikt inny. Dla­tego dostrze­gała, że to wszystko było uda­wane, a Ame­lia tak naprawdę nie czuła się szczę­śliwa. Nie słu­chała matki, nie chciała roz­ma­wiać, więc nauczyła się szybko i kon­kret­nie uci­nać roz­wa­ża­nia rodzi­cielki. Opry­skli­wość i obo­jęt­ność - w ten spo­sób ucie­kała od Oli, która nie umiała reago­wać na nie­spo­dzie­wany bunt córki. Ame­lia dostrze­gała, że z każ­dym dniem i z każdą roz­mową słab­nie w matce chęć do szu­ka­nia z nią poro­zu­mie­nia. Odda­lały się od sie­bie z winy Ame­lii. Dziew­czyna zda­wała sobie z tego sprawę. Była nie­miła dla matki i celowo znie­chę­cała ją do roz­mów.

A gdy wspar­cie zapew­niał jej Borys, a robił to czę­sto, mama była na stra­co­nej pozy­cji.

Ame­lia czuła wyrzuty sumie­nia, że nie powinna tak mówić i tak się zacho­wy­wać wzglę­dem mamy, która zawsze stała po jej stro­nie i była gotowa ją wysłu­chać. Teraz posta­no­wiła, że się zmieni. Te ostat­nie godziny bez matki wyda­wały się nasto­latce nie­po­ko­jące.

Po dwu­dzie­stej wró­cił Borys. Ame­lia usły­szała jego krzyki, bo tak jak ona po powro­cie do domu nawo­ły­wał matkę.

- Nie wydzie­raj się, mamy nie ma - oświad­czyła, sto­jąc przy balu­stra­dzie na pierw­szym pię­trze.

- Jak to nie ma? - zdzi­wił się.

Nie brał pod uwagę, że do wie­czora kobieta nie wróci.

- Mar­twię się - powie­działa, scho­dząc do brata. - Tele­fon ma wyłą­czony, jej auto stoi w garażu, nie ma żad­nej notatki, aby gdzieś się wybie­rała - pod­su­mo­wała. - Nie wiem, co robić - jęk­nęła, a będąc już na dole, spoj­rzała w oczy brata.

Od razu się zorien­to­wała, że znów coś brał. Taki był z niego wielki spor­to­wiec, a cią­gle cho­dził czymś naszpry­co­wany. Ona na impre­zach też nie stro­niła od uży­wek, któ­rych Bastian zawsze miał pod dostat­kiem, ale bra­nie codzien­nie uwa­żała za ryzy­kowne i głu­pie.

- Nic. - Wzru­szył ramio­nami. - Przyj­dzie ojciec, to niech on się buja - stwier­dził bez grama emo­cji. - Jest coś do żar­cia?

- Nie wiem, zobacz w lodówce - odparła, rusza­jąc za bra­tem do kuchni.

Zawsze kiedy wra­cali do domu, mama robiła im posi­łek. Nawet nie mieli poję­cia, co jest w lodówce, bo to nie oni zaj­mo­wali się zaku­pami.

Otwo­rzył lodówkę i chwilę przy­glą­dał się wnę­trzu. Było wypeł­nione jedze­niem. Borys się­gnął po jeden ze swo­ich jogur­tów.

- Nic sobie nie kupi­łeś za kasę od ojca? - zapy­tała, widząc, jak łap­czy­wie pochła­nia napój.

- Nie mia­łem czasu na jedze­nie, byłem zajęty - odpo­wie­dział.

- Ćpa­niem? - rzu­ciła ze sły­szalną nie­chę­cią.

Borys spoj­rzał na nią roz­bie­ga­nym wzro­kiem.

- A chuj ci do tego! - zako­mu­ni­ko­wał w końcu. - Bastek zała­twił nowy towar, dla cie­bie też ma.

- Jeśli będzie­cie brać codzien­nie, to w końcu ktoś się kap­nie, zrobi wam testy i wyle­ci­cie z dru­żyny - przed­sta­wiła czarny sce­na­riusz.

- Nikt nas nie tknie.

Jego pew­ność sie­bie dopro­wa­dzała ją do szału. Cza­sem miała nadzieję, że kie­dyś ktoś utrze mu nosa.

W tej wła­śnie chwili usły­szeli wjeż­dża­jące na podwórko auto. Spoj­rzeli na sie­bie z prze­ko­na­niem, że to matka wraca, mimo że jej samo­chód stał w garażu, o czym oboje wie­dzieli. Ruszyli w stronę drzwi wyj­ścio­wych, a kiedy zna­leźli się na zewnątrz, zoba­czyli audi ojca.

Jak na niego to była wcze­sna pora. Rzadko wra­cał do domu przed dwu­dzie­stą drugą. Dziś musiało go tu ścią­gnąć to samo co ich.

- Nie wró­ciła? - domy­ślił się, widząc ich przed drzwiami.

Ame­lia pokrę­ciła głową.

- Dziwne - przy­znał. - Nie dzwo­niła do was?

Teraz oboje pokrę­cili prze­cząco gło­wami.

- Co zro­bimy? - zapy­tała nasto­latka, przy­glą­da­jąc się ojcu z nadzieją, jakby mógł spra­wić, że matka wróci.

- Zadzwo­nię do babci - zde­cy­do­wał, mija­jąc ich w progu.

- To może ja do cioci Marii? - zapro­po­no­wała Ame­lia.

- Nie, naj­pierw bab­cia - stwier­dził Emil. - Nie róbmy zamętu na pół mia­sta.

- Tato, mamy nie ma od rana, nie uwa­żasz, że zamęt jest wska­zany? - posta­wiła się mu nasto­latka. - Nie mar­twisz się?

- Może coś jest na rze­czy - przy­znał. - Ale zapewne wyja­śnie­nie jest pro­ste i nie ma sensu jesz­cze uru­cha­miać całej rodziny - odpo­wie­dział. - Naj­pierw bab­cia, a potem pozo­stali - powtó­rzył.

Rzu­cił skó­rzany nese­ser na fotel w salo­nie, nalał sobie do ozdob­nej szklanki whi­sky, usiadł, upił łyk i dopiero wtedy wybrał numer do teścio­wej. Ame­lia czuła poiry­to­wa­nie, że prze­ciąga moment roz­mowy z osobą, która mogła im roz­ja­śnić sytu­ację. Jakby od niej coś zale­żało, to skon­tak­to­wa­łaby się z bab­cią już rano. Od samego poranka nic nie było takie, jak powinno. Już wtedy powinni pod­jąć jakieś dzia­ła­nia, zro­bić co w ich mocy, aby spró­bo­wać dowie­dzieć się, czy ktoś z naj­bliż­szych wie, gdzie może być mama.

Emil pocze­kał dwa sygnały, aż teściowa odbie­rze.

- Szczę­śliwy dzień, zięć do mnie dzwoni - powi­tała go melo­dyj­nym gło­sem.

Zawsze odzy­wała się do niego z zaska­ku­ją­cym entu­zja­zmem. Emil wiele razy się zasta­na­wiał, czy teściowa nie jest nim bar­dziej zain­te­re­so­wana niż żona.

- Czemu zawdzię­czam tele­fon?

- Jest u cie­bie Ola? - prze­szedł od razu do rze­czy.

Z teściową od samego początku był na ty, tak sobie życzyła. Twier­dziła, że wtedy czuje się mło­dziej.

- Nie - odparła. - Nie widzia­łam jej kilka dni - dodała.

- A roz­ma­wia­łaś z nią dziś? - pytał dalej.

- Nie, wczo­raj rano dzwo­niła.

- Nie mówiła ci, czy ma coś gdzieś do zała­twie­nia? - rzu­cał kolej­nymi pyta­niami.

- Do zała­twie­nia? - powtó­rzyła. - Ola cią­gle ma coś do zała­twie­nia, pro­wa­dzi dom - przy­po­mniała. - A co się stało?

- Od rana nie ma jej w domu - wyja­śnił krótko, zda­jąc sobie sprawę z tego, że tyle teścio­wej nie wystar­czy. - Zaspa­li­śmy, bo nas nie obu­dziła. Nie było jej w domu, kiedy wsta­li­śmy. Tele­fon ma wyłą­czony, samo­chód stoi w garażu, no i na­dal jej nie ma.

- I dzwo­nisz do mnie dopiero teraz?

Reak­cja kobiety była do prze­wi­dze­nia i nikogo nie zdzi­wiła.

- Myśla­łem, że miała coś z rana do zała­twie­nia i kiedy wrócę wie­czo­rem do domu, to już będzie - tłu­ma­czył.

- Musiało się stać coś złego - oświad­czyła teściowa zatro­ska­nym gło­sem.

- Nie zakła­dajmy od razu naj­gor­szego... - chciał ją uspo­koić, ale prze­rwała mu ostro.

- To nie jest typowe zacho­wa­nie Oli.

- Mie­wała nie­ty­powe zacho­wa­nia - rzu­cił oględ­nie, ale teściowa zro­zu­miała, o co mu cho­dzi.

- Nie chrzań, wiesz, że to był jed­no­ra­zowy incy­dent - sta­nęła w obro­nie córki. - I było to dawno - dodała. - Nie zosta­wiła żad­nej kartki? - wró­ciła do głów­nego tematu.

- Jakby zosta­wiła, to dzwo­nił­bym i pytał, czy coś wiesz? - sta­wał się pro­tek­cjo­nalny.

- Trzeba zawia­do­mić poli­cję - trzy­mała się swo­jej myśli.

- Tylko co im powiem? - gło­śno myślał, dopi­ja­jąc drinka.

Ame­lia przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie, choć sły­szała tylko to, co ojciec mówi. Nie­mniej jed­nak domy­śliła się, co pro­po­no­wała bab­cia.

- Nawet nie wiem, od kiedy jej nie ma - dodał.

- Widzia­łam ją wczo­raj po połu­dniu. Była, kiedy wró­ci­łam ze szkoły - ode­zwała się nasto­latka.

- Ama mówi, że wczo­raj po połu­dniu była w domu - prze­ka­zał teścio­wej. - Nie jestem pewny, czy poli­cja potrak­tuje takie zgło­sze­nie poważ­nie.

Nasto­latce zda­wało się, że ojciec baga­te­li­zo­wał znik­nię­cie mamy.

- A ty, kiedy ją widzia­łeś? - zapy­tała Helena.

Tym razem usły­szał w jej gło­sie oskar­ży­ciel­ski ton. Chwilę się zasta­no­wił.

- Wczo­raj rano.

- Dla­tego już masz pod­stawy, aby to zgło­sić - prze­ko­ny­wała, a on bił się z myślami. Nie chciał wyjść na pani­ka­rza. - Chyba możesz sko­rzy­stać ze swo­ich zna­jo­mo­ści z komen­dan­tem Krzy­wań­skim. Nie powi­nien ci odmó­wić.

- Odmó­wić to mi nie odmówi, ale czy nie zro­bię z sie­bie dur­nia, to nie wiem - roz­wa­żał. Sytu­acja była nie­ty­powa, tego był pewien. Ale Ola była doro­sła, teo­re­tycz­nie nie musiała ich infor­mo­wać o każ­dym swoim ruchu. Cho­ciaż zwy­kle to robiła. Jeśli nie dzieci, to Helena wie­działa, gdzie jest i co robi. A dziś nikt nie miał zie­lo­nego poję­cia, dla­czego jej nie ma.

- Nie widzia­łeś żony od ponad dwu­dzie­stu czte­rech godzin! Masz prawo do nie­po­koju - odparła sta­now­czo. - Ama potwier­dzi, że Ola ni­gdy tak się nie zacho­wuje. Ty też o tym wiesz. - Emil mil­czał, pijąc dru­giego drinka. - Jak długo zamie­rzasz cze­kać, dzień, dwa? A jeśli coś się stało i czas ma klu­czowe zna­cze­nie? Kto jak nie ty powi­nien wyko­rzy­stać swoje zna­jo­mo­ści - zaczy­nała pani­ko­wać. - Jeśli ty tego nie zro­bisz, to ja zadzwo­nię! - oświad­czyła w końcu.

- Dobra, zadzwo­nię do Krzy­wań­skiego - zapew­nił.

Nie był zado­wo­lony, że będzie musiał sko­rzy­stać z tej zna­jo­mo­ści. Wolał, aby komen­dant woje­wódzki był mu winny przy­sługę, a nie na odwrót. Ale co było robić. Wie­dział, że córka i teściowa nie odpusz­czą, więc musiał pod­jąć dzia­ła­nia.

- Daj mi znać, co powie i jaką pomoc zapro­po­nuje - popro­siła teściowa i roz­łą­czyli się.

- I co? - zapy­tała z nadzieją Ame­lia.

- Dzwo­nię do Krzy­wań­skiego, trzeba to zgło­sić na poli­cję - oświad­czył i dopił drinka do końca.

- Na poli­cję - pisnęła Ame­lia i spoj­rzała na brata.

Wyda­wał się obo­jętny, ale nasto­latka wie­działa, jak umie się bawić z kole­gami. Wiele razy była świad­kiem, ile róż­nych środ­ków odu­rza­ją­cych brat łykał w trak­cie wie­czoru. A to, że nic mu się nie działo, to był cud.

- To dobry pomysł, mama zawsze jest w domu rano i wie­czo­rem. Dla­tego coś tu nie gra - pod­kre­śliła raz jesz­cze.

Ode­tchnęła z ulgą, że reak­cja babci prze­ko­nała ojca, że to naj­wyż­szy czas, aby zacząć dzia­łać na poważ­nie.

Wybrał numer do komen­danta, któ­rego znał od wielu lat. Razem grali w golfa, spo­ty­kali się na róż­nych even­tach. Byli w dobrej komi­ty­wie, był więc pewny, że męż­czy­zna nie odmówi mu pomocy. Zwłasz­cza że też znał Olę i darzył ją sym­pa­tią. Zresztą jak wszy­scy ich zna­jomi.

9 czerwca 2022, czwartek, Słupsk

Igor chwilę stał przed drzwiami. Był prze­ko­nany, że Anka żar­tuje i zaraz je otwo­rzy, zapra­sza­jąc go do środka. Jed­nak tak się nie stało.

Był zasko­czony, a zara­zem roz­ba­wiony. Coś takiego mu się jesz­cze nie przy­tra­fiło. Kobiety go lubiły. Zwy­kle po krót­kiej roz­mo­wie był pewien, że każda jego pro­po­zy­cja zosta­nie przez nie zaak­cep­to­wana. Więk­szość kobiet, któ­rym oka­zy­wał zain­te­re­so­wa­nie, szybko prze­cho­dziła do flir­to­wa­nia albo kon­kret­nych pro­po­zy­cji o zabar­wie­niu ero­tycz­nym.

Anka zacho­wała się ina­czej, i to go zasta­no­wiło. Prze­cież nie zro­bił niczego innego niż zwy­kle, a mimo to wyda­rze­nia poto­czyły się odmien­nie, niż zakła­dał.

Poczuł zasko­cze­nie takim obro­tem sprawy. Nie wie­dział, czy wyni­kało ono z faktu, że został odrzu­cony, czy dla­tego, że liczył na inny koniec tego wie­czoru.

Wró­cił do Antraktu, gdzie bar­man zro­bił wiel­kie oczy na jego widok.

- No co? - rzu­cił z uda­waną obo­jęt­no­ścią, prze­cze­su­jąc pal­cami włosy do tyłu. Była to syzy­fowa praca, bo kosmyki od razu wra­cały na twarz. - Pomo­głem jej zna­leźć adres, któ­rego szu­kała, i wnio­słem walizkę.

Jego głos miał inną barwę niż zwy­kle. Osoba, która go znała, mogła się zorien­to­wać, że to gra.

- Nie mów, że cię spła­wiła?

Bar­man od razu wyczuł tę zmianę w gło­sie i patrzył wycze­ku­jąco na Igora.

Młody męż­czy­zna chwilę zasta­na­wiał się, co odpo­wie­dzieć, ale nie wytrzy­mał.

- Spła­wiła - stwier­dził z takim samym nie­do­wie­rza­niem jak bar­man.

- Haha, tego jesz­cze nie grali. - Wybuch­nął śmie­chem bro­dacz, a Igor zer­k­nął na zega­rek.

- Docho­dzi dwu­dzie­sta trze­cia, co tu robić?

- Chata czy Okta­gon? - pod­po­wie­dział pyta­jąco bar­man.

- Nie zno­szę tej impre­zowni - wes­tchnął Igor.

- Jak się puka mało­laty, to trzeba za nimi nadą­żać - roze­śmiał się bro­dacz.

Igor cmok­nął z nie­za­do­wo­le­niem. Bar­man znał go od dawna i wie­dział, że Igor pre­fe­ruje młod­sze od sie­bie dziew­czyny. Osiem­na­sto- lub dwu­dzie­sto­let­nie, nie star­sze. Według niego z mło­dymi dziew­czy­nami było mniej zachodu niż z kobie­tami w jego wieku. Wystar­czyło sie­dem lat róż­nicy, a ocze­ki­wa­nia kobiet dia­me­tral­nie się zmie­niały. Te w jego wieku zaczy­nały myśleć o sta­bi­li­za­cji, sta­łym związku, pew­nej pracy, wła­snym miesz­ka­niu i per­spek­ty­wie wspól­nej przy­szło­ści. Sta­wały się poważne, a zabawa koń­czyła się wtedy, kiedy one uznały, że tak ma być. Igo­rowi się nie spie­szyło do osta­tecz­nych dekla­ra­cji. Na razie nie wyobra­żał sobie, aby ktoś mógłby go zain­te­re­so­wać na całe życie. Tyle kobiet cho­dzi po świe­cie, że wią­za­nie się z jedną było ogra­ni­cza­niem sie­bie i swo­ich moż­li­wo­ści. Miał swoje hobby, które go pochła­niało, i pracę, którą uwiel­biał. Nie chciałby rezy­gno­wać z luzu i swo­body. Niby od kilku mie­sięcy uma­wiał się z dwu­dzie­sto­jed­no­let­nią dziew­czyną, ale jeśli nada­rzyła się oka­zja, aby zaba­wić się z inną, to z niej korzy­stał.

Uwa­żał, że ma świetne życie, a jeśli tylko przyj­dzie mu ochota, aby zało­żyć rodzinę, to nie będzie miał z tym żad­nego pro­blemu. Chęt­nych kobiet na takie plany było na pęczki.

- Gaja tam bry­luje z tymi roz­chi­cho­ta­nymi dziu­niami - powie­dział z nie­chę­cią.

Nie darzył sym­pa­tią jej kole­ża­nek. Według niego były nud­nymi pozer­kami. Uda­wały, że są takie jak Gaja. Były jej dwór­kami, które ślepo za nią podą­żały.

- To zostaje chata w samot­no­ści - pod­su­mo­wał słusz­nie bar­man.

Igor skrzy­wił się. Rzadko wra­cał do domu sam. Wie­czór w samot­no­ści uwa­żał za zmar­no­wany. Dla­tego musiał się prze­ła­mać i iść do Okta­gonu, zna­leźć Gaję i prze­ko­nać ją, aby wró­ciła z nim do domu. Wie­dział, że nie będzie to łatwe, gdyż w prze­ci­wień­stwie do niego lubiła ten dys­ko­te­kowy lokal. Była tam kró­lową par­kietu. Zwra­cała na sie­bie uwagę i mogła liczyć na spore zain­te­re­so­wa­nie. Przy­ku­wała spoj­rze­nia innych i była w swoim żywiole.

Lubił ją, bo poza tym, że była ładna, to nie spi­nała się dro­bia­zgami, była wylu­zo­wana i naprawdę nie­zła w łóżku.

Mimo że miała dopiero dwa­dzie­ścia jeden lat, była doświad­czona w rela­cjach z męż­czy­znami.

Jako nasto­latka wygrała kon­kurs miss nasto­la­tek w ich woje­wódz­twie. Od tego momentu nie mogła odpę­dzić się od skła­da­ją­cych jej prze­różne pro­po­zy­cje męż­czyzn. Sta­rzy, mło­dzi, brzydcy, ładni, każdy liczył na jej uwagę, a ona umiała korzy­stać z atu­tów, jakimi obda­rzyła ją natura. Była ory­gi­nal­nie atrak­cyjna. Cho­ciaż według Igora prze­sa­dzała z maki­ja­żem i odważ­nym stro­jem. Nie potra­fiła dopa­so­wać wyglądu do oko­licz­no­ści. Dla­tego kilka razy musiał wysłu­chać od swo­jej matki, co myśli o Gai i jej negliżu w trak­cie nie­dziel­nego rodzin­nego obiadu.

Igor poznał Gaję przez Inter­net, kolega pode­słał mu jej pro­fil na Insta­gra­mie. Napi­sał do niej, nie mając stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, że odpi­sze, bo kum­pel twier­dził, że róż­nie z nią bywa.

Nie odpi­sała od razu, musiał pocze­kać kilka dni, aby dostać od niej wia­do­mość zwrotną.

Na pierw­sze spo­tka­nie przy­szła ubrana w kusą blu­zeczkę bar­dziej przy­po­mi­na­jącą ozdobny biu­sto­nosz, czarne obci­słe laj­krowe leg­ginsy i wyso­kie szpilki. Igor od razu zauwa­żył, że nie było męż­czy­zny, który by się za nią nie obej­rzał. Podo­bało mu się, że inni zazdrosz­czą mu towa­rzy­stwa tak atrak­cyj­nej kobiety.

Gaja była influ­en­cerką, co na początku Igo­rowi się podo­bało, gdyż uwa­żał, że mądrze wyko­rzy­stuje swoje atuty. Nie­źle na nich zara­biała i w wieku dwu­dzie­stu jeden lat była nie­za­leżna finan­sowo. Choć liczyła, że to Igor będzie za nią wszę­dzie pła­cił i obda­ro­wy­wał dro­gimi pre­zen­tami. W zamian za to nie grała nie­do­stęp­nej.

Jed­nak z bie­giem czasu Igor zorien­to­wał się, że dziew­czyna jest uza­leż­niona od mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Rela­cjo­no­wała nie­mal każdą chwilę z życia, oczy­wi­ście rekla­mu­jąc przy tym prze­różne pro­dukty, które otrzy­my­wała od spon­so­rów, za wyso­kie wyna­gro­dze­nia.

Po nie­dłu­gim cza­sie zaczął go draż­nić brak pry­wat­no­ści. Gaja żyła w świe­cie wir­tu­al­nym, a kiedy się z niego wyła­niała, nie repre­zen­to­wała już sobą nic cie­ka­wego.

Oczy­wi­ście mógłby zakoń­czyć z nią zna­jo­mość, lecz prawda była taka, że razem sta­no­wili opła­calny duet. Ludzie ich lubili, chcieli ich oglą­dać, bo marzyli, aby wieść takie samo życie. Dzięki temu, że Igor czę­sto poka­zy­wał się w rela­cjach Gai na Insta­gra­mie czy na Tik­Toku, jego zespół znacz­nie czę­ściej kon­cer­to­wał. Dla­tego gdyby teraz zde­cy­do­wał się zakoń­czyć zna­jo­mość z dziew­czyną, mogłoby to dać nie­cie­kawy efekt. A zbyt długo pra­co­wał na to, by ludzie chcieli słu­chać jego muzyki.

- Zama­wiam ubera i wbi­jam do Okta­gonu - zde­cy­do­wał. Jego wybór nie zdzi­wił bar­mana.

Igor chciał sobie wyna­gro­dzić odrzu­ce­nie przez nie­zna­jomą. Czuł nie­miłe zasko­cze­nie zacho­wa­niem Anki, a mimo to był cie­kawy, czy jesz­cze ją spo­tka. Może to typ kobiety, któ­rej trzeba poświę­cić wię­cej czasu? Nie mie­ściła się w stre­fie jego stan­dar­do­wego zain­te­re­so­wa­nia, bo na pewno miała wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat, ale go zain­try­go­wała. Zwłasz­cza że do tej pory sądził, że może pode­rwać każdą kobietę.

Krótko potem, przez otwarte drzwi pubu, dostrzegł, że zatrzy­muje się zamó­wione przez niego auto. Poże­gnał się drugi raz tego wie­czoru z bar­ma­nem i wyszedł z klubu.

Dzie­sięć minut póź­niej wysiadł z ubera i wszedł do Okta­gonu. Był to nowy budy­nek, który od kilku mie­sięcy ucho­dził za jedną z naj­mod­niej­szych dys­ko­tek w mie­ście. Miej­sce było ide­alne na wyry­wa­nie mło­dziut­kich kobiet na jed­no­ra­zowy seks. Igor wiele razy prze­ko­nał się, jakie to było pro­ste. Przy­cho­dziły tu głów­nie młode dziew­czyny, dokład­nie takie, jakie go inte­re­so­wały. Pro­ste, nie­skom­pli­ko­wane, dające się w łatwy i banalny spo­sób zba­je­ro­wać. Pod­czas gdy Gaja się bawiła, publi­ku­jąc rela­cje na sto­ries, on pozna­wał inne dziew­czyny. Lubił z nimi roz­ma­wiać, łatwo było im zaim­po­no­wać. Wystar­czyło kilka sza­blo­no­wych kom­ple­men­tów oraz wspo­mnie­nie, że ma wła­sną kapelę roc­kową, a zafa­scy­no­wa­nie dziew­czyn sta­wało się nama­calne. Nie musiał wiele robić, aby osią­gnąć swój cel.

Gaja rzadko zwra­cała uwagę na jego skoki w bok. Wie­działa, że jeśli będzie chciała wyjść z klubu, to Igor porzuci każdą inną, aby to z nią spę­dzić noc.

Zresztą rów­nież nie stro­niła od męż­czyzn. Lubiła być ado­ro­wana i podzi­wiana. Nie ocze­ki­wała od Igora dekla­ra­cji, że zosta­nie z nią do gro­bo­wej deski. Uwa­żała, że świet­nie się razem bawią i to było naj­waż­niej­sze. Igor był przy­stojny, miał świetny zespół, inte­re­su­jącą pracę i pocho­dził ze zna­nej w Słup­sku rodziny. Dla niej był ide­alną par­tią, która zwięk­szała liczbę jej fol­lo­wer­sów i oglą­dal­ność mate­ria­łów w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Liczyły się lajki, to było to, co ją nakrę­cało. Kiedy było ich wię­cej, niż ocze­ki­wała, czuła się jak uskrzy­dlona. A wie­lo­krot­nie prze­ko­nała się, że jeśli w rela­cji lub na zdję­ciu jest z nią Igor, to może liczyć na podwójną liczbę polu­bień.

Igor wszedł do klubu. Pomimo że był czwar­tek, pano­wał w nim duży tłok, w prze­ci­wień­stwie do Antraktu, z któ­rego wła­śnie wyszedł. Roz­gląd­nął się dookoła i był pewien, że nie będzie miał pro­ble­mów ze zna­le­zie­niem Gai. Zazwy­czaj zaj­mo­wała ona tę samą lożę ze swo­imi kole­żan­kami.

Ruszył w zna­nym kie­runku. Mijał roz­ba­wione, lekko pod­pite dziew­czyny. Patrzyły na niego pożą­dli­wie. Część z nich znała go zapewne z Insta­grama, sta­no­wił więc dla nich wzór atrak­cyj­nego lokal­nego cele­bryty. Kobiece spoj­rze­nia nie były dla niego nowo­ścią, ale dzi­siaj nie zwra­cał na nie uwagi. Jego głów­nym celem było odna­le­zie­nie Gai i powrót do domu, aby upra­wiać z nią seks. Musiał roz­ła­do­wać napię­cie, a influ­en­cerka była do tego ide­alna.

Zbli­ża­jąc się do loży, zoba­czył ubraną w poma­rań­czową, odbla­skową sukienkę Gaję. Lecz kiedy się jej przyj­rzał, nie miał wąt­pli­wo­ści, że nazwa­nie tego cze­goś, co miała na sobie, sukienką, było nad­uży­ciem. Były to strzępki mate­riału, które tylko frag­men­ta­rycz­nie zakry­wały biust i pośladki. Nie miał wąt­pli­wość, że dziew­czyna otrzy­mała ją od któ­re­goś z mło­dych pro­jek­tan­tów. Gaja nie kupo­wała ubrań. Wszystko otrzy­my­wała w zamian za reklamę. Według Igora nie­które stroje nie nada­wały się do wyj­ścia, ale Gaja za każ­dym razem udo­wad­niała, że się mylił. Dla niej nie sta­no­wiło pro­blemu poka­za­nie czę­ści biu­stu, nóg czy poślad­ków. Wszystko było na sprze­daż.

Z daleka zauwa­żył, że dziew­czyna trzyma komórkę odwró­coną ekra­nem w swoją stronę. Jak zawsze rela­cjo­no­wała etapy zabawy.

Kiedy go zauwa­żyła, odwró­ciła tele­fon w jego stronę i z rado­ścią zawo­łała:

- Kochani! Spójrz­cie, kto przy­szedł.

Igor przy­zwy­cza­jony do takiego zacho­wa­nia, poma­chał do obser­wu­ją­cych, a Gaja wbiła się w jego usta namięt­nym poca­łun­kiem, nie prze­ry­wa­jąc nagry­wa­nia.

Zro­bili obrót o trzy­sta sześć­dzie­siąt stopni z tele­fo­nem, po czym na chwilę się wyłą­czyła.

- Gdzie byłeś do tej pory? - zapy­tała z nutą pre­ten­sji.

- W Antrak­cie - odpo­wie­dział, a ona zro­biła krzywą minę. Nie była fanką pubu, według niej za mało się tam działo i nie miała o czym opo­wia­dać fanom. - Wpa­dłem po cie­bie, wra­camy do domu - oświad­czył.

- Dopiero przy­sze­dłeś - odparła z zasko­cze­niem. - Zresztą wła­śnie zamó­wi­łam butelkę szam­pana. - Zro­biła słodką minę, a on wes­tchnął.

- Pół godziny? - zapro­po­no­wał. Musiał iść na kom­pro­mis, bo i tak w tym momen­cie nie prze­ko­nałby jej do wyj­ścia.

- Pół godziny - potwier­dziła i pocią­gnęła go za sobą w stronę loży.

- Cześć - rzu­cił do kole­ża­nek Gai.

Były ubrane w podobny spo­sób jak ona.

Cza­sem zasta­na­wiał się, czy Gaja wymaga od nich, żeby się do niej dopa­so­wy­wały, bo można było odnieść wra­że­nie, że są jej klo­nami.

Influ­en­cerka wlała mu do kie­liszka szam­pana, mimo że on się sprze­ci­wiał. Nie prze­pa­dał za tym trun­kiem. Ale nie chciało mu się iść do baru po coś innego. Zaję­łoby to tro­chę czasu, a liczył, że nie­ba­wem uda im się razem wyjść.

- Kiedy kolejny kon­cert? - zapy­tała, sia­da­jąc obok niego czar­no­włosa kole­żanka Gai.

- Wkrótce - oznaj­mił, aby ją zbyć.

Nie był zain­te­re­so­wany roz­mową z nią ani niczym innym. Zwłasz­cza że była wsta­wiona.

- Cool - powie­działa nie­wy­raź­nie, po czym znowu zadała pyta­nie: - Kar­mel ma dziew­czynę?

Męż­czy­zna, o któ­rego zapy­tała, był jego przy­ja­cie­lem z zespołu.

- Ma żonę - wyja­śnił.

Kole­żanka Gai zro­biła zawie­dzioną minę.

- Szkoda, bo jest naprawdę fajny - wes­tchnęła, opie­ra­jąc głowę o jego ramię, co mu się nie podo­bało.

- No, fajny - przy­znał, deli­kat­nie się odsu­wa­jąc. - Dla­tego możesz mu zro­bić loda, ale nic wię­cej.

Czar­no­włosa zmru­żyła oczy, son­du­jąc, czy Igor żar­tuje, czy nie. Roz­mowy z kole­żan­kami Gai wywo­ły­wały w nim cyniczno-iro­niczne podej­ście. Gaja była ogra­ni­czona w celach życio­wych do uzy­ska­nia jak naj­więk­szej popu­lar­no­ści w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, ale przy­naj­mniej na tym zara­biała. A jej kole­żanki tylko ślepo za nią podą­żały, nie mając z tego za wiele. Choć dzięki influ­en­cerce mogły zasma­ko­wać eks­klu­zyw­nego życia, gdyż nie tylko uczest­ni­czyły z nią w impre­zach, ale i zabie­rała je na różne wyjazdy, które otrzy­my­wała od spon­so­rów. Nie lubiła być sama. Musiała mieć poczu­cie, że jest liderką.

Jego suge­stia co do Kar­mela była prze­korna. Dosko­nale wie­dział, że jakby dziew­czyna zło­żyła mu taką pro­po­zy­cję, to przy­ja­ciel by ją wyśmiał. Kar­mel i jego żona sta­no­wili rzadki przy­pa­dek pary, która po dzie­się­ciu latach związku, w tym trzech latach mał­żeń­stwa, nie miała sie­bie dość. Ale tylko dla­tego, że Roma była inte­li­gentna, zabawna i do tego zaradna. Jej rela­cje z Kar­melem zawsze były przy­ja­cielskie. Od początku usta­lili, że nie chcą mieć dzieci, bo wystar­czało im to, że są razem. Roma nie była heterą ster­czącą nad głową, mającą nie­ustan­nie o coś pre­ten­sje. Igor ją lubił, paso­wała do ich grupy.

- Chyba ni­gdy nikogo nie znajdę i umrę w samot­no­ści - wybeł­ko­tała czar­no­włosa, wypi­ja­jąc łap­czy­wie kie­li­szek szam­pana.

Igor wes­tchnął, to nie była osoba, z którą mógłby dys­ku­to­wać o związ­kach. Jaśmina według niego była nudna, nie miała wła­snych zain­te­re­so­wań i sta­rała się dosto­so­wać do innych. Pró­bo­wała być tym, kim inni chcie­liby, aby była.

Igor kilka razy przy­słu­chi­wał się roz­mo­wom Gai z jej kole­żan­kami. Były roz­cza­ro­wu­jące. Dziew­czyny same pozwa­lały na to, aby trak­to­wać je w nie­wła­ściwy spo­sób, despe­racko pra­gnąc mieć kogoś, kim mogłyby się pochwa­lić. A póź­niej wieść lek­kie i wystawne życie. Igor uwa­żał, że poza Gają jesz­cze Feli­cja była warta uwagi. Ale dała się zdo­mi­no­wać Gai i nie miała szans, aby poka­zać, jaką naprawdę ma oso­bo­wość. Była słaba, choć nie głu­pia, a do tego ładna. Igor czę­sto się jej przy­glą­dał, miała peł­niej­sze kształty niż Gaja i nie malo­wała się tak ostro czy wyzy­wa­jąco jak jego dziew­czyna. Jed­nak wie­dział, że nie mógłby się nią zain­te­re­so­wać ani prze­spać nawet raz, bo w tym przy­padku influ­en­cerka mogłaby tego nie przy­jąć spo­koj­nie, a na razie jej potrze­bo­wał. Dla­tego mógł tylko przy­glą­dać się Feli­cji, podzi­wia­jąc, jak jej kształtny biust faluje w rytm muzyki.

- Masz dwa­dzie­ścia lat, jesz­cze będziesz miała mnó­stwo face­tów - ode­zwał się wbrew sobie, mając nadzieję, że dziew­czyna się odczepi.

- Naprawdę tak myślisz? - jęk­nęła nie­zro­zu­miale.

- Jasne - przy­tak­nął.

- Jesteś miły - wybuch­nęła, dmu­cha­jąc mu w twarz alko­ho­lo­wym odde­chem. - Zawsze wiesz, co powie­dzieć. Gaja ma szczę­ście - wes­tchnęła.

- Pew­nie - rzu­cił i wstał z miej­sca.

Nie chciał z nią dłu­żej roz­ma­wiać. Dener­wo­wało go gada­nie z ludźmi, któ­rzy go nie inte­re­so­wali. Chciał już wró­cić do domu.

Roz­glą­dał się. Na par­kie­cie tań­czyło dużo atrak­cyj­nych mło­dych kobiet. Zaczął roz­wa­żać zaga­da­nie do któ­rejś i zali­cze­nie spon­ta­nicz­nie numerka w toa­le­cie. Nie wie­dział, ile jesz­cze będzie musiał cze­kać na Gaję, a wewnętrzne ciśnie­nie zaczy­nało dawać mu się we znaki.

- Jaśmina znowu upiła się na smutno - usły­szał przy uchu głos Gai.

- Wiem - przy­znał.

- Zwi­jajmy się - oznaj­miła, co Igor przy­jął z entu­zja­zmem. - Pod­rzu­cimy ją do domu, bo jesz­cze gotowa z tej roz­pa­czy dać dupy byle komu - oświad­czyła.

Igor kiw­nął głową. Dla niego naj­waż­niej­sze było, że do pół godziny znajdą się w domu i będzie mógł spu­ścić parę. Patrzył, jak Gaja sta­now­czo prze­ma­wia do Jaśminy, a pozo­stałe dziew­czyny przy­glą­dają się tej sce­nie w ciszy.

Zamó­wili dwa ubery - Igor, Gaja i Jaśmina poje­chali jed­nym, a dru­gim Feli­cja i Alisa.

W takich chwi­lach Igora nacho­dziła reflek­sja, że gdyby wybie­rał ciut star­sze kobiety, to nie musiałby uczest­ni­czyć w takich dzie­cin­nych akcjach. Ale coś za coś. Świat był skon­stru­owany tak, że nie można było mieć wszyst­kiego. Jeśli chciało się mini­mal­nie anga­żo­wać, to nale­żało iść na kom­pro­misy w innych kwe­stiach.

Gaja też nie mogła się już docze­kać, aż będą w miesz­ka­niu, bo kiedy tylko usa­do­wili się w samo­cho­dzie, jej dłoń spo­częła na jego udzie i co chwilę wędro­wała w górę, w stronę kro­cza. Kiedy spoj­rzał na nią, uśmiech­nęła się zadzior­nie, przy­gry­za­jąc dolną wargę. Poczuł przy­pływ pod­nie­ce­nia i gdyby to było moż­liwe, kazałby wysa­dzić Jaśminę na pobo­czu i od razu ruszy­liby do niego. Ale nie­stety musiał pocze­kać na zaspo­ko­je­nie żądzy dzie­sięć minut dłu­żej. Przez to jego iry­ta­cja na kole­żankę influ­en­cerki wzro­sła.

9 czerwca 2022, czwartek, Kraków

Godzinę póź­niej w salo­nie Wol­skich na jasnej skó­rza­nej kana­pie sie­działo dwóch poli­cjan­tów z wydziału docho­dze­niowo-śled­czego, przy­sła­nych przez komen­danta.

Krzy­wań­ski do wia­do­mo­ści prze­ka­za­nych mu przez Emila pod­szedł poważ­nie. Nie zba­ga­te­li­zo­wał ich, ponie­waż znał Olę i wie­dział, że nie jest osobą, która pro­wa­dzi roz­wią­zły tryb życia czy poznaje nowych ludzi i rzuca się w wir zabawy. Wol­skiego zasko­czyło, że komen­dant naprawdę prze­jął się tym, co usły­szał, i zapew­nił, że przy­śle dwójkę naj­lep­szych ludzi.

Przy­byli męż­czyźni wyraź­nie nie byli zachwy­ceni, że musieli tu przy­je­chać w środku nocy. Po wysłu­cha­niu komen­danta mieli wąt­pli­wo­ści co do potrzeby roz­po­czę­cia śledz­twa i uru­cho­mie­nia ofi­cjal­nych pro­ce­dur. Co prawda mitem było prze­ko­na­nie, że aby zgło­sić zagi­nię­cie, musi upły­nąć doba od czasu, kiedy stra­ciło się kon­takt z poszu­ki­waną osobą. Dla­tego kiedy prze­ło­żony wydał wyraźne pole­ce­nie przyj­rze­nia się tej spra­wie natych­miast, poli­cjanci sta­rali się zacho­wy­wać pro­fe­sjo­nal­nie, mimo że zakła­dali raczej rodzinne nie­po­ro­zu­mie­nie.

- Kiedy widzie­li­ście panią Alek­san­drę ostatni raz? - zapy­tał młod­szy z poli­cjan­tów, pod­ko­mi­sarz Leon Zadura.

Ame­lia przy­glą­dała mu się uważ­nie, bo jakby go spo­tkała na ulicy, nie przy­szłoby jej do głowy, że jest poli­cjan­tem. Miał na sobie zwy­kłe dżinsy, adi­dasy i pod­ko­szu­lek z Simp­so­nami. Wyglą­dał zwy­czaj­nie.

- Widzia­łam mamę jako ostat­nia - ode­zwała się nie­pew­nie, głasz­cząc psa, który trzy­mał na jej kola­nach pysk. Widok poli­cjan­tów wywo­ły­wał w niej przej­mu­jący strach. - Wczo­raj po powro­cie ze szkoły przed sie­dem­na­stą mama była w kuchni. Weszłam, aby się napić.

- Czy roz­ma­wia­ły­ście?

- Nie­wiele, może jedno zda­nie zamie­ni­ły­śmy - odparła i łzy sta­nęły jej w oczach. Przy­po­mniała sobie, że była nie­grzeczna wobec matki. Ola chciała z nią poroz­ma­wiać o pla­nach waka­cyj­nych, ale Ame­lia od razu ją zbyła, infor­mu­jąc, że nie ma zamiaru w tym roku jechać na rodzinne waka­cje. Chciała zostać w domu tak jak Borys. Dla­tego nie słu­chała, co mama miała do powie­dze­nia. Nasto­latka miała dość wyjaz­dów z matką i ojcem. Niby zawsze było luk­su­sowo, ale przez cały wyjazd pano­wało napię­cie. Ojciec bawił się z kole­gami, codzien­nie pił, nie zwra­ca­jąc uwagi na nikogo innego. Mama była smutna, choć uda­wała, że też się dobrze bawi. Od dawna Ame­lia zasta­na­wiała się, po co zabiega o te wyjazdy. Widziała prze­cież, że przez cały wyjazd ma przy­kle­jony uśmiech i nie może docze­kać się powrotu do domu, do swo­jej oazy.

- Czy mama zacho­wy­wała się jakoś ina­czej? - kon­ty­nu­ował pyta­nia rudawy blon­dyn.

- Nie - odpo­wie­działa natych­miast, ale zaraz dodała nie­pew­nie: - Chyba nie.

Sama już teraz nie wie­działa, co ma sądzić o wczo­raj­szej roz­mo­wie. Może mama była smutna, a ona to zigno­ro­wała. Pró­bo­wała sobie przy­po­mnieć, ale strach ści­skał jej umysł.

- Nie mówiła o pla­nach na wyjazd czy spo­tka­nie z kimś? - włą­czył się drugi z poli­cjan­tów, inspek­tor Tomasz Najda.

Ten w oce­nie Ame­lii pre­zen­to­wał się poważ­niej, choć rów­nież był ubrany w zwy­kłe ciu­chy. Na pierw­szy rzut oka było widać, że ich jakość jest prze­ciętna.

- Gdy­by­śmy znali jej plany, to po co byśmy po was dzwo­nili? - zri­po­sto­wał nie­przy­jem­nie Emil.

Jego postawa była wroga, jakby przy­byli poli­cjanci przy­je­chali utrud­nić mu życie.

- A pan kiedy widział lub roz­ma­wiał z żoną ostatni raz? - od razu zapy­tał star­szy z poli­cjan­tów.

- Widzia­łem ją i roz­ma­wia­łem wczo­raj rano - odpo­wie­dział zwięźle i pre­cy­zyj­nie.

- A wczo­raj wie­czo­rem już jej pan nie widział? - upew­niał się Najda.

- Nie, wró­ci­łem późno - stwier­dził. - Ola już pew­nie spała.

- Pew­nie? - ucze­pił się jed­nego słowa poli­cjant.

- Żona sypia w swo­jej sypialni - wyja­śnił. - Czę­sto wra­cam późno i nie chcę jej budzić. Tak jest wygod­niej dla wszyst­kich.

- Rozu­miem - rzu­cił poli­cjant, ale zro­zu­miał tylko, że mię­dzy mał­żon­kami nie układa się ide­al­nie.

- A ty kiedy mia­łeś kon­takt z mamą? - Spoj­rzał pyta­jąco na Borysa, który wyda­wał się nie­obecny.

Ame­lia napięła się, mając nadzieję, że brat nie zachowa się w spo­sób budzący podej­rze­nia i nie zde­ma­skuje się, że brał nar­ko­tyki. Znała go i wie­działa, że potrafi być agre­sywny i bez­czelny. Różne nar­ko­tyki dzia­łały na niego ina­czej, a dzi­siaj nie miała poję­cia, co zażył. Na razie wyda­wał się ospały, co było lep­sze niż czę­ste wybu­chy agre­sji, które ostat­nio miały miej­sce.

Borys chwilę mil­czał, jakby zbie­ra­jąc myśli. Poli­cjanci rów­nież trwali w ciszy, obser­wu­jąc go.

- Wczo­raj, ale nie wiem o któ­rej godzi­nie - odpo­wie­dział obo­jęt­nie.

- Czy przy­cho­dzi wam na myśl ktoś, u kogo teraz mogłaby prze­by­wać pani Alek­san­dra? - Najda zada­wał pod­sta­wowe pyta­nia, ponie­waż żadne z nich nie mówiło, co do tej pory zro­bili, aby dowie­dzieć się, gdzie może być ich krewna. Dla­tego musieli wycią­gać od nich infor­ma­cje, jedna po dru­giej, choćby nawet naj­ba­nal­niej­sze. - Jakich ma przy­ja­ciół?

- Mama naj­czę­ściej roz­ma­wia i spo­tyka się z bab­cią, swoją sio­strą Celiną oraz z przy­ja­ciółką Mary­sią - tłu­ma­czyła nasto­latka, po czym dodała: - No i może z kimś ze sto­wa­rzy­sze­nia dla samot­nych matek, gdzie udziela się jako wolon­ta­riuszka - pod­su­nęła.

Poli­cjanci natych­miast zorien­to­wali się, że to nasto­latka będzie ich naj­lep­szym źró­dłem infor­ma­cji. Zde­cy­do­wa­nie naj­wię­cej wie­działa o matce.

- Zapisz na kartce dane tych osób i numery tele­fo­nów do nich, jeśli masz. Poroz­ma­wiamy z nimi. Może pod­po­wie­dzą, gdzie mogli­by­śmy szu­kać pani Alek­san­dry - wyja­śnił Zadura i podał dziew­czy­nie swój służ­bowy notat­nik z dłu­go­pi­sem.

- Dzwo­ni­li­ście po zna­jo­mych, szpi­ta­lach, miej­scach, w któ­rych byłaby szansa, że mogłaby być? - zapy­tał Najda.

To były pierw­sze dzia­ła­nia, które powinna wyko­nać rodzina, gdy nie może skon­tak­to­wać się z bli­skim, z któ­rym zwy­kle ten kon­takt miała.

- Roz­ma­wia­łem z teściową i to ona namó­wiła mnie, żebym do was zadzwo­nił - ode­zwał się Emil, pijąc bez­ce­re­mo­nial­nie drinka.

Czuć było, że to nie pierw­szy.

- Pan był innego zda­nia niż teściowa w kwe­stii poszu­ki­wań? - zain­te­re­so­wał się Najda.

- Po pro­stu nie jestem pewny, czy nie jest za wcze­śnie, aby anga­żo­wać w tę sprawę osoby trze­cie - wyja­śnił.

Poli­cjanci od razu zauwa­żyli, że nasto­latka zachmu­rzyła się na słowa ojca.

- Czyli pani Alek­san­dra wcze­śniej zni­kała bez słowa? - dopy­ty­wał.

- Nie - znowu burk­nął nie­przy­jem­nie Emil. - Żona na co dzień zaj­muje się domem. Ma upo­rząd­ko­wane życie. Tylko od nie­dawna wymy­śliła sobie bycie wolon­ta­riuszką. Jest osobą, która wszystko pla­nuje z wyprze­dze­niem, więc spon­ta­niczne zacho­wa­nia w jej wypadku nie wcho­dzą w grę. Nie­mniej jed­nak to, że nie ma jej kilka godzin, nie ozna­cza, że wyda­rzyła się od razu jakaś tra­ge­dia.

Najda przy­glą­dał mu się, znał go z widze­nia. Wol­ski był osobą publiczną i cza­sem wypo­wia­dał się na tematy zwią­zane z finan­sami w lokal­nych mediach. Nie budził sym­pa­tii. Wyda­wał się gbu­ro­waty, zaro­zu­miały i trudny w rela­cjach.

- Czyli według pana stało się coś nie­spo­dzie­wa­nego, ale bła­hego? - zain­te­re­so­wał się Zadura.

- Tak, raczej tak - odpo­wie­dział Emil zwięźle. - Moja żona jest roz­sądną osobą.

- Dobrze byłoby się dowie­dzieć, co pani Wol­ska mogła robić od wczo­raj­szego popo­łu­dnia - stwier­dził Najda. - W jakiś spo­sób i kie­dyś musiała wyjść z domu.

- Może z tego sto­wa­rzy­sze­nia ktoś do niej zadzwo­nił? - rzu­cił suge­stię Zadura. - I tam prze­bywa?

- Nawet jeśliby tak było, to mama do kogoś z nas by zadzwo­niła. Zresztą powie­dzia­łaby, że wycho­dzi - ode­zwała się logicz­nie Ame­lia.

Czuła rosnący cię­żar. W nasto­latce sza­lały wyrzuty sumie­nia.

- Może tele­fon się jej roz­ła­do­wał - dodał Zadura, ale to była tylko luźna teo­ria. - Pró­bo­wa­li­ście do niej dzwo­nić i włą­cza się poczta?

- Tak i jest to dziwne - przy­znała Ame­lia. - Tak jak to, że jej auto stoi w garażu, więc jak by miała poje­chać do sto­wa­rzy­sze­nia?

To była kolejna trafna uwaga. Dziew­czyna miała otwarty umysł.

- A czy pani Alek­san­dra nie nad­używa alko­holu? - zapy­tał Zadura i w obli­czu mil­cze­nia rodziny zagi­nio­nej pod­jął dal­sze wyja­śnie­nia. - Gospo­dy­nie domowe, cza­sem zmę­czone rutyną codzien­nych obo­wiąz­ków, się­gają nawet już przed połu­dniem po alko­hol, aby czas im minął milej. Nie cze­kają na wie­czór, bo codzien­ność na rau­szu wydaje się zno­śniej­sza.

Poli­cjant zauwa­żył, że Wol­ski spo­gląda na córkę. Ocze­ki­wał, że to ona odpo­wie na to pyta­nie.

- Mama nie pije, dużo jeź­dzi autem - zgod­nie z przy­pusz­cze­niami odpo­wie­działa nasto­latka. - Nawet przy oka­zjach unika alko­holu, bo zawsze jest kie­rowcą.

Leon poki­wał głową.

- I nie cierpi z tego powodu, że jest gospo­dy­nią domową. - To już była jej subiek­tywna opi­nia, ale innej na tę chwilę nie mieli.

- Pro­si­li­by­śmy o aktu­alne zdję­cie pani Alek­san­dry - powie­dział Najda, spo­glą­da­jąc na Emila.

Męż­czy­zna oczy­wi­ście natych­miast spoj­rzał na swoją córkę. Ame­lia włą­czyła tele­fon i przez chwilę prze­su­wała pal­cem po ekra­nie, aż w końcu odwró­ciła go w stronę poli­cjan­tów.

- To zdję­cie z uro­dzin mamy, były nie­dawno.

Patrzyli na atrak­cyjną, obciętą na boba blon­dynkę, która uśmie­chała się dys­kret­nie do nich ze zdję­cia. Była deli­kat­nie uma­lo­wana, miała sub­telną urodę.

- Prze­ślesz mi tę foto­gra­fię? - popro­sił Zadura, a Ame­lia kiw­nęła głową. Pocze­kała, aż męż­czy­zna poda jej swój numer i wysłała.

- Czy pani Alek­san­dra ma znaki szcze­gólne? Bli­zny, zna­miona, tatu­aże?

- Nie, nic takiego nie ma - ode­zwał się od razu Wol­ski.

- A spraw­dza­li­ście, czy bra­kuje jakichś rze­czy mamy? - młod­szy z poli­cjan­tów skie­ro­wał pyta­nie kon­kret­nie do nasto­latki.

- Nie wiem - jęk­nęła. - Prze­glą­da­łam wie­szak w przed­po­koju, ale mama ma dużo ubrań. I nie wiem, czy cze­goś bra­kuje.

Nie­wiele wie­dzieli o bli­skiej im oso­bie. Już na star­cie było wia­domo, że aby odna­leźć Alek­san­drę Wol­ską, poli­cjanci będą musieli wyko­nać całą pracę samo­dziel­nie.

- A może pani Alek­san­dra ostat­nio gorzej się czuła? Na coś cho­ro­wała?

Cza­sem ludzie zaczy­nali się zacho­wy­wać nie­ra­cjo­nal­nie, bo dopa­dała ich cho­roba i nie umieli sobie z nią pora­dzić. Mogły też poja­wiać się zabu­rze­nia psy­chiczne, o któ­rych rodzina nie wie­działa.

- Nie sądzę, ale zapy­tam teściową - odparł Emil, sia­da­jąc w fotelu po tym, jak nalał sobie kolej­nego drinka.

- Też z nią poroz­ma­wiamy - zapew­nił Najda.

- Czyli naprawdę nie macie żad­nego pomy­słu, co mogło się wyda­rzyć?

- Nie - ode­zwała się ponow­nie dziew­czyna.

- Rozu­miem - stwier­dził Zadura. W tym momen­cie poli­cjanci nie mogli nic wię­cej zro­bić. - Na razie możemy przy­znać tej spra­wie poziom trzeci poszu­ki­wań - oświad­czył. - Doty­czy on osoby, co do któ­rej nie jest moż­liwe usta­le­nie przy­czyn lub oko­licz­no­ści zagi­nię­cia, z którą brak kon­taktu, a jej zagi­nię­cie nie jest zwią­zane z bez­po­śred­nim oraz uza­sad­nio­nym zagro­że­niem dla jej życia, zdro­wia lub wol­no­ści - wyre­cy­to­wał.

- Ale jej musiało się coś stać - upie­rała się Ame­lia. - Jakby było ina­czej, na pewno by odpi­sała na moje SMS-y.

- Rozu­miem twoje obawy i strach - przy­znał Zadura. - Ale jesz­cze nie mamy dowo­dów na to, że fak­tycz­nie stało się coś, co mogłoby świad­czyć o tym, że mama jest w nie­bez­pie­czeń­stwie.

Nasto­latka ze skrzy­wioną miną objęła się ramio­nami. Pies przy­glą­dał się jej czuj­nie, wyczuł napię­cie.

- Gdyby żona wró­ciła do domu - zwró­cił się do Wol­skiego - pro­szę do nas zadzwo­nić. - Poło­żył na stole kartkę z nume­rem tele­fonu do sie­bie. - A jeśli nie wróci do rana, to skon­tak­tu­jemy się ze wszyst­kimi oso­bami z listy. - Wska­zał na papie­rek, który otrzy­mał od Ame­lii. - Nato­miast zaraz zle­cimy spraw­dze­nie szpi­tali.

- W któ­rym sto­wa­rzy­sze­niu pani Alek­san­dra jest wolon­ta­riuszką? - dopy­tał jesz­cze Najda, ale Emil nie znał odpo­wie­dzi.

- Sto­wa­rzy­sze­nie samot­nych matek "Meduza" - wyre­cy­to­wała Ame­lia, a inspek­tor zapi­sał.

- Czy macie jesz­cze coś do doda­nia na temat pani Alek­san­dry, co mogłoby nam pomóc w poszu­ki­wa­niach?

Wol­scy spoj­rzeli po sobie. Borys wzru­szył ramio­nami, jakby było mu obo­jętne, czy matka wróci, czy nie.

- Samo to, że jej nie ma, jest straszne - oświad­czyła ze łzami w oczach Ame­lia. - Tu jest jej miej­sce, tu czuje się naj­le­piej.

- Zro­bimy co w naszej mocy, aby dowie­dzieć się, co się stało - rzu­cił sztam­po­wym tek­stem pod­ko­mi­sarz Zadura. - Skon­tak­tu­jemy się z wami jutro.

Ruszyli do wyj­ścia.

Do drzwi odpro­wa­dzała ich nasto­latka. Wyglą­dała na szcze­rze prze­jętą.

- Nie martw się, będzie dobrze - pocie­szył ją młod­szy z poli­cjan­tów, choć nie miał zie­lo­nego poję­cia, co mogło się wyda­rzyć.

Dopiero kiedy wsie­dli do zapar­ko­wa­nego przy ogro­dze­niu srebr­nego pas­sata, Zadura się ode­zwał:

- Chu­jowo! Mąż gówno wie, syn nastrze­lany, tylko córka do rze­czy - pod­su­mo­wał. - Albo gdzieś poszła i coś ją po dro­dze spo­tkało, albo ktoś ją z domu wycią­gnął i coś się wyda­rzyło - ana­li­zo­wał pod­ko­mi­sarz. - Ludzie nie roz­pły­wają się w powie­trzu.

- Nooo, zga­dza się - przy­znał mu rację Najda. - Jeśli nie wróci do jutra, to trzeba będzie z tego zro­bić ofi­cjalne zgło­sze­nie.

- Jak myślisz, co się mogło stać? - zapy­tał z czy­stej poli­cyj­nej cie­ka­wo­ści Zadura.

- Oni twier­dzą, że ona cią­gle kibluje w domu, a to dobija. Może w tym sto­wa­rzy­sze­niu kogoś poznała, zawró­cił jej w gło­wie i się wyrwała - teo­re­ty­zo­wał.

- Ale to sto­wa­rzy­sze­nie dla kobiet - przy­po­mniał Zadura.

- Cho­lera wie. - Wzru­szył ramio­nami Najda. - Wyraź­nie w tej rodzi­nie każdy sku­pia się na sobie, więc podej­rze­wam, że nie wie­dzą wszyst­kiego, co ona robi i z kim się spo­tyka.

- Racja, wiele razy to już prze­ra­bia­li­śmy - stwier­dził Zadura i zmie­nił temat. - Pod­rzuć mnie do domu. Może Anita jesz­cze nie śpi i dokoń­czymy to, co zaczę­li­śmy przed tele­fo­nem komen­danta.

- Chyba ci z nią dobrze idzie - oświad­czył Najda.

- Taaa, wytrzy­mała mie­siąc, ale jeśli czę­ściej będzie tak jak dzi­siaj, to nie sądzę, aby została. Będzie jak zawsze - wes­tchnął.

Miał trzy­dzie­ści pięć lat i na dłu­żej nie zwią­zał się z żadną kobietą, gdyż każ­dej prę­dzej czy póź­niej zaczy­nał prze­szka­dzać jego nie­re­gu­larny tryb życia. A chciałby mieć kogoś, z kim będzie mógł miło spę­dzać wolny czas. Może łatwiej byłoby, gdyby spró­bo­wał zwią­zać się z poli­cjantką, ale chciał jakiejś odmiany, kogoś, kto będzie miał inne życie niż on. Pra­gnął cze­goś, co pozwo­li­łoby mu ode­rwać się od bru­tal­nego świata, w któ­rym więk­szość czasu spę­dzał.

- Moja żona prze­stała już liczyć na to, że będę koń­czyć pracę o sie­dem­na­stej - rzu­cił posęp­nie inspek­tor.

W prze­ci­wień­stwie do part­nera od dawna miał żonę i dwójkę dzieci. Mał­żonka była wyro­zu­miała, bo kiedy się z nim wią­zała, wie­działa, jaki ma zawód, ale bywały chwile, kiedy napię­cie w niej się­gało zenitu i wtedy karała go mil­cze­niem. Nie wyrzu­cała mu, nie miała pre­ten­sji, ale mil­czała. Dziś oba­wiał się, że resztę wie­czoru spę­dzi w ciszy.

* * *

Kiedy Ame­lia wró­ciła do salonu, brata już tam nie było, a ojciec nale­wał sobie kolej­nego drinka.

- Zadzwo­nić do babci? Pew­nie czeka na wia­do­mość - ode­zwała się.

- Sam do niej zadzwo­nię - odpo­wie­dział tak, jakby cho­dziło o zwy­kłą bła­hostkę.

Był już wsta­wiony, sły­szała to. Od przyj­ścia do domu wypił z sześć, może sie­dem drin­ków.

- Nie obcho­dzi cię, że mamy nie ma? - zapy­tała w końcu, nie mogąc znieść, że jest tak obo­jętny.

- Obcho­dzi, ale co mam wię­cej zro­bić? - Spoj­rzał na nią, miał już szkli­ste oczy. - Zawia­do­mi­łem poli­cję, niech robią swoje.

Nasto­latka czuła więk­szą niż zwy­kle nie­chęć do ojca. Póki mama tu była, to miała w dupie, jakie miał do nich nasta­wie­nie. Dziew­czy­nie wyda­wało się, że byli mu potrzebni tylko po to, aby na ofi­cjal­nych impre­zach i zdję­ciach dobrze wypa­dał. Zale­żało mu na tym, aby inni widzieli go jako porząd­nego i god­nego zaufa­nia czło­wieka. A on był zwy­kłym ego­istą. Dziś dostrze­gła to wyraź­niej.

- Idę do pokoju mamy - oświad­czyła. - Prze­glądnę jej ciu­chy, może się zorien­tuję, czy cze­goś bra­kuje.

Emil wzru­szył ramio­nami, więc nie cze­ka­jąc, czy będzie miał coś do doda­nia, ruszyła do pokoju, w któ­rym matka od jakie­goś czasu noco­wała. Ame­lia znała praw­dziwe powody, dla któ­rych mama prze­nio­sła się do innego pokoju. Rozu­miała to, choć ni­gdy tego nie powie­działa gło­śno. Bała się, że jawne popar­cie matki sprawi, że ojciec ode­tnie ją od pie­nię­dzy. A potrze­bo­wała nie­ogra­ni­czo­nego źró­dełka, aby utrzy­mać swój sta­tus w szkole.

Weszła do prze­stron­nego pokoju utrzy­ma­nego w jasnej tona­cji. Pano­wał w nim per­fek­cyjny porzą­dek, jakby nikt na co dzień tu nie prze­by­wał. Ola lubiła, aby wszystko było na swoim miej­scu.

Ame­lia nawet nie wie­działa, czego szu­kać lub co powinno budzić jej zanie­po­ko­je­nie.

Na dużym łóżku, na bia­łej narzu­cie, koło dwóch pokaź­nych podu­szek leżała uło­żona w kostkę koszula nocna, a przy ramie łóżka stały puchate pan­to­fle. Ame­lia zdała sobie sprawę, że ni­gdy ich nie widziała na nogach mamy. Raczej nie wcho­dziła do tego pokoju, nie miała ku temu powo­dów.

Otwo­rzyła szafę i zaczęła przy­glą­dać się zawar­to­ści. Ubra­nia były poukła­dane równo, podzie­lone na trzy czę­ści według kolo­rów. Nato­miast w czwar­tej czę­ści znaj­do­wały się ozdoby i dodatki dopeł­nia­jące sty­li­za­cje. Ola na co dzień ubie­rała się na spor­towo i wygod­nie, ale miała też kilka wyjąt­ko­wych sukie­nek.

Ame­lia przy­glą­dała się ubra­niom, było ich dużo. Zaczęła wyj­mo­wać jedną rzecz po dru­giej. Nie­mal każda była dla niej zasko­cze­niem, jakby widziała ją pierw­szy raz. Choć prawda była taka, że sama także miała dużo rze­czy i czę­sto łapała się na tym, że nie­któ­rych ubrań nie wło­żyła ni­gdy.

Mama lubiła ubra­nia w jasnych kolo­rach, uni­kała czerni.

Ame­lia się­gnęła po piękną kok­taj­lową sukienkę Dolce & Gab­bana. To była jedyna rzecz, którą roz­po­znała, ale tylko dla­tego, że mama miała ją na sobie w trak­cie uro­dzi­no­wego przy­ję­cia, które urzą­dzali nie­dawno.

Nasto­latka przy­wo­łała w pamięci obraz mamy z tego wie­czoru. Wyglą­dała na szczę­śliwą, pro­mienną, a sukienka leżała ide­al­nie, jakby dla niej uszyta.

Ame­lia wes­tchnęła. Tak wiele dałaby, aby mama stała tu obok.

Obie­cała sobie, że jak tylko mama wróci, to nie będzie dla niej taka wredna. Prze­sta­nie jej doci­nać, zby­wać ją i trak­to­wać jak natrętną muchę.

Wystar­czył jeden dzień, aby zro­zu­miała, jak bez niej dom stał się pusty. Borys i ojciec uda­wali, że nic nad­zwy­czaj­nego się nie dzieje, ale to kłam­stwo. Mama znik­nęła, a bez niej, jak już mogli się prze­ko­nać rano, wszystko się sypało. To ona wie­działa, kto kiedy wstaje, co lubi, a czego nie. Ona znała ich roz­kład dnia, woziła na zaję­cia dodat­kowe, na wizyty lekar­skie i inne wyda­rze­nia. To Ola była osobą, która dbała o płyn­ność ich życia. Zaj­mo­wała się ich spra­wami, tymi pod­sta­wo­wymi, ale i dodat­ko­wymi. A oni nawet nie wie­dzieli, co mają w lodówce.

Ame­lia stała i patrzyła na ory­gi­nalną sukienkę, czu­jąc, jak łzy cisną się jej do oczu. Przez ostat­nie pół roku była okropna dla mamy, a teraz odda­łaby wszystko, aby móc usły­szeć pyta­nie, jak minął jej dzień. Mama każ­dego dnia o to pytała, cho­ciaż wie­działa, że nie zawsze doczeka się odpo­wie­dzi.

Ojciec o to nie pytał, bo ni­gdy go nie było.

Brata zno­siła, bo zapew­niał jej dobrą pozy­cję towa­rzy­ską w gru­pie rówie­śni­czej. Ale miała go za palanta, który inte­re­suje się tylko sobą. Męczyła się z nim i z towa­rzy­stwem, które ją ota­czało. Ale nie chciała ich porzu­cić, zbyt dużą satys­fak­cję spra­wiała jej świa­do­mość, że ludzie w szkole widzą ją jako auto­ry­tet modowy oraz każdy chciał dołą­czyć do jej paczki. Wcze­śniej to ona marzyła, aby być czę­ścią faj­nej grupy ludzi, któ­rzy dobrze się ze sobą bawią. Teraz stała się liderką grupy, ale nawet jej nie lubiła. Jed­nak w życiu zawsze było coś za coś, wie­działa o tym.

Usia­dła na łóżku i zaczęła się zasta­na­wiać, co będzie, jeśli mama nie wróci? Jak sobie pora­dzą bez niej? Jak dalej jej życie będzie wyglą­dać w domu z dwoma face­tami, któ­rych ledwo tole­ro­wała z racji tego, że byli jej krew­nymi?

Wbrew suge­stii ojca posta­no­wiła poroz­ma­wiać z cio­cią Celiną. Była pewna, że bab­cia już jej powie­działa, co się stało.

Sio­stra mamy była jedyną osobą, która mogła czuć to samo co ona.

13 czerwca 2022, poniedziałek, Słupsk

Docho­dziła dzie­wiąta rano, kiedy Anka sta­nęła przed wej­ściem kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej, w któ­rej za chwilę miała roz­po­cząć pracę. Dener­wo­wała się, to było dla niej coś nowego. Odzwy­cza­iła się od pracy dla kogoś i z kimś. Przez długi czas sama zarzą­dzała swoim cza­sem, choć robiła wiele rze­czy dla innych. Teraz miała pra­co­wać dla wła­snej korzy­ści i była to przy­jemna świa­do­mość.

Trzy ostat­nie dni uświa­do­miły jej, że pod­jęła słuszną decy­zję, aby tu przy­je­chać. Pierw­szy raz od dawna week­end nale­żał tylko do niej i mogła robić to, na co miała ochotę.

Choć noce były trudne, budziła się zlana potem. Pod­świa­do­mie bała się, że prze­szłość ją tu dogoni i to, co zapla­no­wała na dal­szą część życia, spali na panewce. Ale chciała dotrzy­mać nie­dawno zło­żo­nej obiet­nicy, że nie podda się i nie zre­zy­gnuje z walki o wła­sne szczę­ście.

Naj­trud­niej było jej w pierw­szą noc. Obu­dziła się nagle, a serce koła­tało jej jak sza­lone. Wizje, które ją nawie­dzały w snach, znisz­czyły spo­kój. Potrze­bo­wała chwili, aby dojść do sie­bie i przy­po­mnieć sobie, gdzie jest i dla­czego posta­no­wiła dia­me­tral­nie zmie­nić życie. Oba­wiała się, że lęki będą do niej wra­cać każ­dej nocy. Jed­nak musiała sobie dać czas, tego była pewna. Posta­no­wiła, że stawi czoła noc­nym marom.

W pią­tek wybrała się na zakupy, gdyż musiała kupić kilka rze­czy, o któ­rych zapo­mniała, paku­jąc się w pośpie­chu. Zja­dła też prze­pyszny obiad w wege­ta­riań­skim bistro i cie­szyła się ciszą. Delek­to­wała się sta­nem lek­ko­ści, a piękna pogoda potę­go­wała zado­wo­le­nie z tego, że nie musi się jesz­cze ni­gdzie spie­szyć.

Week­end zaś był według niej ide­alny. Czy­tała książkę, oglą­dała filmy i buszo­wała po Inter­ne­cie bez kon­kret­nego celu. Wypo­częła mimo kilku noc­nych pobu­dek.

Dziś szła do nowej pracy pełna pozy­tyw­nej ener­gii, mimo że trema jej nie opusz­czała. Miała pra­co­wać na recep­cji w kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej "Lityń­ski i wspól­nicy".

Zanim apli­ko­wała do kan­ce­la­rii, przej­rzała jej stronę i spraw­dziła opi­nie o niej. Kiedy upew­niła się, że są naj­lepsi w Słup­sku i cie­szą się renomą, zde­cy­do­wała, że chce pra­co­wać dla czwórki adwo­ka­tów, do któ­rych nale­żało to biuro. Wysłała CV i cze­kała jak na szpil­kach, czy ktoś jej odpi­sze. A kiedy dostała odpo­wiedź, że zapra­szają ją na tydzień próbny, już wie­działa, że to będzie jej nowe miej­sce pracy.

Wzięła głę­boki oddech i naci­snęła na klamkę, wcho­dząc do środka prze­stron­nego przed­po­koju. Jej poja­wie­nie się zostało natych­miast zauwa­żone przez młodą blon­dynkę z wło­sami do ramion.

- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - ode­zwała się, nie rusza­jąc się zza biurka.

- Dzień dobry, nazy­wam się Anna Nowak i...

Nie zdą­żyła dokoń­czyć, bo uro­cza blon­dynka prze­rwała jej z entu­zja­zmem.

- O tak! Cze­ka­łam na cie­bie. - Tym razem wyszła zza kon­tu­aru, aby podać jej rękę. - Agata Wit. Ze mną spę­dzisz ten tydzień.

Była szczu­pła, drobna i biła od niej pozy­tywna aura.

- Miło mi - odpo­wie­działa Anka.

- Jesz­cze nie ma nikogo, więc chodź, pokażę ci, gdzie zosta­wić rze­czy.

Ruszyła w głąb pomiesz­cze­nia. Weszła do jed­nego pokoju. Był urzą­dzony w pro­sty spo­sób, ale na pierw­szy rzut oka zda­wało się, że jest w nim wszystko, czego potrzeba w miej­scu pracy. Wie­szak na ubra­nia wierzch­nie, szafki zamy­kane na zamek, nie­wielka kanapa, mały sto­lik, mikro­fala i pokaźny eks­pres do kawy.

- Tu możesz zosta­wić torebkę.

Wska­zała jedną z sza­fek. Anka według suge­stii wło­żyła do środka prze­pastną torebkę, która dzi­siaj nie była już wypchana tak, jak w dniu przy­jazdu. Na wie­szaku powie­siła cienki trencz.

- Eks­pres jest dla wszyst­kich pra­cow­ni­ków kan­ce­la­rii. A do naszych zadań należy przy­go­to­wy­wa­nie napo­jów dla mece­na­sów i ich klien­tów - ode­zwała się ponow­nie blon­dynka. - Póź­niej powiem ci, kto lubi jaką kawę, to oszczę­dzi ci słu­cha­nia pre­ten­sji. - Anka ski­nęła głową. - Tutaj szafki należą do nas, bo mece­nasi mają wła­sne w gabi­ne­tach. Raczej rzadko tu wcho­dzą - mówiła płyn­nie, jakby opo­wia­dała o tym przy­naj­mniej już kilka razy. - Poza mną i tobą pra­cuje tu też jesz­cze Maciek, który jest goń­cem, i dwie panie sprzą­ta­jące, ale one zwy­kle poja­wiają się wtedy, kiedy my wycho­dzimy. - Anka mil­czała i słu­chała. Na razie nie miała pytań. - Jeśli widzisz, że cze­goś może zabrak­nąć: papieru do dru­karki, tuszu, kawy, dłu­go­pi­sów, mleka, cukru czy innych rze­czy, które są potrzebne na co dzień, zgła­szasz to Mać­kowi - instru­owała. - Maciek nie­długo będzie, to go poznasz. - Anka kiw­nęła głową. - Wróćmy do recep­cji. - Wyszła z pomiesz­cze­nia, a Anka szła za nią. - Nie będziemy pra­co­wać na zmiany, tylko razem - oświad­czyła.

Ance to nie prze­szka­dzało. Wie­działa, że ma pra­co­wać od dzie­wią­tej do sie­dem­na­stej i to było dla niej naj­waż­niej­sze. Wcze­śniej miała nie­li­mi­to­wany czas pracy, co ozna­czało, że pra­wie cały czas w niej była.

- Kan­ce­la­ria ma coraz wię­cej klien­tów, dla­tego jest coraz wię­cej spraw. Powoli prze­staję nadą­żać, więc pan Lityń­ski zde­cy­do­wał, że przyda mi się druga osoba - uśmiech­nęła się blon­dynka i pode­szła do szafki, która miała kilka dłu­gich szu­flad zamy­ka­nych na zamek. - Tu są doku­menty spraw pro­wa­dzo­nych przez wszyst­kich adwo­ka­tów. Każdy ma swoją szafkę. Dwie ostat­nie są na zakoń­czone sprawy.

Anka od razu polu­biła Agatę. Wyda­wała się zaan­ga­żo­wana w pracę, co było miłą odmianą po ludziach, któ­rzy odwa­lali tylko swoje zada­nia.

- Cza­sem też musimy szu­kać dodat­ko­wych mate­ria­łów w Inter­ne­cie - powie­działa Agata i spoj­rzała na Ankę. - Radzisz sobie z netem?

- Tak - przy­znała krótko, a Agata poki­wała głową z zado­wo­le­niem.

- W kom­pu­te­rze są dane klien­tów, a dru­karka jest pod­łą­czona pod sprzęt, na któ­rym pra­cu­jemy. - Wska­zała rze­czy, o któ­rych mówiła. - Przy sta­no­wi­sku pracy możesz mieć pry­watną komórkę, ale musi być wyci­szona i ni­gdy nie korzy­stasz z niej, jeśli przy recep­cji są klienci. - Znów spoj­rzała na Ankę, która ponow­nie poki­wała głową. - O stroju nie muszę mówić, bo widzę, że wiesz, w czym rzecz. - Anka wło­żyła gra­na­towy gar­ni­tur z białą kla­syczną koszu­lową bluzką, a na nogach miała buty na nie­wy­so­kim obca­sie. - Jakieś pyta­nia?

- Coś powin­nam wie­dzieć o mece­na­sach, któ­rzy tu pra­cują? - zada­jąc to pyta­nie, domy­ślała się, że Agata nie wszystko jej powie. Będzie musiała zasłu­żyć na zaufa­nie, jeśli któ­ryś był pro­ble­ma­tyczny.

- Ogól­nie są w porządku - zaczęła Agata tak, jak się spo­dzie­wała Anka. - Pan Lityń­ski jest wyma­ga­jący, ale spra­wie­dliwy. Jeśli poja­wia się jakiś pro­blem, warto mu od razu o nim powie­dzieć. Woli prawdę od mata­cze­nia.

Spoj­rzała na Ankę, która jak już można było zauwa­żyć, miała w zwy­czaju potwier­dzać, że przy­jęła do wia­do­mo­ści prze­ka­zane infor­ma­cje, kiw­nię­ciem głowy.

- Tamara Gabała i Hubert Dalecki to dawni stu­denci pana Lityń­skiego. Wiecz­nie ze sobą rywa­li­zują, a oboje są naprawdę dobrzy - kon­ty­nu­owała. - Posta­raj się na początku z nimi nie spo­ufa­lać. Lubią mieć świa­do­mość, że są tu waż­niejsi niż my - ten rodzaj szcze­ro­ści zasko­czył Ankę - lecz to nie­prawda, bez nas byłoby im o wiele trud­niej, bo pano­wałby chaos - uśmiech­nęła się. - No i jest jesz­cze Grze­gorz Zachar­ski. Przy­ja­ciel pana Lityń­skiego od cza­sów stu­diów. - Prze­rwała, zasta­na­wia­jąc się, co może powie­dzieć o męż­czyź­nie. - Nie przej­muj się, jeśli powie coś dwu­znacz­nego czy sek­si­stow­skiego. Jest nie­groźny.

- Rozu­miem.

- Jeśli spraw­dzisz się przez ten tydzień i z nami zosta­niesz, to podzie­limy się pracą. Każda dosta­nie po dwóch mece­na­sów - pla­no­wała.

- Był tu ktoś przede mną? - zapy­tała z cie­ka­wo­ści, a Agata osten­ta­cyj­nie wes­tchnęła.

- Dwie dziew­czyny - przy­znała. - Ale żadna nie prze­trwała tygo­dnia - oświad­czyła. - Jed­nej nic się nie chciało, a druga nie zro­zu­miała, że to praca, a nie roz­rywka.

- Rozu­miem.

- Jesteś mało­mówna? - dopy­ty­wała Agata.

- Na razie słu­cha­łam. Powie­dzia­łaś wszystko, co chcia­ła­bym wie­dzieć - odpo­wie­działa. - Jeśli będę potrze­bo­wać pomocy lub będę miała pyta­nia, to się ode­zwę - zapew­niła.

- Świet­nie, to zabie­rajmy się do pracy - zapro­po­no­wała Agata. - Nie­długo przyj­dzie pan Lityń­ski, ma spo­tka­nie z klientką. Musimy mu przy­go­to­wać doku­menty. Zoba­czysz, jak to się robi. - Anka przy­tak­nęła.

Póź­niej już tylko słu­chała dziew­czyny z uwagą i przy­glą­dała się, z jaką skru­pu­lat­no­ścią pod­cho­dziła do wszyst­kiego, co robiła. Anka sza­co­wała, że Agata może mieć nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat, a wyda­wała się nad wyraz odpo­wie­dzialna. Nowak w ostat­nich latach miała oka­zję obser­wo­wać mło­dych ludzi i jej zda­nie na ich temat było raczej marne. Więk­szość z nich była ego­istami sku­pio­nymi na sobie. Byli prze­ko­nani o swo­jej nie­zwy­kło­ści, że są stwo­rzeni do rze­czy wyjąt­ko­wych, ale nic z tym nie robili, tylko cze­kali, aż ktoś zauważy tę ich ory­gi­nal­ność. Zwy­kle też nie przej­mo­wali się zło­żo­nymi obiet­ni­cami. Byli nie­słowni i nie można było na nich pole­gać. Dla­tego Agata i jej skru­pu­lat­ność, dokład­ność i chęć spro­sta­nia ocze­ki­wa­niom pra­co­dawcy mile zaska­ki­wały Ankę.

- Pan Lityń­ski lubi mieć poukła­dane doku­menty chro­no­lo­gicz­nie. - Słowa Agaty wyrwały Ankę z roz­my­ślań. - Ja robię zakładki z datami za pomocą kolo­ro­wych kar­te­czek - poka­zała, a Anka się uśmiech­nęła.

Ktoś mógłby pomy­śleć, że praca sekre­tarki czy asy­stentki to nic skom­pli­ko­wa­nego i każdy mógłby taką pracę wyko­ny­wać. I niby była to racja, ale asy­stentka, która lubi swoją pracę i nie uważa jej za okres przej­ściowy w dro­dze do cze­goś lep­szego, to skarb.

- Podoba ci się ta praca? - zapy­tała nagle Anka.

- Tak - odparła Agata bez zwłoki. - Jest spo­kojna, zwy­kle jest miło, dobrze płacą i mam bli­sko do domu. Czego chcieć wię­cej - uśmiech­nęła się, zakła­da­jąc włosy za uszy.

- Dzień dobry.

Roz­mowę prze­rwało poja­wie­nie się szpa­ko­wa­tego męż­czy­zny w śred­nim wieku. Anka wie­działa z Inter­netu, że to Tomasz Lityń­ski, wła­ści­ciel kan­ce­la­rii.

- Dzień dobry, panie mece­na­sie - powi­tała go Agata, a jego wzrok powę­dro­wał w stronę Anki. - To jest Anna Nowak. Przy­szła na tydzień próbny - wyja­śniła blon­dynka, a męż­czy­zna podał rękę nowej pra­cow­nicy.

- Tomasz Lityń­ski - przed­sta­wił się, a Anka doce­niła ten uprzejmy gest. W końcu był wzię­tym adwo­ka­tem, który mógł na nią patrzeć z wyż­szo­ścią. Uści­snęła mu dłoń. - Już ma pani plus za strój. Pani poprzed­niczki pomy­liły pracę w kan­ce­la­rii z pubem lub dys­ko­teką.

- Dzię­kuję, ale wie­dzia­łam, gdzie roz­po­czy­nam pracę - przy­znała, a on kiw­nął głową.

Był męż­czy­zną w śred­nim wieku, ale zadba­nym, o popraw­nej i nie­na­gan­nej syl­wetce. A kiedy mówił, tembr jego głosu miło brzmiał w uszach.

- Za pięt­na­ście minut ma pan spo­tka­nie z panią Soko­łow­ską. Ania za chwilę przy­nie­sie potrzebne doku­menty i kawę.

- Dzię­kuję - odrzekł i znik­nął za drzwiami pro­wa­dzą­cymi do jed­nego z pomiesz­czeń.

- Wydaje się w porządku - stwier­dziła Anka.

- Jest w porządku i umie doce­nić, jeśli czło­wiek się stara - przy­znała Agata. - Chodź, pokażę ci, jak się robi kawę w tym eks­pre­sie i jaką lubi pan Lityń­ski.

Pięć minut póź­niej Anka zapu­kała do drzwi gabi­netu, w któ­rym znik­nął mece­nas, a kiedy usły­szała pozwo­le­nie do wej­ścia, spraw­nie zna­la­zła się w środku.

Posta­wiła kawę z boku na biurku, gdyż widziała, że męż­czy­zna ma przed sobą roz­ło­żone różne doku­menty.

Trzy­maną pod pachą teczkę z papie­rami potrzeb­nymi na naj­bliż­sze spo­tka­nie poło­żyła tak, aby mu nie prze­szka­dzać w pracy, którą wyko­ny­wał, ale aby były w widocz­nym miej­scu.

- Dzię­kuję - powie­dział, a kiedy pod­niósł wzrok, zorien­to­wał się, że to nie Agata, tylko Anka. - Pra­co­wała pani już na takim sta­no­wi­sku? - zapy­tał, gdyż nowe osoby zwy­kle były nie­po­radne, zada­wały wiele pytań, a cza­sami nie potra­fiły samo­dziel­nie myśleć.

- W poprzed­niej pracy liczyła się dobra orga­ni­za­cja czasu. Plan musiał być reali­zo­wany z dokład­no­ścią co do minuty - odpo­wie­działa, a Lityń­ski się jej przy­glą­dał.

- Gdzie pani poprzed­nio pra­co­wała?

- W wycień­cza­ją­cej kor­po­ra­cji - odparła oględ­nie, licząc, że tyle wystar­czy. - Czas było coś zmie­nić. - Przy­glą­dał się jej inten­syw­nie, jakby chciał ją prze­świe­tlić.

- Cześć - dobieg ich męski głos z kory­ta­rza. W pierw­szej chwili Anka pomy­ślała, że to Maciek, o któ­rym sły­szała, ale zaraz zorien­to­wała się, że to nie jest goniec.

- Gdzie idziesz!? Ojciec będzie miał zaraz spo­tka­nie - usły­szeli pro­test Agaty.

- Agatka, luz, ja tylko na trzy minuty - roz­brzmiał męski głos, a Ankę ści­snęło w żołądku.

- Cześć, mam krótką sprawę - zaczął od progu męż­czy­zna i zoba­czył, że Lityń­ski nie jest sam. - Zaczy­nam wie­rzyć w prze­zna­cze­nie - oznaj­mił, patrząc na Ankę, i podał jej rękę na powi­ta­nie.

- Zna­cie się? - zapy­tał mece­nas z podejrz­li­wo­ścią.

- Pozna­li­śmy się przez przy­pa­dek. Igor pomógł mi z walizką, kiedy tu przy­je­cha­łam - wyja­śniła powścią­gli­wie.

To było wręcz nie­praw­do­po­dobne, że spo­tkała go ponow­nie, i to w nowym miej­scu pracy.

- Mój syn pomógł? - znowu zapy­tał ze zdzi­wie­niem mece­nas. Anka wyczuła szy­der­czą nutę. - I niczego nie chciał w zamian?

- Niczego - ode­zwał się z trium­fem Igor. - Zoba­czy­łem, że kobieta potrze­buje pomocy, to pomo­głem. Czy to takie dziwne?

Lityń­ski spoj­rzał na syna w taki spo­sób, jakby chciał mu zako­mu­ni­ko­wać, żeby sobie z niego nie żar­to­wał.

- Wspa­niale, synu, czyli gdzieś tam w tobie są pokłady empa­tii - iro­ni­zo­wał Lityń­ski.

Anka poczuła się nie­swojo. Wyczu­wała rodzaj oso­bi­stej roz­grywki mię­dzy ojcem i synem.

- Zosta­wię panów - oświad­czyła i wyszła, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Igor patrzył za nią z oży­wioną miną.

- O co cho­dzi? - dopy­ty­wała zdez­o­rien­to­wana Agata.

- W sumie to nie wiem. - Wzru­szyła ramio­nami Anka. - Kiedy przy­je­cha­łam do Słup­ska, pozna­łam Igora. Padał deszcz i weszłam do jed­nego z pubów. Był tam i mi pomógł z walizką. A potem zna­lazł ze mną adres, pod któ­rym miesz­kam - wyja­śniła, nie sądząc, że w tej krót­kiej histo­rii jest coś nie­zwy­kłego.

- Aha - rzu­ciła Agata.

W tej jed­no­sy­la­bo­wej odpo­wie­dzi dało się usły­szeć zdzi­wie­nie.

- Coś nie tak? - zapy­tała, nie rozu­mie­jąc reak­cji Lityń­skiego ani nowej kole­żanki.

- Gdyby cho­dziło o kogoś innego, to luz, ale to Igo. - Skrzy­wiła się prze­pra­sza­jąco, robiąc pauzę. Musiała prze­my­śleć, jak zwięźle i dyplo­ma­tycz­nie ująć to, co chciała wyra­zić. - Znam go od dawna. Cho­dzi­łam z nim do liceum i dzięki niemu mam tę pracę. I wiem, że u niego zawsze jest coś za coś.

Anka słu­chała z uwagą. Nie była pewna, czy powinna wysnuć wnio­ski, które nasu­wały się same.

- Za zała­twie­nie ci tu pracy ocze­ki­wał seksu? - musiała się upew­nić.

- Niby nie - oświad­czyła. - Ale tak się skoń­czyło - przy­znała ciszej. - Było faj­nie, nie narze­kam, choć bez kon­ty­nu­acji. Szkoda, ale mam ide­alną pracę - uśmiech­nęła się.

Anka zmru­żyła oczy. Nie potra­fiła wyczuć, czy to tylko maska, czy Agata naprawdę nie przej­muje się, iż została wyko­rzy­stana i trak­tuje to jak miłą przy­godę. Anka miała skromne doświad­cze­nie z męż­czy­znami. Dla­tego gdyby ją spo­tkała taka sytu­acja, to czu­łaby żal do Igora. Wie­działa, że świat się zmie­nił od cza­sów, kiedy miała dwa­dzie­ścia kilka lat. Obser­wo­wała rela­cje mło­dych ludzi. Emo­cje był u nich na dru­gim pla­nie. Prio­ry­te­tem było zaspo­ko­je­nie fizyczne. Ciało było do wyko­rzy­sta­nia, a uczu­cia i psy­chika tylko cią­żyły. Nie mogło jed­nej ze stron zacząć zale­żeć, bo wtedy druga już czuła, że się dusi i zaczy­nała się oba­wiać utraty swo­body oraz nie­za­leż­no­ści. Świat uległ trans­for­ma­cji do tego stop­nia, że bycie miłym dla dru­giej osoby gro­ziło odrzu­ce­niem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki