Molestowanie w garniturach - Diamond Scar

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Słowo do Czytelnika

Oddaję w Twoje ręce swego rodzaju relację z prawdziwych zdarzeń, które miały miejsce parę lat temu w pewnej międzynarodowej korporacji. Przeczytanie jej raczej nie będzie należeć do syzyfowych prac, jednakże stanowi pewne wyzwanie, jako że relacja nie jest sielankową romantyczną opowieścią o spełnionej miłości, w której wszystko kończy się dobrze i "żyli długo i szczęśliwie", nie jest również historią, która mogłaby być scenariuszem bajeczki dla dorosłych, jaką jest wiele współczesnych filmów sensacyjnych, w których jeden czy dwóch bohaterów pokonuje kilkoma ruchami całe szwadrony przeciwników i w rezultacie wychodzi na tym bez większego szwanku. Moja opowieść przypomina mroczny thriller, w którym dzieją się rzeczy nadal (mimo drastycznej zmiany obyczajowości ludzi) "nie do przyjęcia", nadal szokujące i na które nadal nie ma, i mam nadzieję, że nigdy nie będzie przyzwolenia. Przy czym bohaterka, prowadząc prawie (!) samotną i bardzo przykrą walkę o szacunek dla siebie, godność i zachowanie dobrego imienia, katastrofalnie ją przegrywa, mimo że prowadzi ją do końca i wszystkimi siłami. Ot, po prostu samo życie, które przecież nie zwykło rozpieszczać i głaskać. Niemniej, tak jak w najbardziej pesymistycznej historii, jest tutaj coś optymistycznego ­­­­- na koniec jest ukazany również pozytywny skutek tej przegranej, jako dowód na to, że zawsze warto prowadzić walkę o siebie.

To także jeden z celów książki - mentalne wsparcie dla ofiar wszelkiego rodzaju nadużyć w miejscu pracy - czy to mobbingu, czy to jakiejkolwiek dyskryminacji, czy to procederu molestowania seksualnego. Ukazanie heroicznej wręcz walki, jaką prowadziła główna postać ma za zadanie zmotywować innych do poszukania i odnalezienia w sobie sił, jakich wymaga przeciwstawienie się krzywdzącemu postępowaniu i przede wszystkim do pokonania poczucia winy oraz lęku przed konsekwencjami takiego postawienia veto. Bo to właśnie te odczucia często towarzyszą ofiarom i to one są najczęściej głównym blokerem działania. Dotyczy to prawdziwych poszkodowanych - osób, które nie zgadzają się na akty przemocy swoich dręczycieli i nawet mimo doświadczania nieprzyjemności czy zagrożenia nimi, nie ulegają niedopuszczalnym żądaniom nawet w formie żadnego kompromisu. Takie jednostki zawsze trzeba wspierać i utwierdzać w przekonaniu, że robią dobrze. Ich cierpienia, których doświadczają tylko dlatego, że mają odwagę płynąć pod prąd, potrafią ograbić ze wszelkiej radości. Tymczasem istnieją jeszcze osoby na "drugim końcu kija" - takie, którym złe traktowanie od początku, delikatnie rzecz ujmując, nie przeszkadza oraz takie, które mu w końcu ulegają. W obu przypadkach nie prowadzi to do niczego dobrego - z jednej strony jeszcze bardziej ośmiela to sprawców i upewnia ich, że są bezkarni, a z drugiej sprawia, że to nie prawdziwe kompetencje i zdolności pracownika, ale jego chęć do seksualnej uległości są kartą przetargową. Prowadzi to do paranoicznych sytuacji, w których stratny staje się ten, kto ma swoje zasady i nie chce pozwolić, aby jego życiem rządziła chora zależność seksualna. Książka ma więc niejako zdemaskować i potępić te nieprawidłowości. Kolejnym celem jest zmiana częstego nastawienia osób postronnych, często chowających głowę w piasek albo z drugiej strony obwiniających ofiary molestowania czy mobbingu (jeśli mowa o tych prawdziwych ofiarach). Zmiana nastawienia musi być zawsze poprzedzona ujrzeniem szerszego spektrum danej kwestii, opisana przeze mnie historia stara się więc ukazać taki przekrój. Dopiero to może przyczynić się do złamania utartych, często im głębiej zakorzenionych, tym bardziej krzywdzących stereotypów.

Jakim kolejnym celom przyświeca napisanie tej książki? Na pewno jest to również wykazanie, że prawo pracy niechroniące należycie pracowników, np. poprzez dawanie pracodawcom możliwości ich zwolnienia czy nieprzedłużenia zatrudnienia często praktycznie bez powodu, jest prawem generującym wiele problemów, wśród których jest już nie tylko łamanie praw pracowniczych, ale łamanie praw człowieka. Takie sytuacje jak deprecjacja pracy, bezkarna dyskryminacja, mobbing, a nawet molestowanie nie miałyby przecież miejsca albo byłyby za każdym razem zgłaszane i rozliczane, jeśli podwładny nie byłby przerażony utratą pracy do tego stopnia, że przestaje je widzieć, wmawiając sobie, że nie mają miejsca. Nie byłoby tych absurdów, w których na jednym biegunie mamy pracownika, który musi przymykać oczy na wszelkie zło a z drugiej jego przełożonego, który na wszelkie zło może sobie pozwolić i może sobie "szafować" zasobami ludzkimi jak mu się podoba. I chociaż ostatnimi czasy rzeczywiście nastąpiło wiele zmian na plus w dziedzinie różnorodności i ilości ofert, warunków pracy, możliwości rozwoju itd., to w niektórych krajach jeszcze daleka droga do optimum. Takim krajem jest niezaprzeczalnie nadal Polska. Oczywiście książka jest daleka do generalizowania tego aspektu, są bowiem w naszym kraju pracodawcy, którzy nie nadużywają swojej pozycji i należycie szanują pracowników, a z drugiej strony są "leserzy", cwaniaczki i inni, których dewizą życiową jest "co robić, żeby się nie narobić". Jednakże niestety nadal wielu przełożonych pozostaje nie fair w stosunku do rzetelnych pracujących dla/na nich ludzi, stwarzając relacje z nimi bardziej wpisujące się w XVIII-wieczną pańszczyznę niż nowoczesne stosunki w miejscu pracy. A co można rozumieć pod pojęciem nowoczesne stosunki w miejscu pracy? Przynajmniej takie, żeby podwładny sumiennie wykonujący swoje obowiązki był równie sumiennie traktowany, żeby czuł się bezpiecznie, wiedząc, że jeśli zostanie zwolniony to na pewno nie z powodu złego humoru czy preferencji płci kierownika.

Idąc dalej, ta historia ukazuje prawdziwe oblicze wielu wielkich korporacji, w których, z jednej strony szeregowych pracowników traktuje się niczym maszynki do robienia pieniędzy czy marionetki, tresuje (nie obawiam się użyć słowa), podżega do ciągłego wyścigu szczurów i odmawia się im nawet prawa do wyrażania własnego zdania, a z drugiej strony jakże często kadrę zarządzającą obsadza się bardzo nieodpowiednimi ludźmi, tylko dlatego, że należą do rodziny czy bliskich znajomych kogoś z najwyższego szczebla. Zawsze kiedy dochodzi do kierowania zespołem ludzi przez takie osoby - często całkiem pozbawione kompetencji, wiedzy, doświadczenia, również jeśli chodzi o tzw. umiejętności miękkie, a niejednokrotnie nawet o skłonnościach psycho/socjopatycznych, wcześniej czy później ktoś na tym ucierpi a najlepsze nawet założenia, obietnice i deklaracje stworzenia wspaniałego miejsca pracy, pozostaną tylko w sferze werbalnej, nie mając nic wspólnego z rzeczywistością.

Należy Ci się tutaj drogi Czytelniku małe wyjaśnienie odnośnie mojego stylu pisania - raczej niewybrednego, niepozbawionego sformułowań dosyć wulgarnych oraz bezpośrednich, żeby nie użyć słowa prostackich, opisów zdarzeń, postaci i ich wypowiedzi. To nie tak, że chciałam się popisać inwektywami, bo jest wręcz odwrotnie - w rzeczywistości w celach estetycznych musiałam zastąpić wiele słów ich łagodniejszymi odpowiednikami. Nie miałam łatwego zadania, bo z drugiej strony chciałam jak najwierniej oddać oryginalny charakter, nastrój i wymowę postaci oraz ogólny klimat. Prościej mówiąc "Molestowanie w garniturach", to nie "Makbet" a ja nie jestem Williamem Shakespeare'em, ale mogę Cię zapewnić, że cała historia, którą zaraz przeczytasz jak najbardziej odpowiada temu, co się zdarzyło w rzeczywistości.

Zamiast wstępu

Zadziwiające jak osobowość destrukcyjna, taka z tych hard level, a więc z licznymi elementami ciemnej triady (makiawelizmu, psychopatii i narcyzmu), potrafi ze swojej świadomości wyprzeć właśnie tę swoją destrukcyjność.

Kiedy Piotr zaczął czytać aktualną prasę i natrafił na artykuł o przypadkach molestowania seksualnego w znanej firmie, cisnął ze złością gazetą o podłogę.

- Nie do wiary jak oni to nakręcają. Molestowanie, mobbingowanie, znęcanie się. Wygląda na to, że nie ma już innych tematów! A co mnie to obchodzi, jeśli mnie to nie dotyczy? - zaczął mówić do siebie podniesionym głosem. - Człowiek po pracy chce poczytać o zwyczajnych sprawach, a tutaj masz, coś takiego! Chyba nie będę już kupował żadnego takiego chłamu!

W tej samej chwili włączyło się przypomnienie w telefonie, zmuszając Piotra do zajrzenia w wirtualny kalendarz.

- "Zadzwonić do Karoliny". He, he, he. No to już mi się poprawił humor. - Piotr szybko wykręcił numer dziewczyny i z niecierpliwością czekał.

- Halo, skarbie, to ja - powiedział jak najsłodszym głosem umiał. - No to, o której się dzisiaj spotykamy?

Najwidoczniej usłyszana odpowiedź nie była taka, jakiej się spodziewał, bo wywołała u niego furię, która zdawała się wzrastać wraz z każdym ułamkiem sekundy.

- Jak to znowu nie możesz?! - krzyknął. - Wiesz co, mam cię dosyć, po prostu dosyć, nie jesteś znowu nie wiadomo jaką pięknością, żebym musiał się ciągle ciebie prosić. Jesteś zwykłą, przeciętną suką, z tych jakie mogę mieć i mam na pęczki, rozumiesz?! Rozumiesz?! Chciałem z tobą po dobroci - komplementy, błagania, kwiaty, czego to ja nie robiłem! - tutaj nastąpiła znacząca przerwa, podczas której Piotr wziął głęboki oddech i udało mu się zmienić ton głosu na grobowy. - Ale ty wolisz wojnę. Będziesz ją więc miała, wedle życzenia! Teraz ci pokaże, co znaczy zadrzeć z Piotrem! - rozłączył się i rzucił telefon na kanapę.

Narcystyczna kreatura nerwowo podeszła do lustra i spojrzała w swoje odbicie. Niesłychane było to w jak szybkim tempie stała się opanowana i zaczęła się uśmiechać z wielką pewnością siebie.

- Jaki z ciebie przystojniak. Tobie nawet złość nie szkodzi! - powiedziała do siebie i przeczesała włosy.

Potem poprawiła krawat i wciąż uśmiechnięta, powoli i pewnie podeszła do okna, gdzie zaczęła snuć swoje chore rozważania. Miasto zaczął już pochłaniać półmrok, a kreatura go uwielbiała, co dodatkowo więc poprawiło jej nastrój. W końcu sama była niejako z ciemności.

- Daję jej dwa, góra trzy dni. Zwykle wymiękają już nazajutrz, ale to chyba nieco twardsza sztuka. No ale nie taka, żebym nie mógł jej złamać.

W tym momencie drzwi do pokoju powoli się otworzyły i do środka ostrożnie zajrzała twarz pięknej, zadbanej kobiety.

- Kochanie, czy coś się stało?

Kreatura w jednej chwili z powrotem stała się Piotrem, a przynajmniej tę jego maską udającą męża, ze stratą dla kreatury, bo zadowolenie zamieniło się w zaskoczenie i zakłopotanie. Maska musiała jednak się szybko opanować.

- Jak przez tę lafiryndę mogłem się tak zapomnieć - pomyślała, wciąż mając w podświadomości to, że najważniejszą rzeczą na świecie jest opinia o niej.

Spowodowało to, że przybranie cukierkowej barwy głosu nie było żadną trudnością.

- A nic, nic żabciu. To Kuba, coś znowu wymyśla. Projekt już prawie gotowy, a jemu zmian się zachciało. Ale jutro mu je wyperswaduję, spokojnie. A zdenerwowałem się, bo musielibyśmy zaczynać właściwie od zera. Już mi przeszło skarbie - maska/Piotr namiętnie pocałowała żonę, po czym teraz już tonem żartobliwym dodała - Spokojnie, mój ty aniele! Twój mężuś jak zawsze ma wszystko pod kontrolą.

- No to dobrze kotku, bo już się zmartwiłam. Idę zrobić kolację - Anna odwzajemniła pocałunek i spojrzała na męża pełnym miłości wzrokiem, po czym wyszła z pokoju tak szybko, jak się zjawiła.

O dziwo maska męża, która powinna się cieszyć z tak oddanej jej osoby, nawet będąc tylko maską, szybko przemieniła się w maskę złości i urażonego ego. Dla tak ciężkiego narcyza nigdy prawdziwe uczucie nie będzie tak ważne, jak spełnianie jego chorych ambicji i celów. Piotr zacisnął zęby i pięści i jeszcze raz wziął do ręki gazetę. Otworzył na poprzednio czytanym artykule.

- Jakieś bzdury! Pewnie panienka wszystko zmyśliła, żeby wyłudzić odszkodowanie. Albo najpierw prowokowała, a potem się wycofała tak jak ta dziwka Karolina. Takie to powinni rozbierać do naga i obwozić po mieście. No ale już ja dopilnuję, żeby tamtą spotkało coś jeszcze "lepszego"...

Rozdział III - Powrót do początku

Następne dwa tygodnie upłynęły Karolinie bez większych kłopotów z Piotrem (przynajmniej w porównaniu z tym, co ją spotkało na klatce schodowej). "Kolega" w rozmowach poruszał głównie sprawy zawodowe, a nawet jeśli pozwalał sobie na bardziej osobiste dygresje, nie były one tak impertynenckie, jak zazwyczaj. Mimo to Karolina nie czuła się pewnie i bezpiecznie. Pamiętała, że kiedy już zaczęła się czuć w tej firmie jak w pięknym śnie, nastąpiło bardzo brutalne przebudzenie. To, co wtedy odczuwała, można porównać do szoku termicznego, jaki przeżywa człowiek wskakujący do lodowatej wody wprost z leżenia na rozgrzanej słońcem plaży. Nie chciała i nie mogła sobie pozwolić na kolejny taki wstrząs. W pracy trzymała więc swój umysł niejako na smyczy, hibernowała go pod względem pozytywnych emocji tak dalece, jak tylko mogła, mroziła wszelkie nadzieje, że w końcu nic jej tutaj nie grozi i w końcu znalazła swoje miejsce docelowe. Potrafiła nawet wystudzić do zera swą radość z dobrze wykonanej pracy. Bardzo ją to dużo kosztowało, bo wysiłek, jaki trzeba było włożyć w trzymanie dobrych odczuć w ryzach, wymaga bezustannego napięcia. A napięcie, jak wiadomo, co jakiś czas jest rozładowywane. Organizm Karoliny rozładowywał się więc tak, jak umiał: raz były to stany depresyjno-lękowe, bardzo przykre i zdarzające się zwłaszcza rano i wieczorem, raz ciągłe nudności, innym razem ciężkie migreny z aurą. Karolina po niedługim czasie czuła się jakby pracowała nie w "nowoczesnej", skierowanej na pracowników korporacji a w kamieniołomach z XIV wieku. Wydawało się, że płacenie tej wysokiej ceny już nie do końca jest jej świadomym wyborem - proces odmawiania sobie dobrego samopoczucia stał się niejako reakcją obronną wywoływaną automatycznie. Gdzieś głęboko w psychice kobiety utkwiło przekonanie, że lepiej wciąż czuć się źle niż znowu poczuć się dobrze, a potem zostać z tego tak brutalnie ograbionym. Zapewne dla utrwalenia efektu "zamrożenia", pamięć co rusz bombardowała ją wspomnieniami z początków pracy w firmie a zaraz potem tymi z późniejszych negatywnych zdarzeń, tak jakby chciała powiedzieć: "Pamiętaj, że to, że czułaś się świetnie, nie znaczyło, że przyniesie to coś dobrego". To zjawisko nie należało do najprzyjemniejszych i Karolina nieraz zastanawiała się jak jemu zapobiec. Jednak nie mogła i w końcu stwierdziła, że to też jest jakaś metoda radzenia sobie i to widocznie ją jej podświadomość uznała za najlepszą w tym konkretnym momencie i miejscu. Gdzieś czytała, że w podobny sposób radzą sobie niektórzy żołnierze na wojnie - wyjaławiając się z pozytywnych emocji ani nawet na chwilę nie pozwalając sobie na rozluźnienie. A przecież ona była na swego rodzaju wojnie i tak jak na froncie, tak i tutaj trzeba będzie ponieść ofiary, w tym, tak jak w przypadku żołnierzy emocjonalne (ilość weteranów cierpiących na poważne zaburzenia i zmuszonych do korzystania ze specjalistycznej opieki psychiatrycznej mówi sama za siebie).

Karolina chcąc nie chcąc miała kilka powtórek z historii, która zaczęła się ponad rok temu. Pamięta, jak szukała pracy bardzo długo i już prawie nie miała żadnych oszczędności. Kiedy już właściwie straciła nadzieję, została zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną do firmy. Nie posiadała się z radości, mimo że czekał jeszcze na nią test i to niełatwy. Szła na niego jednak pełna tak rzadkiej u niej ufności, że wszystko będzie dobrze - i rzeczywiście przeszła nie tylko pierwsze podstawowe testy, ale również następne - psychologiczne, wcale nie łatwiejsze. Mało tego, ponieważ jej wyniki były nader dobre, mogła wybrać między stanowiskiem, na które aplikowała a tym wymagającym większych umiejętności, za to z większą pensją. Wybrała to drugie i to kwestie finansowe stanowiły tutaj dla Karoliny sprawę drugorzędną - najważniejsza dla niej była możliwość rozwoju osobistego.

Przez pierwsze dwa miesiące po zatrudnieniu przechodziła liczne szkolenia, którym pod względem merytorycznym nie można było nic zarzucić. Jednak relacje z mentorem przypominały te z Piotrem i Karolina dopiero teraz, z perspektywy czasu to sobie uświadomiła. Przemek, bo tak miał na imię "senior coach" podobnie miał szowinistyczno-seksistowskie skłonności do kobiet i pokazywał je przy każdej nadarzającej się okazji. Jednakże wtedy dla Karoliny zdobycie pracy było niczym rzucenie się na kawał mięsa przez psa, który jest tak głodny, że nie widzi czyhającego na niego hycla z klatką. Zagrywki Przemka były więc dla niej wtedy praktycznie niezauważalne. Wtedy. Teraz na pewno od razu zwróciłaby na nie uwagę, wiedziałaby również, co może być następne. Teraz zauważyła również, że nikomu one nie przeszkadzały.