Mołdawska ruletka - Doktor Diabeł

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (34,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Książkę dedykuję mojej nauczycielce angielskiego,

z którą nigdy nie wiedziałem się na żywo.

Liuba, mam nadzieję, że dobrze mnie wspominasz.

Dziękuję.

Płk dr Diabeł

Po 1980 roku - wtedy się urodziłem.

Zabiłem oficjalnie 21 osób.

Nieoficjalnie - znacznie więcej.

Skurwieli - którzy nigdy nie powinni się narodzić i chodzić po tej ziemi,

choć wiem,

że na pewno zabiłem znacznie więcej.

Czasem, przy eliminacji obiektu pojawiali się inni ludzie,

jak np. "ochrona obiektu", z którą trzeba było sobie "poradzić" - czyli po prostu ją wyeliminować.

Nie wiem, czy tamci w trakcie "awantury" przeżyli -

kluczowy był dla mnie "obiekt"

- tylko to mnie interesowało-

wykonanie zadania!

Za każde zlecenie dostawałem różne wartości pieniężne,

Choć zwykle stawka za "głowę" do pewnego momentu wynosiła 100 000 zł.

Do tego dostawałem pełny zwrot poniesionych kosztów,

czyli tzw. kieszonkowe.

Wszystko było w różnych walutach,

od różnych międzynarodowych agencji wywiadowczych.

Agencje płaciły za to,

czego nikt inny nie mógł zrobić.

Przeszedłem nielegalne szkolenie,

które nikomu z Was

w głowie się nie zmieści,

ani nie zmieści się tym, którzy są w jednostkach specjalnych.

Chcę w tej książce opowiedzieć kolejną część historii

już niemłodego człowieka,

który lubił sport, był kiedyś całkiem niezłym studentem,

a życie potoczyło mu się tak,

że dokonał przynajmniej kilkudziesięciu zabójstw

z zimną krwią za pieniądze,

które płaciły mu różne międzynarodowe służby.

W konsekwencji

zmieniłem kilka razy losy świata - dosłownie.

I tak, tak - fakty bywają niewygodne, bywają mocne i mroczne,

albo wręcz żartobliwe...

jednak nadal są faktami.

Dlatego będę starał się powiedzieć o sobie jak najmniej,

a jednocześnie jak najwięcej,

bo opinia publiczna,

powinna o tym w moim przekonaniu wiedzieć.

Opowiem Wam o tych eliminacjach

o których mogę opowiedzieć

- bowiem o niektórych nie mogę i jeszcze długo nie będę mógł.

Te wszystkie słowa stanowią swego rodzaju wstęp,

do tego wszystkiego o czym dalej przeczytacie.

Jest to już czwarta pozycja książkowa którą wydaję.

Wcześniej ukazały się:

- Doktor Diabeł - "Spowiedź płatnego Zabójcy",

- Doktor Diabeł - "Strzyga",

- Doktor Diabeł - "Przejść przez piekło płonącego Pakistanu i Kosowa",

W pierwszej części opowiadam o swoim życiu i szkoleniu oraz o pierwszych zleceniach.

W drugiej o tym jak rekrutowałem swoją następczynię i o początku życia na "emeryturze" - choć z Firmy - nie odchodzi się nigdy - jaka praca - taka emerytura.

W trzeciej, której akcja dzieje się gdzieś pomiędzy poprzednimi - o zleceniach "kombinowanych" wykonywanych w Himalajach, Karakorum i jak wynika z tytułu w Kosowie.

Akcja niniejszej, dzieje się gdzieś na terenie Koła Podbiegunowego, Polski, Chorwacji i jak wynika z tytułu: w Mołdawii oraz Naddniestrzu i Gagauzi.

Płk Dr Diabeł.

Od Autora

Cieszę się, że sięgasz po tę pozycję. Mam nadzieję, że się nie rozczarujesz. W między czasie porozmawiamy...

Na wstępie zaznaczam: ta książka jest normalna, nie jestem autorem kolejnego "Przedwiośnia" czy "Nad Niemnem". Nie będzie opisów przyrody i tego w jakim kolorze są ściany i zasłony jak u "Prusa" w "Lalce". Ja skupiam się na czym innym. Pokazuje przemyślenia, spostrzeżenia i ukazuję pewną historię. Nie jest to też pamiętnik z jakiejś wycieczki. Skupiam się na tym czego dotyczyła moja robota i tyle.

Ta powieść jest w około 91 procentach wierna prawdzie, ale nie jest ładna. Dlaczego? Bo ta prawda, też piękną nie jest i nigdy nie będzie, ale tego możesz się już domyślać z tytułu i opisu na tyle okładki, prawda?

Będzie tu dużo przekleństw, bardzo dużo, lojalnie uprzedzam, bo to jest kurewsko konkretny męski świat (a może nie tylko męski?). Gdzie wyrażamy to co należy, bez zbędnego akademickiego pierdolenia. Więc jeśli razi Cię czytelniku duża ilość "kurew", "chujów" i zwrotów typu "ja pierdolę", to od razu lojalnie uprzedzam, ta książka może Ci się nie spodobać. Zdania i konwersacje jakie w niej padają są po prostu takie jakie były, przytoczone niemal jeden do jednego. Chyba ciężko sobie wyobrazić płatnego Zabójcę który po tym jak dostanie w ryj powie "o kurcze pieczone, ależ mnie to boli"? Więcej zasadności użytego języka chyba nie muszę tłumaczyć.

Poznasz ten nasz świat. Świat w którym wielu mężczyzn a być może i kobiet chciałoby się znaleźć ale się nigdy nie znajdą. Bo ten świat przecież oficjalnie nie istnieje.

Poznasz moją historię.

Niniejsza pozycja jest uzupełnieniem moich trzech wcześniej wydanych powieści: Doktor Diabeł - "Spowiedź Płatnego Zabójcy" oraz Doktor Diabeł - "Strzyga", Doktor Diabeł - "Przejść Przez Piekło Płonącego Pakistanu i Kosowa". Akcja niniejszej odbywa się gdzieś pomiędzy pierwszą a drugą a może i po drugiej - czyli pomiędzy trzecią a czwartą? Niestety, ale datami i miejscami muszę trochę manewrować. Nie jestem aż takim idiotą, żeby na łamach książki przyznać się do zabójstwa, zatem wszystko co przeczytasz jest oczywiście wcześniej wspomnianą prawdą. W sensie prawdziwą fikcją literacką. (Panie prokuratorze to właśnie tutaj jest ten moment w którym to zaznaczam).

Jeśli chcesz dobrze ująć cały kontekst, bohaterów, ich mentalność, zachowania, spojrzenie na świat i przenieść się do świata ludzi którzy oficjalnie nie istnieją, z całego serca polecam Ci czytelniku przeczytać część pierwszą, a dopiero potem sięgnąć po tą którą trzymasz w rękach. Mówię to bardzo serio, bardzo. Ułatwi to Tobie zrozumienie wielu rzeczy, zwarzywszy na fakt, iż po pierwsze nie chcę od nowa tłumaczyć dlaczego robię to co robię, jak stałem się taką osobą oraz kim są osoby które będą się w tej pozycji pojawiać... Wiesz... to trochę jak serial, ciężko jest go oglądać od środka, a przynajmniej staram się, abyś Ty, drogi czytelniku właśnie tak mógł to odbierać i przeżywać razem ze mną to co ja miałem okazję przeżyć osobiście. Słowo "przeżyć" jest tutaj bardzo istotne. Bardzo. Wręcz trafione.

Płk Dr Diabeł

(Kursywą w nawiasach jak teraz, będę wrzucał dodatkowe teksty. Czasem uzupełniające pewną wiedzę, czasem będzie to dygresja, a czasem podziękowania - bo wiem, że parę z osób o których będzie mowa, sięgnie po tę pozycję, nie wiedząc jeszcze o tym, iż znajdą tutaj "siebie", ale pod zmienionym imieniem czy pseudonimem)

3. Rozmowy z Czeczenem

22 listopada.

Obudziłem się rano i tak leżąc w satynowej pościeli sobie myślę: zawsze marzyło mi się stanąć na Antarktydzie i przepłynąć jachtem Atlantyk, a teraz to: Koło Podbiegunowe. Nie jego obrzeża lecz 350km w głąb. Od pierdolonego środka Bieguna Północnego będzie mnie dzielić jakieś zaledwie 700 km. No nic... trzeba zadzwonić do Czeczena i powiedzieć mu o robocie. Wziąłem prysznic, założyłem swój granatowy szlafrok, ogarnąłem się i sięgnąłem po telefon.

- Siema Diabełek, co tam? - odebrał.

- Siema Czeczen, sprawę mam.

- No to dawaj, jaką sprawę?

- Tromso.

- Kurwa! Sam koniec Norwegii! - odpowiedział z uśmiechem, - ale co? W sensie, że chcesz żebyśmy tam polecieli? Tak?

- Tak.

- No jak dla mnie to zajebiście, a kiedy?

- A nie wiem... może tak jakoś w połowie grudnia?

- Ty, Diabeł, ale tam w chuj zimno będzie.

- No wiem, ale tak mnie jakoś naszło.

- To czekaj, zerknę jak sprawa z biletami stoi.

- Spoko, zaczekam.

Czeczen usiadł do komputera mieszczącego się pod schodami na drugi poziom jego mieszkania i słyszę jak coś klika na klawiaturze.

- Kurwa, stary... są bilety z Gdańska za 330 zł w dwie strony z bagażem podręcznym! - powiedział wyraźnie zadowolony.

- No to zajebiście, bierz!

- Ty, ale może warto na Black Friday poczekać... może tańsze będą?

- Bierz od razu, żeby nie było, że wzrosną. 330 zł w dwie strony to dobra cena.

- No dobra, a co Cię naszło na Tromso i Norwegię? I to jeszcze kurwa zimą w trakcie nocy polarnej?

- A tak pomyślałem, żeby wycieczkę tam zrobić.

- Jaką kurwa wycieczkę? - powiedział z nieukrywanym zdziwieniem.

- A taką w Pakistańskim stylu... - powiedziałem.

- Ja pierdole, Diabeł... Ty pierdolnięty jesteś?

- No jestem, ale przecież już wiesz.

- Ja pierdolę... czyli mamy robotę w Tromso? Na jebanym Kole Podbiegunowym? W środku zimy i nocy polarnej? Tak?

- Tak jest... no nie dość żeś mądry to jeszcze kurwa inteligentny.

- Za ile?

- Pytasz o datę czy o kasę?

- O jedno i drugie!

- 125 tysi kieszonkowego, a wyjazd ma być na połowę grudnia - tak by było najlepiej.

- Ile głów?

- Zero!

- Jak to kurwa zero?

- Tak mi Magda powiedziała. Mamy się spotkać z jednym gościem który po tym jak się rządy w Mołdawii zmieniły to stamtąd spierdolił i ma nam przekazać jakieś w chuj ważne materiały.

- No to czekaj... patrzę, moment... dobra... wylot 8 grudnia, powrót 14 grudnia... może być?

- A jaka cena? Wiesz, że ja rozrzutny nie jestem.

- Na ten moment 330 zł w dwie strony, ale pewnie jutro będzie taniej... w końcu Black Friday, a WizzAir zapowiada Pink Friday...

- Dobra to bierz, jak nie dzisiaj to jutro, a Magdzie po prostu dam terminy i niech Ona się dogaduje.

- Spoko, biorę. A co z tą wycieczką?

- Ano to, że może warto by było wziąć kogoś ze sobą, żeby na wszelki zaś uwagi nie przykuwać...?!

- Ty, no w sumie... dobra, pogadam z ludźmi, coś się wymyśli.

Nie minęły dwa dni, jak Czeczen zorganizował wycieczkę. Ja, On, jego brat i jakaś znajoma - nazwijmy ją "Asia", która podobno już od dawna wspominała, że chciałaby lecieć na Koło Podbiegunowe, żeby zorze polarną zobaczyć. Dodatkowo znalazł też nocleg. Cały wynajęty domek na 5 osób... więc nie dość, że będziemy mieć miejsce dla siebie, to też będzie luźno, bo nas ma być czworo. Teraz już tylko pozostało poczytać o Norwegii, Tromso, przejrzeć informacje od Magdy i przygotować się na minimum minus 10 stopni mrozu za dwa tygodnie.

14ego i 15 grudnia ma się odbyć spotkanie Rady Europejskiej - Węgry ubiegają się o 900 mln Euro z UE, jednocześnie mają zagłosować za nałożeniem kolejnych sankcji na Rosję... Co wyjdzie? Zobaczymy... a raczej przeżyjemy, zobaczymy....

Finlandia zamknęła prawie wszystkie przejścia graniczne z Rosją. Otwarte jest tylko jedno, to najbardziej wysunięte na północ, czyli to w Laponii. Jak chcesz z Petersburga dojechać do Helsinek to musisz pokonać ponad 2500 km.

5. TROMSO... czyli jak spierdolić robotę

Wyszliśmy z tego hotelu i poszliśmy w stronę naszego wynajętego domku w którym wraz z Czeczenem, Asią i bratem Czeczena mieliśmy spędzić parę dni. Oczy oczywiście dookoła głowy. Po drodze ponagrywałem trochę na ten swój kanał podróżniczy bo dobra przykrywka to dobra przykrywka i nie ma co drążyć tematu. Niemniej, to co się wydarzyło, to się stało, zatem dzwonie do Magdy.

- Cześć Diabeł, załatwione? - zapytała Magda.

- Załatwione... - odpowiedziałem.

- No to zajebiście... kiedy możesz nam materiały przekazać?

- Nie mogę.

- Jak to?

- Tak to... Sasza nie żyje.

- Jak to?

- Tak to...

- Ale jak to kurwa nie żyje?

- Trup, martwy trup.

- Ale jak to? Kurwa, Diabeł... co jest grane?

- Po pierwsze to wszystko w chuj dobrze - ten murzyn któremu płacicie to mega gość, wszystko elegancko załatwił...

- Diabeł, ja nie chce rozmawiać o murzynie... co jest grane?!

- Po drugie... Sasza jak wchodziliśmy do jego pokoju wyciągnął broń... i dostał trzy strzały na klatę, trup. Martwy trup.

- O kurwa...

- No "o kurwa", chuj... nie chciałem, ale sięgnął po klamkę więc musiałem....

- Kurwa... ja pierdolę...

- Co Madzia?

- Nic... ale to nie tak miało wyglądać.

- Domyślam się, ale to nie zmienia jednego faktu.

- Czyli?

- Płacicie normalnie.

- Nie, no jasne, to wiadomo... ale kurwa szkoda, że go zajebaliście.

- Szkoda nie szkoda, sięgał po klamkę... mógł nie sięgać. Weź Ty proszę swoje źródła uruchom i sprawdź czy przypadkiem nie ma jakiegoś kurwa zlecenia na mnie i na Czeczena. Bo pierwszy raz byłem w sytuacji gdzie mnie na "dzień dobry" chciano zajebać. Możesz?

- Jasne! Mogę, tak, jasne! Dobra Diabeł, wracajcie do Polski!

- Taki jest plan. Trzymaj się Madzia! Pa!

- Pa!

Podsumowując: Sasza nie żyje, materiałów nie znaleźliśmy więc nie dostaniemy informacji o siatce rosyjskich szpiegów. Poszliśmy z Czeczenem do wynajętego domku. Aśki i brata Czeczena jeszcze nie było. Po drodze trochę ponagrywałem na ten swój kanał podróżniczy. Spędzamy tu parę dni. Jak dobrze pójdzie to załapiemy się na zorzę polarną. Potem powrót do Polski i zobaczymy co dalej. Niemniej z tyłu głowy miałem cały czas to, że może być na mnie i na Czeczena zlecenie. Czy ja już wariuję czy po prostu przypadek sprawił, że Saszka sięgnął po broń? - pomyślałem i ta myśl nie dawała mi spokoju.

Dla nadpisania sytuacji: Asia i brat Czeczena w końcu dołączyli, przesiedzieliśmy w tym domku parę dni, wjechaliśmy jakąś kolejką na jakiś tam szczyt czegoś tam i zobaczyliśmy zorzę polarną. Wycieczka udana. Potem powrót do Polski. Wybaczcie taki skrót wyjazdu, ale to w końcu nie jest pamiętnik z wycieczki lecz z roboty.

7. SPLIT - Czyli, legenda zobowiązuje

W niedzielę wieczorem wylądowałem w Splicie. Małe miasteczko z kilkoma fajnymi zabytkami. Z Lotniska do Splitu dojechałem autobusem za 3 euro. Potem 20 min. spaceru przez miasto, aby dojść do hostelu w którym miałem mieć nocleg. Doszedłem do hostelu.

(Czemu spacer? Czemu hostel? - chodziło o to, aby już naocznie i na żywo poznać miasto i ulice jakie są od strony hostelu w którym mam nocować i od strony obiektu w którym ma się wydarzyć "robota". Sumarycznie poznać też ulicę, którymi mam uciekać w stronę innego miasta. Poza tym hostel nie przyciąga uwagi. Nocują tam najróżniejsi ludzie z najróżniejszych krajów. Rzadko sprawdzają dokumenty itp.)

Hostel zajebisty, czyściutki, ogromne ponad 140 metrowe lobby. W momencie kiedy dojechałem recepcja była już zamknięta. Na blacie recepcji czekał do wypełnienia blankiet gdzie wpisuję swoje imię, nazwisko, numer dokumentu na który podróżuję. Na blankiecie był klucz. Prócz tego dostałem na maila informację o tym, które łóżko jest moje i która szafka. Wszystkie dane wpisałem oczywiście zmyślone. Dla nich liczy się tylko to, czy rano zapłacę im tyle euro ile powinienem, a nazwisko, imię i chuj wie co, mają w dupie - business is business - kasa ma się im zgadzać.

Wypełniłem dokumenty, wziąłem klucz (od szafki), kodem wszedłem do pokoju. W pokoju 12 łóżek, każde z zasłonkami, wiec nie wiesz czy ktoś tam jest czy nie. Znalazłem swoje łóżko nr 7. I potem swoją szafkę również nr 7. Wpakowałem większość rzeczy do szafki i wziąłem tylko te, co potrzebne mi są do umycia się.

Poszedłem pod prysznic. Umyłem się, wróciłem do pokoju. Przebrałem się w jakieś normalne krótkie spodenki, t-shirt, klapki... w ręku telefon i ładowarka. Z szafki w pokoju wziąłem 100ml whisky jaką przywiozłem jeszcze z Polski. Rozrobiłem ją z colą i usiadłem na bardzo wygodnym styropianowym fotelu w lobby (materiał wypełniony styropianem) i podłączyłem się pod gniazdko. Telefon się ładuje. W między czasie popijam whisky z colą.

(taki tip podróżniczy: w bagażu podręcznym możecie mieć w sumie 1 litr płynów popakowanych w 100ml opakowania. 1. Opakowanie: Szampon. 2. Opakowanie: Żel do mycia twarzy... pozostałe 8 opakowań to może być whisky kupiona taniej na strefie bezcłowej albo jeszcze w ogóle w kraju wylotu przewieziona normalnie w kosmetyczce. Jak ktoś się was zapyta (np. w muzułmańskich krajach) co to jest? Odpowiadacie, że macie problem ze skórą a to jest tonik na bazie alkoholu do przemywania twarzy. Od biedy możecie tam wrzucić parę wacików żeby uwiarygodnić legendę).

To co było dla mnie mega dziwne, to to, że w zasadzie nikt tak z nikim nie rozmawiał. Hostele, zawsze pełniły taką rolę, że poznajesz ludzi z różnych zakątków świata, szlifujesz język, zawsze każdy z każdym rozmawia. Tutaj nic. Cisza. W lobby jakieś 7 osób i każdy wpatrzony w telefon. Parę lat temu przecież właśnie w ten sposób w hostelu w Izraelu poznałem Leę z którą mam kontakt do dzisiaj.

(Lea, jeśli to czytasz już w tłumaczonej wersji, to gorąco Ciebie pozdrawiam! A nasz poranny spacer po Al.-Aksie i jedzenie kanapek oraz picie kawy na schodach będę pamiętał do końca życia! Tak samo, jak i wino na jerozolimskim dachu w środku nocy podczas Hanuki! Dokładnie 3 wina! Dziękuję!)

Tutaj jednak coś dziwnego... widać albo ludzie, albo czasy się zmieniają. Niemniej poznałem jednego Fina. Myślałem, że jest Niemcem bo przez chwilę z kimś innym rozmawiał i przedstawił się jako "Mike" (fonetycznie: "MIKE" nie "MAJK") a Mike to jest popularne niemieckie imię. Odezwałem się do niego po niemiecku, ale okazało się, że gość jest jednak Finem.

Była 23:19 kiedy z pokoju wyszedł jeden gość. O 23:20 miałem się spotkać z kontaktem. (Dlaczego robota bez Czeczena tylko w pojedynkę? - to zaraz opowiem). Bardzo młody chłopak, na oko jakieś 27 lat. Nie wiem dlaczego, ale czułem, że to mój kontakt. Wstałem, odłączyłem telefon od gniazdka, wziąłem w rękę ładowarkę i łychę jaką miałem w szklance i wyszedłem na zewnątrz żeby zapalić. (Taki był plan, włącznie z papierosem i szklanką z whisky w ręku)

Wyszedłem a gość idzie za mną.

- Cześć, skąd jesteś? - zapytał.

- Jestem z wyjątkowego kraju... - odpowiedziałem nieco poetycko, bo przecież nie wiedziałem i nie byłem pewny czy to mój kontakt.

- Wyjątkowy kraj?! - Wow... - to może jesteś z Polski?! - mówiąc to, dał mi do zrozumienia, że jednak to jest mój kontakt.

- A Ty może jesteś z Argentyny?

- Owszem, jestem! Przyjacielu Diabła.

- Myślisz, że możesz spotkać Diabła w Polsce? - tym razem to ja chciałem się już na 100 proc upewnić z kim mam do czynienia, zwłaszcza, że żadne hasła nie padły.

- Jestem szczęśliwy, że spotykam Ciebie. Chodź za mną!