Dwa światy
Każde poszło w inną stronę i parę razy naprawdę żałowałam. On został lekarzem ludzi, ja zwierząt. On miał syna, ja córkę. On jedną żonę, ja trzech mężów.
I znów zostaliśmy parą.
Dziwną, bo jakby z dwóch biegunów ludzkiego i zwierzęcego świata. Zresztą co to w ogóle znaczy "zostać parą", gdy dźwiga się na karku pół wieku życia w różnych okolicznościach? Pół wieku innych nawyków i przyzwyczajeń. To, że znaliśmy się wcześniej właściwie jako dzieci, zmieniło tylko tyle, że każde z nas miało w pamięci tamtego Tomka i tamtą Dorotę. Tylko tyle i aż tyle, bo to z pewnością bardzo pomogło.
Kiedy rozwodziłam się z trzecim mężem, Tomek znalazł mnie na portalu Nasza Klasa. Wymieniliśmy się numerami telefonów, zadzwonił i po kilku słowach po prostu wsiadł w samochód i przyjechał. Nie wiem, co poczuł, gdy zobaczył mnie po ponad trzydziestu latach, ale wiem, co ja poczułam. Że to ten sam chłopak, tylko obleczony w trochę inne ciało. Miał w oczach te same wesołe iskierki i tak samo się uśmiechał. Zawsze był wesoły inaczej. Śmiał się oczami. Na pewno poczułam wzruszenie. Gdy nagle, po trzydziestu trzech latach, spojrzy się w twarz swojej dawnej miłości, coś łapie za serce. Tym bardziej że w jego spojrzeniu zobaczyłam odbicie moich uczuć.
Zaczęło się od niekończących się rozmów. Gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy. O czym? O naszym życiu, o pracy i o tym, że los bywa zaskakujący. A potem wszystko potoczyło się jak na filmach. Nic nie musiało "dojrzewać do związku". Parę spotkań, parę rozmów od serca, nawet parę kłótni i coś pyknęło w oliwionych życiem trybach czasu. Zaczęliśmy tęsknić za sobą, więc zamieszkaliśmy razem.
Początki bywają trudne, ale nie dla Tomka. Choć to było prawdziwe wyzwanie - i dla mnie, i dla niego - bo nie każdy dom wygląda tak jak mój. Dwadzieścia jeden zwierząt będących głównymi lokatorami. Wszędzie. Na stole, na kanapie i w łóżku. Pamiętam, jak nieżyjący już jamnik Bolek w środku nocy zwymiotował do łóżka, i to po Tomkowej stronie. Dowiedziałam się o tym dopiero rano, bo Tomek zebrał, co było do zebrania, nakrył miejsce wpadki papierowym ręcznikiem, przełożył Bolusia w suche miejsce obok siebie i zasnął. To znaczy zasnęli obaj.
Innym razem trafiła do nas kocia piękność. Kolejna. Znaleziona na ulicy przez moją przyjaciółkę, potrzebowała natychmiastowego lokum. Był wieczór. Beata przywiozła transporter z kocią zawartością. Zaniosłam go na górę, otworzyłam drzwiczki. To, co zobaczyłam, przerosło moje wyobrażenie o nawet najpiękniejszym kocie. Wielkie niebieskie oczy i zgrabne ciało umaszczone jak u syjamskich kotów po wypłukaniu w wybielaczu. Po prostu cudo. Wyglądała jak ze świątecznej, bajkowej ilustracji. Rozejrzała się, a że łóżko było już gotowe do nocnego spoczynku, wskoczyła na kołdrę. Zostawiłam ją i zeszłam na dół. Po naradzie - dość burzliwej - jak będzie miała na imię, i wspólnie podjętej decyzji, by nazwać ją Lula, poszliśmy spać. (Burzliwej, bo nasze gusta filmowe były kompletnie inne. Lula to bohaterka filmu Dzikość serca, który bardzo lubię. Tomek uważał go za szmirę. W końcu przyznał jednak, że imię to nie film, i tak zostało). Obudziłam się rano i po lekkim przeciągnięciu się usłyszałam zza poduszki charkot tygrysa. Zamarłam, bo brzmiał naprawdę groźnie, a co gorsza, dochodził z odległości kilku centymetrów. Bardzo powolutku, wężowym ślizgiem wysunęłam się z pościeli i zeszłam na dół przy wtórze psiego aplauzu. Tomek usiłował pospać dłużej. Tak mi się wydawało. Po piętnastu minutach usłyszałam nie charkot, ale ryk tygrysa, i zobaczyłam Tomka schodzącego po schodach. Broczył krwią, ale oczy miał rozmarzone.
- Ona jest cudowna - usłyszałam. To też była miłość od pierwszego wejrzenia.
Po tym krwawym wstępie Lula okazała się wspaniałą, oddaną przyjaciółką nie tylko Tomka. Jednak jego serce i kark, na którym siadywała, gdy kręcił papierosy, należały przede wszystkim do Luli.
Nasze wspólne życie pełne było wszystkiego, co medyczne, a raczej medyczno-weterynaryjne. Spokojnie można powiedzieć, że poza uczuciem, tą niespełnioną dawną miłością, połączyła nas medycyna. Jego wielka miłość, pasja i sens życia, moja ciekawość podobieństw i różnic między medycyną ludzką a psią, kocią i w ogóle zwierzęcą.
Można się zastanawiać, co tak bardzo mnie zachwyciło w mężczyźnie, który pali trzy paczki papierosów dziennie, upija się w chwilach wolnych od pracy i jak prawie każdy facet nie wie, do czego służą odkurzacz i inne sprzęty pomagające w pracach domowych. Na pewno odezwały się dawne sentymenty, ujął stosunek do zwierząt, uwaga, z jaką słuchał moich słów, i oczy pełne miłości, ale prawdziwy zachwyt wzbudziły medyczna wiedza i intuicja. Czułam się przy nim bezpieczna, gdziekolwiek bym była. Byle z nim. On też uznał, że moje medyczne zdolności dają bezpieczeństwo.
Na wewnętrznej stronie uda wyrósł mu pokaźny guzek. Przeszkadzał w chodzeniu i zakładaniu spodni. Poszedł do kolegi z onkologiczną specjalnością, który ocenił, że to rozrost tkanki łącznej wymagający skalpela.
- Wyciąć, to wyciąć - skwitował Tomek. Wrócił do domu i oznajmił: - Jutro wytniesz mi to świństwo. Nie pójdę do nikogo innego.
Wycięłam i zaszyłam tak pięknie, że po roku nie było śladu. Wiele razy obserwował mnie przy różnych operacjach, i widział, jak szybko pacjenci dochodzą do siebie. Od tamtej pory cokolwiek trzeba było opatrzyć, wyciąć, zaszyć, zdawał się na mnie, i nigdy się nie zawiódł. Przed każdym wyjazdem w zamorskie okolice pilnował, by zabrać "podręczny zestaw chirurga", bo "jak sobie coś rozetnę, to zaszyjesz". Szybko się okazało, że jestem przydatna nie tylko przy cięciu i zaszywaniu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki