Moje życie z Tomkiem - Dorota Sumińska

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dwa światy

Każde po­szło w inną stronę i parę razy na­prawdę ża­ło­wa­łam. On zo­stał le­ka­rzem lu­dzi, ja zwie­rząt. On miał syna, ja córkę. On jedną żonę, ja trzech mę­żów.

I znów zo­sta­li­śmy parą.

Dziwną, bo jakby z dwóch bie­gu­nów ludz­kiego i zwie­rzę­cego świata. Zresztą co to w ogóle zna­czy "zo­stać parą", gdy dźwiga się na karku pół wieku ży­cia w róż­nych oko­licz­no­ściach? Pół wieku in­nych na­wy­ków i przy­zwy­cza­jeń. To, że zna­li­śmy się wcze­śniej wła­ści­wie jako dzieci, zmie­niło tylko tyle, że każde z nas miało w pa­mięci tam­tego Tomka i tamtą Do­rotę. Tylko tyle i aż tyle, bo to z pew­no­ścią bar­dzo po­mo­gło.

Kiedy roz­wo­dzi­łam się z trze­cim mę­żem, To­mek zna­lazł mnie na por­talu Na­sza Klasa. Wy­mie­ni­li­śmy się nu­me­rami te­le­fo­nów, za­dzwo­nił i po kilku sło­wach po pro­stu wsiadł w sa­mo­chód i przy­je­chał. Nie wiem, co po­czuł, gdy zo­ba­czył mnie po po­nad trzy­dzie­stu la­tach, ale wiem, co ja po­czu­łam. Że to ten sam chło­pak, tylko ob­le­czony w tro­chę inne ciało. Miał w oczach te same we­sołe iskierki i tak samo się uśmie­chał. Za­wsze był we­soły ina­czej. Śmiał się oczami. Na pewno po­czu­łam wzru­sze­nie. Gdy na­gle, po trzy­dzie­stu trzech la­tach, spoj­rzy się w twarz swo­jej daw­nej mi­ło­ści, coś ła­pie za serce. Tym bar­dziej że w jego spoj­rze­niu zo­ba­czy­łam od­bi­cie mo­ich uczuć.

Za­częło się od nie­koń­czą­cych się roz­mów. Ga­da­li­śmy, ga­da­li­śmy, ga­da­li­śmy. O czym? O na­szym ży­ciu, o pracy i o tym, że los bywa za­ska­ku­jący. A po­tem wszystko po­to­czyło się jak na fil­mach. Nic nie mu­siało "doj­rze­wać do związku". Parę spo­tkań, parę roz­mów od serca, na­wet parę kłótni i coś pyk­nęło w oli­wio­nych ży­ciem try­bach czasu. Za­czę­li­śmy tę­sk­nić za sobą, więc za­miesz­ka­li­śmy ra­zem.

Po­czątki by­wają trudne, ale nie dla Tomka. Choć to było praw­dziwe wy­zwa­nie - i dla mnie, i dla niego - bo nie każdy dom wy­gląda tak jak mój. Dwa­dzie­ścia je­den zwie­rząt bę­dą­cych głów­nymi lo­ka­to­rami. Wszę­dzie. Na stole, na ka­na­pie i w łóżku. Pa­mię­tam, jak nie­ży­jący już jam­nik Bo­lek w środku nocy zwy­mio­to­wał do łóżka, i to po Tom­ko­wej stro­nie. Do­wie­dzia­łam się o tym do­piero rano, bo To­mek ze­brał, co było do ze­bra­nia, na­krył miej­sce wpadki pa­pie­ro­wym ręcz­ni­kiem, prze­ło­żył Bo­lu­sia w su­che miej­sce obok sie­bie i za­snął. To zna­czy za­snęli obaj.

In­nym ra­zem tra­fiła do nas ko­cia pięk­ność. Ko­lejna. Zna­le­ziona na ulicy przez moją przy­ja­ciółkę, po­trze­bo­wała na­tych­mia­sto­wego lo­kum. Był wie­czór. Be­ata przy­wio­zła trans­por­ter z ko­cią za­war­to­ścią. Za­nio­słam go na górę, otwo­rzy­łam drzwiczki. To, co zo­ba­czy­łam, prze­ro­sło moje wy­obra­że­nie o na­wet naj­pięk­niej­szym ko­cie. Wiel­kie nie­bie­skie oczy i zgrabne ciało umasz­czone jak u sy­jam­skich ko­tów po wy­płu­ka­niu w wy­bie­la­czu. Po pro­stu cudo. Wy­glą­dała jak ze świą­tecz­nej, baj­ko­wej ilu­stra­cji. Ro­zej­rzała się, a że łóżko było już go­towe do noc­nego spo­czynku, wsko­czyła na koł­drę. Zo­sta­wi­łam ją i ze­szłam na dół. Po na­ra­dzie - dość burz­li­wej - jak bę­dzie miała na imię, i wspól­nie pod­ję­tej de­cy­zji, by na­zwać ją Lula, po­szli­śmy spać. (Burz­li­wej, bo na­sze gu­sta fil­mowe były kom­plet­nie inne. Lula to bo­ha­terka filmu Dzi­kość serca, który bar­dzo lu­bię. To­mek uwa­żał go za szmirę. W końcu przy­znał jed­nak, że imię to nie film, i tak zo­stało). Obu­dzi­łam się rano i po lek­kim prze­cią­gnię­ciu się usły­sza­łam zza po­duszki char­kot ty­grysa. Za­mar­łam, bo brzmiał na­prawdę groź­nie, a co gor­sza, do­cho­dził z od­le­gło­ści kilku cen­ty­me­trów. Bar­dzo po­wo­lutku, wę­żo­wym śli­zgiem wy­su­nę­łam się z po­ścieli i ze­szłam na dół przy wtó­rze psiego aplauzu. To­mek usi­ło­wał po­spać dłu­żej. Tak mi się wy­da­wało. Po pięt­na­stu mi­nu­tach usły­sza­łam nie char­kot, ale ryk ty­grysa, i zo­ba­czy­łam Tomka scho­dzą­cego po scho­dach. Bro­czył krwią, ale oczy miał roz­ma­rzone.

- Ona jest cu­downa - usły­sza­łam. To też była mi­łość od pierw­szego wej­rze­nia.

Po tym krwa­wym wstę­pie Lula oka­zała się wspa­niałą, od­daną przy­ja­ciółką nie tylko Tomka. Jed­nak jego serce i kark, na któ­rym sia­dy­wała, gdy krę­cił pa­pie­rosy, na­le­żały przede wszyst­kim do Luli.

Na­sze wspólne ży­cie pełne było wszyst­kiego, co me­dyczne, a ra­czej me­dyczno-we­te­ry­na­ryjne. Spo­koj­nie można po­wie­dzieć, że poza uczu­ciem, tą nie­speł­nioną dawną mi­ło­ścią, po­łą­czyła nas me­dy­cyna. Jego wielka mi­łość, pa­sja i sens ży­cia, moja cie­ka­wość po­do­bieństw i róż­nic mię­dzy me­dy­cyną ludzką a psią, ko­cią i w ogóle zwie­rzęcą.

Można się za­sta­na­wiać, co tak bar­dzo mnie za­chwy­ciło w męż­czyź­nie, który pali trzy paczki pa­pie­ro­sów dzien­nie, upija się w chwi­lach wol­nych od pracy i jak pra­wie każdy fa­cet nie wie, do czego służą od­ku­rzacz i inne sprzęty po­ma­ga­jące w pra­cach do­mo­wych. Na pewno ode­zwały się dawne sen­ty­menty, ujął sto­su­nek do zwie­rząt, uwaga, z jaką słu­chał mo­ich słów, i oczy pełne mi­ło­ści, ale praw­dziwy za­chwyt wzbu­dziły me­dyczna wie­dza i in­tu­icja. Czu­łam się przy nim bez­pieczna, gdzie­kol­wiek bym była. Byle z nim. On też uznał, że moje me­dyczne zdol­no­ści dają bez­pie­czeń­stwo.

Na we­wnętrz­nej stro­nie uda wy­rósł mu po­kaźny gu­zek. Prze­szka­dzał w cho­dze­niu i za­kła­da­niu spodni. Po­szedł do ko­legi z on­ko­lo­giczną spe­cjal­no­ścią, który oce­nił, że to roz­rost tkanki łącz­nej wy­ma­ga­jący skal­pela.

- Wy­ciąć, to wy­ciąć - skwi­to­wał To­mek. Wró­cił do domu i oznaj­mił: - Ju­tro wy­tniesz mi to świń­stwo. Nie pójdę do ni­kogo in­nego.

Wy­cię­łam i za­szy­łam tak pięk­nie, że po roku nie było śladu. Wiele razy ob­ser­wo­wał mnie przy róż­nych ope­ra­cjach, i wi­dział, jak szybko pa­cjenci do­cho­dzą do sie­bie. Od tam­tej pory co­kol­wiek trzeba było opa­trzyć, wy­ciąć, za­szyć, zda­wał się na mnie, i ni­gdy się nie za­wiódł. Przed każ­dym wy­jaz­dem w za­mor­skie oko­lice pil­no­wał, by za­brać "pod­ręczny ze­staw chi­rurga", bo "jak so­bie coś ro­ze­tnę, to za­szy­jesz". Szybko się oka­zało, że je­stem przy­datna nie tylko przy cię­ciu i za­szy­wa­niu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki