Rodzinne perturbacje
Marceli i Albin Krajewscy - bracia Wacława mojego ojca.
W miarę dojrzewania synów dziadek Julian wycofywał się z kierowania gospodarką, a na następcę kreował najstarszego syna Wacława. Młodszy Marcel, który w czasie wojny z bolszewikami dostał się do niewoli, powrócił do domu w złym stanie zdrowia i potrzebował czasu na rekonwalescencję. Na młodziutką bratową, Jadzię, czyli moją mamę, spadła więc odpowiedzialna rola postawienia na nogi szwagra znękanego wojną z bolszewikami i na szczęście nietragiczną w skutkach niewolą w nieludzkich warunkach. Do szczegółów tych wydarzeń nigdy nie dotarłam, ale pamiętam stryja Marcela - wysokiego prawie pod sam sufit podtrzymywany grubymi belkami - gdy podkręcając odruchowo wąsa, opowiadał pewnie nie po raz pierwszy o swoich przygodach.
Nie zdołałam zachować w pamięci, w jaki sposób on i jego współtowarzysz wydostali się z obozu na terenie Rosji i jakim cudem udało im się zdobyć dwa rowery - wiele wskazywało na to, że były to trofea wojenne. Z opowieści stryja dowiedziałam się, że gdy jechali na tych niepospolitych wówczas pojazdach, wywoływali we wsiach ukraińskich straszliwą panikę. Ludzie uciekali w popłochu i krzyczeli, że antychryst z piekła rodem ich napadł, że koniec świata. Strach był po obu stronach, bo panika może w każdej chwili zamienić się w chęć odwetu. Stryj i kompan mieli jednak szczęście. Plotka o nadjeżdżającym antychryście oczyszczała przed nimi drogi - dzięki temu bezpieczniej dotarli do celu. I jak to zwykle bywa, relacjonowanie takich, przecież groźnych, chwil kończyło się salwami śmiechu. Nawet stryj Marcel, który chętniej słuchał towarzyskich pogaduszek brata Wacława, niż się popisywał własnymi opowieściami, wspominał tamte chwile z rozbawieniem.
Mama była świeżo upieczoną mężatką, gdy do jej nowego domu, do którego rok wcześniej przywiózł ją mąż, powrócił stryj Marcel. Mówiąc jej słowami: wtedy zaczął się dla niej krzyż pański.
Próbuję postawić siebie w roli, w jakiej znalazła się właśnie mama: Dwudziestoletnia dziewczyna, starająca się odnaleźć w nowych obowiązkach, nowym otoczeniu i wśród ludzi, których znała dotąd na odległość. Wtedy pojawia się w drzwiach wrak człowieka - wielki, wychudzony, brudny i zarośnięty, w szczątkach wojskowego munduru mężczyzna. Mama wie, że szwagier zaginął w bolszewickiej zawierusze, domyśla się więc, kim jest zjawa w drzwiach. Z mężem, który pośpieszył z sąsiedniego pokoju, słysząc znajomy głos, wita gościa - na uściski przyjdzie czas nieco później. Teraz najważniejszy był odpoczynek i posiłek oraz zastąpienie łachmanów wyciągniętymi z szafy, nieużywanymi od dawna ubraniami. Woda do kąpieli grzeje się już w dwu dużych garach na kuchni, bo w starym domu nie ma łazienki.
Po tych zabiegach stryj Marcel odzyskuje tożsamość. Czy akceptuje szwagierkę? Może bardziej koncentruje się na odzyskaniu sił i mocno nadszarpniętego zdrowia. Kaszel rozrywa mu płuca. Nogi w bąblach i zainfekowanych ranach oraz wszystko to, co wynika z niedożywienia. Kuracja miała trwać kilka tygodni.
Problemy same się proszą: zmiana opatrunków, oddzielne wyżywienie - chory nie może jeść tego, co żniwiarze, a przecież żniwa, wszyscy więc pracują w polu, mama zostaje sama z tyloma obowiązkami. Może nawet nie nadąża za natłokiem pracy, może słaby człowiek czuje się zaniedbywany przez tę guzdrałę, żonę brata.
- Był nieznośny - nawet po latach mama mówiła o tym wzburzona. - Uważał, że cały dom powinien być na jego usługi. Zadysponował specjalną dla siebie dietę i miał, zwłaszcza wobec mnie, ciągłe zarzuty. Wszyscy staraliśmy się postawić go na nogi i rzeczywiście widać było istotną poprawę - opowiadała nam mama. - Nabrał ciała, apetyt miał dobry od początku, stado kurcząt zmalało mi wtedy o połowę, bo jedynie tolerował drób. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że może go prześladować pamięć o losie Franciszki i Albina, przerażał go uporczywy kaszel. Wasz dziadek jeździł co tydzień do Pułtuska do lekarza i po lekarstwa; piętnaście kilometrów do pokonania w jedną stronę, a samochody nie skracały wtedy ludziom dystansu. Tego, jakie to było życie, nie można opisać prostymi słowami - kończyła wspomnienia.
No, ale udało się wyprowadzić stryja z wojennej psychozy, bo żył długo i szczęśliwie.
Jadwiga z domu Tyszka i Wacław Krajewscy - ślubne zdjęcie moich rodziców.
- Wiele mnie to kosztowało - opowiadała innym razem mama. - Miałam przecież na głowie całe gospodarstwo i dom, a byłam młoda i tym wszystkim przytłoczona. To zresztą się zakończyło obopólną animozją, bo Marcel podziękował za moje starania w szczególny sposób. Kiedyś, będąc już w dobrej kondycji, wygłosił opinię: No, jak ja się ożenię, to będzie wszystko na plus pięć!
Los był jednak dla niego złośliwy. Marylka, jego wybranka, miała inne wyobrażenie o życiu. Rodzina Gnatowskich, z której pochodziła, wysłała Marylkę do Warszawy, gdzie spędziła u wujostwa beztrosko kilka lat młodości, a gdy wróciła na wieś, nie posiadała umiejętności niezbędnych w codziennym życiu, zwłaszcza rodzinnym. Biedny stryj Marcel musiał myśleć nie tylko o własnych wygodach, ale także o tym, żeby przygotować śniadanie, a nawet o przyszyciu synkowi guzika do majteczek, na czym my - czyli moje siostry i ja - sprytne dziewczyniska przyłapałyśmy go podczas jednej z rodzinnych wizyt.
W tych wspomnieniach należy się mojej mamie kilka słów, które niepełny portret choć trochę uzupełnią. Mimo sceptycyzmu stryja Marcela mama zawsze cieszyła się w okolicy i wśród przyjaciół dużym uznaniem i opinią dobrej gospodyni. Pod wieloma względami stanowiła wzór nowoczesnej. Świadczył o tym chociażby wyróżniający się różnorodnością upraw ogródek przydomowy, uznawany początkowo przez sąsiadki za dziwactwo pani Jadwigi. Dla mnie była mistrzynią krawiectwa, w czym istotną zasługę miał dziadek Piotr Tyszka, który na dwunaste urodziny najstarszej córce Jadzi kupił ówczesny cud techniki - maszynę do szycia singera. Teraz spod rąk mojej mamy wychodziły przepiękne sukieneczki, falbaneczki, którymi stroiła trzy córki. Podziw mój wynikał także z tego, że sama nie mogłam nigdy wyrobić w sobie zainteresowania robótkami ręcznymi. Mama potrafiła z tego, co robiła, uczynić sztukę. Urozmaicała sobie godziny pracy cichymi przyśpiewkami, które były przeważnie smętne, nawet tragiczne. Pobrzmiewały w nich bowiem echa polskich krwawych powstań. Pewnie dlatego pozostały mi w pamięci. Może warto chociaż małe strzępki tych pieśni przytoczyć:
Sponad lasów, sponad góry
Na dolinę sioła
Kruk się spuścił czarnopióry
Na żer dziatwę woła
Hej ty kruku czarnopióry
Z której strony burza cię przygnała
Skąd ten pierścień złotolity
Czyja ta dłoń biała.
Za górami za lasami
Jest tam bój nie lada
Krwią czerwoną rzeki płyną
Trup młodzieńców pada...
Niestety, dalszego ciągu o tym, jak dzieweczka poznaje pierścień, który dała ukochanemu, gdy szedł na śmiertelny bój, nie udaje mi się dziś odtworzyć. Mam natomiast odnotowany fragment innej piosenki mamy. O więźniu marzycielu (znów w tonacji minorowej, zupełnie jak historia naszej ojczyzny):
Dwunasta wybiła na miejskim zegarze
Więźniowie snem twardym śpią.
Nie wszyscy więźniowie, bo jeden z nich marzy,
On widzi wolność za mgłą...
Z tych wspomnień dziecka może powstać zbyt jednostronny obraz mamy, bo, jak rzekłam wcześniej, obowiązki gospodyni na średniej wielkości majątku miały szeroki zakres, a mama we wszystkim, czym się zajmowała, dążyła do perfekcji, co wyrażało się w uznaniu, jakim cieszyła się w okolicy. Niezwykle cenną cechą prowadzonego przez mamę gospodarstwa, było - zwłaszcza dla człowieka dziś bezmyślnie zaśmiecającego planetę - stosowanie (przecież bez jakiegokolwiek odgórnego przymusu) swoistego recyklingu. Niczego nie wyrzucano bezmyślnie, wszystko było przetwarzane, wszystko czemuś służyło. Także potłuczone szkło zabierał zaprzyjaźniony z ojcem Żyd Matus i odwoził w znane jemu miejsca.
Obraz mamy jako utalentowanej i wszechstronnej osoby kojarzy mi się z rolą, jaką w naszym domu odgrywał len. Dziś na Mazowszu trudno już spotkać pola zasiane tą rośliną. Przed wojną rodzice dostarczali len do fabryki w Żyrardowie, skąd - zgodnie z umową - część należności pobierali, w miarę potrzeby, w belach materiału zarówno lnianego jak i bawełnianego. Stąd zapewne taka piękna, biała pościel i drapiące lniane prześcieradła w naszych łóżkach. Ale worki, derki i inne domowe rzeczy wyrabiano we własnym zakresie. Na te wyroby część lnu pozostawała więc w domu.
Późną jesienią zaczynał się karnawał kołowrotków. Furczały nieraz dwa, czasami trzy kółka - jak je u nas nazywano. Grubą przędzę mogła produkować początkująca prządka, ale najcieńszą, idealnie gładką, przędła tylko nasza gospodyni Godlesia. Mama miała też zdolne do tej roboty paluszki. Uprzędzone na szpule nici trzeba było formować w odpowiednie obliczane dokładnie długości pasma, do czego służyło ręczne motadło.
Teofila Bieńkowska, matka Marii Tyszkowej, mojej babki.
Co robiły wtedy dzieci? Szykowały wszystko, co już wypadło z obiegu użyteczności, do... recyklingu! Było to zajęcie na długie jesienne i zimowe wieczory, po wypełnieniu domowej spiżarni wszelakimi zapasami na zimę. Wypełnialiśmy tą pracą wolne od innych zajęć godziny. Stare ubrania, powłoki, każdą rzecz materiału cienkiego, grubego, białe, czarne, kolorowe cięliśmy w paski, sczepialiśmy je, tworząc z nich różnobarwne kłębki, z których powstawały derki na konie i do wykładania siedzisk np. w saniach, chodniki i kolorowe dywaniki. Wytwarzane to było na krosnach, które stały jako obowiązkowa część umeblowania letniej kuchni. Stała tam również centryfuga, na której odciągano od mleka śmietanę. Kiedy powstała i u nas spółdzielnia mleczarska, skończyło się codzienne składanie tej maszynerii i codzienne jej mycie. Ta maszyna odzyskała drugą młodość w czasie okupacji, gdy trzeba było we własnym zakresie zaopatrywać się w masło. Wiązało się to, jak wszystko, z ogromnym niebezpieczeństwem.
W czasie okupacji, po 1939 roku, korzyść z uprawy niewielkiego poletka lnu była nie do pogardzenia. Czarny baran, który bódł każdego wedle własnego wyboru, dostarczył nam pięknej wełny, a z niej mama utkała dla całej rodziny na zapomnianych od dawna krosnach piękny materiał w jodełkę na kurtki, płaszcze i spódnice. Dlatego len utkwił mi w pamięci. Zbierałam z innymi dojrzałe łodyżki w niewielkie snopki, potem kijankami ostukiwałam okrągłe główki nasienne, żeby usunąć siemię, i tak przygotowana, związana w duże bele słoma lnu wędrowała do pobliskiej strugi. Moczenie trwało kilka tygodni, po czym rozkładane schły na słońcu. Po kąpieli w wodzie i słońcu słoma stawała się miękka i nadawała się do obróbki. I wtedy rozpoczynała się moja i nie tylko moja przygoda ze lnem.
Wraz z nadejściem złotej polskie jesieni ustawialiśmy za oborą po nawietrznej stronie stary jak świat słowiański sprzęt do obróbki lnu: międlice i cierlice. Rozpoczynała się - przy odpowiedniej pogodzie - praca niby prosta, acz żmudna i męcząca; każdy mały mieszczący się w dłoni snopeczek trzeba było najpierw połamać na międlicy, żeby odpadły z włókna paździerze. Uzyskane w ten sposób włókno było poddawane kolejnej obróbce na cierlicy - na niej zdzierało się z pasma zgrubną warstwę, czyli pakuły, a uzyskiwało gładkie, lśniące jedwabiście włókno, z którego przędło się na kołowrotku nić. Z pakuł powstawały też grubsze nici na inne potrzeby. Była to robota nie tylko ciężka, ale też brudna, bo niósł się z międlic drobny jak mgła pył, a na butach i ubraniu kładła się warstwa kłaków i paździerzy. Niewiele pomagały chustki na głowach i specjalny strój. Na szczęście wody było pod dostatkiem, a mydło wyrabiałyśmy domowym sposobem, bo to na kartki było niczym glina. W ten sposób spędzałyśmy pracowitą wojenną jesień w rytmie niosącego się po całej okolicy stukotu międlic.
Wacław Krajewski - mój ojciec.
W lnianej opowieści gdzieś zaginął mi mój tata, a przecież to ja zastępowałam mu synka, który opuścił ten piękny świat po kilku zaledwie miesiącach życia. Ojciec często przebywał poza domem, ale w domu zawsze, albo raczej zazwyczaj, odczuwaliśmy jego pogodę ducha: emanował ciepłem, chętnie dowcipkował lub żartował. Był urodzonym gawędziarzem, lubił towarzystwo i cieszył się wzajemnością - myślę, że mama nie zawsze oceniała tę jego cechę pozytywnie. Pewnie chciała częściej z nim się dzielić problemami, które w domu rozgrywały się z minuty na minutę, ale wiem, że ojciec miał także wiele trudnych do załatwienia spraw w gospodarstwie i poza nim.
Ja najchętniej pamiętam, jak uczył mnie tańczyć, jak rozbawił moją rówieśnicę z sąsiedztwa, Jadzię, aż ta postanowiła u nas pozostać, jak wyczekiwał ze mną na powrót koni z pola i podsadzał mnie na moją ulubioną kobyłkę, żebym mogła na niej wjechać na podwórko...
Ta kobyłka - niższa i łagodniejsza od innych koni - zginęła tragicznie, gdy późną jesienią 1939 roku wracaliśmy wieczorem z Pułtuska. Dlaczego i ja uczestniczyłam w tej wyprawie do miasta, nie jestem w stanie wyjaśnić po tylu latach. Trudno jednak zapomnieć pierwsze tak ciężkie przeżycie.
Tuż za Pułtuskiem, koło Gromina, natknęliśmy się na karawanę obładowanych czymś furmanek. Jechały stępa, jedna za drugą, niewidoczne, nieoświetlone choćby skromną latarką. Trzeba było podjąć trudną decyzję o ich wyprzedzeniu, ostatecznie dwa, trzy wozy powinno się wyprzedzić bez trudu. Natężenie ruchu nie dorównywało przecież dzisiejszemu. Nagle, w czasie wykonywania podjętego manewru, zza niewielkiego wzniesienia wyrosło jaskrawe światło reflektorów, w ich świetle dwie, trzy furmanki okazały się sznurem długim w nieskończoność. Pędził na nas samochód, a my nie mieliśmy szans na manewr, bo nie było żadnych odstępów między furmankami.
I stało się! Ojciec maksymalnie najechał w stronę furmanek, a kierowca skierował auto w stronę rowu, od którego dzieliła go niewielka pryzma szutru przygotowanego przez drogowców, i na niej się zatrzymał. Niestety, nie ominął mojej kobyłki - była z lewej strony zaprzęgu i auto uderzyło ją chyba wprost w głowę, bo padła martwa bez jednego jęku. Poza nią nikt z nas nie został poszkodowany, ale ja wydobyłam z siebie nieludzki wrzask. Zaniepokoiło to któregoś wysokiej rangi pasażera auta, bo kazał kierowcy upewnić się czy dziecko nie jest ranne.
- Ist Kinder krank?
- Nein, nein - usłyszał i odjechali.
Pozostaliśmy w ciemną noc sami, zadziwieni, że nas nie zwymyślano, z jednym koniem w zaprzęgu i drugim nieżywym, z którym trzeba było coś zrobić. I wtedy ze śpiących już domów pobliskiej wsi pojawiło się kilku mężczyzn, którzy wspólnym wysiłkiem usunęli do rowu kobyłkę i zapraszali, aby odpocząć albo może nawet przenocować. Nie skorzystaliśmy z ich gościnności, wdzięczni za pomoc ruszyliśmy z jednym koniem do domu, powoli wyciszając nerwy i odzyskując spokój.
Chętnie wysłuchiwałam opowieści ojca (niekoniecznie dla mnie przeznaczonych) w czasie częstych w naszym domu spotkań towarzyskich. Jego talent narratorski nadawał nawet drobnym faktom emocjonalny ładunek, co wobec braku telewizji i zalewającego nas obecnie potopu kolorowej makulatury, mogło stanowić dla słuchaczy rodzaj rozrywki, bo niejednokrotnie goście prowokowali ojca do snucia opowieści.
Niezauważona przez nikogo albo wręcz ignorowana, słuchając, wyobrażałam sobie scenerię malowaną słowami ojca, grozę czającą się gdzieś na drodze. Jedna z takich opowieści zaczynała się tak:
- Mój gniadosz jest koniem zrównoważonym, chociaż kipi w nim gorąca krew. Pod siodłem jest niezastąpiony. Mam do niego całkowite zaufanie. Ale ostatnio zrobił mi niespodziankę. Wracałem późną nocą - mówił ojciec - dochodziła północ. Księżyc, jak rybie oko, oświetlał leśną drogę. Miarowy stukot kopyt długim kłusem pędzącego konia, szelest zmrożonych pierwszymi przymrozkami liści wprowadziły mnie w stan półsnu. Wierzchowiec nie potrzebował przewodnika. Puszczone luzem wodze dawały mu całkowitą swobodę. Wkrótce wyjedziemy z lasu, niedaleko dom... Nagle coś się stało!
Jadwiga z domu Tyszka Krajewska - moja matka.
Ojciec zamilkł na chwilę, po czym przyciszonym tonem kontynuował:
- Czuję niepokój, koń stawia uszy i hamując gwałtownie, przysiada spłoszony, wręcz wystraszony. Nie wiem, co się dzieje. Chwała Bogu, w ostatniej chwili instynktownie udało mi się ściągnąć wodze, cudem nie wylądowałem w przydrożnych krzakach. Rozglądam się, co u licha? Nic nie widać, może lis przebiegł drogę?
Poklepałem zwierzę po karku, uspokoiłem łagodnym głosem - wydawał się odprężony. Dałem więc sygnał odjazdu. Nic z tego! Po raz pierwszy odmówił posłuszeństwa. Trzeba zatem powtórzyć najazd. Ten manewr nie wywołał sprzeciwu. Odjechaliśmy w las ze sto metrów i pełnym kłusem, po nawrocie, próbowałem pokonać tę diabelską niewidzialną przeszkodę.
Nie uwierzycie panowie, powtarzałem ten manewr czterokrotnie bez skutku. Nie ma wyjścia, myślę, muszę sprawdzić, jakie licho siedzi w tym piekielnym tarninowym krzaku na granicy z Wójtami.
Koń stoi niespokojny, zaparty czterema nogami, mnie też biegają po głowie zasłyszane bajduły o złym, który jakoby lubił tu przebywać, o duchach i różnych dziwadłach, o czym można się nasłuchać po chatach.
Nie miałem wyjścia. Zsiadłem z konia i wtedy nagle usłyszałem za plecami szelest. W lesie nie odczuwałem ostrych podmuchów wiatru, a tu - ni z gruszki ni z pietruszki - zawył głośno. Odwróciłem się gwałtownie, gotów zmierzyć się z tym, cokolwiek by to było. Rzeczywistość przerosła wszelkie moje wyobrażenia. Końskich wyobrażeń nie potrafimy docenić. Czy to była szmata, stary worek wrzucony w przydrożny krzak, czy papier, nie próbowałem sprawdzać. Wiatr szarpał się z tym czymś w gałęziach i ta walka dostarczyła mojemu rumakowi i mnie niecodziennych przeżyć. Przeprowadziłem konia przez to zaklęte miejsce, trzymając go przy uździe. I szczęśliwie dotarliśmy do domu.
Intonacja głosu, mimika i gesty towarzyszące opowieściom ojca tworzyły atmosferę napięcia i tajemniczości. Mnie tyle wystarczyło, nawet jeśli nie zawsze wszystko pojmowałam.