Marcin
Będę się powoli zbierał, babciu - powiedział Marcin, ostrożnie odkładając talerze i sztućce. - Dziękuję za obiad. Jak zwykle był przepyszny.
- Ale jakie "zbierał??! - obruszyła się kobieta, chcąc gromiącym wzrokiem sprawić, żeby wnuk ponownie usiadł. - Dokąd będziesz już pędził? Przecież dopiero przyszedłeś i jeszcze nawet nie spróbowałeś deseru!
- Nie dopiero, tylko ze dwie godziny temu. - Zauważył. - A po tym, jak nałożyłaś mi porcję obiadu niczym dla trzyosobowej rodziny, nie wcisnę w siebie niczego. Będzie dobrze, jeśli podniosę się z krzesła.
- Patrzcie go! Dwie godziny temu! - powtórzyła Malwina z ironią. - Kiedyś przesiadywaliśmy razem całą niedzielę, a teraz będziesz mi rozliczał na godziny wspólnie spędzony czas?
- Wiesz, że nie.
- Wpadasz w tygodniu jak po ogień, więc myślałam, że chociaż dzisiaj... - Urwała i teatralnie złapała się za głowę. - Ależ ze mnie stara zrzęda! Nie ma się co dziwić, że najchętniej uciekłbyś stąd jak najszybciej, choćby i przez dziurkę od klucza.
- Po takim obiedzie nie ma szans, że się przez nią przecisnę - stwierdził z przekąsem. - A ty nie jesteś starą zrzędą.
- To niby dlaczego chcesz już iść?
- Jestem z kimś umówiony - wypalił, zanim zdążył ugryźć się w język.
- Uuu... Z dziewczyną?!
Marcin nie odpowiedział od razu, by znaleźć właściwą wymówkę. Uśmiechnął się pod nosem i z pobłażaniem spojrzał na Malwinę. Była jedyną znaną mu osobą, której myśl, że poważny, dwudziestoośmioletni mężczyzna nadal umawia się nie z kobietami, a z dziewczynami, nie wydawała się skrajnie komiczna. Niestety, babcia jego chwilowe milczenie momentalnie zinterpretowała po swojemu.
- Naprawdę?! - wykrzyknęła. - To wspaniale! Wiesz, że od tak dawna...
- Babciu! - Próbował jej przerwać.
Wiedział, że kiedy się rozkręci, będzie tylko gorzej.
- Od tak dawna miałam nadzieję to usłyszeć! - Nie dała mu dojść do słowa. - Koniecznie musisz mi o niej opowiedzieć, najlepiej od razu. Mój Boże, już zaczęłam się martwić, że coś z tobą nie tak, albo że ty...
- Daj spokój! - Przerwał ponownie, tym razem bardziej stanowczo.
Malwina była jedną z dwóch najważniejszych kobiet w jego życiu. Umiała być taktowna, ale czasem zachowywała się strasznie upierdliwie. Wiedział, że dobrze mu życzyła i bardzo pragnęła, by się ustatkował. Niestety, oboje mieli różne wizje tego ostatniego. Marcin był pewien, że babcia najchętniej widziałaby go wciąż pod swoim dachem, umawiającego się na przyzwoite randki z porządnymi dziewczynami. Zabierałby je do teatrów albo gustownych restauracji, w których należało z dużym wyprzedzeniem rezerwować stolik. Wkładałby dla nich garnitur, a może i witał z różą w zębach... Pod innymi względami Malwina była całkiem postępową siedemdziesięciodwulatką, ale pod tym jednym pozostawała w głębokim średniowieczu. Doszło nawet do tego, że zaczęła podsuwać mu własne kandydatki na partnerki, ale Marcin patrzył na to z przymrużeniem oka. Nie mogła szczególnie przeboleć wnuczki jednej ze swoich serdecznych koleżanek, z którą spotkania konsekwentnie nie chciał wziąć pod uwagę.
Teraz jednak Malwina nie spuszczała z niego wzroku i wyraźnie oczekiwała, że rozwinie swoją wypowiedź, która tak niefortunnie mu się wymsknęła. Nie wyglądała, jakby miała odpuścić, zwłaszcza że pierwszy raz od dłuższego czasu w ich rozmowie zamajaczyło widmo kobiety. Zresztą nie była daleka od prawdy, ale Marcin nie chciał jej wtajemniczać, a przede wszystkim nie miał ochoty na dłuższy wywód. Poza tym w tego typu wymianach zdań to jemu pierwszemu zawsze brakowało argumentów.
- Umówiłem się z dawnym znajomym ze studiów - skłamał gładko i przynajmniej we własnych uszach zabrzmiał całkiem wiarygodnie. - Akurat jest dziś przejazdem w Gdańsku. Sama rozumiesz, że nie mogliśmy przepuścić tej okazji.
- Eh... kolega ze studiów? - Malwina wydała z siebie pomruk rozczarowania.
- Tak - przyznał, a potem w udawanym skupieniu spojrzał na tarczę przysadzistego, drewnianego zegara zdobiącego jedną ze ścian salonu i zanim babcia zdążyła przebiec w myślach listę jego znajomych i wypytać o szczegóły, do których ciągle miała doskonałą jak na swój wiek pamięć, dodał: - Ale właściwie mam jeszcze trochę czasu. Nie jest tak późno, jak sądziłem.
- W takim razie biegnę po deserek. - Malwina natychmiast się ożywiła, chociaż wyraz rozczarowania nie zdążył odpłynąć z jej twarzy.
- Nie! Błagam, nie każ mi już niczego jeść - zaoponował. - Lepiej przejdźmy się po ogródku i obejrzyjmy twoje kwiaty.
Oprócz przekarmiania kogo się dało, prób układania życia wnukowi i dwóch psów, które z dzikim szałem wypadały na zewnątrz, jak tylko otwierało się frontowe drzwi, Malwina uwielbiała ogrodnictwo. Kiedyś z zapałem uprawiała grządki, ale wraz z wiekiem sił miała coraz mniej i dwa lata temu uznała, że nadszedł czas, aby definitywnie skończyć z działkowaniem. Wszystkie siły zogniskowała odtąd na pielęgnacji kwiatowej rabatki i doglądaniu drzewek kwiatowych rosnących pojedynczo w różnych częściach ogrodu.
Marcin wiedział, że wciągnięcie Malwiny w dyskusję o roślinach skutecznie odwróci jej myśli od jego planów na dalszą część popołudnia. O naparstnicach, mieczykach czy liliach azjatyckich mogła rozprawiać godzinami, a on choć nie podzielał jej ogrodniczej pasji, przez lata nauczył się dziesiątek przedziwnych nazw. Umiał zidentyfikować kilkanaście kwiatowych okazów, zanim na dobre zdążyły zakwitnąć. Był pewien, że babcia nie spędzałaby długich godzin na wyrywaniu chwastów czy podlewaniu ogródka, gdyby naprawdę tego nie kochała. Opanowała nawet zakupy internetowe głównie po to, by ściągać na rabatkę coraz bardziej zachwycające okazy.
- Zobacz, co za wredna roślina! - zagadnęła, wskazując na przypominające natkę marchewki liście wystające spomiędzy kępek lwich paszczy. - Zlikwidowałam czarnuszkę już dwa lata temu, a i tak ciągle gdzieś wyłazi. Gdybym ją tutaj zostawiła, zaraz by zakwitła, a nasiona rozsiałyby się wszędzie. I tak sporo ich ciągle siedzi w ziemi.
Kobieta schyliła się i uważnie wyrwała całą roślinkę, a potem dokładnie przyjrzała się korzeniom, upewniając się, czy są całe.
- Biedne kwiatki - skwitował Marcin. - U ciebie nawet one nie mają swobody. Wszystkie muszą rosnąć od linijki i dokładnie tam, gdzie chcesz
- Przydałby mi się ktoś, kto mnie zrozumie - powiedziała z westchnieniem po chwili ciszy. - Ktoś, z kim mogłabym przegadać całe popołudnie o wyższości lwich paszczy nad czarnuszką, lawendy nad maciejką. Starość to bardzo samotny stan, Marcinku.
- Ty i samotność! - parsknął. - No proszę cię, babciu! Masz dziesiątki koleżanek. Nigdy nie byłem w stanie spamiętać nawet ich imion, a co dopiero tego, która gdzie mieszka, ile ma dzieci czy wnuków.
- I prawnuków - dodała z przekąsem Malwina. - Na przykład Hela doczekała się prawnuczki i ma jeszcze dużo siły, by się nią nacieszyć. Tylko patrzeć, aż Anastazja też zostanie prababcią, a ja...
- A ty jesteś za młoda na prawnuki - przerwał to, co zapowiadało się na kolejny wywód zmierzający w niepożądanym kierunku. - Poza tym masz najlepszego wnuczka pod słońcem, a reszta przyjdzie w swoim czasie.
Lena
Powietrze przecinał zapach ostrego płynu do płukania tkanin. Pachniał mieszanką aromatów kwiatowych, która była tak słodka, że w połączeniu z parnym powietrzem czerwcowego popołudnia, wdzierającym się przez uchylone okno, wydawała się aż lepka. Wanda ze złością ściągała ubrania z suszarki. Całkiem suchą bieliznę układała na jednej kupce, a lekko wilgotne T-shirty na drugiej, cmokając przy tym z niezadowoleniem. Na widok córki wchodzącej do łazienki tylko się skrzywiła.
- Pomogę ci - zaproponowała Lena, próbując zbliżyć się do suszarki zamocowanej nad wanną, ale matka niby mimochodem zagrodziła jej drogę.
- Poradzę sobie. Łaski bez!
- Mamo... - jęknęła z rezygnacją. - Naprawdę nie chcę, żebyście wyjeżdżali z tatą w takich nastrojach.
- Sama jesteś temu winna! - prychnęła Wanda i gdy z naręcza ubrań kilka upadło na podłogę, chciała dodać coś jeszcze, ale ostatecznie ugryzła się w język. - Możesz się przesunąć? - wycedziła tylko przez zęby i usiłowała przecisnąć się między córką a drzwiami.
Lena z westchnieniem wycofała się z łazienki, ale stanęła tuż za progiem i ponownie spojrzała na matkę.
Jej rodzice byli strasznie uparci. Chyba do końca wierzyli, że znów postawią na swoim, czego sama ich nauczyła swoim budowanym przez lata posłuszeństwem i nieskomplikowaną naturą. Była ich jedynym i wyczekiwanym przez lata dzieckiem. Mama długo nie mogła donosić ciąży. Pierwsze trzy straciła i dopiero w wyniku czwartej córka szczęśliwie przyszła na świat. Była dla rodziców darem od losu, co podkreślali przy różnych okazjach. W dodatku przez całą małoletność stanowiła wzór dziecięcych cnót, a okres nastoletniego buntu przeszła prawie niezauważalnie. Koleżanki mamy, które zmagały się z uporem własnych dzieci i rozlicznymi problemami wychowawczymi narastającymi z wiekiem, z zazdrością wysłuchiwały jej opowieści o tym, jaka Lena jest posłuszna i poukładana. Wreszcie Wanda i Andrzej uwierzyli, że zawsze tak będzie. Byli przekonani, że wzorowo wychowali córkę, a ona nigdy im się nie sprzeciwi. Jednak nadszedł moment, w którym Lena to zrobiła.
- Może spróbujesz chociaż odrobinę tego kruchego ciasta, które upiekłam? - podjęła, kiedy mama przeszła z łazienki do sypialni i rzuciła ubrania na łóżko. - Zaparzyłam świeżą zieloną herbatę.
- Nie udobruchasz mnie herbatą i kawałkiem zwykłego ciasta. - Wanda spojrzała na córkę z niechęcią.
- Nawet jeśli wyjątkowo nie wyszedł mi zakalec? - Dziewczyna próbowała nie tracić entuzjazmu.
- Ciągle nie możemy z ojcem pojąć, że tak ci odbiło. - Matka postanowiła zignorować ostatnią wypowiedź.
- To, że mam inne plany niż wy, nie oznacza od razu...
- Wiesz, że zarezerwowaliśmy dla ciebie miejsce. - Wanda weszła jej w słowo.
- Przecież od dwóch miesięcy nieustannie powtarzałam, że z wami nie pojadę.
- Myśleliśmy, że jak przyjdzie co do czego, to pójdziesz po rozum do głowy - zripostowała kobieta, a potem dorzuciła: - To wszystko przez tego chłopaka. Niby wydawał się z początku taki miły, ale ojciec od razu stwierdził, że będzie miał na ciebie nie najlepszy wpływ.
- Mamo... - Próbowała wtrącić Lena, ale Wanda, która jeszcze przed chwilą nie była skora do rozmowy, teraz nie dała jej dojść do głosu.
- Z pewnością lepiej by było spędzić lato na randkowaniu, a nie na ciężkiej pracy. Migdalić się z chłopakiem i cieszyć urokami młodości, niż wyjechać na dwa miesiące ze starymi, żeby harować w polu w słońcu i deszczu. Ale wiesz dobrze, jak przydały nam się te pieniądze, które zarobiliśmy w zeszłe wakacje!
Lena głośno przełknęła ślinę. Wiedziała aż za dobrze.
Rok wcześniej nie dostała się na państwową uczelnię, co znacznie obciążyło rodzinny budżet. Mierzyła wysoko i wybrała dwa porządne kierunki na politechnice oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od rodzinnego miasta. Niestety, przeceniła swoje możliwości i na maturze zabrakło jej paru punktów, przez co znalazła się pod progiem przyjęć. Jedyną realną opcją okazała się prywatna uczelnia ciesząca się przyzwoitą renomą i położona niedaleko domu. Udało się w ten sposób uniknąć konieczności wynajmu pokoju w mieszkaniu studenckim, ale czesne pochłaniało znaczne kwoty. Rodzice dotąd niczego Lenie nie wypomnieli, ale i bez tego wiedziała, że stanowiła dla nich większe obciążenie finansowe niż kiedykolwiek wcześniej.
Jej rodzinie nigdy się nie przelewało. Ojciec przez całe życie pracował w fabryce, mama z kolei imała się różnych zajęć, ale nie miała zbyt dużo szczęścia. Kiedyś była zatrudniona w sklepie odzieżowym, ale ten prosperował słabo i choć Wanda bardzo lubiła tę pracę, a właściciel nie chciał jej zwalniać, ostatecznie podjął decyzję o likwidacji butiku. Później udało jej się dostać na finansowany przez urząd pracy staż sekretarki, ale szanse na stały etat były nikłe. Ostatecznie stanowisko obsadzono po znajomości, a Wanda znów została na lodzie. W końcu porzuciła pomysł roznoszenia CV po lokalnych instytucjach i firmach, bo nikt nie chciał zatrudnić kobiety bez większego doświadczenia zawodowego, dyplomu ukończenia studiów i przede wszystkim znajomości.
Aby podreperować rodzinny budżet, w sezonie letnim ojciec brał bezpłatny urlop i razem z mamą wyjeżdżali do Norwegii. Mieli sprawdzoną plantację truskawek, której właściciel oferował rentowne zatrudnienie. Przez lata Lena spędzała ten czas pozostawiona pod opieką dziadków, ale kiedy była w klasie maturalnej, zmarli oni kolejno po sobie w odstępie dwóch miesięcy.
Po zdaniu matury po raz pierwszy pojechała tam z rodzicami. Praca była ciężka, ale zatrudniający ich farmer zapewniał godziwe warunki pobytu i traktował polską siłę roboczą z przyzwoitym szacunkiem. Najważniejsze było jednak to, że dzięki środkom zarobionym przy zbiorach rodzice Leny nie musieli martwić się o nieprzewidziane wydatki ani o to, czy będzie ich stać na opłacenie ogrzewania, jeśli zima okaże się wyjątkowo długa i sroga. Ani o to nieszczęsne czesne. Mogli też odkładać pieniądze na czarną godzinę, o której ojciec złowieszczo wspominał co najmniej kilka razy do roku, a fakt, że dotąd nie nadeszła, nie dawał żadnej gwarancji na przyszłość. A teraz Lena okazała się niewdzięcznicą! Chociaż już wiosną rodzice umówili się z właścicielem plantacji, że również i w tym roku przyjadą do Norwegii w trójkę, nie zamierzała udać się tam z nimi.
Rozmawiali o tym wielokrotnie, ale do ostatniej chwili rodzice wierzyli, że przemówią jej do rozsądku. Kiedy tak się nie stało, ojciec przestał się do niej odzywać, a mama dąsała się i na każdym kroku okazywała, jak bardzo Lena ich zawiodła. Do rodziców nie docierało, że nie zamierzała spędzić wakacji, leżąc do góry brzuchem. Planowała zarobić pieniądze, tyle że nie z nimi i nie w Skandynawii.
Mimo wszystko liczyła, że uda się ocieplić atmosferę, zanim wyjadą, ale na to się nie zanosiło. Chociaż za oknem świeciło ostre czerwcowe słońce, w domu wiało chłodem jak w środku lutego. Kiedy ojciec wyszedł na ostatnie przedwyjazdowe zakupy, Lena postanowiła spróbować po raz ostatni.
- Wiem, że nie aprobujecie mojej decyzji, ale spróbuj mnie zrozumieć - zagadnęła.
- A co tu jest do rozumienia? - Wanda odstawiła żelazko, którym od dłuższej chwili przesuwała po desce, przygotowując ostatnią partię ubrań do spakowania. - Co właściwie wiesz o tej robocie, którą rzekomo nagrał dla was Patryk?
- Wiem, że wybieram sałatę lodową kosztem truskawek i holenderskie wiatraki zamiast norweskich fiordów - odrzekła lżejszym tonem.
Liczyła, że mama choć na moment się uśmiechnie, ale nie uniosła nawet kącików ust.
- Przykro mi, córciu, ale nie mogę uwierzyć, że chłopak taki jak Patryk, z bardzo zamożnej rodziny, będzie dorabiał na zbiorach. - Matka znów przytoczyła swój niezbity argument. - Jego rodzice są cenionymi prawnikami. Mają samochody warte pewnie tyle co nasz dom. A ty twierdzisz, że będziecie zbierać razem sałatę lodową?! Przecież wiesz, jak wygląda taka robota. Nie ma w niej niczego doniosłego i nie jest raczej dla bogatych ludzi.
- Patryk chce zdobyć nowe doświadczenia, zasmakować samodzielności, a przy okazji ja być może zobaczę kawałek świata. Pewnie nie zarobię tyle, co w zeszłym roku razem z wami, ale...
- Naprawdę sądzisz, że tu chodzi głównie o twój zarobek?
- Mamo... - Lena podeszła do matki i próbowała ją objąć, ale Wanda nie miała zamiaru dać się obłaskawić. - Zawsze miałaś do mnie zaufanie. Przecież wiesz, że jestem rozsądna.
- Mam zaufanie do ciebie, ale nie do niego.
- Wydawało mi się, że go lubisz.
- Lubię, ale nie kiedy zabiera cię nie wiadomo gdzie - prychnęła. - W dodatku od tygodnia źle mi się śni i czuję, że ten wasz wyjazd nie skończy się najlepiej.
- Co takiego?! - Lena wybałuszyła oczy. - Od kiedy wierzysz w sny? Ty, tak twardo stąpająca po ziemi?!
- Nie w sny, tylko w jeden konkretny - sprostowała. - Zawsze kiedy przychodzi, dzieje się coś złego. Wiem, że teraz też tak będzie. Niestety, jesteś dorosła i nie mogę cię powstrzymać. Mogę cię jedynie przestrzec, ale i tak nie będziesz słuchać.
Malwina
Przy lekkim nacisku tuż poniżej górnej części korony mięsiste płatki rozchyliły się, ukazując wnętrze kwiatu. Malwina uśmiechnęła się do siebie, po czym chwyciła ostrożnie łodyżkę drugiej rośliny i zrobiła z nią to samo. Wyżlin większy, popularnie zwany lwią paszczą, miał soczyście żółty kolor, przez co idealnie współgrał z czerwcowym słońcem. Od kilku dni było wyjątkowo intensywne, zwłaszcza jak na Trójmiasto. Zdążyło nawet podsuszyć trawę na środku podwórza i wyssać wilgoć z ziemi. Dla Malwiny oznaczało to, że po zachodzie słońca rabatka będzie wymagała obfitego podlania. Przez krótki okres upalnej pogody kwiaty nie mogły przecież zmarnieć, a już na pewno te lwie paszcze wyhodowane z taką pieczołowitością.
Ze względu na żmudny proces przygotowania rozsady prościej byłoby wiosną kupić gotowe sadzonki na lokalnym targu lub zamówić u producenta. Malwina nie lubiła jednak iść na łatwiznę. Już w marcu wysiała nasiona do podłużnych skrzynek i ustawiła je w nadgryzionej zębem czasu szklarni, która przez wiele lat służyła jako miejsce uprawy pomidorów. Te jednak kończyły się co najwyżej umiarkowanym powodzeniem. Bez zastosowania oprysku rośliny trawiła pleśń lub zaraza, przez co zbiory nie były nigdy duże. Kilka sezonów temu Malwina definitywnie zaadaptowała starą szklarnię do przechowywania rozsad.
Z początkiem maja, kiedy ryzyko porannych przymrozków było już mniejsze, Malwina przeprowadzała pikowanie lwich paszczy i wysadzała je na rabatkę. Miała nie tylko rękę, ale i serce do kwiatów, szczególnie tych rosnących na wolnym powietrzu, a one odwdzięczały się za poświęcony czas. Oprócz żółtych lwich paszczy udało jej się wyhodować jeszcze trzy inne odmiany kolorystyczne, które razem z rosnącymi obok aksamitkami i naparstnicami tworzyły przyjemną dla oka kompozycję.
W rogach rabatki kwitły bujne kępki lawendy, które dawno temu zastąpiły maciejkę. Obie rośliny cieszyły zapachem, ale zdaniem Malwiny to ta pierwsza prezentowała się okazalej. Starsza kobieta każdego lata zrywała część kwiatostanów, suszyła je, a później wkładała do małych płóciennych woreczków ściąganych sznurkiem. Tak przygotowane lądowały w szafach. Jeden woreczek Malwina trzymała zawsze pod poduszką, wierząc, że uspokajający zapach lawendy pomoże jej się wyciszyć i usnąć ożywczym snem. Fioletowe kwiaty stanowiły również piękną ozdobę domu. Zamknięte w zasuszonym bukiecie, nawet jeśli trochę przyblakniętym, wiszącym w kuchni obok okapu, w środku zimy przypominały o ciepłych wieczorach spędzanych na tarasie i tętniącym kolorami ogrodzie.
Chociaż Malwina uwielbiała lawendę, przez całe lato najbardziej czekała na kwitnienie tygrysówki pawiej, która należała do bardziej kapryśnych roślin. Zdarzało się, że zakwitała w ostatnim tygodniu lipca, ale w zeszłym roku kazała na siebie czekać do pierwszych dni września. Malwina wolała używać jej łacińskiej nazwy - Tigridia pavonia, co brzmiało bardziej tajemniczo i podkreślało jej nadzwyczajność. Jej okazałe kwiaty, których średnica wynosiła od dziesięciu do piętnastu centymetrów, składały się z sześciu płatków. Trzy zewnętrzne były szeroko rozpostarte, trzy środkowe zaś były niemal o połowę krótsze i cechowały się zaskakującą kombinacją barw. Odmian kolorystycznych było dużo. Te, które kwitły w ogrodzie Malwiny, miały żółte płatki z czerwonymi cętkami.
Tym, co czyniło Tigridię najbardziej niezwykłą rośliną na rabatce, było to, że kwiaty rozkwitały pojedynczo, jeden po drugim, przez kolejne poranki. Każdy z nich kwitł tylko przez jeden dzień, od rana do wieczora, i nie było sposobu, by zachować je na dłużej. Jeśli przegapiło się kwitnienie, na kolejne trzeba było czekać cały rok. Na razie nie zanosiło się, by tygrysówka miała szybko zakwitnąć. Było na to za wcześnie.
Wyrywając kilka pojedynczych chwastów spomiędzy aksamitek, kobieta stwierdziła, że ziemia była bardziej przesuszona, niż sądziła. Prognozy zapowiadały załamanie pogody w połowie przyszłego tygodnia i chociaż lubiła ciepło, cieszyła się z przewidywanego deszczu, bo ziemia i kwiaty go potrzebowały.
Dwa psy - ciemnobrązowy Tobi, w typie owczarka niemieckiego, ale w nieco mniejszej i łagodniejszej wersji, oraz Twister, będący mieszańcem jamnika o biszkoptowym umaszczeniu - spały pod ustawionym na tarasie ratanowym stołem. Nie sprawiały wrażenia, jakby miały zaraz się przebudzić i harcować w pełnym słońcu, ale to mogło być złudne. Malwina nie zamierzała ryzykować i pozostawić je same na podwórku. O ile Twister był z natury spokojny, mieszkał tu długo i dobrze wiedział, co mu wolno, a czego nie, o tyle Tobi bywał trudny do okiełznania. Lubił testować cierpliwość właścicielki i niestrudzenie przesuwać granice tolerancji. Sprowadzał też na złą drogę swojego mniejszego towarzysza. Malwina nie chciała nawet myśleć, co by było, gdyby psy znalazły okazję do zabawy w podkopy pod tak pięknie kwitnącymi lwimi paszczami.
- Dosyć wygrzewania się na słońcu! - zarządziła, schylając się i mierzwiąc sierść najpierw mniejszego, a następnie większego zwierzaka. - Idziemy do domu, chłopaki!
Psy podniosły się niechętnie i przez duże przeszklone drzwi poczłapały do salonu, którego centralną część zdobił okrągły, futrzany dywan w bijącym po oczach jaskrawożółtym kolorze.
Malwina kiedyś była bardziej pragmatyczna. Wolała nieskomplikowane barwy i przedmioty, z których każdy miał wyraźne przeznaczenie, ale na starość z lubością otaczała się pstrokatymi rzeczami. Wybijały się wśród nich barwy papuzie i kanarkowe, jakie jeszcze kilka lat temu nie znalazłyby miejsca w salonie - podobnie jak ten kuriozalny włochaty dywan. A już na pewno nie pozwoliłaby deptać go czworonogom, które nie dalej jak godzinę temu z zapałem rozkopywały trawnik.
Z uporem sprzątała co tydzień całe mieszkanie, czyszcząc wszystkie zgromadzone przez lata bibeloty. Marcin uważał, że to bez sensu, bo gdyby pozbyła się chociaż części nieprzydatnych rzeczy, miałaby mniej do sprzątania. Malwina nie mogła jednak pozwolić na to, by jej życie stało się bezbarwne i pokryte kurzem. Nie chciała jeszcze przyznać, że dobiega do schyłku swoich lat, a przed osiągnięciem tego punktu czeka ją wyłącznie leniwa starość. Dbanie o dom, generalne porządki, które urządzała częściej, niż było to konieczne, wyrywanie tego, co Marcin nazywał niewidzialnymi chwastami, czy dwa psy pozostawiające wszędzie ślady łap i kępki sierści - to wszystko pozwalało jej zapomnieć o jednym - tym, jak bardzo czuła się samotna.
Lena
Szczęśliwej drogi! - powiedziała Lena, obejmując delikatnie Wandę, która nie oponowała i ostatecznie dała się uściskać na pożegnanie, choć minę nadal miała naburmuszoną. - Uważajcie na siebie i dajcie znać, jak dojedziecie.
- To ty na siebie uważaj - odrzekł kwaśno ojciec po tym, jak w bagażniku dużego busa umieścił bagaż swój i żony. - I koniecznie do nas zadzwoń, zanim wyjedziesz z Patrykiem do Holandii.
Na usta mężczyzny wypełzł wątły i wymuszony uśmiech, który i tak był najlepszym, czego Lena mogła w tych okolicznościach oczekiwać. Nie bez znaczenia był też fakt, że rodzice pozwolili odwieźć się na miejsce zbiórki rozklekotanym, bordowym volkswagenem, który mogła prowadzić tylko w wyjątkowych sytuacjach. Chociaż był stary, nie miał dużej wartości i potwornie rzęził, głównie w zimie, kiedy próbowało się odpalić go na mrozie, był jedynym samochodem należącym do rodziny. Ojciec traktował go więc niemal jak mercedesa, może nie świeżo odebranego z salonu, ale wciąż cennego.
Gdy Lena wróciła do domu, było w nim tak cicho, że poczuła się nieswojo. Mimo że rodzice nie zabrali z sobą wielu rzeczy, z każdego kąta wyzierała pustka, zupełnie jakby czegoś nagle zabrakło. Może dlatego, że to mama od zawsze tworzyła duszę tego miejsca. Kiedy wyjeżdżała na parę dni, nawet kwiaty ustawione na parapetach w równych i kolorystycznie dobranych doniczkach wolały znędznieć. Storczyki nigdy nie zakwitły pod jej nieobecność, liście skrzydłokwiatu traciły sprężystość, a fiołki stopniowo gubiły wszystkie kwiaty. Najmocniej dostrzegało się to, kiedy kilka tygodni przed śmiercią babcia trafiła do szpitala i nigdy z niego nie wyszła, a mama spędzała większość czasu przy jej łóżku. Wracała wieczorami wykończona nie tyle fizycznie, ile emocjonalnie, i to Lena musiała na ten czas przejąć większość domowych obowiązków. Starała się ambitnie łączyć je z nauką do matury, ale cały dom i tak wyraźnie podupadł, szczególnie te kwiaty. Tylko aloesom rozstawionym malowniczo na kuchennym parapecie zupełnie nic nie przeszkadzało.
Aby wypełnić pustkę i zmniejszyć nieznośność ciszy, która narastała z każdą minutą, Lena włączyła muzykę. Nastawiła dźwięk głośniej niż zwykle i z playlisty z ulubionymi kawałkami wybrała Lindsey Stirling. Kiedy w pomieszczeniu zawibrowały melodyjne tony skrzypiec, opadła na łóżko, zamknęła oczy i całkowicie poddała się muzyce.
Skrzypce były wielką miłością Leny. Jako dziecko zobaczyła w telewizji skrzypaczkę, która grała krótki fragment utworu Schumanna, i nie potrafiła oderwać od niej wzroku. Przez lata utrzymywała, że już wtedy zakochała się niezrozumiałą dziecięcą miłością w wysokich, zawodzących dźwiękach. Gdyby to wyłącznie od niej zależało, wcale nie próbowałaby po maturze dostać się na logistykę czy marketing, a ostatecznie nie wylądowałaby na administracji publicznej, tylko aplikowałaby na akademię muzyczną. Ale była realistką i już dawno podjęła decyzję, że muzyka mogła stanowić ważny dodatek dopełniający codzienność, czy wręcz nadający sens życiu, ale umieszczenie jej na pierwszym planie byłoby fanaberią.
Lena bywała więc skrzypaczką w wolnym czasie. Gra przez lata zastępowała jej wiele innych rozrywek, z jakich korzystali rówieśnicy. Podczas gdy dzieciaki z osiedla spędzały ciepłe popołudnia na wspólnych zabawach, urządzały coraz dalsze wycieczki rowerowe, a nieco później słuchały na cały regulator MTV, wzdychając do wybranych piosenkarzy, Lena biegała na zajęcia do szkoły muzycznej, otulała się nostalgicznymi dźwiękami muzyki klasycznej i bardziej niż boskim Enriquem Iglesiasem zachwycała się Paganinim. Lekcje gry, rytmika, kształcenie słuchu i z początku mozolne, a później coraz przyjemniejsze i bardziej wprawne ćwiczenia wypełniały jej większość czasu po szkole. Tylko w weekendy pozwalała sobie na dłuższe chwile oddechu od muzyki.
Nikt nigdy nie powiedział jej, że ma ogromny talent. Nie nazywano jej diamentem, który przez lata ćwiczeń dałoby się oszlifować i wypuścić na największe światowe sceny muzyczne. Nie wzbudzano w niej ambicji, że wypłynie kiedyś na najgłębsze wody. Ale była na tyle zdolna i pracowita, by ukończyć sześcioletnią szkołę muzyczną pierwszego stopnia. Później chciała pójść do szkoły drugiego stopnia, ale ta położona była zbyt daleko od domu. Ostatecznie kontynuowała naukę na lekcjach prywatnych, na które rodzicom trudno byłoby znaleźć środki finansowe, gdyby nie fakt, że uczył ją ten sam nauczyciel, u którego przez lata szkoły muzycznej pobierała naukę, dzięki czemu znał jej sytuację i zgodził się udzielać lekcji raz w tygodniu za półdarmo. Od klasy maturalnej Lena ćwiczyła sama, ale przez cały ten czas nie zmieniło się jedno - grała niemal codziennie. Potrafiła zatracić się w muzyce na kilka godzin.
Dziewięć miesięcy temu w jej sercu oprócz skrzypiec znalazło się miejsce dla wysokiego, ciemnowłosego chłopaka o hipnotyzującym spojrzeniu zimnych, niebieskich oczu. Był studentem trzeciego roku prawa, czym kultywował rodzinną tradycję. Jego ojczym był prokuratorem, a matka pracowała jako radca prawny. Patryk miał ambicję, by co najmniej im dorównać. Wiedział, że tego od niego oczekiwali.
Lena wciąż nie mogła pojąć, czemu zwrócił uwagę akurat na nią. Był nie tylko atrakcyjny fizycznie, ale i obdarzony ujmującym sposobem bycia, do tego umiał być dowcipny w niewymuszony sposób. Potrafił zjednywać sobie ludzi bez większego wysiłku, jak gdyby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Ona z kolei wydawała się sobie szarą gąską, może i całkiem zgrabną, i obdarzoną ładną twarzą, ale zupełnie pozbawioną przebojowości. Zawsze stała trochę w cieniu. Nie umiała rozpychać się łokciami, walcząc o swoje - nieważne, czy chodziło o przychylność nauczycieli, czy popularność wśród rówieśników. Ostatecznie i tak najważniejsze były drewniane skrzypce i chwile, kiedy mogła swobodnie wydobywać z nich muzykę.
Patryka natomiast lubili wszyscy, tylko ojciec Leny nie zapałał do niego głębszą sympatią. Obie z mamą reagowały na to pobłażliwym uśmiechem, bo ojciec przez lata zarzekał się, że każdy kolejny chłopak starający się o względy córki będzie musiał najpierw zmierzyć się z nim - Andrzejem Kowalskim. Prężył się przy tych deklaracjach w sposób, który niezmiennie powodował u Leny i Wandy wybuchy niekontrolowanego śmiechu. Patryk nie musiał jednak stawać w szranki. Był błyskotliwy i potrafił podchodzić do ludzi pokojowo. Nawet Andrzej w pewnym momencie musiał stwierdzić, że chłopak jest co najmniej znośny, chociaż niezmiennie mierził go fakt, że jego sytuacja materialna drastycznie kontrastowała z ich własną.
Wydawało się, że Patryk mógł mieć każdą dziewczynę, ale to właśnie Lenę wyłowił z roztańczonego tłumu w modnym wśród studentów klubie podczas zorganizowanych przez samorząd uczelni otrzęsin pierwszego roku. Powiedział jej później, że inni tańczyli do muzyki, za to ona poruszała się tak, jakby dźwięki wychodziły z niej, a nie z rozstawionych w rogach sali głośników.
Pewnego popołudnia po kilku miesiącach znajomości, kiedy zamknięci w pokoju Leny stracili poczucie czasu i istnienia świata poza ich własnymi granicami, wyciągnęła skrzypce i zagrała tylko dla niego. Dotąd robiła to wyłącznie dla siebie, rodziców lub dziadków. Wzięła też udział w kilku koncertach organizowanych przez szkołę muzyczną, ale niezbyt lubiła występować publicznie. Peszyły ją obce spojrzenia i to, że ktoś miał oceniać dźwięki wypływające spod jej smyczka. Skoro wiedziała, że nie zostanie zawodową skrzypaczką, chciała, by muzyka, którą grała, należała tylko do niej i do osób mających w jej życiu największe znaczenie.
Marcin
Mając dwadzieścia osiem lat, Marcin wcale nie uważał, że wszystko przychodzi w swoim czasie. Jeśli chciałby wierzyć w przeznaczenie, musiałby najpierw sam przed sobą przyznać, że jego było raczej parszywe. Historią niefortunnych zdarzeń mógłby obdarzyć całą okolicę. Z perspektywy czasu wiedział, że one również go ukształtowały, tyle że był to kształt daleki od ideału, naznaczony brakami i niepowetowanymi stratami.
Pierwszą z nich zafundował mu własny ojciec, którego praktycznie nie pamiętał. Znał go głównie z nielicznych fotografii wetkniętych w celofanowe kartki rodzinnego albumu - jednego z wielu rozpychających szafkę w babcinym salonie - a także z opowiadań. W tych drugich często przewijało się enigmatyczne stwierdzenie, że jego ojciec, Jan Kamiński, nie był dobrym człowiekiem. Babcia Malwina zarzekała się, że od początku próbowała wybić go z głowy swojej córce, ale dwudziestodwuletnia wówczas Justyna dała się omamić urokowi blisko dekadę starszego, błyskotliwego i dobrze sytuowanego mężczyzny. Zakochała się i nawet Marcin, który w pewnym okresie życia niemal kompulsywnie oglądał album z fotografiami ślubnymi rodziców, musiał przyznać, że szczęście, jakie biło od mamy ubranej w śnieżnobiałą, koronkową suknię, wyglądało na autentyczne.
Kiedy ojciec jeszcze z nimi mieszkał, Marcin był zbyt mały, by pamiętać, w którym momencie tamto szczęście z fotografii zastąpiła proza życia z wyjątkowo bezwzględną w ich przypadku zjadliwością.
Chociaż Jan był ostatnią osobą, którą otoczenie mogło o to podejrzewać, regularnie zaglądał do kieliszka, z czasem coraz częściej. Kiedy za dużo wypił, co szybko stało się normą, wpadał w gniew i bił. Był człowiekiem sukcesu, który alkoholem zapijał stres przyniesiony z pracy. Twierdził, że musiał się znieczulać, bo w życiu zawodowym naoglądał się tak wiele zła, że nie dało się przyjmować go na trzeźwo. Jak wynikało z relacji babci, ilekroć po pijaku uderzył Justynę, tylekroć na drugi dzień przychodził kac moralny i Jan kajał się do granic możliwości. Przynosił obfite bukiety, kupował biżuterię, zabierał żonę i syna na atrakcyjne wycieczki, na których zachowywał się jak wzorowa głowa rodziny. Nade wszystko obiecywał poprawę. Czasem udawało mu się dotrzymać obietnicy przez kilka tygodni, czasem były to miesiące - na tyle długo, by Justyna uwierzyła, że sytuacja więcej się nie powtórzy.
Któregoś razu po wyjątkowo ciężkim tygodniu pracy i długiej absencji od bicia Jan wpadł w bezprecedensową złość. Oprócz żony pobił też czteroletniego wówczas Marcina, chociaż nigdy wcześniej nie podniósł na niego ręki. Na domiar złego zrobił to tak dotkliwie, że chłopiec o mały włos nie wylądował w szpitalu. To wtedy dla Justyny miarka się przebrała. Nie pomogły żadne prezenty, a jedynym ustępstwem, na jakie zdołała pójść, było niezgłoszenie sprawy na policję. Jan musiał na to przystać. Interwencja policji, a przede wszystkim założenie sprawy w sądzie, stanowiłoby rysę na jego karierze. Raczej wyszedłby bez szwanku, bo znał odpowiednich ludzi, ale nie chciał korzystać z ich życzliwości w ten sposób. W swoich kręgach zawodowych cieszył się nieposzlakowaną opinią i był gotowy zrobić wszystko, żeby tak zostało.
Dał Justynie szybki rozwód. Okazało się, że oprócz agresywnego zachowania miał też kochankę, której obecność znacznie ułatwiła sprawę. Mógł wziąć winę na siebie, jednocześnie nie przyznając się do tego, co najbardziej chciał ukryć. Zostawił żonie i synowi położone w centrum Gdańska mieszkanie. Przystał też na to, by Justyna sprawowała wyłączną opiekę nad Marcinem. Choć nie został pozbawiony władzy rodzicielskiej, całkowicie przestał się interesować synem. Wnioskował o przeniesienie służbowe i wylądował na drugim końcu Polski, skąd o jego istnieniu przypominał tylko comiesięczny przelew tytułem zasądzonych alimentów.
W kolejnych latach Marcin próbował zrozumieć, czemu tak szybko stał się dla ojca zbędny, ale ilekroć poruszał ten temat z mamą czy babcią, zawsze słyszał niepodlegający dyskusji argument, że Jan nie był dobrym człowiekiem. Obie powtarzały to, jakby te słowa miały wyjaśniać wszystko i sprawić, by chłopiec nigdy nie miał poczucia winy, że to za jego sprawą rodzina się rozpadła. Niestety, czasem tak właśnie myślał, że gdyby tamtego dnia nie dał ojcu powodu do spuszczenia mu manta, nic by się nie stało. Nie pamiętał nawet, co takiego zrobił, że wprawił Jana w gniew. Mając kilka lat, nie rozumiał, czym jest przemoc domowa, niedopasowanie charakterów i rozwód. Wiedział tylko, że podczas gdy koledzy mieli ojców, którzy wozili ich na treningi piłki nożnej, zabierali na ryby i pozwalali grać w gry komputerowe, jego własny odszedł po tym, jak złoił mu skórę.
Jako nastolatek podjął próbę odszukania ojca. Nie było to szczególnie trudne. Jego prokuratorska kariera rozwijała się w imponującym tempie i doskonale googlował się w internecie. Marcin natrafił na wiele pochlebnych artykułów i eleganckich zdjęć. Na części z nich Jan miał na sobie charakterystyczną czarną togę z plisowanym, czerwonym żabotem, w której prezentował się dostojnie. Miał zimne, ale wyrażające nieposkromioną pewność siebie spojrzenie niebieskich oczu, których Marcin po nim nie odziedziczył. Jego własne oczy były brązowe i pod każdym względem byli z Janem do siebie tak niepodobni, że nikt postronny nie uznałby ich za blisko spokrewnionych.
W końcu chłopak dał sobie spokój. Porzucił pomysł spotkania z ojcem, a z czasem przestał regularnie sprawdzać go w internecie i odpuścił dociekania z nim związane. Zrozumiał, że są bez sensu, a on miał inne problemy. Właściwie było ich tyle, że tworzyły studnię bez dna.
Nie znaczyło to, że nigdy potem nie potrzebował ojca. Potrzebował niezliczoną ilość razy. Kiedy był małym chłopcem i dowiedział się, że jest chory. Kiedy został uziemiony w szpitalu i we własnym łóżku. I wreszcie kiedy jemu i mamie brakowało pieniędzy, których Jan miał pod dostatkiem. Często z tyłu głowy tłukły mu się pytania: w czym nowa rodzina ojca była lepsza od niego i mamy? Czy swoją drugą żonę też bił? I dlaczego o wiele bardziej niż własnym synem interesował się swoim pasierbem?
Marcin nie przyznał się nigdy ani mamie, ani babci, że prześwietlił Jana na tyle dokładnie, by wiedzieć, co kryje się pod mglistymi pojęciami "nowa rodzina" i "nowe życie", które często padały w ich rozmowach. On wiedział, że "nowym życiem" ojca jest atrakcyjna kobieta, również robiąca błyskotliwą karierę, i jej syn, młodszy od niego o kilka lat.
Jeszcze w czasach studenckich zadał sobie wiele trudu, by w mediach społecznościowych odnaleźć tego chłopaka, który choć mieszkał z Janem i przez niego był wychowywany, nosił nazwisko swojego biologicznego ojca. Któregoś razu zaczął nawet pisać do niego anonimową wiadomość, ale ostatecznie i ten pomysł porzucił. Co miałby napisać nastoletniemu wówczas chłopcu? Ostrzec, że jego także Jan może kiedyś z lekkością zostawić i wymazać z pamięci? A może czynić wyrzuty, że to tamten chłopak mieszkał pod jednym dachem z jego rodzonym ojcem? Obie opcje wydawały się równie absurdalne, tym bardziej że z każdym mijającym rokiem Marcinowi coraz mniej zależało, a pustkę po ojcu wypełnił inny mężczyzna.
Lena
Stęskniłam się. - To powiedziawszy, Lena z namaszczeniem przesunęła dłońmi po plecach Patryka, by po chwili wsunąć je za pasek w spodniach.
Nieobecność rodziców, mimo że tworzyła w domu niesłabnące od kilku dni wrażenie ciszy odbijającej się od ścian, miała swoje zalety. Na przykład takie, że Lena i Patryk nie musieli się pilnować i martwić, że ktoś w nieodpowiednim momencie wtargnie do pokoju.
- Ja też się stęskniłem. - Zapewnił.
Nie licząc dwóch krótkich spotkań na mieście, nie widzieli się od ponad trzech tygodni, najpierw z powodu nieuchronnie nadciągającej sesji, do której Patryk sumiennie się przygotowywał, a później z powodu egzaminów ich obojga, których terminy kolidowały ze sobą i uniemożliwiały spotkanie.
Lena zawsze uważała czekanie za część przyjemności - za coś, co pozwala bardziej docenić bliskość drugiego człowieka. Przyspieszony oddech Patryka, kiedy zdejmował z niej lekką sukienkę na ramiączkach, a później zanurzył twarz w zagłębieniu między piersiami, brzmiał tym razem nieco inaczej - może właśnie ze względu na to wyczekiwanie.
Zanim rozpiął jej stanik, przez chwilę intensywnie napawał się zapachem jej skóry, a kiedy wiatr poruszył firanką zawieszoną nad uchylonym oknem i delikatnie muskał ich ciepłym podmuchem, Lena uznała, że do perfekcyjnej scenerii brakowało tylko sączącej się w tle muzyki skrzypcowej. Patryk nie podzielał jej zamiłowania do utworów klasycznych. Lubił tylko słuchać jej gry, a ona śmiała się, że przynajmniej w jego uszach nie ma konkurencji w postaci wielkich mistrzów pokroju Paganiniego. Nie miał do kogo jej porównywać. Dla niego to ona była najlepsza.
Wszedł w nią szybko i odrobinę brutalniej niż zazwyczaj. Poruszał się rytmicznie, dysząc jej do ucha tak, że czuła na skórze jego palący oddech. Doszedł tuż po niej i zaraz potem ciężko opadł na prześcieradło z uczuciem spełnienia. Lena chwyciła złożoną na brzegu łóżka gładką narzutę z pluszu w czarno-białe cętki. Otuliła nią ich oboje, pozwalając, by delikatna faktura materiału przyjemnie łaskotała ich nagie i spocone ciała.
- Udało ci się zaliczyć wszystko w terminie? - Podjęła, kiedy oboje zdążyli ochłonąć, a ich oddechy odzyskały miarowy rytm. - Tak dawno się nie widzieliśmy, że nawet nie mam pojęcia, jak poszła sesja.
- Była cholernie długa i wykańczająca - odrzekł, krzywiąc się. - Naprawdę o tym chcesz teraz rozmawiać?
- Możemy porozmawiać o czymś innym. - Lena dla kontrastu uśmiechnęła się. - Na przykład o tym, że zaczęłam się już pakować.
- Pakować? - powtórzył sztucznie.
- Na wyjazd do Holandii - uściśliła. - Wiesz, nawet na zbiory sałaty trzeba spakować się w przemyślany sposób.
- Ach, tak...
- Kiedy dokładnie wyjeżdżamy? - dopytywała, ale Patryk tylko odwrócił głowę w stronę okna i utkwił spojrzenie w rysującym się za szybą wieczornym mroku. - Przez telefon nie udało mi się wyciągnąć z ciebie żadnych konkretów, ale teraz jesteś obok. A ja zamierzam cię przycisnąć. - To mówiąc, odnalazła dłonią jego podbrzusze i z premedytacją połaskotała skórę. - Przecież czas nagli.
- Nie będzie żadnego wyjazdu - powiedział lodowatym tonem.
- Co takiego? - Lena momentalnie odsunęła dłoń.
- Naprawdę myślałaś, że będę zbierał z tobą sałatę na jakiejś plantacji? - prychnął z ironią. - Mam forsy jak lodu. Nie potrzebuję do szczęścia sałaty lodowej.
- To dlaczego...? - Zaczęła, ale głos uwiązł jej w gardle.
- Niczego nie skumałaś przez ostatnie tygodnie?
- A co niby miałam skumać?
- Wszystko - odrzekł oschle. - A najbardziej to, że przestało mi zależeć. Chciałem cię na to przygotować, ale jak widać, nie wyszło.
- Przygotować? - powtórzyła. Wręcz odebrało jej mowę, a jedynym, do czego była zdobna, to bezmyślne wyrzucanie z siebie pytań stanowiących powtórzenie słów Patryka.
- Wiedziałem, jak zaboli cię, że to koniec, więc postanowiłem nie zostawiać cię z dnia na dzień, tylko zrobić to etapami. Ostatnie tygodnie były spieprzone przez sesję, ale gdybym chciał, na pewno znalazłbym czas dla ciebie.
- Postanowiłeś udawać, że nie masz dla mnie czasu?
- Jezu... jesteś większą idiotką, niż sądziłem. - Patryk przewrócił oczami. - Chciałem dać ci do zrozumienia, że coś się kończy. Liczyłem, że przy dobrych wiatrach zarzucisz mi zaniedbywanie i sama odejdziesz. To byłoby mi nawet na rękę.
- Trzy dni temu moi rodzice wyjechali do Norwegii na zbiory truskawek - powiedziała Lena, powoli odzyskując głos. - Upierali się, bym pojechała z nimi, ale wolałam z tobą. Twierdziłeś, że wszystko zaplanowałeś!
- Przez chwilę naprawdę chciałem z tobą wyjechać. Myśl, że spędzilibyśmy razem tyle czasu, wydawała się zachęcająca. Ale nie sądziłem, że tak się nakręcisz na te zbiory.
- Przecież mówiłeś... - Zaczęła, ale szybko urwała. Nie zamierzała rozmieniać się na drobne. Sytuacja już wydawała się dość klarowna, a ona chciała zachować resztki godności, dopóki był na to jeszcze cień szansy. - I co teraz?
- Chyba nic! - Patryk wzruszył ramionami. - Uchroniłem cię od babrania się w truskawkach.
- Muszę zarobić pieniądze na studia, do cholery!
- To zarób w inny sposób. I beze mnie.
Po tych słowach wstał i zaczął zbierać swoje rzeczy.
- Po co w takim razie tu dziś przyjechałeś? - spytała.
Drżącymi rękoma naciągnęła na siebie sukienkę, starając się nie pokazać, jak bardzo była wściekła, rozgoryczona i rozczarowana. Nie była nawet pewna, które z tych uczuć dominowało, bo wszystkie razem tworzyły piorunującą mieszankę. Chciała tylko, by Patryk zdążył wyjść, zanim wybuchnie.
- Nazwijmy to pożegnalnym seksem - wyjaśnił. - Żeby nie było ci tak smutno. Ale wygląda na to, że też nie podziałało.
***
Tym razem przytłaczającego ciężaru ciszy nie mogła złagodzić muzyka Lindsey Stirling, nawet Robert Schumann nie dałby rady. Zamknąwszy drzwi za Patrykiem, Lena wróciła do pokoju i z obrzydzeniem spojrzała na skotłowane łóżko. Kiedy podniosła zwisającą na podłogę kapę, poczuła, że materiał nadal nim pachniał. Ze złością zwinęła ją w kłębek i chociaż dotąd z obawy przed zmechaceniem prała ją ręcznie, teraz ze złością zaniosła narzutę do łazienki i wcisnęła do pralki. Wlała podwójną porcję płynu do płukania i niewiele myśląc, nastawiła program. Było jej wszystko jedno, czy kapa przetrwa. Była gotowa ją nawet wyrzucić.
Kiedy pralka zaczęła pracować, Lena zdjęła sukienkę. Ją też zamierzała uprać, a potem ukryć na dnie szafy. Dotąd była jej ulubioną, a teraz wszystko, co ulubione, miało kojarzyć się z Patrykiem.
- Pożegnalny seks - powiedziała cicho, po czym powtórzyła to głośniej i na krótko zaniosła się suchym, smutnym śmiechem.
Pod prysznicem odkręciła ciepłą wodę i wycisnęła na dłoń znacznie więcej żelu do mycia niż zwykle. Chciała zmyć z siebie resztki mężczyzny, nawet jego oddech i dotyk. Centymetr po centymetrze szorowała skórę, ale nadal nie czuła się czysta, jakby przed chwilą odbyła kąpiel w błocie, które wniknęło głęboko w strukturę naskórka. Napierała szorstką stroną gąbki na piersi, aż wreszcie poczuła nieprzyjemne pieczenie i dostrzegła ślady otarcia.
Nie zważając na pozostający na twarzy makijaż, skierowała sitko prysznica na głowę i pozwoliła, by krople wody rozprysły się po jej twarzy. Po chwili woda zmieszała się z łzami i rozpuszczonym tuszem do rzęs, którego Lena tym razem wyjątkowo sobie nie poskąpiła. Pozwoliła im swobodnie płynąć.
Po ponad kwadransie uznała, że wylała podczas jednej kąpieli tyle wody, ile w zwykłych okolicznościach zużywała przez tydzień. Wyszła spod prysznica wprost na zimne kafelki i zaczęła kręcić się po łazience, zupełnie nie przejmując się tym, że wszędzie zostawia za sobą mokre plamy. Mogła posprzątać to jutro albo później, kiedy poczuje się lepiej. Coś z wnętrza głowy podpowiadało jej jednak, że to "lepiej? nie nadejdzie prędko.
Kiedy na powrót znalazła się w swoim pokoju, owinięta ręcznikiem z ociekającymi wodą włosami, jej wzrok jak na złość padł od razu na niedojedzoną przez Patryka szarlotkę. Na małej metalowej łyżeczce niemal dostrzegła ślad jego ust. Odparła pokusę natychmiastowego wyrzucenia jej przez okno i wyniosła resztki do kubła na śmieci, a łyżeczkę wrzuciła z brzękiem do zlewu. Odrobinę pocieszająca wydawała się jej myśl, że szarlotkę kupiła w cukierni, a nie upiekła specjalnie dla niego.
Z barku w salonie Lena wyjęła pękatą szklankę i spośród innych butelek wyłowiła koniak, który ojciec dostał w imieninowym prezencie od kolegów z pracy. Odkręciła zakrętkę i po tym, jak nalała solidną porcję, ostra woń alkoholu momentalnie ją odurzyła. Nie licząc osiemnastych urodzin swoich i kilku znajomych, podczas których wypadało wychylić kieliszek czy dwa czegoś mocniejszego, Lena pijała co najwyżej wino. Najczęściej było to jednak niskoprocentowe piwo z sokiem wypijane w pubach czy dyskotekach w towarzystwie Patryka i wspólnych znajomych. Teraz nie było już niczego wspólnego, a ona zamierzała upić się na smutno. Raczej nie pójdzie to szybko. Koniak miał nie tylko duszący zapach, ale też nieprzyjemnie palący smak. Lena skrzywiła się, pociągając solidny łyk. Po drugim miała już odruch wymiotny. W końcu postanowiła zabrać szklankę i butelkę do swojego pokoju.
Kiedy się tam znalazła, miała ochotę od razu opaść na niezasłaną wersalkę, ale się zmobilizowała i wyjęła z niej pościel. Skoro miała zamiar się upić, mogła słusznie założyć, że później nie będzie miała na to siły.
Niestety, po opróżnieniu dwóch porcji koniaku nawet odrobinę nie zaszumiało jej w głowie. Ciągle myślała na tyle trzeźwo, by odnotować, że z łazienki od dłuższej chwili nie dochodziły odgłosy pracującej pralki. Mogła zostawić tę narzutę do rana, ale nie znosiła zapachu zawilgotniałego materiału, który spędził w bębnie pralki zbyt dużo czasu. Niechętnie zwlekła się z łóżka, by przynajmniej wyjąć kapę do dużej miski. Nie zamierzała walczyć z nią teraz i podejmować próby rozwieszenia jej na wąskich i zbyt cienkich sznurkach nad wanną. Tym bardziej nie zamierzała po północy tańczyć z kapą po ogrodzie i układać ją na prowizorycznej suszarce zrobionej przez ojca z grubej żyłki. Lecz jedno i drugie okazało się zbędne. Po wyjęciu z pralki materiał przedstawiał opłakany widok. Lena zapomniała wyłączyć wirowanie i przez pomyłkę nastawiła niewłaściwy program.
- Niech to szlag! - zaklęła.
Pozostawiła kapę w misce i wróciła do pokoju, by nalać sobie kolejną, tym razem znacznie większą porcję trunku. Na tyle dużą, by wyłączyła myślenie i zwaliła ją z nóg. W pokoju przynajmniej śmierdziało teraz alkoholem, a nie Patrykiem i wspólnym szczęściem, a ostatnie nadzieje zdążyły wymknąć się przez uchylone okno i odlecieć w mrok lipcowej nocy.
Malwina
Promieniejesz, kochana! - powiedziała radośnie Anastazja, korpulentna, tleniona blondynka tuż po siedemdziesiątce, ubrana w sukienkę z lejącego materiału, z ustami zalotnie pociągniętymi różowym błyszczykiem. - Ewidentnie to grzebanie w ziemi ci służy.
- Dziękuję, ty też wyglądasz cudnie. - Malwina odstawiła ozdobioną kwiatami filiżankę na ażurowy spodek i przyjrzała się przyjaciółce. - Nie widziałyśmy się tak dawno, że umieram z ciekawości, by usłyszeć najnowsze wieści. Jak się miewa twój przyjaciel?
- Przyjaciel? - Anastazja zmarszczyła czoło.
- Ten, którego poznałaś na wycieczce do Wilna. Zdaje się, że miał na imię Leon.
- Ach, Leon... - Kobieta z głośnym cmoknięciem machnęła ręką. - Rzeczywiście dużo czasu minęło, odkąd się widziałyśmy. Ta sprawa już dawno zakończona. Chyba dam sobie na razie spokój z amorami.
- Zawsze tak mówisz, a potem byle do następnego razu.
- Lepiej powiedz, co nowego u Marcina. - Anastazja puściła mimo uszu ostatnią uwagę. - Nie zamierza przenieść się na lato do ciebie?
- Nie. - Malwina pokręciła głową, po czym poprawiła słomkowy kapelusz, który irytująco zsuwał się jej na czoło. - Wyprowadził się na dobre.
- Doprawdy nie wiem, jak mógł wybrać to ciasne i duszne mieszkanie w bloku, w dodatku na najwyższym piętrze, kiedy mógł nadal mieszkać tutaj. - Anastazja szerokim gestem wskazała na lilie azjatyckie o soczyście pomarańczowych kwiatach, porastające gruby pas ziemi wzdłuż jednej krawędzi tarasu.
Nawet jeśli w duchu Malwina zgadzała się z przyjaciółką, czuła się w obowiązku głośno stanąć w obronie wnuka.
- Od dawna jest dorosły. Justyna zostawiła mu mieszkanie dwa przystanki od firmy, w której pracuje. Stamtąd jest mu wygodniej dojeżdżać.
- No tak, młodzi to tylko praca i praca. - Anastazja znacząco pokiwała głową. - Ale wiesz co? Na każdego przychodzi moment, żeby przestać myśleć wyłącznie o niej. Ostatnio na przykład widziałam się z Helą i nie uwierzysz, co mi powiedziała!
- Co takiego?
- Że jej Agniesia poznała wreszcie kogoś!
- Myślisz, że będzie z tego coś poważnego? - spytała Malwina, siląc się na obojętny ton i nie chcąc dać po sobie poznać, że ta informacja trochę ją ubodła, bo od dawna najchętniej widziałaby wnuczkę przyjaciółki u boku Marcina.
- Hela twierdzi, że tak. Z twoich prób wyswatania jej z Marcinem nic już raczej nie wyjdzie.
- I tak nie był zainteresowany - odrzekła buńczucznie.
- Daj Boże, i on sobie kogoś znajdzie, chociaż jest dość... - Anastazja szukała odpowiedniego słowa - specyficzny.
- Świetnie sobie radzi. - Podkreśliła Malwina odrobinę za szybko, przez co zabrzmiało to dość desperacko.
- To wspaniale! Po tym wszystkim, co przeszedł... - Jej przyjaciółka zamyśliła się. - Przyznam szczerze, że jeszcze niedawno obawiałam się, że Justyna zostawiła ci na głowie kłopot, bo Marcin będzie wymagał opieki. A ty przecież masz już swój wiek, kochana.
- Za to ty z każdym rokiem coraz młodsza - prychnęła z ironią Malwina, po czym dodała całkiem poważnie: - Marcin nigdy nie był dla mnie kłopotem, a Justyna go nie zostawiła. Poza tym, jak powiedziałam, świetnie sobie radzi.
- Wiem, wiem - przyznała pojednawczo Anastazja. - Ale mimo wszystko...
Malwina chwyciła tacę, na której stał opróżniony dzbanek po herbacie, i uśmiechnęła się niemrawo. Bezpieczniej było na chwilę wyjść pod pretekstem uzupełnienia napoju, a potem płynnie zmienić temat, niż wdawać się z Anastazją w dyskusje o sprawach, które najlepiej, żeby pozostały zamiecione głęboko pod dywan albo wypchnięte poza margines wspomnień. Zwłaszcza że te ostatnie i tak powracały coraz częściej wraz z postępującym wiekiem.
***
Wszystko zaczęło się, gdy Marcin miał dziewięć lat.
Na palcach u jego nogi pojawiło się ni stąd, ni zowąd kilka tajemniczych guzków. Malwina doskonale pamiętała tamto popołudnie. Siedzieli razem w kuchni, a ona ładowała do słoików konfiturę truskawkową. W powietrzu unosił się lepki zapach owoców zmieszanych z dużą ilością cukru i substancją żelującą. Marcin skubał róg połyskującej torebki po żelfixie, której zawartość Malwina chwilę wcześniej wsypała do gotującej się pulpy. Nic nie wskazywało na to, że rozpoczynające się lato będzie inne niż poprzednie.
Marcin był pogodnym chłopcem, którego twarz, a przede wszystkim nos, upstrzona była licznymi piegami. Jego jasnobrązowe włosy przycięte były zgodnie z najnowszymi chłopięcymi trendami przez przyjaciółkę Justyny, z zawodu fryzjerkę. Chłopiec uśmiechał się znad blatu stołu, po czym z błyskiem w oku chwycił metalową łyżeczkę i cicho zakradł się do kuchenki, korzystając z okazji, że Malwina, odwrócona tyłem do niego, zalewała wrzątkiem kilkanaście nakrętek zajmujących niemal całe dno zlewozmywaka. Udawała, że nie widzi, jak chłopiec próbuje wydobyć z wielkiego gara kolejną porcję owocowej masy w przekonaniu, że babcia niczego nie zauważy.
- Kto zje całe te zapasy? - zapytał, kiedy Malwina spojrzała na niego w momencie, gdy unosił ponad gar łyżeczkę z odrobiną szklącej się na jej brzegach konfitury.
- Obawiam się, że jeśli będziesz tak skutecznie podbierał, to nikt - odrzekła, po czym delikatnie i bardziej dla zasady pacnęła go w grzbiet dłoni.
- Jesteś zabawna, babciu! - parsknął. - Musiałbym to robić przez dwa dni, a i tak niewiele by ubyło.
- Wcześniej poparzyłbyś sobie język.
- Uhm! - Zgodził się, głośno dmuchając na konfiturę, którą mimo wszystko udało mu się wyłowić z gara. - Ale warto, bo jest pyszna.
- To może w ramach pomocy chciałbyś policzyć, ile słoików już mamy? Nie wiem, czy nie będę musiała umyć kolejnych, bo tych tutaj może okazać się za mało. - Malwina wskazała na piętrzące się w zlewie kolorowe zakrętki i rozłożone na ścierce na kredensie kilkanaście wyparzonych słoików.
- Dobrze, policzę. To dla mnie pikuś. - Chłopiec przykucnął w rogu pomieszczenia przy drewnianej sklejce, na której Malwina ułożyła do góry dnami pasteryzowane weki.
- Tylko ich nie dotykaj - zastrzegła. - Jeszcze mogą być bardzo gorące.
Marcin w skupieniu zaczął przeliczać słoiki, a po chwili triumfalnie oznajmił:
- Dwadzieścia dziewięć!
- Co do jednego? - Upewniła się.
- Co do jednego! - potwierdził, a potem dodał bardziej zafrasowanym tonem: - Zobacz, chyba coś mnie pogryzło w palce!
- Pogryzło? Gdzie?
Malwina natychmiast wytarła dłonie w ścierkę i przykucnęła obok wnuczka. Wnikliwie przyjrzała się palcom u jego stopy, na których pojawiły się cztery niewielkie zgrubienia.
- Nie wyglądają na ugryzienia komara - stwierdziła.
- I nie swędzą jak po komarze. - Dodał rezolutnie. - Właściwie w ogóle ich nie czuję.
- Mama nie zauważyła tego przy kąpieli?
- Babciu, nie zawstydzaj mnie! - prychnął. - Od dawna kąpię się sam.
- A ty nie zauważyłeś ich wcześniej? - spytała, ponownie spoglądając na zgrubienia, ale Marcin pokręcił głową. - No nic. Mimo wszystko posmarujemy żelem na ugryzienia i będziemy obserwować.
Niestety, guzki, które nie wydawały się niczym groźnym, okazały się wierzchołkiem góry lodowej. Nie zeszły ani po maści zaaplikowanej przez Malwinę, ani po leku zapisanym przez pediatrę. Tuż nad kolanem drugiej nogi pojawiły się za to dwa kolejne. Wizyty u specjalistów, z których początkowo każdy zdawał się mieć nieco inną teorię, w połączeniu z coraz szerzej zakrojoną diagnostyką zaowocowały wreszcie diagnozą, a trywialne guzki zyskały bardziej upiorną nazwę - chrzęstniaki. Dokładniejsze badania pokazały, że było ich więcej. Chociaż choroba Olliera, wpisana ostatecznie w kartę medyczną Marcina, brzmiała o tyleż tajemniczo, ileż przerażająco, lekarze zapewniali jego matkę, że zwykle przebiega łagodnie i nie powoduje dotkliwych konsekwencji.
Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że Marcin nie będzie należał do większości.
Lena
Ile może ważyć trzymany w dłoni bilet kolejowy, skoro to tylko świstek papieru o nieswoistej fakturze i bardziej charakterystycznym nadruku z czarnego tuszu, nie większy niż notesik na najpotrzebniejsze adresy czy drobne zapiski? Mógłby odfrunąć z powiewem silniejszego wiatru. I jakaś cząstka Leny tego właśnie pragnęła - żeby bilet zniknął. Żeby na stacji kolejowej w ostatniej chwili pojawił się ktoś, kto klepnie ją w ramię albo puknie w głowę. Żeby mogła wrócić do domu, położyć się do łóżka i obudzić się w innej rzeczywistości. Nie pragnęła nierealnego. Wystarczyłoby położenie, w jakim znajdowała się jeszcze tydzień czy dwa temu, przed wyjazdem rodziców do Norwegii i rozstaniem z Patrykiem.
Bilet z każdą minutą stawał się jednak coraz cięższy, ale Lena kurczowo ściskała go w dłoni. Jak na złość znów zaczęło padać i taflę brunatnej kałuży pozostałej po intensywnym opadzie z poprzedniego wieczoru zaczęły przecinać kolejne krople, choć jeszcze przed chwilą mieniła się w delikatnym, wczesnoporannym słońcu różnymi kolorami. Kiedy była dzieckiem, Lena uważała, że przy lekkim wietrze w kałuży tańczą tęcze. Dopiero znacznie później zrozumiała, że to zjawisko miało w sobie więcej z brzydoty niż piękna, a kolory w kałuży powstawały wskutek zmieszania wody z olejem lub paliwem.
Rozglądając się dokoła, próbowała oszacować, czy pod blaszaną wiatą chroniącą przed deszczem podróżnych znajdzie się dla niej miejsce. Nie chciała przetrząsać całego plecaka, by z dna wygrzebać składaną parasolkę. Nie miała nawet pewności, czy tam ją znajdzie, bo po nieudanej próbie dosunięcia zamka tuż przed wyjściem z domu wyjęła z bagażu kilka rzeczy, które nie wydawały się bezwzględnie konieczne.
Od odjazdu pociągu dzieliły ją minuty. Miała spędzić je na wdychaniu zapachu namokniętych deszczem podkładów kolejowych i roztrząsaniu, czy nie lepiej byłoby zwyczajnie stchórzyć. Jeszcze kilkanaście minut temu, kiedy stała przy okienku kasowym, modliła się w duchu, aby na ostatnią chwilę udało jej się kupić bilet, ale już wchodząc na peron, wcale nie była przekonana co do słuszności swojej decyzji. Uważała wręcz, że ten wyjazd to zły pomysł, lecz żaden lepszy nie ułożył się w jej głowie.
- Pociąg pospieszny relacji Przemyśl-Gdynia wjedzie na tor pierwszy przy peronie drugim. Planowy odjazd pociągu godzina piąta czterdzieści siedem. - Huknął z głośnika nad wiatą szorstki kobiecy głos, by po chwili zupełnie niezmienionym tonem powtórzyć tę samą sekwencję słów.
Podróżni wyłonili się spod zadaszenia. Czteroosobowa rodzina, która zajmowała stojącą najbliżej Leny ławkę z odrapanym bokiem, nic nie robiąc sobie z deszczu, również wstała. Dwie dziewczynki w podobnym wieku, chociaż jeszcze przed momentem wyglądały na zaspane, teraz pisnęły z podniecenia. Obie ściskały w dłoniach lalki Barbie ustrojone w balowe suknie, a na ramiona wsunęły niemal identyczne plecaki z kolorowymi nadrukami. Ich ojciec chwycił dwie duże torby podróżne i wyczekująco spojrzał w kierunku, z którego na peron miał wtoczyć się pociąg.
Lena mimowolnie uśmiechnęła się na wspomnienie swojej pierwszej wyprawy nad morze. Podróżowała pociągiem tej samej relacji z mamą i babcią, bo tata nie mógł pozwolić sobie na dłuższy urlop. Jakże diametralnie tamte emocje różniły się od obecnych! Sześcioletnia wówczas dziewczynka była podekscytowana samym przejazdem, wizją spędzenia całej nocy w pociągu i przede wszystkim pierwszych prawdziwych wakacji, których nie miała przesiedzieć na kocu pod jabłonką rosnącą w ogródku dziadków. Miała też własne dziecięce wyobrażenie bezkresnego morza. Wierzyła, że jego nieskazitelnie błękitny kolor w słoneczny dzień bezpośrednio zlewa się z niebem. Teraz w krystalicznie czysty Bałtyk wierzyła równie słabo jak w tęcze w kałużach, a zamiast dziecięcego ożywienia czuła głównie obawę i beznadziejność sytuacji.
Kiedy koła hamującego pociągu zapiszczały głośno, Lena poprawiła na ramieniu podróżny plecak, który wypełniony po brzegi ważył swoje. Zacisnęła kurczowo dłoń na rączce futerału ze skrzypcami. Powinna zostawić instrument w domu, bo stanowił zbędny balast, ale nie mogła. Nawet jeśli miała znaleźć tylko kilka chwil na grę, musiała mieć go przy sobie. Poza tym dodawał jej pewności.
Rzuciła okiem na tkwiący w drugiej dłoni bilet, aby upewnić się, czy nie wyparował, po czym ruszyła w stronę drzwi do jednego z wagonów. Ustawiła się na końcu, za innymi wsiadającymi. Oni niecierpliwili się bardziej, ona wcale. Kiedy przyszła jej kolej, zaczęła gramolić się na wysokie, niewygodne schody, ale ciężki plecak ściągał ją w dół. Nieporęczny drewniany futerał też nie ułatwiał sprawy.
- Pomóc pani z tym plecakiem? - Zaproponował starszy mężczyzna, który wsiadł tuż przed nią.
- Jeśli to nie kłopot - odrzekła.
- Proszę go dać. - Mężczyzna wyciągnął rękę i chwycił plecak. - Trochę waży, jakby zapakowała pani do niego cały dobytek.
- Na pewien czas będzie musiało wystarczyć - wyjaśniła, uśmiechając się z wdzięcznością, kiedy już stabilnie stanęła na pokładzie pociągu. - Dziękuję za pomoc.
- Nie ma sprawy. - Mężczyzna odwzajemnił uśmiech. - W przeciwnym razie mogłoby się zdarzyć, że odjechalibyśmy bez pani.
"Może tak byłoby lepiej" - skwitowała w duchu i poczuła niepokój, bo umysł w tej samej chwili podsunął jej słowa mamy: - "Od tygodnia źle mi się śni...".
Ignorując zimny dreszcz, który przebiegł jej po plecach, Lena potrząsnęła głową, by przywołać się do porządku. Kiedy po chwili wąskim korytarzem ruszyła na poszukiwanie swojego przedziału, usłyszała głośny gwizd. Pojazd zaczął nabierać prędkości i zanim znalazła przedział i usiadła na zarezerwowanym miejscu w towarzystwie piątki innych podróżnych, zostawili za sobą zabytkowe, lecz wymagające odrestaurowania zabudowania dworca.
***
Spanie w pociągu nie wydawało się najrozsądniejszą opcją, ale za oknem siąpił deszcz i świat znów stał się przygnębiająco szarobury, co w połączeniu z wczesną pobudką sprawiło, że Lenę opuściły siły witalne. Jej towarzyszkami w przedziale były trzy młode kobiety - podobnie jak ona studentki, z których rozmowy wywnioskowała, że wybierają się nad morze, by w rozrywkowym stylu uczcić zaliczenie sesji. Jedna z nich - co Lena odnotowała z ogromnym zdziwieniem - podróżowała z czarno-białym chomikiem zamkniętym w bogato wyposażonej klatce. Kobiety próbowały ją zagadywać, ale choć były przyjaźnie usposobione, wydawały się sympatyczne i niewątpliwie z łatwością znalazłaby z nimi wspólny język, nie miała ochoty na dłuższą rozmowę.
Po każdym gwałtowniejszym przyspieszeniu i hamowaniu z niepokojem zerkała na umieszczoną nad głowami pasażerów półkę na bagaże. Chciała upewnić się, czy jej skrzypce leżą stabilnie. Była przekonana, że gra ukoiłaby jej zdenerwowanie i znużenie, ale nie chciała nawet wyobrażać sobie reakcji współpasażerów, gdyby nagle wstała, zdjęła z półki wysłużony futerał, wyjęła z niego instrument i zaczęła wydobywać z niego dźwięki. Jedynym, co jej pozostawało na najbliższe godziny, nie licząc drzemki, było wciśnięcie na uszy słuchawek podłączonych do telefonu i słuchanie muzyki. To, w połączeniu z dyskretną obserwacją współpasażerów, przynajmniej pozwalało zająć czymś myśli.
Jedno z miejsc przy drzwiach do przedziału zajmowała kobieta w średnim wieku ze starannie ufarbowanymi na bordo włosami, która praktycznie się nie odzywała. Na podłodze między jej nogami stała duża torba wielokrotnego użytku z logo Biedronki. Kobieta nie chciała odstawić jej na półkę. Podróż spędzała w milczeniu, patrząc w stronę okna znajdującego się po przeciwległej stronie przedziału. Jedynie od czasu do czasu odrywała wzrok od monotonnych widoków i z pewnym niesmakiem łypała na studentki, gdy wybuchały salwami beztroskiego śmiechu, albo na chomika. Z nich wszystkich to on wydawał się najmniej znudzony. Przez długie minuty biegał w karuzeli i zakopywał się w stercie trocin, część rozrzucając poza klatkę. Robił przy tym tyle hałasu, ile może wygenerować tak małe zwierzę przyzwyczajone do swojej wygodnej niewoli.
Grupę pasażerów uzupełniał starszy mężczyzna - ten sam, który pomógł Lenie uporać się z plecakiem podczas wsiadania do pociągu. Parokrotnie obdarzył ją uśmiechem, ale na szczęście nie zamierzał zabawiać konwersacją.
Zanim dojechali do Krakowa, Lena poczuła, że jej powieki same się kleją. Ostatecznie dała za wygraną. W portfelu miała trochę gotówki i kartę do konta, które w zasadzie świeciło pustką. Poza nie najnowszymi skrzypcami, które były warte mniej niż przeciętnej klasy smartfon, nie miała niczego cennego. Ubrana w zwyczajne, lekko sprane dżinsy, szarą bluzę z kapturem i sportowe buty, które pamiętały lepsze czasy, do tego z włosami związanymi niedbale w kucyk, wisiorkiem za kilkanaście złotych, który sprawiał wrażenie kupionego na podrzędnym kramie, i malutkimi srebrnymi kolczykami w uszach nie wyglądała na osobę, którą warto było okraść. Poza tym krótka drzemka pozwoliła trochę skrócić czas podróży.
Lena chciała już być na miejscu i przekonać się, że Trójmiasto nie okaże się nietrafionym "planem B" po tym, jak Patryk wystawił ją do wiatru. Co więcej, miała nadzieję, że pomoże jej o nim zapomnieć.
Marcin
Cholerna winda! - Szpakowaty mężczyzna, którego Marcin kojarzył jako sąsiada z piątego piętra, energicznie naciskał przycisk przywołujący dźwig.
- Znów się zepsuła? - spytał dla porządku, chociaż fakt, że od dłuższej chwili na ekranie nad drzwiami świeciła się cyfra siedem, a urządzenie nie reagowało, nie pozostawiał żadnych wątpliwości.
- Nie mamy innego wyjścia, jak tylko znowu zasuwać piechotą. - Mężczyzna poczerwieniał na twarzy ze złości, po czym chwycił siatkę z zakupami i udał się w kierunku schodów. - Ktoś powinien zrobić porządek z tą administracją! Banda nierobów, nie potrafią zadbać o podstawowe rzeczy. Tylko pieniądze umieją brać!
- Ta winda rzeczywiście nie jest najnowsza - zgodził się ostrożnie Marcin, chwytając własne zakupy i podążając w ślad za sąsiadem. - Nie zaszkodziłaby wymiana albo gruntowny remont.
- Pan to chociaż młody jest, a u mnie nogi już nie te. - Zauważył sąsiad.
- Za to ja mam wyżej.
Przelotnym uśmiechem Marcin próbował zamaskować, że tego typu uwagi, nawet jeśli były rzucane nonszalancko i bez zjadliwych podtekstów, niezmiennie go drażniły. Nie zamierzał bynajmniej uświadamiać sąsiadowi, który wprowadził się tu niedawno i z którym był głównie na "dzień dobry", że jego własne nogi były "już nie te" zapewne znacznie dłużej. Starszy pan żwawo pokonywał pierwsze stopnie prowadzące na górę, dla Marcina zaś perspektywa psującej się windy stanowiła największy koszmar. Była wręcz jedną z nielicznych rzeczy, które przyćmiewały mu radość z bycia panem własnego losu.
Drepcząc z uporem, Marcin miał nadzieję, że będzie w stanie dotrzymać sąsiadowi tempa, zanim dotrą na piąte piętro. W przeciwnym razie mógł usłyszeć garść innych uwag ubranych już w dosadniejsze słowa - na przykład, że za dużo tkwi przed komputerem, zamiast zadbać o zdrowie fizyczne. Że nie zaszkodziłoby czasem pójść pobiegać. Że przydałby mu się karnet na siłownię, to może przestałby być taki koślawy i sapiący, zanim pokonali połowę odległości. Że powinien jeździć do pracy rowerem, a nie wszędzie tłuc się komunikacją miejską albo - co bardziej prawdopodobne i powszechne wśród jego rówieśników - samochodem.
Tego ostatniego Marcin nigdy nie miał, za to podobne argumenty słyszał wielokrotnie. Zwykle kwitował je niemrawym uśmiechem i nie pokazywał, że go w jakikolwiek sposób dotykają. Nie zadawał sobie trudu, by tłumaczyć się ze swojej powolności, koślawości, nierównego chodu i grymasu bólu wypisanego na twarzy, kiedy akurat trafił mu się gorszy dzień. Uważał, że to wyłącznie jego sprawa - balast, którego oprócz nielicznego grona najbliższych osób nikt i tak nie zamierzał pomóc mu nieść.
Tym razem na szczęście był w formie, może dlatego że po wyjątkowo pracowitym tygodniu dobrnął wreszcie do piątku. Po dotarciu na piąte piętro mógł uprzejmie się pożegnać i dopiero kiedy sąsiad zniknął mu z oczu, nabrał głębszego oddechu i przystanął na moment przed pokonaniem ostatnich kilkudziesięciu stopni prowadzących na siódme piętro. Ciągle lubił stwarzać pozory i unikać ujawniania swoich słabości.
Za drzwiami mieszkania w pierwszej kolejności uderzył go zapach lawendy. To babcia uparła się, żeby w zabudowanej szafie w przedpokoju powiesił płócienny woreczek z suszem.
- Nie ma niczego lepszego na odstraszanie moli, Marcinku - powiedziała, wręczając mu obficie wypchane koszyczkami lawendy zawiniątko. - Powinno profilaktycznie zagościć w każdej szafie. Nie chciałbyś przecież, żeby wredne owady zjadły twój najlepszy płaszcz, prawda?
- Nie, babciu, nie chciałbym - odrzekł bez dyskusji, chwytając worek i dla świętego spokoju na oczach Malwiny umieszczając go w szafie.
- Poza tym u ciebie trzeba ze świeczką szukać czegokolwiek, co nadałoby temu miejscu zapach - dodała. - Gdyby nijakość miała aromat, pachniałaby twoim mieszkaniem.
Chcąc nie chcąc, Marcin przywykł do witającego go w progu zapachu lawendy. Z czasem polubił go tak samo jak ład i porządek, który tu panował. Podczas ostatnich świąt mama stwierdziła, że to najschludniejsze i najczystsze mieszkanie, jakie widziała. Prawda była jednak taka, że nie znosił sprzątać, dlatego otaczał się ograniczoną do minimum liczbą przedmiotów. Pilnował, by wszystkie miały swoje miejsce i opuszczały je na tak krótko, na ile było to bezwzględnie konieczne. Wyrobił w sobie zwyczaj odkładania nożyczek, zapalniczek, latarek i długopisów do szuflady, segregowania rachunków i zapisków, chowania ubrań do szafy i komody, czy wypakowywania zakupów w taki sposób, by wszystkie produkty trafiły od razu do docelowych miejsc.
Stanowił tym samym przeciwieństwo babci Malwiny, która potrafiła przez większość tygodnia z lubością rozrzucać wszystko po całym domu, by później w sobotę robić generalne porządki. Jego porządki kończyły się na starciu kurzu z mebli, umyciu łazienki i kuchni i odkurzeniu całego mieszkania. Po tych pracach czasem czuł się wykończony, ale przynajmniej nie zajmowały one większości dnia tak jak Malwinie. Uwielbiał z nią mieszkać, ale już wtedy postanowił, że własną przestrzenią życiową będzie zarządzać zupełnie inaczej.
Niebawem minie rok, odkąd zdecydował, że wyprowadza się na swoje. To "swoje? w jego przypadku oznaczało mieszkanie, które przed niespełna trzydziestoma laty zakupili jego rodzice. Mieli nadzieję stworzyć tu wspólny dom, w którym wychowają dzieci, choć jak wspominała mama, ojciec od początku planował, że dwupokojowe mieszkanie na siódmym piętrze w porządnym bloku z cegły wybudowanym jeszcze w latach sześćdziesiątych będzie tylko chwilową przystanią i kiedyś przeprowadzą się do okazalszego lokum. Marcin nie miał wątpliwości, że Janowi udało się zrealizować to zamierzenie. Tylko on i mama zostali tu bezterminowo, a ściany nasiąkły ich wspólną historią, wspomnieniami, śmiechem i płaczem, z czego ten drugi zdecydowanie częściej wypełniał przestrzeń dwóch skromnych pokoi, kuchni i łazienki.
***
- Nie zgadniesz, co mi się dziś przydarzyło! - Kinga, choć oddalona o kilkaset kilometrów, promieniała z ekranu.
Miała na uszach stylizowane na pawie pióra długie kolczyki, które dodawały jej uroku. Kiedyś powiedziała Marcinowi, że zakładała je trochę na przekór, bo niewiele miała w sobie z rajskiego ptaka, a jej życie wypełnione pracą i opieką nad dotkniętą Alzheimerem babcią, którą zajmowała się na zmianę z mamą i dwiema siostrami, nie było zbyt barwne.
Marcin poznał ją tuż przed ostatnim Bożym Narodzeniem, kilka miesięcy po założeniu profilu na portalu randkowym. Po utworzeniu tam konta nie obiecywał sobie zbyt wiele, nawet kiedy zaczął być wręcz zalewany wiadomościami od kobiet w różnym wieku, rozsianych po całym kraju. Jedne zastrzegały, że chcą tylko pogadać, inne pisały wprost, że szukają przygodnej znajomości. Jeszcze inne twierdziły, że marzą o miłości na całe życie. Pewna kobieta w średnim wieku napisała, że poszukuje odskoczni od nudnego związku i kogoś, z kim mogłyby spędzać wieczory choćby i na rozmowie przed ekranem laptopa. Wszystkie deklarowały, że są nim zainteresowane. Niektóre próbowały nawet kontaktować się parokrotnie mimo braku odpowiedzi z jego strony albo formułowały wiadomość w taki sposób, jakby zapomniały, że już wcześniej do niego pisały. Albo wcale nie zapomniały, tylko wysyłały wiadomości hurtowo, nie skupiając się zbytnio na tym, kim jest adresat. W każdym razie świat portalu randkowego wydał się Marcinowi w pewnym momencie okrutnie zdesperowany, bardziej nawet niż on sam. Ale to nie oznaczało, że zamierzał zrezygnować od razu.
Na większość wiadomości nie odpowiedział. Inne kontakty urwały się po paru dniach, bo wymiana wiadomości się nie kleiła, a on już na starcie postanowił, że nic na siłę. Kiedy któregoś popołudnia przeglądał profile, natrafił na Kingę i poczuł impuls. Jej zdjęcie nie było udawane, nie zostało obrobione we wszystkich możliwych programach i nie miało na celu przyciągnięcia uwagi jak największej liczby mężczyzn. Wydawała się sympatyczna, ale dość zwyczajna. Miała miłą, nieco pyzatą twarz, duże, zielone oczy i jasne włosy ułożone w taki sposób, że spływały swobodnie na jedno ramię. Coś w jej spojrzeniu sprawiało, że Marcin patrzył na zdjęcie przez długą chwilę, aż wreszcie uśmiechnął się do siebie i postanowił napisać pierwszy.
Z początku tylko wymieniali wiadomości tekstowe, ale któregoś razu Kinga wysłała mu wiadomość głosową. Odsłuchiwał ją wielokrotnie. Z jej melodyjnego głosu, mimo bariery wirtualnego świata i dzielącej ich ponad trzystukilometrowej odległości, wyczuwał życzliwość. Ponadto sposób, w jaki do niego mówiła, sprawił, że zapragnął czegoś więcej. Od tego czasu umawiali się na wideoczaty średnio dwa lub trzy razy w tygodniu, bo na tyle pozwalała im praca. Prowadzili długie rozmowy i chociaż znajdowali się w innych częściach kraju, a czasem każde sączyło lampkę wina po swojej bezpiecznej stronie ekranu, czuli się, jakby byli razem.
Niedawno Marcin zapragnął poczuć jej zapach, więc zapytał, jakich używa perfum. Później poszedł do pobliskiej drogerii i wydał kilkadziesiąt złotych na flakonik z wodą perfumowaną o francusko brzmiącej nazwie. Przy każdej kolejnej rozmowie rozpylał ukradkiem odrobinę w powietrze i pozwalał, by pachnąca mgiełka powoli osiadła na szmacianej chusteczce. W ten sposób jeszcze mocniej doświadczał obecności Kingi.
Tego dnia nie byli umówieni na rozmowę, bo w piątkowe wieczory Kinga dorabiała do etatu w szkole językowej, prowadząc zajęcia z hiszpańskiego. Miały odbyć się po raz ostatni przed wakacyjną przerwą, ale godzinę temu napisała, że chciałaby się z nim połączyć, bo ma do przekazania jakąś wieść.
- Zakładam, że przydarzyło ci się coś dobrego - odrzekł, odwzajemniając jej uśmiech, który sprawiał, że robiło mu się cieplej na sercu.
- Szef wreszcie podpisał mi urlop - zakomunikowała. - Wierzysz w to?! Do ostatniej chwili byłam przekonana, że tego nie zrobi.
- Naprawdę? - spytał z entuzjazmem, choć jednocześnie poczuł ucisk w żołądku.
- Tak. Po tym, jak zawiesił większość urlopów do czasu ukończenia opóźnionych projektów, straciłam całą nadzieję. Ale się udało! Jeszcze tylko dwa tygodnie pracy i będę mogła cieszyć się pierwszymi od trzech lat wakacjami z prawdziwego zdarzenia. - Rozmarzyła się. - Już zapomniałam, jak to jest pakować się na urlop. Całe wieki nie byłam nad morzem.
Kinga nie przestawała się uśmiechać. Marcin chciał, żeby jej nastrój w pełni mu się udzielił, ale jego radość wgniatana była w ziemię toną obaw. Siedząc bezpiecznie w swoim zimnym i urządzonym bez polotu mieszkaniu, nieraz łapał się na tym, że zastanawiał się, co Kinga powiedziałaby o tym miejscu, czy zwróciłaby uwagę na brak progów, na szafki zawieszone niżej niż w typowych kuchniach i na to, że powyżej półtora metra od podłogi ściany jeszcze mocniej zionęły pustką niż całe mieszkanie. Jednocześnie to mogła być doskonała okazja, żeby wszystko jej powiedzieć. Gdyby był uczciwy, zrobiłby to od razu. Tak zresztą na początku planował, ale dotąd się nie odważył. Za to do perfekcji opanował sztukę szukania wymówek.
Po tym, jak podczas którejś z rozmów z włączoną w telefonie kamerą Kinga przeszła się po ogrodzie okalającym dom, w którym mieszkała z mamą, siostrami i dziewięćdziesięcioletnią babcią, stwierdził, że pod względem estetyki zdecydowanie bliżej było jej do Malwiny niż do niego. Gdyby się poznały, temat rozmowy zapewne szybko zszedłby na pielęgnację ogródka. Na pewno znalazłyby wspólny język, ale Marcin nadal myślał o tym wyłącznie hipotetycznie. Babcia nie miała pojęcia o istnieniu tej kobiety, a fakt, że poznał ją przez internet, nie wzbudziłby raczej jej aprobaty.
Bardziej jednak niż to, że Kindze nie przypadnie do gustu jego mało przytulne mieszkanie, obawiał się, że to on jej się nie spodoba. Miał ascetyczną twarz, która nie wyróżniała go z tłumu. Nieważne, czy każdego dnia z aptekarską dokładnością golił się na gładko, czy przeciwnie pozostawiał kilkudniowy zarost, nie dało się sprawić, by jego twarz wyglądała mniej pospolicie. Jakiś czas temu próbował zapuścić brodę, ale to też nie poprawiło jego aparycji. Twarz była jednak tym, co Kinga miała okazję dokładnie zlustrować przez ekran komputera czy komórki. Nawet jeśli w przyciemnionym świetle przed laptopem prezentował się odrobinę korzystniej niż na żywo, raczej nie przeżyje szoku, gdy po raz pierwszy spojrzy w jego oczy bez dzielącej ich bariery ekranów. Prawdę mówiąc, Marcin martwił się o całą resztę i czasem żałował, że jako całokształt nie był już tak ascetyczny i zwyczajny.
Nie wyobrażał sobie, że Kinga miałaby spędzić kilka dni pod jego dachem. Ilekroć podejmowali temat spotkania lub jej urlopu, starał się, żeby nie padły żadne konkretne deklaracje. Chciał jej dotknąć i poczuć te rozpylane dotąd w powietrzu perfumy na jej skórze, ale wciąż zbyt mocno się obawiał.
- Jak tylko skończę zajęcia, wezmę się za szukanie kwatery. Oby coś udało się znaleźć - powiedziała, jakby czytając w jego myślach. - Mam nadzieję, że następnym razem przyjadę do ciebie, ale teraz chcę, żebyśmy się po prostu spotkali i trochę lepiej poznali. Nie zamierzam wywierać presji.
Był jej wdzięczny za to ostatnie i nie zamierzał psuć jej radości.
- Wspaniale, że przyjeżdżasz - powiedział jednak ze zbyt dużą ostrożnością.
- Nie wyglądasz, jakbyś się bardzo cieszył - odrzekła z przekąsem.
- Cieszę się - zapewnił. - Tylko chyba nie do końca wierzę, że naprawdę się zobaczymy... To znaczy, nie tak jak teraz i nie na zdjęciu w ramce.
- Masz ramkę z moim zdjęciem?
- Mam - potwierdził.
Odwrócił komputer tak, żeby kamera objęła swoim zasięgiem komodę, na której stały stanowiące jedyną ozdobę salonu dwie fantazyjne ramki. Jedna z nich zawierała zdjęcie uśmiechniętej Kingi w pawich kolczykach skomponowanych z zieloną bluzką podkreślającą tęczówki jej oczu. Obok stała fotografia mamy i jej drugiego męża, pozujących na tle wieży Eiffla.
- To urocze - odrzekła kobieta, znów się rozpromieniając. - Ale ja chyba wolę oglądać cię na żywo.
- Niebawem się o tym przekonamy - odrzekł, próbując ukryć wszystkie wyzierające z tego stwierdzenia obawy. I naprawdę miał nadzieję, że po pierwszym spotkaniu Kinga nie zmieni diametralnie zdania.
Malwina
Teściowie Malwiny zgromadzili pokaźną kolekcję fotografii z dawnych czasów, a ona dorzuciła własne. Zdecydowana większość była posegregowana w kilkunastu opasłych albumach, z czego dwa wypełniały wyłącznie zdjęcia przeróżnych kwiatów. Ten, do którego lubiła wracać najczęściej, zwłaszcza w przygnębiające, deszczowe wieczory, miał jednak na okładce kolorową nalepkę z napisem "Francja". W większości zawierał zdjęcia przedstawiające Justynę i jej drugiego męża Vincenta, pozujących na tle zabytków, z których Malwina rozpoznawała tylko nieliczne. Nie była obieżyświatem i nie widziała potrzeby, by zmieniać ten stan.
Z kilkunastu fotografii z paryskimi budowlami spoglądała też na nią twarz Marcina - przeważnie bez cienia uśmiechu. Nie lubił siebie na zdjęciach i nawet jako dziecko nie chciał wdzięczyć się do obiektywu. To była jedna z tych rzeczy, które przez lata pozostały w nim niezmienione. Mimo to Malwina lubiła te fotografie, a nawet pozwalała, by Marcin co jakiś czas przeglądał z nią album i przypominał, gdzie która została zrobiona.
Czasem żałowała, że kiedy była młodsza i łatwiej zniosłaby trudy podróży, nie znalazła w sobie dość motywacji, by udać się do Francji. Justyna i Vincent nieraz ją zapraszali, ale nie skorzystała. Nie przekonał jej nawet Marcin, kiedy wybierając się w odwiedziny do mamy, zapewniał, że razem czuliby się raźniej. Malwina nie chciała słyszeć ani o podróży samolotem, ani o mniej wygodnej i trwającej ponad dobę, lecz niewymagającej oderwania się od ziemi wyprawie autokarem. Z przyjemnością wertowała za to zdjęcia i przyglądała się twarzy córki. Chociaż kolejne fotografie nie pozostawiały wątpliwości, że czas bezwzględnie upływał i odciskał na niej piętno, Justyna wreszcie wydawała się szczęśliwa.
Malwina uważała, że po części przyczyniła się do tego stanu - ona i ten niezwykły dom, którego Justyna nie pozwoliła sprzedać, by zyskać środki na leczenie Marcina. Przewracając pierwsze kartki w albumie, zwykle nie mogła powstrzymać uśmiechu i myśli, że życie czasem układało się nieprzewidywalnie. Zaskakiwało troskami w nieodpowiednim momencie, ale też przynosiło dobre rzeczy, gdy już nikt się ich nie spodziewał.
***
Przez wiele miesięcy po zdiagnozowaniu wszyscy uspokajali Marcina i jego matkę. Chrzęstniaki nie prezentowały się zbyt ładnie i na potrzeby zajęć na basenie Justyna musiała dostarczyć specjalne zaświadczenie, że nie są wynikiem choroby zakaźnej, bo wzbudziły niepokój u rodziców innych chłopców trenujących pływanie. Na szczęście nie powodowały dolegliwości bólowych i przez większość czasu Marcin zupełnie o nich nie myślał. Przypominał sobie tylko przy okazji rutynowych badań, które wszyscy traktowali jak zło konieczne. Justyna, bo chciała mieć spokojną głowę. Lekarze, bo niezbyt kłopotliwe chrzęstniaki należało mimo wszystko od czasu do czasu obejrzeć. I wreszcie Marcin, bo mama przekonywała go, że tak trzeba, i nie chciała odpuścić żadnej z zaplanowanych wizyt. Podczas tych ostatnich właściwie nic takiego się nie działo. Lekarze oglądali tylko guzki i zadawali kilka nieskomplikowanych pytań.
Malwina nie pamiętała dokładnie, w którym momencie zauważyły z Justyną, że Marcin zaczął nierówno chodzić. Najpierw stawiał prawą stopę na palcach, po jakimś czasie doszedł do tego ból miednicy, który robił się coraz dokuczliwszy, aż w końcu chłopak nie mógł tego negować. Po kolejnych, tym razem dokładniejszych, badaniach okazało się, że jego prawa kość udowa, w której też stwierdzono obecność chrzęstniaków, jest kilka centymetrów krótsza od lewej. To źle wpływało na cały kręgosłup. Chłopiec wszedł w fazę szybkiego wzrostu i ta różnica zaczęła dość znacznie się pogłębiać. W końcu specjaliści zdecydowali o konieczności przeprowadzenia żmudnego zabiegu wydłużenia kości.
Justynę przerażała ta wizja, zwłaszcza po tym jak lekarz prowadzący wyliczył wszystkie możliwe powikłania. Dwunastoletniego wówczas chłopca nikt nie pytał o zdanie. Ostatecznie i tak uznano, że nie ma innego wyjścia. Kość została operacyjnie przecięta, pozbyto się problemowych chrzęstniaków, po czym za pomocą pierścieni i śrub założono zewnętrzny stabilizator, który miał wydłużać kość średnio o milimetr dziennie.
Marcin został tym samym uziemiony na wiele tygodni. Z aktywnego dzieciaka, który może nie był nigdy duszą towarzystwa, ale miał wielu kolegów, zawzięcie trenował pływanie i nie potrafił wysiedzieć całego weekendu w domu, stał się zamkniętym w sobie chłopcem z przeważnie chmurnym spojrzeniem i naburmuszoną miną. Przemieszczał się głównie na trasie dom-szpital z osobliwą konstrukcją na nodze, którą lekarze nazywali aparatem Ilizarowa. Nie miał pojęcia, kim był jego twórca, ale w skrytości kilkunastoletniego serca szczerze go nienawidził. Stabilizator ten był trwale przytwierdzony do nogi i nie dało się go zdjąć nawet do spania. Justyna musiała przerobić mu też kilka par spodni, poszerzając prawą nogawkę, by pomieściła nie tylko nogę, ale i aparat. Dzięki temu mógł przynajmniej wyjść z mieszkania w ubraniu, ale i tak wolał nie przemieszczać się wcale. Odciął się od wszystkich kolegów, choć część próbowała z początku dzwonić i przychodzić z wizytą. Jeśli chodziło o odwiedziny, Marcin tolerował wyłącznie nauczycieli zjawiających się w mieszkaniu na załatwione przez matkę nauczanie indywidualne.
Proces wydłużania kości metodą Ilizarowa był obwarowany licznymi powikłaniami, ale przez pierwsze tygodnie wszystko przebiegało zgodnie z planem. Wszyscy troje: Marcin, Justyna i Malwina niecierpliwie czekali na jego zakończenie. Było pewne, że na tym nie skończą się problemy i konieczna będzie rehabilitacja, ale przynajmniej na horyzoncie miał pojawić się powrót chłopca do normalnego życia, w który sam coraz mniej wierzył.
Po miesiącu leczenia zdarzyło się najgorsze. Wydłużana kość pękła, co skutkowało przerwaniem całej procedury, wyleczeniem złamania i rozpoczęciem procesu od nowa. Marcin był gotowy się poddać, nim ostatecznie zrozumiał, że nie miał wyboru. Po pierwsze, matka walczyła jak lwica o jego powrót do zdrowia. Po drugie, tak czy inaczej miał być uziemiony - albo na kolejnych kilka tygodni, albo na całe życie.
Leczenie i rehabilitacja pochłaniały znaczną część alimentów wypłacanych przez jego ojca. Na domiar złego z powodu niekończących się urlopów opiekuńczych i zwolnień lekarskich Justyna otrzymała wypowiedzenie z pracy. Nawet wtedy nie mogła liczyć na Jana. Nie było z nim kontaktu i nie ulegało wątpliwości, że nie zapewni ani realnej pomocy w opiece nad synem, ani większego wsparcia finansowego. Nie interesował się chłopcem, kiedy był zdrowy, i choroba nie miała tego zmienić. Uważał, że i tak przelewał zbyt wysokie kwoty, które niewątpliwie pokrywałyby z nawiązką wszystkie ich potrzeby, gdyby tylko mogli normalnie żyć. Niestety, nie mogli, a Justyna stanęła przed dylematem, czy powinna udać się na wyjazd zarobkowy i zostawić syna na głowie Malwiny, czy też trwać przy nim, pozbawiając go kosztowniejszego, ale lepiej rokującego leczenia. To ostatnie rozwiązanie szybko odrzuciła. Uznała, że musi jakoś zdobyć potrzebne środki.
Pracę przy opiece nad starszym, niedołężnym mężczyzną mieszkającym na przedmieściach Paryża zaproponowała jej koleżanka, która zajmowała się nim od wielu miesięcy i szukała zastępstwa, by przyjechać do kraju na dłuższy urlop. Justyna z początku nie chciała o tym słyszeć, ale kiedy przekalkulowała zyski i straty, okazało się, że to nie tylko najrozsądniejsza opcja, ale wręcz jedna z dwóch, jakie jej pozostały.
Drugą opcją była zamiana należącego do rodziny piętrowego domu z ogrodem, stojącego na obrzeżach Gdańska, który wybudował w dużej mierze własnymi rękoma dziadek Albert, teść Malwiny, na małe mieszkanie w bloku. Malwina była gotowa się przeprowadzić, ale Justyna nie chciała o tym słyszeć. Ten dom miał w sobie coś, co sprawiało, że złe sprawy można było upchnąć na zakurzonym strychu lub w obrośniętej pajęczyną piwnicy. Dobre rzeczy były z kolei zamknięte w starych, zabytkowych meblach i wabiących zapachem kwiatach, które Malwina z początku uprawiała na pamiątkę po przedwcześnie zmarłym mężu Wojciechu, z zawodu ogrodniku.
Justyna kochała to miejsce nie mniej niż jej matka. Ilekroć zamykała oczy, niemal widziała, jak dziadek Albert rozwiesza w ciepły dzień hamak pomiędzy dwiema okazałymi jabłonkami. To tutaj mieszkał też duch jej ojca, którego znała jedynie z pożółkłych fotografii - zupełnie jak Marcin swojego, tyle że Wojciecha zabrała choroba, a Jan odszedł dobrowolnie. Miała nawet ulubiony kawałek strychu, w którym zaszywała się, by rozmawiać z duchami - najpierw z duchem taty, a później duchem dziadka. Nade wszystko jednak nie wyobrażała sobie, że Malwina mogłaby tak po prostu stąd odejść i oddać swoje miejsce na ziemi przypadkowym i zupełnie obcym ludziom.
Nie chcąc nawet myśleć o sprzedaży, Justyna wyjechała do Francji, gdzie przez osiem tygodni mieszkała w podparyskim Nanteree w domu starszego mężczyzny z demencją. Opiekowała się nim przez całą dobę, od poniedziałku do niedzieli. Żywiła się zapasami z jego lodówki, które dwa razy w tygodniu razem z artykułami higienicznymi i pielęgnacyjnymi uzupełniało któreś z jego dzieci. Kobieta nie myślała nawet o tym, by regularnie wychodzić na zakupy, przez co oszczędzała praktycznie wszystkie zarobione pieniądze. Marcin bardzo za nią tęsknił, ale znosił ich chwilową rozłąkę z godnością. Jak na niespełna trzynastolatka godności, cierpliwości i zdolności do godzenia się z losem miał już bardzo dużo. Nauczył się też funkcjonować na uboczu nastoletniego życia towarzyskiego i chociaż Malwina starała się go przekonać, że tak nie jest, zobojętniał na wszystko i zaczął wierzyć, że nic przyjemnego go już nie spotka.
Jego matka wróciła do kraju po dwóch miesiącach, zmęczona, ale zadowolona. Sprawiała wrażenie, jakby oprócz pieniędzy na rehabilitację i drobnych prezentów przywiozła z sobą ożywienie i konkretną porcję radości. Przed wyjazdem była zwykle ponura i przytłoczona życiem, które nie potoczyło się tak, jak oczekiwała, po powrocie z Francji promieniała. Wyglądała, jakby fizyczna praca zamiast ją znużyć, pozwoliła naładować baterie. Z początku Malwina sądziła, że Justyna tak bardzo cieszy się z powrotu do syna i zarobionych pieniędzy, które mogła przeznaczyć na leczenie, ale kilka dni później córka wyjawiła jej prawdziwy powód tej odmiany. Był nim mężczyzna.
Vincent okazał się rehabilitantem starszego pana, którym Justyna się opiekowała. Przychodził do niego codziennie na godzinę lub dwie. Łamanym angielskim i francuskim od słowa do słowa nawiązali nić porozumienia. W ciągu tych ośmiu tygodni zakochała się jak nastolatka - zupełnie jakby zapomniała, że miała za sobą nieudane małżeństwo, chorego syna i od dawna dominujące przeświadczenie, że jako kobieta nie doświadczy już niczego szczególnego.
Niespełna miesiąc po jej powrocie do Gdańska przyjechał z wizytą Francuz, czego Malwina zupełnie nie mogła pojąć. Uważała, że Justyna pakuje się w kolejne bagno, jakby to, w którym tkwiła po uszy, nie było dość gęste, głębokie i śmierdzące. Mimo łagodnego charakteru, który - jak sama po latach stwierdziła - doskonale predysponował ją do roli ofiary pierwszego męża, potrafiła być uparta. Kiedyś nie dała sobie wybić z głowy Jana i podobnie nie zamierzała pozwolić, by Malwina przemówiła jej do rozsądku, jeśli chodziło o nową miłość.
Poznany we Francji mężczyzna od pierwszej chwili sprawiał wrażenie zupełnego przeciwieństwa Jana. Nie tylko był znacznie młodszy, ale i nie miał w sobie nic z jego drażniącej wyniosłości i obcesowości. Ubrany w sportową bluzę, z niezbyt efektowną fryzurą i uśmiechem, który choć niemal nieustannie przyklejony do twarzy, wydawał się szczery, Vincent emanował wewnętrznym ciepłem. Wypływał z niego tak naturalny spokój i życzliwość, że mimo bariery językowej nie sposób było go nie polubić. Wszedł w ich życie może nie przebojem, ale na pewno z przytupem. Kilkoma nowinkami technologicznymi i umiejętnością skonstruowania rzeczy z niczego wkupił się w łaski Marcina, któremu wciąż okrutnie brakowało prawdziwego ojca. W dodatku Francuz nie usiłował za wszelką cenę go zastąpić. Nie chciał nawet nigdy, by chłopak tak go nazywał. Wolał być po prostu przyjacielem, a nie wujkiem, ojczymem czy nowym tatą. Uważał, że na miano tego pierwszego najtrudniej zapracować. Malwinę natomiast Vincent przekonał tym, że był nieudawany i umiał sprawić, że jej córka i wnuk śmiali się tak beztrosko jak nigdy wcześniej.
Po ponad roku życia na odległość Francuz wziął ślub z Justyną i przeprowadził się do Gdańska. Jako rehabilitant mówiący w obcym języku nie dostał pracy w zawodzie. Głównie udzielał korepetycji i dorabiał w szkołach językowych jako domorosły nauczyciel francuskiego. Uczniowie go uwielbiali, ale chociaż starał się bardzo przez wzgląd na Justynę i jej syna, nie potrafił odnaleźć się w Polsce. Wreszcie po trzech latach mieszkania na Pomorzu, kiedy Marcin miał niespełna siedemnaście lat, wszyscy troje podjęli decyzję o przeprowadzce do Francji. Byli przekonani, że chłopak miał za sobą najgorszy okres choroby, a żmudne zabiegi i rehabilitacja przyniosły oczekiwany efekt. Justyna wierzyła, że mogli wreszcie zapomnieć o szpitalach i ciągłym strachu, by bez obciążenia ułożyć sobie życie od nowa w obcym kraju, ale za to z człowiekiem, który stanowił idealne dopełnienie ich dwójki.
Już zaczęli się nawet pakować. Vincent wyjechał do Francji, żeby odświeżyć swoje mieszkanie i przygotować je na ich przyjazd. Od przeprowadzki dzieliły ich tylko jedne badania kontrolne. Chociaż Marcin od pewnego czasu odczuwał ból w lewej stopie, był przekonany, że to nic poważnego, a badania robione są wyłącznie po to, by zyskać całkowity spokój. Razem z matką pokusili się nawet o żarty, że do szpitala jadą dmuchać na zimne i pożegnać się z nielubianym przez obojga lekarzem. Niestety, obrót wydarzeń starł im z twarzy uśmiechy, w dodatku brutalniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Lena
Gdyby Lena zastanawiała się, czy naprawdę chciała to robić, odpowiedź przyszłaby bez namysłu. Każda komórka jej ciała zdawała się krzyczeć, że to był fatalny pomysł, a ona powinna natychmiast wziąć swoje rzeczy, udać się na dworzec, odbyć wielogodzinną podróż i znaleźć się z powrotem w domu. Nawet mop wydawał się być przeciwko niej, a jego plastikowa rączka po dwóch częściowo nieprzespanych nocach ważyła niewspółmiernie dużo. Dziewczyna nie zdobyła się jednak na to, żeby już pierwszego dnia cisnąć nim w kąt i tak łatwo się poddać. Pracy marzeń nie znajdywało się po dwóch dniach gorączkowego przetrząsania internetu. Powinna się cieszyć, że w ogóle tak szybko coś znalazła, a oferta wydawała się poważna przynajmniej na tyle, że nawet rozsądek podpowiadał, by z niej skorzystać.
Właściciel firmy, który ogłosił w sieci, że poszukuje pracowników sezonowych, najlepiej studentów, posiadał dwie duże dyskoteki w Trójmieście, a także sieć lodziarni i kilka mobilnych stoisk sprzedających lemoniadę. W sezonie miał duże zapotrzebowanie na siłę roboczą, ale kiedy usłyszał, że Lena zamierza przyjechać z drugiego końca Polski, by sprzątać dyskotekę i sprzedawać napoje, mimo wszystko był zaskoczony. Od razu zastrzegł, że skoro nie posiada nawet kursu barmańskiego, nie ma co liczyć na pracę za barem i czekają na nią raczej najgorsze roboty porządkowe. Mężczyzna wydawał się godny zaufania, stawiał sprawę jasno, a do tego oferował kwaterę i obiecywał, że jeśli Lena będzie chętna do pracy, znajdzie się dla niej tyle zajęć, by mogła przyzwoicie zarobić.
Mimo wszystko decyzja nie przyszła jej łatwo. To było największe ryzyko, jakie podjęła w życiu. Rano w dniu wyjazdu trzymała w dłoni telefon i wybierała numer mamy. Chciała przyznać się rodzicom, że została na lodzie i z jej wakacyjnej pracy z Patrykiem nic nie wyjdzie. To głównie z jego powodu ostatecznie tego nie zrobiła. Nie wyobrażała sobie, że zostanie w domu na całe wakacje i będzie rozmyślać o nim, ich wspólnych chwilach i tym, co mogliby robić, gdyby ich związek w którymś momencie się nie zepsuł. Nadal nie miała za bardzo pojęcia, kiedy właściwie to nastąpiło i jakim cudem ona zupełnie przeoczyła ten moment.
Teraz była na drugim końcu kraju i wydawało się, że Patryk znalazł się w bezpiecznej odległości - nie na tyle, by nie dosięgały go jej myśli, ale przynajmniej nie było wokół niej tych wszystkich rzeczy, na których pozostały jego zapach, dotyk dłoni czy spojrzenie przepastnych, niebieskich oczu. Niewdzięczną kapę, którą okryli się ostatniego wspólnego wieczoru, mogła bezkarnie wyrzucić, ale nie dało się tego zrobić z wszystkimi przedmiotami. Tu przynajmniej nic jej go nie przypominało oprócz futerału ze skrzypcami, ale one i muzyka zawsze należały przede wszystkim do niej.
Kiedy kończyła myć podłogę w największym z pomieszczeń, czuła się zmęczona jak nigdy przedtem, a to uczucie potęgowało niewyspanie. Po długiej i rozpoczętej wczesnym rankiem podróży była przekonana, że swoją pierwszą noc w Gdańsku prześpi kamiennym snem. Właściciel dyskoteki uprzedził co prawda, że pokój, w którym miała spać, znajdował się bezpośrednio nad salą taneczną i trudno było liczyć na ciszę, ale Lenie to nie przeszkadzało. Była pewna, że potrafi usnąć w hałasie.
Poziom natężenia decybeli okazał się jednak bezprecedensowy. Lena nie zmrużyła oka do czwartej nad ranem, kiedy z głośników wybrzmiał ostatni łomoczący kawałek. O dziesiątej musiała być już na nogach, ale i tak obudziła się dużo wcześniej, z potwornym bólem głowy i zupełnie niegotowa na wyzwania, jakie miał przynieść nowy dzień. Pocieszała się, że przynajmniej właściciel podczas spotkania na żywo sprawiał wrażenie równie uczciwego, jak przez telefon, a oferta zatrudnienia nie okazała się ściemą.
- Pomóc ci z tymi krzesłami? - Męski głos w rogu sali sprawił, że Lena gwałtownie drgnęła.
Nie miała pojęcia, od jak dawna nie jest sama. Spojrzała w stronę, z której dobiegł głos. Stał tam młody mężczyzna ubrany w połyskujące, czarne spodnie, popielaty T-shirt i jasną marynarkę. Miał ciemne włosy zaczesane gładko na bok. Nie wyglądał, jakby przyszedł tu do pracy, ale do rozpoczęcia kolejnej imprezy zostało dobrych parę godzin. Lena poczuła się nieswojo, bo jej włosy były niedbale związane w kucyk grubą, niebieską frotką, koszulka była lekko przepocona, a ona sama trochę zziajana. Szybko jednak ofuknęła się w myślach. Była w pracy i to, jak wyglądała w oczach tego mężczyzny, nie miało najmniejszego znaczenia.
- Dziękuję. Poradzę sobie - powiedziała, mimowolnie dotykając włosów, żeby sprawdzić, na ile źle wygląda jej fryzura.
- Chętnie bym się do czegoś przydał - odrzekł i powoli ruszył w kierunku baru, na którego blacie Lena ustawiła wcześniej do góry nogami krzesła, by nie przeszkadzały podczas mycia podłogi.
- Pracujesz tutaj? - spytała, chociaż była przekonana, że zna odpowiedź.
- Można powiedzieć, że pomagam nieodpłatnie. - Mężczyzna uśmiechnął się. Widząc jej pytający wzrok, wyjaśnił: - Właściciel to mój ojciec.
- Przepraszam - zmieszała się. - Gdybym wiedziała, nie wypaliłabym do pana "na ty?.
- Jestem Hubert, nie żaden pan - sprostował. - Będzie łatwiej mówić sobie po imieniu. Jeśli masz zamiar pracować tu przez najbliższe tygodnie, będziemy się często widywać. W lecie jest tu straszny młyn i ojciec sam wszystkiego nie ogarnia.
Hubert miał miły głos, niski, a zarazem delikatny. Lena uważała, że ludzi można podzielić na tych, którzy zyskiwali w momencie wypowiedzenia pierwszych słów, i tych, którzy po otwarciu ust za sprawą barwy głosu i sposobu wysławiania się tracili część uroku. Mężczyzna stojący obok z pewnością należał do pierwszej grupy, a ze swoim głosem nadałby się nawet do radia, oczywiście pod warunkiem że miałby w nim o czym mówić. Tego Lena na razie nie wiedziała i nie była pewna, czy powinna dociekać.
- W takim razie... - Już miała wyciągnąć w jego kierunku dłoń, ale w ostatniej chwili zreflektowała się, że tkwiła na niej cienka, gumowa rękawiczka. Uśmiechnęła się więc tylko i powiedziała: - Jestem Lena, właściwie Marlena, ale wolę skróconą wersję swojego imienia.
- Miło mi - odrzekł, uśmiechając się, po czym chwycił z blatu pierwsze krzesło i postawił je z piskiem na podłodze.
- Mam założyć, że to kontrola, czy dobrze się spisuję pierwszego dnia pracy? - spytała, chociaż i bez zaczepnych uwag, z mopem i rozczochranymi włosami musiała stanowić dla niego raczej kuriozalny niż przyjemny widok.
- Bynajmniej! Ojciec chciał, żebym tu coś podrzucił. Przy okazji wszedłem na chwilę. Lubię to miejsce, ale wolę przebywać w nim, kiedy jest spokojnie i cicho.
- Chyba mało kto przychodzi tu szukać ciszy. Albo spokoju.
- Celna uwaga. Ja jestem właśnie tym mało kim. - Hubert znów się uśmiechnął. Kiedy to robił, w jego policzkach pojawiały się dołeczki, co było widoczne nawet mimo dwu- lub trzydniowego zarostu. - Nie przepadam za graną tu muzyką. Wolę ostrzejsze brzmienie. - Po chwili dodał: - I muzykę instrumentalną, na przykład skrzypce.
- Nabijasz się ze mnie - stwierdziła.
- Ależ skąd!
- Pan Robert musiał powiedzieć ci, że przywiozłam ze sobą skrzypce.
- Ojciec rzeczywiście napomknął, że po raz pierwszy do pracy w dyskotece przyjechała dziewczyna ze skrzypcami, ale nie wiedziałem, że to ty. I nie widzę w tym niczego zabawnego. To raczej ciekawe, zwłaszcza że sam też trochę gram.
- Na skrzypcach? - zdziwiła się.
- Na gitarze elektrycznej - sprostował. - Próbowałem kiedyś z altówką, ale powiedzmy sobie uczciwie, trochę mnie to przerosło.
Przez chwilę oboje w milczeniu ustawiali krzesła, a kiedy skończyli, Lena omiotła wzrokiem okolice baru i pokiwała głową z zadowoleniem. Wreszcie było tu czysto. Kiedy kilka godzin temu brała się za sprzątanie, nie wiedziała, w co włożyć ręce, bo zgodnie z zasadami ustalonymi przez szefa po zakończeniu imprezy obsługa miała zadbać jedynie o umieszczenie wszystkich szklanych naczyń w zmywarkach. Reszta bałaganu zostawała dla ekipy sprzątającej, czyli dla niej.
Jedna z pracujących tu dziewczyn, z którą udało jej się z rana zamienić parę słów, twierdziła, że najgorsze były incydenty w łazienkach. Lena nie dopytywała o szczegóły, ale i bez tego domyślała się, o co chodziło. Od początku zresztą zakładała, że sprzątanie toalet będzie najmniej przyjemnym aspektem tej roboty. Nie miała oporów, by się tego podjąć. Uważała też, że żadna praca nie hańbi, ale po cichu naiwnie liczyła, że przez większość swojego pobytu tutaj będzie obsługiwać mobilne stoisko z lemoniadą, najlepiej przy skąpanej w słońcu plaży. Na razie jednak było chłodno i pochmurno, a odkąd poprzedniego wieczoru zjawiła się w Trójmieście, nie pomyślała nawet, by wybrać się nad morze. Jeżeli w którymś momencie oczyma wyobraźni widziała siebie ubraną w krótką, bawełnianą sukienkę w delikatne prążki - w zasadzie jedyną, jaką ze sobą wzięła - krojącą limonki i z uśmiechem wrzucającą do plastikowych kubków listki mięty, ta perspektywa wydawała się teraz prawie tak odległa, jak jej rodzinna miejscowość na Podkarpaciu.
- Chyba wszystko gotowe na kolejne taneczno-alkoholowe szaleństwa - stwierdził również Hubert.
- Tutaj chyba tak, ale zostało mi jeszcze trochę pracy.
- Wieczorem masz wolne?
- Nie pracuję przy obsłudze imprezy, jeśli o to pytasz.
Szef już na początku wyraźnie zaznaczył, że nie wpuści jej za bar, a po całodziennym sprzątaniu obiektu nie będzie od niej oczekiwał biegania z mopem także w nocy. Jeśli coś wymagało natychmiastowego uprzątnięcia, bo na przykład stłukły się naczynia, coś się rozlało lub miał miejsce incydent łazienkowy, który nie mógł poczekać do rana, musiały zająć się tym osoby z obsługi.
- To miało być raczej zawoalowane pytanie, czy znalazłabyś później czas, aby kontynuować naszą rozmowę. Muszę teraz podjechać w parę miejsc, ale wrócę, zanim zacznie się impreza.
- Mówiłeś, że wolisz to miejsce, kiedy jest cicho.
- Tak, ale wspominałem też, że ojciec sam wszystkiego nie ogarnia. Muszę doglądać interesu - wyjaśnił. - Poza tym moglibyśmy usiąść gdzieś na zewnątrz, napić się czegoś i spokojnie pogadać. Mam wrażenie, że z łatwością znajdziemy wspólny język.
Lena nie była pewna, czy się nie przesłyszała. Ten elegancki mężczyzna będący synem właściciela zaproponował właśnie wspólne spędzenie wieczoru dziewczynie od wiadra i mopa. Nie wiedziała nawet, czy jej się to podoba, i nie chciała zgadywać szczerości jego intencji. Jednak Hubert był intrygujący, nie zachowywał się niewłaściwie i niczego nie insynuował, a wypicie szklanki soku w jego towarzystwie czy niewinna rozmowa nie brzmiały szczególnie złowieszczo.
- Zobaczymy. Już teraz czuję się wykończona - odrzekła wymijająco.
- Jasne, ale jeśli znajdziesz czas i chęci, będę tutaj około dziewiętnastej.
Kiedy wyszedł, Lena znów miała ochotę uszczypnąć się w przedramię, żeby sprawdzić, czy przez ostatni kwadrans nie śniła na jawie. Pomieszczenie wyglądało na wysprzątane, krzesła równo ustawione, a woda w wiadrze całkiem wystygła. Zostały jeszcze te nieszczęsne łazienki i jakieś półtorej godziny do końca pracy. Zanim dotarła do drzwi męskiej toalety, w kieszeni spodni zawibrował jej telefon, informując o nowej wiadomości na Messengerze. Pospiesznie zdjęła rękawiczkę i przesunęła palcem po ekranie.
Kilkanaście sekund później wiedziała już, że wolałaby nigdy tego nie zrobić.
***
W małym pomieszczeniu, które właściciel dyskoteki Robert Drucki wyznaczył Lenie jako kwaterę, stał wąski, jednoosobowy tapczan. Wyglądał na wysłużony i nie był szczególnie wygodny, ale przynajmniej wyposażono go w czysty komplet pościeli. W pomieszczeniu znajdowało się też okno dachowe z przybrudzoną beżową roletą, z której - jak zażartował właściciel, gdy wręczał Lenie klucze - nieczęsto będzie korzystać, bo lato na Pomorzu bywało kapryśne, a do tego okno skierowane było na północ. Nie było tu żadnego lustra, w którym mogłaby się przeglądnąć. Miała tylko małe, okrągłe lusterko, z łatwością mieszczące się w kosmetyczce razem z paroma absolutnie niezbędnymi kosmetykami. Wszystkie leżały teraz na stoliku i miały posłużyć do nałożenia delikatnego makijażu.
Lena najpierw rozsmarowała na twarzy odrobinę podkładu i przypudrowała policzki pudrem transparentnym. Następnie zrobiła staranną, cienką kreskę na górnej powiece, wytuszowała rzęsy i pociągnęła usta błyszczykiem. Na koniec rozczesała długie, naturalnie rude włosy i włożyła jedyną sukienkę, na którą wystarczyło miejsca w plecaku. Zanim wyszła z pokoju, wrzuciła wszystkie kosmetyki do saszetki, chwyciła leżącą na brzegu łóżka dżinsową kurtkę i wcisnęła do kieszeni telefon i portmonetkę.
Wieczór, podobnie jak cały dzień, wydawał się pochmurny i chłodny, ale kiedy znalazła się przed budynkiem, ze zdziwieniem stwierdziła, że było cieplej, niż sądziła. Pożałowała nawet, że dyskoteka, a tym samym jej lokum, znajdowała się spory kawałek od plaży, na którą mogła dotrzeć jedynie tramwajem. Nie miała nawet pojęcia którym. Być może konieczna byłaby również przesiadka, przez co później Lena miałaby trudności z powrotem do dyskoteki. Jej orientacja w terenie była gorsza niż przeciętna i już sam fakt, że bez większych problemów, zaopatrzona w wydruk z Google Maps i GPS w telefonie, dotarła pod właściwy adres pracodawcy, należało uznać za spory sukces.
Ostatecznie zamiast wyprawy nad morze postanowiła poprzestać na krótkim spacerze i drobnych zakupach w markecie. Miała nadzieję, że uda jej się znaleźć też stopery do uszu, bo chociaż była zmęczona i niewyspana, przypuszczała, że i tej nocy bez nich tak łatwo nie uśnie.
Idąc wzdłuż ulicy w stronę majaczącego na horyzoncie sklepowego szyldu, powstrzymywała się od zerkania na ekran i sprawdzania godziny. Nie chciała nawet przed sobą przyznać, że była ciekawa, czy Hubert rzeczywiście zjawi się przed dziewiętnastą i czy będzie miał ochotę na rozmowę. Niezależnie od tego, jak bardzo nie miało to sensu, wolała myśleć o nim niż o zdjęciu, które dostała kilka godzin wcześniej na Messengerze. Najchętniej wyparłaby je z pamięci, podobnie jak całą historię swojego niedawnego związku z Patrykiem. Być może za jakiś czas nauczy się śmiać z nieudanej wielkiej miłości albo zasuszy wspomnienia jak bukiet, który nie spełniał już swojej funkcji, bo przestał pachnieć i cieszyć oko, ale szkoda go było całkiem wyrzucić. Tym czasem każda myśl o nim powodowała wyłącznie smutek i wyciskała łzy.
Zdążyło się nieco ściemnić, kiedy z siatką wypełnioną zakupami Lena skierowała się z powrotem do budynku dyskoteki. Idąc nierównym chodnikiem, czuła pod powiekami pieczenie. Oczy gryzły ją tak, jakby ktoś umieścił w nich ziarenka piasku, ale nie zamierzała się rozpłakać. Nie tutaj i nie teraz, bo takie łzy w niczym by jej nie pomogły. Mogłyby przynieść ulgę, gdyby zostały wylane w czyjś życzliwy rękaw, a nie ukradkiem na ruchliwej ulicy, na której przed momentem wyminęła ją hałaśliwa i roześmiana grupka osób mniej więcej w jej wieku, prawdopodobnie zmierzających na imprezę. Gdy i ona wróciła przed budynek, dostrzegła Huberta, który rozmawiał z jednym z bramkarzy. Kiedy ją spostrzegł, uśmiechnął się, powiedział do mężczyzny coś jeszcze, po czym podszedł do niej.
- Wieczorny spacer po okolicy? - zagadnął.
- Musiałam kupić coś na śniadanie - odrzekła, wskazując na siatkę z zakupami. - I stopery do uszu.
- Mam nadzieję, że nie zamierzasz od razu z nich skorzystać. Liczyłem na dokończenie naszej rozmowy.
- Zobaczymy, czy to się uda w tym huku. - To mówiąc, Lena wymownie spojrzała w stronę drzwi wejściowych dyskoteki, przez które wylewały się hałaśliwe dźwięki.
- Rzeczywiście niezły huk - zgodził się. - Ale dzisiaj porządku pilnuje tu nasz najlepszy człowiek. - Hubert wskazał na mężczyznę, z którym przed chwilą rozmawiał. - Ufam mu w stu procentach, dlatego nie ma potrzeby, żebym tu tkwił przez cały wieczór.
Lena spojrzała na niego pytająco.
- Nie chciałbym, żebyś uznała, że gdzieś cię porywam, ale zuchwale pomyślałem, że... - zawiesił głos i uśmiechnął się tajemniczo.
- Że...?
- Może pojechalibyśmy na plażę? Obstawiam, że nie zdążyłaś zobaczyć morza.
- Nie zdążyłam.
- Ale nie jesteś pewna, czy to dobry pomysł - dopowiedział, widząc jej wahanie.
- Po prostu mnie zaskoczyłeś. Wliczając twoją pomoc przy ustawianiu krzeseł, znamy się jakieś... - Lena zamyśliła się na moment. - Trzydzieści minut.
- W porządku. Nie będę naciskał - zapewnił z uśmiechem. - Możemy spróbować znaleźć miejsce gdzieś na zewnątrz.
- Na razie wszystkie wyglądają na zajęte. - Zauważyła.
- Rzeczywiście, ale wystarczy energiczniejszy kawałek i część osób pójdzie w tany.
Hubert miał miły, magnetyzujący uśmiech, ciepłe spojrzenie i przyjemny głos. Lena znów pomyślała o Patryku i tym nieszczęsnym zdjęciu, które przyszło na jej komórkę, po czym stwierdziła, że raz kozie śmierć. Nie chciała być tylko zranioną idiotką, dziewczyną od wiadra i mopa czy szarą gąską posłusznie pełniącą wyznaczoną dla niej rolę. Jeżeli interesujący mężczyzna miał ochotę spędzić z nią przyjemny wieczór, na przykład spacerując brzegiem morza, to zamierzała się zgodzić.
- Niech będzie plaża - zdecydowała. - Tylko wybierz jakąś ładną, bo dawno nie byłam nad morzem i potrzebuję dobrego pierwszego wrażenia.
- Świetnie! - ucieszył się. - Pojedziemy na absolutnie wyjątkową plażę.
- No i musisz odstawić mnie o przyzwoitej porze, bo rano czeka robota.
- Obiecuję! - Hubert ostentacyjnie uniósł w górę dwa palce.
- W takim razie zaniosę tylko siatkę z zakupami do pokoju i możemy jechać - odrzekła, chociaż w głębi jej serca tłukły się wątpliwości, a przez pragnienie, by choć na chwilę zapomnieć o Patryku, nieudolnie próbował przebić się głos rozsądku.
- Poczekam - zapewnił, a kiedy zdążyła odejść kilka kroków, zawołał za nią: - Leno, wiem, że to głupie, ale może wzięłabyś ze sobą skrzypce?
- Słucham?! - Odwróciła się zdziwiona.
- Słyszałaś kiedykolwiek dźwięk skrzypiec skomponowany z szumem morza?
- Nie - powiedziała po części rozbawiona, po części zdumiona.
- Ja też nie. Ale mogę sobie wyobrazić, że brzmi niesamowicie.
- Miałabym stanąć na plaży i grać?
- A dlaczego nie?
Lena wybuchła śmiechem i odeszła w kierunku bocznego wejścia do budynku, za którym znajdowały się betonowe schody prowadzące do jej pokoju.
Sebastian
Dwóch młodych mężczyzn usadowiło się w bezpiecznej odległości na wydmie za obfitą kępą trawy, w miejscu, w którym sosnowy lasek graniczył z plażą. Po deszczu padającym drobno przez większą część dnia powietrze dokoła wydawało się przesiąknięte zapachem igliwia. Wyższy z mężczyzn, Sebastian - postawny brunet z mięśniami stanowiącymi efekt miesięcy ćwiczeń na siłowni - potarł nos. Nie znosił intensywnych zapachów, ale ten i tak wydawał się lepszy niż swąd tłuszczu ze smażalni ryb z drugiego końca lasku.
Kilkanaście metrów przed nimi na mokrym piasku, który raz po raz omiatała morska fala, stała dziewczyna. Trzymała w rękach wykonane z ciemnego drewna skrzypce i uśmiechała się szeroko, pozwalając, by wiatr tarmosił pasma jej długich, rudych włosów. Nie przestawała grać, nawet kiedy o jej stopy plasnęła kolejna fala, mocząc krawędź lekko rozkloszowanej, bawełnianej sukienki kończącej się tuż poniżej kolan.
- Ja pierdolę! - Sebastian głośno pociągnął nosem.
Nie odrywał wzroku od dziewczyny, której instrument wypuszczał w powietrze kolejne melodyjne dźwięki. Grała czysto, przypuszczalnie jakiś utwór klasyczny. Nawet taki człowiek jak on, któremu wyjątkowo ciężki słoń nadepnął na ucho, nie miał wątpliwości, że dziewczyna zna się na grze.
- Widok jak z ckliwej do porzygu foty z Instagrama. Brakuje tylko animowanych nutek dodanych w jakiejś gównianej apce, których takie małolaty ściągają na pęczki. Założę się, że ona ma ich w swoim telefonie co najmniej kilka - skwitował drugi mężczyzna
Był nieco niższy, ale nie mniej postawny od Sebastiana. Spod przepastnego, nasuniętego nisko na czoło kaptura czarnej bluzy wymykały się kosmyki kręconych blond włosów, które jeszcze w szkole średniej zapewniły mu niezbyt chlubną ksywę Anioł.
- Lepiej skupmy się na zadaniu! - powiedział przez zęby Sebastian, ponownie pocierając nos drażniony wonią igliwia. - Nie podoba mi się to.
- Co konkretnie? Ta ruda laska, muzyka klasyczna, jebanie gnijącymi szyszkami czy...
- Wszystko! Wszystko mi się nie podoba! Wolałbym go zawinąć, kiedy będzie sam.
Mówiąc to, Sebastian ruchem głowy wskazał na mężczyznę znajdującego się kilka metrów od dziewczyny. Patrzył on na towarzyszkę jak urzeczony. Opierał się o łódkę, której stan wskazywał, że raczej dawno nie wyprawiano się nią na żaden połów.
- Sam by tu nie przyszedł - zauważył Anioł. - Od grubo ponad tygodnia jeździmy za nim jak debile i to najlepsza okazja, jaka dotąd się przydarzyła. Ten dupek jest bardzo towarzyski, ciągle kręcą się przy nim jacyś ludzie. Wreszcie znalazł się w odludnym miejscu, dlatego nie możemy tego spieprzyć.
- Ale ta dziewczyna...
- Taki się, kurwa, wrażliwy i współczujący zrobiłeś?
- Chodzi mi o to, że to dodatkowy problem.
- Nie wygląda na mocarną. Poza tym oboje sprawiają wrażenie, jakby zapomnieli o bożym świecie - stwierdził Anioł. - Zwłaszcza Hubercik.
- Cholerny Romeo! Teraz skrzypaczki mu się zachciało!
Sebastian z niesmakiem spojrzał na zasłuchanego w muzykę mężczyznę.
Przez większość życia Hubert był jego najlepszym kumplem. W dzieciństwie potrafili godzinami kopać piłkę na osiedlowej uliczce albo grać przez całe popołudnie w Call of Duty czy Heroesów. Nieco później chodzili razem na imprezy, skrzętnie omijając przy tym należące do jego ojca lokale, które prosperowały coraz lepiej i wyraźnie dowodziły, że stary Drucki miał łeb do interesów. Hubert zawsze był tym przy kasie, więc stawiał kumplom najpierw zakazane dla kilkunastolatków piwo, a z czasem alkohole z coraz wyższej półki. Najczęściej było to whisky z colą, którego posmak Sebastian wciąż pamiętał. Zdarzało się, że wciągali też ostrzejsze używki, do których Hubert bez trudu znajdował dostęp. Sebastian z kolei miał o wiele mocniejszą głowę i zachowywał trzeźwość myślenia. Będąc z nim, młody Drucki nie musiał martwić się o to, czy i jak wróci do domu w jednym kawałku. Sebastian niejednokrotnie wsadzał go do taksówki, modląc się w duchu, żeby wysiedli z niej z całą zawartością żołądka pozostałą na swoim miejscu, albo podtrzymywał go w krzakach, by nie obrzygał sobie nowych butów za grubo ponad tysiąc złotych. Aż wreszcie doszli do punktu, w którym zapaskudzenie nieprzyzwoicie drogich glanów stanowiło najmniejsze z tarapatów, w jakie Hubert z zadziwiającą regularnością się pakował. Przez te wszystkie lata nie nauczył się brać odpowiedzialności za swoje działania. Z mocnymi plecami, jakie zapewniał wpływowy ojciec biznesmen, i wiernym jak pies kumplem, którego traktował jak osobistego bodyguarda i speca od wyciągania go z każdego szamba, czuł się jak młody bóg. Niestety, w końcu przeholował.
To było kiedyś ich ulubione miejsce kąpieli - niestrzeżony kawałek piasku zmieszanego z kamykami, piórami mew i drobnymi, połamanymi muszelkami, który nie cieszył się popularnością wśród plażowiczów. Przyjezdni rzadko o nim wiedzieli albo wybierali regularnie sprzątane plaże z łagodniejszym wejściem do morza. Mało kto zadawał sobie trud, żeby wypuszczać się na dłuższą przechadzkę niż trasa z Jelitkowa do Sopotu. A przecież Bałtyk był w tym miejscu tak samo piękny, a może i bardziej niezwykły, bo nawet w słoneczny dzień nikt się o niego nie rozpychał łokciami. Tym razem miejsce również było wyludnione.
Anioł miał rację, że okazja była doskonała. Szkoda tylko, że Hubert przywiózł tutaj tę dziewczynę - kolejną z wielu. Miał podejście do kobiet, co zapewniało mu łatwy podryw. W drogich ciuchach wyglądał jak milion dolarów, albo chociaż jak model z magazynu "Vogue Polska". Był przeświadczony, że może mieć każdą dziewczynę, i niestety zwykle się to sprawdzało.
- Laska dostanie taki koktajl, że niczego nie będzie pamiętać - powiedział Anioł, widząc niepewny wzrok Sebastiana utkwiony w dziewczynie, która z coraz większą lekkością przebierała smyczkiem po strunach. - A potem wywalimy ją gdzieś w środku miasta i spierdolimy. Kiedy jakimś cudem dotrze do domu, nie będzie wiedzieć o naszym istnieniu. Jak dobrze pójdzie, tego dupka też nie będzie pamiętać... Może nawet lepiej dla niej.
- Oby tak było!
- Sebiks, ty cwelu! Chyba teraz nie speniasz? - Anioł groźnie spojrzał na kolegę.
- Nie speniam. - Sebastian jeszcze mocniej zacisnął zęby. Podobnie jak Anioł doskonale wiedział, dlaczego to robi.