Moje życie od teraz - Jessica Verdi

-
Proszę czekać

Balujemy!

Zro­bi­my tak: na dzi­siej­szy wie­czór Lucy Mo­ore prze­sta­je ist­nieć - bły­snę­łam moją fał­szy­wą le­gi­ty­ma­cją. - Pa­mię­taj­cie, dziś na­zy­wam się Sa­man­ta Por­ter, mam 22 lata i stu­diu­jęw Fi­la­del­fii.

Była dzie­wią­ta wie­czo­rem. Pół­noc­ną li­nią me­tra to­czy­li­śmy się w kie­run­ku cen­trum No­we­go Jor­ku. Max i ja po­wie­dzie­li­śmy ro­dzi­com, że bę­dzie­my no­co­wać u Co­urt­ney, co zresz­tą za­mie­rza­li­śmy uczy­nić, ale do­pie­ro nad ra­nem. Mama Co­urt­ney mia­ła noc­ny dy­żur w szpi­ta­lu.

- Skąd ten na­gły głód przy­gód, Luce? - za­py­tał Max.

By­li­śmy pacz­ką przy­ja­ciół, któ­ra cho­dzi­ła ra­czej do te­atru, wy­po­ży­cza­ła fil­my i prze­sia­dy­wa­ła w ka­wiar­niach. Club­bing nie był w na­szym sty­lu. Fał­szy­we le­gi­ty­ma­cje mie­li­śmy tyl­ko dla­te­go, że, jak na­ka­zy­wa­ła sta­ra do­bra tra­dy­cja koła Ele­anor­Dra­ma, koń­czą­cy szko­łę ucznio­wie prze­ka­zy­wa­li młod­szym swo­je sta­re le­gi­ty­ma­cje.

- Mnie py­tasz? - za­py­ta­łam z prze­ką­sem. - Nie je­stem Luce. Mam na imię Sa­man­ta.

Co­urt­ney i Max jak na ko­men­dę prze­wró­ci­li ocza­mi. Ale przy­najm­niej prze­sta­li mnie drę­czyć py­ta­nia­mi. Nie mie­li po­ję­cia,że Lisa wró­ci­ła, a ja nie mia­łam za­mia­ru im o tym mó­wić. Dziś wie­czór ro­bi­łam so­bie prze­rwę od mo­je­go ży­cia.

- Oczy­wi­ście, Sa­man­to - od­po­wie­dział Max.

O dzie­sią­tej go­to­wi prze­tań­czyć całą noc sta­nę­li­śmy pod­klu­bem w Chel­sea, ale oka­za­ło się, że otwie­ra­ją do­pie­ro o pół­no­cy. By­łam roz­cza­ro­wa­na. Po­win­nam była do­kład­niej spraw­dzić go­dzi­ny.

- Co te­raz? - za­py­ta­ła Co­urt­ney.

- Cóż, te­raz znaj­dzie­my so­bie inne miej­sce - od­par­łam nie­znie­chę­co­na.

Włó­czy­li­śmy się jesz­cze przez ja­kiś czas, aż zna­leź­li­śmy miej­sce, któ­re wy­glą­da­ło cał­kiem obie­cu­ją­co. Przed klu­bem roz­wi­nię­to we­lu­ro­wy dy­wan, przy wej­ściu stał ogrom­ny bram­karz, a z otwar­tych drzwi pły­nę­ła mu­zy­ka na żywo. Wy­su­nę­łam się na przód i bez mru­gnię­cia okiem po­ka­za­łam moją fał­szy­wą le­gi­ty­ma­cję. Bram­karz spoj­rzał, od­chrząk­nął i po­trzą­snął gło­wą. Wie­dział, że jest pod­ro­bio­na. Ale nie mo­głam mu po­zwo­lić tak ła­two się nas po­zbyć. W tym tem­pie nig­dy nie za­cznie­my.

Wy­pię­łam biust i po­sła­łam mu zdzi­wio­ny uśmiech.

- Czy coś się sta­ło? - za­py­ta­łam słod­ko.

Bram­karz zlu­stro­wał mnie od góry do dołu - wło­sy opa­da­ły mi na ra­mio­na, wy­glą­da­łam jak mała za­dzio­ra - ca­ław czer­ni, w ob­ci­słym to­pie, rur­kach i bot­kach na ob­ca­sie. Ku­pi­łam je na pre­mie­rę Ka­ba­re­tu, ale do­pie­ro dziś po raz pierw­szy wło­ży­łam je na im­pre­zę. Ku mo­je­mu zdzi­wie­niu strój za­dzia­łał- bram­karz od­dał mi le­gi­ty­ma­cję, ostem­plo­wał nam dło­nie i mach­nię­ciem ręki za­pro­sił do środ­ka, nie spraw­dza­jąc na­wet Ma­xai Co­urt­ney.

- To było nie­sa­mo­wi­te - po­wie­dzia­ła Co­urt­ney, kie­dy to­ro­wa­li­śmy so­bie dro­gę do baru. - By­łam ab­so­lut­nie pew­na, że się nie uda.

Ku­pi­łam trzy drin­ki Long Is­land i skoń­czy­łam swój, za­nim jesz­cze moi przy­ja­cie­le do­szli do po­ło­wy szkla­nek. Na­tych­miast za­mó­wi­łam ko­lej­ny.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku, Luce? - za­py­tał Max za­nie­po­ko­jo­ny. Wie­dział prze­cież, że zwy­kle nie piję.

- Sa­man­ta - po­wie­dzia­łam z na­ci­skiem, po­ka­zu­jąc sie­bie pal­cem. Skoń­czy­łam swój dru­gi drink i z hu­kiem od­sta­wi­łam szklan­kę na ladę.

- Idzie­my tań­czyć! - wy­krzyk­nę­łam i za­czę­łam się ru­szaćw rytm mu­zy­ki.

- Lu... Sa­man­ta, nie wy­da­je mi się, że tu się tań­czy - po­wie­dzia­ła Co­urt­ney.

Pew­nie mia­ła ra­cję. Ka­pe­la na sce­nie gra­ła aku­stycz­ne­go al­ter­na­tyw­ne­go roc­ka, a naj­więk­szym sza­leń­stwem, na któ­re inni so­bie po­zwa­la­li, było po­ru­sza­nie gło­wa­mi lub ki­wa­nie się na sie­dze­niach. Ale drin­ki były moc­ne, moje cia­ło roz­grza­ne i nie ob­cho­dzi­ło mnie to, co ro­bi­li inni. Chcia­łam tań­czyć. Szyb­ko wcie­li­łam ten za­miar w czyn.

Co cie­ka­we, inni po­szli za moim przy­kła­dem. Wkrót­ce na par­kie­cie tań­czy­ło już kil­ka­na­ście osób. Po kil­ku pio­sen­kach wo­ka­li­sta po­wie­dział do tań­czą­cych:

- Zmik­su­je­my dla was co nie­co. Ten ka­wa­łek jest dla dziew­czy­ny ubra­nej na czar­no - po­wie­dział, wy­raź­nie wska­zu­jąc na mnie.

Prze­rzu­cił się z gi­ta­ry aku­stycz­nej na elek­trycz­ną, a ze­spół za­czął grać nową pio­sen­kę. Był to gło­śny, szyb­ki i naj­lep­szy, ja­kiw ży­ciu sły­sza­łam, ka­wa­łek do tań­ca.

- Łaaa! - wrzesz­cza­łam, ska­cząc jak osza­la­ła. Chcia­łam się jesz­cze na­pić, ale nie chcąc tra­cić cza­su przy ba­rze, wy­rwa­łam Ma­xo­wi drin­ka z ręki i wy­chy­li­łam do dna. Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Ale wła­śnie o to cho­dzi­ło. Nie by­łam w sta­nie my­śleć o ni­czym in­nym niż tyl­ko o mu­zy­ce.

Co­urt­ney i Max wresz­cie do mnie do­łą­czy­li i we trój­kę za­tra­ci­li­śmy się w tań­cu.

Po kil­ku ka­wał­kach wo­ka­li­sta pod­szedł do baru na drin­ka. Był po­wa­la­ją­co przy­stoj­ny - kil­ku­dnio­wy za­rost, ko­szul­ka w sty­lu vin­ta­ge od­sła­nia­ją­ca ta­tu­aże na ide­al­nych ra­mio­nach. By­łam kom­plet­nie zszo­ko­wa­na, kie­dy do mnie pod­szedł.

- T-two­ja ka­pe­la wym-mia­ta... - wy­ją­ka­łam.

- Dzię­ki, faj­nie, że ci się po­do­ba - uśmiech­nął się i wy­cią­gnął do mnie rękę. - Je­stem Lee.

- Je­stem Lucy - od­po­wie­dzia­łam. "Niech to cho­le­ra... Sa­man­ta! Za póź­no". Za­nim po­da­łam mu rękę, przy­tom­nie osu­szy­łam ją z potu, wy­cie­ra­jąc w dżin­sy.

- Zo­sta­niesz na dru­gą część, Lucy?

- Ja­sne.

- Su­per - od­po­wie­dział i wsko­czył z po­wro­tem na sce­nę.

Co­urt­ney, Max i ja pa­trzy­li­śmy się na nie­go jak urze­cze­ni.

- To ab­so­lut­nie pięk­ny fa­cet - po­wie­dział Max.

- Amen - do­koń­czy­ła Co­urt­ney.

Nic nie po­wie­dzia­łam. Lek­ko się uśmie­cha­jąc, pa­trzy­łam tyl­ko, jak Lee stroi gi­ta­rę - wie­dzia­łam, że oto ide­al­na oka­zja, aby ra­zna za­wsze wy­ma­zać Ty'a z pa­mię­ci.

* * *

Kil­ka nie­sa­mo­wi­tych ka­wał­ków i trzy kie­lisz­ki te­qu­ili póź­niej Lee zno­wu do mnie pod­szedł, tym ra­zem już z gi­ta­rą prze­wie­szo­ną przez ra­mię.

- Hej, Lucy - po­wie­dział. - Spa­da­my stąd?

Za­chi­cho­ta­łam. My­śla­łam, że ta­kie rze­czy dzie­ją się tyl­kow fil­mach. Przy­tak­nę­łam.

Wsta­łam do wyj­ścia, ale Co­urt­ney chwy­ci­ła mnie za ra­mię.

- L-Lucy, cz-cze­kaj... jes-steś pew­na, że chcesz z n-nim iść?

Ro­ze­śmia­łam się.

-Ale je­steś pi­ja­na!

Max nic nie po­wie­dział, już daw­no od­pły­nął i spał te­raz przy sto­le. Wzię­łam Lee pod rękę i ra­zem wy­szli­śmy z klu­bu.

Życie jest snem wariata

Jedna z naj­pięk­niej­szych roz­mów mo­je­go ży­cia mia­ła miej­sce rok wcze­śniej.

TY

uno­sząc się na dmu­cha­nym kole w swo­im ba­se­nie

Moja sio­stra wy­cho­dzi za mąż.

JA

sie­dząc na brze­gu ba­se­nu, za­nu­rza­jąc sto­py w wo­dzie

Na­praw­dę?

TY

Tak, po­wie­dzia­ła nam wczo­raj wie­czo­rem. Mają się po­brać w syl­we­stra w mie­ście.

JA

ura­do­wa­na

To świet­nie!

TY

nie­spo­dzie­wa­nie

Chcesz pójść?

JA

za­sko­czo­na

Z tobą? Na ślub two­jej sio­stry?

TY

Tak.

JA

pod­eks­cy­to­wa­na

Tak! Tak, tak, tak! Ale... na pew­no nie zmie­nisz zda­nia? Nowy Rok jest do­pie­ro za pięć mie­się­cy...

TY

przy­tu­la­jąc mnie do sie­bie w wo­dzie

Ja­sne, że nie zmie­nię. Ko­cham cię, Lucy.

JA

stłu­mio­ny okrzyk

TY

na­mięt­nie mnie ca­łu­je

JA

śmie­jąc się jak wa­riat­ka

Też cię ko­cham.

Ko­niec sce­ny

Ze­rwa­nie z Ty'em było z wie­lu wzglę­dów okrop­ne, ale jed­ną z naj­gor­szych rze­czy było to, jak po­wie­dzieć o tym in­nym. Nie mo­żesz prze­cież na­gle ogło­sić wszem i wo­bec, że ty i twój chło­pak, któ­ry od pół­to­ra roku czy­nił cię naj­szczę­śliw­szą oso­bą pod słoń­cem, nie je­ste­ście już ra­zem, i tyle. Będą chcie­li wie­dzieć,co się sta­ło. A przy­znać swo­im ro­dzi­com i przy­ja­cio­łom, że to on­cię zdra­dził, to na­praw­dę krę­pu­ją­ca spra­wa.

Wie­ści roz­cho­dzą się jed­nak pio­ru­nem. Po­wie­dzia­łam Ma­xo­wi i Co­urt­ney, a oni na­tych­miast po­wtó­rzy­li po­zo­sta­łym. Nie mie­li za­mia­ru plot­ko­wać - chcie­li tyl­ko wszyst­kich do­kład­nie po­in­for­mo­wać, żeby sta­nę­li po mo­jej stro­nie. Chy­ba na­wet za­dzia­ła­ło - lu­dzie za­czę­li omi­jać Ely­se sze­ro­kim łu­kiem, a na prze­rwach mię­dzy pró­ba­mi rzu­ca­li jej po­gar­dli­we spoj­rze­nia. Jed­nak cięż­ko po­czuć smak zwy­cię­stwa, kie­dy wszy­scy się nad tobą uża­la­ją. Czu­łam, że je­śli jesz­cze jed­na oso­ba za­py­ta mnie, jak się mam, albo po­wie mi, jaki pa­lan­tem jest Ty, za­cznę krzy­czeć.

Jak­by tego było mało, Ty cały czas mnie prze­pra­szał. Mała po­praw­ka: prze­pra­szał tyl­ko za to, w jaki spo­sób do­wie­dzia­łam się o jego zdra­dzie, a nie za samą zdra­dę. Sub­tel­na róż­ni­ca,ale jed­nak.

Sta­ra­łam się uwie­rzyć w po­cie­sze­nia Maxa i Co­urt­ney, że od­ży­łam po roz­sta­niu z Ty'em i że za­słu­gu­ję na ko­goś lep­sze­go, ale ja nie mo­głam prze­stać się łu­dzić, że on może zro­zu­mie swój błąd i bę­dzie chciał mnie od­zy­skać.

Wte­dy ich zo­ba­czy­łam. Ca­ło­wa­li się.

Przed pró­bą zbie­ra­li­śmy się wszy­scy na sce­nie. Nie dało się prze­oczyć, jak Ty cały się roz­pro­mie­nił na wi­dok Ely­se. Rzu­ci­li się so­bie w ob­ję­cia, jak­by nie wi­dzie­li się od stu lat, a ja bez­rad­nie pa­trzy­łam, jak Ty uj­mu­je twarz Ely­se w dło­nie i po­chy­la się, by ją po­ca­ło­wać - do­kład­nie tak, jak ro­bił to ze mną. Ten wi­dok był sto razy gor­szy od wciąż pod­su­wa­ne­go mi przez wy­obraź­nię ob­ra­zu tych dwoj­gaw po­ko­ju Ely­se.

Cała na­dzie­ja pry­sła. Po­bie­głam do domu i wy­rzu­ci­łam wszyst­ko, co przy­po­mi­na­ło mi o na­szym związ­ku. Nie­wy­ję­te jesz­cze z ra­mek zdję­cia, upo­min­ki, usu­szo­ny bu­kie­cik z bu­to­nier­ki z balu ju­nio­rów. Usu­nę­łam wszyst­kie zdję­cia Ty'a z te­le­fo­nu i za­blo­ko­wa­łam go na Fa­ce­bo­oku.

Ale nie mo­głam go usu­nąć z gło­wy. Zwłasz­cza że dzień w dzień na pró­bach mu­sia­łam ich oglą­dać, kie­dy ar­cy­na­tu­ral­nie od­gry­wa­li Ro­mea i Ju­lię. To była męka.

Je­śli cho­dzi o Ely­se, w ogó­le się do mnie nie od­zy­wa­ła. Ale sa­mo­za­do­wo­le­nie wprost od niej biło. Nig­dy nie mia­łam tak wiel­kiej ocho­ty ko­muś przy­wa­lić jak wła­śnie tej la­lu­ni z ide­al­nym no­skiem pro­sto spod skal­pe­la.

Po piąt­ko­wej pró­bie wró­ci­łam pro­sto do domu. Po­szłam­do kuch­ni z za­mia­rem zro­bie­nia so­bie ma­łej uczty na po­cie­sze­nie. Za­słu­ży­łam na kil­ka do­dat­ko­wych ka­lo­rii - prze­rwa w ak­tor­skiej die­cie mia­ła być moją na­gro­dą za ten pie­kiel­ny ty­dzień. I za wspa­nia­ły week­end bez Ely­se "Pan­ny Nisz­czy­ciel­ki".

Po­sma­ro­wa­łam ma­słem dwie paj­dy chle­ba i po­ło­ży­łam na nich­trzy pla­ster­ki pro­duk­tu se­ro­po­dob­ne­go. Pa­tel­nia skwier­cza­łai sy­cza­ła, a ja sta­łam przed ku­chen­ką jak za­hip­no­ty­zo­wa­na - cie­pło pło­mie­nia ogrze­wa­ło moją twarz, a po­ma­rań­czo­wy pseu­do­ser mięk­ko spły­wał po chru­pią­cym chle­bie. Kie­dy już za­czę­ła mi ciek­nąć ślin­ka, usły­sza­łam do­bie­ga­ją­cy z sa­lo­nu głos Taty. Dziw­ne. Moi oj­czul­ko­wie mie­li zwy­czaj wy­cho­dze­nia w piąt­ki wie­czo­rem.

- Lu? - za­wo­łał mnie. - Mo­żesz po­dejść?

Wy­łą­czy­łam ku­chen­kę i po­szłam do sa­lo­nu.

- Co tam?

I wte­dy zo­ba­czy­łam ją. Pro­blem nu­mer trzy.

* * *

Lisa Wil­liams sie­dzia­ła wy­god­nie w wiel­kim czer­wo­nym fo­te­lu, z nogą za­ło­żo­ną na nogę, a cała jej po­sta­wa wy­ra­ża­ła prze­ko­na­nie, że jest oto u sie­bie w domu. Rzu­ci­ła mi krzy­wy uśmie­szek. Spoj­rza­łam na mo­ich oj­ców sie­dzą­cych na ka­na­pie. Tata miał przy­kle­jo­ny do twa­rzy sztucz­ny uśmiech, a Papa wy­glą­dał tak, jak­by za­raz mia­ło mu roz­sa­dzić czasz­kę. Wie­dzia­łam, co czuł.

- Co ona tu robi?

- Oj, nie­ład­nie tak trak­to­wać ma­mu­się - po­wie­dzia­ła Lisa.

- Nie je­steś moją mat­ką - od­wark­nę­łam zim­no, na­wet na nią nie pa­trząc.

Gdy­by tyl­ko to była praw­da.

Rzecz w tym, że Tata, czy­li Adam Mo­ore, na ostat­nim roku stu­diów na wy­dzia­le hi­sto­rii sztu­ki w Ko­lum­bii prze­cho­dził fazę "okre­śla­nia wła­sne­go ja". Wdał się w krót­ki ro­mans ze swo­ją naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką, Lisą, i bach - Lisa za­szła w cią­żę. Była stu­dent­ką z Wiel­kiej Bry­ta­nii, któ­ra w pla­nach mia­ła ka­rie­rę wę­drow­ne­go fo­to­gra­fa ze­spo­łów roc­ko­wych, a nie ka­rie­rę mat­ki.Ale Tata, któ­ry de­fi­ni­tyw­nie za­koń­czył swo­je eks­pe­ry­men­ty­ze związ­ka­mi he­te­ro, do­brze wie­dział, że to może być jego ostat­nia szan­sa na bio­lo­gicz­ne dziec­ko bez ucie­ka­nia się do po­mo­cy su­ro­gat­ki. Umó­wi­li się więc, że Lisa ma mnie tyl­ko do­no­sić i uro­dzi, a Tata przej­mie dal­sze obo­wiąz­ki. Obo­je do­trzy­ma­li sło­wa. Przez trzy lata, kie­dy Tata roz­wi­jał swo­ją ka­rie­rę mar­szan­da, miesz­kał ze mną u swo­ich ro­dzi­ców na Bro­okly­nie. Po­tem Tata spo­tkał Papę, czy­li ad­wo­ka­ta Se­tha Fre­ema­na, prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do na­sze­go domu z pię­cio­ma sy­pial­nia­mi w Ele­anor Falls, Seth za­adop­to­wał mnie i na­sza ro­dzi­na była wresz­cie w kom­ple­cie.

Nig­dy się nie za­sta­na­wia­łam, skąd się wzię­łam, jak ro­bi­ła to więk­szość dzie­ci, któ­re zo­sta­ły ad­op­to­wa­ne lub mają tyl­ko jed­ne­go ro­dzi­ca. Moi oj­co­wie za­wsze tak otwar­cie opo­wia­da­li mi o Li­sie,że rzad­ko mia­łam po­trze­bę za­da­wa­nia ja­kich­kol­wiek py­tań.W jed­nym z mo­ich naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień z dzie­ciń­stwa sie­dzę na ko­la­nach u Taty i oglą­dam zdję­cia pięk­nej ko­bie­ty o dłu­gich, ogni­ście ru­dych wło­sach. Wte­dy po raz pierw­szy zro­zu­mia­łam, że moje kasz­ta­no­we wło­sy były do­kład­ną mie­szan­ką wło­sów Lisy i brą­zo­wych lo­ków Taty.

Jed­nak fakt, że wie­dzia­łam, kim jest moja mat­ka, nie ozna­czał, że za nią nie tę­sk­ni­łam. Co roku wy­sy­ła­li­śmy Li­sie pocz­tów­ki z wa­ka­cji i moje szkol­ne zdję­cia. Dzię­ki temu czu­łam się waż­na, wy­jąt­ko­wa. Za­wsze mia­łam na­dzie­ję, że li­sto­nosz­ka przy­nie­sie mi ad­re­so­wa­ny tyl­ko do mnie list z An­glii z po­do­bi­zną kró­lo­wej­na znacz­ku. Nig­dy się jed­nak nie do­cze­ka­łam. Pierw­szy kon­taktz Lisą mia­łam w wie­ku ośmiu lat. Wte­dy to bez za­po­wie­dzi po­ja­wi­ła się w na­szym domu.

Na po­cząt­ku nie mo­głam uwie­rzyć, że to ta sama oso­ba, któ­rą wi­dzia­łam na zdję­ciach. Była nie­sa­mo­wi­cie chu­da, jej po­ma­rań­czo­we wło­sy były ma­to­we, a twarz - za­pad­nię­ta. Po­wie­dzia­ła, że wró­ci­ła do No­we­go Jor­ku na ja­kiś rok i że po­trze­bu­je pie­nię­dzy. Stwier­dzi­ła, że nie ma do­kąd pójść. Zo­sta­ła u nas dwa dni. Spa­ła w na­szym po­ko­ju go­ścin­nym, ja­dła na­sze je­dze­nie i ko­rzy­sta­ła z na­szej ła­zien­ki. Nie przy­tu­li­ła mnie ani nie za­py­ta­ła, jaki jest mój ulu­bio­ny przed­miot. Jej nie­bie­skie oczy wciąż ucie­ka­ły­na boki w po­pło­chu. Na ni­czym - a zwłasz­cza na mnie - nie by­ław sta­nie sku­pić wzro­ku dłu­żej niż se­kun­dę. W koń­cu na­gle wy­je­cha­ła - z pie­niędz­mi w gar­ści, obie­cu­jąc, że bę­dzie z nami w kon­tak­cie. Nie dała zna­ku ży­cia przez ko­lej­nych pięć lat.

Kie­dy po­ja­wi­ła się po raz dru­gi, tak­że wte­dy zma­te­ria­li­zo­wa­ła się pod na­szym do­mem bez żad­nej za­po­wie­dzi. Wy­da­wa­ło się wów­czas, że się ja­koś po­zbie­ra­ła - mia­ła ma­ki­jaż i wy­glą­da­ła o wie­le zdro­wiej. Nie pro­si­ła o pie­nią­dze - po­wie­dzia­ła, że chce tyl­ko mnie po­znać. Tym ra­zem oj­co­wie de­cy­zję po­wie­rzy­li mnie- czy chcę, żeby Lisa po­now­nie u nas zo­sta­ła? To była moja szan­sa. Mia­łam trzy­na­ście lat, ro­sły mi pier­si i nie­daw­no po raz pierw­szy do­sta­łam okres. Po­mysł, żeby mieć obok sie­bie mamę, był nie­zwy­kle ku­szą­cy. Nie­śmia­ło przy­tak­nę­łam i Lisa się wpro­wa­dzi­ła. Było świet­nie. Za­bie­ra­łam ją na moje ulu­bio­ne przed­sta­wie­nia na Broad­wayu, a na­wet gra­łam jej na gi­ta­rze pio­sen­ki, któ­rych wła­śnie się uczy­łam. Lisa opo­wia­da­ła mi o swo­ich po­dró­żach z ze­spo­ła­mi roc­ko­wy­mi po Eu­ro­pie, Azji i Ame­ry­ce Pół­noc­nej. Cho­dzi­ły­śmy na za­ku­py i do ko­sme­tycz­ki. Przed­sta­wi­łam ją na­wet Ma­xo­wi i Co­urt­ney.

I na­gle, po ja­kimś mie­sią­cu po­by­tu u nas, Lisa znik­nę­ła.Na ku­chen­nej szaf­ce zo­sta­wi­ła li­ścik, w któ­rym wy­ja­śnia­ła,że to wszyst­ko dzie­je się zbyt szyb­ko i że nie tak wy­obra­ża so­bie swo­je ży­cie. Przez wie­le ty­go­dni za­sy­pia­łam na po­dusz­ce mo­krej od łez.

Te­raz zno­wu tu jest - sie­dzi w na­szym sa­lo­nie po raz trze­ciw moim ży­ciu.

- Co ona tu robi? - za­py­ta­łam po­now­nie.

- Lucy - po­wie­dział Tata. - Usiądź z nami.

- Od­po­wiedz na moje py­ta­nie.

- Cho­dzi o to, że... - ostroż­nie za­czął Tata - Lisa chcia­ła­by się u nas na ja­kiś czas za­trzy­mać. Chy­ba po­win­ni­śmy wszy­scy prze­dys­ku­to­wać na­sze od­czu­cia w tej kwe­stii.

Po­czu­łam, jak­bym do­sta­ła obu­chem w gło­wę. Nie by­łam w sta­nie na ten te­mat te­raz roz­ma­wiać.

- Prze­no­cu­ję dziś u Co­urt­ney - po­wie­dzia­łam i po­bie­głam na górę.

Włą­czy­łam szyb­ko kom­pu­ter, żeby skon­tak­to­wać się z Co­urt­ney­oraz Ma­xem.

- Im­pre­zu­je­my dzi­siaj - na­pi­sa­łam krót­ki e-mail, po czym wy­szłam z domu.

Spoglądając w przeszłość

Salę koła te­atral­ne­go wy­peł­niał po­wa­ka­cyj­ny gwar, ale ja­niew­zru­szo­na sie­dzia­łam z no­sem w tek­ście Ro­mea i Ju­lii.Prze­słu­cha­nie mia­ło się od­być już dziś po po­łu­dniu, lecz prze­cież przy­go­to­wań nig­dy dość.

Za­mknę­łam tekst i za­czę­łam po­wta­rzać mo­no­log z pa­mię­ci: Ro­meo! Cze­muż ty je­steś Ro­meo?1 - szep­ta­łam do sie­bie, a moje dłu­gie wło­sy jak kur­ty­na opa­da­ły mi na twarz. Tak się wcią­gnę­łam, że do­szłam aż do:

...choć­by tyl­ko ręką,

Ra­mie­niem, twa­rzą, zgo­ła ja­ką­kol­wiek

Czę­ścią czło­wie­ka?...

Do­pie­ro wte­dy zo­rien­to­wa­łam się, że za­czę­łam de­kla­mo­wać na głos. Za­chi­cho­ta­łam ner­wo­wo i za­wsty­dzo­na ro­zej­rza­łam się wo­kół. Je­dy­ną oso­bą, któ­ra zda­wa­ła się zwra­cać na mnie uwa­gę, był Ty. Mój przy­stoj­ny i jed­no­cze­śnie nie­zmier­nie uta­len­to­wa­ny chło­pak.

- Któ­rą część czło­wie­ka masz na my­śli, moja dro­ga Ju­lio?- za­py­tał prze­kor­nie, uno­sząc brew.

- Uszy, rzecz ja­sna - od­po­wie­dzia­łam nie­win­nie.

Ro­ze­śmiał się i oto­czył mnie ra­mie­niem. Przy­tu­li­łam się­do nie­go na chwi­lę, po czym szyb­ko wró­ci­łam do tek­stu.

Ty na­le­żał do star­sze­go rocz­ni­ka, był prze­wod­ni­czą­cym koła te­atral­ne­go, a jed­no­cze­śnie jed­nym z nie­wie­lu fa­ce­tów he­te­row jego sze­re­gach. Przez ostat­nie trzy lata grał głów­ne role mę­skie we wszyst­kich sztu­kach wy­sta­wia­nych przez koło te­atral­ne Ele­anor Dra­ma, a od pół­to­ra roku od­gry­wał głów­ną rolę tak­że w moim ży­ciu. Wspól­nie sta­wia­li­śmy swo­je ab­so­lut­nie pierw­sze kro­ki w nie­mal wszyst­kich aspek­tach "by­cia ra­zem". Ty był pierw­szym chło­pa­kiem, z któ­rym się ca­ło­wa­łam poza sce­ną.

An­dre, nasz re­ży­ser, po­pro­sił wszyst­kich o uwa­gę.

- Wi­taj­cie, moi wspa­nia­li ak­to­rzy! - po­wie­dział, klasz­czącz au­ten­tycz­nym prze­ję­ciem.

An­dre spę­dził, jak zwykł ma­wiać, "swój sek­sow­ny czas", czy­li lata osiem­dzie­sią­te, na sce­nie no­wo­jor­skiej. Przez pięć lat wy­stę­po­wał w ośmiu przed­sta­wie­niach ty­go­dnio­wo. Wkła­dał le­gen­dar­ny już kom­bi­ne­zon, a twarz ma­lo­wał w dra­pież­ne prę­gi do Ko­tów.Jed­nak do­pie­ro po pią­tym wy­stę­pie w chó­rze do nie­szczę­snejCar­rie po­sta­no­wił zre­zy­gno­wać z ak­tor­stwa na rzecz re­ży­se­rii.

- Tyle no­wych twa­rzy, tyle no­wych ta­len­tów - po­wie­dział, ki­wa­jąc gło­wą z za­do­wo­le­niem. - Wi­taj­cie w Ele­anor Dra­ma!

Ro­zej­rza­łam się po sali. An­dre miał ra­cję - w tym roku rze­czy­wi­ście było wie­le no­wych osób. Każ­dy, kto ostat­nio śle­dził wia­do­mo­ści lo­kal­ne w te­le­wi­zji czy w ga­ze­tach, do­brze wie­dział dla­cze­go.

Po­wód tej sy­tu­acji le­żał trzy mia­stecz­ka od mo­je­go ro­dzin­ne­go Ele­anor Falls. To wła­śnie tam ja­kiś skre­ty­nia­ły dzie­więt­na­sto­la­tek, któ­ry ki­blo­wał ko­lej­ny rok, stwier­dził, że wszy­scy będą mie­li nie­zły ubaw, je­śli w sali gim­na­stycz­nej swo­jej szko­ły pod­ło­ży bom­bę wła­snej ro­bo­ty. Wy­bu­chła o trze­ciej nad ra­nem w środ­ku sierp­nia, więc ni­ko­mu nic się nie sta­ło, co nie zmie­nia­ło fak­tu, że szko­ła śred­nia Bry­ce zo­sta­ła za­mknię­ta. Ad­mi­ni­stra­cja nie­źle mu­sia­ła się na­po­cić, żeby przed roz­po­czę­ciem roku szkol­ne­go roz­mie­ścić w in­nych pla­ców­kach swo­ich uczniów. Spor­tow­cy po­szli do szkół z naj­lep­szy­mi pro­gra­ma­mi spor­to­wy­mi, mi­ło­śni­cy nauk ści­słych - do szkół z naj­lep­szy­mi la­bo­ra­to­ria­mi, a dzie­cia­ki ze smy­kał­ką do ak­tor­stwa i mu­zy­ki przy­szły do nas. Do szko­ły śred­niej Ele­anor.

Na­sza szko­ła zna­na była ze sztuk wi­do­wi­sko­wych na ca­łym po­łu­dniu sta­nu Nowy Jork. Jej su­per­no­wo­cze­sna sce­na te­atral­na czę­sto była po­rów­ny­wa­na z Broad­way­em, a w cią­gu ostat­nich dwu­na­stu lat aż pięt­na­stu ab­sol­wen­tów na­sze­go pro­gra­mu dra­ma­tycz­ne­go do­sta­ło się do Jul­liard2.

Je­dy­ny pro­blem po­le­gał na tym, że wśród no­wych uczniów była ta kosz­mar­na Ely­se St. Ja­mes. Naj­bar­dziej ob­mier­z­łe, od­py­cha­ją­cei wstręt­ne wcie­le­nie...

- Lucy... - An­dre wy­trą­cił mnie z za­my­śle­nia.

Każ­dy opo­wia­dał kil­ka słów o so­bie i te­raz była moja ko­lej.

- Cześć wszyst­kim - przy­wi­ta­łam się. - Je­stem Lucy Mo­ore, mam szes­na­ście lat, a moim ulu­bio­nym mu­si­ca­lem jest Rent3.

Moi naj­lep­si przy­ja­cie­le, Co­urt­ney i Max, stwier­dzi­li, że ich ulu­bio­ny­mi sztu­ka­mi są od­po­wied­nio: Pig­ma­lion4 i The Roc­ky­Hor­ror Show5, co mówi wła­ści­wie wszyst­ko o tej dwój­ce. Ty wska­zał na Dwu­na­stu gniew­nych lu­dzi6. Poza pię­cio­ma no­wy­mi oso­ba­mi z Bry­ce do­szło tak­że trzech pierw­szo­rocz­nia­ków, któ­rym ja­kimś cu­dem uda­ło się przejść przez gę­ste sito prze­słu­chań An­dre, oraz Evan ze star­sze­go rocz­ni­ka, któ­ry wła­śnie prze­pro­wa­dził się z Ka­li­for­nii.

I wte­dy na­de­szła jej ko­lej. Od pią­tej kla­sy Ely­se i ja ry­wa­li­zo­wa­ły­śmy ze sobą o głów­ne role żeń­skie w każ­dym przed­sta­wie­niu­let­niej szko­ły ak­tor­skiej Sta­ge­do­or Ma­nor. Ely­se na­le­ża­ła do tych mu­si­ca­lo­wych księż­ni­czek, któ­re na ca­stin­gi w mie­ście przy­cho­dzą z wał­ka­mi we wło­sach i w kom­plet­nym stro­ju do tań­ca, na­wet je­śli na da­nym prze­słu­cha­niu umie­jęt­no­ści ta­necz­ne nie są wy­ma­ga­ne.

Och, za­po­mnia­ła­bym do­dać - tak na­praw­dę nie na­zy­wa­ła się Ely­se St. Ja­mes. Wła­ści­wie to już te­raz tak, po­nie­waż ofi­cjal­nie zmie­ni­ła swo­je imię i na­zwi­sko, ale kie­dy po­zna­łam "Ely­se", na­zy­wa­ła się Am­bro­zja Schmidt. Tak. Cał­kiem se­rio.

I na ko­niec po­wiedz­my to so­bie szcze­rze - nie tyl­ko dane oso­bo­we so­bie "pod­ra­so­wa­ła".

- Cześć, je­stem Ely­se St. Ja­mes - za­szcze­bio­ta­ła. - I strasz­nie się cie­szę, że za­czy­nam na­ukę w Ele­anor. Za­wsze chcia­łam uczyć się w kla­sie te­atral­nej - tu jej wście­kle ró­żo­we ustecz­ka po­sła­ły An­dre li­zu­sow­ski uśmiech. - Och, a moją uko­cha­ną sztu­ką - do­da­ła i po­pa­trzy­ła pro­sto na mnie - jest Ro­meo i Ju­lia. Nie mogę się do­cze­kać dzi­siej­sze­go prze­słu­cha­nia!

- Cóż, Ely­se. Bę­dziesz świet­na w roli niań­ki Ju­lii - od­po­wie­dzia­łam słod­ko.

Ide­al­nie ob­ry­so­wa­ne oczka Ely­se po­sła­ły mi za­bój­cze spoj­rze­nie.

- Igrzy­ska czas za­cząć - wy­mam­ro­tał Max.

Dwa dni póź­niej ogło­szo­no ob­sa­dę:

Ro­meo: Ty Par­ker

Ju­lia: Ely­se St. Ja­mes

Niań­ka Ju­lii: Kel­ly Or­tiz

Ka­pu­let: Max Per­ry

Pani Ka­pu­let: Co­urt­ney Choi

Mon­te­ki: Chri­sto­pher Men­do­za

Pani Mon­te­ki: Bian­ca Eli­za­beth Glo­ver

Mer­ku­cjo: Lucy Mo­ore

Ty­balt: Evan Da­vis

Ben­wo­lio: Na­than Pit­t­man-Briggs

Ksią­żę Eska­lus: Isa­ac Ste­in

Hra­bia Pa­rys: Do­mi­nick El­li­son

Oj­ciec Lau­ren­ty: Vio­let Pa­tel

Inni (spo­śród któ­rych wy­ło­nio­ny zo­sta­nie Chór oraz ob­sa­dzo­ne zo­sta­ną m.in. role Pio­tra, Sam­so­na, Pe­truc­cia, Grze­go­rza, Abra­ha­ma, Bal­ta­za­ra, Bra­ta Jana oraz Ap­te­ka­rza): Jo­na­than Po­ole, An­drea Wong, Ste­pha­nie Gil­mo­re, Mar­ti Espi­no­za, Ste­phen Lar­son

My­śla­łam, że mam ja­kieś zwi­dy.

Za­mknę­łam oczy, prze­tar­łam je i zno­wu otwo­rzy­łam. A jed­nak nie, ob­sa­da się nie zmie­ni­ła.

Ale prze­cież ta rola była moja! An­dre obie­cał. No, może nie do koń­ca obie­cał, ale czę­sto da­wał mi to do zro­zu­mie­nia. Bo co mia­łam po­my­śleć, kie­dy mó­wił: "Wy­bra­łem tę sztu­kęz my­ślą o to­bie, Lucy", mru­ga­jąc przy tym po­ro­zu­mie­waw­czoi uśmie­cha­jąc się?

Spa­ni­ko­wa­na ro­zej­rza­łam się za Ty'em. Po­trze­bo­wa­łam go - on nadał­by temu wszyst­kie­mu sens. Ale nig­dzie go nie było, a wy­ni­ki ca­stin­gu szyb­ko za­czę­ły do­cie­rać do mo­jej świa­do­mo­ści.

Wy­schło mi w ustach, nogi mia­łam jak z waty. Co­urt­ney i Max wy­mie­ni­li za­nie­po­ko­jo­ne spoj­rze­nia i szyb­ko za­pro­wa­dzi­li mnie do dam­skiej to­a­le­ty. Tam się roz­kle­iłam.

- Nie­na­wi­dzę jej! Sztucz­na, głu­pia kro­wa! Cze­go ona tu szu­ka? Wszyst­ko psu­je! 

Moi przy­ja­cie­le usie­dli przy mnie na zim­nej po­sadz­ce, każ­de z nich wzię­ło mnie za rękę i za­czę­ło gła­dzić po ple­cach. Po­zwo­li­li mi wy­rzu­cić z sie­bie złość. Przy­po­mnia­ło mi się, jak po­cie­sza­li mnie w ten spo­sób trzy lata temu, ale moje my­śli prze­rwa­ło wej­ście grup­ki dziew­czyn z pierw­szych klas. Kie­dy nas zo­ba­czy­ły, za­trzy­ma­ły się.

- Ej, cie­bie nie po­win­no tu być - pi­snę­ła z obu­rze­niem jed­na z nich na wi­dok Maxa.

- No ja­sne, bo te bab­skie spra­wy są ta­aakie cie­ka­we - od­po­wie­dział, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

Dziew­czy­na ob­rzu­ci­ła wzro­kiem jego przy­li­za­ne wo­skiem wło­sy i zie­lo­ny ob­ci­sły swe­te­rek, spod któ­re­go wy­glą­da­ła ko­szul­ka z Lady Gagą. Na jej twa­rzy za­go­ścił wy­raz zro­zu­mie­nia.

- A jej co się sta­ło? - wska­za­ła na mnie.

- O nią się nie martw - od­po­wie­dział Max.

Dziew­czy­ny jesz­cze chwi­lę się na mnie po­ga­pi­ły - nadal by­łam w to­tal­nej roz­syp­ce. Po­tem wzru­szy­ły ra­mio­na­mi i wy­szły.

- Chy­ba jed­nak nie chcia­ło im się siu­siu - wy­mam­ro­tał Maxi de­li­kat­nie od­gar­nął mi wło­sy z twa­rzy.

Kie­dy moje gło­śne za­wo­dze­nie prze­szło w ci­che łka­nie, Co­urt­ney po­wie­dzia­ła: "Lucy, ko­cha­nie, za­raz za­czy­na się pró­ba z tek­stem. Idziesz?".

Po­pa­trzy­łam na nią, a po­tem na Maxa. Uśmiech­nę­li się nie­pew­nie. Za do­brze ich zna­łam - nie chcie­li mnie tu zo­sta­wiać, ale nie mo­gli się do­cze­kać, kie­dy po­gna­ją na pró­bę. Po­czu­łam wy­rzu­ty su­mie­nia - nie mo­głam ich dłu­żej za­trzy­my­wać. Przy­tak­nę­łam, chwiej­nie sta­nę­łam na no­gach i ob­my­łam twarz chłod­ną wodą.

- Prze­pra­szam was - po­wie­dzia­łam lek­ko za­że­no­wa­na swo­ją gwał­tow­ną re­ak­cją.

- No co ty. My też uwa­ża­my, że Ely­se to głu­pia kro­wa.

Na­wet uda­ło mi się uśmiech­nąć. Max za­wsze wie­dział, jak mnie szyb­ko po­cie­szyć.

- Wiem, że to może nie to, co chcia­ła­byś te­raz usły­szeć - Co­urt­ney za­czę­ła w dro­dze na pró­bę - ale Mer­ku­cjo­to świet­na rola. Bę­dziesz naj­lep­sza.

Wes­tchnę­łam. Zwy­kle by­łam za­chwy­co­na nie­kon­wen­cjo­nal­ny­mi ca­stin­ga­mi An­dre. A Mer­ku­cjo to ge­nial­na rola. Pro­blemw tym, że na­sta­wi­łam się na Ju­lię.

Kie­dy tyl­ko we­szli­śmy na salę, An­dre wziął mnie na bok. Usie­dli­śmy w pół­mro­ku w ostat­nim rzę­dzie. Nie­zbyt uważ­nie słu­cha­łam jego wy­ja­śnień. Kar­mił mnie swo­ją wy­ku­tą na bla­chę ba­jecz­ką, że Mer­ku­cjo bę­dzie dla mnie wy­zwa­niem, a Ely­se ob­sa­dził w głów­nej roli tyl­ko dla­te­go, że nie ma w niej żad­nych pu­ła­pek i wie­dział, że so­bie po­ra­dzi. By­łam świa­do­ma tego, że to stek bzdur.

- Daj so­bie spo­kój, An­dre. Przy­znaj po pro­stu, że da­łeś jej tę rolę, bo stwier­dzi­łeś, że le­piej ją za­gra ode mnie.

Ci­sza. An­dre tępo za­ga­pił się przed sie­bie, błą­dząc nie­obec­nym wzro­kiem po sce­nie, gdzie wła­śnie trwa­ła roz­grzew­ka przed pró­bą.

- Pro­szę - po­wie­dzia­łam.

An­dre wes­tchnął.

- Na prze­słu­cha­niu wy­pa­dła świet­nie...

- No po­wiedz to. - Nie wie­dzia­łam dla­cze­go, ale chcia­łam to usły­szeć.

- Do­brze. - Nie­pew­nie skrzy­żo­wał pal­ce. - Da­łem jej tę rolę, po­nie­waż stwier­dzi­łem, że za­gra ją le­piej od cie­bie.

Vo­ila. Szcze­ra praw­da. Mimo cięż­kiej pra­cy i przy­go­to­wań, wciąż nie by­łam dość do­bra.

Nie zro­zum­cie mnie źle - nie ocze­ki­wa­łam, że zdo­bę­dę każ­dą wy­ma­rzo­ną rolę. Prze­cież w szko­le let­niej Ely­se nie raz zwi­ja­ła­mi role sprzed nosa. Ale to nie było to samo. Te­raz je­stem w mo­jej szko­le, w moim kole te­atral­nym - to moje ży­cie. Za­wsze by­łam gwiaz­dą mo­je­go ma­łe­go świat­ka - już od pierw­szej kla­sy do­sta­wa­łam wszyst­kie naj­lep­sze role, mia­łam naj­lep­sze stop­nie na­wet z naj­trud­niej­szych przed­mio­tów i od razu zdo­by­łam chło­pa­ka, któ­ry na­praw­dę mi się spodo­bał. Ale wte­dy po­ja­wi­ła się Ely­se i w jed­nej chwi­li nic już nie było ta­kie samo.

A to był do­pie­ro po­czą­tek mo­ich pro­ble­mów.

Głowa do góry

Obu­dzi­li­śmy się koło po­łu­dnia. W wiel­kim skró­cie opo­wie­dzia­łam Ma­xo­wi i Co­urt­ney, co zda­rzy­ło się ze­szłe­go wie­czo­ru: przy­stoj­ny fa­cet, noc w jego miesz­ka­niu i to tyle,co pa­mię­ta­łam.

- To mu­sia­ło być nie­sa­mo­wi­te - roz­ma­rzył się Max.

- On nie od­ry­wał od cie­bie oczu, Lu - do­da­ła Co­urt­ney z nut­ką za­zdro­ści w gło­sie.

W ich gło­wach ro­iło się od ro­man­tycz­nych wi­zji mi­ło­ściod pierw­sze­go wej­rze­nia, czu­łych po­ca­łun­ków i atła­so­wej po­ście­li. Ogar­nął mnie wstyd.

- Mu­szę iść do domu - ze­rwa­łam się na­gle, nie bę­dąc w sta­nie dłu­żej o tym roz­ma­wiać.

Do domu po­je­cha­łam w pi­ża­mie.

Tata wy­szedł przed dom, kie­dy tyl­ko usły­szał mój sa­mo­chód.

- Cie­szę się, że wró­ci­łaś, Lu. Po­roz­ma­wia­my te­raz?

- Lisa jesz­cze tu jest?

- Tak - od­po­wie­dział - ale są­dzę, że kie­dy jej wy­słu­chasz...

- Nie mam te­raz na to siły, tato - prze­rwa­łam mu, prze­cho­dząc obok nie­go, aby wejść do domu.

Nie po­szedł za mną.

- Kie­dy tyl­ko bę­dziesz go­to­wa, wiesz, gdzie nas szu­kać.

Po­bie­głam pro­sto na górę do ła­zien­ki, na wszel­ki wy­pa­dek nie pa­trząc na­wet w stro­nę sa­lo­nu ani kuch­ni, gdy­by sie­dzia­ła tam Lisa. Sta­łam pod prysz­ni­cem tak dłu­go, aż po­czu­łam na cie­le lo­do­wa­tą wodę. Bez­li­to­śnie szo­ro­wa­łam skó­rę, spłu­ki­wa­łam i szo­ro­wa­łam po­now­nie, pa­trząc, jak wspo­mnie­nia ostat­niej nocy zni­ka­jąw od­pły­wie.

Resz­tę week­en­du spę­dzi­łam w swo­im po­ko­ju - pra­ce do­mo­we, na­uka roli, gi­ta­ra - w ten spo­sób uda­ło mi się pra­wie cał­ko­wi­cie wy­przeć tam­te nie­przy­jem­ne miej­sca ze świa­do­mo­ści.

W nie­dzie­lę wie­czo­rem za­pu­kał do mnie Papa.

- Lucy? - po­wie­dział mięk­ko.

- Zo­staw pod drzwia­mi - od­po­wie­dzia­łam, przy­pusz­cza­jąc, że przy­niósł mi ko­la­cję.

- Lucy, wpu­ścisz mnie?

W za­my­śle­niu prze­cią­gnę­łam pal­ca­mi po stru­nach.

- Wejdź - po­wie­dzia­łam w koń­cu, tyl­ko dla­te­go, że to był on.

- Max dzwo­nił do cie­bie. Pró­bo­wał do­dzwo­nić się na ko­mór­kę, ale była wy­łą­czo­na. Obie­ca­łem, że się do nie­go ode­zwiesz.

Mu­sia­ła mi paść ba­te­ria. Przez cały week­end nie wy­ję­łam te­le­fo­nu z to­reb­ki.

- Dzię­ki - od­par­łam.

Papa wszedł, za­my­ka­jąc za sobą drzwi i oparł się o moją bi­blio­tecz­kę.

- Co u cie­bie?

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

- Tak - po­wie­dział. - Ja czu­ję to samo.

Za­pa­dła dłuż­sza ci­sza.

- Więc już po­sta­no­wio­ne? - za­py­ta­łam w koń­cu roz­go­ry­czo­na. - Ona tu zo­sta­nie? A co ze szczyt­nym dzie­le­niem się od­czu­cia­mi, faj­ką po­ko­ju i wspól­nym po­dej­mo­wa­niem de­cy­zji?

- Lucy, ucie­kłaś. Da­łaś nam do zro­zu­mie­nia, że nie chcesz uczest­ni­czyć w dys­ku­sji.

- Czy­li je­den je­dy­ny raz stchó­rzy­łam i te­raz mu­szę po­nieść kon­se­kwen­cje?

Papa wes­tchnął.

- Oczy­wi­ście, że nie. Je­śli na­praw­dę nie chcesz, żeby tu zo­sta­ła, już jej tu nie ma. Ale my­ślę... je­śli po pro­stu po­roz­ma­wia­cie, być może zro­zu­miesz, dla­cze­go tu jest. Może wte­dy po­czu­jesz się le­piej.

Nie od­po­wie­dzia­łam.

- A może nie - do­dał. - Ale my­ślę, że war­to spró­bo­wać. Nie mo­żesz spę­dzić resz­ty ży­cia w tym po­ko­ju.

Kie­dy Papa wy­szedł, za­czę­łam prze­trzą­sać to­reb­kę w po­szu­ki­wa­niu te­le­fo­nu. Za­nim go jed­nak zna­la­złam, moje pal­ce na­po­tka­ły coś in­ne­go - pre­zer­wa­ty­wy. Zo­sta­ły mi jesz­cze z cza­sów cho­dze­nia z Ty'em. Kom­plet­nie wy­le­cia­ło mi z gło­wy, że jesz­cze je tam mam. W gło­wie za­pa­li­ło mi się ostrze­gaw­cze świa­teł­ko. Wciąż mia­łam dwie sztu­ki, nie­na­ru­szo­ne i szczel­nie za­mknię­te w swo­ich pa­czusz­kach.

W pa­ni­ce za­czę­ły wra­cać wspo­mnie­nia za­gra­co­ne­go miesz­ka­nia Lee. Kłę­by ku­rzu, brud­ne ubra­nia, ko­sze na śmie­ci peł­ne pu­stych bu­te­lek po na­po­jach i zgnie­cio­nych pa­pier­ków... Czy były tam też opa­ko­wa­nia po pre­zer­wa­ty­wach? Tego nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć.

Mu­sia­ły tam być. Gdzieś. Tak bar­dzo mi się spie­szy­ło, żeby stam­tąd wyjść, że ich nie za­uwa­ży­łam. Nig­dy nie upra­wia­łam sek­su bez za­bez­pie­cze­nia. Prze­nig­dy.

"Ale Lucy - za­czął głos w mo­jej gło­wie - nig­dy też nie ba­lu­jesz w mie­ście, nie upi­jasz się ani nie idziesz do łóż­ka z fa­ce­ta­mi, któ­rych nie znasz".

"Za­mknij się - od­po­wie­dzia­łam. - Znam sie­bie. I wiem,że to była że­la­zna za­sa­da, któ­rej nig­dy bym nie zła­ma­ła".

* * *

W nocy z nie­dzie­li na po­nie­dzia­łek mo­głam za­po­mnieć o spa­niu.

Lisa.

Lee.

Ty.

Ely­se.

W pią­tek wie­czo­rem nie by­łam sobą. Tak bar­dzo chcia­łam uciec od nie­daw­nych wy­da­rzeń w moim ży­ciu, że sta­łam się zu­peł­nie kimś in­nym. Wca­le się przez to le­piej nie po­czu­łam.

Tak da­lej nie może być.

Mu­szę być zno­wu sobą.

Je­ste­śmy tyl­ko my, jest tyl­ko te­raz. Po­że­gnaj żal albo w nie­pa­mięć ży­cia przyj­dzie ci odejść. Jak man­trę po­wta­rza­łam te sło­wa z mu­si­ca­lu Rent. Po­że­gnaj żal. Tak. Świet­na rada.

Py­ta­nie tyl­ko jak?

Usły­sza­łam kie­dyś, że sam fakt uśmie­cha­nia się może spra­wić,że czło­wiek sta­nie się szczę­śliw­szy. W po­nie­dzia­łek rano przy­kle­iłam więc do twa­rzy uśmiech i ze­szłam na śnia­da­nie z sil­nym po­sta­no­wie­niem, że za­po­mnę o wy­da­rze­niach z ze­szłe­go week­en­du. Uści­ska­łam mo­ich oj­czul­ków, a do Lisy, któ­ra sie­dzia­ła­na nie­uży­wa­nym przez ni­ko­go krze­śle, po­wie­dzia­łam grzecz­ne "Dzień do­bry".

- Dzień do­bry - od­par­ła zdzi­wio­na.

Się­gnę­łam po ba­becz­kę, na któ­rą na­ło­ży­łam ga­la­ret­kę wi­no­gro­no­wą, i usia­dłam z wczo­raj­szym "New York Ti­mes Ma­ga­zi­ne". Ale nie mo­głam się sku­pić na czy­ta­niu. Do tej pory nie mia­łam wła­ści­wie oka­zji przyj­rzeć się Li­sie. Swo­je krót­kie wło­sy po­sta­wi­ła na sztorc, a usta uma­lo­wa­ła szmin­ką w ko­lo­rze krwi­stej czer­wie­ni. Wy­glą­da­ło to tan­det­nie albo wy­su­bli­mo­wa­nie - trud­no było jed­no­znacz­nie roz­strzy­gnąć. Twarz mia­ła peł­niej­szą, niż­kie­dy ją po raz ostat­ni wi­dzia­łam, ale wo­kół oczu przy­by­ło jej zmarsz­czek.

Śnia­da­nie upły­nę­ło w na­pię­ciu. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by był to nasz pierw­szy dzień w re­ali­ty show - śle­dze­ni czuj­nym okiem ka­mer wie­dzie­li­śmy, że po­win­ni­śmy za­cho­wy­wać się nor­mal­nie... ale już nie wie­dzie­li­śmy, co to zna­czy "nor­mal­nie". Pra­wie się­do sie­bie nie od­zy­wa­li­śmy i każ­dy roz­glą­dał się nie­pew­nie. Wy­da­wa­ło się, jak­by ota­cza­ją­ca nas ci­sza po­tę­go­wa­ła każ­de szczęk­nię­cie sztuć­ców albo sze­lest ga­ze­ty. Ale ja­koś prze­brnę­li­śmy.

Ty­dzień po­wo­li się roz­krę­cił i wszyst­ko za­czę­ło zno­wu na­bie­rać sen­su. Nadal uni­ka­łam Lisy, a ona mnie. Świet­nie na­pi­sa­łam test z al­ge­bry i jako je­dy­na od­da­łam do­dat­ko­wą pra­cę z roz­sze­rzo­ne­go an­giel­skie­go. Ra­zem z Co­urt­ney i Ma­xem po­szli­śmy ku­pić so­bie buty. Na pró­bach z Ty'em i Ely­se nadal czu­łam się mało kom­for­to­wo, ale na szczę­ście co­raz czę­ściej uda­wa­ło mi się­ich igno­ro­wać.

Czu­łam na­wet, że uśmie­cha­nie się na­praw­dę dzia­ła. Im czę­ściej to ro­bi­łam, tym szczę­śliw­sza się czu­łam. Po kil­ku dniach nie mu­sia­łam już na­wet spe­cjal­nie pa­mię­tać o tym, żeby się uśmie­chać.

Zapomnij o nim

Kiedy ode­szłam kil­ka kro­ków od An­dre, w ułam­ku se­kun­dy po­wzię­łam po­sta­no­wie­nie, że prze­ko­nam wszyst­kich, że jest OK... Le­piej na­wet - że je­stem wprost za­chwy­co­na. Ely­se nie mo­gła się do­wie­dzieć, jak bar­dzo za­la­zła mi za skó­rę - nie mia­łam za­mia­ru da­wać jej tej sa­tys­fak­cji.

Dla­te­go też, gdy Ty oto­czył mnie ra­mie­niem i szep­tem za­py­tał, czy wszyst­ko w po­rząd­ku, ro­ze­śmia­łam się i za­pew­ni­łam go, że cie­szę się z tej roli, po­nie­waż mogę z nią po­eks­pe­ry­men­to­wać i po swo­je­mu zin­ter­pre­to­wać. Chy­ba go prze­ko­na­łam, po­nie­waż po­ca­ło­wał mnie i po­wie­dział:

- Lucy, je­steś praw­dzi­wą ak­tor­ką. Uwierz mi, gdy­bym nie do­stał roli Ro­mea, nie przy­jął­bym tego tak spo­koj­nie.

Po­czo­chrał mnie po gło­wie, a na­stęp­nie jed­nym su­sem wsko­czył na sce­nę, do­łą­cza­jąc do po­zo­sta­łych, któ­rzy ro­bi­li już pró­bę z tek­stem.

"Wi­dzisz, An­dre - po­my­śla­łam gorz­ko - na­praw­dę do­bra­ze mnie ak­tor­ka".

Ale już po chwi­li na­wet mnie cięż­ko było w to uwie­rzyć. Przez całe wa­ka­cje sku­pia­łam się tyl­ko na roli Ju­lii i dziw­nie się po­czu­łam, kie­dy na­gle przy­szło mi mó­wić sło­wa­mi Mer­ku­cja. Brzmia­ły dla mnie obco i wy­po­wia­da­jąc je, czu­łam, jak­by z mo­ich ust pa­da­ły ka­mie­nie. Pod­czas gdy Ely­se bez tru­du mknę­ła przez gór­no­lot­no­ści Szek­spi­ra, jak­by były co naj­mniej jej ulu­bio­ną ry­mo­wan­ką, ja po­ty­ka­łam się na każ­dym wer­sie.

Na do­miar złe­go za­czę­ła flir­to­wać z Ty'em. Na­wet spe­cjal­nie się z tym nie kry­ła. Za­lot­nie mu­ska­ła go po ra­mie­niu, szep­ta­ła coś­do ucha i chi­cho­ta­ła jak wa­riat­ka za każ­dym ra­zem, gdy coś po­wie­dział. Wszyst­ko to na mo­ich oczach. Całe po­po­łu­dnie.

Gdy­bym nie mia­ła pew­no­ści, że Ty nie jest nią za­in­te­re­so­wa­ny, od­pu­ści­ła­bym so­bie i prze­sta­ła ro­bić do­brą minę do złej gry. Jak­by Ely­se ob­ra­ła so­bie za cel ukraść mi ży­cie.

Kie­dy wie­czo­rem wró­ci­łam do domu, na sto­le w kuch­ni zna­la­złam tu­zin ró­żo­wych róż, któ­re moi oj­czul­ko­wie zo­sta­wi­li spe­cjal­nie dla mnie. Na kar­tecz­ce na­pi­sa­li: "To, co zo­wiem różą, pod inną na­zwą rów­nie by pach­nia­ło... Gra­tu­lu­je­my, Lucy!". Opa­dłam na krze­sło, a ota­cza­ją­ca mnie słod­ka woń róż spra­wi­ła, że po pro­stu mu­sia­łam się uśmiech­nąć. Moi ta­tu­sio­wie byli chy­ba je­dy­ny­mi ge­ja­mi na świe­cie, któ­rzy nie mie­li zie­lo­ne­go po­ję­cia o te­atrze. Wie­dzia­łam, że wy­bra­li ten cy­tat tyl­ko dla­te­go, że na­wią­zy­wał do kwia­tów, któ­re były ich je­dy­nym za­in­te­re­so­wa­niem wpi­su­ją­cym sięw ste­reo­typ geja, a ja na dru­gie imię mam prze­cież Rose - czy­li róża. Ta ich peł­na do­brych in­ten­cji nie­po­rad­ność tro­chę po­pra­wi­ła mi hu­mor.

Po­szłam do sa­lo­nu, gdzie Tata i Papa sie­dzie­li zwi­nię­ci na ka­na­pie pod swo­imi ko­cy­ka­mi, oglą­da­jąc Pre­zy­denc­ki po­ker na DVD. Ze wszyst­kich ro­dzi­ców, któ­rych zna­łam, je­dy­nie moi oj­co­wie nie tyl­ko byli wciąż ra­zem, ale nadal byli w so­bie za­ko­cha­ni.

- Dzię­ki za kwia­ty - po­wie­dzia­łam, wci­ska­jąc się mię­dzy nich.

- No to po­wiedz - za­czął Papa, po­da­jąc mi mi­skę z po­pcor­nem - czy mamy przed sobą nową Ju­lię?

- Nie - od­po­wie­dzia­łam.

Tata na­ci­snął pau­zę.

- Co się sta­ło?

- Ely­se St. Ja­mes - oto, co się sta­ło.

- Skar­bie, tak mi przy­kro - po­wie­dział Tata.

To ko­lej­na rzecz, któ­rą uwiel­bia­łam w mo­ich oj­cach. Mo­żei te­atr nie­wie­le ich ob­cho­dził, ale za to ob­cho­dzi­ło ich to, że ja się nim in­te­re­su­ję. 

- Jaką rolę do­sta­łaś?

- Mer­ku­cja - od­po­wie­dzia­łam zre­zy­gno­wa­na, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. - Przy­najm­niej on też umie­ra na sce­nie.

* * *

Kie­dy na­stęp­ne­go dnia po­szłam do szko­ły, moja szaf­ka była cała w zdję­ciach. In­ter­ne­to­we fot­ki prze­róż­nych ak­to­rów: Lau­ren­ce Oli­vier, Ke­anu Re­eves, Ben Af­fleck, John Bar­ry­mo­re i gość, któ­ry grał Mi­cha­ela w Za­gu­bio­nych.

W kom­plet­nym osłu­pie­niu ga­pi­łam się na ten ko­laż. "Kto­to zro­bił? Co to ma zna­czyć"?

- I co ty na to? - Tuż obok usły­sza­łam głos Ty'a.

Okrę­ci­łam się na pię­cie.

- To two­ja spraw­ka?

Wsa­dził ręce do kie­sze­ni i dum­nie wy­prę­żył pierś.

- Tak. Spe­cjal­nie przy­sze­dłem wcze­śniej.

- Ale... dla­cze­go? - Chy­ba nie za­brzmia­ło to zbyt do­brze. To mia­ło być nor­mal­ne py­ta­nie, ale po­nie­waż by­łam tro­chę sko­ło­wa­na, Ty ode­brał je jak za­rzut.

Uśmiech znik­nął z jego twa­rzy.

- Nie po­do­ba ci się. Wie­dzia­łem, że to głu­pi po­mysł. - Już miał za­cząć zdzie­rać zdję­cia, kie­dy za­gro­dzi­łam mu dro­gę.

- Po­do­ba mi się. Tyl­ko nic z tego nie ro­zu­miem.

- Oni wszy­scy gra­li kie­dyś Mer­ku­cja - wy­ja­śnił Ty. - Max twier­dził, że było ci bar­dzo przy­kro, że nie dali ci roli Ju­lii. Po­wie­dzia­łem mu, że ja nic ta­kie­go nie za­uwa­ży­łem, ale nie dał się prze­ko­nać. Po­my­śla­łem więc, że po­czu­jesz się le­piej, wie­dząc, że je­steś w do­brym to­wa­rzy­stwie.

Od­wró­ci­łam się do szaf­ki i jesz­cze raz się jej przyj­rza­łam. Oczy­wi­ście. John Bar­ry­mo­re grał Mer­ku­cja w fil­mo­wej wer­sji Ro­me­ai Ju­lii z lat 30. Gość z Za­gu­bio­nych grał w fil­mie z Di­Ca­prio. Lau­ren­ce Oli­vier pew­nie grał Mer­ku­cja w te­atrze - był czas, kie­dy grał we wszyst­kich sztu­kach Szek­spi­ra.

Moc­no zła­pa­łam Ty'a za rękę.

- Dzię­ku­ję - wy­szep­ta­łam.

* * *

Mi­nę­ły dwa ty­go­dnie. O dzi­wo, po­lu­bi­łam grać Mer­ku­cja.Ta rola fak­tycz­nie była świet­na - w za­le­d­wie czte­rech sce­nach moja po­stać mia­ła być: śmiesz­na, sek­sow­na, pro­stac­ka i gwał­tow­na.A na ko­niec mia­łam zgi­nąć w po­je­dyn­ku na mie­cze.

Czym­że jest na­zwa? To, co zo­wiem różą, pod inną na­zwą rów­nie by pach­nia­ło. Być może nie­świa­do­mie moi oj­czul­ko­wie chcie­li mi coś prze­ka­zać tym cy­ta­tem? Wciąż do nie­go wra­ca­łamw my­ślach. "Nie­waż­ne, jak coś się na­zy­wa - my­śla­łam - waż­ne, czym jest. Może i nie gram Ju­lii, ale to nie zna­czy, że nie mogę być świet­na w swo­jej roli".

Dzię­ki roli Mer­ku­cja za­przy­jaź­ni­łam się z no­wym chło­pa­kiem, Eva­nem, któ­ry grał Ty­bal­ta. Oce­nia­jąc go po wy­glą­dzie, pew­nie nig­dy nie po­my­śle­li­by­ście, że Evan może się in­te­re­so­wać te­atrem. Na zmierz­wio­nych wło­sach no­sił bejs­bo­lów­kę, pra­wie co­dzien­nie miał na so­bie te same wy­tar­te dżin­sy, a pod­czas przerw grał na Play­Sta­tion. Ale w swo­im sta­rym kół­ku te­atral­nym ucho­dził­za guru wszel­kich sce­nicz­nych walk, więc chy­ba nie­źle tra­fi­łam,że to wła­śnie z jego ręki mia­łam zgi­nąć.

W po­szu­ki­wa­niu mie­czy do po­je­dyn­ku ze­szli­śmy z Eva­nem­do ol­brzy­miej re­kwi­zy­tor­ni w piw­ni­cy. Za­ję­ło nam to chwi­lę- mu­sie­li­śmy prze­ci­snąć się przez nie­dba­le rzu­co­ne ogrom­ne tła oraz na­rzu­ty prze­wie­szo­ne przez więk­sze me­ble. Kie­dy w koń­cu do­tar­li­śmy do mie­czy, aż przy­sie­dli­śmy na ich wi­dok.

- Ale tu tego... - wy­szep­tał Evan.

Wy­glą­da­ło na to, że w Ele­anor Dra­ma zbie­ra­li te mie­cze od cza­sów zim­nej woj­ny. Cała re­kwi­zy­tor­nia za­wa­lo­na była ster­ta­mi mie­czy każ­de­go roz­mia­ru i ro­dza­ju. Po­usta­wia­ne rzę­da­mi wzdłuż ścian, wy­sta­ją­ce z du­żych ko­szy, a na­wet dyn­da­ją­ce na su­fi­cie jak srebr­ne kan­de­la­bry.

- To od któ­re­go za­czy­na­my? - za­sta­na­wia­łam się zdu­mio­na.

Twarz Eva­na po­wo­li roz­ja­śni­ła się w uśmie­chu.

- Od pierw­sze­go z brze­gu.

Wy­cią­gnę­łam ja­kiś miecz z naj­bliż­sze­go ko­sza i dźgnę­łam nimw po­wie­trzu. Był za lek­ki, zbyt de­li­kat­ny. Wzię­łam inny. Po­ma­lo­wa­ny na czar­no nie od­bi­jał świa­tła do­kład­nie tak, jak­bym tego chcia­ła. Wy­cią­ga­łam ko­lej­ne mie­cze, ale one tak­że mnie roz­cza­ro­wy­wa­ły.

- Jak po­znam, że to ten? - wy­mam­ro­ta­łam.

Evan ob­rzu­cił mnie peł­nym po­wa­gi spoj­rze­niem.

- To on cię wy­bie­rze - po­wie­dział.

- To sklep z różdż­ka­mi Ol­li­van­de­ra, czy co?

Evan spoj­rzał się na mnie z za­gad­ko­wym wy­ra­zem twa­rzy.

- Nig­dy nie czy­ta­łeś Har­ry'ego Pot­te­ra? - za­py­ta­łam.

Ro­ze­śmiał się.

- Ja­sne, że czy­ta­łem.

- Więc, o co... - W tym mo­men­cie mój wzrok na­tknął się­na dwa le­żą­ce obok sie­bie mie­cze, osob­no za­wi­nię­te w ak­sa­mi­ti spo­czy­wa­ją­ce w prze­zro­czy­stym pla­sti­ko­wym pu­dle. Ostroż­nie od­wi­nę­łam je­den z nich. W chwi­li kie­dy moja dłoń za­ci­snę­ła się­na srebr­nej rę­ko­je­ści, zro­zu­mia­łam, że to ten.

Evan chwy­cił dru­gi miecz. Wy­da­wa­ło mi się, że wy­dał z sie­bie stłu­mio­ny okrzyk.

To były praw­dzi­we mie­cze - w od­róż­nie­niu od tych sto­so­wa­nych za­zwy­czaj w te­atrze te nie mia­ły tę­pych brzesz­czo­tów. Cię­żar mi od­po­wia­dał - po­nie­kąd czu­łam się dzię­ki nie­mu sil­niej­sza. Za­mie­rzy­łam się na Eva­na, a on nie po­zo­stał mi dłuż­ny. W chwi­li gdy skrzy­żo­wa­li­śmy lśnią­ce klin­gi, strze­li­ły pra­wie nie­do­strze­gal­ne iskry, a w na­szych uszach roz­brzmiał szczęk sta­li. Evan i ja uśmiech­nę­li­śmy się do sie­bie. To było to.

Obo­je uwa­ża­li­śmy za dziw­ne, że szko­ła w ogó­le mia­ła ta­kie mie­cze. Były jed­nak nie­sa­mo­wi­te, a my je wprost uwiel­bia­li­śmy. Dla­te­go po­sta­no­wi­li­śmy nic nie mó­wić An­dre.

Od tej pory przed każ­dą pró­bą przez pół go­dzi­ny opra­co­wy­wa­li­śmy z Eva­nem cho­re­ogra­fię na­szej wal­ki. Nie mo­gła­bym so­bie wy­ma­rzyć lep­sze­go part­ne­ra - chło­pak był praw­dzi­wym ge­niu­szem szer­mier­ki.

- On jest na­praw­dę sek­sow­ny - pew­ne­go dnia stwier­dził Max, kie­dy ra­zem z Co­urt­ney przy­glą­da­ły­śmy się Eva­no­wi.

- Przy­kro mi, pa­nie Mak­sy­mi­lia­nie - po­wie­dzia­łam - je­stem pew­na, że on jest he­te­ro.

Max wes­tchnął.

- No tak. Wszy­scy faj­ni są albo he­te­ro, albo za­ję­ci. Albo jed­no i dru­gie - tu Max wska­zał na Ty'a, któ­ry wła­śnie ćwi­czył wspi­na­nie się na bal­kon Ju­lii. Jego cia­ło tan­ce­rza po­ru­sza­ło się zwin­nie, a ja pa­trząc na nie­go, po­czu­łam, jak za­le­wa mnie fala czu­ło­ści.

Co­urt­ney pac­nę­ła prze­kor­nie Maxa w gło­wę.

- Wa­riat. Je­dy­ne, na co nie mo­że­my na­rze­kać w tym kół­ku, to brak ge­jów. To nie ich wina, że ża­den z nich ci się nie po­do­ba - Co­urt­ney wes­tchnę­ła. - Je­śli cho­dzi o mnie, to ja cier­pię na chro­nicz­ny brak per­spek­tyw mi­ło­snych. Je­śli tak da­lej pój­dzie, a wszyst­ko na to wska­zu­je, skoń­czę jako czter­dzie­sto­let­nia dzie­wi­ca.

Ro­ze­śmia­łam się.

- A co z Eva­nem? - za­py­ta­łam, ukła­da­jąc już spryt­ny planw gło­wie. - Tro­chę się za­przy­jaź­ni­li­śmy. Mam go za­py­tać, czy mu się po­do­basz?

Co­urt­ney była ni­ska, wy­jąt­ko­wo nie­śmia­ła i na do­miar wszyst­kie­go no­si­ła apa­rat na zę­bach. W kwe­stii fa­ce­tów była kom­plet­nie zie­lo­na. Od­kąd się zna­li­śmy, za­wsze ma­rzy­ła o swo­im księ­ciu z baj­ki.

Co­urt­ney po­trzą­snę­ła gło­wą.

- Związ­ki w kół­ku te­atral­nym są tro­chę ka­zi­rod­cze. Zna­jąc mnie, nic z tego nie wyj­dzie, a po­tem na każ­dej pró­bie będą głu­pie sy­tu­acje. Dzię­ki, nie sko­rzy­stam.

- No nie każ­dy zwią­zek w kół­ku te­atral­nym to od razu zły po­mysł - za­pro­te­sto­wa­łam.

* * *

Ale już wkrót­ce aż za do­brze zro­zu­mia­łam, co Co­urt­ney mia­ła na my­śli. Ak­tor­skie wy­zwa­nie nu­mer dwa.

To było nie­dziel­ne po­po­łu­dnie. Sie­dzia­łam wła­śnie na pod­ło­dze w swo­im po­ko­ju, pró­bu­jąc wy­brzdą­kać pio­sen­kę Tay­lor Swift na gi­ta­rze, kie­dy Co­urt­ney przy­sła­ła mi SMS:

Sprawdź pro­fil Ely­se na FB!

Za­lo­go­wa­łam się po raz pierw­szy od wie­lu ty­go­dni, we­szłam­na pro­fil Ely­se i za­czę­łam ana­li­zo­wać na­stę­pu­ją­ce sło­wa:

Ely­se St. Ja­mesw związ­ku z Ty Par­ker.

Za­dzwo­ni­łam do Co­urt­ney.

- I co? Wi­dzia­łaś?

- Wła­śnie na to pa­trzę - po­wie­dzia­łam. - Wiesz, w su­mie jest mi jej żal. Ma pew­nie nie­zły kom­pleks niż­szo­ści, sko­ro musi kła­mać, że ma chło­pa­ka.

- Lucy... - Co­urt­ney za­czę­ła po­wo­li. - Na Fa­ce­bo­oku nie mo­żesz na­pi­sać, że je­steś w związ­ku, z kim chcesz - dru­ga oso­ba musi po­twier­dzić ten sta­tus, za­nim zo­sta­nie opu­bli­ko­wa­ny.

"Mo­ment. Ra­cja. Ale to nie mia­ło sen­su - dla­cze­go Ty miał­by się zgo­dzić na opu­bli­ko­wa­nie cze­goś ta­kie­go?" Po­wo­li w mo­jej gło­wie kształ­to­wać się za­czął inny ob­raz. Dużo bar­dziej prze­ra­ża­ją­cy.

- Lucy? Je­steś tam? - za­py­ta­ła Co­urt­ney.

- Mu­szę koń­czyć - wy­szep­ta­łam. Roz­łą­czy­łam się i na­tych­miast za­dzwo­ni­łam do Ty'a.

Ode­brał już po pierw­szym sy­gna­le.

- Cześć, ko­cha­nie!

- Masz mi może coś do po­wie­dze­nia? - za­py­ta­łam.

- O co ci cho­dzi?

- Zgod­nie ze sta­tu­sem Ely­se na Fa­ce­bo­oku, je­steś z niąw związ­ku...

Tu na­stą­pi­ła dłuż­sza ci­sza.

- Ty? - po­wie­dzia­łam ła­god­nie.

- Nie są­dzi­łem, że to zo­ba­czysz - po­wie­dział. - Nie ko­rzy­stasz z Fa­ce­bo­oka.

- A co to ma do rze­czy?

Usły­sza­łam dłu­gie wes­tchnie­nie.

- Uwierz mi, nie pla­no­wa­łem tego - po­wie­dział Ty. - Na­wet mi się nie po­do­ba­ła w ten spo­sób.

- Nie pla­no­wa­łeś cze­go?

Zno­wu ci­sza. Ty nie chciał dłu­żej cią­gnąć tej roz­mo­wy. To była bo­le­sna praw­da. Ale w koń­cu za­czął mó­wić.

- W ze­szłą so­bo­tę by­łem u niej w domu. Ćwi­czy­li­śmy... te bar­dziej ro­man­tycz­ne sce­ny. Nie wiem, jak to się sta­ło, ale w pew­nym mo­men­cie za­czę­li­śmy się ca­ło­wać.

"Chy­ba żar­tu­jesz" - po­my­śla­łam. Zna­łam róż­ni­cę mię­dzy po­ca­łun­kiem sce­nicz­nym a tym praw­dzi­wym.

- Więc chcesz przez to po­wie­dzieć, że ca­ło­wa­li­ście sięz ję­zycz­kiem.

- Tak.

- Na­mięt­nie?

- Tak.

- Coś oprócz ca­ło­wa­nia? Chcę wie­dzieć.

Ty za­wa­hał się po­now­nie.

- Może tro­chę się... ma­ca­li­śmy. Ale by­li­śmy w ubra­niach- do­dał, jak­by to mia­ło po­lep­szyć spra­wę.

- Na tym jed­nym ra­zie się nie skoń­czy­ło, praw­da?

- Tak - przy­znał ci­cho.

- Kie­dy mia­łeś za­miar mi po­wie­dzieć? - za­py­ta­łam, z wy­sił­kiem opa­no­wu­jąc drże­nie gło­su, mimo iż łzy spły­wa­ły mi po twa­rzy.

- Nie wiem. Cze­ka­łem chy­ba na od­po­wied­ni mo­ment.

Nie od­po­wie­dzia­łam - roz­łą­czy­łam się.

Gdyby mnie widzieli...

Jasny pro­mień cie­płe­go świa­tła prze­szył moje po­wie­ki. Z wy­sił­kiem otwo­rzy­łam jed­no oko, po­tem dru­gie i za­mru­ga­łam­na wi­dok po­zba­wio­ne­go za­słon, za­kra­to­wa­ne­go okna.

"Gdzie je­stem?"

Spró­bo­wa­łam się po­de­przeć na łok­ciach, ale ta na­gła zmia­na po­zy­cji zde­cy­do­wa­nie nie spodo­ba­ła się mo­je­mu cia­łu. Za­war-tość żo­łąd­ka po­de­szła mi do gar­dła. Czu­łam się sła­bo i by­łam cała roz­dy­go­ta­na. Zu­peł­nie jak­bym za­miast mó­zgu mia­ła chlu­po­czą­cą bre­ję.

Wte­dy so­bie przy­po­mnia­łam - wczo­raj nie­źle za­ba­lo­wa­li­śmy. To chy­ba musi być kac. Wszyst­ko, co by­łam wte­dy w sta­nie­zro­bić, to le­żeć nie­ru­cho­mo, ze­brać my­śli i po­cze­kać, aż miną mdło­ści.

Kie­dy by­łam go­to­wa spró­bo­wać jesz­cze raz, ostroż­nie usia­dłam i ro­zej­rza­łam się wo­kół.

Znaj­do­wa­łam się w nie­wiel­kim po­ko­ju, nie­wie­le więk­szy mod łóż­ka, na któ­rym sie­dzia­łam. W zle­wie pię­trzy­ła się ster­ta brud­nych na­czyń, a na bla­cie le­ża­ły pla­sti­ko­we to­re­becz­ki, igły i rur­ki.

Sie­dzia­łam kom­plet­nie naga w cu­dzej po­ście­li.

Szyb­ko pod­cią­gnę­łam koł­drę pod bro­dę. Obok mnie le­żał nagi wy­ta­tu­owa­ny męż­czy­zna. W gło­wie za­czę­ły po­ja­wiać się strzęp­ki wspo­mnień z po­przed­nie­go wie­czo­ru. Klub. Ze­spół. Wo­ka­li­sta. Jak on miał na imię? Lee ja­kiś tam. We wczo­raj­szym za­mro­cze­niu za­rów­no on, jak i jego miesz­ka­nie wy­da­wa­ło mi się o wie­le bar­dziej efek­tow­ne. Ale te­raz wszyst­ko było ja­kieś brud­ne.

"Nie po­win­no mnie tu być. Mu­szę wra­cać do domu".

Wy­śli­zgnę­łam się z łóż­ka i ze­bra­łam ciu­chy tak zwin­nie i bez­sze­lest­nie, jak tyl­ko po­tra­fi­łam. Szyb­ko się ubra­łam, na ku­chen­ce zna­la­złam moją to­reb­kę i na pal­cach wy­szłam z miesz­ka­nia, cały czas trzy­ma­jąc w ręku buty.

Kie­dy ci­cho za­trza­snę­ły się za mną drzwi, opar­łam się o niez ser­cem wa­lą­cym jak młot. My­śli kłę­bi­ły się jak osza­la­łe, ale mu­sia­łam się ja­koś po­zbie­rać.

Po pierw­sze: buty. Po­wo­lut­ku przy­sia­dłam na scho­dach i wcią­gnę­łam bot­ki.

Po dru­gie: kon­takt ze świa­tem. Spraw­dzi­łam te­le­fon. Osiem nie­ode­bra­nych po­łą­czeń i sie­dem SMS-ów od Co­urt­ney i Maxa mię­dzy pierw­szą w nocy i szó­stą nad ra­nem, czy­li ostat­nie ja­koś oko­ło go­dzi­ny temu. Wszyst­kie spro­wa­dza­ły się do jed­ne­go: "Gdzie je­steś?" i "Wszyst­ko OK?".

Po­nie­waż nie zna­łam od­po­wie­dzi na żad­ne z tych py­tań, wsu­nę­łam te­le­fon z po­wro­tem do to­reb­ki.

Ko­lej­ne na li­ście za­dań: opu­ścić tę ru­de­rę. Ale moje cia­ło kom­plet­nie nie chcia­ło współ­pra­co­wać. Po­sta­wi­łam sto­py na stop­niu­po­ni­żej i spró­bo­wa­łam po­now­nie. Nic. "No da­lej, rusz­cie się- po­my­śla­łam bła­gal­nie. - Po­słu­chaj­cie mnie. Obie­cu­ję - to już ostat­ni taki nu­mer". Chwy­ci­łam się po­rę­czy i moc­no przy­war­łam do ce­gla­nej ścia­ny. Dźwi­gnia. "No do­bra - do­da­wa­łam so­bie­otu­chy. - Na trzy...

Raz.

Dwa.

Trzy".

Moje opor­ne cia­ło po­zo­sta­ło nie­ru­cho­me. Przy­po­mniał o so­bie jed­nak wy­pi­ty wczo­raj al­ko­hol i za­nim uda­ło mi się co­kol­wiek zro­bić, zwy­mio­to­wa­łam na klat­kę scho­do­wą. Kie­dy już po­my­śla­łam, że chy­ba nic we mnie nie zo­sta­ło, przy­szła ko­lej­na fala. Sie­dzia­łam tam jak sie­dem nie­szczęść, przez dłuż­szą jesz­cze chwi­lę po­zby­wa­jąc się za­war­to­ści żo­łąd­ka. Przy­najm­niej było na tyle wcze­śnie,że miesz­kań­cy jesz­cze spa­li i nikt mnie nie wi­dział. Cho­ciaż pod tym wzglę­dem los był dla mnie ła­ska­wy.

W koń­cu nud­no­ści ustą­pi­ły. Ale wciąż by­łam zbyt sła­ba, aby się po­ru­szyć. Już za­czy­na­łam my­śleć, że nig­dy stąd nie wyj­dę. Ska­za­na, by spę­dzić wiecz­ność na tych ob­skur­nych scho­dach, po­zba­wio­na ja­kie­go­kol­wiek to­wa­rzy­stwa poza tę­że­ją­cą ka­łu­żą rzy­go­win i ta­jem­ni­czą pla­mą ple­śni przed drzwia­mi Lee. Opar­łam gło­wę o po­ręcz.

"Co się wczo­raj sta­ło?"

Roz­pacz­li­wie pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć co­kol­wiek,co tyl­ko po­zwo­li­ło­by mi od­two­rzyć wy­da­rze­nia z ostat­nich sied­miu go­dzin. Nic jed­nak nie mia­ło sen­su - nie pa­mię­ta­łam na­wet, jak się zna­la­złam w tym bu­dyn­ku, nie mó­wiąc już o tym, co się sta­ło póź­niej.

Ale im dłu­żej tak sie­dzia­łam, tym wy­raź­niej­sze sta­wa­ły się moje my­śli, aż w koń­cu roz­my­ty z po­cząt­ku ob­raz na­brał ko­lo­rów i kształ­tów. Nie mu­sia­łam na­wet ni­cze­go so­bie spe­cjal­nie przy­po­mi­nać - to było ja­sne w chwi­li, kie­dy obu­dzi­łam się w tym łóż­ku. Upra­wia­łam seks z Lee.

Na­gle zro­bi­ło mi się nie­do­brze z zu­peł­nie in­ne­go po­wo­du. W koń­cu uda­ło mi się pod­nieść i jak naj­szyb­ciej zbie­głam­po scho­dach, igno­ru­jąc pro­te­sty mo­je­go cia­ła i nie zwa­ża­jąc­na fakt, że do­no­śny stu­kot mo­ich ob­ca­sów obu­dził pew­nie­ca­ły bu­dy­nek. Kie­dy otwo­rzy­łam drzwi fron­to­we, na twa­rzy­po­czu­łam po­wiew chłod­ne­go po­ran­ne­go po­wie­trza. Za­drża­łam. Jesz­cze wczo­raj mój ską­py strój wy­da­wał mi się do­sko­na­łym­po­my­słem, ale dziś, cała zzięb­nię­ta, nie by­łam już wca­le te­go­ta­ka pew­na.

Ru­szy­łam przed sie­bie. O tej go­dzi­nie uli­ce były nie­mal pu­ste. Ma­sze­ro­wa­łam żwa­wo, roz­pacz­li­wie chcąc tyl­ko zna­leźć się jak naj­da­lej od Lee i wró­cić wresz­cie do domu.

Mi­ja­łam ko­lej­ne sta­cje me­tra, a obok mnie prze­jeż­dża­ły pu­ste tak­sów­ki. Mia­łam przy so­bie pie­nią­dze - mo­głam wró­cić każ­dą z nich. Ale cie­szy­ła mnie ta nie­wy­go­da zwią­za­na z mar­szem. Lo­do­wa­te po­wie­trze, to, jak mój żo­łą­dek kłuł mnie przy każ­dym kro­ku, szorst­ki na­lot na zę­bach i bo­le­sne pę­che­rze, bo bot­ki bez­li­to­śnie ocie­ra­ły mi sto­py... Za­słu­gi­wa­łam na każ­dą z tych rze­czy,i na wie­le wię­cej.

Prze­peł­niał mnie wstyd. Lee był do­pie­ro dru­gą oso­bą, z któ­rą to ro­bi­łam, a ja na­wet tego nie pa­mię­tam. Nic o nim nie wiem. "Jak się na­zy­wa? Ile ma lat? Ja­kie­go ko­lo­ru są jego oczy? Czy był dlam­nie miły?"

Po chwi­li wy­ło­nił się przede mną dwo­rzec Grand Cen­tral. Wsia­dłam do pierw­sze­go po­cią­gu.

Co­urt­ney otwo­rzy­ła mi drzwi w pi­ża­mie. Usta mia­ła spierzch­nię­te, dłu­gie czar­ne wło­sy - zmierz­wio­ne, a oczy - pod­krą­żo­ne. Wy­glą­da­ła rów­nie okrop­nie, jak ja się czu­łam.

- Lucy, całe szczę­ście! Tak się mar­twi­li­śmy! - wy­krzyk­nę­łai po­pchnę­ła mnie do ła­zien­ki: - Szyb­ko, wkła­daj pi­ża­mę - mama bę­dzie tu lada mo­ment.

Po­słusz­nie zro­bi­łam to, co mi ka­za­ła, i wpeł­złam do jej ogrom­ne­go łóż­ka, kła­dąc się obok śpią­ce­go Maxa.

- Co się wczo­raj sta­ło? - za­py­ta­ła Co­urt­ney, wcho­dząc­do łóż­ka. - Chy­ba z ty­siąc razy dzwo­ni­łam i pi­sa­łam SMS-y. Nie chcie­li­śmy bez cie­bie wy­cho­dzić, ale ostat­ni po­ciąg był o dru­giej.

Zdą­ży­łam już za­mknąć oczy.

- Opo­wiem ci póź­niej - wy­mam­ro­ta­łam jesz­cze, za­nim­na do­bre za­snę­łam.