Rozdział I
Wielu współpracowników tego zbioru "Wizerunków własnych"1
rozpoczyna swój przyczynek rozważaniem o szczególności i trudności
podjętego zadania. Sądzę, iż muszę powiedzieć, że moje zadanie zostało
nieco bardziej utrudnione, ponieważ kilkakrotnie wydawałem już
opracowania podobne do tego, jakiego wymaga się tutaj, a wynikało to z natury przedmiotu, że o mojej osobistej roli więcej było już w nich
mowy, niż jest to zazwyczaj przyjęte lub wydaje się potrzebne. Po raz
pierwszy przedstawiłem rozwój i treść psychoanalizy w roku 1909 w pięciu
wykładach wygłoszonych w Clark University w Worcester w amerykańskim
stanie Massachusetts., dokąd zostałem zaproszony na dwudziestolecie
powstania tej instytucji2. Dopiero niedawno uległem pokusię
napisania przyczynku o treści podobnej do pewnego amerykańskiego dzieła
zbiorowego, ponieważ wydawnictwo "O początkach XX wieku" podkreśliło
znaczenie psychoanalizy przez poświęcenie jej osobnego
rozdziału3. Między zaś jednym a drugim ukazał się w roku 1914
"Przyczynek do historii ruchu
psychoanalitycznego"4, zawierający właściwie
wszystko istotne, co miałbym na ten temat do zakomunikowania. Ponieważ
nie mogę sam sobie przeczyć, a nie chciałbym powtarzać się bez zmian,
muszę tutaj znaleźć nowy stosunek pomiędzy subiektywnym a obiektywnym
przedstawieniem, między treścią o znaczeniu historycznym a biograficznym.
Urodziłem się 6 maja 1856 roku we Freibergu na Morawach, małej mieścinie
w obecnej Czechosłowacji (obecnie Přibor w Czechach - przyp. red.).
Rodzice moi byli Żydami; ja także pozostałem Żydem. Rodzina moja ze
strony ojca żyła przez długi czas, o ile dobrze wiem, nad Renem (w Kolonii), skąd w XIV czy XV wieku, wskutek prześladowania Żydów, uciekła
na wschód i w ciągu wieku XIX zawędrowała z powrotem, przez Litwę i Galicję, do Austrii niemieckiej. Jako 4-letnie dziecko przybyłem do
Wiednia, gdzie ukończyłem szkoły. W gimnazjum byłem przez siędem lat
prymusem, miałem stanowisko uprzywilejowane, prawie mnie nie
egzaminowano. Mimo że żyliśmy w bardzo trudnych warunkach, ojciec mój
żądał, abym w wyborze zawodu kierował się jedynie swoimi skłonnościami.
Specjalnego zamiłowania do pracy lekarza i jego stanowiska nie
odczuwałem w tych latach młodzieńczych ani zresztą później. Ulegałem
raczej jakiejś żądzy wiedzy, która jednak bardziej dotyczyła stosunków
między ludźmi jako obiektów naturalnych i nie znała wartości
postrzegania jako głównego środka jej zaspokojenia. Wczesne wniknięcie w historię biblijną, ledwie posiadłem sztukę czytania, utrwaliło, jak to
znacznie później zrozumiałem, kierunek moich zainteresowań. Pod potężnym
wpływem starszego nieco kolegi szkolnego, który stał się później znany
jako polityk, również chciałem studiować prawo i działać społecznie.
Przyciągała mnie jednak aktualna w owym czasię nauka Darwina, ponieważ
roztaczała widoki na niezwykły postęp w pojmowaniu świata i wiem, że
usłyszenie ładnej rozprawy Goethego "Natura" w popularnym odczycie
profesora Karola Brtihla - na krótko przed egzaminem dojrzałości -
rozstrzygnęło o tym, że zapisałem się na medycynę.
Uniwersytet, na który wstąpiłem w roku 1873, przyniósł mi początkowo
dotkliwe rozczarowania. Przede wszystkim ubodło mnie to, że powinienem
uważać się za mniej wartościowego i narodowo wyobcowanego, ponieważ
byłem Żydem. Pierwsze odrzuciłem z całą stanowczością. Nigdy nie
pojąłem, dlaczego miałbym się wstydzić mojego pochodzenia czy rasy - jak
wówczas zaczęto się wyrażać. Z nieprzyjęcia zaś mnie do narodowej
wspólnoty zrezygnowałem bez wielkiego żalu. Mniemałem, że i bez takiego
zaszeregowania znaleźć się musi dla gorliwego współpracownika małe
miejsce w ramach ludzkości. Ale ważnym następstwem tych pierwszych
wrażeń uniwersyteckich było, że tak wcześnie pogodziłem się ze swoim
losem znajdowania się w opozycji i z klątwą, rzuconą przez "zwartą
większość". W ten sposób powstały podwaliny mojej niezależności sądu.
Poza tym musiałem w pierwszych latach uniwersyteckich poczynić
doświadczenie, że właściwość i wąski zakres moich uzdolnień zawodzą w wielu działach nauki, na które rzuciłem się w swym młodzieńczym zapale.
Tak poznałem prawdziwość ostrzeżenia Mefistofelesa:
A to bałamucenie naukowe -
- po prawdzie nie jest zbytnio zdrowe,
każdy wie tyle, ile pojąć zdoła.5
W laboratorium fizjologicznym Ernesta Brückego znalazłem wreszcie spokój
i pełne zadowolenie, jak również osoby, które mogłem uszanować i postawić sobie za wzór: samego mistrza Brückego6 i jego
asystentów Zygmunta Exnera7 i Ernesta von
Fleischl-Marxowa8, wybitną osobistość, który darzył
mnie przyjaźnią. Brücke postawił mi zadanie z histologii układu
nerwowego, które ku jego zadowoleniu umiałem rozwiązać i samodzielnie
poprowadzić dalej. W instytucie tym pracowałem z krótkimi przerwami od
roku 1876 do 1882 roku i byłem powszechnie uważany za kandydata na
najbliższy wakat asystentury. Nie pociągały mnie - z wyjątkiem
psychiatrii - pozostałe działy medycyny. Studiami medycznymi zajmowałem
się bardzo opieszale i dopiero w roku 1881, jak widać z naprawdę
poważnym więc opóźnieniem, otrzymałem tytuł doktora wszech nauk
lekarskich.
Dramatyczny zwrot nastąpił w roku 1882, kiedy mój ponad wszystko czczony
Nauczyciel naprawił szlachetną lekkomyślność mojego ojca, usilnie mnie
namawiając, abym ze względu na swoją nie najlepszą sytuację materialną
porzucił wszelkie myśli o karierze teoretyka medycyny. Usłuchałem jego
rady i natychmiast zrezygnowałem z pracy w laboratorium fizjologicznym,
by zatrudnić się w Szpitalu Powszechnym w charakterze wolontariusza. Po
stosunkowo niedługim czasię zostałem tam mianowany asystentem na
internie i pracowałem na różnych oddziałach, przez pół roku również u Meynerta9, którego dzieło i osoba już jako studenta mnie
pociągały.
Pozostałem jednak w pewnym znaczeniu wierny poprzednio obranemu
kierunkowi prac. Brücke wskazał mi jako przedmiot badania rdzeń minoga,
jednej z najbardziej prymitywnych ryb (Ammocoetes petromyzon). Później
przeszedłem na badanie układu ośrodkowego człowieka, którego
skomplikowany układ włókien oświetliło właśnie wtedy odkrycie
Flechsiga10 o niejednoczesnym tworzeniu się otoczki
mielinowej. Również i to, że początkowo obrałem sobie za przedmiot
jedynie i wyłącznie rdzeń przedłużony, wskazywało na wpływ moich
początkowych badań. W przeciwieństwie do rozproszenia, jakie
znamionowało moje studia w pierwszych latach uniwersyteckich, rozwinęła
się we mnie teraz skłonność do wyłącznego skupienia pracy na jednym
materiale albo zagadnieniu. Skłonność ta mi pozostała i wywołała później
zarzut jednostronności.
W instytucie anatomii mózgu byłem pracownikiem równie gorliwym jak w instytucie fizjologicznym. W latach tych napisałem niewielkie
objętościowo rozprawy o przebiegu włókien nerwowych i powstaniu ośrodków
nerwowych w rdzeniu przedłużonym, na co zwrócił już uwagę
Edinger11. Pewnego dnia zaproponował mi, który otworzył przede
mną swe laboratorium anatomiczne - również w sytuacjach kiedy nie
pracowałem u niego - abym już ostatecznie zajął się anatomią mózgu.
Zapewniał mnie przy tym, że mogę przejąć jego wykłady, ponieważ sam
czuje się zbyt stary, by operować bardziej współczesnymi metodami. Po
niezbyt krótkim namyśle odmówiłem, bez wątpienia przestraszony ogromem
zadania. Z drugiej strony, wówczas już chyba się domyślałem, że ten
genialny człowiek nie jest bynajmniej przychylnie do mnie usposobiony.
Anatomia mózgu, pod względem praktycznym, z pewnością nie stanowiła
postępu wobec fizjologii. Rozpoczynając studia chorób nerwowych,
liczyłem się z wymaganiami materialnymi. Specjalność ta była wówczas w Wiedniu mało uprawiana, materiał był rozproszony po oddziałach chorób
wewnętrznych, nie było sposobności wykształcenia się, trzeba było stać
się swoim własnym nauczycielem. Również Nothnagel12, którego
krótko przedtem, na zasadzie jego książki o lokalizacji w mózgowiu,
powołano na katedrę, nie odróżniał neuropatologii od innych działów
medycyny wewnętrznej. W oddali świeciło wielkie imię Charcota13
i ułożyłem sobie plan, żeby w Wiedniu otrzymać docenturę chorób
nerwowych, a potem dla dalszej specjalizacji pojechać do Paryża.
W ciągu następnych lat pracy asystenta szpitalnego opublikowałem szereg
spostrzeżeń o przypadkach schorzeń organicznych układu nerwowego.
Stopniowo wnikałem w tę dziedzinę i po kilku miesiącach potrafiłem tak
ściśle lokalizować ognisko w rdzeniu przedłużonym, że anatomopatolog nie
miał nic do dodania. Byłem pierwszym w Wiedniu, który skierował do
sekcji przypadek z rozpoznaniem: polyneuritis acuta14.
Rozpoznania moje, które potwierdzała autopsja, stały się głośne i spowodowały napływ lekarzy amerykańskich, którym wykładałem na oddziale
łamaną angielszczyzną, demonstrując swoich chorych. O psychonerwicach
nie miałem pojęcia. Kiedy razu pewnego przedstawiłem swoim słuchaczom
neurotyka o trwałym bólu głowy jako przypadek przewlekłego ograniczonego
zapalenia opon mózgowych, wszyscy oni, słusznie się zbuntowawszy,
odstąpili ode mnie i skończyła się moja przedwczesna działalność
pedagogiczna. Zaznaczam, dla usprawiedliwienia, że był to czas, kiedy i większe powagi wiedeńskie stawiały w przypadkach neurastenii rozpoznanie
guza mózgu.
Wiosną roku 1885 otrzymałem docenturę neuropatologii na podstawie moich
rozpraw histologicznych i klinicznych. Wkrótce potem, dzięki gorącemu
poparciu Brückego, przyznano mi większe stypendium na podróż. W związku
z tym jesięnią tego roku udałem się do Paryża.
Wstąpiłem jako él?ve do Salp?triére15; początkowo jednak
nie zwrócono na mnie uwagi - byłem jednym z wielu przybyszów z zagranicy. Pewnego dnia usłyszałem, jak Charcot ubolewa, że od czasu
wojny tłumacz niemiecki jego wykładów nie dał znać o sobie. Mówił, że
byłoby mu miło, gdyby ktoś się podjął przełożenia na niemiecki jego
"Nowych wykładów". Zgłosiłem się pisemnie. Pamiętam, że list mój
zawierał zwrot, że cierpię jedynie na aphasię motrice16, ale z pewnością nie na aphasię sensorielle du français17. Charcot
przystał na mnie, zadzierzgnął ze mną więzy osobiste i odtąd miałem swój
pełny udział we wszystkim, co działo się w klinice.
W chwili kiedy to piszę, otrzymuję liczne rozprawy i artykuły
dziennikarskie z Francji, świadczące o gwałtownym sprzeciwie przeciw
przyjęciu psychoanalizy i wysuwające najróżniejsze twierdzenia o moim
stosunku do szkoły francuskiej. Czytam na przykład, że swój pobyt w Paryżu zużytkowałem na to, aby wniknąć w naukę Janeta18, a potem
uciekłem ze zdobyczą. Chcę więc wyraźnie zaznaczyć, że nazwisko Janeta
nie bywało w ogóle wspominane podczas mojego pobytu w Salp?triére.
Największe wrażenie ze wszystkiego, co u Charcota widziałem, zrobiły na
mnie jego badania histerii, przy których częściowo jeszcze byłem obecny.
A więc wykazanie prawdziwości i prawowitości zjawisk histerycznych
(introite et hic dii sunt19), częstego występowania histerii u mężczyzn, powstawania porażeń i skurczów przez sugestię hipnotyczną - co
potwierdza, że owe twory sztuczne wykazują, aż do najdrobniejszego
szczegółu, te same charaktery co spontaniczne przypadki, często wywołane
urazem. Niektóre demonstracje Charcota wydawały mi się z początku, jak i innym gościom lekarzom, dziwne i skłaniały mnie do wyrażenia sprzeciwu,
który usiłowaliśmy wesprzeć powołaniem się na którąś z panujących
teorii. Charcot odpowiadał na takie zastrzeżenia zawsze uprzejmie i cierpliwie, ale również bardzo stanowczo. W ciągu jednej takiej dyskusji
padło wyrażenie: C?a n'empe?che pas d'exister20, które wryło
mi się w pamięć na zawsze.
Jak wiadomo, nie wszystko, czego Charcot nas wtedy uczył, zachowało
swoją aktualność do dnia dzisięjszego. Część stała się niepewna, część
bez wątpienia nie wytrzymała próby czasu. Ale dość dużo z tego pozostało
- i to jako trwały dorobek naukowy. Zanim opuściłem Paryż, omówiłem z mistrzem plan pracy nad porównaniem porażeń histerycznych z organicznymi. Chciałem przeprowadzić tezę, że w histerii porażenia i anestezje poszczególnych części ciała odgraniczają się tak, jak to sobie
człowiek wyobraża pospolicie (nie anatomicznie). Charcot zgodził się ze
mną, ale łatwo było poznać, że w gruncie rzeczy nie miał nabożnego
stosunku do głębszego wnikania w psychologię nerwicy. Pochodził przecież
ze szkoły anatomii patologicznej.
Zanim wróciłem do Wiednia, zatrzymałem się przez kilka tygodni w Berlinie, aby zdobyć wiadomości o ogólnych schorzeniach wieku
dziecięcego. Kassowitz w Wiedniu, który kierował publiczną kliniką
dziecięcą, przyrzekł mi, że urządzi mi tam oddział dziecięcych chorób
nerwowych. W Berlinie znalazłem poparcie i miłe przyjęcie u Baginsky'ego21. W ciągu następnych kilku lat wyszło z Instytutu Kassowitza szereg większych moich rozpraw o jednostronnych i obustronnych porażeniach pochodzenia ośrodkowego u dzieci. Na skutek
tego powierzył mi później Nothnagel, w roku 1897, opracowanie odnośnego
materiału w jego wielkim "Podręczniku ogólnej i szczegółowej terapii".
Jesięnią 1886 roku otworzyłem w Wiedniu gabinet lekarski i poślubiłem
dziewczynę, która od przeszło czterech lat czekała na mnie w dalekim
mieście. Wspominając ten czas, mogę tu opowiedzieć, że jeśli nie
zostałem sławny za młodu, było to winą mojej narzeczonej. Postronne,
lecz głębokie zainteresowanie spowodowało, że w roku 1884 sprowadziłem
sobie od Mercka22 mało wówczas znany alkaloid kokainę i badałem
jego działanie fizjologiczne. W trakcie tej pracy nadarzyła mi się
sposobność odbycia podróży, aby zobaczyć się z narzeczoną, której od
dwóch lat nie widziałem. Szybko zakończyłem badanie kokainy i przepowiedziałem w swojej rozprawie, że wkrótce wynikną nowe
zastosowania tego środka. Namówiłem swego przyjaciela, okulistę L.
Königsteina23, by zbadał, jak dalece dadzą się zastosować do
chorego oka właściwości znieczulające kokainy. Gdy wróciłem z urlopu,
dowiedziałem się, że nie on, ale inny przyjaciel, Koller24
(obecnie w Nowym Jorku), któremu również opowiedziałem o kokainie,
poczynił na oku zwierzęcym decydujące doświadczenie i przedstawił je na
zjeździe oftalmologów w Heidelbergu. Koller słusznie uchodzi więc za
odkrywcę znieczulenia miejscowego za pomocą kokainy, które dla małej
chirurgii stało się tak ważne. Nie zapomniałem jednak swojej narzeczonej
tego, że przewałem badania z jej powodu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki