2
Trudno mi powiedzieć, jaka matka była w pracy. Nie umiem sobie tego wyobrazić, a zgadywać nie chcę. Od niej słyszałam, że pracy "nienawidziła".
- A znasz kogoś, Bridge, kto by lubił swoją pracę? - pytała. - Bo ja nie.
Kiedy już przeszła na emeryturę, przyznała, że od chodzenia do biura bywało jej niedobrze.
- Aż mi się cofało.
- Czemu? - zapytałam.
- Bo nie byłam tam u siebie - odparła, zmarszczywszy czoło.
W domu czuła się tak samo. Czyli nie u siebie. Życie na przedmieściu nie było w jej stylu, wyjaśniała, kręcąc głową.
Ale żyła na przedmieściu. W domku z przyciemnionym wykuszem i krzakiem hortensji rosnącym koło śmietnika. Matka robiła to, co "się robiło"; to, co "się robiło", to była największa świętość i znak, że się jest "normalnym" - kładła wielki nacisk na słowo "normalny". I tyle ją obchodziło. Była nieszczęśliwa, ale nie wysilała się, by cokolwiek zmienić, i chyba wolała wówczas, żeby zostało, jak jest.
Matka kochała zasady. Uwielbiała normy, zwyczaje i niepisane reguły. Mniej więcej jak pies, który się cieszy, gdy rzucić mu patyk. Wreszcie wie, za czym ma gonić. Jest to jednak jakaś wolność. Ulga, że się nie odstaje i gdzieś przynależy. Że się robi tak jak wszyscy i nie jest się samemu.
Gdy z kimś rozmawiała - usiłowała rozmawiać - cel miała podobny. Najchętniej odpowiadała, gdy miała wrażenie, że zna właściwą, to znaczy słuszną odpowiedź. Szybko to pojęłam, gdy byłam jeszcze malutka, i zaczęłam tak prowadzić rozmowy, by jej lekko podpowiadać. Rozmawianie z matką było jak gra towarzyska, niczym wspólne rymowanie.
- Ciężko jest być jedynaczką? - zagajałam na przykład.
- Oj, żebyś wiedziała - padała odpowiedź. - Gdy Michelle się urodziła, poprzysięgłam sobie, że na niej nie skończę. Trzeba być bez serca, by mieć tylko jedno dziecko.
Albo czytając spis szkolnej wyprawki, po raz kolejny zaczynałam temat:
- A jaki miałaś mundurek?
- Jak ty, granatowy, a kolor krawata zależał od domu w szkole, do którego się należało. Ja nosiłam żółty, bo byłam w Windsorze... Chodziło się w kapeluszu, a w drodze do szkoły i ze szkoły przebiegałam koło sierocińca, gdzie mnie gonili i obrzucali kamieniami, bo byłam z liceum. Któregoś dnia zgubiłam kapelusz!
Przy wdzięcznym słuchaczu rozsnuwała całą opowieść o samotnej jedynaczce, która miała pod górkę i wiecznie coś jej kazano. Nie byłam wdzięczną słuchaczką, co matce nie przeszkadzało, bo i tak się rozkręcała, a ja nie miałam wrażenia, że to do mnie mówi. Zdawało się raczej, że jak gdyby występuje przed wyobrażonym widzem. Przed kimś niewidzialnym, kto się nam przygląda.
Jeśli wychodziłam poza przyjęty scenariusz pytanie-odpowiedź lub drążyłam temat, matka się denerwowała, szybko zamykała w sobie, jak gdyby się zorientowała, że jest nabierana albo podpuszczana. "Co cię to obchodzi? Co się mnie tak ciągle pytasz?" - rzucała zazwyczaj.
Czasem podnosiła ręce i składała nad głową. Stała tak bez ruchu, udając jak dziecko, że nic do niej nie dociera, bo zamieniła się w posąg.
Przy innych też tak robiła. Zawsze trwała w gotowości na wypadek przesłuchania. Sąsiedzkie "dzień dobry" było dla niej niczym groźba i zarazem afront. Każdą uwagę kasjerki, nawet najdrobniejszą, przyjmowała podejrzliwie. Oglądałam, jak się plącze - wplątując rozmówców - by za wszelką cenę wywinąć się od rozmowy. Przerywała im w pół słowa, by głośno zaznaczyć, jak bardzo się z nimi zgadza. Jakby miała zdawać sprawdzian pełen podchwytliwych pytań, od którego zależało jej życie, więc najlepiej było w ogóle się wymiksować.
Nie znosiła chodzić do kina i do teatru, bała się bowiem zasadzki. "Szlag ją trafiał", jak stwierdziła, gdy za młodu chłopcy zapraszali ją na filmy. Zapytałam czemu.
- Bo potem, po wyjściu, musisz powiedzieć, jak się podobało. Wychodzicie z kina, idziecie w milczeniu i zawsze ktoś wreszcie spyta: "Jak się podobało?". Straszne.
Mimo to grzecznie odpowiadała. Tak było "poprawnie", tak było bezpiecznie. Gdyby się nie odezwała, on by sobie coś pomyślał.
Wypytywałam o jej chłopaków z czasów londyńskich. Chciałam się dowiedzieć tylko jednej rzeczy: dlaczego mój ojciec? Dlaczego wyszła akurat za niego?
- No, tak jakoś wyszło - odpowiedziała zapytana wprost. - Ty dziś nie zrozumiesz, jaką presję wywierano na dwudziestosześciolatce, by znalazła sobie męża. Żeby była zamężna.
- Dziadek cię naciskał?
- Wszyscy po kolei. Takie były czasy, Bridge.
- I trzeba było mieć dzieci.
- Ano. Na dzieci też było parcie.
- A ty nie chciałaś odstawać?
Złożyła ręce nad głową. Koniec tematu.
Przyznać się do tego, jak jest, a jak nie jest, byłoby porażką, wypuszczeniem skarbu z ręki. Dopiero teraz widzę to wyraźnie. Matka tymczasem dumnie i zazdrośnie broniła swej wizji świata.
"Chcesz dostać, to nie proś" - mawiała. "Życie nie jest sprawiedliwe. Bo takie jest życie" - dodawała. Ciągle mówiła do Michelle: "Jak krzyczysz, nic nie rozumiem. Nie rozumiem nic, jak krzyczysz". "Biedna ty" - rzucała czasem. Albo też: "Biedactwo".
Szafowała odzywkami, gdy czuła się "osaczona", jak to nazywała. Nie było na nią sposobu. Nie dało się jej przegadać. Na podorędziu, na wszelki wypadek, zawsze miała pantomimę. Choćby unosiła brodę. Nigdy nie ustępowała. Nie słuchała tego, co do niej mówiono; słyszała, co chciała. Mogłam gadać jak do ściany.
"Słucham? - przerywała. - Trudne słowo, powtórz".
Gdy Michelle o coś pytała, matka odszczekiwała pytaniem na pytanie, cytując jej słowa i rozglądając się wokół, jak gdyby wypatrywała skrytej gdzieś widowni, która sobie ceni bucerskie odzywki jako przejawy zdrowej bezczelności.
Pchając się pomiędzy nami, wychodziła na korytarz, by podejść do telefonu.
"Dobra, to dzwonię do czubków. Panowie w białych fartuchach przyjadą i cię zabiorą... Zadzwonię do rumuńskiego sierocińca - oznajmiała mi. - Wyglądasz jak sierota z Rumunii. Będziesz tam pasować. Tam ci będzie dobrze. Halo? Dom dziecka?"
Do dziś to pamiętam: matka stoi w legginsach, kapciach i tiszercie, miło sobie "rozmawiając" z pracownikiem sierocińca.
W czarnych legginsach i tiszercie z Betty Boop...
Chodziła w wielkich pluszowych "zabawnych" pantoflach w kształcie łap tygrysa. Albo "stóp tygrysa", jak podśpiewywała w kuchni do piosenki Tiger Feet, trzymając się pod boki, wsuwając dłonie za wyobrażony pasek i tańcząc przed nami, zmuszonymi na to patrzeć.
Matka w tamtych czasach nosiła fryzurę na boba. Układała włosy palcami za pomocą pianki, jak nauczył ją fryzjer. Taką ją zapamiętałam: siedzącą na łóżku wśród walających się rzeczy z głową pochyloną w przód, rzeźbiącą fryzurę.