ROZDZIAŁ 1
Wnętrze domu pachniało drewnem i woskiem. We wpadającej przez przybrudzone okno smudze światła wirowały w szalonym tańcu drobinki kurzu. Jedna z desek zaskrzypiała żałośnie, gdy Mila postawiła na niej stopę.
- Tu zaplanowaliśmy salon - wyjaśniła Alina, wymijając córkę i stając w słonecznej plamie. - Tata bardzo chciał mieć widok na te czerwone dachy. Mówił, że są bajkowe i że chce na nie patrzeć do porannej kawy. Wiesz, inni lubią do kawy ciasteczko, a on marzył o kawie z widokiem.
Naciągnęła na dłoń rękaw swetra i szybko otarła łzę, tak jak to robią dzieci, gdy nie chcą zostać nazwane beksami. Potem odwróciła się i dotknęła ściany obok framugi, udając, że sprawdza, czy tynki już wyschły.
Mila podeszła do szerokiego okna z wyjściem na niewielki taras, który właściwie nie był jeszcze tarasem, a jedynie prostokątem surowego betonu. W dole rozpościerała się wioska z domami pokrytymi dachówką w różnych odcieniach czerwieni i terakoty. Niektóre dachy wydawały się łaciate - te musiały mieć swoje lata i wiele napraw na koncie; inne były nowiutkie, jednolite. W miejscowości Lipowa znajdowały się wyłącznie niskie budynki, jeśli nie liczyć niewielkiego kamiennego kościółka. Oczywiście z czerwonym dachem.
- Ładnie - mruknęła. - Nie spodziewałam się...
- A co myślałaś? - Matka się obruszyła. - Przecież mówiliśmy ci, że to piękne miejsce.
- Myślałam, że ten wasz dom stoi w samej wsi - wytłumaczyła Mila. Mama zawsze była trochę obrażalska, a w dodatku teraz, po śmierci ojca, z powodu byle drobiazgu uderzała w płacz. - No wiesz: obora, szopa, kurnik, błoto na podwórku... Tak to sobie wyobrażałam.
- Tatuś nazwał go Domem na Wzgórzu. - Głos Aliny był cierpki i pełen urazy. - Nawet tabliczkę zawiesił na ganku, nie widziałaś?
- A co ma do tego tabliczka, mamo? Po prostu sądziłam, że kupiliście typowe wiejskie gospodarstwo, a w dodatku tata wspominał, że marzy mu się prowadzenie agroturystyki...
- Ale to nie miała być agroturystyka w takim znaczeniu, że ktoś przyjedzie i będzie doił krowy albo się przyglądał, jak kury znoszą jajka. Nie słuchałaś? Mówił o pięknym widoku, kawie na tarasie, posiłkach jedzonych w ogrodzie, łowieniu ryb w stawie po drugiej stronie tej górki...
- Staw też należy do nas?
- No też. Już jest zarybiony. I pomost tatuś zbudował, i ławeczkę na wzgórzu...
- Hmm, rzeczywiście. Prawdziwa posiadłość.
- Opowiadał ci przecież - zniecierpliwiła się Alina. - Zawsze powtarzał, że to jego miejsce na ziemi. Ale ty nigdy nie miałaś czasu, żeby przyjechać, żeby mógł cię oprowadzić! Nawet na święta wpadałaś do nas jak do restauracji. Telefony ucinałaś tym swoim: "Oddzwonię później". A teraz już na wszystko jest za późno i już nigdy...!
Urwała i znowu się rozpłakała. Mila westchnęła. Od pogrzebu mijał miesiąc, a z każdym dniem - zamiast lepiej - było coraz gorzej. Na początku mama jakoś się trzymała, może tylko udawała silną, a może rzeczywiście taka się czuła, jakby znalazła w sobie energię, by stawić czoła nieszczęściu. Przez całe życie niesamodzielna, zdająca się we wszystkim na obrotnego męża, teraz nagle została sama i musiała sobie poradzić: z pogrzebem, załatwianiem spraw urzędowych, sprzedażą samochodu... Chyba właśnie ten nawał problemów wyzwolił w niej przypływ niespodziewanego hartu ducha.
Ale potem się uspokoiło. Po pogrzebie krewni rozjechali się do swojego życia, stopniowo cichły telefony z zapytaniami, jak Alina sobie radzi. Codzienność wróciła na dawne tory. Tyle tylko, że nie było w niej Tadeusza Batki, budowlańca i elektryka, który od lat marzył o tym, że na emeryturze zamieszka w domu z widokiem na czerwone dachy Lipowej, a tymczasem nawet nie dożył tej swojej emerytury, zdmuchnięty przez zawał serca podczas oglądania telewizji.
Tadeusz należał do ludzi doceniających życie i umiejących żyć. Ciężko pracował, ale kochał swoją pracę - jeszcze bardziej zaś kochał po niej odpoczywać. Jechał wtedy na działkę, rozstawiał grilla, piekł karkówkę, kiełbasę albo kaszankę, pił piwo, słuchał audycji z przenośnego radyjka, rozkoszował się świętym spokojem - i marzył.
Zbudował w życiu wiele domów, zakładał w nich instalacje elektryczne, podłączał, sprawdzał, analizował układ pomieszczeń oraz ich metraż - a po każdej zakończonej budowie wracał do mieszkanka w Lubsku, niewielkim miasteczku, gdzie mieszkał od urodzenia, i notował coś albo szkicował w grubaśnym notesie. Wreszcie, podczas wykwintnego obiadu z okazji pięćdziesiątych urodzin, na który żona i córka zaprosiły go do restauracji w Zielonej Górze, wyjawił im swoją tajemnicę.
Wstał, wziął kieliszek szampana i uniósł w geście toastu. Na jego twarzy widniała taka determinacja, jakby dzierżył co najmniej proporzec wojenny.
- Alinko, zawsze narzekałaś, że jak na budowlańca przynoszę do domu mało pieniędzy - zaczął, pocąc się nieco od emocji. - A ja cieszyłem się jak psotny dzieciak na myśl o tym, że pewnego dnia zrobię ci niespodziankę.
Alina i Mila zdębiały wtedy, bo przecież były jego urodziny i to one dla niego zaplanowały coś specjalnego. Spiskowały od miesiąca, wszystko rozegrały doskonale: po obiedzie zamierzały go zabrać na działkę, gdzie czekała, opakowana w błyszczący papier i obwiązana kokardą, nowa kosiarka. Tadeusz często oglądał najnowsze modele i zachwycał się ich możliwościami, choć na działce mieli niewielki trawniczek i w gruncie rzeczy był to zupełnie absurdalny zakup. No, ale marzenie to marzenie, uznały. Nie musi być logiczne.
Tadeusz, widząc ich miny, zachichotał, po czym rozluźnił krawat, rozpiął kołnierzyk koszuli, wypił duszkiem szampana i klapnął na krzesło.
- Przez kilkanaście lat odkładałem na drugim koncie zaskórniaki - wyjaśnił. - Najpierw to tak bardziej z myślą o wakacjach... Myślałem, że kiedyś was zabiorę na luksusowe wczasy, wynajmiemy sobie mały domek i spędzimy cały miesiąc z dala od cywilizacji.
Urwał i powiódł wzrokiem po twarzach żony i córki, a potem wrócił spojrzeniem do Aliny i dokończył:
- Ale później przyszło mi do głowy, że nie trzeba nigdzie jeździć. Można sobie życie zamienić we wczasy. I dlatego kupiłem ziemię i stary dom we wsi Lipowa. Wyremontuję go powolutku i zamieszkamy tam... - Podniósł ręce w obronnym geście, jakby Alina zamierzała do niego strzelić, a ona przecież tylko zmarszczyła brwi. - Nie bój się, nie teraz! Remont trochę potrwa, wszystko zrobię sam! No i trzeba wydatki rozłożyć w czasie, to nie będzie tanie, ale za to wycacam nasz domek tak, jak nigdy żadnego nie wycacałem! I będziesz miała duży ogród. Akurat przejdziesz na emeryturę i wtedy się przeprowadzimy!
Od tamtego dnia minęło jedenaście lat. Jedenaście długich, wypełnionych codzienną pracą i wyrzeczeniami lat. Tadeusz i Alina zaciskali pasa, bo budowa. Nie jeździli na urlopy, bo budowa. Właściwie zapomnieli, co to odpoczynek - bo przecież budowa! Każdą wolną chwilę spędzali w Lipowej, najpierw rozbierając przeciekający dach i wyburzając zagrzybione ściany aż do podłogi, potem głowiąc się nad koniecznymi przeróbkami, które należało zaplanować już zawczasu, zanim mury znów staną. Godzinami dyskutowali o aranżacji poddasza, usytuowaniu okien, drzwi, tarasu, a potem - gdy Tadeusz postawił ściany - o rozmieszczeniu włączników światła i gniazdek, o rodzaju ogrzewania, kominku...
Mila nie brała w tym wszystkim udziału. W dniu pięćdziesiątych urodzin ojca była dziewiętnastolatką, za dwa miesiące miała zdawać maturę, kochała się w Grześku z równoległej klasy - i niewiele ją obchodziły marzenia ojca o jakimś domu w Lipowej. Ani myślała mieszkać na wsi; wybierała się na studia i tylko nie potrafiła się zdecydować, które wielkie miasto kusi ją bardziej: Warszawa, Poznań czy Kraków. Oczywiście brała pod uwagę i taką możliwość, że nie dostanie się na żaden z wybranych uniwersytetów - a z wiarą w siebie zawsze było u niej krucho - ale ostatecznie się dostała. Na poznański UAM, gdzie trzydzieści lat wcześniej uczyła się jej matka. Tyle że mama studiowała język niemiecki, a Mila wolała anglistykę.
Wybór kierunku studiów nie był do końca przemyślany, jak to często bywa, kiedy ma się naście lat, a w głowie jeszcze pstro. Pod koniec liceum człowiek nie zna ani życia, ani samego siebie, wybiera więc to, co w miarę znajome i łatwe. Ponieważ mama była językowcem, Mila podążyła tą samą drogą. Może trochę dlatego, że zawsze bała się wszystkiego, co nieznane i niepewne. Nie miała w sobie ani grama odwagi. Przynajmniej zawsze znajdę pracę, przekonywała samą siebie, kiedy opadały ją wątpliwości. Jeśli nie w jakiejś firmie czy kancelarii jako tłumaczka, to ostatecznie mogę uczyć. Tak jak mama: do południa w szkole, a popołudniami na korepetycjach - angliści i germaniści zawsze znajdą sposób, żeby dorobić.
Gdyby naprawdę miała robić to, o czym zawsze marzyła - zostałaby pisarką. Właściwie pisała od zawsze; wypełniła cały segregator wydrukami swoich prób literackich. Tyle że nie istniał wówczas taki kierunek studiów, który uczyniłby z niej autorkę powieści. Pomyślała więc, że pisaniem zajmie się w wolnym czasie, natomiast zarabiać na życie będzie jako filolożka angielska.
Lata mijały, Tadeusz i Alina odnawiali stary dom w Lipowej, a ich córka była pochłonięta własnymi sprawami. Weekendy - jeśli już przyjeżdżała z Poznania - poświęcała na naukę. Na początku spotykała się także z koleżankami - utrzymywała kilka znajomości jeszcze z podstawówki i gimnazjum. Potem dziewczyny powychodziły za mąż, a niektóre wyjechały z Lubska. Przyjaźnie, które miały trwać całe życie, jakoś się rozmyły, posypały, okazały niewarte funta kłaków. Z Grześkiem dawno się rozstała; pierwsza miłość rozpłynęła się w powietrzu niczym dym znad ogniska.
Już na pierwszym roku studiów Mila postanowiła odmienić swoje życie. A właściwie nie tyle życie, ile samą siebie. Wezmę byka za rogi, postanowiła. Wyjdę ze strefy komfortu, odważę się na coś nowego, zacznę rozmawiać z ludźmi. Nie chciała być dłużej cichą i wycofaną dziewczyną, która wiecznie płynie z prądem. Pragnęła stać się przebojowa, odważna - i wreszcie napisać swoją pierwszą książkę. Aby tego dokonać, myślała, potrzebne są doświadczenia. Nie można pisać o tym, że nic się nie dzieje. By mieć o czym opowiadać, trzeba coś przeżyć.
Podczas kolejnych studenckich wakacji pracowała w różnych branżach - zaliczyła sprzątanie w hotelu w Kołobrzegu, sprzedawanie ciupag oraz góralskich kapci w Karpaczu, kelnerowanie w jednej z krakowskich knajpek i smażenie ryb w Mikołajkach. Co roku obiecywała sobie, że następnym razem poszuka roboty za granicą, ale ostatecznie zawsze tchórzyła, tłumacząc sobie, że szybciej znajdzie coś na miejscu. Od października do czerwca udzielała korepetycji dzieciom i prowadziła zajęcia w przedszkolu językowym. Do tego otrzymywała stypendium za świetne oceny. Pieniędzy wystarczało, żeby zamienić akademik na wygodne mieszkanko, które dzieliła z koleżanką z roku, Jagną. Przeżyć i obserwacji - aby napisać grubaśną powieść. Niestety, to ostatnie jakoś się Mili nie udało. Zaczynała, ale wciąż coś ją blokowało - i ostatecznie pierwsze rozdziały lądowały w cyfrowym koszu.
Pewnego razu, właśnie dzięki Jagnie i jej przyjaciołom studiującym na Uniwersytecie Medycznym, poznała Kornela, świeżo upieczonego lekarza. Akurat ukończył staż, zdał egzamin końcowy; teraz szykował się do rezydentury. Wybrał neonatologię - i już choćby dlatego Mila natychmiast się w nim zakochała. Wysoki, mocno zbudowany facet o silnych dłoniach, który będzie ratował wcześniaki... Czy istnieje kobieta, której by to nie poruszyło?
Pobrali się już po ośmiu miesiącach znajomości. Mila czuła się wręcz nieprzyzwoicie szczęśliwa. Ślub odbył się w Poznaniu, tam też zaproszono gości na obiad do eleganckiej restauracji. Młodzi nie chcieli wyprawiać wesela - zamiast tego poprosili rodziców o pieniądze na podróż poślubną. Wymarzyli sobie samochodową wyprawę do Hiszpanii. Drobiazgowo zaplanowali trasę (tak naprawdę planował ją Kornel), zarezerwowali noclegi w uroczych butikowych hotelach, każdy z nich w jakimś ciekawym miejscu, każdy z basenem albo strefą spa, bo przecież miał to być naprawdę niezapomniany wyjazd.
Po drodze zamierzali wstąpić do Lubska, ojciec bardzo chciał im pokazać postępy na budowie, a gdy Kornel zasugerował, że to trochę nie po drodze, Tadeusz usiłował ich zachęcić powtarzanym w kółko zdaniem: "Kiedyś to wszystko będzie wasze".
Mila z kolei chętnie by nadłożyła drogi. Nie żeby rzeczywiście ciekawiła ją budowa, chodziło raczej o to, żeby nie sprawić przykrości tacie. Jednak zaraz za Poznaniem stanęli w monstrualnym korku, a ponieważ pierwszy nocleg mieli zabukowany w okolicach Stuttgartu, Lubsko - a tym bardziej Lipową musieli sobie odpuścić.
"Może wracając, zajedziemy do was", obiecała wówczas Mila ojcu, do którego zadzwoniła, zanim przekroczyli granicę w Świecku. Ale w drodze powrotnej też nie znaleźli czasu.
Potem tego czasu brakowało jeszcze wielokrotnie. I wtedy, kiedy Mila - już rozwiedziona - wpadała do Lubska z krótką weekendową wizytą, i nawet wtedy, gdy przyjeżdżała spędzić z rodzicami Wigilię albo Wielkanoc. Zawsze "tylko na chwilę", zawsze w pośpiechu, choć jeśli się zastanowić, właściwie nie miała do czego tak bardzo się spieszyć.
I właśnie dlatego teraz, miesiąc po śmierci taty, dokładnie w dniu, w którym skończyłby sześćdziesiąt jeden lat, była tu po raz pierwszy, a na jej sercu zalegał potężny ciężar poczucia winy.