Podwórko
Nadeszła wiosna. Świeci słońce, powietrze pachnie świeżością. Kwitną forsycje, kasztany i migdałowce. Zieleni się młodziutka trawa, a ptaki ukryte w koronach drzew śpiewają jak oszalałe. Ten idylliczny obrazek widzę z okien mojego mieszkania. To duży wewnętrzny dziedziniec zwany od zawsze podwórkiem. Nasze podwórko jest naprawdę piękne, ale nie ma na nim życia. Jest puste, bo nie bawią się na nim dzieci, na ławce nie siedzą matki, nikt z dorosłych nie wybiega na balkon, żeby sprawdzić, czy nie dzieje się coś złego. Nie słychać radosnego gwaru, śmiechu, płaczu i wzajemnych nawoływań. Nawet psy nie mają wstępu, bo brama jest zamknięta na klucz. Zniknął relikt przeszłości - trzepak, bo nikt już nie trzepie dywanów tradycyjną trzepaczką. Robią to elektroluksy najnowszej generacji. Urwały się też sąsiedzkie kontakty, bo przy trzepaku można było sobie pogadać o wszystkim i ponarzekać. Stary śmietnik, z którego dachu dzieci skakały na stertę jesiennych liści, a który zawsze straszył widokiem niewywożonych regularnie śmieci, jest teraz zadbanym budyneczkiem z ukrytymi wewnątrz pojemnikami. Tylko nikt już z niego nie skacze. Jest czysto, elegancko i potwornie smutno. A pamiętam, że w czasach mojego i syna dzieciństwa zabawa na podwórku była najważniejszym i najmilszym punktem dnia.
Spędzało się na nim każdą wolną chwilę i tylko choroba usprawiedliwiała nieobecność. Po powrocie z przedszkola czy ze szkoły rzucało się torbę czy tornister w kąt i biegło co sił w nogach z pajdą chleba w ręku do dzieci. Na podwórku zawsze były jakieś dzieci, chociażby jedno, które radośnie witało potencjalnego towarzysza zabawy. Oboje z Gustawem uważaliśmy, że bez podwórkowych doświadczeń życie dziecka jest uboższe. Włączenie się w tę miniaturową społeczność, która rządzi się własnymi prawami, ułatwia w przyszłości międzyludzkie kontakty. Tu się można zetknąć z hierarchią ważności spraw i osób. Tu są silni i słabi, wesołkowie i smutasy, przebojowi i nieśmiali, brutalni i delikatni, wodzowie i poddani. Tu szuka się pierwszych w życiu autorytetów i przyjaźni, wyrabia się własne sądy i walczy o siebie. Stąd kłótnie, bójki, płacze i skargi. Nie można się w to zbytnio wtrącać, bo nawet małe dziecko powinno samo dokonywać wyborów. Na podwórku jest jak na poligonie przygotowującym do życia wśród ludzi. Dlatego nasz syn Jasiek został już w wieku trzech lat włączony w wir podwórkowego życia, a pożegnał się z nim jako późny nastolatek i to tylko dlatego, że nie pozwalały mu na to szkolne i pozaszkolne zajęcia. Zabawy i ruch na świeżym powietrzu wyzwalały inwencję i przysparzały fizycznej tężyzny. Te pomysły nie były może zbyt odkrywcze, bo ja w dzieciństwie bawiłam się podobnie. Ale stare, mądre przysłowie mówi, że lepsze jest wrogiem dobrego, więc tego się trzymajmy. Na porządku dziennym była zabawa w chowanego i w berka. Godzinami ganiało się po łączących się ze sobą podwórkach i nigdy nie było nudno. Załomki murów, drzewa, śmietniki, piwnice idealnie nadawały się do schowania. Gra w piłkę nożną, ręczną, badmintona, nawet w tenisa (bo mama jednego z kolegów Jasia zrobiła szydełkiem siatkę), jazda na rowerze powodowały niebywałe, ale zdrowe zmęczenie, szczególnie że spełniliśmy wielkie marzenie Jasia, zdobywając, dzięki znajomościom, wyjątkowo atrakcyjny rower - BMX. Jego szczęście nie miało granic. Grzeczne dziewczynki grały w klasy, skakały przez skakankę i bawiły się w mamę i tatę, wożąc w wózeczkach lalki i opiekując się nimi, jak prawdziwe mamusie. Jasiek należał do grupy podwórkowych szaleńców, więc wracał do domu potwornie brudny, ledwie żywy, ale szczęśliwy. Nie usiedział ani chwili na miejscu, wiosenny i letni deszcz witany był ze szczególną radością, bo był okazją do taplania się w błocie, łażenia po kałużach i skakania w nich wśród kropelek rozpryskującej się wody. Zimowe szaleństwa na śniegu to bitwa na śnieżki, lepienie bałwana, budowa igloo, jazda na sankach i łyżwach. Niestety jazda na łyżwach nie była mocną stroną ani moją, ani Jaśka. Mój tata, przedwojenny mistrz Polski w klasie juniorów i dwukrotny mistrz Warszawy w jeździe figurowej, nie przekazał nam tej umiejętności. Jakoś zabrakło na to czasu. Śnieżne harce kończyły się z wcześnie zapadającym zmrokiem. Popołudnia i wieczory spędzał Jasiek w domu. Często zapraszaliśmy dzieci do nas, żeby mogły się razem pobawić. Najatrakcyjniejsze były zabawy w teatr, przebieranki, budowanie z klocków, gry planszowe i puzzle, które wciągały do zabawy całą rodzinę. Pamiętam, że gdy układaliśmy Panoramę Racławicką, duży pokój w mieszkaniu był wyłączony z życia, bo stół, podłoga i komoda pokryte były drobnymi elementami układanki, a podłoga - częściowo złożonym już olbrzymim obrazkiem. Właściwe ułożenie modnej wtedy kostki Rubika doprowadzało naszą rodzinę do szału i spędzało sen z powiek. Pojawiły się też nowe zabawki elektroniczne, które dostawał od nas z okazji imienin czy urodzin. Ale i tak najukochańszy był pluszowy piesek Ciapek, z którym nie rozstawał się przez wiele lat. Ciapek wyszarzał, wyliniał, ale żyje do dziś w jakimś zakamarku szafy.
Dla mojego synka Jasia najważniejsza w życiu była zabawa.
Jednak nie samą zabawą żyje mały człowiek. Jasiowi doszły pozaszkolne zajęcia: tenis, basen, nauka języka angielskiego, lekcje religii w kościele, a przede wszystkim te najważniejsze: odrabianie zadań domowych i czytanie lektur. Z tego obowiązku wymigiwał się, jak mógł, ale nie odpuszczaliśmy. Jak nie chciał sam, czytało mu się na głos, odtwarzało płyty ze słuchowiskami. Pilnowaliśmy, aby nie oglądał zbyt długo i często telewizji, bo była i jest potwornym zjadaczem czasu.
W czasach mojego dzieciństwa nie było jeszcze telewizji, więc dorośli i dzieci słuchali radia. Z utęsknieniem czekaliśmy na nasze ulubione audycje, bo organizm mojego domu odrzucał nachalną propagandę jak przeszczep. Liczba nadawanych słuchowisk, czytanek, koncertów, audycji rozrywkowych i słowno-muzycznych była imponująca. Gdy chodziłam do trzeciej klasy podstawówki, moja wychowawczyni zarekomendowała mnie do radiowego teatrzyku dla dzieci. Zaśpiewałam w nim piosenkę o zajączku, zaczynającą się od słów: "Hej, zajączek ci ja, zajączek z dąbrowy, mam na zimę butki i kubraczek nowy". Był to mój debiut na falach eteru i wiekopomne wydarzenie dla szkoły, rodziny i dla mnie. Piosenki o wydźwięku typowo socjalistycznym jak Na prawo most, na lewo most czy Budujemy nowy dom, pamiętam do dziś, bo leciały w radiu na okrągło. Teraz inaczej się ich słucha. Nabrały historycznego i zabawnego wydźwięku i są nawet wzruszające. Na szczęście, nie tylko takimi szczyciło się Polskie Radio. Wybitni kompozytorzy i autorzy tekstów pisali naprawdę wartościowe piosenki, które przetrwały do dziś i nadal zachwycają. Radio towarzyszyło mi i wciąż towarzyszy. Gdy w 2012 roku zostałam uhonorowana prestiżową nagrodą Teatru Polskiego Radia - Wielki Splendor, dziękując za nią, mówiłam o mojej miłości i szacunku do radia. Zabawne, że wszystko zaczęło się od piosenki o zajączku.
Zabawek miałam niewiele, więc dbałam o nie, chcąc zapewnić im długi żywot. Te najukochańsze to pluszowy, lekko zezowaty misiek, lalka z masy - Wojtek, i szmaciana Rachela. Marzyłam o lalce z długimi włosami, poruszającej oczami i mówiącej: mama. Nigdy jej nie dostałam, bo rodziców nie było na nią stać. Domowy budżet był wyliczony co do grosza, a długów bali się jak diabeł święconej wody. Trudno, rozumiałam to, nie napraszałam się i rekompensowałam sobie ten brak czytaniem pięknie ilustrowanych książek. Na nie zawsze znajdowały się pieniądze. Mogłam też bez końca wpatrywać się w magiczny świat kalejdoskopu i poruszając nim, tworzyć coraz to inne kolorowe kompozycje.
Najważniejsze zabawy odbywały się pod stołem, nawet wtedy, gdy bawiłam się sama, bez towarzystwa dzieci. Tam było najprzytulniej. Otulałam szczelnie brzegi stołu obrusem, zapalałam w środku nocną lampkę i był gotowy domek dla lalek, misia i ludzików ulepionych z plasteliny. Mebelki budowałam z drewnianych klocków. Rodzice kupowali mi w sklepie papierniczym bloki rysunkowe, farby, kredki i kolorowy, błyszczący papier, do robienia wycinanek. Rysowałam, malowałam, wycinałam z wielką pasją, mimo że nie miałam do tego cienia talentu. Gdy byłam mała, wiele zabawek robiło się samemu, ot, chociażby ludziki z kasztanów i żołędzi, samochodziki z pudełek od zapałek, papierowe ptaszki, samolociki i łódeczki. Malowało się laurki z okazji imienin i urodzin, rysowało obrazki przy wpisach do pamiętników. Osobnym rozdziałem w twórczości były ozdoby na choinkę - łańcuchy, gwiazdki, aniołki. To była cudowna zabawa, w której brała udział cała rodzina. Pamiętam, że przed Bożym Narodzeniem stół w kuchni usłany był arkuszami kolorowego papieru i krepiny. Także domowym sumptem przygotowywało się stroje na bale kostiumowe w przedszkolu i w szkole. Gdy hasłem balu byli tytułowi bohaterowie książek, ja poszłam na bal jako "nasza szkapa" z noweli Marii Konopnickiej, a ponieważ utwory tej pisarki były obowiązkową lekturą szkolną, dzieci zorientowały się, co to za przebranie. Uczesana w koński ogon, czarne klapki przy oczach, gwiazdka na czole - symbolicznie i tanio. Z grami planszowymi też było skromnie, ale chińczyk i warcaby wystarczały za wszystko.
Tak było w domu, a na podwórku, ulicy i w ogródkach ganiało się z kolorowymi wiatraczkami na drucianym uchwycie i uprawiało te same co Jasiek podwórkowe szaleństwa. Zabawy wymyślaliśmy sami. Ja też dostałam od rodziców rower, więc jeździłam na nim godzinami, przeganiając w ten sposób siebie i mojego ukochanego psa - Szatana. Ewolucje wykonywane na trzepaku również zajmowały sporo czasu, ale skłoniły mnie do zapisania się na zajęcia do akrobatycznego i baletowego kółka. Czas nie istniał. Nie wiem, kiedy odrabiałam lekcje, bo zabawa była najważniejszym i najmilszym zajęciem. Ze szkoły wracało się dłużej, niż się do niej szło, bo zaliczało się po drodze wizyty w ogródkach koleżanek. Nie odwoziło się ani nie odprowadzało dzieci do szkoły, bo było bezpiecznie. Ostoją tego bezpieczeństwa była międzyludzka solidarność. Ludzie interesowali się sobą, utrzymywali ze sobą kontakty i w miarę możliwości pomagali sobie. Najważniejsza była pomoc sąsiedzka. Leciało się do sąsiadki, żeby pożyczyć pieniądze albo coś, czego akurat zabrakło w domu - soli, mąki. Prosiło się o przypilnowanie dziecka, podlanie kwiatków, wyprowadzenie psa. W razie choroby sąsiedzi wzywali lekarza, szli do apteki po lekarstwa, robili zakupy, częstowali obiadem. I nie było w tym nic nadzwyczajnego. To były normalne, ludzkie odruchy.
Kiedyś ludzie mieli więcej czasu. Pamiętam panie siedzące na ławkach przed domem i gadające ze sobą o wszystkim, ściślej mówiąc: o chorobach i problemach rodzinnych. Ale najbardziej podniecające były plotki: kto, z kim, gdzie, dlaczego. Ale kto nie lubi wiedzieć? Plotki są uzdrawiające, bo odsuwają na bok własne problemy i rozbudzają marzenia i tęsknoty za czymś, co nie jest naszym udziałem. W tej sytuacji kozetka u psychologa była zbędnym sprzętem. Rozmowy na ławce z kumami pomagały rozwiązać każdy życiowy problem. Pamiętam też panie godzinami wyglądające przez okno i obserwujące wszystko, co się działo wokół domu. Żeby nie nabawić się odcisków na łokciach, opierały się o leżące na parapecie poduszki. Były lepsze niż najczujniejsza ochrona, bo znały koligacje rodzinne, towarzyskie i zwyczaje sąsiadów. Nic nie mogło umknąć ich bystremu oku. Teraz starsi ludzie są dużo młodsi od rówieśników sprzed lat i bardziej zajęci. Pracują, są samodzielni, mają swoje życie i nie mają czasu. Nawet dużo młodziej wyglądają.
Bardzo ważne też było istnienie wielopokoleniowych rodzin, mieszkających pod jednym dachem. Więzy rodzinne trwały od pokoleń. Dzieci wzrastały w domach w otoczeniu najbliższych, wszyscy wzajemnie się sobą opiekowali. Starsi: babcie, ciocie, dziadkowie czuli się potrzebni i nabierali życiowego rozpędu, dzieci uczyły się od nich mądrości, szacunku dla późnego wieku, który czeka każdego z nas.
Dzieciństwo Jasia było pod wieloma względami podobne do mojego, ale jednak inne. Cała nasza rodzina mieszkała w Warszawie, więc pomagała nam w opiece nad dzieckiem. Jednak życie bardzo przyspieszyło i czuło się to na każdym kroku. Nadal było bezpiecznie i dzieci korzystały z wolności samodzielnego poruszania się po mieście, zabawy na podwórkach i placach zabaw. Mimo to dorośli wciąż poczuwali się do obowiązku pilnowania dzieci: swoich i nieswoich. Balkony i okna były kapitańskimi mostkami, z których obserwowało się podwórkowy świat, rozstrzygało spory, wołało na posiłki i patrzyło, czy ktoś podejrzany nie kręci się po podwórku. Tupot małych stópek po schodach zwiastował poważniejsze problemy, w których rozwiązaniu musieli pomóc dorośli. Jednak częściej była to prośba o możliwość skorzystania z toalety czy o coś do picia. Komunikacja była prosta, bo nie było domofonów. Wszystkie dzieci były nasze i pomagaliśmy sobie w opiece nad nimi. Tak było i minęło. Wielogodzinne zajęcia, setki programów telewizyjnych, komputery, internety i elektroniczne atrakcje, centra handlowe jako współczesne świetlice, zagrożenie bezpieczeństwa, a więc alarmy, kamery, zamknięte domy i osiedla odcięły dzieci od swobodnego spędzania czasu na powietrzu i zamknęły je w pomieszczeniach. Jaśka i moje podwórko jest już tylko pięknym wspomnieniem.
Nasze pierwsze lata w Szczecinie. Mama zawsze elegancka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki