Moje serce i inne czarne dziury - Jasmine Warga

-
Proszę czekać

środa, 13 marca

25 dni do końca

Kiedy wracam ze szkoły do domu, widzę, że mama siedzi przy kuchennym stole. Nasza kuchnia jest wąska i malutka, gdybym wyciągnęła ręce, mogłabym dotknąć wnętrzami dłoni obu pomalowanych na miętowo ścian. Mama z głową pochyloną w skupieniu przegląda rachunki, ale gdy słyszy, jak wchodzę, odwraca się, by na mnie spojrzeć. I oto jest. Ten sam wyraz twarzy, z jakim witała mnie przez ostatnie trzy lata. Coś między skrzywieniem ust a zmarszczeniem brwi.

Wcześniej spędzałam zwykłe dni tygodnia z ojcem, a weekendy - z mamą. Ale po tym, jak ojciec trafił do więzienia, mama nie miała wyjścia i musiała mi pozwolić, żebym zamieszkała z nią i Steve'em. Zanim ojciec dopuścił się tej zbrodni, matka patrzyła na mnie z mieszaniną miłości i tęsknoty, jakbym była lustrem, które ukazywało jej przeszłość, słodko-gorzkie wspomnienia. Jej ciemne migdałowe oczy zachodziły mgłą, pochylała głowę nieco do przodu, a proste jasnobrązowe włosy opadały jej na szczupłe ramiona. Ściskała moje dłonie, jakby myśląc, że jeśli chwyci mnie wystarczająco mocno, przeniosę ją do czasów jej młodości. Zupełnie jakbym była siniakiem, który nie znika. Nie bolesnym, ale delikatnym, złożonym z melancholijnych wspomnień.

Nie przeszkadzało mi to. Po cichu delektowałam się tym, że jestem wehikułem przenoszącym ją w przeszłość, że łączę ją z Turcją i z moim ojcem, i z jej młodością. Ale to zmieniło się trzy lata temu. Wszystko się wtedy zmieniło. Teraz mieszkam z nią, Steve'em, Georgią i Mikiem. Nigdy by się do tego nie przyznała, ale jestem intruzem w ich szczęśliwym domu. Plagą. Z siniaka zmieniłam się w otwartą, jątrzącą się ranę. Ewolucja nie zawsze jest czymś pozytywnym.

- Wcześnie wróciłaś - mówi w końcu.

Z każdym dniem jej akcent staje się coraz mniej turecki i coraz bardziej południowy. Właściwie "południowy" to złe słowo. Ludzie w Kentucky nie mają południowego akcentu. Mają akcent w stylu bluegrass. Jest zdecydowanie mniej czarujący niż południowy. Bardziej przypomina pułkownika Sandersa niż Przeminęło z wiatrem. Bardzo się napracowałam, żeby sobie takiego nie wyrobić. Ale teraz zastanawiam się - skoro nigdy nie skończę siedemnastego roku życia - czy doprowadzanie do perfekcji sztuki mówienia normalnie w ogóle miało sens.

- Nie muszę dziś pracować.

Nie wspominam, że nie kazano mi przychodzić, bo wprowadzałabym klientów "w zakłopotanie". Pan Palmer jest prawdziwym królem eufemizmów. On i moja matka prawdopodobnie świetnie by się dogadali, zwłaszcza że moja matka mówi o tym, co się stało z moim ojcem, jako o "niefortunnym incydencie". A w każdym razie wcześniej tak o nim mówiła, bo ostatnio zaczęła udawać, że to nigdy się nie wydarzyło. Zupełnie jakby niemówienie o czymś mogło sprawić, że to coś zniknie. Niespodzianka: nie zniknie.

Georgia wkracza do kuchni. Rzuca pompony na podrapany drewniany stół. Włosy w kolorze miodu ma upięte w wysoki kucyk.

- Będziesz dziś wieczorem na meczu, prawda?

Pyta mamę, nie mnie. Ja jestem niewidzialna. Georgia to moja przyrodnia siostra. Mamy tę samą mamę, ale nie odgadlibyście tego po naszym wyglądzie.

- Postaram się - mówi mama. Tłumaczenie: prędzej piekło zamarznie, niż mama przegapi okazję, żeby popatrzeć, jak Georgia dopinguje drużynę koszykówki z liceum w Langston.

Georgia jest dopiero w pierwszej klasie, ale już dostała się do głównego składu. Najwyraźniej to wielka sprawa. Chociaż wydaje mi się, że w przeciwieństwie do innych sportów, gdzie różnica między pierwszym a drugim składem wynika z umiejętności, u czirliderek bierze się ona z rozmiaru miseczki.

- To decydujący mecz - przypomina jej Georgia. Mówi to spokojnym głosem, głosem kogoś, kto jest przyzwyczajony do tego, że ma kontrolę nad sytuacją, że zawsze dostaje to, czego chce.

Georgia jest w tym dobra. Zawsze była intrygantką. Kiedy rozpętała się ta afera z moim ojcem, jej też dotknęła, ale jakimś cudem udało jej się obrócić ją na swoją korzyść. Pamiętam, jak któregoś dnia, kilka miesięcy po tym, jak ojciec został oficjalnie skazany i zamknięty, zobaczyłam Georgię rozmawiającą z chłopakiem na korytarzu. Schowałam się za rogiem, żeby podsłuchać, o czym mówią. Byłam gotowa zainterweniować, gdyby potrzebowała mojej pomocy, ale właściwie Georgia nigdy tego nie potrzebowała.

- Taa - odpowiedziała Georgia na pytanie, którego nie dosłyszałam. Nerwowo bawiła się naszyjnikiem z muszelką, który podarowałam jej na urodziny dwa lata temu. - Aysel to moja siostra, ale on nie jest moim ojcem.

- Ale spotkałaś go kiedykolwiek? - zapytał chłopak zżerany ciekawością.

Patrzyłam na tył jego głowy, na kępki jasnych włosów w kolorze kukurydzy i dotarło do mnie, że to Todd Robertson, chłopak z mojej klasy. Wszyscy uważali, że przypomina głównego aktora z tego popularnego romantycznego filmu o wampirach. Georgia była wtedy w szóstej klasie, ale sądząc po tym, z jakim rozmarzeniem wpatrywała się w Todda, odgadłam, że dokładnie wie, kim on jest. Teraz marszczyła nosek, rozważając jego pytanie.

- Tak, kilka razy.

- Serio? - naciskał Todd najwyraźniej w nadziei, że Georgia sprzeda mu jakąś sensacyjną historię.

- No pewnie - potwierdziła. - Praktycznie był członkiem rodziny.

Todd pochylił się w jej stronę.

- Mogę ci opowiedzieć kilka zwariowanych historii, jeśli chcesz - obiecała flirciarskim tonem.

Pamiętam, że byłam na nią wściekła za to, że jest gotowa przehandlować nasze rodzinne sekrety w zamian za popularność, ale w końcu nauczyłam się tym nie przejmować. Georgia pozostanie Georgią, wiem, czego mogę się po niej spodziewać. Zresztą nie można winić kogoś za to, że próbuje przetrwać.

To samo można powiedzieć o moich byłych przyjaciółkach. Nie, żebym kiedykolwiek miała ich wiele, ale te, które miałam, rozpierzchły się szybko, gdy tylko wieść o zbrodni mojego ojca rozniosła się po szkolnych korytarzach. Chociaż muszę przyznać, że niektóre próbowały trwać u mego boku. Zwłaszcza Anna Stevens, moja była najlepsza przyjaciółka. Kiedy to wszystko się wydarzyło, Anna robiła co w jej mocy, żeby mnie pocieszyć, ale ją odepchnęłam. Wiedziałam, że lepiej dla niej będzie, jeśli odetnie się ode mnie, nawet jeżeli ona tak nie uważała. Lubię myśleć, że w ostatecznym rozrachunku oddałam jej przysługę.

Georgia okrąża kuchenny stół, kołysząc biodrami, i siada na wolnym krześle.

- Myślę, że naprawdę mamy szansę wygrać dziś wieczorem. To może być historyczne zwycięstwo. Musisz przyjść, mamo!

Na dłuższą chwilę w kuchni zapada milczenie. W końcu mama nabiera powietrza w płuca i mówi:

- Może pójdziesz ze mną?

Odwracam się, święcie przekonana, że Mike, mój młodszy przyrodni brat, musiał właśnie wejść do kuchni, chociaż takie skradanie się nie jest w jego stylu. Zawsze kozłuje piłką do koszykówki w domu, chociaż mama wielokrotnie prosiła, by tego nie robił. Mnie to jakoś nie przeszkadza.

- Do mnie mówisz? - pytam z całkowitą powagą.

Georgia milczy, ale widzę, że wykrzywia twarz, jakby właśnie napiła się zepsutego mleka prosto z kartonu. Nigdy nie obraziłaby mnie w obecności mamy, ale wyraźnie sygnalizuje mi, że nie chce, abym przychodziła. Jestem mistrzynią w przynoszeniu innym wstydu.

- Owszem, do ciebie - mówi mama, a ja wyczuwam w jej głosie drżenie. Czasami jestem pewna, że nawet matka się mnie boi.

- Dzięki za zaproszenie, ale mam dużo pracy domowej - podchodzę do szafki i biorę z niej wieloziarnisty batonik z kawałkami czekolady.

To dziwne, wiem. Ale czasami bywam głodna jak wilk. Zupełnie jakbym chciała jedzeniem wypełnić tę pustkę, która jest we mnie. Są też dni, kiedy ledwie potrafię się zmusić do skubnięcia tostu. Lecz nawet jeśli dziś mam apetyt, biorę batonik głównie na pokaz. Nie chcę dawać mamie więcej powodów do martwienia się o mnie. Wiem, że przygląda mi się badawczo, szukając objawów świadczących o wątpliwym stanie zdrowia psychicznego. I robię, co mogę, żeby to wszystko przed nią ukryć. Nie chcę, żeby czuła się winna i zadręczała się myślami, że mogła jakoś temu zapobiec, kiedy mnie już nie będzie.

- Powodzenia wieczorem. - Macham do Georgii z udawaną serdecznością i ruszam na górę do mojego pokoju. Cóż... do naszego pokoju. Ale skoro Georgia ma dziś występ, wieczorem pokój będzie cały mój.

Kiedy wchodzę do środka, od razu kładę się do łóżka. Naciągam ciemnoszarą kołdrę na głowę i udaję, że jestem pośrodku oceanu. Fale rozbijają się o moje ciało, moje płuca wypełnia woda, robi mi się ciemno przed oczami. Próbuję sobie wyobrazić, jak moja energia potencjalna zmienia się w energię kinetyczną, a potem w nicość. Nucę Requiem Mozarta i zastanawiam się, jakie to będzie uczucie, kiedy wszystkie światła zgasną i wszystko ucichnie na zawsze. Nie wiem, czy to będzie bolało, czy w tych ostatnich chwilach będę przerażona, ale mogę mieć tylko nadzieję, że to szybko się skończy. Że poczuję spokój. Na zawsze. "7 kwietnia" - myślę sobie. To już niedługo.

Czasami jestem przekonana, że fakt, iż wciąż znajduję pocieszenie w muzyce klasycznej, chociaż to mój ojciec nauczył mnie jej słuchać, świadczy o moim szaleństwie. Uwielbiał ją. Bacha, Mozarta, wszystko. Sfatygowane kasety z nagraniami to były jedne z niewielu rzeczy, jakie przywiózł ze sobą do Ameryki. Kiedy byłam młodsza, wrzucał jakąś do starego przenośnego magnetofonu, który trzymał na ladzie w swoim sklepie spożywczym, i opowiadał mi historie ze swojego dzieciństwa. Mówił o tym, jak grywał w szachy z ojcem na gładkiej planszy wykonanej z alabastru albo jak mierzył ludziom stopy w sklepie obuwniczym prowadzonym przez wujka. Podczas gdy on opowiadał, ja tańczyłam, poruszając się niezgrabnie w takt wznoszących się i opadających dźwięków. Któregoś dnia w końcu zmusił mnie, abym usiadła. "Naprawdę się wsłuchaj, Aysel - powiedział z naciskiem. Ciemne oczy miał szeroko otwarte i skupione. - W tej muzyce znajdziesz wszystkie odpowiedzi. Słyszysz je?" Słuchałam więc i słuchałam. Nadstawiałam uszu, próbując zapamiętać każdą nutę. Nigdy tak naprawdę nie usłyszałam żadnej odpowiedzi, ale kiwałam głową, jakbym słyszała. Nie chciałam, żeby tata się pogniewał i wyłączył muzykę albo zamknął się w swojej sypialni na wiele godzin, jak to czasami robił. Z moim tatą zawsze trzeba było postępować ostrożnie, jakby się chodziło po oblodzonym chodniku. Ślizganie się po nim było świetną zabawą, ale bardzo łatwo można się było przewrócić.

Mocno zaciskam powieki i odpędzam od siebie to wspomnienie. Przewracam się w łóżku, nucąc Requiem raz za razem, i słyszę w tych nutach tylko jedną odpowiedź: 7 kwietnia.

Ściany naszego starego domu o drewnianej konstrukcji są cienkie i słyszę, jak mama i Georgia krzątają się po kuchni. Wyobrażam sobie, że się obejmują. Georgia oplata ramionami cienką talię mamy, a mama przeczesuje palcami jej lśniące, upięte w kucyk włosy. Pasują do siebie idealnie, zazębiają się, tak jak matki z córkami powinny. Pasują do siebie w sposób, w jaki ja nigdy nie pasowałam. Zęby w moim kole zawsze były za ostre, wręby za głębokie. Właśnie to powinni wypisać na moim nagrobku: "Aysel Leyla Seran, dziewczyna, która nigdy nie pasowała". A skoro nigdy nie pasowałam, zarówno zanim mojemu tacie odbiło, jak i później, mojej mamie będzie się żyło znacznie lepiej beze mnie. Kiedy już odejdę, nie będzie musiała sobie przypominać o moim ojcu za każdym razem, gdy zobaczy mój kanciasty nos, kręcone czarne włosy, okrągłe policzki czy dołeczki w nich. Wiem, że to te dołeczki najbardziej jej doskwierają. Na szczęście są tak naprawdę widoczne tylko, gdy się uśmiecham, a ostatnimi czasy nie robię tego za często.

Kiedy mnie już nie będzie, moja mama nie będzie musiała spędzać nocy na zamartwianiu się, czy ojciec nie przekazał mi swojego genu mordercy i lada dzień nie wysadzę szkoły w powietrze, czy coś w tym stylu. Wiem, że nie byłaby w stanie znowu przez to przejść - policja, media, plotki. Wiem też, że nie chce o tym myśleć, ale widzę, że w głębi serca walczy z tym strachem i wątpliwościami. Widzę, jak zerka na mnie dyskretnie, zadaje mi ostrożne, badawcze pytania - to dla niej jedyny sposób na ustalenie, jak bardzo jestem nienormalna.

Chciałabym powiedzieć, że wiem na pewno, iż jestem inna niż ojciec. Że moje serce bije w innym rytmie, krew pulsuje z inną prędkością. Ale nie jestem przekonana. Może smutek poprzedza obłęd? Może on i ja dzielimy tę samą energię potencjalną?

Wiem na pewno tylko jedno: że nie zamierzam zostać tu na tyle długo, aby przekonać się, czy zmienię się w potwora jak on. Nie mogę tego zrobić mojej mamie. Nie mogę tego zrobić światu.

środa, 13 marca

25 dni do końca

Jedyny przedmiot, który naprawdę lubię, to fizyka. Nie jestem żadnym geniuszem, ale uważam, że tylko na tych zajęciach mam szansę znaleźć odpowiedzi na swoje pytania. Od dziecka fascynowało mnie, jak działają różne rzeczy. Rozkładałam zabawki na czynniki pierwsze, przyglądając się, jak wszystkie te małe elementy są do siebie dopasowane (moja przyrodnia siostra Georgia nigdy nie wybaczyła mi tego, że przeprowadziłam autopsję na jej Barbie). Kiedyś rozmontowałam budzik ojca. Znalazł mnie siedzącą na spłowiałym beżowym dywanie z bateriami walającymi się wokół trampek. "Co robisz?" - zapytał. "Psuję to, żebym mogła się nauczyć, jak to naprawić". Położył dłoń na moim ramieniu - pamiętam jego dłonie, duże, o długich, grubych palcach, które sprawiają, że jednocześnie się boisz i czujesz się bezpieczny - i powiedział: "Wiesz, Zellie, na świecie jest wystarczająco dużo zepsutych rzeczy. Nie powinnaś chodzić i psuć ich tylko dla zabawy". Budzik pozostał rozmontowany przez lata, aż w końcu go wyrzuciłam.

W każdym razie fizyka przynajmniej wydaje mi się użyteczna. W przeciwieństwie do lekcji angielskiego, na których czytamy wiersze napisane przez poetów pogrążonych w depresji. To nie jest zbyt pomocne. Moja nauczycielka, pani Marks, robi wiele szumu wokół prób rozszyfrowania, co ci poeci mieli na myśli. Z mojego punktu widzenia to całkiem oczywiste: mam depresję i chcę umrzeć. Obserwowanie, jak wszyscy moi koledzy i koleżanki z klasy próbują zdekonstruować każdy wers w poszukiwaniu głębszego znaczenia, jest dla mnie bolesne. Tam nie kryje się żadne głębsze znaczenie. Każdy, kto kiedykolwiek był aż tak smutny, może wam powiedzieć, że w depresji nie ma niczego pięknego ani literackiego, ani tajemniczo głębokiego. Depresja jest jak ciężar, spod którego nie można się wydostać. Przygniata, sprawiając, że nawet takie drobiazgi, jak zawiązanie butów czy przeżucie tostu, przypominają dwudziestomilową wspinaczkę pod górę. Depresja jest częścią ciebie; przenika twoje kości i krew. Jeśli cokolwiek o niej wiem, to na pewno to, że nie da się przed nią uciec. A jestem przekonana, że wiem na temat depresji znacznie więcej niż którekolwiek z nich. Kiedy słucham, jak o niej rozmawiają, ciarki mnie przechodzą. Zatem dla mnie lekcje angielskiego są jak obserwowanie grupy ślepych wiewiórek próbujących znaleźć orzeszek. Pani Marks mówi: "Przyjrzyjmy się temu wersowi. Poeta John Berryman pisze: "Życie, moi przyjaciele, jest nudne". Jak sądzicie, co chciał przez to powiedzieć?". Moi koledzy i koleżanki przekrzykują się, rzucając absurdalne komentarze typu: "Nie miał z kim spędzić sobotniego wieczoru" albo "Skończył się sezon futbolowy, więc w telewizji nie leciało nic dobrego". Ostatkiem sił powstrzymuję się, żeby nie wstać i nie krzyknąć: "Był, kurwa, smutny! I tyle! O to chodzi w tym wierszu! Poeta wie, że jego życie nigdy się nie zmieni. Że nie da się go naprawić. Że zawsze będzie wiódł taką samą monotonną, gównianą egzystencję. Nudną i smutną, nudną i smutną. Dlatego po prostu chce, żeby to wszystko już się skończyło". Ale zrobienie czegoś takiego oznaczałoby, że musiałabym się odezwać w trakcie lekcji, a tym samym pogwałciłabym jedną z moich osobistych zasad. Nie biorę udziału w dyskusjach. Dlaczego? Bo jestem, kurwa, smutna. Pani Marks czasami obdarza mnie takim spojrzeniem, jakby wiedziała, że ja wiem, co John Berryman miał na myśli, ale nigdy nie wzywa mnie do odpowiedzi.

Za to na fizyce moi koledzy i koleżanki z klasy nie próbują desperacko komplikować nieskomplikowanego gówna. Nie, na fizyce wszyscy próbujemy sprawić, by skomplikowane rzeczy stały się bardziej zrozumiałe. Pan Scott wypisuje równanie na tablicy. Uczymy się o rzucie ukośnym. Badamy właściwości obiektu w ruchu, będącego wyłącznie pod wpływem grawitacji. Dochodzą wszystkie te zmienne, na przykład kąt, pod jakim obiekt zostaje wystrzelony, i początkowa prędkość.

Patrzę szklistym wzrokiem. Za dużo liczb. Zaczynam fantazjować o grawitacji. Czasami zastanawiam się wręcz, czy to grawitacja nie jest naszym największym problemem. Trzyma nas przy ziemi, daje to fałszywe poczucie stabilności, chociaż w rzeczywistości jesteśmy tylko ciałami w ruchu. Powstrzymuje nas przed uleceniem w kosmos, przed mimowolnym zderzaniem się ze sobą. Bez niej ludzka rasa zmieniłaby się w jeden wielki bajzel. Ale ja chciałabym, żeby grawitacja po prostu zniknęła i pozwoliła nam żyć w tym bajzlu. Niestety nie jest to właściwa odpowiedź na pytanie, które zadaje pan Scott.

- Aysel, czy możesz mi podać maksymalną wysokość, na jaką wzniesie się piłka?

Nawet nie wiedziałam, że obiekt, który omawiamy, to piłka. Patrzę tępo na nauczyciela.

- Aysel - powtarza pan Scott. Wymawia moje imię z akcentem, którego prawdopodobnie nauczył się miliard lat temu, kiedy sam uczył się hiszpańskiego w liceum. Problem polega na tym, że Aysel nie jest imieniem latynoskim, ale tureckim. Wydawałoby się, że pan Scott powinien już dodać dwa do dwóch.

- Yyy - mamroczę.

- Yyy? Panno Seran, "yyy" to nie jest odpowiedź numeryczna.

Pan Scott opiera się o ścieralną tablicę. Klasa wybucha śmiechem. Pan Scott odchrząkuje, ale daremnie. Już stracił kontrolę. Słyszę, jak szeptem obrzucają mnie obelgami, ale wszystko to brzmi jak syki i mamrotanie i w żadnym razie nie może być gorsze od rzeczy, które wyobrażam sobie nocami, leżąc w łóżku i zastanawiając się, czy wyrwanie z ciała własnych genów jest fizycznie możliwe. Rozlega się dzwonek. Pan Scott zaczyna grzebać w swoich papierach, żeby zadać nam pracę domową. Niemal wszyscy wychodzą z sali, zanim zdąży zapisać zadanie na tablicy. Ja zostaję na miejscu i uważnie przepisuję je do zeszytu. Pan Scott obdarza mnie smutnym uśmiechem i zastanawiam się, czy za mną zatęskni, kiedy już mnie nie będzie.

Czekam, aż sala się opróżni, po czym wstaję i wychodzę. Idę korytarzem, wlepiając wzrok w brudną, wyłożoną płytkami podłogę. Zmuszam się, żeby przyspieszyć. Jedyna rzecz gorsza od chodzenia na wuef, to spóźnienie się na wuef - naprawdę nie jestem w nastroju, żeby zaliczać karne okrążenia. Trener Summers wiecznie powtarza, że bieganie wzmocni nasze serca, żebyśmy mogli żyć dłużej. Dziękuję, postoję.

Tę część dnia lubię najmniej. I nie dlatego że spodziewam się horroru w postaci przysiadów i gry w dwa ognie. Nie. Nienawidzę jej, bo muszę przejść koło tablicy pamiątkowej - monolitowego świadectwa zbrodni mojego ojca.

Za każdym razem staram się nie patrzeć, powtarzam sobie, żeby spuścić głowę i skręcić za róg. Ale nie mogę się powstrzymać. Podnoszę wzrok i patrzę. Czuję, jak oddech więźnie mi w gardle. Oto jest, lśniąca srebrna płyta dedykowana pamięci Timothy'ego Jacksona, byłego mistrza stanowego w biegu na czterysta metrów. Tablica jest rozmiarów dużego półmiska i wisi na ścianie tuż przed salą gimnastyczną, przypominając każdemu, że Timothy Jackson miał być pierwszym mieszkańcem Langston, który zakwalifikuje się do igrzysk olimpijskich, ale zmarł tragicznie w wieku lat osiemnastu. Tabliczka nie informuje, ale równie dobrze mogłaby, że Timothy Jackson nie żyje przez mojego ojca. Owszem, to mój ojciec jest tym wybitnym osobnikiem, który przekreślił olimpijskie marzenia całego miasteczka. Każdego roku w dzień urodzin Timothy'ego w telewizji emitowane jest specjalne wydanie wiadomości, aby przypadkiem nikt o tym nie zapomniał. Minęły trzy lata od śmierci Timothy'ego i, wierzcie mi, nie wygląda na to, żeby ktokolwiek miał zapomnieć o tej sprawie. Zwłaszcza teraz, kiedy Brian Jackson ma szansę zakwalifikować się do olimpijskiego biegu na czterysta metrów. Tak, chodzi dokładnie o tę samą konkurencję. Brian próbuje spełnić marzenie, którego nie był w stanie zrealizować jego starszy brat - lokalne media wprost nie mogą się nasycić tą historią, korytarze mojej szkoły też nie.

Zmuszam się, żeby minąć tablicę, i wchodzę na salę gimnastyczną, zaciskając dłonie w pięści i trzymając je przy bokach. Słońce odbija się od wypolerowanej drewnianej posadzki, a ja zastanawiam się, co moi koledzy i koleżanki zrobią z całą tą swoją nienawiścią i całym tym swoim gniewem, i strachem, gdy już nie będą mogli wyładować ich na mnie. Już nie mogę się doczekać, gdy mnie tu nie będzie.

czwartek, 14 marca

24 dni do końca

Nie mam własnego samochodu, ale mogę dojeżdżać do pracy starym fordem taurusem. Auto śmierdzi śmieciowym żarciem i ma porwane siedzenia, ale silnik wciąż daje radę, a mnie to wystarcza. Steve kupił je kilka lat temu od swojego kumpla. Kiedy Georgia skończy szesnaście lat, to ona je dostanie. Na szczęście mnie już tu nie będzie, więc nie będziemy musiały się nim dzielić.

Wyjeżdżam z parkingu TMC, skręcam w lewo i ruszam w kierunku drogi stanowej numer trzydzieści sześć. Nawierzchnia jest wyboista i pełna dziur. Nikt tutaj nie ma ochoty płacić podatków, żeby było ją za co naprawić. To smutne, bo trasa biegnie wzdłuż rzeki i mogłaby być naprawdę malownicza. Nie, żeby było się czym chwalić. Rzeka Ohio jest mętna, zanieczyszczona i wiąże się z nią paskudna historia, ale niezależnie od tego, jak obrzydliwie wygląda, w rzekach zawsze jest coś magicznego, bo stale się poruszają. Rzeki nigdy nie utykają w miejscu.

Kiedy wydarzyło się to wszystko z moim tatą, wyobrażałam sobie, że spływam rzeką Ohio. Fantazjowałam, że zbuduję tratwę i będę płynąć bez celu z prądem aż do miejsca, w którym Ohio łączy się z Missisipi, a tam znajdę jakąś miłą rodzinę, która mnie przygarnie. Wyobrażałam sobie bezdzietną parę, która z radością zaopiekuje się małą dziewczynką. Nie wiedzieliby, kim jest mój ojciec ani co zrobił. Kochaliby mnie, odpędziliby wszystkie złe uczucia... Nigdy nie zbudowałam tej tratwy. A teraz już wiem, że nikomu nie uda się uwolnić mnie od tych wszystkich złych uczuć.

Jadę więc drogą stanową numer trzydzieści sześć i myślę o tym, jak łączy ona Langston z Willis. Łączy mnie z FrozenRobotem, kimkolwiek on jest. Nie da się określić, kiedy Langston przechodzi w Willis - oddziela je tylko ten odcinek sfatygowanej drogi, obramowany przez mętną rzekę z jednej strony i przez kępy palusznika z drugiej. Zarówno Langston, jak i Willis to zapadłe mieściny pełne rozchwierutanych domów, butwiejących ławek i zardzewiałych pomników upamiętniających wojnę secesyjną. W obu jest stacja benzynowa, a w zeszłym roku największą sensacją było otwarcie supermarketu Wal-Mart w Langston. Oba miasteczka reklamują się jako urocze, próbując zachęcić podróżnych, aby zatrzymali się i wypili orzeźwiający napój w starej restauracyjce przy Main Street albo zrobili sobie zdjęcie tuż obok dużej fontanny z brązu stojącej przed budynkiem administracji hrabstwa. Ale nikt nigdy nie przyjeżdża do Langston czy Willis z własnej woli. To są miejsca, które się mija, a nie odwiedza.

Docieram do barku z piwem imbirowym i zauważam, że jest dość tłoczno. Drużyna liceum w Langston nie grała dziś meczu, więc może to uczniowie z Willis. Zatrzymuję samochód na wysypanym żwirem parkingu i siedzę w nim jeszcze przez kilka minut. Oddycham głęboko i stawiam kołnierz mojej pasiastej koszuli. Serce kołacze mi w piersi. Myślałam, że takie emocje towarzyszą raczej pierwszym randkom. Nie, żebym kiedykolwiek była na prawdziwej randce. No chyba żeby liczyć spotkanie w piątej klasie w galerii handlowej, na którym mój rzekomy chłopak zjadł za dużo cheetosów i wytarł pomarańczowy pył w moją nowiutką koszulkę. Nie powinnam się przecież stresować. Ten chłopak to najwyraźniej nieudacznik, tak samo jak ja. Potrzebujemy siebie nawzajem. Ukradkiem przeglądam się w lusterku i czuję się jak idiotka, że w ogóle przejmuję się swoim wyglądem. Przecież nie biorę udziału w przesłuchaniu do roli dziewczyny FrozenRobota.

Ktoś stuka w okno mojego samochodu. Podskakuję przerażona, dociskając klatkę piersiową do kierownicy. Widzę chłopaka mniej więcej w moim wieku. Gapi się na mnie. Ma czerwoną czapkę. Pochyla się i stuka jeszcze raz. Opuszczam szybę.

- ALS0109?

To mój nick z portalu Smooth Passages. Powinnam coś powiedzieć, ale usta wypełnia mi wata. Patrzę na niego tępym wzrokiem. Chłopak odchrząkuje i spuszcza wzrok.

- O, przepraszam. Chyba się pomyliłem.

- Nie - udaje mi się wydusić. - Jestem Aysel.

Marszczy brwi. Zmarszczki na jego czole układają się w kształt gwiazdy. Ściąga czerwoną czapkę i trzyma ją przy boku.

- ALS0109 - powtarzam dla pewności.

Uśmiecha się półgębkiem. Ja nie uśmiecham się chyba od trzech lat. Może FrozenRobot powinien przemyśleć swoje życiowe wybory. Może nie jest aż w takiej depresji, jak mu się wydaje.

- Chyba nie zdążyłaś się już rozmyślić, co? - pyta, zaglądając do mojego samochodu.

Zastanawiam się, czy zauważył wszystkie te opakowania po fast foodach na podłodze. "Dlaczego miałoby cię to obchodzić?" - zastanawiam się, ściskając dłońmi kierownicę. Kusi mnie, żeby odpalić silnik, wcisnąć gaz do dechy i odjechać.

Nie byłam na to gotowa. Zupełnie nie tego się spodziewałam. Zupełnie. Ten chłopak wcale nie jest wymizerowanym pryszczatym nastolatkiem wyglądającym, jakby nigdy nie widział słońca. Nie. Jego nick nie koresponduje z aparycją. FrozenRobot jest wysoki jak koszykarz, ma krótko przystrzyżone kasztanowe włosy i głęboko osadzone piwne oczy. Jest szczupły, ale nie wychudzony. Można chyba powiedzieć, że jest tyczkowaty. Może nawet nieco niezdarny, mimo wszystko nie tak go sobie wyobrażałam.

- Hej - zwraca się do mnie. - Mówiłem ci, że interesują mnie tylko poważne oferty. - Kręci głową. - Wiedziałem, że tak będzie. Zwłaszcza gdy dowiedziałem się, że jesteś dziewczyną.

Wyciągam kluczyk ze stacyjki i wysiadam z samochodu. Niemal nokautuję go drzwiami. Ups.

- Co to, do cholery, ma znaczyć? - pytam.

- Cóż, pewnie znasz statystyki. Że faceci rzeczywiście to robią, a dziewczyny tylko o tym gadają.

Piorunuję go wzrokiem.

- Co za seksistowska bzdura. A skoro jesteś takim twardzielem, to po co w ogóle zakładałeś konto na Smooth Passages? Po co w ogóle potrzebujesz partnera?

Chłopak się cofa.

- Ej, spokojnie, nie chciałem... - milknie i krzywi się, jakby zastanawiał się nad tym, co właśnie powiedziałam. - Nie jestem seksistą. - Spuszcza wzrok na swoje białe tenisówki. - I zdecydowanie nie jestem twardzielem.

- Ale takie sprawiasz wrażenie.

- Że jestem twardzielem? - Podnosi na mnie wzrok i szczerzy zęby w uśmiechu.

Jego piwne oczy błyszczą bardziej, niż powinny. Nic się tu nie zgadza.

- Nie. Seksistą. - Nie odwzajemniam uśmiechu.

- Posłuchaj - mówi powoli niskim i łagodnym głosem. - Nie przeszkadza mi, że jesteś dziewczyną. Serio. Dziewczyny w ogóle mi nie przeszkadzają.

- Dziewczyny ci nie przeszkadzają? - powtarzam, zachowując kamienny wyraz twarzy.

- No przecież wiesz, co mam na myśli.

- Nie, nie wiem.

Chłopak marszczy brwi i obraca czapkę w dłoni.

- Naprawdę mi przykro. Możemy zacząć od początku?

- Nie - mówię szybko. - Nie możemy zacząć od początku.

Zmarszczki na jego czole się pogłębiają. Przestępuje z nogi na nogę. Już wcześniej był lekko zgarbiony, ale teraz zaczyna się kulić coraz bardziej. Jeszcze przez chwilę obserwuję, jak się męczy, po czym mówię:

- Ale jestem gotowa cię wysłuchać, jeśli potrafisz mi wyjaśnić, dlaczego potrzebujesz partnera.

Chłopak wzdycha i z powrotem naciąga czapkę na głowę, poprawiając daszek tak, żeby rzucał cień na jego twarz.

- Dobra, wyjaśnię ci wszystko. Pomyślałem tylko, że moglibyśmy zająć jakiś stolik i porozmawiać o tym w trakcie jedzenia... - urywa i wpatruje się we mnie odrobinę za długo jak na mój gust. - Chyba że już zdecydowałaś, że jestem totalnym dupkiem i wolisz dać sobie spokój.

Rozważam przez chwilę tę sugestię, w końcu kręcę głową.

- Nie jestem gotowa, żeby zrezygnować, w każdym razie jeszcze nie. Poza tym nie zamierzam odjechać, dopóki nie zjem porcji frytek z serem. - Ruszam w kierunku barku.

Podbiega, żeby za mną nadążyć. W milczeniu docieramy do blatu, przy którym składa się zamówienia. Barek, który oficjalnie nazywa się chyba U Tony'ego, ale wszyscy nazywają go po prostu barkiem z piwem imbirowym, to tak naprawdę zwykła przyczepa kempingowa. Zamawiasz i jedzenie jest przygotowywane wewnątrz, a potem przynoszą ci je tam, gdzie usiadłeś. Stoi tu cyrkowy namiot, w którym znajduje się kilka stołów piknikowych, ale w te wieczory, kiedy do baru ściąga więcej osób, zalezienie wolnego miejsca graniczy z cudem.

Zamawiam pierwsza. Frytki z serem i koktajl truskawkowy. Biorę mój plastikowy numerek z siódemką i znajduję miejsce w głębi namiotu. Patrzę, jak FrozenRobot zamawia. Najwyraźniej zna tu sporo osób. Kiwa im głową, mówi "cześć". Dziwne. Skoro ma tylu przyjaciół, dlaczego chce ze sobą skończyć? I jak na kogoś, kto chce się zabić, ewidentnie wciąż za bardzo przejmuje się swoim wyglądem. Sprawia wrażenie, jakby dopiero co odwiedził fryzjera, i chociaż jest ubrany swobodnie, w bluzę z kapturem i spodnie od dresu, to ten sportowy strój wygląda modnie. Generalnie Roman - pewnie powinnam zacząć nazywać go po imieniu, choć wydaje mi się to zbyt osobiste - wygląda na kogoś, kto mógłby umówić się na randkę z Georgią albo machać z platformy na paradzie z okazji zjazdu absolwentów, a nie na kogoś, kto marzy o rzuceniu się pod koła ciężarówki. Robi mi się niedobrze i zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest jakiś chory żart, zaaranżowany przez moją siostrę. Potrząsam głową, odpędzając tę myśl. Georgia nie jest wystarczająco zainteresowana tym, co robię, żeby marnować energię na organizowanie czegoś takiego.

FrozenRobot zaczyna iść w moim kierunku, ale zatrzymują go jacyś dwaj kolesie. Obaj są dość wysocy, ale nie tak wysocy jak on. Klepią go po plecach, a on kiwa głową, jakby zgadzał się z tym, co mówią. Obserwuję go i zastanawiam się, czy chciałabym się zabić, gdybym była taka jak on, gdybym miała przyjaciół, gdyby moje istnienie uszczęśliwiało innych. Ale w głębi serca wiem, że to nie brak przyjaciół mną kieruje. Kiedyś targowałam się sama ze sobą, szukając argumentów za pozostaniem przy życiu: może jeśli ludzie przestaną obgadywać mojego ojca, może jeśli mama znowu zacznie na mnie patrzeć jak na normalną córkę, może jeśli będę w stanie zagwarantować, że nie stanę się taka jak on... Ale właśnie ten ostatni problem jest nie do przeskoczenia. Nie potrafię tego zagwarantować, zwłaszcza że wiem, że coś jest ze mną nie tak. Coś się zepsuło. Ludzie nie rozumieją, że depresja nie jest stanem zależnym od świata. Że płynie z wewnątrz. Że to coś we mnie za nią odpowiada. Pewnie są w moim otoczeniu rzeczy, przez które czuję się samotna, ale żadna z nich nie wywołuje we mnie takiego doznania izolacji i przerażenia jak głos w mojej głowie. Głos, który przypomina mi, że prawdopodobieństwo, iż skończę jak ojciec, jest bardzo wysokie.

Założę się, że gdyby ktoś rozciął mi brzuch, wyślizgnąłby się z niego nagi czarny ślimak depresji. Szkolni psychologowie uwielbiają powtarzać: "Po prostu myśl pozytywnie", ale to nie jest możliwe, kiedy coś wewnątrz ciebie tłamsi każdą odrobinę radości, jaką jesteś w stanie z siebie wykrzesać. Moje ciało to wydajna maszyna do zabijania szczęśliwych myśli.

W te najgorsze dni zastanawiam się, czy mój ojciec miał w sobie takiego samego czarnego ślimaka. Czy to dlatego zrobił te wszystkie straszne rzeczy. Może linia między samobójstwem a zabójstwem jest bardzo cienka. To takie myśli mnie przerażają. To one sprawiają, że nie chcę czekać nawet do 7 kwietnia. Muszę pozbyć się tego ślimaka. Muszę pozbyć się siebie samej.

- Hej - mówi FrozenRobot, kładąc swój numerek osiem obok mojego.

Osiemdziesiąt siedem. Chciałabym, żeby ta liczba miała jakieś znaczenie. Ostatnio próbuję znaleźć znaczenie we wszystkim. Jakbym czekała na to, że wszechświat da mi przyzwolenie, powie: "Tak, teraz możesz już odejść. Ruszaj".

FrozenRobot poprawia numerki, żeby równo stały. Może też szuka w nich potwierdzenia. A może ma po prostu zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne.

- Jesteś tu popularny - zagajam rozmowę.

Krzywi się.

- Kiedyś byłem.

- Wygląda na to, że wciąż jesteś.

Kelnerka przynosi moje frytki i koktajl. Uśmiecha się przy tym do FrozenRobota i mogłabym przysiąc, że nawet trzepocze rzęsami. Kiedy odchodzi, zauważam, że chłopak się zarumienił.

- Widzisz? Jesteś popularny.

- Nie ja. - Podaje mi keczup. - Ktoś, kim kiedyś byłem.

Przekładam kilka frytek na serwetkę i wkładam jedną do ust. To pewnie niegrzeczne z mojej strony, że zaczynam jeść, zanim on dostanie swój posiłek, ale nie sądzę, by FrozenRobot wybierał partnera do samobójstwa na podstawie dobrych manier. Zresztą po chwili kelnerka wraca z jego jedzeniem. Zamówił cheeseburgera, frytki i koktajl czekoladowy. I dodatkowe papryczki jalape?o. Na odchodnym kelnerka rzuca mu kolejny flirciarski uśmiech, a on znowu robi się czerwony jak burak. Biorę łyk mojego koktajlu i przewracam oczami. Jest bardziej kwaśny, niż się spodziewałam, ale przyjemnie chłodzi gardło.

- Tylko nie komentuj - ostrzega mnie FrozenRobot.

- Przecież ja nic nie mówię.

- Nie tego się spodziewałaś. Prawda?

Wrzuca frytkę do ust, ale to wymuszony gest. Zbyt szybki. Tak naprawdę chłopak nie jest głodny. Znam to. Nie odpowiadam na jego pytanie. Zamiast tego zadaję swoje:

- A ty spodziewałeś się kogoś takiego jak ja?

Wpatruje się we mnie przez kilka sekund.

- Szczerze mówiąc, to nie. Ale to dobrze.

- Chyba jednak muszę choć odrobinę pasować do twoich wyobrażeń, skoro wyśledziłeś mnie na parkingu?

Ból wykręca mu twarz, ściąga rysy. Sięga po dwie ostre papryczki i wrzuca je do ust.

- Co...? - unoszę brwi.

Chłopak dalej chrupie marynowane jalape?o ze słoika, sok ścieka mu po palcach. Krzywi się lekko, kiedy dociera do zadrapania, które ma na lewej ręce.

- No dalej, powiedz mi - zachęcam go. - Skąd wiedziałeś, że to ja?

Podnosi wzrok i mówi:

- Nie chcę cię obrazić.

- Serio? - pytam ostrzejszym tonem, niż zamierzałam. Zaczynam siorbać koktajl przez słomkę, żeby jakoś rozładować atmosferę. Nie chcę, żeby myślał, że jestem podła. W każdym razie jeszcze nie. Jeśli pomyśli, że jestem za bardzo wredna, może wybierze inne pogrążone w depresji dziwadło.

Chłopak wyciąga pestki z jednej z papryczek i kładzie je na języku. Przełyka je. Jego twarz pozostaje bez wyrazu, chociaż wiem, że gardło musi go nieznośnie piec. W końcu mówi:

- Po prostu wyglądasz, jakbyś chciała umrzeć. Wyglądasz na kurewsko nieszczęśliwą.

Patrzy na mnie, a ja odwzajemniam spojrzenie. Moja mina niczego nie wyraża. Biedny koleś wierci się na ławce i w końcu wlepia wzrok w swoje tenisówki. Pochyla głowę, dociska podbródek do piersi i widzę, że zaczerwieniony kark ma pokryty piegami. Przez moment zastanawiam się nad tym, co powiedział, po czym wybucham śmiechem. Śmiech sprawia, że czuję ból w gardle. Zapijam go kolejnym łykiem koktajlu. FrozenRobot spogląda na mnie, unosząc brew.

- Jestem straszny, prawda?

Kręcę głową.

- Jesteś szczery. Podoba mi się to. I teraz już wiesz, że nie jestem niepoważna.

Chłopak wzrusza ramionami i zaczyna się bawić suwakiem bluzy.

- Tego nie wiem. Mówię tylko, że zdecydowanie wyglądasz jak ktoś, kto chce umrzeć, ale nie jestem całkowicie przekonany, że będziesz w stanie pociągnąć za spust.

Marszczę brwi.

- Cóż, właśnie dlatego się na to piszę. Potrzebuję nieco... zachęty. - Gapię się na jego bluzę. Jest na niej wypisane wielkimi czarnymi drukowanymi literami "UNIVERSITY OF KENTUCKY BASKETBALL". - Gra zespołowa, moralne wsparcie. To sportowe terminy, prawda?

Opuszcza wzrok na swoją bluzę.

- Już nie gram.

- Nie o to cię pytałam.

- Tak, wiem. Chyba rozumiem, o co ci chodzi. Myślisz, że w ten sposób będzie łatwiej, niż gdybyś robiła to sama.

Przenoszę ciężar ciała na łokcie i pochylam się ku niemu, naśladując pewność siebie, którą emanowała nasza kelnerka.

- A więc... nadajesz się do tej roboty? Zrobimy to razem czy nie?

To nie w moim stylu, ale z jakiegoś powodu czuję potrzebę przymuszenia FrozenRobota, żeby wybrał mnie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam taka asertywna.

Chłopak poprawia się na ławce i skubie cheeseburgera. Odkłada na bok pomidory. Do tej pory nie wziął ani gryza.

- Jeszcze nie jestem pewien.

- Co chcesz wiedzieć?

- Coś więcej o tobie, na początek.

- Na przykład?

- Co to za imię "Aysel"? - Wymawia je poprawnie. Udaję, że nie zrobiło to na mnie wrażenia.

- Tureckie.

- Twoi rodzice pochodzą z Turcji?

Kiwam głową. Nie mówię mu o nich nic więcej. Unikam też podawania swojego nazwiska. Moja matka ubiega się o to, abym mogła legalnie przejąć jej nowe nazwisko: Underwood. Ale sprawa jest jeszcze w toku. Nie chcę, żeby FrozenRobot wygooglował mnie i dowiedział się o moim tacie. Niezależnie od tego, jak popieprzony jest ten koleś, wątpię, żeby chciał połączyć swoje marzenia o samobójstwie z moimi, gdyby poznał historię mojej rodziny.

- Mówisz po turecku?

Kręcę głową. Ojciec nigdy mnie nie nauczył. Czasami zbierałam się na odwagę, żeby zapytać o Turcję, i jeśli był w dobrym nastroju, opowiadał mi o wąskich uliczkach jego starej dzielnicy, gdzie wieczorami grywał w piłkę nożną z przyjaciółmi. Ale kiedy miał zły dzień (a z czasem te złe dni zdarzały się coraz częściej), puszczały mu nerwy i mówił, żebym przestała drążyć. Mówił, że mam szczęście, że urodziłam się w Ameryce, bo nie będę musiała przeprowadzić się na drugi koniec świata tylko po to, żeby znaleźć pracę. Co do mojej mamy, to cóż, robi, co może, żeby oderwać się od swoich korzeni. Moi rodzice rozeszli się kilka miesięcy po moim urodzeniu. Od kiedy mama zaczęła się spotykać ze Steve'em, udaje, że jest rodowitą białą Amerykanką. Ma jaśniejszą cerę niż ja, więc przeszkadzają jej tylko resztki tureckiego akcentu. Ja odziedziczyłam ciemniejszą karnację ojca, więc zdecydowanie bardziej wyglądam na cudzoziemkę.

- Czy to wprawia cię w zakłopotanie? - pyta FrozenRobot, przeżuwając burgera. Najwyraźniej nie smakuje mu tak bardzo jak papryczki. Wygląda, jakby zmuszał się do gryzienia, i robi to powoli, skubiąc kawałeczek po kawałeczku.

- Nie - mówię. - Po prostu nie rozumiem, dlaczego tak bardzo obchodzi cię moje pochodzenie. Ja nie urządzam ci przesłuchania.

Obdarza mnie uśmiechem. Kompletnie go nie rozumiem.

- Jestem po prostu ciekaw, bo uważam, że Aysel to fajne imię.

- Możesz je sobie wziąć.

- Zabawne - kwituje, ale się nie śmieje.

- Dlaczego siódmy kwietnia? - To moja kolej na pytanie.

- Wtedy to się wydarzyło.

- Wtedy co się wydarzyło?

- To, co sprawiło, że chcę umrzeć. Wydarzyło się to rok temu, siódmego kwietnia. - Chłopak zaciska szczęki i odwraca wzrok.

- Zgaduję, że nie zamierzasz mi powiedzieć, co się stało...

Zanim zdąży odpowiedzieć, tamci dwaj kolesie, których spotkał wcześniej, podchodzą i siadają obok niego.

- Jak leci? - zagaduje mnie jeden z nich, podczas gdy drugi klepie Romana po plecach.

- Nie wiedziałem, że się z kimś spotykasz, Roman - droczy się z nim ten drugi. - Co na to Kelly?

Kelly? Tylko mi nie mówcie, że FrozenRobot ma dziewczynę. Obrzucam go spojrzeniem pod tytułem: "Co, do cholery?!".

- Chłopaki, poznajcie Aysel. - Spogląda na mnie błagalnie.

Nie jestem najmilszą osobą w historii wszechświata, ale przecież nie skompromituję go przy znajomych. Chociaż fajnie popatrzeć, jak się stresuje. Zachowuję neutralny wyraz twarzy, wieje ode mnie chłodem większym, niż mogłoby od zamrożonego robota.

- Aysel, to jest Travis i Lance. - W głosie Romana wyczuwam drżenie i zauważam, że mała wysepka piegów wokół jego nosa czerwieni się coraz bardziej, odkąd podeszli.

- Chodzisz do Willis? - pyta Lance, unosząc jasne brwi w kolorze piasku.

- Zauważylibyśmy ją, gdyby chodziła do Willis - mówi Travis z obleśnym uśmiechem.

Już sam ton jego głosu sprawia, że tracę zainteresowanie swoim koktajlem. Rozumie się samo przez się, że gdybym rzeczywiście uczęszczała do liceum w Willis, Travis w życiu nie zwróciłby na mnie uwagi. Chłopcy pokroju Travisa i Lance'a, którzy chodzą do mojego liceum, zdecydowanie mnie nie zauważają. W każdym razie nie w pozytywny sposób.

- Nie strasz dziewczyny - mówi Lance.

Najwyraźniej bardziej subtelnie obchodzi się z kobietami. I bardziej niż Travis, z seksownie potarganą blond fryzurą, wielkimi niebieskimi oczami i szerokimi barami, przypomina typowy obiekt kobiecych westchnień.

Na kilka sekund zapada krępujące milczenie.

- Aysel chodzi do Langston - wyjawia Roman niechętnie.

- Zaraz, skoro chodzisz do Langston, to musisz znać Briana Jacksona, nie? - pyta Lance, szeroko otwierając błękitne oczy.

Wstrzymuję oddech i wlepiam w niego wzrok, próbując ustalić, czy już dodał dwa do dwóch.

- Och, a więc to tak się poznaliście? Przez Briana? - pyta Travis, pochylając się w stronę Romana i podkradając kilka jego frytek.

Wymieniamy z Romanem spojrzenia.

- Eee... nie - mówi w końcu. - Poznaliśmy się w zeszłym tygodniu.

Naprawdę?

- Gdzie? - pyta Travis.

Roman znowu na mnie zerka. Widać, że wyczuwa, że coś jest nie tak. Przełykam i wysyłam malutkie życzenie do wszechświata: "Proszę, nie wykręć mi numeru. Proszę, nie pozwól, aby się dowiedzieli, kim jestem".

- Na starym placu zabaw. Przy boisku - mówi Roman, a ja zapamiętuję sobie, że ten dzieciak potrafi kłamać jak z nut.

Travis ożywia się i wyrzuca ręce w powietrze.

- Wiedziałem, stary! Wciąż chcesz grać. Mówiłem ci, że trener na pewno przyjąłby cię z powrotem do drużyny. Musisz przestać się obwiniać...

- Możemy o tym tutaj nie rozmawiać? - pyta Roman lodowatym tonem.

- Serio, człowieku. - Lance kręci głową i również sięga po frytki Romana. - Po co w ogóle poruszasz ten temat?

Travis robi się czerwony jak burak. Nie sądziłam, że chłopcy tacy jak on mogą odczuwać zażenowanie, ale najwyraźniej niektóre rzeczy potrafią wytrącić z równowagi nawet takich kolesi. Sporo się dziś dowiaduję na temat płci przeciwnej.

- Przepraszam - mamrocze Travis i odwraca wzrok. Uśmiech powraca mu na twarz, gdy tylko zauważa naszą kelnerkę. - Ale Suzie nieźle wygląda, nie?

- Chyba dobrze się jej układa - odpowiada Roman rzeczowym tonem, po czym zwraca się do mnie: - Suzie to kelnerka, która nas obsługiwała. Chodzi z nami do liceum.

Kiwam głową, jakbym rozumiała, co się dzieje, ale jestem pewna, że nie łapię podtekstu całej tej sytuacji. Travis szturcha Romana łokciem.

- Nie no, ale serio. Myślę, że ona wciąż na ciebie leci.

Lance zerka na mnie, potem na Romana, po czym przenosi wzrok z powrotem na Travisa.

- Okaż trochę szacunku, człowieku.

Mam zamiar mu powiedzieć, że nic nie łączy mnie z Romanem. Już sama myśl o tym, że uważa nas za parę, sprawia, że mam ochotę znowu się zaśmiać. Zamiast tego biorę łyk koktajlu. Obracam w ustach truskawkowy płyn, przesuwając językiem po zębach. Nie obchodzi mnie, jak nieatrakcyjnie może to wyglądać.

Lance znowu przybywa nam na ratunek, przerywając krępujące milczenie:

- Więc zaraz, to w końcu znasz Briana Jacksona?

Mam nadzieję, że nie widać po mnie, jak się pocę. Skubię frytki i skupiam wzrok na keczupie. Nie jestem w stanie spojrzeć na żadnego z nich.

- Nie bardzo.

- Przecież on jest teraz sławny, nie? - pyta Travis. Wyciąga rękę i znowu klepie Romana po plecach. - Mogłeś być na jego miejscu, koleś.

Roman odburkuje coś, a ja nie mogę się powstrzymać, żeby nie zadać pytania:

- Jak to?

Lance z zakłopotaniem popatruje to na Romana, to na mnie.

- Mogę jej powiedzieć?

Roman zaciska dłoń na karku i odwraca twarz, żeby móc spoglądać w dal.

- Rób, co chcesz.

Mija kolejna krępująca chwila ciszy.

- Roman grał z Brianem w drużynie selekcyjnej. Wiesz, co to jest selekcyjna drużyna koszykówki? - pyta Lance.

Mam ogólne pojęcie, ale kręcę głową, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o tym, co łączy FrozenRobota z Brianem Jacksonem. Odnoszę wrażenie, że w mojej głowie uruchomił się właśnie alarm samochodowy - same piski i syreny. Próbuję się uspokoić, odtwarzając w myślach początek Cwału Walkirii z opery Wagnera.

- Czy ty nucisz? - pyta Travis, zanim Lance zdąży dokładnie wytłumaczyć, jak poznali się Brian i Roman. Travis zaczyna się śmiać, ale Roman go gasi:

- Nie bądź dupkiem - mówi, piorunując go wzrokiem. W jego piwnych oczach błyska gniew. Wydają się przez to bardziej złote niż zielonkawe.

Krew napływa mi do policzków i wlepiam wzrok w blat stołu. Widzę kałużę keczupu obok swoich frytek. Ciekawe, czy FrozenRobot tak by mnie bronił, gdyby wiedział o moim tacie. A potem zastanawiam się, dlaczego FrozenRobot w ogóle mnie broni. Czuję, że wszyscy się na mnie gapią, ale FrozenRobot patrzy inaczej niż Travis czy Lance. Spojrzenia tamtych są palące jak spojrzenia moich kolegów i koleżanek z klasy - chcą za wszelką cenę poznać moje sekrety, zajrzeć do środka. Wzrok FrozenRobota jest łagodny. On wie, co znajdzie, jeśli zacznie kopać głębiej. Nie spieszy się, żeby wyciągnąć wszystko, co we mnie siedzi. Rozumie, że nie ma nic wyjątkowego w pustce, nic interesującego w depresji.

Zbieram się na odwagę, żeby na niego spojrzeć. Posyła mi lekki uśmiech. Jestem pewna, że znalazłam odpowiedniego partnera do samobójstwa.

Jego przyjaciele milczą. Obserwują go. Chociaż twierdzi, że był popularny w poprzednim życiu, wygląda na to, że jest i w obecnym. Zaczyna uderzać dłońmi w blat stołu.

- Brian i ja przyjaźniliśmy się w dzieciństwie. Graliśmy razem w kosza w drużynie selekcyjnej, czyli takiej, do której dostają się tylko wybrani zawodnicy. To była drużyna objazdowa - graliśmy w Louisville i w Cincinnati, i w Lexington. Potem, gdy trochę podrośliśmy, Brian i ja zaczęliśmy razem trenować. Biegaliśmy i podnosiliśmy ciężary. Nic ekscytującego. - Roman znowu drapie się w kark, patrzy przed siebie zamglonym wzrokiem. Trudno coś wyczytać z jego oczu. - Teraz on jest grubą rybą. Ma brać udział w olimpiadzie i w ogóle. Nie rozmawiamy za często. - Spogląda mi prosto w oczy. - To niezbyt interesujące, prawda?

Lance najwyraźniej jest przekonany, że mnie i Romana coś łączy, i próbuje pomóc przyjacielowi, dodając:

- Problem polega na tym, że nasz chłopak tutaj jest świetnym sportowcem.

- Tak. Gdyby Roman nie zrezygnował, pewnie załapałby się w przyszłym roku na stypendium koszykarskie na Uniwersytecie Kentucky - dodaje Travis i jak dumny brat otacza Romana ramieniem, ale Roman strząsa jego rękę.

- Przestań - mówi, wlepiając wzrok w ziemię. - Aysel nie obchodzą takie rzeczy.

Tłumaczenie: tej dziewczynie nie muszę imponować. Nie próbuję się z nią przespać, zamierzam z nią umrzeć. Ale ani Travis, ani Lance najwyraźniej nie tak to zinterpretowali. Obaj unieśli przepraszająco dłonie, mówiąc: "Sorry, mój błąd". Patrzę na nich i wiem, że powinnam ich uważać za totalnych głupków reagujących automatycznie w taki sam sposób, ale potrafię myśleć tylko o tym, że nigdy nie byłam z nikim tak zgrana. Zastanawiam się, czy FrozenRobot był z nimi zgrany, ale z jakiegoś powodu wypadł z orbity. Zastanawiam się, co się wydarzyło, że z niej wypadł. Co takiego zmieniło Romana - gwiazdora sportu i przyjaciela rokujących nadzieję olimpijczyków - we FrozenRobota, tragicznego chłopaka odwiedzającego strony internetowe dla samobójców.

Zerkam na niego kątem oka. Głowę ma pochyloną, plecy zgarbione. Przygląda się ostatniej pestce z papryczki jalape?o, która mu została, przesuwając ją palcem po papierowym talerzyku. Powoli podnosi ją do ust i połyka. Wszyscy mu się przyglądamy, więc w końcu mamrocze:

- Fajnie było was spotkać, chłopaki, ale Aysel musi mnie podwieźć do domu. Zobaczymy się później, okej?

- Pewnie, stary. - Travis ściska go za ramiona. - Dbaj o siebie. Jesteśmy tu, gdybyś nas potrzebował.

- Spotkajmy się niedługo - dodaje Lance. - Fajnie by było razem porzucać do kosza na starym boisku. Jak za dawnych czasów.

- Tak - mówi Roman chłodno. - Jak za dawnych czasów.

Wstaje od stołu i wrzuca niedojedzone resztki do kosza na śmieci.

Macham zdawkowo Travisowi i Lance'owi i ruszam za Romanem. Wyrzucam frytki, i tak już prawie wszystko zjadłam, ale biorę ze sobą koktajl.

- A więc podwożę cię do domu? - pytam szeptem, mając nadzieję, że Lance i Travis mnie nie usłyszą.

- Ta. Nie prowadzę.

- Przecież masz siedemnaście lat?

Obdarza mnie tym samym półuśmiechem, którym przywitał mnie na początku.

- Przeglądałaś mój profil...

- Chciałam się upewnić, że nie jesteś kurą domową pogrążoną w depresji czy coś - wyjaśniam i ruszam w stronę samochodu.

Nie dodaję, że żałuję, iż nie chwalił się w profilu swoją znajomością z Brianem Jacksonem. Nigdy nie zgodziłabym się na to spotkanie.

Otwieram auto i przerzucam śmieci leżące na siedzeniu pasażera do tyłu. Zostawiam kilka zatłuszczonych toreb po fast foodzie na podłodze. Uznaję, że może po prostu postawić na nich stopy. Nieważne. Przecież mnie nie odrzuci dlatego, że jestem bałaganiarą.

Roman wsiada i klepie dłońmi w zakurzoną deskę rozdzielczą.

- Niezła bryka. - Stare torby chrzęszczą pod jego tenisówkami. - Widać, że o nią dbasz.

Ignoruję jego komentarze i wkładam kluczyk do stacyjki. Silnik charkocze. Manewruję kierownicą i wyprowadzam auto z parkingu. Potem zerkam na niego. Spogląda prosto przez przednią szybę. Jego piwne oczy są szeroko otwarte, ale puste. Po raz pierwszy naprawdę to widzę. FrozenRobot nie żartuje. FrozenRobot chce umrzeć. W nim też mieszka czarny ślimak.

wtorek, 12 marca

26 dni do końca

Muzyka, zwłaszcza muzyka klasyczna, a już w szczególności Requiem d-moll Mozarta, posiada energię kinetyczną. Jeśli dobrze się wsłuchasz, możesz rozpoznać drżenie smyczka nad strunami skrzypiec, gotowego, by zagrać kolejne nuty, wprawić je w ruch. A kiedy już te nuty znajdą się w powietrzu, zderzają się ze sobą, iskrzą, eksplodują.

Spędzam dużo czasu na rozmyślaniach, jakie to uczucie umierać. Jak brzmi umieranie? Czy eksploduję jak te nuty, wydam ostatni okrzyk bólu, a potem zamilknę na zawsze? Czy może zamienię się w szum elektryczności statycznej, który można usłyszeć, jeśli człowiek wystarczająco się skupi?

Ale gdybym jeszcze nie fantazjowała o umieraniu, to praca w call center Tucker's Marketing Concepts zdecydowanie by mnie do tego skłoniła. Mają szczęście, że ta przypadłość rozwinęła się u mnie już wcześniej - nie zażądam od nich odszkodowania za złe warunki pracy.

Tucker's Marketing Concepts to firma telemarketingowa mieszcząca się w piwnicy obskurnej galerii handlowej, a ja jestem jej jedyną pracownicą, która nie była naocznym świadkiem upadku Rzymu. Szare plastikowe stoły, prawdopodobnie kupione hurtem w Costco, stoją w rzędach, każdy pracownik ma swój telefon i komputer, a wszędzie śmierdzi pleśnią i przypaloną kawą. Aktualnie przeprowadzamy ankietę dla Paradise Vacations. Chcą wiedzieć, co ludzie cenią sobie bardziej na wakacjach: jakość jedzenia i napojów czy warunki w pokojach hotelowych. Wybieram następny numer ze swojej listy: pani Elena George, zamieszkała przy Mulberry Street.

- Halo? - rozbrzmiewa w słuchawce chropowaty głos.

- Dzień dobry, pani George. Nazywam się Aysel i dzwonię z Tucker's Marketing Concepts w imieniu firmy Paradise Vacations. Czy ma pani chwilkę, żeby odpowiedzieć na kilka pytań? - W moim głosie brak melodyjności typowej dla pozostałych telemarketerów. Raczej nie należę do wyróżniających się pracowników TMC.

- Mówiłam wam, żebyście przestali dzwonić pod ten numer! - oświadcza pani George i odkłada słuchawkę.

"Może pani uciekać, ale i tak się pani nie ukryje, pani George". Sporządzam notatkę w moim rejestrze połączeń. Najwyraźniej pani George nie jest zainteresowana dwutygodniowymi wakacjami na Hawajach z szansą zakupu czasowego prawa do własności wczasowej. Sorry, Paradise Vacations.

Wykonanie dwóch telefonów bez zrobienia sobie przerwy jest ponad moje siły, więc odwracam się w stronę komputera. Jedyną zaletą mojej pracy jest darmowy, nieograniczony dostęp do sieci. Klikam dwukrotnie w przeglądarkę i loguję się z powrotem na Smooth Passages. To w tej chwili moja ulubiona strona internetowa.

- Aysel - warczy pan Palmer, mój kierownik, jak zawsze błędnie wymawiając moje imię. Wymawia się je "Uh-zell", a nie "Ay-zal", ale jego to nie obchodzi. - Ile razy ci mówiłem, żebyś nie bawiła się komputerem? - Wskazuje na mój rejestr połączeń. - Wciąż masz mnóstwo numerów do obdzwonienia.

Pan Palmer to taki typ, którego całe życie mogłoby się odmienić, gdyby chociaż raz udał się do innego fryzjera. Włosy ma przystrzyżone na pieczarkę, w stylu charakterystycznym dla patykowatych uczniów klasy szóstej. Naprawdę mam ochotę mu powiedzieć, że fryzura na jeża uwydatniłaby linię jego szczęki, ale chyba jest całkiem szczęśliwy z panią Palmer i nie odczuwa potrzeby zmian. Nie, pan Palmer nie przeżywa kryzysu wieku średniego. Ale z niechęcią muszę przyznać, że odrobinę mu zazdroszczę: jego przynajmniej można naprawić. Kilka ciachnięć nożyczkami i będzie jak nowy. Nie ma niczego takiego, co mogłoby naprawić mnie.

- Co takiego? - pyta pan Palmer, kiedy zauważa, że się na niego gapię.

- Ma pan ładne włosy - wyjaśniam, obracając się na krześle. Moja praca ma jednak dwie zalety: darmowy internet i obrotowe krzesło.

- Hę? - dziwi się.

- Ma pan ładne włosy - powtarzam. - Myślał pan kiedyś o tym, żeby ostrzyc się inaczej?

- Wiesz co? Zaryzykowałem, zatrudniając cię. - Pan Palmer wymachuje pomarszczonym palcem koło mojej twarzy. - Wszyscy w miasteczku mówili mi, że będą z tobą kłopoty z powodu twojego... - urywa i odwraca wzrok.

"Z powodu twojego ojca" - kończę w myślach rozpoczęte przez niego zdanie. Usta wypełnia mi kwaśny, metaliczny posmak, który zaczęłam rozpoznawać jako upokorzenie. Moje życie można podzielić równo na dwie części: zanim mój ojciec trafił do wieczornych wiadomości i po tym wydarzeniu. Na moment puszczam wodze fantazji i zastanawiam się, jak wyglądałaby ta rozmowa, gdyby mój ojciec nie był moim ojcem. Pan Palmer prawdopodobnie nie zwróciłby się do mnie tak, jakbym była zbłąkanym kundlem buszującym w jego kuble na śmieci. Chcę wierzyć, że miałby więcej taktu. Ale teraz nikt już nie marnuje go na mnie.

Nagle uderza mnie myśl, którą staram się wyrzucić z głowy: "Wcale nie czułabyś się inaczej". Przyciskam podbródek do klatki piersiowej.

- Przepraszam, panie Palmer. Już zabieram się do pracy.

Pan Palmer nic nie mówi, podnosi tylko wzrok na trzy gigantyczne lśniące bannery, które niedawno zawisły na tylnej ścianie biura. Każdy z nich przedstawia Briana Jacksona w jakieś pozie - ręce skrzyżowane na piersi, ręce wyciągnięte nad głową w geście zwycięstwa, ręce przyciśnięte do boków w trakcie biegu. Zdjęcia obrobiono w Photoshopie, żeby miał idealną cerę, ale nie było potrzeby zmieniać jego popielatych włosów czy jasnoniebieskich oczu. A ponieważ mijałam go często na szkolnych korytarzach, wiem, że mięśnie łydek naprawdę ma takie duże. Na dole każdego z bannerów widnieją słowa nagryzmolone wielkimi czerwonymi literami: "WYCHOWANY W LANGSTON, KENTUCKY, PRZYSZŁY OLIMPIJCZYK". Bannery nie wspominają o pierwszym chłopcu z Langston, który niemal zakwalifikował się do igrzysk. Ale nie muszą. Gdy tak obserwuję pana Palmera, wpatrującego się w banner, wiem, że myśli o nim - o tym pierwszym chłopcu. Niemal każdy, kto widzi zroszone potem czoło i muskularne łydki Briana Jacksona, musi pomyśleć o jego starszym bracie, Timothym Jacksonie. I niemal każdy, kto widzi jeden z tych bannerów, a potem widzi mnie, musi o nim pomyśleć.

Pan Palmer w końcu odrywa oczy od plakatu i odwraca się do mnie, ale nie potrafi spojrzeć mi w oczy. Patrzy gdzieś ponad czubkiem mojej głowy i odchrząkuje:

- Słuchaj, Aysel. Może byłoby lepiej, gdybyś jutro nie przychodziła. Może weźmiesz sobie dzień wolny?

Przyciskam łokcie do stolika, żałując, że nie mogę się wtopić w szary plastik, syntetyczną mieszankę polimerów. Czuję, jak pod ciężarem ciała na skórze zaczynają robić mi się siniaki. W myślach nucę Toccatę i fugę d-moll Bacha. Mój umysł wypełnia się mrocznymi organowymi nutami i wyobrażam sobie, jak klawisze układają się na kształt drabiny prowadzącej do pustej, spokojnej przestrzeni. Do miejsca z dala od TMC, z dala od pana Palmera, z dala od wszystkich i wszystkiego. Pan Palmer najwyraźniej bierze moje milczenie za zakłopotanie, a nie za całkowite, skrajne zażenowanie. Wyciąga dłonie przed siebie, kręcąc nadgarstkami, jakby właśnie mył ręce. Wzbudzam to pragnienie u większości ludzi - chęć wyszorowania dłoni do czysta.

- Jak zapewne wiesz, jutro będziemy dzwonić w imieniu miasteczka Langston, aby zachęcić jak najwięcej osób do udziału w sobotnim wiecu na cześć Briana Jacksona. - Głos pana Palmera odrobinę drży. Mężczyzna zerka z powrotem na banner, jakby dzięki skupionemu obliczu młodego sportowca mógł znowu zebrać się na odwagę, by dokończyć myśl. Najwyraźniej magia Briana działa, bo szybko odzyskuje głos. - Brian przyjeżdża do domu na weekend z obozu treningowego i miasto chce mu zgotować ciepłe powitanie. Wiem, że chciałabyś pomóc, ale obawiam się, że niektórzy z naszych klientów mogliby się poczuć niekomfortowo, słysząc, że to ty zapraszasz ich na ten wiec ze względu na... cóż... ze względu na twojego ojca i... - Pan Palmer zniża głos, zaczyna mamrotać. Z jego ust płynie mieszanka przeprosin, wyjaśnień i oskarżeń.

Staram się powstrzymać śmiech. Zamiast myśleć o absurdalności tej sytuacji, o tym, że najwyraźniej nie nadaję się nawet na telemarketerkę, skupiam się na słowie "klienci", użytym przez pana Palmera. Nie sądzę, by ludzie, których na co dzień nękamy, uważali siebie za naszych klientów. Już prędzej za ofiary. A przez to, co zrobił mój ojciec, z łatwością wywołuję w ludziach obawę, że staną się rzeczywistymi ofiarami.

Wytrącony z równowagi i zaczerwieniony pan Palmer oddala się od mojego biurka i zaczyna przechadzać między rzędami. Prosi Marie, żeby przestała żuć gumę, i błaga Tony'ego, żeby powstrzymał się przed rozsmarowaniem tłuszczu z hamburgera po całej klawiaturze. Gdy już znajdzie się w bezpiecznej odległości ode mnie, znowu odpalam Smooth Passages. W prostych słowach, jest to strona internetowa dla ludzi, którzy chcą umrzeć. Istnieją setki takich witryn. Czasami bardziej wyszukanych, czasami bardziej niszowych, dla osób preferujących konkretny sposób odejścia, powiedzmy, śmierć przez uduszenie. Są też strony dla konkretnego typu osób, na przykład kontuzjowanych sportowców w depresji. Wciąż nie znalazłam takiej, która byłaby przeznaczona dla niechcianych córek psychotycznych przestępców, więc na razie Smooth Passages jest dla mnie dobrym miejscem.

Witryna jest prosta. Żadnych efekciarskich czy kiczowatych sztuczek w HTML-u. Jest czarno-biała. Z klasą. To znaczy, jeśli strona internetowa poświęcona samobójstwu w ogóle może mieć klasę. Są tu fora dyskusyjne, gdzie zaglądam najczęściej. Ostatnio naprawdę zainteresowałam się grupą Partnerzy do Samobójstwa.

Problem z samobójstwem, z czego większość osób nie zdaje sobie sprawy, polega na tym, że naprawdę trudno jest je popełnić. Wiem, wiem. Ludzie wiecznie gadają, że samobójstwo to tchórzostwo. I tak chyba jest. W tym sensie, że człowiek się poddaje, rezygnuje. Ucieka od czarnej dziury, jaką jest jego przyszłość, nie dopuszcza do tego, by wyrosnąć na kogoś, kim absolutnie nie chciałby się stać. Ale tchórzliwość tego aktu wcale nie gwarantuje, że będzie on prosty. Problem polega na tym, że obawiam się, iż mój instynkt przetrwania jest zbyt rozwinięty. Zupełnie jakby mój pogrążony w depresji umysł i tętniące życiem ciało toczyły nieustanną walkę. Martwię się, że w ostatniej chwili moje ciało wygra jakimś impulsywnym szarpnięciem i skończy się na tym, że przerwę w połowie to, co zamierzam zrobić. Nic nie przeraża mnie bardziej niż nieudana próba. Ostatnia rzecz, jakiej pragnę, to skończyć na wózku inwalidzkim, jeść papkę i być pilnowaną przez całą dobę przez jakąś opryskliwą pielęgniarkę, która nie kryje się ze swoją obsesją na punkcie kiczowatych reality show. I właśnie dlatego ostatnio przeglądam sekcję Partnerzy do Samobójstwa.

Działa to chyba tak, że znajdujesz jakąś inną ofiarę losu, która mieszka stosunkowo niedaleko, i czynisz ostateczne plany razem z nią. Z tego, co się orientuję, takie samobójstwo pod naciskiem grupy rówieśniczej jest cholernie skuteczne. Piszę się na to.

Przeglądam posty. Żaden z ogłoszeniodawców nie wydaje mi się odpowiedni. Albo mieszkają zdecydowanie za daleko (dlaczego tak wielu ludzi w Kalifornii ma ochotę strzelić sobie w łeb? Czy życie nad oceanem nie powinno dawać szczęścia?), albo należą do nieodpowiedniej grupy demograficznej (naprawdę nie chcę się wplątywać w czyjeś kłopoty małżeńskie - zestresowane matki dowożące dzieci na kolejne treningi sportowe to nie dla mnie). Rozważam zamieszczenie własnego ogłoszenia, ale nie jestem pewna, co miałabym w nim napisać. Poza tym nie ma nic smutniejszego, niż wyjść innym naprzeciw w poszukiwaniu partnera i zostać odrzuconym. Zerkam przez ramię i widzę, że pan Palmer jest kilka rzędów dalej. Masuje ramiona Tinie Bart. Zawsze masuje ramiona Tinie Bart. Może jednak nie jest tak szczęśliwy z panią Palmer, jak myślałam?

Pan Palmer przyłapuje mnie na tym, że się na niego gapię, i kręci głową. Robię jak najsłodszą minę, podnoszę słuchawkę i wybieram następny numer w moim rejestrze: Samuel Porter, zamieszkały przy Galveston Lane. Podczas gdy wsłuchuję się w sygnał, mój komputer nagle wydaje głośne bipnięcie. Cholera, zawsze zapominam o wyłączeniu dźwięku. Laura, pani w średnim wieku, która pracuje obok mnie i używa szminki zbyt jaskrawej w stosunku do swojej pożółkłej cery, spogląda na mnie, unosząc brew. Wzruszam ramionami.

- Chyba oprogramowanie się aktualizuje - mówię bezgłośnie.

Laura przewraca oczami. Najwyraźniej jest chodzącym wykrywaczem bzdur.

Pan Samuel Porter nie odbiera telefonu. Najwidoczniej nie tęskni za piciem pi?a colady. Odkładam słuchawkę i klikam z powrotem stronę Smooth Passages. Wygląda na to, że dźwięk zwiastował pojawienie się nowej wiadomości na forum Partnerzy do Samobójstwa. Jest zatytułowana "7 kwietnia". Otwieram ją:

Przyznam, że wcześniej uważałem, że to głupie. O to właśnie chodzi w samobójstwie, żeby móc być samemu na zawsze. Nigdy więc nie rozumiałem, dlaczego miałbym chcieć zrobić to w towarzystwie kogoś innego. Ale teraz to się zmieniło. Denerwuję się, że stchórzę w ostatniej chwili czy coś. Są też inne powody, ale wolałbym się nad nimi tutaj nie rozwodzić.

Mam tylko kilka wymogów. Po pierwsze, nie chcę tego zrobić z kimś, kto ma dzieci. Takie gówno to dla mnie zbyt ciężki kaliber. Po drugie, nie możesz mieszkać dalej niż godzinę drogi ode mnie. Wiem, że to może być trudne, bo mieszkam na zadupiu, ale na razie będę się tego trzymał. I po trzecie, musimy to zrobić 7 kwietnia. Ta data nie podlega negocjacji. Napisz do mnie, jeśli chcesz wiedzieć więcej.

FrozenRobot

Sprawdzam statystyki FrozenRobota i staram się nie osądzać jego nazwy użytkownika. Ale FrozenRobot? Serio? Rozumiem, że wszyscy na tym forum działają odrobinę... no dobra, działają całkowicie pod wpływem emocji. Mimo wszystko... Ludzie, miejcie trochę godności.

FrozenRobot to najwyraźniej chłopak. Ma siedemnaście lat, a więc jest tylko rok starszy ode mnie. W porządku. Och... i mieszka w Willis w stanie Kentucky, czyli jakieś piętnaście minut drogi ode mnie. Dreszcz przenika mnie do szpiku kości i przypominam sobie, że tak właśnie wygląda ekscytacja. FrozenRobot ma idealne wyczucie czasu. Możliwe, że po raz pierwszy w życiu mi się poszczęściło. Wszechświat najwyraźniej daje mi znak: jeśli masz szczęście tylko wtedy, gdy planujesz samobójstwo, to zdecydowanie najwyższa pora, aby odejść.

Raz jeszcze czytam wiadomość - 7 kwietnia mi odpowiada. Dziś mamy 12 marca. Wytrzymam jeszcze z miesiąc, chociaż ostatnio każdy dzień zdaje się trwać wieczność.

- Aysel - słyszę głos pana Palmera.

- Co takiego? - pytam, ledwie zwracając na niego uwagę.

Podchodzi i staje za mną, po czym stuka w monitor mojego komputera. Próbuję zminimalizować okno.

- Słuchaj, nie obchodzi mnie, co robisz w wolnym czasie, ale nie zajmuj się tym w pracy. Rozumiesz? - Jego głos opada jak siedzisko starej kanapy.

Byłoby mi żal pana Palmera, gdybym całej swojej litości nie skupiła na sobie. Zaryzykuję przypuszczenie, że pan Palmer nie zna strony Smooth Passages. Pewnie myśli, że oglądam jakiś portal dla fanów heavy metalu czy coś. Nie ma pojęcia, że wolę muzykę miękką i instrumentalną. Czy rodzice nie nauczyli go, by nie kierował się w życiu stereotypami? Fakt, że jestem szesnastolatką, która ciągle chodzi w ciemnych koszulach w paski i nosi niesforną burzę kręconych włosów, nie oznacza, że nie potrafię docenić przyzwoitego solo na skrzypcach czy spokojnego koncertu fortepianowego.

Pan Palmer oddala się, a ja słyszę, jak Laura prycha.

- O co chodzi? - pytam ją.

- Nie masz internetu w domu? - Patrzy na mnie, marszcząc brwi. Sączy kawę, którą dostajemy tutaj za darmo, a brzeg jej plastikowego kubka jest poplamiony tą fatalną jagodową szminką.

- Nie masz kawy w domu? - odbijam piłeczkę.

Laura wzrusza ramionami. Wydaje mi się, że na znak, że rozmowa skończona, ale właśnie wtedy dodaje:

- Praca to nie miejsce na umawianie randek. Rób to w wolnym czasie. Wpędzisz nas wszystkich w kłopoty.

- Jasne.

Spoglądam na klawiaturę. Nie ma sensu tłumaczyć Laurze, że nie szukam chłopaka, a w każdym razie nie takiego chłopaka. Wpatruję się w okruszki serowych krakersów tkwiące w przestrzeni między klawiszami F i G. Właśnie wtedy podejmuję decyzję: odpiszę FrozenRobotowi. Umówimy się na randkę: 7 kwietnia.

środa, 13 marca

25 dni do końca

Jedynym plusem czirliderskich popisów Georgii jest to, że od czasu do czasu mam dom tylko dla siebie, co oznacza, że mogę do woli używać komputera. Normalnie nie wolno mi tego robić, w każdym razie nie bez niechcianych świadków. W naszym domu jest tylko jeden komputer, pochodzący prawdopodobnie z epoki lodowcowej. Działa wolniej od żółwia, a klawiatura jest lepka od owocowego ponczu, który wylał na nią Mike. Chociaż mama myśli, że Steve jest mężczyzną jej marzeń - zamożnym, odnoszącym sukcesy uczciwym biznesmenem - prawda jest taka, że Steve pracuje przy taśmie produkcyjnej w fabryce Sparkle'a.

Sparkle, producent kiepskiej pasty do zębów i płynu do płukania ust, generalnie zapewnia zatrudnienie większości mieszkańców Langston. Owszem, Steve uczciwie zarabia na życie i na razie udało mu się nie wylądować w więzieniu, czego nie da się powiedzieć o moim ojcu, ale to nie znaczy, że stać go na to, by kupić nam wszystkim laptopy, więc musimy korzystać z tego gruchota. Lecz dziś wieczorem ten gruchot jest cały mój.

Loguję się na portalu Smooth Passages. Sama strona główna ładuje się z dziesięć minut - Steve nie zamierza płacić za szerokopasmowe łącze. Gdy w końcu udaje mi się zalogować, widzę, że dostałam wiadomość od FrozenRobota:

Jeśli naprawdę traktujesz sprawę poważnie, powinniśmy ustalić czas i miejsce spotkania. Ale musisz być rzeczywiście zdecydowana. Nie chcę, żeby zawracała mi głowę niepoważna osoba.

Roman

Nie mogę uwierzyć, że ktoś, kto kryje się za nickiem FrozenRobot, podejrzewa mnie o bycie niepoważną. Za to jego prawdziwe imię brzmi dość posępnie. Odpisuję mu bez drwiny:

Jestem śmiertelnie poważna. Nie no, na serio. Jestem zdecydowana. Jak pisałam, pochodzę z Langston. Gdzie chcesz się spotkać?

Zostaję na portalu odrobinę dłużej. Według informacji zamieszczonej na forum Partnerzy do Samobójstwa ElmoRains i TBaker14155 zdecydowali się na wiadomy krok. Nie wiem, w jaki sposób użytkownik SovietSummer231 zdobył tę informację, ale mam nadzieję, że FrozenRobot i ja odniesiemy podobny sukces. Wstrząsa mną dreszcz i z trudem przełykam ślinę. Boże, to wszystko jest takie pokręcone.

Wlepiam wzrok w sufit. Zastanawiam się, czy odważyłabym się powiesić. Gdybym zebrała się na odwagę, nie musiałabym szukać pomocy na Smooth Passages.

Komputer wydaje dźwięk podobny do dzwonka do drzwi. Pochylam się nad monitorem i widzę, że FrozenRobot mi odpowiedział. Wygląda na to, że on też nie ogląda żadnych meczów barażowych. Otwieram wiadomość:

Może jutro o 17:30? Możemy się spotkać przy barze z piwem imbirowym na poboczu drogi stanowej nr 36. Wiesz, gdzie to jest? To powinno być blisko ciebie. Włożę czerwoną czapkę, żebyś mnie rozpoznała.

Roman

Jestem trochę zaniepokojona, że FrozenRobot alias Roman chce się spotkać w tak publicznym miejscu. Chyba to oznacza, że nie jest seryjnym mordercą ani gwałcicielem czy kimś podobnym. Ale czy byłoby tak źle, gdyby się nim okazał? Przynajmniej szybko miałabym to z głowy. Chyba że kręciłyby go tortury. To nie byłoby dobre. Nie chcę umierać długo. Chcę błyskawicznej śmierci. Takim już jestem tchórzem.

Odpisuję mu, że godzina i miejsce mi pasują. Kończę pracę o siedemnastej, więc po prostu skłamię mamie, że muszę posiedzieć w firmie do późna. To będzie łatwe. Nie za bardzo podoba mi się lokalizacja, którą wybrał FrozenRobot, ale nie chcę zaczynać naszej znajomości od marudzenia. To miejsce jest popularne wśród dzieciaków takich jak moja siostra. Po meczach robi się tam straszny tłok. Czirliderki dzielą się napojami z pływającą w nich gałką lodów, a koszykarze pożerają porcje frytek z chili z wołowiną i żółtym serem. Ohyda. Rozumie się samo przez się, że ja tam nie pasuję. Nie, żebym pasowała gdziekolwiek.

Wylogowuję się z portalu, wyłączam komputer i wracam na górę. Wyciągam z plecaka podręcznik do fizyki. To dziwne, ale im bliżej jestem śmierci, tym bardziej mam ochotę na naukę. Chyba po prostu nie chcę umrzeć jako kompletny debil. Otwieram zeszyt i przepisuję zadania z końca rozdziału, które kazał nam rozwiązać pan Scott. Zaczynamy omawiać dział dotyczący zasady zachowania energii. Według pana Scotta energii nie można wytworzyć czy zniszczyć - można ją tylko przenieść. Energia potencjalna może się zmienić w kinetyczną i odwrotnie, ale energia nie może tak po prostu zniknąć. To nie ma dla mnie zbyt dużego sensu. Ponownie czytam pierwsze zadanie: "Spadochroniarz ważący 65 kilogramów stoi w samolocie, który znajduje się 600 metrów nad ziemią. Oblicz energię potencjalną spadochroniarza przed wyskoczeniem z samolotu".

Ołówek trzęsie mi się w dłoni. Zwalczam chęć obgryzania gumki. To nie zadanie przysparza mi problemów. Wiem, którego wzoru powinnam użyć, a kalkulator może wszystko za mnie policzyć. Chodzi o to, że skoro energii nie da się zniszczyć, to nie potrafię pojąć, co się z nią dzieje, kiedy odchodzimy. Robi mi się niedobrze na samą myśl o tym. Układam własne zadanie: "Szesnastoletnia Aysel Seran zwisa z sufitu na wysokości dwa i pół metra. Jej masa wynosi pięćdziesiąt dwa kilogramy. Ile energii potencjalnej ma nastolatka? Co stanie się z całą tą energią, kiedy dziewczynka umrze? W co ta energia zostanie zamieniona?". Czy martwe ciało wciąż posiada energię potencjalną, czy też przechodzi ona w coś innego? Czy energia potencjalna może po prostu wyparować i zmienić się w nicość? To pytanie, na które nie znam odpowiedzi. To pytanie mnie prześladuje.