II. Wybuch wojny
II
Wybuch wojny
Latem 1939 r. jak zwykle byliśmy na letnisku. Na jesieni miałam
rozpocząć naukę w Liceum imienia Marii Konopnickiej. Miałam wtedy 16
lat. Na letnisku panował nastrój niespokojnego wyczekiwania.
Codziennie słuchaliśmy uważnie radia. Spodziewaliśmy się wybuchu wojny,
choć mieliśmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. W naszym domu na
Elsterskiej mieszkał włoski dziennikarz, pan de Andreis. Zapewniał, że
wojny na pewno nie będzie.
Ojciec był oficerem rezerwy, spodziewaliśmy się, że w każdej chwili
będzie powołany do wojska. Pierwszego września dowiedziałyśmy się na
letnisku w Emowie z radia, że wojna wybuchła. Ojciec był wtedy w Warszawie. Mama postanowiła wrócić do Warszawy. Nie chciała, aby ojciec
był sam. Zdecydowała się na to mimo wieści o bombardowaniach i realnym
zagrożeniu. Spakowałyśmy manatki na chłopski wóz. Pamiętam, że
gospodarz, który nas zawsze woził, nie za bardzo chciał ryzykować jazdę
do Warszawy. Jednak w końcu zdecydował się, pewnie za większą opłatą. Do
domu dojechaliśmy 4 września.
W naszej okolicy były już bombardowania. Mieszkaliśmy blisko Ronda
Waszyngtona. Aleją Waszyngtona wycofywały się na wschód polskie oddziały
wojskowe i przemieszczała się ludność cywilna. Tłumy ludności cywilnej z tobołami, kobiety z dziećmi, wózkami. Wszyscy szli Aleją Waszyngtona
przez Most Poniatowskiego i dalej w kierunku Grochowa. Uchodźcy często
zatrzymywali się w naszym domu. Oczywiście zawsze był dla nich jakiś
posiłek, coś gorącego. Dziwiliśmy się, po co właściwie tam idą, na
niepewne. Zwłaszcza matki z małymi dziećmi. Namawialiśmy ich nawet, aby
zostali u nas. Ludzie nie chcieli jednak zostać, uciekali dalej. Zbliżał
się front. Niemcy podeszli od południa do ul. Paryskiej już 9 września.
Były bombardowania Waszyngtona i Mostu Poniatowskiego, bo był tu tłum
ludzi i wojsko. Bomby spadły między innymi na garaż naszych sąsiadów po
przeciwległej stronie ulicy. Wtedy, 7 lub 8 września, ojciec postanowił
wyprowadzić rodzinę dalej od ronda. Porozumiał się ze swoim znajomym,
panem Moykowskim, który miał dom na ul. Irlandzkiej. Wzięliśmy trochę
odzieży, pościel, naczynia kuchenne itp.
W dniu 10 września poszliśmy z ojcem na Elsterską
zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Rozpoczął się nalot. Ja zawróciłam.
Ojciec, weteran wojny 1920 r., poszedł sam. Chciał przeczekać nalot,
paląc papierosa we wnęce na klatce schodowej przy wejściu do domu. Gdy
uderzyła bomba, połowa domu runęła, ale podest klatki schodowej nad nim
nie zawalił się i zatrzymał gruz. Został ogłuszony, przysypany do pasa,
ale ocalał. Zostaliśmy na długie lata wojny właściwie bez niczego: bez
dachu nad głową, sprzętów, odzieży, książek itd.
Mieszkańcy dzielnicy zaczęli uciekać przez Most Poniatowskiego do
Śródmieścia. My również około 15 września wyruszyliśmy za Wisłę. Most
był ostrzeliwany, było w nim mnóstwo dziur. W czasie przeprawy do
Śródmieścia zginęło tam wiele osób, między innymi Halina Szmolcówna,
słynna tancerka, żona dyrygenta Grzegorza Fitelberga.
Resztę oblężenia spędziliśmy w Śródmieściu. Ojciec nie dostał powołania
do wojska, widocznie nie zdążono, ale w czasie oblężenia brał udział w przenoszeniu amunicji. Początkowo przebywaliśmy w Prudentialu na Placu
Napoleona. Ojciec kiedyś przez pewien czas tam pracował, a jego znajomy,
pan Moykowski, był dyrektorem. Wydawało się nam, że tam będzie bardzo
bezpiecznie. Były tam wspaniałe kilkukondygnacyjne schrony. Ale budynek
ten był bardzo bombardowany. Wybuchł pożar, a do schronu, w którym
byliśmy, zaczęła przeciekać woda. Strażacy poradzili, aby się stamtąd
wynieść -?nie wiadomo, co będzie dalej, a nuż strop się zawali.
W tej sytuacji przenieśliśmy się do Banku Rolnego, gdzie ojciec ostatnio
pracował. Bank mieścił się na ul. Nowogrodzkiej, naprzeciwko Romy. Tam
przebywaliśmy w skarbcu. Skarbiec miał wyjątkowo mocne stropy i ściany,
a więc było to bezpieczne miejsce. Jednak było bardzo ciasno, ludzie
siedzieli jeden na drugim. Spało się na krzesłach, na podłodze. Budynek
został stosunkowo mało zniszczony w czasie działań wojennych.
Przesiedzieliśmy tam do końca oblężenia.
Gdy skończyło się oblężenie Warszawy, wróciliśmy na Saską Kępę do
pustego jednopokojowego mieszkanka. Było to jakieś trzy dni po
kapitulacji, w pierwszych dniach października 1939 r. Mimo że nasza
rodzina straciła wszystko, mimo że zostaliśmy nędzarzami, nikt się tym
nie przejmował. Najważniejsze było, że nikt z naszej rodziny nie zginął,
wszyscy ocaleli w czasie bombardowań.
III. Okupacja
III
Okupacja
Nasze bytowanie w czasie okupacji nie było łatwe. Ojciec chwytał się
różnych prac. Pracował jako administrator budynków, prowadził meldunki.
Wykonywał inne dorywcze prace. Jako szesnastoletnia dziewczyna starałam
się pomóc rodzicom. Udzielałam korepetycji, wykonywałam kreślenia,
robiłam na drutach. Pamiętam, że moje wyroby dziewiarskie odstawiałam do
sklepu na Mokotowskiej. Wełnę uzyskiwałam ze sprutych swetrów.
Niemcy pozamykali szkoły ogólnokształcące i wyższe. Pozostawiono tylko
szkoły zawodowe. Dla dziewcząt były to np. szkoły gospodarstwa domowego,
krawieckie, handlowe. Dla chłopców szkoły budowlane, rzemieślnicze itp.
Oficjalnie istniały tylko takie szkoły. Przedwojenni nauczyciele nie
dali za wygraną i zaczęli organizować tajne nauczanie. W szkołach,
których budynki ocalały, prowadzono zajęcia na poziomie szkół średnich
pod przykrywką szkół zawodowych.
Tak było w budynku szkoły Sióstr Nazaretanek, gdzie oficjalnie mieściła
się szkoła krawiecka. Siostry zakupiły maszyny do szycia. Uczennice
chodziły na praktykę krawiectwa do warszawskiego getta. Szyto mundury
dla Niemców. Moja o 2 lata młodsza siostra zdała w tej szkole tzw. małą
maturę. Dopiero po wojnie dowiedziała się, że niektóre jej szkolne
koleżanki były chronionymi przez siostry w tajemnicy Żydówkami. W ten
sposób uratowały się one przed niemieckim szaleńczym polowaniem na
Żydów.
Budynek Liceum imienia Marii Konopnickiej, do którego zdałam latem 1939
r., mieszczący się przy ulicy Barbary, został zniszczony. W tej sytuacji
nauka była organizowana na tajnych kompletach. Tworzone były komplety po
pięć dziewcząt. Nauka odbywała się codziennie w prywatnych mieszkaniach.
Miejsca były zmieniane, ze względów konspiracyjnych. Biedni nasi
nauczyciele, którzy mieli po ileś kompletów dziennie, biegali z jednego
końca Warszawy na drugi, żeby zdążyć. Nigdy się nie spóźniali, zawsze
można było na nich liczyć. Były wszystkie przedmioty, które były przed
wojną: język polski, francuski, matematyka, fizyka. Nawet ksiądz
przychodził na
religię.
Odczuwałyśmy brak podręczników, choć niektóre z nas zachowały
podręczniki przedwojenne. Poza tym korzystałyśmy z notatek robionych na
lekcjach, a przede wszystkim z bezpośrednich wykładów nauczycieli.
Zadawane były zadania domowe, rozwiązywałyśmy zadania matematyczne. Na
moim komplecie miałam świetną matematyczkę, panią Straszyńską, dzięki
której nie miałam trudności z egzaminem na studia wyższe. Za komplety
się nie płaciło. Wydaje mi się, że nauczyciele otrzymywali wynagrodzenie
z Departamentu Oświaty i Kultury Państwa Podziemnego. Wynagrodzenia te
były raczej bardzo skromne.
Maturę zdawałam konspiracyjnie w 1941 r. w szkole, która oficjalnie
istniała jako zawodowa. Mieściła się ona na ul. Bagatela. Tam w dzień
maturalny zgromadzono nas w sali, ze dwadzieścia dziewcząt.
Pamiętam, jak podano nam tematy maturalne. Z polskiego miałam temat:
"Warszawa w oczach Bolesława Prusa". Drugi pisemny egzamin maturalny, z matematyki, był w tym samym budynku. Potem były egzaminy ustne z polskiego, historii i matematyki.
Nauka konspiracyjna nie chroniła młodzieży przed ulicznymi łapankami do
przymusowej pracy. Nie miałyśmy z tytułu tej nauki żadnych legitymacji.
Dziewczęta, które były jednocześnie w szkole zawodowej albo pracowały,
miały legitymacje, czuły się wtedy pewniej. Każda z nas miała w związku
z tym różne zajęcia poza nauką. Ja w trakcie nauki w liceum pracowałam w biurze informacyjnym PCK, które mieściło się w obecnym Teatrze Ateneum
przy ul. Czerwonego Krzyża. Ta praca dawała mi legitymację i w pewnym
sensie chroniła. Do biura PCK chodziłam po południu na dwie godziny.
Mieszkałam na Saskiej Kępie, biuro mieściło się za Wisłą, nie miałam
więc daleko do domu. Miałam "dobrą" legitymację "pecekowską".
Po zrobieniu matury, we wrześniu 1941 r. zapisałam się na Kursy Rysunku
Technicznego Jagodzińskiego, oficjalnie działającej szkoły technicznej.
Była to jednocześnie jedna ze szkół "przykrywek", realizujących tajne
nauczanie na poziomie wyższym -?tajnej politechniki. Był tam wydział
budowlany, mechaniczny i chyba też elektryczny. Dostałam się na wydział
budowlany. Szkoła mieściła się na ul. Śniadeckich, w dawnym budynku
szkolnym.
Jednym z głównych organizatorów tajnej Politechniki był przedwojenny
dziekan wydziału architektury, światowej sławy specjalista w dziedzinie
konstrukcji stalowych, profesor Stefan Bryła. Był to człowiek dużej
odwagi i poświęcenia, szalenie oddany młodzieży. W zachowaniu swym był
dosyć oschły (potrafił człowieka czasami zbesztać, zawsze zresztą
zasłużenie), jednak bardzo dbał, żeby młodzież się uczyła. Zawsze nam
powtarzał: "Uczcie się, nie zaniedbujcie nauki. To, co teraz zrobicie,
wszystko wam będzie po wojnie zaliczone". Zajęcia odbywały się w godzinach popołudniowych, a wykładowcami byli profesorowie Politechniki
Warszawskiej. Poziom był więc wysoki.
Niemcy nie mieli świadomości, jakiego typu zajęcia są realizowane w tej
szkole. Część wykładów była prowadzona właśnie w oficjalnej szkole na
tak zwanych kursach rysunku technicznego, natomiast część przedmiotów
była prowadzona na kompletach.
Wykłady z matematyki prowadził, ze swoimi asystentami, profesor Witold
Pogorzelski, profesor Politechniki Warszawskiej, znany matematyk.
Geometrię wykreślną wykładał Edward Otto, który tytuł profesorski
otrzymał na Politechnice po wojnie. Konstrukcje żelbetowe i stalowe
wykładał nam profesor Stefan Bryła. Budownictwo prowadził profesor
Trzciński, też przedwojenny profesor. Rysunek odręczny pierwszego
stopnia -?profesor Kamiński z Wydziału Architektury, projektowanie -
przedwojenny profesor Aleksander Bojemski. Historię architektury
średniowiecznej i starożytnej wykładał wspaniały profesor Wydziału
Architektury Marian Lalewicz, historię architektury polskiej profesor
Jan Zachwatowicz i jego asystenci, historię architektury nowożytnej
profesor Lech Niemojewski.
Ci wykładowcy zapewniali wysoki poziom nauki. Wykłady odbywały się w gmachu architektury na Koszykowej, z tym że część gmachu od frontu,
gdzie wchodziło się od strony Koszykowej, była zajęta przez szkołę
budowlaną.
Korzystający z tajnych kompletów byli natomiast wpuszczani od tyłu
Wydziału Architektury. Wchodziło się tam od podwórka z ul. Lwowskiej.
Przy drzwiach czatował zawsze poczciwy przedwojenny woźny, pan Wiraszko.
Wpuszczał nas cichcem do pomieszczeń Zakładu Architektury Polskiej od
strony podwórza. Tam odbywały się ilustrowane przeźroczami wykłady,
m.in. z historii sztuki i historii architektury. Oczywiście
wykonywaliśmy tam też różne dodatkowe ćwiczenia rysunkowe.
Zajęcia były również prowadzone na mieście, w mieszkaniach studentów, a nawet profesorów. Podobnie było w przypadku egzaminów. Pamiętam, że mój
egzamin z historii architektury starożytnej i średniowiecznej odbył się
w mieszkaniu profesora Mariana Lalewicza. Zdawała nas czwórka: ja, dwie
koleżanki i kolega. Ponieważ przedmiot był szalenie ciekawy i pięknie
prowadzony, przygotowywaliśmy się solidnie. Po egzaminie profesor
powiedział: "Wiedzcie, że przed wojną tak dobrze przygotowanych
studentów nie miałem". Wszystkim nam postawił piątki.
Egzamin z technik żelbetonowych zdawałam w mieszkaniu prywatnym
profesora Bryły, który mieszkał przy ul. Noakowskiego 10. Wyniki
egzaminów, które zdawaliśmy oficjalnie w Szkole Jagodzińskiego, były
notowane w naszych pseudoindeksach. To były po prostu trzystronicowe
kartoniki, gdzie wpisywano stopnie z poszczególnych przedmiotów. Stopnie
z egzaminów zdawanych na kompletach były umieszczane na kartkach, a następnie rejestrowane i archiwizowane przez zaufanego kolegę.
Jak wspomniałam, wstąpiłam na wydział we wrześniu 1941 r. W ostatnim
roku nauki, na wiosnę 1944 r., młodzież była bardzo mocno zaangażowana w różne dodatkowe prace, przede wszystkim w konspirację. W związku z tym
były przerwy w studiach. Ostatni egzamin zdawałam, dokładnie już nie
pamiętam, chyba w 1943 r.
Mile wspominam chwile względnej swobody w trakcie dwutygodniowych
wakacyjnych prywatnych praktyk inwentaryzacji obiektów kultury wiejskiej
latem 1942 r. w rejonie Kampinosu pod Warszawą. Realizowaliśmy zadania w piątkę: ja, Wanda Manczarska, Stasia Witkowska, Zbyszek Smidowicz i Andrzej Sikorski. Można było w pełni korzystać z uroków wiejskiego lata.
Zrobiliśmy nawet sobie przedstawienie teatralne na podstawie naprędce
napisanego scenariusza "Grand Hiszpański". Była to tragedia, która
kończyła się "wymiataniem trupów". Andrzej zginął w marcu 1943 r. przy
próbie ucieczki podczas aresztowania w trakcie prowadzenia
zdekonspirowanego szkolenia wojskowego.
W Warszawie cały czas istniało poczucie dużego zagrożenia. Przede
wszystkim od samego początku panował
terror. Były aresztowania i rozstrzeliwania w Palmirach już w 1940 r.
Były łapanki z domów, Niemcy otaczali całe dzielnice. U nas na Saskiej
Kępie też był taki dzień, niedziela, gdy otaczali całe kompleksy ulic,
chodzili po mieszkaniach i wyłapywali Bogu ducha winnych ludzi. Potem
niektórzy trafiali na rozstrzelanie, niektórzy do obozów
koncentracyjnych, inni do obozów pracy. Zdarzyło mi się dwukrotnie w sytuacji kontroli dokumentów, że udało mi się ominąć kontrolujących
żandarmów. Teraz mogę przypuszczać, że byłam tak pewna siebie, bo
posiadałam
dowód pracy w PCK i w ten sposób żandarmi mnie nie
zaczepiali.
Mieszkałam na Saskiej Kępie, więc przejeżdżałam codziennie przez Most
Poniatowskiego. Często było tak, że Niemcy zatrzymywali tramwaj na
moście; nie można było uciec, najwyżej do Wisły. Wtedy nie daj Boże, jak
coś znaleźli, podejrzaną paczkę, bo różne rzeczy się przewoziło, czy
gazetki lub nieraz broń. Wtedy wszyscy automatycznie szli do więzienia,
na rozstrzelanie. Zarządzono godzinę policyjną, w zimie to była chyba
ósma czy siódma. Jak przychodziłam do domu parę minut po tej godzinie,
to mama już drżała, czy się coś nie stało.
Życie towarzyskie było z konieczności bardzo ograniczone. Głównie
odbywało się w kręgu rodzinnym i koleżanek ze szkoły, w domu lub w izolowanych miejscach. I tak poprzez mojego ciotecznego brata -?Jędrusia
Urbańskiego poznałam jego kolegów z Liceum imienia Mikołaja Reja -
Andrzeja Kuszla, Staszka Kłopotowskiego i jego siostrę Hannę
Kłopotowską. Spotykaliśmy się w weekendy -?w zimie najczęściej u państwa
Kłopotowskich na Powiślu, a w lecie w parkach albo na wycieczkach za
miasto.
Od lata 1941 r. Andrzej i Staszek pracowali jako praktykanci w gospodarstwach rybnych Kuszlów. Praca ta zabezpieczała przed łapankami i wywózkami na roboty. Jednak bezpiecznie nie było. Sytuację okupacji na
tamtejszych wiejskich terenach dobrze odzwierciedla list Andrzeja do
mnie:
Samoklęski, 11/10.42
Kochana Basiu!
List Twój otrzymałem, bardzom się nim ucieszył i zmartwił jednocześnie.
Natomiast mogę Cię poinformować, że u nas mamy przyjemności zupełnie
podobnej kategorii. Bo i łapanki na roboty, i aresztowania za różne
przestępstwa natury gospodarczej, i napady dywersyjnych band, i tropienie takowych przez władze -?i szukanie winnych pomocy bandytom
wśród chłopów, i rozstrzeliwanie żydów, i palenie całych wiosek przez
bolszewików, i niszczenie takowych czerwonym kurem przez władze, które
znalazły w nich konfidentów kominternu, i awantury o kontyngent, i zsyłanie chłopów na Majdanek pod Lublinem za niecałkowite takowego
odstawienie itp.
Ojciec Andrzeja Kuszla został zastrzelony w Przytocznie podczas napadu
aprowizacyjnego Żydów zbiegłych z transportów śmierci, gdyż zerwał się
sprzed lufy na krzyk córki wydającej prowiant ze spiżarni.
Andrzej poszedł do partyzantki; został ranny w walce wiosną 1944 r. Tak
się złożyło, że mąż naszej domowej dostawczyni żywności wiejskiej w latach 50. przenosił go w bezpieczne miejsce po zranieniu. Niestety
Andrzej zmarł. Siostra Andrzeja, Basia, była sanitariuszką w batalionie
"Gustaw". Odnalazła mnie po wojnie. Ich majątek upaństwowiono. Brata z matką i siostrami wysiedlono do Warszawy.
Na wiosnę 1944 r. spacerowaliśmy pewnego dnia ze Stanisławem ul. Piękną.
Po odprowadzeniu mnie do mojej cioci, która pracowała w sklepie
odzieżowym na Mokotowskiej, został on aresztowany na ulicy.
Zgodził się współpracować, więc go wypuścili, ale ponieważ się nie
wywiązywał, zaaresztowali go ponownie i wysłali do Oświęcimia. Szedł
potem w Marszu Śmierci z podobozu Oświęcimia Wesoła. Razem z 400
ocalałymi z marszu został załadowany na statek-więzienie, następnie
omyłkowo zbombardowany przez Anglików 2 maja 1945 r. Staszek nie
przeżył.
IV. Konspiracja
IV
Konspiracja
Pierwszy kontakt z konspiracją nawiązałam pod koniec 1941 r. Wiem, że
byli w nią także zaangażowani ojciec i młodsza siostra. Siostrę wciągnął
do organizacji doktor, który mieszkał w naszym domu. Przechodziła
przeszkolenie sanitarne. Dla bezpieczeństwa nie poruszano tego tematu w domu.
Nie wiedzieliśmy, gdzie kto jest zaangażowany. Jak wspomniałam
wcześniej, w 1941 r. zaczęłam studia na tajnym Wydziale Architektury.
Wykładał tam profesor Stefan Bryła. Był on współorganizatorem tajnej
Politechniki, ale przede wszystkim szefem Departamentu Robót Publicznych
i Odbudowy w Delegaturze Rządu Polskiego na Uchodźstwie. Był to szczebel
ministerialny.
Profesor potrzebował łączniczek. Naszym kolegą z Wydziału Architektury
był Zbyszek Smidowicz, którego ojciec był zaprzyjaźniony z profesorem.
Profesor Bryła znał doskonale Zbyszka, który już wtedy był w konspiracji. Zbyszek zarekomendował profesorowi mnie i moje dwie
koleżanki: Wandę Manczarską i Stasię Witkowską. Zostałyśmy
zaakceptowane. Złożyłyśmy przysięgę i na przełomie 1941 r. i 1942 r.
podjęłyśmy służbę jako łączniczki.
Na mieście były punkty, gdzie otrzymywało się korespondencję. To były
zwykle informacje czy zawiadomienia o spotkaniach. Nie wiem, co to
dokładnie było, bo nigdy nie zaglądałam do zupełnie malutkich karteczek
pisanych na bibułkach. To były niewielkie karteczki, które można było
stosunkowo łatwo schować. Przypuszczam, że to były informacje, które
docierały poprzez Delegaturę nawet z Londynu, trudno mi powiedzieć.
Punkty kontaktowe były w różnych miejscach i często się zmieniały. Były
to mieszkania prywatne, ale i sklepy. Dostawałam korespondencję od
profesora, przynosiłam również korespondencję dla niego. Profesor Bryła
zakazywał nam noszenia jakichkolwiek gazetek. Powiedział, że absolutnie
nie wolno nas narażać na noszenie paczek.
Profesor mieszkał na Noakowskiego 10. To było duże, kilkupokojowe
mieszkanie. Z korytarza się wchodziło na prawo do gabinetu profesora.
Gabinet był cały zastawiony regałami sięgającymi do sufitu. To było
wysokie mieszkanie. W regałach były teczki papierowe, różne szpargały.
Widziałam, jak profesor korespondencję, którą ode mnie dostawał, chował
między szpargały. Zawsze się zastanawiałam, jak on to w razie czego
znajdzie. Okazało się, że jak profesora aresztowano w 1943 r., nic u niego nie znaleziono.
Byłyśmy łączniczkami profesora do końca. Na dwa tygodnie przed
aresztowaniem zakazał nam do siebie przychodzić. To nie było pierwsze
jego aresztowanie. Wcześniej był aresztowany w 1941 r. lub 1942 r.
Został wtedy zwolniony za duże pieniądze i dalej prowadził wykłady.
W czasie wykonywania służby łączniczki często spotykałam się z innymi
profesorami Politechniki. Bywałam u profesora Zachwatowicza, Hempla,
chodziłam na Saską Kępę do profesora Poniża.
Profesor Stefan Bryła został rozstrzelany 3 XII 1943 r. na ul.
Puławskiej w remizie tramwajowej. Jest tam umieszczona tablica
pamiątkowa. Na dzień lub dwa przed jego śmiercią spotkałam w tramwaju
jednego z panów profesorów. Gdy wysiedliśmy, powiedział mi: "-?Wie pani,
profesor będzie zwolniony, dano za niego duży okup". Mimo to umieszczono
go na liście do rozstrzelania.
Po śmierci profesora wykonywałyśmy służbę łączniczek dla jego zastępcy,
którego nazwiska nie pamiętam. Departament pracował w dalszym ciągu.
Pamiętam, że wtedy
chodziłam do kogoś innego, kto miał swój punkt na ulicy Koszykowej,
blisko Wydziału Architektury.
W ogóle nazwisk i miejsc spotkań staraliśmy się wtedy nie pamiętać.
Wbrew wszelkim zasadom konspiracji, bo nie wolno nam było ze względów
bezpieczeństwa należeć do dwóch organizacji, koniecznie chciałam się
dostać do organizacji wojskowej, harcerskiej. Udało mi się to. Na
początku 1942 r. dostałam się do zorganizowanego już wtedy harcerskiego
batalionu "Wigry".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki