Moje Powstanie Warszawskie. Świadectwo sanitariuszki - Barbara Gancarczyk

Kup ebooka

35.90 zł
29.80 zł (27,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

II. Wybuch wojny

II

Wybuch wojny

Latem 1939 r. jak zwy­kle byli­śmy na let­ni­sku. Na jesieni mia­łam roz­po­cząć naukę w Liceum imie­nia Marii Konop­nic­kiej. Mia­łam wtedy 16 lat. Na let­ni­sku pano­wał nastrój nie­spo­koj­nego wycze­ki­wa­nia.

Codzien­nie słu­cha­li­śmy uważ­nie radia. Spo­dzie­wa­li­śmy się wybu­chu wojny, choć mie­li­śmy nadzieję, że do tego nie doj­dzie. W naszym domu na Elster­skiej miesz­kał wło­ski dzien­ni­karz, pan de Andreis. Zapew­niał, że wojny na pewno nie będzie.

Ojciec był ofi­ce­rem rezerwy, spo­dzie­wa­li­śmy się, że w każ­dej chwili będzie powo­łany do woj­ska. Pierw­szego wrze­śnia dowie­dzia­ły­śmy się na let­ni­sku w Emo­wie z radia, że wojna wybu­chła. Ojciec był wtedy w War­sza­wie. Mama posta­no­wiła wró­cić do War­szawy. Nie chciała, aby ojciec był sam. Zde­cy­do­wała się na to mimo wie­ści o bom­bar­do­wa­niach i real­nym zagro­że­niu. Spa­ko­wa­ły­śmy manatki na chłop­ski wóz. Pamię­tam, że gospo­darz, który nas zawsze woził, nie za bar­dzo chciał ryzy­ko­wać jazdę do War­szawy. Jed­nak w końcu zde­cy­do­wał się, pew­nie za więk­szą opłatą. Do domu doje­cha­li­śmy 4 wrze­śnia.

W naszej oko­licy były już bom­bar­do­wa­nia. Miesz­ka­li­śmy bli­sko Ronda Waszyng­tona. Aleją Waszyng­tona wyco­fy­wały się na wschód pol­skie oddziały woj­skowe i prze­miesz­czała się lud­ność cywilna. Tłumy lud­no­ści cywil­nej z tobo­łami, kobiety z dziećmi, wóz­kami. Wszy­scy szli Aleją Waszyng­tona przez Most Ponia­tow­skiego i dalej w kie­runku Gro­chowa. Uchodźcy czę­sto zatrzy­my­wali się w naszym domu. Oczy­wi­ście zawsze był dla nich jakiś posi­łek, coś gorą­cego. Dzi­wi­li­śmy się, po co wła­ści­wie tam idą, na nie­pewne. Zwłasz­cza matki z małymi dziećmi. Nama­wia­li­śmy ich nawet, aby zostali u nas. Ludzie nie chcieli jed­nak zostać, ucie­kali dalej. Zbli­żał się front. Niemcy pode­szli od połu­dnia do ul. Pary­skiej już 9 wrze­śnia.

Były bom­bar­do­wa­nia Waszyng­tona i Mostu Ponia­tow­skiego, bo był tu tłum ludzi i woj­sko. Bomby spa­dły mię­dzy innymi na garaż naszych sąsia­dów po prze­ciw­le­głej stro­nie ulicy. Wtedy, 7 lub 8 wrze­śnia, ojciec posta­no­wił wypro­wa­dzić rodzinę dalej od ronda. Poro­zu­miał się ze swoim zna­jo­mym, panem Moy­kow­skim, który miał dom na ul. Irlandz­kiej. Wzię­li­śmy tro­chę odzieży, pościel, naczy­nia kuchenne itp.

W dniu 10 wrze­śnia poszli­śmy z ojcem na Elster­ską zabrać naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy. Roz­po­czął się nalot. Ja zawró­ci­łam. Ojciec, wete­ran wojny 1920 r., poszedł sam. Chciał prze­cze­kać nalot, paląc papie­rosa we wnęce na klatce scho­do­wej przy wej­ściu do domu. Gdy ude­rzyła bomba, połowa domu runęła, ale podest klatki scho­do­wej nad nim nie zawa­lił się i zatrzy­mał gruz. Został ogłu­szony, przy­sy­pany do pasa, ale oca­lał. Zosta­li­śmy na dłu­gie lata wojny wła­ści­wie bez niczego: bez dachu nad głową, sprzę­tów, odzieży, ksią­żek itd.

Miesz­kańcy dziel­nicy zaczęli ucie­kać przez Most Ponia­tow­skiego do Śród­mie­ścia. My rów­nież około 15 wrze­śnia wyru­szy­li­śmy za Wisłę. Most był ostrze­li­wany, było w nim mnó­stwo dziur. W cza­sie prze­prawy do Śród­mie­ścia zgi­nęło tam wiele osób, mię­dzy innymi Halina Szmol­cówna, słynna tan­cerka, żona dyry­genta Grze­go­rza Fitel­berga.

Resztę oblę­że­nia spę­dzi­li­śmy w Śród­mie­ściu. Ojciec nie dostał powo­ła­nia do woj­ska, widocz­nie nie zdą­żono, ale w cza­sie oblę­że­nia brał udział w prze­no­sze­niu amu­ni­cji. Począt­kowo prze­by­wa­li­śmy w Pru­den­tialu na Placu Napo­le­ona. Ojciec kie­dyś przez pewien czas tam pra­co­wał, a jego zna­jomy, pan Moy­kow­ski, był dyrek­to­rem. Wyda­wało się nam, że tam będzie bar­dzo bez­piecz­nie. Były tam wspa­niałe kil­ku­kon­dy­gna­cyjne schrony. Ale budy­nek ten był bar­dzo bom­bar­do­wany. Wybuchł pożar, a do schronu, w któ­rym byli­śmy, zaczęła prze­cie­kać woda. Stra­żacy pora­dzili, aby się stam­tąd wynieść -?nie wia­domo, co będzie dalej, a nuż strop się zawali.

W tej sytu­acji prze­nie­śli­śmy się do Banku Rol­nego, gdzie ojciec ostat­nio pra­co­wał. Bank mie­ścił się na ul. Nowo­grodz­kiej, naprze­ciwko Romy. Tam prze­by­wa­li­śmy w skarbcu. Skar­biec miał wyjąt­kowo mocne stropy i ściany, a więc było to bez­pieczne miej­sce. Jed­nak było bar­dzo cia­sno, ludzie sie­dzieli jeden na dru­gim. Spało się na krze­słach, na pod­ło­dze. Budy­nek został sto­sun­kowo mało znisz­czony w cza­sie dzia­łań wojen­nych. Przesie­dzieliśmy tam do końca oblę­że­nia.

Gdy skoń­czyło się oblę­że­nie War­szawy, wró­ci­li­śmy na Saską Kępę do pustego jed­no­po­ko­jo­wego miesz­kanka. Było to jakieś trzy dni po kapi­tu­la­cji, w pierw­szych dniach paź­dzier­nika 1939 r. Mimo że nasza rodzina stra­ciła wszystko, mimo że zosta­li­śmy nędza­rzami, nikt się tym nie przej­mo­wał. Naj­waż­niej­sze było, że nikt z naszej rodziny nie zgi­nął, wszy­scy oca­leli w cza­sie bom­bar­do­wań.

III. Okupacja

III

Oku­pa­cja

Nasze byto­wa­nie w cza­sie oku­pa­cji nie było łatwe. Ojciec chwy­tał się róż­nych prac. Pra­co­wał jako admi­ni­stra­tor budyn­ków, pro­wa­dził mel­dunki. Wyko­ny­wał inne doryw­cze prace. Jako szes­na­sto­let­nia dziew­czyna sta­ra­łam się pomóc rodzi­com. Udzie­la­łam kore­pe­ty­cji, wyko­ny­wa­łam kre­śle­nia, robi­łam na dru­tach. Pamię­tam, że moje wyroby dzie­wiar­skie odsta­wia­łam do sklepu na Moko­tow­skiej. Wełnę uzy­ski­wa­łam ze spru­tych swe­trów.

Niemcy poza­my­kali szkoły ogól­no­kształ­cące i wyż­sze. Pozo­sta­wiono tylko szkoły zawo­dowe. Dla dziew­cząt były to np. szkoły gospo­dar­stwa domo­wego, kra­wiec­kie, han­dlowe. Dla chłop­ców szkoły budow­lane, rze­mieśl­ni­cze itp. Ofi­cjal­nie ist­niały tylko takie szkoły. Przed­wo­jenni nauczy­ciele nie dali za wygraną i zaczęli orga­ni­zo­wać tajne naucza­nie. W szko­łach, któ­rych budynki oca­lały, pro­wa­dzono zaję­cia na pozio­mie szkół śred­nich pod przy­krywką szkół zawo­do­wych.

Tak było w budynku szkoły Sióstr Naza­re­ta­nek, gdzie ofi­cjal­nie mie­ściła się szkoła kra­wiecka. Sio­stry zaku­piły maszyny do szy­cia. Uczen­nice cho­dziły na prak­tykę kra­wiec­twa do war­szaw­skiego getta. Szyto mun­dury dla Niem­ców. Moja o 2 lata młod­sza sio­stra zdała w tej szkole tzw. małą maturę. Dopiero po woj­nie dowie­działa się, że nie­które jej szkolne kole­żanki były chro­nio­nymi przez sio­stry w tajem­nicy Żydów­kami. W ten spo­sób ura­to­wały się one przed nie­miec­kim sza­leń­czym polo­wa­niem na Żydów.

Budy­nek Liceum imie­nia Marii Konop­nic­kiej, do któ­rego zda­łam latem 1939 r., miesz­czący się przy ulicy Bar­bary, został znisz­czony. W tej sytu­acji nauka była orga­ni­zo­wana na taj­nych kom­ple­tach. Two­rzone były kom­plety po pięć dziew­cząt. Nauka odby­wała się codzien­nie w pry­wat­nych miesz­ka­niach. Miej­sca były zmie­niane, ze wzglę­dów kon­spi­ra­cyj­nych. Biedni nasi nauczy­ciele, któ­rzy mieli po ileś kom­ple­tów dzien­nie, bie­gali z jed­nego końca War­szawy na drugi, żeby zdą­żyć. Ni­gdy się nie spóź­niali, zawsze można było na nich liczyć. Były wszyst­kie przed­mioty, które były przed wojną: język pol­ski, fran­cu­ski, mate­ma­tyka, fizyka. Nawet ksiądz przy­cho­dził na reli­gię.

Odczu­wa­ły­śmy brak pod­ręcz­ni­ków, choć nie­które z nas zacho­wały pod­ręcz­niki przed­wo­jenne. Poza tym korzy­sta­ły­śmy z nota­tek robio­nych na lek­cjach, a przede wszyst­kim z bez­po­śred­nich wykła­dów nauczy­cieli. Zada­wane były zada­nia domowe, roz­wią­zy­wa­ły­śmy zada­nia mate­ma­tyczne. Na moim kom­ple­cie mia­łam świetną mate­ma­tyczkę, panią Stra­szyń­ską, dzięki któ­rej nie mia­łam trud­no­ści z egza­mi­nem na stu­dia wyż­sze. Za kom­plety się nie pła­ciło. Wydaje mi się, że nauczy­ciele otrzy­my­wali wyna­gro­dze­nie z Depar­ta­mentu Oświaty i Kul­tury Pań­stwa Pod­ziem­nego. Wyna­gro­dze­nia te były raczej bar­dzo skromne.

Maturę zda­wa­łam kon­spi­ra­cyj­nie w 1941 r. w szkole, która ofi­cjal­nie ist­niała jako zawo­dowa. Mie­ściła się ona na ul. Baga­tela. Tam w dzień matu­ralny zgro­ma­dzono nas w sali, ze dwa­dzie­ścia dziew­cząt.

Pamię­tam, jak podano nam tematy matu­ralne. Z pol­skiego mia­łam temat: "War­szawa w oczach Bole­sława Prusa". Drugi pisemny egza­min matu­ralny, z mate­ma­tyki, był w tym samym budynku. Potem były egza­miny ustne z pol­skiego, histo­rii i mate­ma­tyki.

Nauka kon­spi­ra­cyjna nie chro­niła mło­dzieży przed ulicz­nymi łapan­kami do przy­mu­so­wej pracy. Nie mia­ły­śmy z tytułu tej nauki żad­nych legi­ty­ma­cji. Dziew­częta, które były jed­no­cze­śnie w szkole zawo­do­wej albo pra­co­wały, miały legi­ty­ma­cje, czuły się wtedy pew­niej. Każda z nas miała w związku z tym różne zaję­cia poza nauką. Ja w trak­cie nauki w liceum pra­co­wa­łam w biu­rze infor­ma­cyj­nym PCK, które mie­ściło się w obec­nym Teatrze Ate­neum przy ul. Czer­wo­nego Krzyża. Ta praca dawała mi legi­ty­ma­cję i w pew­nym sen­sie chro­niła. Do biura PCK cho­dzi­łam po połu­dniu na dwie godziny. Miesz­ka­łam na Saskiej Kępie, biuro mie­ściło się za Wisłą, nie mia­łam więc daleko do domu. Mia­łam "dobrą" legi­ty­ma­cję "pece­kow­ską".

Po zro­bie­niu matury, we wrze­śniu 1941 r. zapi­sa­łam się na Kursy Rysunku Tech­nicz­nego Jago­dziń­skiego, ofi­cjal­nie dzia­ła­ją­cej szkoły tech­nicz­nej. Była to jed­no­cze­śnie jedna ze szkół "przy­kry­wek", reali­zu­ją­cych tajne naucza­nie na pozio­mie wyż­szym -?taj­nej poli­tech­niki. Był tam wydział budow­lany, mecha­niczny i chyba też elek­tryczny. Dosta­łam się na wydział budow­lany. Szkoła mie­ściła się na ul. Śnia­dec­kich, w daw­nym budynku szkol­nym.

Jed­nym z głów­nych orga­ni­za­to­rów taj­nej Poli­tech­niki był przed­wo­jenny dzie­kan wydziału archi­tek­tury, świa­to­wej sławy spe­cja­li­sta w dzie­dzi­nie kon­struk­cji sta­lo­wych, pro­fe­sor Ste­fan Bryła. Był to czło­wiek dużej odwagi i poświę­ce­nia, sza­le­nie oddany mło­dzieży. W zacho­wa­niu swym był dosyć oschły (potra­fił czło­wieka cza­sami zbesz­tać, zawsze zresztą zasłu­że­nie), jed­nak bar­dzo dbał, żeby mło­dzież się uczyła. Zawsze nam powta­rzał: "Uczcie się, nie zanie­dbuj­cie nauki. To, co teraz zro­bi­cie, wszystko wam będzie po woj­nie zali­czone". Zaję­cia odby­wały się w godzi­nach popo­łu­dnio­wych, a wykła­dow­cami byli pro­fe­sorowie Poli­tech­niki War­szaw­skiej. Poziom był więc wysoki.

Niemcy nie mieli świa­do­mo­ści, jakiego typu zaję­cia są reali­zo­wane w tej szkole. Część wykła­dów była pro­wa­dzona wła­śnie w ofi­cjal­nej szkole na tak zwa­nych kur­sach rysunku tech­nicz­nego, nato­miast część przed­mio­tów była pro­wa­dzona na kom­ple­tach.

Wykłady z mate­ma­tyki pro­wa­dził, ze swo­imi asy­sten­tami, pro­fe­sor Witold Pogo­rzel­ski, pro­fe­sor Poli­tech­niki War­szaw­skiej, znany mate­ma­tyk. Geo­me­trię wykreślną wykła­dał Edward Otto, który tytuł pro­fe­sorski otrzy­mał na Poli­tech­nice po woj­nie. Kon­struk­cje żel­be­towe i sta­lowe wykła­dał nam pro­fe­sor Ste­fan Bryła. Budow­nic­two pro­wa­dził pro­fe­sor Trzciń­ski, też przed­wo­jenny pro­fe­sor. Rysu­nek odręczny pierw­szego stop­nia -?pro­fe­sor Kamiń­ski z Wydziału Archi­tek­tury, pro­jek­to­wa­nie - przed­wo­jenny pro­fe­sor Alek­san­der Bojem­ski. Histo­rię archi­tek­tury śre­dnio­wiecz­nej i sta­ro­żyt­nej wykła­dał wspa­niały pro­fe­sor Wydziału Archi­tek­tury Marian Lale­wicz, histo­rię archi­tek­tury pol­skiej pro­fe­sor Jan Zachwa­to­wicz i jego asy­stenci, histo­rię archi­tek­tury nowo­żyt­nej pro­fe­sor Lech Nie­mo­jew­ski.

Ci wykła­dowcy zapew­niali wysoki poziom nauki. Wykłady odby­wały się w gma­chu archi­tek­tury na Koszy­ko­wej, z tym że część gma­chu od frontu, gdzie wcho­dziło się od strony Koszy­ko­wej, była zajęta przez szkołę budow­laną. Korzy­sta­jący z taj­nych kom­ple­tów byli nato­miast wpusz­czani od tyłu Wydziału Archi­tek­tury. Wcho­dziło się tam od podwórka z ul. Lwow­skiej.

Przy drzwiach cza­to­wał zawsze poczciwy przed­wo­jenny woźny, pan Wiraszko. Wpusz­czał nas cich­cem do pomiesz­czeń Zakładu Archi­tek­tury Pol­skiej od strony podwó­rza. Tam odby­wały się ilu­stro­wane prze­źro­czami wykłady, m.in. z histo­rii sztuki i histo­rii archi­tek­tury. Oczy­wi­ście wyko­ny­wa­li­śmy tam też różne dodat­kowe ćwi­cze­nia rysun­kowe.

Zaję­cia były rów­nież pro­wa­dzone na mie­ście, w miesz­ka­niach stu­den­tów, a nawet pro­fe­so­rów. Podob­nie było w przy­padku egza­mi­nów. Pamię­tam, że mój egza­min z histo­rii archi­tek­tury sta­ro­żyt­nej i śre­dnio­wiecz­nej odbył się w miesz­ka­niu pro­fe­sora Mariana Lale­wi­cza. Zda­wała nas czwórka: ja, dwie kole­żanki i kolega. Ponie­waż przed­miot był sza­le­nie cie­kawy i pięk­nie pro­wa­dzony, przy­go­to­wy­wa­li­śmy się solid­nie. Po egza­minie pro­fe­sor powie­dział: "Wiedz­cie, że przed wojną tak dobrze przy­go­to­wa­nych stu­den­tów nie mia­łem". Wszyst­kim nam posta­wił piątki.

Egza­min z tech­nik żel­be­to­no­wych zda­wa­łam w miesz­ka­niu pry­wat­nym pro­fe­sora Bryły, który miesz­kał przy ul. Noakow­skiego 10. Wyniki egza­mi­nów, które zda­wa­li­śmy ofi­cjal­nie w Szkole Jago­dziń­skiego, były noto­wane w naszych pseu­do­in­dek­sach. To były po pro­stu trzy­stro­ni­cowe kar­to­niki, gdzie wpi­sy­wano stop­nie z poszcze­gól­nych przed­mio­tów. Stop­nie z egza­mi­nów zda­wa­nych na kom­ple­tach były umiesz­czane na kart­kach, a następ­nie reje­stro­wane i archi­wi­zo­wane przez zaufa­nego kolegę.

Jak wspo­mnia­łam, wstą­pi­łam na wydział we wrze­śniu 1941 r. W ostat­nim roku nauki, na wio­snę 1944 r., mło­dzież była bar­dzo mocno zaan­ga­żo­wana w różne dodat­kowe prace, przede wszyst­kim w kon­spi­ra­cję. W związku z tym były prze­rwy w stu­diach. Ostatni egza­min zda­wa­łam, dokład­nie już nie pamię­tam, chyba w 1943 r.

Mile wspo­mi­nam chwile względ­nej swo­body w trak­cie dwu­ty­go­dnio­wych waka­cyj­nych pry­wat­nych prak­tyk inwen­ta­ry­za­cji obiek­tów kul­tury wiej­skiej latem 1942 r. w rejo­nie Kam­pi­nosu pod War­szawą. Reali­zo­wa­li­śmy zada­nia w piątkę: ja, Wanda Man­czar­ska, Sta­sia Wit­kow­ska, Zby­szek Smi­do­wicz i Andrzej Sikor­ski. Można było w pełni korzy­stać z uro­ków wiej­skiego lata. Zro­bi­li­śmy nawet sobie przed­sta­wie­nie teatralne na pod­sta­wie naprędce napi­sa­nego sce­na­riu­sza "Grand Hisz­pań­ski". Była to tra­ge­dia, która koń­czyła się "wymia­ta­niem tru­pów". Andrzej zgi­nął w marcu 1943 r. przy pró­bie ucieczki pod­czas aresz­to­wa­nia w trak­cie pro­wa­dze­nia zde­kon­spi­ro­wa­nego szko­le­nia woj­sko­wego.

W War­sza­wie cały czas ist­niało poczu­cie dużego zagro­że­nia. Przede wszyst­kim od samego początku pano­wał ter­ror. Były aresz­to­wa­nia i roz­strze­li­wa­nia w Pal­mi­rach już w 1940 r. Były łapanki z domów, Niemcy ota­czali całe dziel­nice. U nas na Saskiej Kępie też był taki dzień, nie­dziela, gdy ota­czali całe kom­pleksy ulic, cho­dzili po miesz­ka­niach i wyła­py­wali Bogu ducha win­nych ludzi. Potem nie­któ­rzy tra­fiali na roz­strze­la­nie, nie­któ­rzy do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, inni do obo­zów pracy. Zda­rzyło mi się dwu­krot­nie w sytu­acji kon­troli doku­men­tów, że udało mi się omi­nąć kon­tro­lu­ją­cych żan­dar­mów. Teraz mogę przy­pusz­czać, że byłam tak pewna sie­bie, bo posia­da­łam dowód pracy w PCK i w ten spo­sób żan­darmi mnie nie zacze­piali.

Miesz­ka­łam na Saskiej Kępie, więc prze­jeż­dża­łam codzien­nie przez Most Ponia­tow­skiego. Czę­sto było tak, że Niemcy zatrzy­my­wali tram­waj na moście; nie można było uciec, naj­wy­żej do Wisły. Wtedy nie daj Boże, jak coś zna­leźli, podej­rzaną paczkę, bo różne rze­czy się prze­wo­ziło, czy gazetki lub nie­raz broń. Wtedy wszy­scy auto­ma­tycz­nie szli do wię­zie­nia, na roz­strze­la­nie. Zarzą­dzono godzinę poli­cyjną, w zimie to była chyba ósma czy siódma. Jak przy­cho­dzi­łam do domu parę minut po tej godzi­nie, to mama już drżała, czy się coś nie stało.

Życie towa­rzy­skie było z koniecz­no­ści bar­dzo ogra­ni­czone. Głów­nie odby­wało się w kręgu rodzin­nym i kole­ża­nek ze szkoły, w domu lub w izo­lo­wa­nych miej­scach. I tak poprzez mojego cio­tecz­nego brata -?Jędru­sia Urbań­skiego pozna­łam jego kole­gów z Liceum imie­nia Miko­łaja Reja - Andrzeja Kuszla, Staszka Kło­po­tow­skiego i jego sio­strę Hannę Kło­po­tow­ską. Spo­ty­ka­li­śmy się w week­endy -?w zimie naj­czę­ściej u pań­stwa Kło­po­tow­skich na Powi­ślu, a w lecie w par­kach albo na wyciecz­kach za mia­sto.

Od lata 1941 r. Andrzej i Sta­szek pra­co­wali jako prak­ty­kanci w gospo­dar­stwach ryb­nych Kusz­lów. Praca ta zabez­pie­czała przed łapan­kami i wywóz­kami na roboty. Jed­nak bez­piecz­nie nie było. Sytu­ację oku­pa­cji na tam­tej­szych wiej­skich tere­nach dobrze odzwier­cie­dla list Andrzeja do mnie:

Samo­klę­ski, 11/10.42

Kochana Basiu!

List Twój otrzy­ma­łem, bar­dzom się nim ucie­szył i zmar­twił jed­no­cze­śnie. Nato­miast mogę Cię poin­for­mo­wać, że u nas mamy przy­jem­no­ści zupeł­nie podob­nej kate­go­rii. Bo i łapanki na roboty, i aresz­to­wa­nia za różne prze­stęp­stwa natury gospo­dar­czej, i napady dywer­syj­nych band, i tro­pie­nie tako­wych przez wła­dze -?i szu­ka­nie win­nych pomocy ban­dy­tom wśród chło­pów, i roz­strze­li­wa­nie żydów, i pale­nie całych wio­sek przez bol­sze­wi­ków, i nisz­cze­nie tako­wych czer­wo­nym kurem przez wła­dze, które zna­la­zły w nich kon­fi­den­tów komin­ternu, i awan­tury o kon­tyn­gent, i zsy­ła­nie chło­pów na Maj­da­nek pod Lubli­nem za nie­cał­ko­wite tako­wego odsta­wie­nie itp.

Ojciec Andrzeja Kuszla został zastrze­lony w Przy­tocz­nie pod­czas napadu apro­wi­za­cyj­nego Żydów zbie­głych z trans­por­tów śmierci, gdyż zerwał się sprzed lufy na krzyk córki wyda­ją­cej pro­wiant ze spi­żarni.

Andrzej poszedł do par­ty­zantki; został ranny w walce wio­sną 1944 r. Tak się zło­żyło, że mąż naszej domo­wej dostaw­czyni żyw­no­ści wiej­skiej w latach 50. prze­no­sił go w bez­pieczne miej­sce po zra­nie­niu. Nie­stety Andrzej zmarł. Sio­stra Andrzeja, Basia, była sani­ta­riuszką w bata­lio­nie "Gustaw". Odna­la­zła mnie po woj­nie. Ich mają­tek upań­stwo­wiono. Brata z matką i sio­strami wysie­dlono do War­szawy.

Na wio­snę 1944 r. spa­ce­ro­wa­li­śmy pew­nego dnia ze Sta­ni­sła­wem ul. Piękną. Po odpro­wa­dze­niu mnie do mojej cioci, która pra­co­wała w skle­pie odzie­żo­wym na Moko­tow­skiej, został on aresz­to­wany na ulicy.

Zgo­dził się współ­pra­co­wać, więc go wypu­ścili, ale ponie­waż się nie wywią­zy­wał, zaaresz­to­wali go ponow­nie i wysłali do Oświę­ci­mia. Szedł potem w Mar­szu Śmierci z podo­bozu Oświę­ci­mia Wesoła. Razem z 400 oca­la­łymi z mar­szu został zała­do­wany na sta­tek-wię­zie­nie, następ­nie omył­kowo zbom­bar­do­wany przez Angli­ków 2 maja 1945 r. Sta­szek nie prze­żył.

IV. Konspiracja

IV

Kon­spi­ra­cja

Pierw­szy kon­takt z kon­spi­ra­cją nawią­za­łam pod koniec 1941 r. Wiem, że byli w nią także zaan­ga­żo­wani ojciec i młod­sza sio­stra. Sio­strę wcią­gnął do orga­ni­za­cji dok­tor, który miesz­kał w naszym domu. Prze­cho­dziła prze­szko­le­nie sani­tarne. Dla bez­pie­czeń­stwa nie poru­szano tego tematu w domu.

Nie wie­dzie­li­śmy, gdzie kto jest zaan­ga­żo­wany. Jak wspo­mnia­łam wcze­śniej, w 1941 r. zaczę­łam stu­dia na taj­nym Wydziale Archi­tek­tury. Wykła­dał tam pro­fe­sor Ste­fan Bryła. Był on współ­or­ga­ni­za­to­rem taj­nej Poli­tech­niki, ale przede wszyst­kim sze­fem Depar­ta­mentu Robót Publicz­nych i Odbu­dowy w Dele­ga­tu­rze Rządu Pol­skiego na Uchodź­stwie. Był to szcze­bel mini­ste­rialny.

Pro­fe­sor potrze­bo­wał łącz­ni­czek. Naszym kolegą z Wydziału Archi­tek­tury był Zby­szek Smi­do­wicz, któ­rego ojciec był zaprzy­jaź­niony z pro­fe­so­rem. Pro­fe­sor Bryła znał dosko­nale Zbyszka, który już wtedy był w kon­spi­ra­cji. Zby­szek zare­ko­men­do­wał pro­fe­so­rowi mnie i moje dwie kole­żanki: Wandę Man­czar­ską i Sta­się Wit­kow­ską. Zosta­ły­śmy zaak­cep­to­wane. Zło­ży­ły­śmy przy­sięgę i na prze­ło­mie 1941 r. i 1942 r. pod­ję­ły­śmy służbę jako łącz­niczki.

Na mie­ście były punkty, gdzie otrzy­my­wało się kore­spon­den­cję. To były zwy­kle infor­ma­cje czy zawia­do­mie­nia o spo­tka­niach. Nie wiem, co to dokład­nie było, bo ni­gdy nie zaglą­da­łam do zupeł­nie malut­kich kar­te­czek pisa­nych na bibuł­kach. To były nie­wiel­kie kar­teczki, które można było sto­sun­kowo łatwo scho­wać. Przy­pusz­czam, że to były infor­ma­cje, które docie­rały poprzez Dele­ga­turę nawet z Lon­dynu, trudno mi powie­dzieć.

Punkty kon­tak­towe były w róż­nych miej­scach i czę­sto się zmie­niały. Były to miesz­ka­nia pry­watne, ale i sklepy. Dosta­wa­łam kore­spon­den­cję od pro­fe­sora, przy­no­si­łam rów­nież kore­spon­den­cję dla niego. Pro­fe­sor Bryła zaka­zy­wał nam nosze­nia jakich­kol­wiek gaze­tek. Powie­dział, że abso­lut­nie nie wolno nas nara­żać na nosze­nie paczek.

Pro­fe­sor miesz­kał na Noakow­skiego 10. To było duże, kil­ku­po­ko­jowe miesz­ka­nie. Z kory­ta­rza się wcho­dziło na prawo do gabi­netu pro­fe­sora. Gabi­net był cały zasta­wiony rega­łami się­ga­ją­cymi do sufitu. To było wyso­kie miesz­ka­nie. W rega­łach były teczki papie­rowe, różne szpar­gały. Widzia­łam, jak pro­fe­sor kore­spon­den­cję, którą ode mnie dosta­wał, cho­wał mię­dzy szpar­gały. Zawsze się zasta­na­wia­łam, jak on to w razie czego znaj­dzie. Oka­zało się, że jak pro­fe­sora aresz­to­wano w 1943 r., nic u niego nie zna­le­ziono.

Były­śmy łącz­nicz­kami pro­fe­sora do końca. Na dwa tygo­dnie przed aresz­to­wa­niem zaka­zał nam do sie­bie przy­cho­dzić. To nie było pierw­sze jego aresz­to­wa­nie. Wcze­śniej był aresz­to­wany w 1941 r. lub 1942 r. Został wtedy zwol­niony za duże pie­nią­dze i dalej pro­wa­dził wykłady.

W cza­sie wyko­ny­wa­nia służby łącz­niczki czę­sto spo­ty­ka­łam się z innymi pro­fe­so­rami Poli­tech­niki. Bywa­łam u pro­fe­sora Zachwa­to­wi­cza, Hem­pla, cho­dzi­łam na Saską Kępę do pro­fe­sora Poniża.

Pro­fe­sor Ste­fan Bryła został roz­strze­lany 3 XII 1943 r. na ul. Puław­skiej w remi­zie tram­wa­jo­wej. Jest tam umiesz­czona tablica pamiąt­kowa. Na dzień lub dwa przed jego śmier­cią spo­tka­łam w tram­waju jed­nego z panów pro­fe­so­rów. Gdy wysie­dli­śmy, powie­dział mi: "-?Wie pani, pro­fe­sor będzie zwol­niony, dano za niego duży okup". Mimo to umiesz­czono go na liście do roz­strze­la­nia.

Po śmierci pro­fe­sora wyko­ny­wa­ły­śmy służbę łącz­ni­czek dla jego zastępcy, któ­rego nazwi­ska nie pamię­tam. Depar­ta­ment pra­co­wał w dal­szym ciągu. Pamię­tam, że wtedy cho­dzi­łam do kogoś innego, kto miał swój punkt na ulicy Koszy­ko­wej, bli­sko Wydziału Archi­tek­tury.

W ogóle nazwisk i miejsc spo­tkań sta­ra­li­śmy się wtedy nie pamię­tać. Wbrew wszel­kim zasa­dom kon­spi­ra­cji, bo nie wolno nam było ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa nale­żeć do dwóch orga­ni­za­cji, koniecz­nie chcia­łam się dostać do orga­ni­za­cji woj­sko­wej, har­cer­skiej. Udało mi się to. Na początku 1942 r. dosta­łam się do zor­ga­ni­zo­wa­nego już wtedy har­cer­skiego bata­lionu "Wigry".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki