1. Jak to wszystko się zaczęło
Żeby zrozumieć, dlaczego znalazłam się później w Niemczech, muszę cofnąć się do końca lat osiemdziesiątych.
Jak to wszystko właściwie się zaczęło, ano jak wiele życiowych tragedii w tym czasie. Był to okres na pewno niekorzystny dla ludzi wykształconych i posiadających tzw. kręgosłup moralny, a jednocześnie mało"zaradnych" życiowo. Na temat przemian społeczno-politycznych wolę się nie wypowiadać ze względu na brak dostatecznej wiedzy-chociaż przecież byłam jakby u źródła, bo pracowałam w przewodniej partii, ale to było dużo wcześniej, bo do kwietnia roku 1984.
Później straciłam kontakt z własnej nie przymuszonej woli i automatycznie nie byłam "na bieżąco".
W moim przypadku zaczęło się dziać źle dokładnie po "okrągłym stole". Zostawiono na pierwszy plan do odstrzału organizacje spółdzielcze i inne związane przede wszystkim z rolnictwem.
Nie powiedziałam w zasadzie o rzeczy najważniejszej. Co robi pani w wieku 50-lat, z wykształcenia dyplomowany inżynier ekonomiki i organizacji przemysłu spożywczego, w Niemczech, w charakterze opiekunki ludzi starych i chorych. Za czasów komunistycznych wystarczyło chcieć pracować i w zasadzie wykształcenie średnie bywało wystarczające.
Kiedy ja kończyłam studia w roku 1984 wykształcenie wyższe zaczynało nabierać już znaczenia. Skończyłam więc studia, ale w swoim zawodzie nigdy nie pracowałam, ponieważ praca w tym przemyśle wtedy była nisko opłacana.
Szło się za pieniędzmi, tam gdzie więcej się mogło zarobić i rzadko było to związane z zawodem. Przyklad: w latach 80-tych dobrze" stały "finansowo rolnicze spółdzielnie produkcyjne i tam też podjęłam prace jako specjalista ds. kadr, przechodzac z banku, którego istnienie było już zagrożone.
Wracając do sprawy "okrągłego stołu" to "odstrzał" polegał na przygotowaniu majątku firm i przedsiębiorstw do tzw. sprywatyzowania. Cała zabawa polegała na tym, że zaniżano znacznie wartoś??ć budynków i środków trwałych w celu późniejszego wykupienia przez ludzi związanych z kierownictwem danego obiektu.
Można powiedzieć, że przemysł i spółdzielczość w moim mieście i okolicach z miesiąca na miesiąc przestawały istnieć.
W moim prywatnym życiu postępy, acz wątpliwe, były podobne. W roku 1994 zostałam bez pracy, bez prawa jazdy. W towarzystwie podobnie "poszkodowanych" trochę się topiło smutki w alkoholu i czasami niestety - z braku pieniędzy na taksówkę-jechało się na "dwóch gazach". Bez męża, oczywiście się nie jechało tylko zostało, ale to najmniejsze zmartwienie.
Musiałam sprzedać mieszkanie zamiast wynajać, ponieważ było to, na tamte czasy, mieszkanie o wysokim standardzie wyposażenia. Przepisy najmu w powijakach, była obawa, że ktoś zdemoluje
moją pracę, sama kładłam kafelki i wiele innych rzeczy robiłam, i wykpi się później przed sądem. Może gdybym miała chociaż trochę pieniędzy, a mniej dumy, poradziłabym się mojego prawnika-a ja nie miałam nawet pieniędzy na przejazd autobusem, żeby pokazać mieszkanie ewentualnym kupcom tylko robiłam po parę kilometrów pieszo.
Co by nie powiedzieć, w grudniu 1994 roku, szczęśliwie lub nie, sprzedałam mieszkanie. Zostałam ze spora forsą, z której połowę wydałam na remont mieszkania mojej mamy, w którym razem zamieszkałyśmy, jak za czasów sprzed mojego drugiego małżeństwa. Kolejny temat na książkę.
Chciałam te pieniądze zainwestować np. w hurtownię, ale zdałam sobie sprawę, że bez drugiej
mobilnej i zaufanej osoby nie dam sobie rady. Nie trwało to długo i idea upadła.
Po paru miesiącach siedzenia w domu /była dosyć ostra zima na przełomie roku 1984-85/i, jak wyżej wspomniałam, zrobieniu pewnych przeróbek w mieszkaniu, zaczęłam rozglądać się za
jakąś pracą. Oferty pracy były dosyć ograniczone. W kilku miejscach dano mi do zrozumienia,
że wiek 38 lat jest niezbyt pożądany. Ewentualne wynagrodzenie wahało się w granicach
500-600 złotych brutto. To znaczyłoby, że, po opłaceniu rachunków, może zostałoby 50 złotych
na życie na cały miesiąc.
W czerwcu dostałam prawo jazdy. Chciałam koniecznie wreszcie mieć
własny samochód i nie liczyć na nikogo. Kupiłam więc z ogłoszenia opla corsę starego jak świat,
z silnikiem zamontowanym z całkiem innego samochodu. Ja się na tym nie znałam, ale pojechałam z dwoma fachowcami, tj. znajomym mojej mamy i kierowcą taksówki, który kupił audi byłego męża. To była jego zemsta, bo audi się psuło i nikt nie wiedział co się dzieje. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że ten kierowca sprzedał audi innemu kierowcy, z którym jechałam swego czasu z Wrocławia. On dopiero odkrył, że przewód paliwa był dziurawy i zasysał z otoczenia wszystkie śmieci, które zatykały rozdzielacz paliwa i pompę.
Wracając do tego trypra corsy, to już na trasie szlag go wziął i musieliśmy go holować. Naprawy podjął się ten mszczący się taksówkarz. Ja pojechałam na
tydzień na urlop do Wolsztyna, gdzie jeździłam od ponad piętnastu lat, a taksówkarz miał
Naprawić samochód i przyjechać po mnie do Wolsztyna. Nie przyjechał. Zapłaciłam 170zł. za
Przyjazd do domu taksówką. Samochód niby jeździł, ale taksówkarz ogolił mnie równo z pieniędzy.
Później znowu coś zaczęło się psuć i zwróciłam się do zaprzyjaźnionego auto-warsztatu. Kolega, jak zobaczył to rękodzieło jeleniogórskie, to zaczął się śmiać. Kazał mi sprzedać
Trypra jak najszybciej. Udało się - nawet zarobiłam 40zł. Później się bałam, że mi ludzie
Zwrócą to cudo, bo mają 5 dni na to, ale się obyło.
Tym razem zostałam z prawem jazdy, bez samochodu, pracy i niewielka ilością pieniędzy.
4. Winnice Koblencji
Kolejny etap mojej pracy zaprowadził mnie do Bendorf. Trafiłam tam, podobnie jak wcześniej, z polecenia pani Eli. Zamieszkałam w domu położonym na malowniczym wzniesieniu - był to budynek typu bungalow, przestronny, z długim przedpokojem, od którego odchodziły wejścia do poszczególnych pokoi. Rodzina składała się z matki oraz jej dorosłych dzieci: córki i syna. Częścią tego domowego świata była też pani Danuta, Polka, która dawniej pracowała tam jako gospodyni i choć już z nimi nie mieszkała, wciąż była traktowana niemal jak członek rodziny.
Moim głównym zadaniem była opieka nad mamą - starszą, niezwykle kulturalną i wykształconą kobietą. Choć pojawiały się u niej pierwsze oznaki demencji, wciąż była przeuroczą osobą, z którą nawiązałam wspaniały kontakt. Moje dni wypełniało gotowanie, sprzątanie i dotrzymywanie jej towarzystwa. Wieczorami oddawałyśmy się grom towarzyskim, które ona uwielbiała. Wiedziałam, że to dla niej ważna mobilizacja umysłowa, a dla nas obu - czas budowania bliskości.
Dom otaczał niewielki ogródek, ale od początku postawiłam sprawę jasno: ze względu na problemy z kręgosłupem nie mogłam zajmować się pracami w ziemi. Skupiłam się na tym, co działo się wewnątrz bungalowu i na komforcie mojej podopiecznej.
Zupełnie inne relacje łączyły mnie z córką starszej pani. Była to kobieta mniej więcej w moim wieku, ale dzielił nas ogromny dystans. Prowadziła prawdopodobnie jakąś restaurację czy klubokawiarnię - nie dopytywałam o szczegóły, ale widziałam, że dom był dla niej tylko przystankiem. Wyjeżdżała w południe, wracała późno w nocy, zawsze sztywna, służbowa i dziwnie nieufna. Czułam od niej chłód, jakbym swoją obecnością miała jej w czymś zagrażać, choć przecież byłam tam po to, by ułatwić jej życie i zaopiekować się matką, gdy ona znikała na całe dnie.
Było lato, a ja miałam tam swój samochód. Nie liczyłam się z kosztami benzyny czy eksploatacją auta - posiadanie własnego środka transportu dawało mi bezcenne poczucie wolności w tym nowym, nieznanym jeszcze miejscu.
Sady, słońce i "akcja pod drzewkiem"
Nasze wspólne dni w Bendorf nie ograniczały się tylko do gier towarzyskich w bungalowu. Wykorzystywałyśmy moje auto, by zwiedzać tę malowniczą okolicę. Bendorf słynie z przepięknych sadów owocowych i kojących strumyków - było tam mnóstwo miejsc, które cieszyły oczy.
Podczas tych wypraw demencja mojej podopiecznej dawała o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach, co czasem prowadziło do sytuacji tyleż kłopotliwych, co zabawnych. Pamiętam jeden upaln y d zień, gdy podczas spaceru panią nagle przycisnęła fizjologiczna potrzeba. Nie było
w pobliżu żadnej toalety, więc zaproponowałam proste rozwiązanie: - Niech pani kucnie tutaj szybko przy tym drzewku, ja panią ubezpieczę.
Moja podopieczna, osoba bardzo szczupła i początkowo mocno skrępowana, w końcu mi zaufała. Trzymała się gałęzi, a ja pomagałam jej ściągnąć spodenki, pilnując, by nikt postronny nas nie nakrył. Gdy było po wszystkim, była niesamowicie szczęśliwa i wdzięczna. - O, jak dobrze, że mi pomogłaś! Teraz możemy spacerować dalej - mówiła z ulgą. Śmiałam się wtedy, mówiąc, że przecież każdemu może się to zdarzyć, a w razie czego po prostu przeprosiłabym przechodniów. Mimo tego sukcesu, pilnowałam, byśmy nie zostawały na słońcu zbyt długo - upał bez nakrycia głowy był niebezpieczny dla nas obu.
Syn w cieniu wielkiego świata
W domu rzadko widywałam syna mojej podopiecznej. Mieszkał we Frankfurcie, gdzie pracował prawdopodobnie w branży logistycznej. Jego życie wydawało się niezwykle intensywne i nowoczesne w porównaniu do spokoju bungalowu na wzniesieniu. Ciągle słyszałam od jego matki, że właśnie wylatuje do Emiratów. W tamtym czasie trwała tam wielka akcja budowlana - wznoszono Burdż Chalifa, najwyższy budynek świata. Syn brał udział w tym gigantycznym przedsięwzięciu, czy to przy samej konstrukcji, czy przy infrastrukturze. Choć był niemal nieobecny w codziennym życiu matki, jego sukcesy i dalekie podróże były stałym tematem naszych rozmów przy herbacie.
Kuchnia pełna nauki i polska pomoc
Moja praca w Bendorf była lżejsza dzięki obecności pani Danuty. To była niezwykle sympatyczna Polka, która znała tę rodzinę od lat. Choć byłam doświadczoną kucharką, to właśnie ona zdradziła mi sekrety ulubionych potraw mojej podopiecznej. Ja sama nie przepadałam za daniami na słodko, ale starsza pani uwielbiała placuszki z jabłkami. Danusia pokazała mi, jak przygotować je idealnie - puszyste i pachnące. Nauczyła mnie też praktycznych sztuczek, choćby jak błyskawicznie i drobno siekać cebulę.
Pani Danuta bardzo doceniała moje podejście do chorych. Widziała, że mam naturalny dar i cierpliwość do osób z początkami demencji. - Słuchaj, jesteś taką obrotową dziewczyną, świetnie sobie radzisz - mówiła mi często. - Bądźmy w kontakcie. Tutaj jest mnóstwo osób potrzebujących takiej opieki, w razie czego pomogę ci znaleźć kolejną dobrą pracę. Czułam w niej szczere wsparcie, co sprawiało, że mój pobyt w Bendorf przypominał momentami raczej urlop niż ciężką służbę.
Spotkanie w Park u Egzotycznych Drzew
Pewnego dnia odwiedziła mnie koleżanka ze Świdnicy, która pracowała niedaleko, u matki żony pewnego profesora. Przyjechały do nas eleganckim, luksusowym autem. To był wyjątkowy dzień - zabrałyśmy moją podopieczną i wspólnie wybrałyśmy się na wycieczkę do niezwykłego miejsca: Exotenwald, czyli Parku Drzew Egzotycznych.
To miejsce było absolutnie fascynujące. Spacerowałyśmy alejkami wśród drzew sprowadzonych z całego świata - z Kanady, Stanów Zjednoczonych i innych odległych zakątków. Do dziś mam przed oczami te niesamowite okazy. Nigdy nie zapomnę alejki z drzewami, których kora była miękka niczym gąbka. Można było włożyć w nią palec, a po jego wyjęciu struktura pnia wracała do swojego pierwotnego kształtu - coś niesamowitego! Podziwiałyśmy też ogromne sekwoje o potężnych pniach i inne unikatowe rośliny, obok których nie sposób było przejść obojętnie. Ta wyprawa, w towarzystwie pani profesorowej i mojej przyjaciółki, była prawdziwą ucztą dla ducha i dowodem na to, że praca opiekunki może otwierać drzwi do tak pięknych doświadczeń.
Piękny park i cienie nad bungalowem
W Parku Egzotycznych Drzew spędziłyśmy z moją podopieczną, koleżanką i panią profesorową kilka naprawdę pięknych godzin. Siedziałyśmy na ławeczkach, rozmawiając o wszystkim i o niczym. To było niesamowite, jak szybko między nami - osobami, które wcześniej się nie znały - nawiązały się wspaniałe relacje. Co ciekawe, o tym, że ten park jest słynny na cały świat, dowiedziałam się dopiero od pani profesorowej; domownicy, u których pracowałam, nigdy o tym nie wspomnieli.
Po tym radosnym czasie nad Bendorf zaczęły jednak gromadzić się chmury. Wszystko zaczęło się od okien w sypialni starszej pani. Miałam je umyć, ale mimo moich starań, ciągle wydawały się zamazane, jakby pokryte jakąś tłustą powłoką, której nie dało się usunąć. Gdy przyjechała siostra mojej podopiecznej i wytknęła mi niedomyte szyby, starałam się je poprawić, ale efekt wciąż mnie nie zadowalał.
"Zebranie" i trudna decyzja
Niedługo później córka starszej pani zorganizowała oficjalne spotkanie, w którym uczestniczyłam ja, jej mama oraz nasza wspólna znajoma, Danuta. To, co usłyszałam, mocno mnie ugodziło. Córka wygłosiła przemowę, w której wypunktowała swoje pretensje: od nieszczęsnego okna, przez nasze wspólne wieczorne gry i rozmowy, aż po moje rozmowy telefoniczne z mamą w Polsce.
Szczególnie zabolał mnie zakaz wspólnego jeżdżenia moim samochodem. Mimo, że sama płaciłam za benzynę i był to mój prywatny pojazd, córka nie życzyła sobie tych wycieczek. Przeszkadzało jej nawet to, że raz dziennie dzwoniłam ze stacjonarnego telefonu do mamy - choć miałam na to zgodę pani domu, a w czasach przed wejściem Polski do Unii roaming był niezwykle drogi.
Słuchałam tej litanii zarzutów w milczeniu, ale gdy córka skończyła, moja reakcja była natychmiastowa. Nie zamierzałam tłumaczyć się z rzeczy, które robiłam z dobroci serca i dla komfortu jej matki. - Ile czasu potrzebujecie państwo na znalezienie kogoś na zastępstwo? - zapytałam krótko. - Bo ja w takim razie nie zostanę tutaj ani dnia dłużej.
Wiedziałam jedno: moja praca i szacunek do samej siebie są warte więcej niż przebywanie w miejscu, gdzie serdeczność jest brana za przewinienie.
Łzy i pożegnanie
Moje pytanie o czas na znalezienie zastępstwa wywołało natychmiastową i gwałtowną reakcję. Starsza pani, właścicielka bungalowu, wybuchnęła szczerym, żałosnym płaczem. To ona, a nie jej córka, była panią tego domu; to ona wraz z mężem, który zmarł niedługo przed moim przyjazdem, budowała to miejsce. Córka, wciąż nosząca żałobę po ojcu, miała z nim najwyraźniej znacznie lepsze relacje niż z matką. Ten brak porozumienia między nimi rzucał cień na całą atmosferę domu.
Gdy córka zobaczyła łzy matki i moją nieugiętą postawę, nagle zaczęła "odkręcać" sytuację. Próbowała wycofać się ze swoich słów, złagodzić ton, ale dla mnie sprawa była już przesądzona. - Nie, nie ma sensu tego naprawiać - powiedziałam spokojnie. - Od początku stawiałam sprawy jasno. Mówiłam, że muszę dzwonić do mojej mamy, bo jest sama. Widzę, że pani mama czuje się ze mną świetnie, ale nie chcę stawać jako sztuczna bariera między córką a matką.
Moja podopieczna błagała mnie, bym została: - Nie odjeżdżaj, zostań z nami! - powtarzała przez łzy. Serce mi pękało, bo naprawdę polubiłam tę starszą panią. Wiedziałam jednak, że moje dalsze przebywanie tam oznaczałoby ciągłą walkę z niezdrowymi emocjami córki. Moim zadaniem była opieka, mobilizacja jej umysłu i ciała, a nie bycie tarczą w rodzinnych konfliktach. Musiałam odejść, by zachować własny spokój i szacunek do samej siebie.
Tak oto zakończył się mój "urlop" w Bendorf - miejsce, które miało być wytchnieniem, stało się dla mnie ważną lekcją o tym, jak cienka jest granica między profesjonalną opieką a byciem uwikłanym w cudze, skomplikowane życie.
5. AACHEN - w tle WTC i alergia
Do Aachen dojechałam oczywiście z polecenia pani Eli. Byłyśmy już wtedy na "ty", na tym etapie mojego pobytu w Niemczech. Przyjechałam w niedzielę, w godzinach popołudniowych. W mie ście czekała na mnie jej córka - bardzo sympatyczna, niesamowicie szczupła, wręcz chudziutka. Kiedy ją zobaczyłam, aż się przestraszyłam. Miałam w sercu jakiś ucisk, ale nie chciałam nic mówić, żeby jej nie zrazić. Potem okazało się, że ona po prostu tak wygląda z natury, a poza tym robiła to trochę na własne życzenie. Dużo paliła papierosów, piła czerwone wino - regularnie, co wieczór około pół butelki - i mało jadła. Do tego sporo ruchu - ogromne obiekty unijne, stres, bieganie. Ale mimo tego była bardzo sympatyczna. Spotkałyśmy się na ulicy. Powiedziała mi, jak wjechać do garaży podziemnych.
T o "dobre miejsce" skończyło się tym, że pierwszy i ostatni raz w Niemczech ktoś mi porysował cały przód nowego samochodu. Szerokie pasy, głębokie. Były kamery, ale nie zgłaszałam - nie miałam siły biegać po policji. Budynek, do którego trafiłam, był bardzo wysoki, bo stał na podwyższeniu i górował nad miastem. Obok była boczna uliczka - tam chodziłam na zakupy.
Mieszkanie na ostatnim piętrze - szóstym albo siódmym - z windą i loggią z pięknym widokiem. Z balkonu widziałam wysyp latających balonów, kolorowych, ogromnych. Bałam się, że któryś siądzie na dachu. Widać też było katedrę acheńską, choć w remoncie - całą w rusztowaniach, ze ściętą kopułą i wieżyczkami. W domu były dwie córki babci: R one - bardzo sympatyczna - i ta druga, wiecznie niezadowolona.
Pracę zaczęłam normalnie. Babcia była cudowna. Problemem był kot - o którym nie wiedziałam, a od którego dostałam strasznego uczulenia. Rany pod biustem, spuchnięte oczy, swędzenie. Dopiero po latach dowiedziałam się, że olejek eukaliptusowy mógłby mnie uratować w kilka dni. Kot mnie męczył nocami, ale znalazłam na niego sposób. Aachen było przepiękne, wielokulturowe, spokojne, blisko Belgii. Taki luz belgijsko holenderski, inny niż we Frankfurcie. Były ogródki przydomowe, mili ludzie, wszystkiego blisko.
Kot drapał regularnie w moje drzwi, zwłaszcza nocą, jakby właśnie wtedy miał najwięcej energii. Moje nerwy były już na postronku i nie wiedziałam, co z tym zrobić. Przecież nie będę kota bić ani ganiać - to nie w moim stylu. Wstawałam, odganiałam go, a on i tak wracał. Był przyzwyczajony, bo poprzedniczka trzymała go u siebie w pokoju, spał z nią i wyrobił sobie stały rytuał.
Problem w tym, że ja miałam uczulenie na sierść kotów. To dla mnie była tragedia - oczy puchły, swędziały, powstawały jakieś kaszaki, cała okolica powiek była podrażniona. Tu właśnie zaczęła się cała poważna afera z moimi oczami i z chorobą, która później okazała się jaskrą. Miałam krople do oczu, ale zapomniałam, że można ich używać tylko tydzień. A ja zużyłam całe opakowanie...
I jeszcze jedno: paliłam. Oczywiście, paliłam papierosy, tak jak wszyscy tam. W pokoju też, bo nikomu to nie przeszkadzało - balkon był otwarty prawie cały czas, więc mieszkanie się wietrzyło. Ale zdarzył się moment, który mnie naprawdę przeraził. Zobaczyłam nagle jakby cała chmura dymu wisiała w pokoju, jakby ktoś podpalił niewidzialną watę. Przetarłam oczy, myśląc: "Matko Boska, co się dzieje?" Po chwili mi przeszło, ale swędzenie wracało - a kot, oczywiście, był tam cały czas i musiał być. On był domownikiem. Ja - tylko gościem.
W końcu znalazłam sposób. Niedaleko był sklep z artykułami do obrony osobistej. Były tam różne rzeczy: markery broni, gaz, może nawet prawdziwa broń - ale mnie na to nie było stać, zresztą jedną już miałam. Kupiłam natomiast gaz pieprzowy. I pewnej nocy popsikałam nim dywan przed drzwiami. Nawet same drzwi.
I był święty spokój. Problem kota skończył się natychmiast.
Co ciekawe, w tym miejscu nauczyłam się czegoś pięknego - poznałam tutejszą "bieda-zupę". Składała się ze świeżych obranych ogórków, dwóch gotowanych i rozgniecionych ziemniaków, czterech ząbków czosnku i kilku krewetek, czterech-pięciu sztuk. Wszystko gotowało się razem, dodawało mnóstwo koperku, sól, pieprz do smaku. Później trzeba było to przetrzeć - nawet z krewetkami. Ale efekt? Najlepsza zupa-krem w moim życiu.
Moja polska sąsiadka, starsza pani, powiedziała tylko: "Jani, jaka ta zupa jest tania i dobra." I miała rację. To była rewelacja, choć trochę czasochłonna.
Niedaleko były też sklepy - markety, jakieś Rewe, Lidl, Aldi, wszystko praktycznie obok siebie. Prawie w centrum miasta. Wychodziło się z budynku w dół, mijało przydomowe ogródki, beczki, wszystko było zrobione pięknie i schludnie. Tam chodziłam na zakupy.
Pewnego dnia, wracając z zakupów, weszłam do domu. Babcia - moja podopieczna - oglądała telewizję. Ona już niewiele chodziła, problemy z krążeniem, nogami... A tyle lat paliła. To musiało mieć swoje konsekwencje.
Weszłam i patrzę: na ekranie pali się jakaś wieża. Myślę: "Sensacja? Jakiś film?" Pytam ją, co to jest. A ona: "Wiesz co? Sama nie wiem." A kiedy wyszłam ponownie po coś, czego zapomniałam kupić, zobaczyłam twarze ludzi. Jakby każdy niósł w sobie własną, małą apokalipsę. Jedni szli szybkim krokiem, jakby uciekali przed czymś, co ich goniło. Inni wlekli się powoli, jakby nie mieli dokąd wrócić. W ich oczach było zmęczenie, takie głębokie, jakby nie spali od miesięcy.
I pomyślałam wtedy, że coś bardzo złego dzieje się z nami wszystkimi. Jakby każdy był gdzieś obok siebie - niby obecny, a jednak nieobecny. Jakby życie poszło ludziom przodem, a oni zostali z tyłu, dusząc się w swoich lękach, rachunkach, chorobach i zmartwieniach, których nikt nie chce słuchać.
Idąc, miałam wrażenie, że wszyscy są tacy... przeźroczyści. Jakby ich można było przejść na wylot. I to było najgorsze - ta niewidzialność, która wsiąkła w każdą ulicę, w każdy krok, w każdy oddech. A ja szłam i czułam, że też zaczynam być jak oni: pusta, zmęczona, wycofana. Tylko że u mnie to było świeże, świeżo rozerwane. A u nich jakby zakrzepłe.
Rozpakowywałam zakupy, ale relacja leciała cały czas. Coś mnie tknęło. Podchodzę bliżej, bo oczy już miałam słabe, okulary, jaskra - więc przysuwam się prawie nosem do telewizora i czytam paski.
I nagle zamarłam. Na ekranie ludzie skakali z płonącej wieży.
Patrzę - i widzę, że przecież znam te wieże. To World Trade Center. W Nowym Jorku. I wtedy zrozumiałam, że to nie jest film. To była relacja na żywo, nie jakiś zapis, nie wspomnienie, tylko czyste, nagie "tu i teraz".
W Aachen miałam też przygodę, którą warto zaznaczyć, bo nigdy wcześniej coś takiego mi się nie zdarzyło. To była przygoda z nietoperzami. Budynek, w którym mieszkałam, był bardzo wysoki - nie tyle liczbą pięter, ile tym, że stał na podwyższeniu i przez to górował nad miastem. Centrum i rynek były wprawdzie jeszcze trochę wyżej, ale sam budynek i tak wyrastał ponad większość okolicy.
Latem, kiedy były upały, a okna zostawały uchylone na noc, nietoperze często wlatują tam, gdzie nie powinny. I tak właśnie kilka razy trafiły do nas - właściwie do mieszkania, a dokładniej... w łapy kota. Zawsze to ja je znajdowałam. Jeden nietoperz był tak pokiereszowany przez kota, że nie dało się go uratować. Oczywiście nie dotykałam go gołymi rękami - wiedziałam, że nietoperze mogą przenosić różne choroby, w tym wściekliznę, a i o kota się bałam, bo kot również może być nosicielem.
Wezwałyśmy dozorcę budynku. Przyszedł w odpowiednich rękawicach i wyniósł tego pierwszego, którego trzeba było zutylizować. Drugiego, tego mniej uszkodzonego, udało mi się złapać we własnych rękawicach - wspólnie z dozorcą go zabezpieczyliśmy. Najpierw zamknęliśmy kota w innym pomieszczeniu, żeby dalej nie atakował nietoperza. Po jakimś czasie daliśmy mu trochę wody, postawiliśmy go na oknie i... poleciał. Uratowany.
Nietoperze bardzo często widuję u siebie w Polsce, wieczorami koło budynku - ale nigdy nie miałam ich w mieszkaniu. A właściwie, teraz sobie przypomniałam: dawno, dawno temu, jeszcze zanim były siatki przeciw owadom, kiedy wieczorami otwierało się okna, wpadało nam do mieszkania mnóstwo chrabąszczy. I raz wleciał też nietoperz. Na szczęście udało się go wtedy szybko wygonić.
I zobacz - człowiek zaczyna opowiadać jedną historię, a nagle odblokowuje w pamięci inną. Jak przy pracy z dyskiem: otwierasz jeden plik, a uruchamia się drugi, o którym istnieniu prawie zapomniałaś. Ciekawe...
W tym samym czasie moje uczulenie się pogorszyło. Lekarz powiedział: choroba autoagresyjna.
Właściwie mnie to nie zdziwiło. Ponoć stres nieodreagowany zostawia takie efekty.
Musiałam wrócić do Polski - dla zdrowia i dla mamy, która też była sama i przerażona wydarzeniami WTC. Dziewczyny prosiły o znalezienie zastępstwa. Wieczorem wsiadłam w samochód i całą noc jechałam do Polski. Jakby mało było nieszczęść - dzień przed wyjazdem palił się ratusz w Aachen. Stary, z drewnianą wieżyczką. Bali się, że ogień zniszczy wnętrze. Stałam niedaleko w centrum i
patrzyłam na dym. Ludzie wokół rozmawiali po niemiecku i angielsku - sezon turystyczny. Dymy, cisza, atmosfera katastrofy - wszystko nakładało się na siebie. To był jeden z najcięższych okresów mojego życia. Tragedia miasta, tragedia świata i moje sypiące się zdrowie-wszystko naraz.
6. A co tam, panie, w Kolonii słychać?
Do Kolonii trafiłam dzięki pani Marioli, która zajmowała się organizacją pracy dla opiekunek w tym regionie. To była jedna z moich ostatnich placówek. Moją podopieczną została pani Ingrid - starsza, ponad osiemdziesięcioletnia wdowa. Była osobą bezdzietną, co w jej sytuacji majątkowej miało kluczowe znaczenie dla dalszych losów rodziny.
Mieszkałyśmy w prestiżowej dzielnicy, w eleganckim domu szeregowym położonym tuż przy Parku Centralnym. Z tyłu domu znajdował się ogród, urządzony w typowo niemieckim, praktycznym stylu: duży taras z ruchomym zadaszeniem, a dalej starannie utrzymany trawnik otoczony wieńcem krzewów. Wszystko zaprojektowane tak, by cieszyło oko, ale nie wymagało zbyt wiele pracy.
Rodzinne gry i młody adorator
Rodzina Ingrid składała się z jej brata oraz bratowej, która była prawdziwym "generałem" w tej familii. To ona zarządzała nie tylko mężem, ale i sprawami szwagierki. Trzymała wszystko twardą ręką, a miała ku temu powód, który spędzał jej sen z powiek. W życiu samotnej Ingrid pojawił się bowiem młody mężczyzna, fizjoterapeuta pochodzący z kręgu kultury muzułmańskiej.
Ich znajomość zaczęła się od niewinnych zabiegów, ale szybko przerodziła się w osobliwą przyjaźń. Ingrid, mimo ogromnej różnicy wieku, traktowała tego czterdziestolatka jak swojego adoratora. On zaś, będąc człowiekiem niezwykle sympatycznym, utwierdzał ją w tym przekonaniu. Szybko stało się jasne, że za tymi czułościami kryje się drugie dno - walka o spadek i majątek starszej pani. Ta napięta sytuacja, pełna podejrzeń i rodzinnych kłótni, miała swój finał na sali sądowej, gdzie przyszło mi później występować w roli świadka.
Oaza spokoju za oknem
Ucieczką od tych domowych intryg były spacery do pobliskiego parku. Było to miejsce o niezwykłej architekturze krajobrazu. Centralną część stanowiła ogromna przestrzeń zieleni z kilkoma samotnymi drzewami, poprzecinana żwirowymi alejkami dla pieszych. Całość otaczał gęsty wieniec potężnych drzew, co z lotu ptaka musiało wyglądać jak zielona korona chroniąca to miejsce przed zgiełkiem miasta. To tam, na parkowych ławkach, szukałyśmy z Ingrid spokoju, którego tak brakowało w jej własnym domu.
Sąsiedztwo i nocne niepokoje
Mieszkanie tuż przy tak ogromnym parku, choć malownicze, budziło we mnie mieszane uczucia. Moja wyobraźnia podpowiadała mi, jak pięknie ta zielona korona drzew musi wyglądać z lotu ptaka, ale jednocześnie czułam, że taka bliskość otwartej, leśnej przestrzeni nie zawsze jest bezpieczna. Ingrid i jej mąż mieszkali tu jednak od lat i czuli się u siebie.
Moim największym utrapieniem nie był jednak park, a to, co działo się za ścianą. Mój pokój sypialny sąsiadował bezpośrednio z pomieszczeniem w domu obok, który zajmowali młodzi ludzie. Często puszczali muzykę tak głośno, że ściany niemal drżały, szczególnie w godzinach popołudniowych i wieczornych. Nieraz musiałam interweniować i prosić o ciszę. Po całym dniu pracy, opieki i lawirowania między rodzinnymi humorami, potrzebowałam spokoju, by zregenerować siły.
Ingrid i jej "wybawca"
Ingrid, mimo swojego wieku, trzymała się bardzo dzielnie. Próbowała stawiać opór demencji, starała się zachować sprawność umysłu, ale cała ta sytuacja z jej nowym "przyjacielem" wyraźnie mąciła ten obraz. Ten człowiek - nie jestem pewna, czy pochodził z Maroka, Iranu czy Iraku - stał się osią jej świata. Dopóki on był w pobliżu, Ingrid miała w sobie pewien rodzaj nienaturalnej mobilizacji, jakby chciała przy nim wypaść jak najlepiej, jak najmłodziej. Jednak ta fascynacja coraz bardziej oddalała ją od rzeczywistości i od własnej rodziny, która z niepokojem obserwowała każdy krok fizjoterapeuty.
Miłość w cieniu demencji
Ingrid miała w sobie niezwykłą siłę, gdy w pobliżu był on - jej rehabilitant. Ten człowiek, mówiący z twardym, obcym akcentem i kaleczący język niemiecki, był dla niej niczym lekarstwo na starość. Dopóki przychodził, jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Chciała mu się podobać, chciała być sprawna. Jednak gdy tylko znikał za drzwiami, cała ta fasada pękała - Ingrid zapadała się w sobie, a problemy z pamięcią wracały ze zdwojoną siłą.
Mimo tych miłosnych zaślepień, bardzo mnie polubiła. Chodziłyśmy razem na długie spacery po tych pięknych, żwirowych alejkach. Zawsze pilnowałam, by brała chodzik - choć uważała się za sprawną, bałam się o nią. Chodzik był naszym bezpiecznikiem; w każdej chwili, gdy zabrakło jej tchu lub sił, mogła na nim przysiąść i odpocząć, nie czekając na odległą parkową ławkę.
Brudna codzienność i sądowa sala
Moje obowiązki w Kolonii bywały jednak dalekie od parkowych idylli. Czasami bywało drastycznie. Ingrid cierpiała na nawracające problemy żołądkowo-jelitowe. Pamiętam dni, gdy sprzątanie po niej zajmowało mi długie godziny - potrafiła zapaskudzić całe schody prowadzące na piętro, gdzie miałam swój pokój. Do gotowania, zakupów i codziennej opieki dochodziła ciężka fizyczna praca, której nikt nie widział.
W końcu napięcie w rodzinie sięgnęło zenitu i sprawa trafiła na wokandę. Ingrid, w przypływie rzekomej miłości, zapisała swojemu "przyjacielowi" sporą część majątku. Bratowa nie mogła na to pozwolić. Zostałam wezwana jako świadek na rozprawę odwoławczą w sądzie drugiej instancji. Stanęłam przed sędzią i z pełnym przekonaniem zeznałam to, co widziałam na co dzień: że Ingrid żyje w iluzji. Że bierze tego człowieka za swojego adoratora, którym on w rzeczywistości nigdy nie był. Widziałam, jak manipulował jej uczuciami, by wyłudzić spadek, a ona, w swoim zagubieniu, nie potrafiła odróżnić szczerości od wyrachowania.
Między wolą a interesem
Zapis w testamencie był jasny: ten człowiek miał opiekować się Ingrid do końca jej dni w zamian za część spadku. Wywołało to potężny konflikt. Bratowa, osoba niezwykle despotyczna i energiczna, nie zamierzała szanować woli szwagierki. Choć jej mąż był człowiekiem wykształconym, z tytułem doktora, widać było na każdym kroku, że to żona podejmuje wszystkie decyzje. On jedynie potakiwał, całkowicie zdominowany przez jej silną osobowość.
Moje spojrzenie na tę sprawę było rozdarte. Jako opiekunka widziałam, że kontrolowana obecność tego rehabilitanta działała na Ingrid cuda - choroba wycofywała się, umysł stawał się jaśniejszy. Jednak dla rodziny te argumenty nie miały znaczenia. Liczyły się pieniądze, których bratowa za wszelką cenę nie chciała wypuścić z rąk.
Niewygodny świadek
Po moich zeznaniach w sądzie drugiej instancji atmosfera w domu stała się gęsta. Pomogłam im wygrać sprawę, ale paradoksalnie stałam się przez to zagrożeniem. Bratowa zaczęła szukać pretekstów, by podważyć moją pozycję. Wykorzystała nawet moje prośby o ciszę kierowane do sąsiadów. Twierdziła, że niepotrzebnie wtrącam się w relacje sąsiedzkie, choć ja po prostu chciałam móc zasnąć po północy, by mieć siłę do pracy rano.
Wyczuwałam, że bratowa zaczyna się mnie obawiać. Byłam niezależna - miałam własny samochód, swoje zdanie i jasny kompas moralny. Widziałam mechanizmy, które rządziły tym domem, i to sprawiało, że stałam się dla nich niewygodna. Pomogłam im w sądzie, bo taka była prawda o manipulacji adoratora, ale nie oznaczało to, że zgadzałam się na despotyzm bratowej wobec bezbronnej Ingrid.
Nowy układ i polska duma
Moja rola w domu Ingrid dobiegła końca w sposób typowy dla tamtejszych realiów. Bratowa, pozbywszy się z moją pomocą niechcianego fizjoterapeuty, szybko przekalkulowała, co opłaca jej się najbardziej. Znalazła małżeństwo z Polski - on miał pracę w regionie, ona szukała zajęcia. Bratowa zaoferowała im mieszkanie w zamian za opiekę nad Ingrid. Układ był dla niej idealny: nie musiała już nikomu płacić gotówką, a zyskała dwoje ludzi do pomocy w domu i ogrodzie.
Choć mogłabym czuć żal, patrzyłam na to trzeźwo. Trudno o lepszy układ dla rodziny, a ja wiedziałam, że moja misja tam dobiegła końca. Byłam dla nich zbyt niezależna, a fakt, że widziałam ich intrygi od środka, czynił mnie niewygodną.
Z Kolonii wyjeżdżałam tak, jak przyjechałam - swoim samochodem na polskich tablicach. Wielu znajomych namawiało mnie na zmianę rejestracji na niemiecką, uważając to za wyznacznik statusu, ale dla mnie był to zbędny snobizm. Nie zamierzałam wydawać ciężko zarobionych 1200 euro tylko po to, by "pokazać się" sąsiadom. Czułam się dobrze ze swoją tożsamością. Moje polskie tablice nigdy nie sprawiły mi problemów, nawet w centrum Frankfurtu, a paradoksalnie to właśnie one otworzyły mi kolejne drzwi.
Spotkanie na parkingu
Pewnego dnia, podczas rutynowych zakupów, to właśnie moje polskie rejestracje przyciągnęły uwagę pewnego małżeństwa. Na parkingu zaczepił mnie Józef i jego żona, młoda, bardzo ładna brunetka. Widząc samochód z Polski, podeszli do mnie, szukając kogoś zaufanego. - Szukamy opiekunki dla naszej mamy i teściowej - powiedzieli po krótkiej rozmowie.
W ten sposób, zupełnie przypadkiem, między regałami sklepowymi a parkingiem, zaczynał się kolejny rozdział mojej niemieckiej przygody. Znów zadziałał los, a moje przywiązanie do polskich barw na zderzaku stało się najlepszą wizytówką.
Wiedziałam, że moja praca u Ingrid dobiega końca. Gdy tylko rodzina pozbyła się uciążliwego "adoratora", przestałam być im potrzebna. Po krótkim urlopie w Polsce u mamy, wróciłam do Kolonii do nowej rodziny. Józef i jego piękna żona - młoda brunetka, która sama była po wylewie - wydawali się przemili. Wieści o dobrej, doświadczonej polskiej opiekunce rozchodzą się tam błyskawicznie, więc ufali mi od progu.
Gdy rodzina Ingrid pozbyła się tego człowieka, wiedziałam, że moja rola tam się kończy. Pojechałam na chwilę do Polski odwiedzić mamę, a po powrocie zaczęłam pracę u Józefa. To byli bardzo mili ludzie. Już wcześniej słyszeli od sąsiadów, że jestem dobrą opiekunką i znam się na swoim zawodzie, bo pracuję w nim od wielu lat. Szybko się dogadaliśmy.
Mieszkanie było bardzo fajne - miałam swój pokoik, duży salon i sympatyczną kuchnię. Podopieczna była jeszcze dosyć sprawna, choć po wylewie. Co ciekawe, jej córka, młoda i piękna kobieta, również przeszła wylew, prawdopodobnie od nadmiaru papierosów. Problem polegał na tym, że starsza pani wstawała w nocy do toalety i chciała, żebym ją dźwigała dwa razy każdej nocy.
Mój kręgosłup był już mocno sfatygowany latami pracy, pełen urazów i bolesnych przypomnień o trudach zawodu. Wiedziałam jedno: nie mogłam pozwolić, by przez upór jednej pacjentki stać się kaleką. Zaproponowałam nowoczesne rozwiązanie - specjalistyczne podnośniki. W Niemczech kasa chorych dostarcza takie urządzenia błyskawicznie, a ja, jako doświadczona opiekunka, doskonale wiedziałam, jak je obsługiwać. To mogło odciążyć moje ciało, choć nocne wstawanie i tak pozostawało ogromnym obciążeniem dla psychiki i serca. Praca dwudziestoczterogodzinna wymaga choć odrobiny higieny pracy, by człowiek mógł funkcjonować.
Niestety, pani kategorycznie odmówiła. Nie chciała słyszeć o żadnych urządzeniach.
Wtedy zrozumiałam, że nie ma miejsca na kompromis. Podczas wieczornej rozmowy z Józefem i jego żoną postawiłam sprawę jasno: - Mam przed sobą jeszcze kilkanaście lat do emerytury. Jeśli teraz zrujnuję sobie zdrowie, kto mi zapłaci za leczenie? Z czego będę żyć jako inwalidka? Czy państwo weźmiecie za mnie odpowiedzialność?
Odpowiedzią była cisza i brak zrozumienia dla moich argumentów. Nie czekałam do rana. Czułam, że to jedyne wyjście, by zachować godność i sprawność. Spakowałam swoje nieliczne rzeczy, wrzuciłam kilka toreb do samochodu i jeszcze tej samej nocy ruszyłam w stronę Polski. Kiedy światła Kolonii znikały w lusterku wstecznym, czułam smutek, ale i ulgę. Tak zakończyła się moja przepiękna, choć momentami drastyczna przygoda w tym mieście.
7. Pierwsza w życiu Pasterka kościoła ewangelickiego
Wszystko zaczęło się od telefonu od znajomych z Berlina. To oni dali mi namiary na panią Elę z okolic Darmstadt - kobietę, która od lat pomagała w organizowaniu wyjazdów dla opiekunek. Trzeba było ją poznać, ustalić szczegóły i przekonać się, czy w ogóle da się wyruszyć w tę podróż.
Pani Ela była konkretna, rzeczowa, chciała wiedzieć, jakie mam doświadczenie, na jakie warunki liczę i jak wyobrażam sobie współpracę. Po rozmowie pozostało tylko czekać na telefon. Obiecała, że kiedy znajdzie odpowiednią rodzinę, da mi znać.
I rzeczywiście - zadzwoniła po kilku dniach. Miała dla mnie starszego pana, który mieszkał samotnie w okolicach Darmstadt. Żona zmarła niedawno, a dwie dorosłe córki postanowiły znaleźć mu opiekunkę. Człowiek był spokojny, poukładany, dom czysty, ogród zadbany - takie miejsce, w którym człowiek od razu czuje się dobrze.
Podróż busem do Hesji była długa. Za oknem przesuwały się nocne światła, a ja myślałam o tym, jak tam będzie. Kiedy dotarłam na miejsce, zobaczyłam dom, który od razu mnie urzekł. Stary, pewnie jeszcze sprzed wojny, z ogrodem, w którym rosły brukselki, jarmuż i resztki feldsalat. Obok - murowana szopa na narzędzia, trochę kur, kilka grządek. Prawdziwa niemiecka wieś.
Obie córki przyjechały mnie poznać. Były serdeczne i pełne ciepła. Zaskoczył mnie tylko sposób, w jaki myły naczynia - bez spłukiwania wodą. Kiedy zapytałam, dlaczego, usłyszałam, że to "dla oszczędności". Uśmiechnęłam się. Inny kraj, inne zwyczaje.
Codzienność tam była spokojna. Rankiem karmiłam kury, zbierałam jajka, gotowałam, pomagałam w domu. Zimą każde wyjście do ogrodu wymagało grubego swetra, ale nie przeszkadzało mi to. W każdym domu uczyłam się czegoś nowego - tutaj odkryłam smak feldsalat z sosem śmietanowym i kilkoma kroplami tabasco. Ostry, wyjątkowy akcent, który został mi w pamięci.
Święta przyszły cicho. Córki przyjechały z prezentami, w domu pachniało ciastem i drewnem z pieca. A potem była pasterka. Nie byłam na niej od dziecka. W Polsce wspomnienie kościoła kojarzyło mi się z zapachem alkoholu i zmęczeniem po świętowaniu. Tam było inaczej. Mały ewangelicki kościół wypełniony śpiewem, ludzie spokojni, skupieni, a pastor - z ciepłem i prostotą - witał każdego z osobna.
Czułam wtedy, że wiara może być czymś dobrym, spokojnym, zwyczajnym. Nie było tam hałasu ani pośpiechu - tylko ciepło i światło. Wychodząc, widziałam, jak ludzie podchodzą do pastora, ściskają mu dłonie, wymieniają kilka słów. Wszystko z prostotą, bez udawania. To była dla mnie nowa lekcja - o ludziach, o szacunku i o tym, że prawdziwe święta są tam, gdzie panuje cisza i dobro.
Peter, mój podopieczny, był człowiekiem łagodnym. Wysoki, starszy, z pogodnym spojrzeniem. Nie traktował mnie jak służącej, raczej jak kogoś bliskiego. Wspólnie gotowaliśmy, rozmawialiśmy, oglądaliśmy programy w telewizji. Czasem prosił, żebym posmarowała mu plecy, gdy bolał go kręgosłup. Robiłam to naturalnie - jak pielęgniarka. Kiedy zaproponował, że on też może mi pomóc, poczułam niepokój. Ale wiedziałam, że to tylko wdzięczność. Był po prostu samotny.
Planowaliśmy razem wiosnę - co posiejemy, co posadzimy, jak odnowimy ogród. Wszystko układało się dobrze. Miałam wrócić po Nowym Roku, ale musiałam odwiedzić mamę. Kiedy byłam już w Polsce, zadzwonił telefon. Peter zmarł.
Siedziałam w ciszy, długo, z telefonem w dłoni. Nie płakałam, tylko czułam pustkę - taką, jak po kimś, kto zostawił w sercu ciepło.
Z tamtego czasu zostały wspomnienia: ten dom, ogród, zapach świąt, śpiew w małym kościele. I suszarka do włosów z lokówką - drobiazg, który został po wielkiej życzliwości. Ale przede wszystkim pamięć o tym, że nawet w obcym kraju można spotkać dobro i ludzi, przy których przez chwilę czujesz się jak w domu.
Chciałabym dopisać tu jeszcze jedno wspomnienie z tamtego okresu, z tej samej miejscowości. Wspomnienie niewielkie, pozornie błahe, a jednak bardzo dla mnie symboliczne.
Ale...
W miasteczku był sklep prowadzony przez Włocha. Nie pamiętam już, czy sprzedawał artykuły elektryczne, AGD czy po prostu różności - ale bywałam tam kilka razy, kupując drobiazgi do domu Petera. I któregoś dnia, kiedy weszłam z pozoru jak zawsze, on poprosił mnie, żebym została chwilę dłużej.
Powiedział: - Ty pracujesz tutaj jako opiekunka, ale jesteś taka obrotna. Może chciałabyś pracować u mnie?
Rozmowa zaczęła się niewinnie. Ale gdy zapytałam, gdzie bym mieszkała, usłyszałam: - No jak to... u mnie.
W tym momencie zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Nie dlatego, że bałam się pracy. Bałam się podtekstu. On chyba miał żonę we Włoszech - nie pamiętam dokładnie - ale widziałam w jego oczach coś, co nie miało nic wspólnego z uczciwą propozycją zawodową.
To nie była oferta pracy. To była oferta sytuacji, której nie chciałam i nie zamierzałam doświadczać.
Już więcej do tego sklepu nie poszłam. Zresztą niedługo później wracałam do Polski, więc temat się sam zamknął.
Dlaczego o tym piszę? Bo to było dla mnie bardzo ważne doświadczenie. Pokazało mi, że gdziekolwiek pojedzie kobieta - zwłaszcza sama, zwłaszcza jako opiekunka, czyli ktoś postrzegany jako "niżej w hierarchii" - zawsze znajdzie się ktoś, kto poczuje swoją przewagę i będzie chciał ją wykorzystać. Czasem subtelnie, czasem bezczelnie, ale zawsze pod płaszczykiem "pomocy", "szansy", "propozycji".
Takie rzeczy nie działy się często. Ale zdarzały się. I zostawiały w człowieku ślad - ten szczególny rodzaj czujności, który mają tylko kobiety żyjące lata za granicą, uczące się na pamięć tych wszystkich niepisanych sygnałów.