1. Monachium - w cieniu "Olliego" Kahna i starych uprzedzeń
To wspomnienie jest trochę niechronologiczne.
Wraca do mnie dopiero teraz - nagle, po latach, jakby ktoś otworzył stare drzwi, o których dawno zapomniałam.
Był rok 2002. Zaraz po mistrzostwach świata w piłce nożnej. Czas Olivera Kahna.
Jak widać, w moich wspomnieniach często przewijają się sportowcy. Sport od zawsze był częścią mojego życia. Sama byłam kiedyś bardzo związana ze sportem, niemal wyczynowo, więc tamte emocje pamiętam doskonale. Zwłaszcza emocje wokół niemieckiej reprezentacji i samego Kahna - człowieka, którego po prostu dało się lubić. Nawet moja mama przeżywała wtedy mecze.
I właśnie przez jeden z takich meczów złamałam nogę.
Do dziś pamiętam ten moment. W domu panowało napięcie, wszyscy byliśmy skupieni na spotkaniu. Chciałam szybko przebiec do kuchni - chyba po herbatę albo coś do picia. Miałam na nogach klapki z twardą podeszwą. W pewnym momencie stopa zsunęła się bokiem, a cały ciężar ciała oparł się o kant podeszwy.
Ból był natychmiastowy.
Następnego dnia pół stopy miałam już sine, spuchnięte i żółtawe. Każdy krok bolał jak diabli. Pojechałyśmy na prześwietlenie i okazało się, że kości są popękane w trzech miejscach. Gips.
I tak oto, zamiast normalnie żyć i realizować plany, chodziłam przez kilka tygodni z nogą w gipsie, na którym widniał napis: "OLLI KAHN".
Dziś wydaje mi się to wręcz absurdalnie symboliczne.
Kilka tygodni później dostałam propozycję wyjazdu do Monachium. Wtedy nie było jeszcze nawigacji, smartfonów ani wygodnego internetu. Miałam atlas drogowy i jeden z pierwszych telefonów komórkowych.
Pojechałam sama.
Pamiętam tamtą drogę bardzo wyraźnie. Zwykle jeździłam innymi trasami, ale tym razem trzeba było odbić bardziej na południe. Monachium okazało się miastem pierścieni, obwodnic i ciasnych ulic. A jednak trafiłam pod właściwy adres za pierwszym razem.
Mieszkanie znajdowało się w bloku. Starsza kobieta i jej córka.
Córka była bardzo miła. Matka - od początku dziwnie na mnie patrzyła.
Wtedy jeszcze tego nie rozumiałam.
Miałam spuchniętą nogę, ledwo dochodziłam do siebie po złamaniu, a mimo to pracowałam i pomagałam jej w codziennym funkcjonowaniu. Były upały. Monachium latem potrafił być duszny i ciężki. Wieczorami noga znowu zaczynała pulsować bólem.
A ona patrzyła na mnie tym swoim wzrokiem.
Dopiero po latach zaczęłam rozumieć, że to nie chodziło o mnie osobiście. Ta kobieta miała wtedy około osiemdziesięciu lat. Pamiętała wojnę. Pamiętała dawny Monachium - miasto, które było przecież jednym z głównych symboli rodzącego się nazizmu.
I chyba gdzieś bardzo głęboko nosiła w sobie stare uprzedzenia.
Pewnej nocy zawołała mnie, żebym pomogła jej przejść na stojącą obok łóżka toaletę. Miała przy łóżku metalowy uchwyt, podobny do tych szpitalnych.
Schyliłam się, żeby ją podtrzymać.
I wtedy uderzyła mnie tym metalowym drążkiem prosto w czoło.
Do dziś pamiętam ten szok.
Nie sam ból - bardziej niedowierzanie.
Stałam nad nią w środku nocy, próbując pomóc starszej, schorowanej kobiecie, a ona patrzyła na mnie z jakąś dziwną mieszaniną strachu, niechęci i agresji.
Pamiętam, że powiedziałam wtedy:
"Dlaczego pani mnie uderzyła? Przecież ja chcę pani pomóc".
Nazajutrz miałam ślad przy oku i między brwiami.
Córka bardzo mnie przepraszała. Było jej wstyd. Tłumaczyła, że sama już nie daje rady opiekować się matką, że pracuje, że sytuacja jest trudna.
Rozumiałam to.
Ale jednocześnie czułam, że nie chodzi tylko o chorobę czy starość. Było w tym coś jeszcze. Coś starego. Zakorzenionego głęboko.
Może lęk.
Może pamięć.
Może pogarda, której człowiek nawet nie umie już nazwać.
W międzyczasie oglądałam Monachium. Zakłady Siemensa, nowe technologie, pierwsze oznaki świata, który właśnie zaczynał przyspieszać cyfrowo. To były jeszcze czasy przejściowe - między starym światem a nowym.
I może właśnie dlatego tak mocno zapamiętałam ten wyjazd.
Bo wszystko tam było "pomiędzy".
Między młodością a starzeniem się.
Między życzliwością córki a wrogością matki.
Między nowoczesnymi Niemcami a cieniem dawnej historii.
Między moją rekonwalescencją a próbą odzyskania siły.
W końcu spakowałam się i wróciłam do Polski nocą.
Na pożegnanie córka podarowała mi ozdobny talerz z Monachium. Mam go do dziś.
I dopiero teraz, po tylu latach, zaczynam naprawdę rozumieć tamten wyjazd.
2. Darmstadt
Darmstadt powitał mnie życzliwie.
Trafiłam tam dzięki koleżance, która kiedyś odwiedziła mnie w miejscu mojej wcześniejszej pracy - miejscu przypominającym małą enklawę egzotycznych drzew i roślin. Przyjechała wtedy razem ze swoją szefową, córką mojej przyszłej podopiecznej.
Po pewnym czasie koleżanka, z własnych powodów, nie mogła już przez jakiś okres kontynuować pracy. Ja akurat byłam wolna, miałam już pewne rozeznanie i dlatego podjęłam się tego wyjazdu.
Helga mieszkała w niewielkiej kawalerce na dziesiątym piętrze wieżowca. Mieszkanie miało bardzo nietypowy układ - przedpokój łączył się z małym aneksem kuchennym ukrytym we wnęce, dalej znajdowała się łazienka i duży pokój z loggią. Takiego rozwiązania wcześniej w Niemczech nie spotkałam, szczególnie w wysokich blokach.
Dla mnie przygotowano osobny pokój w starym budynku stojącym nieopodal. Pokój należał do mieszkania wynajmowanego studentom i właściwie służył mi głównie jako miejsce na bagaże oraz parkowanie samochodu. Nie było tam nawet normalnej łazienki, dlatego spałam tam rzadko.
Najczęściej nocowałam u Helgi, w dużym pokoju przy loggii, na wygodnej sofie. I właśnie ten balkon pamiętam najlepiej - mogłam tam siedzieć do późnych godzin nocnych i obserwować światła Darmstadtu rozciągające się daleko poniżej. Mieszkanie znajdowało się wystarczająco daleko od centrum, by nie docierał tam jego hałas, a jednocześnie wysokość dziesiątego piętra pozwalała oglądać miasto jak spokojną, rozświetloną mapę.
Darmstadt pozostał mi w pamięci jako miasto zieleni, ciszy i ludzi o niezwykłej kulturze bycia.
To właśnie tam znajdował się między innymi słynny park różany - miejsce, do którego często jeździłyśmy z Helgą.
Były tam róże wszystkich możliwych odmian: pnące, wysokopienne, drobne, ogromne, w kolorach niemal nierealnych. W ciepłe dni powietrze dosłownie pachniało różami.
Dla mnie, alergiczki, takie wyprawy bywały pewnym poświęceniem, ale jednocześnie sama chłonęłam to piękno całymi zmysłami. Helga natomiast mogła tam spotykać ludzi ze swojego pokolenia. Mówiła czasem ze smutkiem, że z roku na rok widuje ich coraz mniej.
Była bardzo dobrym człowiekiem.
Rozmawiałyśmy godzinami - o życiu, o ludziach, o codzienności. Nigdy właściwie nie miałyśmy między sobą nieporozumień. Rozumiałyśmy się zaskakująco dobrze.
Pamiętam szczególnie jedno spotkanie u córki Helgi, która mieszkała w eleganckim apartamencie blisko centrum miasta. Było tam kilka osób, między innymi niezwykle sympatyczna znajoma - sklepikarka związana wcześniej z uczelnią.
Przyniosła tort cebulowy.
Dla Niemców był to zapewne zwyczajny specjał, ale dla mnie okazał się czymś wyjątkowym. Nigdy specjalnie nie przepadałam za ciężkimi niemieckimi wypiekami, a jednak smak tamtego tortu pamiętam do dziś. Miał w sobie coś niezwykle harmonijnego - zapach, konsystencję, sposób podania. Przede wszystkim był z umiarem słono-pikantny.
Sama kobieta również wydawała się idealnie współgrać z tym daniem. Była piękna, zadbana, spokojna i elegancka w bardzo naturalny sposób. Wszystko tworzyło jedną, spójną kompozycję estetyczną - jakby człowiek i potrawa należeli do tego samego świata.
Niestety, właśnie wtedy życie zaczęło zmieniać swój ton.
Helga od pewnego czasu coraz bardziej cierpiała. Początkowo wyglądało to na zwykłe problemy z układem moczowym - infekcję, zapalenie, może przewlekłe ZUM. Pojawił się ból podbrzusza, pieczenie, bezsenne noce. Rozpoczęłyśmy wędrówkę po lekarzach.
Antybiotyki nie pomagały.
W końcu dostała skierowanie na badanie pęcherza. Byłam przy niej cały czas - pomagałam jej się ubrać, wejść do samochodu, poruszać po klinice. Lekarze w Niemczech często zwracali się do mnie po prostu jak do współpracownika, czasem mówili "koleżanko", czasem przechodzili na "ty", bo dobrze znałam język i uczestniczyłam we wszystkim na bieżąco.
Podczas badania lekarz nagle powiedział:
- Popatrz tutaj.
Na ekranie zobaczyłam coś dziwnego i jednocześnie niemal pięknego.
Wyglądało jak skupisko różowych koralików. Delikatnych, błyszczących, niemal dekoracyjnych. Miało może pięć centymetrów długości. Do dziś pamiętam ten kolor.
Przez moment trudno było uwierzyć, że patrzę na nowotwór złośliwy.
Nie można było już operować. Wiek Helgi i jej inne choroby wykluczały poważniejsze leczenie. Można było jedynie próbować łagodzić cierpienie.
Mój pobyt powoli dobiegał końca.
To było trudne dla nas obu. Obiecywałyśmy sobie, że będziemy utrzymywać kontakt przez koleżankę, którą zastępowałam. Człowiek zawsze wierzy, że jeszcze zdąży.
Życie jednak napisało inny scenariusz.
Najpierw zmarł mąż córki - ten spokojny, wykształcony człowiek nauki. Niedługo później odeszła również Helga.
I tak Darmstadt został mi w pamięci jako miasto mądrych ludzi, pięknych parków, światła oglądanego nocą z dziesiątego piętra i pierwszego w życiu spotkania twarzą w twarz z "potworkiem", który potrafi ukrywać się pod niemal piękną postacią.