WSTĘP
Z górą ćwierć wieku po śmierci Mariana Duryasza ukazują się drukiem jego
przedwojenne i wojenne wspomnienia. Absolwent dęblińskiej Szkoły Orląt,
przedwojenny pilot i instruktor polskiego lotnictwa myśliwskiego latem
1940 roku znalazł się w elitarnym gronie pilotów alianckich, którym
przyszło powstrzymywać ataki niemieckiej Luftwaffe na Wielką Brytanię.
Ta powietrzna kampania, która przeszła do historii jako Bitwa o Anglię
albo Bitwa o Wielką Brytanię, była czymś więcej niż tylko ciągiem
romantycznych podniebnych pojedynków. Zdobycie panowania w powietrzu nad
południową Anglią było dla Niemców warunkiem niezbędnym, by mogli podjąć
próbę inwazji. Tej powietrznej dominacji nie udało im się uzyskać, przez
co Hitler zrezygnował z podboju Wielkiej Brytanii, która wtedy dźwigała
na swych barkach ciężar walki z III Rzeszą. To właśnie wtedy Niemcy
ponieśli pierwszą w tej wojnie porażkę o znaczeniu strategicznym.
Ocalenie Wielkiej Brytanii spowodowało, że przez kolejne lata wojny
Niemcy musieli angażować duże siły w Europie Zachodniej i w basenie
Morza Śródziemnego. Gdyby nie wygrana Brytyjczyków (z niebagatelną
pomocą Polaków) w Bitwie o Anglię, dalszy konflikt w Europie toczyłby
się już tylko między Hitlerem a Stalinem. Wynik takich zmagań byłby
trudny do przewidzenia, ale można przypuszczać, że Polska nie
odzyskałaby niepodległości ani w 1945 roku, ani pół wieku później.
Marian Duryasz nie jest postacią znaną miłośnikom lotnictwa tak dobrze
jak Stanisław Skalski czy Witold Urbanowicz. W świadomości entuzjastów
zapisują się przede wszystkim nazwiska sławnych asów, mogących się
pochwalić pokaźnymi kontami zestrzeleń. Trzeba tu zaznaczyć, że błędem
jest utożsamianie zestrzeleń oficjalnie zaliczonych z faktycznie
zniszczonymi samolotami Luftwaffe. To nie miejsce, by roztrząsać tę
kwestię, ale według renomowanych zachodnich historyków walk powietrznych
liczba zestrzeleń zaliczonych pilotom może nawet dwukrotnie przewyższać
liczbę udokumentowanych strat strony przeciwnej i bynajmniej nie
świadczy to o nierzetelności którejś ze stron.
W oficjalnej klasyfikacji polskich myśliwców według liczby zwycięstw
zaliczonych im podczas II wojny światowej, zwanej potocznie Listą
Bajana, Duryasz znalazł się na 79. pozycji, co na pierwszy rzut oka nie
robi imponującego wrażenia. Jeśli jednak uświadomimy sobie, że w polskim
lotnictwie podczas II wojny światowej służyło półtora tysiąca pilotów
myśliwskich, a wśród nich niespełna 450 miało na koncie chociaż jeden
powietrzny sukces, to lokata pod koniec ósmej dziesiątki nie wygląda już
tak skromnie. Trzeba też pamiętać, że - wbrew stereotypowej opinii -
rolą myśliwców nie jest niszczenie wrogich maszyn dla samego
powiększania konta zwycięstw, tylko skuteczne wykonywanie powierzonych
im, różnorodnych zadań. Zaś zadaniem dowódcy myśliwskiego (a takie
funkcje pełnił Marian Duryasz przez znaczną część swojego latania
bojowego) jest przede wszystkim optymalne kierowanie dowodzonymi przezeń
pilotami, a nie toczenie indywidualnych pojedynków dla uzyskania
własnych zestrzeleń.
Spośród półtorej setki polskich uczestników Bitwy o Anglię tylko kilku
spisało swoje wspomnienia, które doczekały się do tej pory publikacji. W czasach PRL ukazały się m.in. książki: Witolda Urbanowicza, Jana
Falkowskiego i Wacława Króla, a wkrótce po jego upadku - Jana
Malińskiego, Jana Zumbacha i Janusza Żurakowskiego. Całkiem niedawno na
rynku wydawniczym pojawiły się wspomnienia Witolda Łokuciewskiego, a także pamiętnik Mariana Bełca (poległego podczas wojny), opublikowany
jako część jego biografii.
Wartość faktograficzna wspomnieniowych tekstów jest różna - od
inżynierskiej precyzji (i - niestety - niesłychanej zwięzłości)
Żurakowskiego po Zumbacha puszczającego wodze fantazji tak dalece, że
miejscami można się zastanawiać, czy to jeszcze autobiografia, czy
raczej już barwna powieść łotrzykowska, luźno oparta na faktach.
Oczywiście odtwarzając wydarzenia po kilkudziesięciu latach, trudno
pamiętać dokładne daty wydarzeń i bezbłędnie wymienić nazwiska
wszystkich współtowarzyszy takich przygód. Pisząc swoje wspomnienia,
większość autorów nie szperała w archiwach, by to sprawdzać, dlatego
porównując ich relacje z dokumentami, łatwo dziś dostępnymi, można
wytknąć błędy w chronologii czy pomyłki w identyfikacji uczestników
zdarzeń. Nie zmienia to wartości tych książek, bo są to relacje z pierwszej ręki uczestników historycznych wydarzeń. Spisali to, co i jak
zapamiętali, z całym bagażem subiektywnych opinii i emocji - i właśnie
na tym osobistym aspekcie polega ich wartość. W swoich wspomnieniach
Marian Duryasz nie stroni od osobistych ocen, niekiedy emocjonalnych,
ale na skali rzetelności w opisie zdarzeń zdecydowanie bliżej mu do
Żurakowskiego niż Zumbacha.
Oprócz oczywistego subiektywizmu właściwego wszelkiej memuarystyce
wspomnienia pisane w PRL podlegały dodatkowemu zafałszowaniu wskutek
ówczesnej cenzury. "Politycznie poprawna" interpretacja historii była
warunkiem wydania wspomnień przez państwowe wydawnictwa. Nie mogło więc
tam być żadnych krytycznych wzmianek pod adresem ówczesnego "wielkiego
brata", czyli Związku Radzieckiego - ani słowa o radzieckiej agresji w 1939 roku i okupacji ziem polskich, o zsyłkach i Katyniu, o postawie
Sowietów podczas Powstania Warszawskiego czy o Jałcie. Mile były
widziane wyrazy sympatii dla ZSRR i jego wojska, a także pozytywna ocena
kolegów, którzy polegli na wojnie albo po jej zakończeniu wrócili do
Polski. Natomiast tych, którzy pozostali na Zachodzie i aktywnie
działali w emigracyjnych organizacjach, należało raczej przemilczeć lub
krytykować. Także w tekstach nieprzeznaczonych do szerszej publikacji (o ile nie były z założenia pisane do szuflady) autorzy nie mogli sobie
pozwolić na pełną otwartość w sprawach polityczno-historycznych (sam
pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych polonistka w moim liceum
zwracała uwagę, żeby nie poruszać politycznie wrażliwych tematów na
pisemnej maturze, bo prace podlegają kontroli kuratorium...).
Wspomnienia Mariana Duryasza powstały na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Nie znamy konkretnych motywów, które skłoniły go do
ich spisania, ale można przypuszczać, że miało to związek z zainicjowanym w drugiej połowie lat pięćdziesiątych zbieraniem pisemnych
relacji uczestników II wojny światowej dla celów archiwalnych. Nie
planował zapewne publikacji tego maszynopisu w formie książkowej, ale
przewidywał, że będą go czytać "oficjalne czynniki". Miał więc pełną
świadomość ograniczeń nakładanych przez ówczesne realia polityczne na
to, co i jak może napisać. Charakterystyczna jest jego relacja o losach
jednej z grup ewakuującego się personelu Centrum Wyszkolenia Lotnictwa
nr 1: [...] cały pozostały personel szkoły miał dołączyć do nas
następnego dnia. Lecz nie przybył on ani następnego dnia, ani w ciągu
dalszych. [...] spotkaliśmy się dopiero na obczyźnie, ale już nie ze
wszystkimi. [...] Koniec wojny zastał ich w rejonie Dubna, skąd
pojedynczo przedzierali się za granicę.
Eufemistyczne stwierdzenie, że koniec wojny zastał ich w rejonie
Dubna, oznacza po prostu, iż zostali tam zagarnięci przez wkraczającą
Armię Czerwoną, a niewinnie brzmiące słowa: spotkaliśmy się [...],
ale już nie ze wszystkimi, odnoszą się do losu oficerów, którzy zostali
osadzeni w obozach w Kozielsku i Starobielsku, a wiosną 1940 roku
zamordowani w Katyniu i Charkowie. Czytając wspomnienia Mariana
Duryasza, należy brać poprawkę na te uwarunkowania towarzyszące ich
powstawaniu.
Książka zaczyna się bardzo obszernym opisem kolejnych etapów szkolenia
autora, nim został pilotem myśliwskim. W owym czasie dęblińska
podchorążówka szkoliła wyłącznie obserwatorów, więc po jej ukończeniu i przydziale do jednostki liniowej Marian Duryasz, już jako oficer
lotnictwa, musiał przejść kurs pilotażu podstawowego, a potem wyższego.
Od wstąpienia przez niego do dęblińskiej szkoły w 1932 roku minęły ponad
cztery lata, zanim otrzymał swój pierwszy przydział jako pilot
myśliwski. Przez kolejne dwa lata doskonalił swój kunszt, osiągając
stanowisko zastępcy dowódcy eskadry. Jesienią 1938 roku został
instruktorem wyższego pilotażu, by szkolić kolejne roczniki myśliwców.
Wyniki osiągane podczas wojny przez polskich pilotów dobrze świadczą o poziomie szkolenia w lotnictwie II RP. Sukcesy lotników rekrutujących
się z ostatnich przedwrześniowych roczników Szkoły Orląt wystawiają
szczególnie dobre świadectwo Marianowi Duryaszowi i jego kolegom -
ówczesnym instruktorom wyższego pilotażu. Choć z dzisiejszego punktu
widzenia nie tylko polskie PZL P.11, ale także brytyjskie Hurricane'y i Spitfire'y jawią się nam jako zabytki dawnego lotnictwa, to przecież w swoim czasie stanowiły one szczyt techniki światowej (niczym dzisiejsze
F-35), a ich piloci byli elitą elit, tak samo jak dzisiaj piloci
myśliwscy są elitą wszystkich sił zbrojnych na świecie. Dzięki
instruktorom i wychowawcom, takim jak Marian Duryasz, Polacy byli wtedy
w ścisłej światowej czołówce, jeśli chodzi o poziom wyszkolenia.
Dobitnym tego dowodem stały się ich bojowe osiągnięcia podczas Bitwy o Anglię.
W porównaniu z innymi rodzajami broni nasi lotnicy zwyciężali w sposób
godny XXI wieku: garstka ludzi, nowoczesną bronią, precyzyjnie.
Paradoksalnie, dziś właśnie z tego powodu tamte sukcesy są u nas często
lekceważone - bo było ich niewielu i nie ponosili wielkich strat. Jako
świetnie wyszkoleni specjaliści najnowocześniejszego rodzaju broni
dobrze sobie radzili w walkach z użyciem skomplikowanych urządzeń
technicznych - i ten fakt nie pasuje do popularnej wizji, według której
Polak może być patriotą i bohaterem, ale nie może być ekspertem tam,
gdzie potrzeba precyzji, wiedzy i opanowania.
Niestety, w ocenie historii panuje u nas wciąż myślenie kategoriami
dziewiętnastowiecznymi. Miarą wielkości bitwy wciąż jest dla nas liczba
żołnierzy, którzy stoczyli bój, a przede wszystkim tych, którzy w nim
padli. Przyzwyczailiśmy się celebrować triumfy lub klęski polskiego
oręża okupione śmiercią liczoną w tysiące albo dziesiątki tysięcy ludzi.
A przecież to nie krwawe bitwy toczone na ziemi, ale właśnie lotnicze
zmagania nad Anglią latem 1940 roku są jedyną przełomową batalią II
wojny światowej, w której udział Polaków miał istotny wpływ na jej
zwycięskie zakończenie! Warto o tym pamiętać podczas lektury wspomnień
Mariana Duryasza.
Tytuł książki, podział tekstu na rozdziały wraz z ich tytułami są
dziełem wydawcy. Uzupełnienia w postaci życiorysu Mariana Duryasza oraz
wspomnienia o nim napisali jego synowie: Marek i Wojciech Duryaszowie,
którzy udostępnili też liczne fotografie ze zbiorów rodzinnych.
Pozostałe fotografie pochodzą ze zbiorów moich i Roberta Gretzyngiera.
Wojtek Matusiak
1. W SZKOLE PODCHORĄŻYCH LOTNICTWA W DĘBLINIE
Po otrzymaniu matury w Korpusie Kadetów nr 21 w Chełmnie
postanowiłem wstąpić do Szkoły Podchorążych Lotnictwa2.
Oczywiście w tym czasie nie było to przedsięwzięcie łatwe do osiągnięcia
z uwagi na dużą liczbę kandydatów i trudny egzamin konkursowy z matematyki i fizyki oraz przejście bez zastrzeżeń badań
lotniczo-lekarskich.
I tak w roku 1932 tylko z Korpusu Kadetów nr 2 o wstąpienie do lotnictwa
ubiegało się 32 kandydatów. Po przejściu badań lekarskich pozostało nas
już tylko 14. Egzamin do Szkoły Podchorążych Lotnictwa - kandydatów z pierwszego roku Szkoły Podchorążych i maturzystów po ukończeniu Korpusu
Kadetów - odbył się w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowi-Komorowie3. Nie przypominam sobie obecnie,
ilu kandydatów stanęło wówczas do egzaminu. Pamiętam jednak, że było nas
bardzo dużo. Jak wielka była selekcja, niech zobrazuje fakt, że z 14
kandydatów z Korpusu Kadetów nr 2 zostało przyjętych tylko trzech:
Wacław Łapkowski, Stefan Lintzel i ja. W kilka dni później został
przyjęty jeszcze jeden z kolegów, a mianowicie Stefan Zantara, lecz tego
dokonała już siła wyższa.
Poza tym do SPL byli przyjmowani również podchorążowie rezerwy -
absolwenci innych szkół oficerskich, takich jak: Szkoły Podchorążych
Rezerwy Lotnictwa (którzy mieli pierwszeństwo przed wszystkimi innymi
kandydatami) oraz szkół innych broni, piechoty, artylerii itp.
Szkoły Podchorążych w tym okresie - z wyjątkiem SP saperów i łączności
(3 lata), SP medycyny (5 lat) i SP artylerii (3 lata) - trwały dwa lata.
Kandydaci przyjęci do SPL byli uprawieni do noszenia na mundurach barw
lotniczych - żółte patki na kołnierzach oraz takież otoki na czapkach. W tym czasie wszystkie rodzaje sił zbrojnych, z wyjątkiem marynarki
wojennej, nosiły mundury koloru khaki.
W dniu 1 września 1932 roku zameldowałem się w Szkole Podchorążych
Lotnictwa, która wchodziła w skład Centrum Wyszkolenia Oficerów
Lotnictwa4 w Dęblinie.
Oprócz SPL w Centrum odbywały się kursy pilotażu podstawowego oraz inne
kursy oficerów lotnictwa organizowane doraźnie.
W skład Szkoły Podchorążych Lotnictwa wchodziły trzy eskadry:
I eskadra - młodszy rocznik podchorążych,
II eskadra - starszy rocznik,
III eskadra - eskadra podchorążych rezerwy.
Na czele Szkoły Podchorążych Lotnictwa stał komendant - w tym czasie mjr
pil. Stefan Kałęcki - podległy komendantowi CWOL, którą to funkcję
pełnił wtedy ppłk obs. Franciszek Wieden. Dowódcą I eskadry (czyli
mojej) był kpt. pil. Julian Jasiński. Eskadra dzieliła się na dwa
plutony. Dowódcą pierwszego plutonu był por. obs. Swirbutowicz, a drugiego (to jest mojego) por. pil. Araszkiewicz. Z kolei plutony
dzieliły się na dwie drużyny. Oficerem technicznym eskadry był por. pil.
Lutosławski.
Kpt. Stefan Zantara (zdjęcie z okresu służby w PSP na Zachodzie)
W tym okresie podchorążowie zawodowi kończyli SPL ze specjalnością
obserwatora5. Dopiero po ukończeniu szkoły odbywały się
powtórnie badania lotniczo-lekarskie i oficerowie, którzy zostali
zakwalifikowani jako odpowiadający wymaganiom na pilota, przechodzili
przeszkolenie pilotażowe.
Kpt. Julian Jasiński (zdjęcie z okresu służby w PSP na Zachodzie)
Pomieszczenia, w których mieściła się SPL, były dość skromne. Składały
się one z dwu budynków stojących równolegle do siebie, pomiędzy którymi
wykańczano połączenie z przejściem na salę gimnastyczną, świetlicę i jadalnię. Pomiędzy budynkami znajdował się niewielki plac, gdzie
odbywały się zbiórki.
Nie przypominam sobie, ilu z nas zostało przyjętych na pierwszy rocznik
- 62 czy 63 - jak również trudno byłoby mi obecnie wymienić wszystkie
nazwiska kolegów.
Po dokonaniu podziału organizacyjnego znalazłem się w czwartej drużynie
drugiego plutonu. W skład drużyny wchodziło przeciętnie 15-16
podchorążych. Drużynowym został wyznaczony jeden z kolegów (pchor.
Ludwik Paszkiewicz), który uprzednio ukończył Szkołę Podchorążych
Rezerwy Lotnictwa. Niemniej jednak przez około pół roku patronował mu
podchorąży ze starszego rocznika.
Szefem eskadry był podchorąży ze starszego rocznika, który przez cały
czas - z wyjątkiem zajęć i wykładów na swoim roczniku - przebywał z pierwszym rocznikiem. Dublował go i zastępował pchor. I rocznika.
Zobrazowanie całokształtu stosunków w ówczesnej szkole podchorążych
lotnictwa wymaga scharakteryzowania - chociaż w jak najogólniejszych
zarysach - personelu dowódczo-wychowawczego. Otóż w skład wchodzili
oficerowie, którzy z wielu względów nie byliby chętnie widziani w jednostkach. Przeważnie byli to ludzie, którzy znaleźli się na bocznym
torze. Dęblin w tym czasie stworzył im przyjemne zacisze, w którym czuli
się dobrze. Każdy z nich stanowił swoisty i charakterystyczny typ.
Odnosiło się wrażenie, że nasze życie przeważnie mało obchodziło naszych
bezpośrednich przełożonych. Nie przejawiali oni zbytniej troski o podchorążych, jak również mało zależało im na tym, czy czujemy się
dobrze, jaka panuje atmosfera i czy zaspokajane są nasze potrzeby.
Sprawy wychowawcze były w pełni przekazane w ręce szefa eskadry,
podchorążego starszego rocznika, Edmunda Papisa6. Był on
niezwykle wymagający i utrzymywał wprost żelazną dyscyplinę. Niemniej
jednak często bronił nas przed naszymi wychowawcami i ukrywał wiele
naszych wybryków. Chociaż niejednokrotnie buntowaliśmy się przeciwko
niemu, to jednak pod koniec rocznika zrozumieliśmy w pełni jego
postępowanie i pozytywnie oceniliśmy jego stosunek do nas.
Komendanta Szkoły w trakcie nauki na pierwszym roku widziałem dosłownie
parę razy, i to tylko przy okazji jakichś uroczystości.
Zaraz po przybyciu do szkoły i załatwieniu formalności
organizacyjno-administracyjnych rozpoczęły się zajęcia.
Jak sobie przypominam, normalny dzień pracy rozpoczynał się o godz. 6.00
i kończył o godz. 22.00. Po porannej gimnastyce i śniadaniu udawaliśmy
się na zajęcia do Działu Nauk. Odbywały się one przed południem i po
południu. Rano odbywały się przeważnie wykłady, a po południu zajęcia
praktyczne. Najwięcej zajęć było z teorii strzelania powietrznego,
bombardowania, foto i nawigacji.
Podchorążowie podczas zajęć technicznych. Marian Duryasz stoi z lewej strony
O ile dość krytycznie można wypowiedzieć się o naszych wychowawcach, o tyle w stosunku do wykładowców należy się odnieść z pełnym szacunkiem.
Byli to ludzie o dużym zasobie wiedzy w swoich specjalnościach i starali
się ją nam przekazać, najlepiej jak potrafili. Byli wymagający i to
należy ocenić pozytywnie, gdyż dzięki temu dużo się nauczyliśmy. Wykłady
kontynuowane jesienią i zimą stanowiły przygotowanie do lotów, które
rozpoczęły się wiosną.
Wyszkolenie podchorążych o specjalności obserwatora obejmowało strzelanie z karabinów maszynowych umieszczonych na obrotnicy tylnej kabiny
Nie było ich jednak zbyt wiele. Ograniczały się one w konsekwencji do
kilku lotów na bombardowanie, strzelanie powietrzne i nawigację.
Wykonywaliśmy je w drugiej kabinie jako obserwatorzy. Samoloty, na
których wykonywaliśmy zadania szkolne, stanowiły sprzęt wycofany z jednostek bojowych. Lataliśmy więc na samolotach Potez XV lub XXVII.
Naszymi pilotami byli przeważnie starsi i doświadczeni podoficerowie,
którzy pomagali nam jak mogli w wykonaniu zadań. Zdawaliśmy sobie w pełni sprawę, że prawdziwe latanie i szkolenie rozpocznie się dopiero w jednostkach.
Innym elementem wyszkolenia obserwatora było robienie zdjęć przy użyciu lotniczego aparatu fotograficznego
Wiosną 1933 roku zaczęły krążyć pogłoski o mającej nastąpić
reorganizacji w szkoleniu personelu latającego.
Pod koniec pierwszego rocznika, to jest w lipcu, było już oficjalnie
wiadomo, że Szkołę Podchorążych Lotnictwa likwidują, a nasz rocznik jest
ostatnim rocznikiem. Natomiast uzupełnienie oficerskiego personelu
będzie odbywało się drogą ochotniczego naboru z innych rodzajów broni.
Młodzi oficerowie z piechoty, artylerii, kawalerii itp. po pozytywnym
przebyciu badań lotniczo-lekarskich mieli przybywać na kilkumiesięczne
kursy pilotażu lub obserwatorów do CWOL w Dęblinie. Naczelne władze
wojskowe pomimo obiekcji przedstawicieli lotnictwa doszły do wniosku, że
wojska lotnicze będą otrzymywały tej samej wartości personel latający po
kilku miesiącach szkolenia, na co dotychczas czekano dwa lata. Dawało to
poważne korzyści ekonomiczne. Jednak wprowadzona entuzjastycznie zmiana
przetrwała tylko dwa lata. Spotkała się ona z poważną dezaprobatą ze
strony jednostek lotniczych, jak również i ze strony innych rodzajów
broni, ponieważ traciły one niejednokrotnie oficerów, na których im
zależało.
Panorama lotniska dęblińskiego - siedziby Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa. Na pierwszym planie samoloty Potez XV
Oficerowie przybywający na kursy stanowili dziwny konglomerat. Każdy z nich przychodził do lotnictwa z pewnym odmiennym balastem zwyczajowym,
tradycyjnym i myślowym. Paromiesięczny kurs stanowił za krótki okres,
aby wszystkie uprzednie naleciałości zanikły i wytworzyły nowy sposób
myślenia i atmosferę czysto lotniczą. W jednostkach spotkali się oni z niezbyt entuzjastycznym przyjęciem. Po prostu nie uważano ich za
lotników z krwi i kości i nazwano "abisyńczykami".
Samolot liniowy Potez XXVII używany do szkolenia w CWOL
Nabór oficerów z innych rodzajów broni przecinał dotychczasowy ciąg
zwyczajowy, tradycyjny i wychowawczy przekazywany z rocznika na rocznik.
Przychodzili oni do lotnictwa jako ludzie zupełnie nowi. Zaistniałą
obcość i wytworzony dystans pogłębiał jeszcze fakt, że przez rok
chodzili oni jeszcze w swoim kolorze broni z uwagi na przewidziany
zarządzeniem rok tzw. praktyki, po której jednostka wydawała opinię, czy
dany oficer nadaje się do lotnictwa. Poza tym system ten miał jeszcze
jeden poważny minus. Na kursy przybywali oficerowie o różnym
starszeństwie, niejednokrotnie już po kilkuletnim pełnieniu służby w swoim rodzaju broni. Taki oficer po skończeniu kursu przybywał do
jednostki lotniczej, gdzie jako dopiero co świeżo upieczony lotnik
wchodził pomiędzy oficerów młodszych stopniem i starszeństwem - lecz o dużym doświadczeniu lotniczym i wiedzy, zajmujących już pewne
stanowiska. Zrozumiałe jest, że wytwarzało to złe nastawienie tak u jednych, jak i u drugich, i nie sprzyjało wytworzeniu dobrej i przyjemnej atmosfery.
Z uwagi na cały szereg mankamentów, które miał powyższy system
uzupełniania oficerskiej kadry personelu latającego, został zaniechany,
jak już uprzednio zaznaczyłem, po upływie dwóch lat.
Już w roku 1934 zostaje powtórnie powołana do życia Szkoła Podchorążych
Lotnictwa, zorganizowana na zupełnie nowych zasadach. Nabór na I rocznik
dokonywany jest przede wszystkim spośród podchorążych rezerwy oraz z innych szkół na uprzednio stosowanych zasadach. Jednak wprowadza się
zmianę - dokonuje się podziału specjalności na: pilotów i nawigatorów, w których to specjalnościach podchorążowie szkolą się już przez cały czas
pobytu w szkole.
Poza tym zapada decyzja utworzenia trzyletniej szkoły podchorążych, do
której nabór będzie odbywał się bezpośrednio po otrzymaniu matury.
Zmieniono również cykl szkolenia lotniczego. Dotychczas istniała zasada,
że podstawowe szkolenie pilotażowe odbywało się dopiero w następnym roku
po ukończeniu szkoły, a wyższego pilotażu - w dwa lata po ukończeniu.
Zgodnie z nowymi zasadami podchorąży skończy cały cykl szkolenia
pilotażowego podczas pobytu w szkole. Znaczyło to, że absolwent po
ukończeniu szkoły i otrzymaniu promocji przychodził do jednostki jako w pełni wyszkolony pilot.
Po skończeniu pierwszego rocznika, w lipcu 1933 roku, rozjechaliśmy się
na urlopy i zameldowaliśmy się w szkole 15 września, gdzie po powrocie
zastaliśmy duże zmiany zarówno w naszej kadrze wychowawczej, jak i organizacyjne. Pomimo że zapadła decyzja likwidacji szkoły, to jednak
kierownictwo lotnictwa doszło do przekonania, że personel wychowawczy w szkole podchorążych nie może składać się z ludzi, którzy znaleźli się na
tych stanowiskach, tylko dlatego że nie potrzebowano ich w jednostkach i nie wiedziano, co z nimi zrobić. Postanowiono stanowiska wychowawcze
obsadzić najbardziej wartościowymi oficerami z jednostek, lubiących
pracę wychowawczą.
Podchorążowie przyszłej VIII promocji Szkoły Podchorążych Lotnictwa po ukończeniu pierwszego rocznika. W środku stoi sześciu oficerów kadry wychowawczej. Trzech z nich w pierwszym rzędzie to, od lewej: por. Janusz Araszkiewicz, kpt. Edmund Surmasiewicz i kpt. Bolesław Nieznański. Za nimi, od lewej: por. Zbigniew Gołoński i por. Józef Kierzkowski. Za Surmasiewiczem stoi por. Marian Dydziul. Za kpt. Nieznańskim widoczny pchor. Marian Duryasz
W wyniku powyższego został zmieniony cały skład dowódczo-wychowawczy
naszej eskadry. Dotychczasowy dowódca kpt. pil. Jasiński odszedł na
emeryturę, a dowódcy plutonów zostali skierowani do jednostek. Dowódcą
eskadry został kpt. pil. Surmasiewicz, dowódcą 1 plutonu - por. obs.
Kubieniec, a 2 plutonu por. obs. Stanisław Michowski. Stanowisko
komendanta szkoły objął mjr pil. Garbiński.
Poza tym zostało utworzone stanowisko dowódcy dywizjonu szkolnego, który
był odpowiedzialny za całokształt szkolenia, zarówno podchorążych, jak i kursantów. Stanowisko to objął mjr obs. Luziński, dotychczasowy dowódca
nocnego dywizjonu bombowego z 1 Pułku Lotniczego7 w Warszawie.
Pomimo początkowego traktowania z rezerwą nowej kadry
dowódczo-wychowawczej, co wynikało z natury ludzkiej i przekonania, że
lepsze złe, ale znane, wkrótce nastąpiło ocieplenie kontaktów
nacechowane zaufaniem i szczerością. Porucznik Michowski, stosunkowo
młody oficer cechujący się olbrzymim entuzjazmem, zapałem i pogodą ducha
wytworzył bardzo przyjazną atmosferę, która udzieliła się całemu
plutonowi. Ogólnie mówiąc, odżyliśmy. Możliwie jak najwięcej czasu
spędzał z nami i dzielił się swoimi spostrzeżeniami z pułku,
doświadczeniem oraz dawał nam bardzo cenne rady. Pod koniec roku
traktował nas jak młodszych kolegów, lecz nie zapominaliśmy nigdy, że
jest starszym od nas przełożonym.
Dowódca eskadry również interesował się nami i bardzo troskliwy pomimo
pozornej surowości. Nazywaliśmy go "bacą".
Nowy dowódca dywizjonu, mjr Luziński, pomimo że stwarzał pozory
niedostępności, okazał się bardzo troskliwym opiekunem. Bronił nas przed
komendantem, wykłócał się o oceny z wykładowcami w Dziale Nauk oraz
podczas pogadanek pod tytułem "Dobre rady pani Zosi" udzielał nam
cennych wskazówek życiowych. Były one naprawdę bardzo cenne, ponieważ
uchroniły wielu z nas od wielu przykrości.
Pomimo że na drugim roku lataliśmy już znacznie więcej, to jednak ogólny
nalot za cały okres pobytu w szkole nie wynosił więcej jak 35-40 godzin.
Polowa msza św. na lotnisku w Dęblinie 15 sierpnia 1934 roku podczas uroczystej promocji VIII rocznika SPL
Podczas pobytu w szkole dostawaliśmy szkolny dodatek lotniczy w wysokości (zdaje się) 45 zł miesięcznie płatny z dołu po ukończeniu
szkoły. O dodatku tym wiedzieli bardzo dobrze lichwiarze z ówczesnego
miasteczka Irena8, którzy pożyczali pieniądze lub sprzedawali na
kredyt różne rzeczy, pobierając przy tym lichwiarski procent. Pomimo
ostrego zakazu proceder ten był uprawiany na dużą skalę i nie było
formalnie podchorążego, który nie siedziałby w kieszeni lichwiarza.
15 sierpnia 1934 roku 60 podchorążych mojego rocznika otrzymało promocję
na podporuczników i dostało przydziały do pułków lotniczych (we
wszystkich szkołach podchorążych promocje odbywały się w tym samym
czasie). Po szkole otrzymaliśmy miesiąc urlopu wypoczynkowego, po
upływie którego mieliśmy meldować się w jednostkach.
Jak już uprzednio wspomniałem, część z nas, która po wtórnych badaniach
lotniczo-lekarskich została zakwalifikowana na pilotów, otrzymała tylko
dwa tygodnie urlopu i 1 września miała stawić się na kursie szybowcowym
w Ustrzykach.
Pamiątkowa fotografia absolwentów VIII promocji SPL już w mundurach oficerskich. W środkowym fotelu siedzi gen. bryg. Ludomił Rayski, szef Departamentu Lotnictwa Ministerstwa Spraw Wojskowych. Podporucznik Marian Duryasz stoi między kolumnami z lewej strony (na górze, w powiększonym kadrze widoczny w środku).
Tu zetknęliśmy się z oficerami z innych rodzajów broni powołanymi do
lotnictwa, którzy przybyli również na szkolenie szybowcowe. Byli to
oficerowie, którzy w tym roku - razem z nami - ukończyli szkoły
podchorążych. Ogółem stanowiliśmy grupę około 50 kandydatów na pilotów.
Jeden z trzech korpusów kadetów funkcjonujących w II RP. Były one zmilitaryzowanymi szkołami szczebla ponadpodstawowego dającymi uczniom przygotowanie do służby wojskowej. KK nr 1 powstał w Łobzowie (ówcześnie pod Krakowem), a w 1921 r. został przeniesiony do Lwowa, gdzie mieścił się do wybuchu wojny. KK nr 2 mieścił się kolejno w: Modlinie (do 1925/1926 r.), Chełmnie (do 1936 r.) i Rawiczu. KK nr 3 był zlokalizowany w Rawiczu i tamże został w 1936 r. połączony z KK nr 2. (przyp. red.) [wróć]
Szkoła Podchorążych Lotnictwa (SPL) w Dęblinie była w II RP jedyną uczelnią kształcącą oficerów w specjalnościach personelu latającego. Powstała w 1925 r. w Grudziądzu pod nazwą Oficerska Szkoła Lotnictwa. W 1927 r. została przeniesiona do Dęblina, a w 1928 r. przemianowana na SPL. Pod taką nazwą funkcjonowała tam do wybuchu II wojny światowej. Po zakończeniu wojny Dęblin pozostał ośrodkiem kształcenia oficerów lotnictwa wojskowego (noszącym w różnych okresach różne nazwy) i jest nim do dziś - obecnie mieści się tam Lotnicza Akademia Wojskowa oraz 4 Skrzydło Lotnictwa Szkolnego i podegła mu 42 Baza Lotnictwa Szkolnego. (przyp. red.) [wróć]
I rok Szkoły Podchorążych Piechoty był unitarny. Po jego ukończeniu podchorążowie byli kierowani do Szkół Podchorążych [innych] rodzajów broni. Korpus Kadetów był zaliczany za pierwszy rok, czyli kurs unitarny. W piechocie pozostawali ci, którzy nie zdali do innych rodzajów broni, no i ci, którzy pozostali z zamiłowania. (przyp. aut.) [wróć]
Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa (CWOL) w Dęblinie powstało w 1929 r. W jego skład wchodziły: SPL, a także Szkoła Podchorązych Rezerwy Lotnictwa oraz stałe i okresowe kursy pilotażu i inne. W 1937 r. CWOL przeorganizowano w Centrum Wyszkolenia Lotnictwa nr 1. (przyp. red.) [wróć]
W tym czasie nawigatorów nazywano obserwatorami. (przyp. aut.) [wróć]
właśc. ppor. Edward Papis. [wróć]
1 Pułk Lotniczy w Warszawie był pierwszym i największym z sześciu pułków lotniczych istniejących w II RP. Powstał w 1921 r. Jak wszystkie pułki lotnicze, grupował w swoim składzie eskadry różnych specjalności: myśliwskie, bombowe, liniowe (bombowo-rozpoznawcze), towarzyszące (obserwacyjne), szkolne. W ramach pułku eskadry jednego rodzaju grupowano w dywizjony. Stosowano przy tym ujednolicony system numeracji eskadr. W numerze każdej eskadry przedostatnia cyfra oznaczała numer pułku, a ostatnia numer eskadry w danej kategorii. Eskadry liniowe miały numery dwucyfrowe kończące się cyfrą 1, 2, 4 lub 5; eskadry towarzyszące - dwucyfrowe kończące się cyfrą 3, 6 lub 9; eskadry myśliwskie - trzycyfrowe zaczynające się cyfrą 1, a eskadry bombowe - trzycyfrowe zaczynające się cyfrą 2. (przyp. red.) [wróć]
Dziś stanowi część miasta Dęblin. (przyp. wyd.) [wróć]