Moje Pierwsze Boje - Józef Piłsudski

-
Proszę czekać

Przedmowa autora

Latem 1917 r. zostałem aresztowany w Warszawie przez władze okupacyjne niemieckie i wywieziony w gła?b Niemiec. Przez pewien czas przewoz?ono mnie z wie?zienia do wie?zienia, nieraz trzymaja?c w najgorszych warunkach, by wreszcie, po kilku tygodniach, osadzic? w twierdzy magdeburskiej, gdzie po roku i kilku miesia?cach doczekałem sie? powstania Pan?stwa Polskiego. W Magdeburgu, ku wielkiemu memu zdziwieniu, wywyz?szono mnie nagle do wysokiej rangi generała i trzymano, z?e tak powiem, z odpowiednim dla takiej szarz?y szacunkiem. Miejscem mego pobytu była cytadela dawnej, starej fortecy magdeburskiej, a włas?ciwie jeden z jej zaka?tko?w - zabudowanie, kto?re, jak sie? o tym mogłem przekonac? z tablic zawieraja?cych przepisy zachowania sie? w celach, nosiło zabawna? nazwe?: "Sommeroffiziersarreststube". Miało to najoczywis?ciej oznaczac?, z?e w tym zabudowaniu odsiadywali swoja? kare? aresztu za te czy inne przewinienia oficerowie garnizonu magdeburskiego, lecz zarazem nazwa ta wskazywała, z?e zabudowanie to nie jest przeznaczone dla takiego uz?ytku w zimie. Przetrzymano mnie tam wprawdzie przez cały czas zimy z 1917 na 1918, lecz nie mam zreszta? z tego powodu do Niemco?w specjalnych pretensji. Bywało i zimno, lecz nie moge? powiedziec?, aby sie? nie starano, nieraz i bardzo gorliwie, o usunie?cie tych brako?w. Przypuszczam, z?e wybrano dla mnie to miejsce dlatego, z?e w nim najłatwiej moz?na było wykonac? surowe nakazy z go?ry: zupełnego izolowania mnie od całego s?wiata. Mieszkałem zreszta? wcale wygodnie. Do rozporza?dzenia miałem na pierwszym pie?trze trzy cele: poko?j sypialny, cos? w rodzaju pokoju, w kto?rym mogłem kogos? przyja?c?, a co w mojej sytuacji mogło mnie tylko do s?miechu pobudzac?, i trzeci - poko?j jadalny. Wszystkie trzy cele, dzien? cały otwarte, wychodziły na ogro?dek, w kto?rym było kilka drzew owocowych i troche? niewielkich krzewo?w czy ros?lin. Za ogro?dkiem był wielki wał ziemny dawnej fortecy, porosły murawa?, wyz?szy znacznie od domu. Na dole, w parterowych celach, mieszkali podoficerowie przeznaczeni do pilnowania mnie i ordynansi, kto?rych systematycznie co pewien czas mi zmieniano. W ogrodzie stał z?ołnierz uzbrojony jako stała warta. Cały ogro?d był oddzielony od reszty s?wiata, czyli od ogromnego podwo?rza cytadeli, wysokim, szczelnym parkanem zbitym z desek. Do s?wiata zewne?trznego prowadziła furtka, za kto?ra? stał inny posterunek, wydzielony z fortecznego odwachu.

Jakby dla pocieszenia mnie i uhonorowania, powiedziano mi od razu, z?e w tym włas?nie gmachu przelez?ał i przesiedział przez dłuz?szy czas generał belgijski, dowo?dca twierdzy Liege, ranny przy jej obronie.

Na razie wolno mi było spacerowac? w ogrodzie przez trzy godziny dziennie, potem przestano mnie w tym kre?powac? i miałem prawie cały dzien? do zmierzchu otwarte drzwi z go?rnego pie?tra do ogrodu. W tych warunkach przesiedziałem rok cały zupełnie samotnie i dopiero w połowie sierpnia 1918 r. przybył jako towarzysz niedoli wie?ziennej gen. Sosnkowski, z kto?rym pozostałem az? do zwolnienia minie w listopadzie 1918 r.

Do z?ycia wie?ziennego, jak mi sie? zdaje, byłem urodzony. Bardzo łatwo znosze? samotnos?c?, nie odczuwaja?c, jak inni, całego jej cie?z?aru i umieja?c łagodzic? praca? mys?lowa? najcie?z?sza? strone? z?ycia wie?ziennego - te?sknote?. Nie ma bowiem wa?tpliwos?ci, z?e kaz?dego wie?z?nia przytłaczac? musi te?sknota do wolnos?ci, do swobody rucho?w, do takiego stanu, gdzie nie ma tylu zakazo?w, ograniczen?, skazuja?cych człowieka na monotonnos?c? długiego szeregu dni, spe?dzanych zawsze jednakowo, zawsze w tych samych warunkach. Dla ludzi tak skrupulatnie izolowanych, jak ja byłem odcie?ty od s?wiata w Magdeburgu, z?ycie staje sie? cie?z?arem prawie nie do zniesienia. Dla mnie musiało to byc? tym cie?z?szym, z?e wyrwany zostałem z z?ycia tak pełnego zmian i tak bogatego co dzien? w inne wraz?enia. Z?yłem z?yciem wojennym, w kto?rym nerwy ludzkie przyzwyczajaja? sie? do wiecznego ruchu, do codziennej, a koniecznej zmiany zaje?cia, do koniecznej, a codziennej, przemiany samego siebie w coraz to nowy instrument walki, kto?ry pracuje coraz to innym wysiłkiem woli, nerwo?w, umysłu czy serca. Cisza wie?c wie?zienna i niezwykła, bo niemiecka, monotonia dni była doskonałym gruntem dla z?ra?cej nieraz te?sknoty do barwnej i pełnej ruchu wste?gi z?ycia wojennego. Zupełna izolacja przy tym nie dozwoliła mi nawet wiedziec?, co sie? stało lub co sie? dzieje z kolegami i przyjacio?łmi, z kto?rymi sie? zbratało w cie?z?kiej i twardej, lecz tak niezwykle uroczej i tak bratersko przez?ytej pracy wojennej, odbytej w mojej Pierwszej Brygadzie legionowej. Nieraz tez? w długich, samotnych przechadzkach po ogro?dku wyrastały mi, jak z?ywe kwiaty, wspomnienia o niedawnych przez?yciach. Cisne?ły i łudziły one jak fantomy oaz na pustyni, gdy podsuwały mi pod oczy miłe twarze przyjacio?ł, gdym w uszach słyszał nieledwie ich s?miechy obok huku armat i grzechotu karabino?w graja?cych swa? muzyke? wojenna?.

Dla zz?arcia trawia?cej mnie te?sknoty zmuszałem siebie do analizy swego poste?powania jako dowo?dcy. Bawiłem sie? w krytyke? czy to siebie, czy to swych podwładnych, by oczy przestały widziec?, uszy słyszec?, serce bic? mocniej, by mo?c te prawie zmysłowe wraz?enia zamkna?c? w rozmys?lania analityczne. Długo, długo pracowałem mys?la? jedynie. Wtedy zacza?łem odczuwac?, jak nieraz w poprzednich juz? moich wie?ziennych przez?yciach, z?e zaczynam z?yc? jakims? nierealnym z?yciem, jaka?s? praca? głowy jedynie, tak z?e zamierac? zaczyna normalna praca organizmu. Zdecydowałem sie? zerwac? z tym i, zrobiwszy dla pro?by gimnastyke? woli przez zaniechanie na dwa tygodnie palenia, przyszedłem do przekonania, z?e najprostszym sposobem pozbycia sie? cie?z?aru te?sknoty jest pro?ba rzucenia wspomnien? na papier. Miec? pio?ro w re?ku i jego mechaniczna? praca? zwia?zac? siebie s?cis?lej z z?yciem, chociaz? tak ubogim we wraz?enia, lecz jednakz?e realnym!

I wtedy przyszły mi na mys?l moje niegdys?, z czaso?w przedwojennych, dziesie?cioletnie studia nad zjawiskiem wojny w s?wiecie. Dziesie?c? lat wz?erałem sie? w istote? pracy dowodzenia, w z?ywiole - jak mo?wi Clausewitz - niebezpieczen?stwa, w z?ywiole niepewnos?ci, w z?ywiole wreszcie - jak ja okres?lam - wiecznych sprzecznos?ci nie do rozwikłania, rozcinanych jak gordyjski we?zeł mieczem decyzji, mieczem rozkazu. Pamie?tam, gdym szedł na wojne? w sierpniu 1914 r., postanowiłem sobie bacznie obserwowac? zjawiska wojny, bacznie analizowac? samego siebie, by sobie samemu rozwia?zac? mno?stwo wa?tpliwos?ci, odpowiedziec? na mno?stwo pytan? pozostałych w duszy i w głowie z okresu studio?w nad ksia?z?kami. Teraz, w Magdeburgu, zdecydowałem sie? spro?bowac?, czy po?jdzie mi łatwo ziszczenie dawnych marzen?, bym mo?gł szczerze i spokojnie zilustrowac? soba? samym prawde? o istocie dowodzenia, prawde? o duszy dowo?dcy, uginaja?cej sie? pod cie?z?arem niebezpieczen?stw, niepewnos?ci i sprzecznos?ci. Walczy z nimi, bo sa? one z?ywiołem wojny, kaz?dy z?ołnierz. Dowo?dca niesie pro?cz tego cie?z?ar odpowiedzialnos?ci za swych podwładnych, a na policzku swoim czuc? musi pieka?cy wstyd upokorzenia, gdy mu praca dowodzenia sie? nie uda, a za niepowodzenie krwia? płaca? inni. "S?mieszne ongis? marzenia - mo?wiłem sobie - moz?esz teraz w wie?zieniu urzeczywistnic?, gdy przezwycie?z?ysz lenistwo do pio?ra".

Taka? była geneza lez?a?cych przed czytelnikiem wspomnien? moich z pracy dowodzenia w r. 1914. Zdecydowałem wtedy od razu, z?e wybiore? dla opisu trzy najcie?z?ej przeze mnie przez?yte prace w I Brygadzie. Momenty, w kto?rych ja, szafuja?cy niezwykle ostroz?nie krwia? podwładnych, unikaja?cy nieraz rozmys?lnie pracy dla sławy, by nie płacic? za nia? za drogo, umiałem, czy musiałem, zaryzykowac? całym nieledwie przeze mnie dowodzonym oddziałem, stawiaja?c na karte? i siebie jako dowo?dce?. Najcie?z?sze moje prace dowodzenia: Ulina Mała, Marcinkowice i Kostiuchno?wka. Zdołałem skon?czyc? tylko Uline? Mała? i Marcinkowice. Byłem tak zme?czony i przez?yciem, i praca?, w kto?rej bezwiednie obok prostego opisu oddawałem te?sknote? do wszystkiego, co jest Polska?: do drogi błotnistej, do wsi zapadłej, do ludzi, krajobrazu i drogich mi kolego?w, z?e zdecydowałem nie pro?bowac? na razie najcie?z?szych wspomnien? o najcie?z?szej bitwie, o bitwie ws?ro?d boro?w i błot Polesia wołyn?skiego. Lecz pio?ro sie? rozpe?dziło. Wspomnienia swawolne pobiegły w inna?, milsza? nieco strone?, w strone? przez?yc? pierwszych prawie wraz?en? wojny, pierwszych, jeszcze nies?miałych wobec siebie samego pro?b dowodzenia, gdy rozmach szeroki mys?li zwalczany był usilnie przez nies?miałos?c? i niepewnos?c? siebie. Tam bitwy niekrwawe z kawaleria? rosyjska? dawały pierwsze wraz?enia muzyki bojowej, pierwsze wraz?enia wczucia sie? w z?ywy teren, obok pierwszych pro?b s?miałego manewru z gra? trzema rodzimymi rzekami: Wisła?, Nida? i Dunajcem. Wobec tego zacza?łem opisywac? swoje tan?ce obok tych rzek we wrzes?niu 1914 pod tytułem Nowy Korczyn-Opatowiec.

Prace?, prawie do kon?ca juz? doprowadzona?, przerwało przybycie do magdeburskiej twierdzy gen. Sosnkowskiego. Odta?d te?sknota stała sie? lz?ejsza?, a pio?ro zostało w ka?t rzucone dla nieskon?czonych rozmo?w i wiecznych szacho?w. Uste?py o Nowym Korczynie i Opatowcu nie zostały zakon?czone.

W ten sposo?b moje zamiary uprzednie nie urzeczywistniły sie?. I dlatego musiałem włoz?yc? troche? pracy, aby teraz do druku oddac? rzeczy bardziej skon?czone. Zmiany, kto?re wprowadziłem, sa? bardzo niewielkie. Koniecznos?c? ich wynikała sta?d, z?e musiałem pracowac? w Magdeburgu w specjalnych warunkach, narzuconych mi przez wie?zienie. Po pierwsze wie?c nigdy nie mogłem byc? pewny, czy wszystko, co spod pio?ra mego wyjdzie, nie be?dzie mi w jakiejs? chwili odebrane, moz?e na zawsze. Z tego powodu, przyzwyczajony za młodu do przemys?lnos?ci wie?z?nia, postanowiłem oszukac? swych anioło?w stro?z?o?w. Zapowiedziałem wie?c, z?e chce? wnies?c? skarge?, zaro?wno na moje aresztowanie, jak i na trzymanie mnie, wbrew prawu pruskiemu, w zupełnej izolacji. O tych przepisach prawnych dowiedziałem sie? zupełnie przypadkowo od starego generała niemieckiego, dowo?dcy w Weslu, gdzie przewieziono mnie ze Spandau pod Berlinem. Os?wiadczył mi on z cała? otwartos?cia?, z?e zaprotestował stanowczo przeciwko temu, aby w twierdzy, kto?ra? on dowodzi, poste?powano z kto?rymkolwiek z wie?z?nio?w wbrew prawu pruskiemu, zabraniaja?cemu, według niego, trzymac? kogokolwiek w odosobnieniu i samotnos?ci, pro?cz tych, kto?rzy albo znajduja? sie? pod s?ledztwem, albo sa?downie na kare? odosobnienia zostali skazani. Przypomniawszy sobie wie?c w Magdeburgu oburzenie generała z Wesla, zaz?a?dałem dla napisania swojej skargi wie?kszej ilos?ci papieru, gdyz?, nie znaja?c dobrze niemieckiego je?zyka, zniszcze? z pewnos?cia? co najmniej kilkanas?cie koncepto?w polskich, nim je przystosuje? do obcej, nieznanej mi dokładnie mowy. W ten sposo?b zdobyłem sobie wszystkie przybory do pisania oraz stworzyłem pozo?r, dlaczego przesiaduje? przy stole z pio?rem w re?ku. Cały ten przemys?lny wybieg odbił sie? jednak bardzo wyraz?nie na sposobie mego o?wczesnego pisania. Nad cała? moja? praca? literacka? w Magdeburgu cia?z?y jako mus oszcze?dnos?c? papieru. Nie tylko wszystkie kartki sa? zapisane niezwykle drobnym, trudno czytelnym pismem, lecz i sam styl ma na sobie pie?tno owej oszcze?dnos?ci. Dlatego tez? przy oddawaniu do druku musiałem wprowadzic?, drobne zreszta?, poprawki, obawiaja?c sie?, z?e skro?ty mego mys?lenia nie be?da? dostatecznie zrozumiane przez czytelniko?w. Wreszcie, musiałem dokon?czyc? opis przez?yc? moich z okresu pierwszych bojo?w pod Nowym Korczynem i Opatowcem.

Dla uzupełnienia historii re?kopisu dodam, z?e pisałem go bez z?adnej mys?li o wydaniu kiedykolwiek. Wydawało mi sie? bowiem rzecza? nieprawdopodobna?, aby unikna?ł on zwykłego losu wszystkich notatek wie?z?nio?w, losu mo?wia?cego, z?e bardziej nalez?a? one do tych, co wie?z?nia wie?z?a?, niz? do niego samego. Istotnie przez dłuz?szy czas nie znajdowały sie? one w moich re?kach i zawdzie?czam zwrot re?kopisu, jak i wielu rzeczy moich pozostałych w Magdeburgu, skrupulatnos?ci rza?du niemieckiego, kto?ry zwro?cił mi je wtedy, gdy juz? byłem w Belwederze. Wywieziono bowiem mnie i generała Sosnkowskiego z Magdeburga w tak nagły i niezwykły sposo?b, z?e o zabraniu wszystkich rzeczy mowy nawet nie było.

Pewnego dnia w pocza?tkach listopada 1918 r. zjawili sie? dwaj oficerowie niemieccy, ubrani juz? po cywilnemu. Os?wiadczyli nam, z?e jestes?my wolni i z?e mamy natychmiast wyjechac? do Berlina, ska?d o szo?stej wieczorem tegoz? dnia odjez?dz?amy pocia?giem odchodza?cym do Warszawy. Gdy, zdziwieni, ogla?dalis?my cywilny ubio?r oficero?w, powiedzieli nam oni z zaz?enowaniem, z?e rewolucja wybuchła w Magdeburgu i z?e wyjedziemy autami, nie jako wojskowi, ale jako zwykli s?miertelnicy. Przepraszaja?c, prosili nas bardzo, bys?my nie zabierali z?adnych swoich rzeczy z soba?, gdyz? obawiaja? sie?, z?e moz?e to zwro?cic? uwage? manifestanto?w chodza?cych po ulicach. Nie wiem, co bym był wo?wczas postanowił, gdyby w tym os?wiadczeniu oficero?w nie było obietnicy, z?e juz? o szo?stej wieczorem be?de? siedział w pocia?gu, wioza?cym mnie do Warszawy. Pod wpływem tej nadziei zdecydowalis?my sie? z Sosnkowskim szybko. On wzia?ł mały neseserek, ja wyszedłem z twierdzy magdeburskiej zawina?wszy w papier najkonieczniejsze tylko przybory toaletowe. Wyznam, z?e wtedy nie mys?lałem wcale ani o re?kopisie, ani o jakichkolwiek rzeczach, kto?re pozostawiłem w "Sommeroffiziersarreststube".

Gdys?my po przejs?ciu, niby spacerkiem, niedaleko mostu na Elbie przystane?li, zajechały dwa auta, kto?re za chwile? w szybkim pe?dzie unosiły nas ze zrewoltowanego miasta.

Re?kopis otrzymałem wzgle?dnie bardzo niedawno do swoich ra?k, gdyz? przy zwrocie rzeczy magdeburskich został on, widocznie przez omyłke?, odesłany gen. Sosnkowskiemu, wraz z jego papierami i rzeczami. I teraz dopiero odnowiłem swoje wspomnienia magdeburskie, przegla?daja?c swoja? wie?zienna? pro?ba? zilustrowania samym soba? pracy dowodzenia na wojnie.

Sulejo?wek, dnia 7 lutego 1925 r.

Nowy Korczyn - Opatowiec

Pierwsze boje, pierwsze zetknie?cia z wojna?! Nie wiem, jak dla kogo, ale dla mnie było w tym tak duz?o rozrzewniaja?cej poezji, jak w młodzien?czej pierwszej miłos?ci, w pierwszych pocałunkach. Lecz tych najwczes?niejszych moich zetknie?c? sie? z wojna? nie porusze?. Na razie to zanadto mnie boli. Było tam zbyt duz?o momento?w niewojennych, a zarazem zbyt duz?o zetknie?c? z brutalna? prawda? niemocy i jakiejs? niewolniczos?ci własnego społeczen?stwa, kto?re uparcie wolało odepchna?c? od siebie wszelka? mys?l o samodzielnej, sobie tylko podwładnej pracy i szukało zawsze starannie uległos?ci i posłuszen?stwa obcym.

Pewnych jednak polityczno-wojskowych momento?w dotkna?c? musze?, bo bez nich niezrozumiałymi byłyby moje decyzje.

Brałem w nich pod uwage? specjalne połoz?enie strzelca ws?ro?d innych wojsk, połoz?enie jego jako z?ołnierza, bez wzgle?du na jakiekolwiek polityczne motywy. Z go?ry przypus?cic? nalez?ało, z?e stosunek do nas, jako do formacji ochotniczej o charakterze milicyjnym, be?dzie polegał ze strony wojsk austriackich i niemieckich, armii stałych o wiekowych tradycjach, na głe?bokim niezaufaniu do naszej wartos?ci z?ołnierskiej. Do tego byłem przygotowany i, znaja?c dobrze wygo?rowana? ambicje? strzelco?w, bałem sie? ogromnie, bym pierwszymi niepowodzeniami tej ich ambicji nie tylko nie uraził, ale gorzej jeszcze - nie zabił w nich wiary w siebie jako z?ołnierzy. A niepowodzenia moz?na miec? było łatwo przy ogromnie niskim stanie naszego technicznego uzbrojenia i wyekwipowania. Przeciez? bylis?my zrazu uzbrojeni w przestarzałe, nierepetierowe karabiny Werndla, poza tym nie mielis?my karabino?w maszynowych i artylerii, nie posiadalis?my prawie telefono?w, kuchni polowych. Brakowało ładownic, i wie?kszos?c? z?ołnierzy w kieszeniach nosiła ładunki, kto?re łatwo moz?na było zgubic?. Ten brak nabojo?w mo?gł w kaz?dej krytycznej chwili zmieniac? karabin w jaka?s? gruba? i niezre?czna? maczuge?. Wreszcie wewne?trzne nie ułoz?one stosunki, tak jak w kaz?dej nowej formacji, sprawiały, z?e kaz?dy z poszczego?lnych dowo?dco?w zuz?ywac? musiał mno?stwo czasu na uporza?dkowanie drobiazgo?w z?yciowych, na ułoz?enie jakiegos? wewne?trznego modus vivendi pomie?dzy ludz?mi. Sam musiałem cia?gle załatwiac? mno?stwo codziennych spraw, wynikaja?cych z tarcia całej maszyny wojskowej, spraw o charakterze osobistym. Kwestie starszen?stwa pomie?dzy oficerami, kwestie rozgraniczen? kompetencji - były tym piekłem po prostu, w kto?rym z?yłem na pocza?tku wojny. Musiałem bronic? wojska nie tylko od zewne?trznych upokorzen?, ale i od wewne?trznego upokorzenia, kto?re musiałoby sie? zrodzic? z poczucia swej niz?szos?ci w stosunku do otoczenia, z niezdolnos?ci wykonania wzie?tych na siebie zadan?.

Odczuwałem dokładnie, z?e u wszystkich z?ołnierzy w głe?bi duszy jest bojaz?n? przed szalonym przedsie?wzie?ciem, przed egzaminem, kto?ry jako z?ołnierze złoz?yc? be?dziemy musieli zaro?wno przed otoczeniem, jak i przed samym soba?.

Na szcze?s?cie w pocza?tkach nie mielis?my jeszcze tej choroby, kto?ra w Legionach rozwielmoz?niła sie? dopiero po?z?niej: protekcjonizmu dla "dekowniko?w" wszelkiego rodzaju. Ten pasoz?yt przyszedł potem, gdy sztucznie skonstruowana polityczna komenda Legiono?w pocze?ła szukac? oparcia w wojsku, płodza?c oficero?w i rozdawaja?c awanse swoim stronnikom bez z?adnego wzgle?du na ich wartos?c? z?ołnierska?. Nie mo?wia?c juz? o całej "politycznej" (czytaj policyjnej) słuz?bie tyłowej pana Sikorskiego. Trzeba przyznac?, z?e za łaskawym przyzwoleniem szanownej Komendy Legiono?w rozmaici dziennikarze, malarze, ro?z?nego rodzaju politycy znajdowali w wojsku ciepły ka?cik, no i oficerskie gwiazdki. Przeciez? jest publiczna? tajemnica?, z?e gdy Legiony stały sie? modnymi, były one zarazem sposobem "dekowania sie?" od słuz?by w wojsku austriackim, a gdy sie? słuz?yło politycznie Komendzie Legiono?w, to za jej protekcja? moz?na sie? było ochronic? i od słuz?by wojskowej w ogo?le. Zjawisko to nazywam brutalnie "zawszeniem" wojska. Kaz?dy z?ołnierz wsze?dzie jest naraz?ony na to, z?e do jego sławy, a kosztem jego niedoli, przyczepia sie? pasoz?yt "tyłowy". Powiedziałbym, z?e miara? "moralnos?ci" danego narodu i jego wojska jest ilos?c? i jakos?c? słuz?by tyło?w. Im mniej tych tyłowco?w i im mniej wioda? z?ycie pasoz?yto?w, tym naro?d i wojsko sa? zdrowsze, tym morale jest wyz?sze. Oto?z? trzeba przyznac?, z?e Komenda Legiono?w wraz z NKN zawszyła wojsko polskie nadzwyczaj skutecznie. Przez pewien czas obawiałem sie?, z?e ilos?c? oficero?w "tyłowych" i politycznych obron?co?w Komendy Legiono?w przewyz?szy liczbe? z?ołnierzy frontowych. Jest to chyba ideał pasoz?ytniczy. Z tym zjawiskiem jednak, powtarzam, mielis?my do czynienia dopiero po?z?niej.

Gdym rozwaz?ał nasz stan uzbrojenia, gdym rozmys?lał o egzaminie, kto?ry mielis?my złoz?yc? - a egzaminem dla z?ołnierzy zawsze jest bo?j - mo?wiłem sobie stale: "Ostroz?nie, ostroz?nie, jeszcze raz ostroz?nie z ogniem. Nie ba?dz? dzieckiem i nie puszczaj cugli swojej fantazji!" Lecz wszystko, co było we mnie charakterem, wola?, duma? i ambicja?, burzyło sie? zawsze przeciwko takim kunktatorskim, "rozsa?dnym" mys?lom. Zreszta?, zdaniem moim, nie było wyjs?cia. Is?c? na egzamin bojowy było, nie przecze?, przedsie?wzie?ciem nadzwyczaj niebezpiecznym, ale tylko ryzykuja?c to, ryzykuja?c duz?o, moz?na było wygrac? to, co przede wszystkim wygrac? nalez?ało: zaufanie do siebie i szacunek z?ołnierski u otoczenia. Tak tez? i z pocza?tku poste?powałem: stawiałem zawsze bardzo duz?o na karte?. Marsz na Kielce, zdaniem moim, nalez?ał do najs?mielszych akcji wojennych. Do takich s?miałych pro?b zdania egzaminu nalez?a? ro?wniez? kilkudniowe boje pod Nowym Korczynem i Opatowcem, boje pamie?tne pewno dla wszystkich z?ołnierzy, kto?rzy byli pod moja? komenda?. Po innych cie?z?kich bitwach, kto?res?my w cia?gu wojny przebyli juz? jako starzy, zcyniczniali z?ołnierze, wydaja? sie? boje nasze nad Wisła? fraszka? i zabawka? dziecinna?. S?miem jednak twierdzic?, z?e wydaja? mi sie? one, gdy o nich wspominam, s?mielszymi niz? inne, bo były pierwszymi, toczonymi w warunkach technicznie cie?z?kich, a moralnie trudnych, zwłaszcza wobec o?wczesnej przegranej wojsk austriackich.