Moje opętanie - Francesco Vaiasuso, Paolo Rodari

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy miałem trzydzieści lat, moje życie całkowicie się odmieniło. 29 grudnia 2002 roku pewne wstrząsające odkrycie gwałtownie i niespodziewanie wtargnęło w moją rzeczywistość.
W drodze z Alcamo, miasta, w którym mieszkam, do Palermo prowadziła moja żona, Daniela. Obok niej siedziała moja mama. Cała ta podróż miała miejsce z "winy" brata Ferro, jezuickiego zakonnika, z którym od pewnego czasu utrzymywałem kontakt.
- Francesco, czas pojechać do Palermo, do kościoła la Noce - nalegał. - Tam czeka ojciec Matteo La Grua. Tylko on jest w stanie ci pomóc.
Przebycie sześćdziesięciu kilometrów, jakie dzieliły nas od celu, stanowiło dla mnie niemałą trudność. Byłem niespokojny. Oddychałem z trudem, bez przerwy gadałem. Całą drogę wygłaszałem trudne do zrozumienia monologi. Starałem się na wszelkie możliwe sposoby rozdrażnić siedzących ze mną w samochodzie. Oczywiście nie jechałem do Palermo zupełnie wbrew swojej woli, ale jednocześnie bałem się i chciałem zawrócić.
Coś mnie w tej wyprawie denerwowało. Kręciłem się na wszystkie strony, bardzo dobrze zdając sobie sprawę, że to "coś" znajduje się jednak w konkretnym miejscu: we mnie. Moja żona skupiła się na prowadzeniu auta i starała się nie zwracać na mnie uwagi - musiała za wszelką cenę dotrzeć do miejsca przeznaczenia.
Po niecałej godzinie jazdy zatrzymaliśmy się na placu Noce - w historycznym sercu nowoczesnego Palermo. Stała tam ogrodzona barierką rzeźba Maryi Dziewicy, wkomponowana pomiędzy piekarnie, sklepy rybne, skutery objazdowych sprzedawców i szare kamienice. Byliśmy na miejscu. To tu stoi kościół pod wezwaniem Świętego Serca - zwany przez mieszkańców Palermo po prostu la Noce* - ze swoją skromną fasadą, zakrystią i salą spotkań.
Nigdy wcześniej nie rozmawiałem z ojcem La Gruą. Co prawda uczestniczyłem w kilku odprawianych przez niego mszach, ale osobiście nie zamieniłem z nim ani słowa. Wiedziałem tylko tyle, że jest już starszym franciszkańskim zakonnikiem i że jedynym zadaniem, jakiemu się poświęca i jakie przynosi mu sławę (wykraczającą zresztą daleko poza granice Sycylii i Włoch), jest misja egzorcyzmowania.
Brat Ferro czekał na nas przed kościołem. Dostrzegłem go już z daleka. Widok jego twarzy wywołał we mnie silne wzburzenie i niepokój.
"Czego on ode mnie chce?" - myślałem.
Wysiadłem z samochodu. Nie mogłem powstrzymać ruchu warg i moje usta zaczęły wypowiadać słowa świadczące o strachu i wewnętrznym rozedrganiu.
- Co ja tutaj robię?! Idźcie sami, ja nie wchodzę!
Brat Ferro wziął mnie pod ramię. Odepchnąłem go.
- Czy nie idziemy przypadkiem na spotkanie z człowiekiem, który odmawia takie same modlitwy jak ty? - zapytałem drżącym głosem.
Daniela była zdecydowana - muszę wejść do środka. Ona też nie zdawała sobie sprawy, co mnie czeka. Wiedziała tylko, że muszę zaufać bratu Ferro. Nasza małżeńska relacja raczej należała do niełatwych, jednak to nie ona była problemem, ale ja. Ona była gotowa poświęcić wszystko, aby tylko powrócił dawny Francesco, człowiek, którego - spragniona miłości i szczęścia - poślubiła dwa lata wcześniej.
Weszliśmy do dużej sali. Mówiłem bez przerwy. Żartowałem. Moje słowa stawały się coraz bardziej niezrozumiałe. Zachowywałem się jak szaleniec żyjący w swoim własnym świecie.
Ksiądz z tamtejszej parafii poruszający się na wózku inwalidzkim rozmawiał nieopodal z grupą osób. Ledwie go ujrzałem, poczułem, jak wzrasta we mnie głęboka nienawiść. To było coś, czego nie mogłem powstrzymać. Coś potężnego chciało wydostać się z wnętrza mojego ciała, rozlać się niczym rzeka, by porwać i unicestwić tego odzianego na czarno człowieka. Wzbudzał we mnie odrazę - zarówno on sam, jak i to, co reprezentował. Ale przede wszystkim irytował mnie jego długi habit.
- Zobacz, jak nisko upadłeś! - wyłem. Ale on nie reagował. Kontynuował swoją dyskusję bez żadnego komentarza. Najwidoczniej był przyzwyczajony do obecności osób takich jak ja, które przybywały, aby spotkać się z ojcem La Gruą.
Naprzeciwko mnie na ścianie wisiał krzyż. Wystraszony, zacząłem się cofać. Co się ze mną działo? Nie byłem w stanie zapanować nad sytuacją. Czułem, jakbym naprawdę płonął.
- Palę się, palę się! - krzyczałem, a wokół mnie pojawił się krąg światła. Miałem wrażenie, że jestem uwięziony. Nie mogłem się wyzwolić. Byłem zamknięty w jego wnętrzu i płonąłem, straszliwie cierpiąc.
Co się ze mną działo? Im bliżej było do spotkania z ojcem La Gruą, tym większy wewnętrzny zgiełk mnie ogarniał. Moje ciało wciąż dręczył ogień. W pewnym momencie udało mi się wydostać z tej świetlnej obręczy, choć nie potrafię wyjaśnić, jak tego dokonałem. Spojrzałem wtedy na brata Ferro i rzekłem:
- Stało się. Udało mi się. Jestem wolny.
Przez chwilę czułem się lepiej.
Ale niepokój powrócił. Jego źródło było dla mnie oczywiste: to spotkanie z ojcem La Gruą tak mną wstrząsnęło. Choć raczej powinienem powiedzieć - poruszyło coś, co żyło we mnie. Coś wewnątrz mnie istniało i nie mogłem zrobić nic, by to wypędzić. To ja sam poprosiłem o spotkanie z ojcem Matteo. Jednak teraz istota, która we mnie siedziała, cofała się ze strachem i starała się zmusić mnie do ucieczki.
Brat Ferro prowadził mnie, trzymając pod rękę. Drzwi do zakrystii przylegającej do obszernej sali były otwarte. To tam mieliśmy wejść. Tam czekał na nas sędziwy egzorcysta.
Liczył wtedy osiemdziesiąt osiem lat. Siedział pośrodku pokoju - drobny, wątły, w okrągłym kapeluszu chroniącym go przed zimnem. Spojrzał na mnie i gestem wskazał, bym usiadł na krześle stojącym jakiś metr od niego. Poczułem, że powróciłem prawdziwy ja. Byłem w pełni świadomy. Mogłem płynnie mówić i jasno się wyrażać. Miałem świadomość, że w samochodzie, a jeszcze chwilę wcześniej w sali to nie ja mówiłem, to nie ja się miotałem. To ktoś lub coś we mnie. Ktoś lub coś, czego już teraz nie było. Odeszło. Albo po prostu się ukryło.
Brat Ferro usadowił się obok mnie. Towarzyszyło mu kilku pomocników ojca La Grui - dwóch barczystych, silnych mężczyzn i trzy kobiety. Moja mama i Daniela stały nieco dalej. Żona wyglądała na wystraszoną. Nie wiedziała dokładnie, co się ze mną dzieje. Nie wiedziała, co mnie czeka.
Ten dzień miał się stać arcyważnym objawieniem także dla niej.
Ojciec La Grua przejął inicjatywę. Zaczął do mnie mówić. Chciał dowiedzieć się wielu rzeczy o mojej przeszłości. Zadawał mi szczegółowe pytania, co wprawiało mnie w zakłopotanie.
- Czy uczestniczyłeś kiedyś w praktykach ezoterycznych? Uczestniczyłeś kiedykolwiek w seansach satanistycznych? Czytałeś książki o magii? Zażywałeś narkotyki?
Następnie przeszedł do spraw związanych z seksem.
- Czy korzystałeś kiedyś z usług prostytutki? Brałeś udział w orgiach?
Na każde pytanie odpowiadałem z największą szczerością.
- Nie, nie i jeszcze raz nie.
Ojciec La Grua nie był zadowolony. Moja przeszłość musiała skrywać coś mrocznego, coś, co dało początek całemu złu, które teraz się nade mną znęcało. Ale nie miał pojęcia, co to by mogło być. Próbowałem wytłumaczyć mu, że czuję obecność jakichś złych bytów wewnątrz mnie - przecież właśnie dlatego siedziałem teraz przed nim.
Zaniechał zadawania pytań. Zrozumiał, że moje odpowiedzi były naprawdę szczere. Zaczął się nade mną modlić. Pobłogosławił mnie i rozpoczął modlitwę.
I w tym momencie coś się poruszyło. Ten lub ci, którzy siedzieli we mnie, zaczęli wychodzić z ukrycia. Zaatakowali.
Podczas gdy ojciec Matteo się modlił, coś zawładnęło moim głosem.
- Czego ode mnie chcesz, Matteo? - zawyło. - Czego chcesz ode mnie, ty błaźnie?
Mimo iż byłem niejako całkowicie obecny sam w sobie, nie mogłem zrobić nic, by uciszyć tę istotę. Choć mój umysł był całkowicie przejrzysty, mówił ktoś siedzący we mnie, używając do tego moich ust.
Ojciec La Grua postanowił ponownie spróbować uzyskać jakieś informacje i dokładnie w momencie, kiedy skończył pytać, zdołałem odzyskać władzę nad moim głosem i odpowiedzieć mu. Jednak tuż po tym ten, który był we mnie, znów przejął inicjatywę i zaczął ubliżać sędziwemu egzorcyście.
- Jesteś oszczercą, Matteo! Wynoś się stąd, bękarcie! Wynoś się stąd albo cię wykończę!
Miałem dziwne uczucie, że nie zawsze mówiłem ja: raz ja, innym razem nie ja. Byłem oddzielony od samego siebie, a jednocześnie w pełni świadomy tego oddzielenia.
Mój umysł znosił straszliwe tortury. Czułem się nieustannie odrywany od mojego ciała i umysłu, rozrywany wewnętrznie, a cierpienie, którego doświadczałem, miało charakter nie tylko duchowy, ale także fizyczny. Ból, jaki przez te ciągłe wędrówki do środka i na zewnątrz musiał znosić mój umysł, był przerażający, nieporównywalny z niczym innym, wręcz nie do opisania. Zawsze myślałem, że jeśli istnieje piekło, to jego mieszkańcy doświadczają właśnie takich męczarni, przed którymi każdy uciekałby na złamanie karku.
Jeśli miałbym opisać to, co czułem przy każdym zadawanym przez ojca La Gruę pytaniu, powiedziałbym, że każdemu znakowi zapytania towarzyszyło niezwykle bolesne ukłucie w mym umyśle. Było niczym gwałtowne szarpnięcie, które jednakże pozwalało mi na chwilowy powrót do pełni władz umysłowych i na szczere odpowiedzi. Potem wszystkim znów kierował ten, który żył we mnie. Aż do poruszenia następnej kwestii, kiedy - po kolejnym silnym szarpnięciu - byłem zwracany samemu sobie.
Jak to się działo, że byłem w stanie odpowiadać? Jak to możliwe, że byłem zdolny przezwyciężyć siły, które mną zawładnęły? Wyjaśnienie jest proste. Nie było w tym mojej zasługi. To ojciec La Grua miał moc potrzebną do tego, by zrobić wyłom w moim zniszczonym i rozdartym umyśle.
Im bardziej żarliwie zakonnik się modlił, tym silniej szalała we mnie nienawiść.
- Zabiję cię, bękarcie! - krzyczałem co tchu w płucach. - Zniszczę cię! Nienawidzę cię!
Ale zdawałem sobie sprawę, że to nie ja krzyczę. To ktoś we mnie wrzeszczy, wyje, a przede wszystkim - nienawidzi. Nienawidzi głęboką, nieludzką wręcz nienawiścią, skoncentrowanym złem, którego nie sposób opisać przy użyciu jakichkolwiek ludzkich kategorii.
Batalia dalej się toczyła: ojciec La Grua walczył z istotą bądź istotami, które mnie opętały. Ja także starałem się to robić, choć na dobrą sprawę czułem się w tym układzie jak piąte koło u wozu. Mój umysł nieustannie spierał się i mierzył z owym bytem we mnie.
Kolejne pytanie ojca La Grui dźgnęło mnie niczym ostrze, tworząc głęboką ranę w żywym ciele.
- Szatanie - zapytał La Grua - jesteś sam, czy są z tobą inni?
Tym razem sędziwy egzorcysta nie zadał pytania mnie, lecz siedzącej we mnie istocie. Z moich ust natychmiast wydostała się odpowiedź.
- Jestem sam - powiedziałem bezwolnie.
Ojciec La Grua był doświadczonym egzorcystą - nie uwierzył. Podniósł głos.
- Pytam cię w imię Jezusa, mów prawdę! Jesteś sam czy są z tobą inni?
Trudno zrozumieć odpowiedź, jakiej udzieliłem, ale ten, który był we mnie, nie mógł jej uniknąć wobec autorytetu ojca La Grui.
- Dobrze, Matteo, powiem ci.
W zakrystii panowała przejmująca, złowroga cisza. Słowa, jakie padły, wprawiły wszystkich obecnych w osłupienie.
- Nie jestem sam - odrzekł. - Jest nas dwadzieścia siedem legionów.
Ojciec Matteo powoli pokiwał głową.
- Zgadza się - przytaknął.
Następnie wstał i zwierzył się bratu Ferro, że jest rozgoryczony "diagnozą". Pojąłem wówczas, że to, co przed chwilą miało miejsce, to egzorcyzm.
Nagle uświadomiłem sobie, przeciwko komu muszę walczyć. Jednocześnie jednak odniosłem wrażenie, że ojciec Matteo zasiał w moim wnętrzu coś nowego, że pozostawił po sobie ślady nie do zatarcia, niezniszczalne pieczęcie, które pomimo tak ciężkiego i głębokiego opętania pozostały we mnie już na zawsze.
Ujawnienie się Szatana drastycznie zmieniło perspektywę, z jakiej dotychczas patrzyłem na całe moje życie, na moją przeszłość i przyszłość. Dzień 29 grudnia 2002 roku był w Palermo dniem jak każdy inny. Ale dla mnie był wyjątkowy. Właśnie wtedy, po moich niepojętych cierpieniach, franciszkański zakonnik i egzorcysta, ojciec Matteo La Grua zdołał nakłonić Szatana, by odsłonił prawdę, którą do tamtej chwili zaledwie niewyraźnie przeczuwałem - dwadzieścia siedem legionów demonów, dwadzieścia siedem plutonów potężnego wojska zła osobiście dowodzonego przez Szatana posiadło moje ciało. Okupuje je. Przybyło wbrew mojej woli, zamieniając całą moją egzystencję w piekło.
Nie był to pojedynczy, samotny duch, tylko całe legiony wojowników umieszczone we mnie przez samego Szatana.
- Mój synu - rzekł ojciec La Grua, obejmując mnie - jestem stary i nie mam zbyt wiele siły. Musi ci pomóc brat Benigno. Potrzebujesz wielu modlitw.
* W języku włoskim słowo noce znaczy "orzech" (przyp. tłum.).
Był sierpień 1975 roku. Słoneczny dzień w Chicago, największym mieście stanu Illinois i trzecim pod względem liczby ludności w USA, zaraz po Nowym Jorku i Los Angeles.
W wielkim, położonym na peryferiach typowym amerykańskim domu z dużym ogrodem i drewnianą werandą mieszkała Caterina ze swym mężem, Antoniem. W drugiej części domu mieszkali jej rodzice, przyjaciele naszej rodziny, którzy jakiś czas temu opuścili sycylijskie Alcamo i przeprowadzili się do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu szczęścia i dobrobytu.
Caterina weszła do apartamentu rodziców. Była w bardzo dobrym nastroju - wesoła i pełna energii. Zapytała o mnie i moją mamę. Przyjechaliśmy do Chicago parę dni wcześniej. Zostaliśmy zaproszeni w ramach podziękowania za przysługę, jaką wyświadczyła im moja mama. Kilka lat temu wysłała do Stanów fotografię Antonia, proponując go jako kandydata na męża Cateriny.
Dziewczyna obejrzała zdjęcie i bez zastanowienia powiedziała "tak". Niedługo później Antonio wybrał się do Chicago, by zaprezentować się osobiście. Młodzi spodobali się sobie tak bardzo, że postanowili się pobrać.
Zwyczaj aranżowania małżeństw w latach sześćdziesiątych był na Sycylii jeszcze żywy, gdyż tamtejsze kobiety nie cieszyły się wówczas pełną wolnością. Większość Sycylijczyków uważała to za rzecz najzupełniej normalną, akceptowali tę sytuację bezkrytycznie, bo była zgodna z lokalną moralnością.
Jak pokazywała rzeczywistość, nie wszystkie zaaranżowane małżeństwa były nieszczęśliwe. Czasami było wręcz odwrotnie - dziewczęta, którym rodzice albo przyjaciele znajdowali "odpowiedniego mężczyznę", przekonywały się, iż dokonały dobrego wyboru, przyjmując kandydata, który spełniał ich oczekiwania i pragnienia.
Po tym jak rodzice Cateriny opuścili Sycylię, moja mama utrzymywała z nimi stały kontakt telefoniczny. Antonio również zaliczał się do grona przyjaciół rodziny. Szukał żony - tak samo jak Caterina szukała męża. A moja mama po prostu uczyniła coś, co wydawało jej się dobre i słuszne.
W Chicago było gorąco. Droga przed domem - charakterystyczna dla amerykańskiego krajobrazu, bardzo szeroka i starannie obsadzona drzewami - była całkowicie pusta. Caterina weszła do środka z torebką przewieszoną przez ramię, niezwłocznie wyszliśmy z pokoju i przywitaliśmy się z nią.
- Cześć, Francesco! Może masz ochotę przejechać się ze mną do centrum handlowego? - zapytała. - Muszę zrobić zakupy. Jeśli chcesz, zabiorę cię ze sobą. Widziałeś kiedyś galerię handlową?
Liczyłem wtedy zaledwie cztery lata i nie miałem zielonego pojęcia, czym są centra handlowe. Na Sycylii niczego takiego nie było. Ale pomysł wyjścia z domu na spacer bardzo mi się spodobał. Spojrzałem pytająco na mamę, która szybko przystała na tę propozycję.
- Dobrze, Francesco, idź - powiedziała. - Ale obiecaj mi, że będziesz grzeczny. Czekam tu na ciebie.
Nigdy w życiu nie widziałem tak wielkiego miasta. Nie podejrzewałem, że mogą istnieć tak wysokie i potężne drapacze chmur. Słońce ogrzewało ulice, a w jego świetle wszystko wydawało się piękne.
To naprawdę dziwne, ale już nic więcej z tej wyprawy nie pamiętam. Wiem tylko, że do domu wróciłem z czerwono-żółtą furgonetką w dłoni, prezentem od Cateriny. Cały czas miałem ją przy sobie w samolocie w drodze powrotnej do Palermo, a na lotnisku wciąż zachwycony pokazałem ją ojcu.
Moja mama pamięta, że Caterina w przeciwieństwie do mnie nie trzymała w rękach nic. Dziwne. Wyszliśmy z domu na blisko cztery godziny w konkretnym celu - żeby zrobić zakupy - a Caterina nie dzierżyła nic oprócz małej torebki, w której prawdopodobnie znajdowały się tylko portmonetka i klucze. W tamtym momencie nikt nie zwrócił uwagi na ten szczegół. Choć dzisiaj wydaje się niezwykle istotny i znamienny.
Dopiero po upływie bardzo długiego czasu prawda o tamtym popołudniu ujrzała światło dzienne.
W czasie tych czterech godzin ja i Caterina wcale nie byliśmy w centrum handlowym. Zabawkową furgonetkę Caterina kupiła najprawdopodobniej już wcześniej.
Udaliśmy się w inne miejsce.
Wydaje się to nieprawdopodobne, ale wydarzenia tych kilku godzin - czasu jakże krótkiego w porównaniu z całym życiem - kształtowały moje losy przez długie, długie lata.
Był 19 października 1971 roku, kiedy w Alcamo, po zaledwie ośmiomiesięcznej ciąży mojej matki przyszedłem na świat jako trzeci syn moich rodziców. Kilka godzin po porodzie zaistniała konieczność niezwłocznego przewiezienia mnie do szpitala w Palermo, gdzie zostałem umieszczony w inkubatorze. Ważyłem zaledwie kilogram i czterysta gramów - zbyt mało, by samodzielnie, bez specjalistycznej opieki utrzymać się przy życiu.
Pierwsze dni były bardzo trudne. Cały czas traciłem na wadze, lekarze porzucili wszelką nadzieję.
- Nic się nie da zrobić - mówili moim rodzicom.
Wybawił mnie lekarz rodzinny. Przybył do szpitala i zasugerował podanie mi lekarstwa na dyzenterię. Po upływie ośmiu-dziesięciu dni nabrałem wagi, było ze mną coraz lepiej - uratowano mnie. Niedługo później zostałem wypisany ze szpitala i w pełni niemowlęcych sił wróciłem do domu w Alcamo.
Do momentu gdy skończyłem cztery lata, rosłem w zdrowiu i szczęściu. Mój ojciec był przedstawicielem handlowym w pewnym liczącym się lokalnym przedsiębiorstwie. Mama natomiast miała sklep z ramami do obrazów. Interes szedł na tyle dobrze, że bardzo prędko "zmusiło" to mojego ojca do porzucenia dotychczasowej pracy i całkowitego poświęcenia się rodzinnej działalności.
Wszystko układało się pomyślnie do czasu, kiedy tuż przed moimi czwartymi urodzinami wyjechałem z mamą do Stanów Zjednoczonych. W ciągu miesięcznego pobytu w Chicago miało miejsce zdarzenie, które wpłynęło negatywnie na całe moje późniejsze życie. Od naszego powrotu na Sycylię pod koniec września wszystko się zmieniło.
Zaledwie dwadzieścia dni później, w środku nocy pierwszy raz przeżyłem bardzo silne zaburzenia oddychania. Nie mogłem złapać powietrza. Koszmarnie kaszlałem. Myślałem, że umrę. Niezwłocznie przewieziono mnie do szpitala, gdzie podano mi bentelan. Po kilku dniach niepewności wreszcie usłyszeliśmy diagnozę: ostra forma astmy oskrzelowej. Do dziś pamiętam, jak wówczas brzmiały te słowa - astma oskrzelowa - choroba, która miała mi towarzyszyć przez całe lata.
Po pierwszej hospitalizacji zdarzyły się następne. Niestety często musiałem wracać do szpitala - kolejne problemy z oddychaniem następowały po sobie nieprzerwanym ciągiem.
Życie w tamtym okresie w niczym nie przypominało życia, jakie wiedliśmy wcześniej, choć na pozór mogłoby się wydawać, iż niewiele się zmieniło. Cały czas czułem się zmęczony i ospały. Doświadczałem także nieustannego bólu łydki - nigdy nie dawał mi spokoju. Lekarz stwierdził, że mam problem z krążeniem, i zapisywał mi wapń w tabletkach. Później przyplątało się silne zapalenie ucha, którego nawroty dręczyły mnie regularnie przez długie lata. Moja ogólna kondycja fizyczna nieustannie się pogarszała.
Rosłem jak na drożdżach, ale wciąż dokuczały mi różne schorzenia. Do astmy wkrótce dołączyły problemy z zębami, paradontoza doprowadziła do odsłonięcia korzeni. Dentysta po przeprowadzeniu rutynowego przeglądu rzekł do mojej mamy:
- Czy ten chłopiec nie żuje czasem za dużo gumy? Ma straszliwie zniszczone zęby.
- Nie - odparła mama. - Prawdę mówiąc, nigdy w życiu nawet nie spróbował gumy do żucia. Czasami kupuję paczkę, ale gdy go częstuję, zawsze odmawia. Myślę, że po prostu nie ma na nią ochoty.
Kiedy miałem siedem lat, zacząłem cierpieć z powodu alergii skórnych. Z niewyjaśnionych przyczyn całe moje ciało pokryły głębokie, krwawe wybroczyny. Lekarz rodzinny po raz kolejny przepisał mi silny antybiotyk. Zaraz po jego zażyciu rzeczywiście odczułem ulgę. Ale tak naprawdę zadziałał on jedynie jako środek przeciwbólowy, przyniósł chwilową ulgę. Krwawe wybroczyny już nigdy całkowicie nie zniknęły. Niekiedy swędzenie było nie do zniesienia. W najbardziej krytycznych chwilach rozdrapywałem rany jeszcze bardziej.
Przez całe lata przynajmniej dwa razy w tygodniu musiałem odwiedzać lekarza rodzinnego albo z powodu astmy, albo przez alergię.
Prędko zaczął mi towarzyszyć lęk. Było to dręczące uczucie ciągłego niepokoju. Kiedy jadłem, czułem ten strach wewnątrz ciała, jego centrum bowiem umiejscowiło się pomiędzy żołądkiem a mostkiem. Doskwierało mi to bez ustanku. Trawienie stało się dla mojego organizmu mozolnym wysiłkiem. Kiedy tylko odważyłem się skosztować wina, natychmiast zaczynałem odczuwać dokuczliwe pieczenie.
Moja mama zamartwiała się, żywiąc szczególne obawy, że to wszystko niekorzystnie odbije się na mojej nauce i sprawności intelektualnej. Zarówno w szkole podstawowej, jak i w technikum handlowym* bez zastrzeżeń akceptowano moją sytuację. Z upływem czasu nauczyłem się panować nad astmą. Ataki stały się codziennością, czasem zdarzały się nawet co cztery godziny. Ale udawało mi się je po części powstrzymywać, niekiedy pijąc wodę, a niekiedy wspomagając się kortyzonem i innymi lekami.
Szkolni koledzy byli świadomi moich kłopotów. Wiedzieli o nich wszyscy choćby z tego względu, że trudno byłoby je ukryć. Oddychałem zawsze nieco za głośno, zwłaszcza w fazie wydechu. Wydawałem wówczas chropowaty, wibrujący dźwięk, podobny do tego, jaki powstaje, kiedy próbujemy wypić coś przez słomkę z prawie pustej szklanki.
Mój sen także stał się niespokojny. Wprawdzie przesypiałem wiele godzin, ale i tak nigdy nie udawało mi się wystarczająco wypocząć. Nie miałem żadnych marzeń sennych. Działo się też coś dziwnego, co powtarzało się przez większość nocy. Każdego ranka budziłem się zupełnie odkryty. Pewnego dnia moja mama postanowiła zrobić eksperyment - przysunęła łóżko do ściany i zaproponowała, żebym brzegi kołdry wcisnął pod materac.
- W porządku? - spytała, wychodząc z pokoju.
- Jestem nieco skrępowany, jakby związany, ale czuję się dobrze - odparłem.
Jednak następnego ranka pościel leżała porozrzucana po pokoju, zupełnie jakbym tej nocy starał się wyswobodzić z jeszcze większą siłą i desperacją. Niewytłumaczalne. A co najgorsze, nie potrafiłem zrobić nic, by temu zapobiec.
W szkole nie szło mi zbyt dobrze. Często bywałem zmęczony, a wręcz wyczerpany. Przede wszystkim zawodziła mnie pamięć. Wieczorem powtarzałem poranne lekcje i każdy, kto mnie słuchał, stwierdzał:
- Znakomicie, na pewno dostaniesz dobrą ocenę.
A jednak następnego ranka już niczego nie pamiętałem. Kompletna pustka. Kiedy w szkole wywoływano mnie do odpowiedzi, nie umiałem ani jednej rzeczy, o której była mowa na lekcjach. Temat, który jeszcze kilka godzin wcześniej miałem opanowany do perfekcji, teraz zdawał się mi całkowicie nieznany, zupełnie jakbym słyszał o nim pierwszy raz w życiu. Czasami próbowałem użyć podstępu: powtarzałem lekcje wczesnym rankiem, około 6.30. Ale już około 9.00 mój mózg dokonywał czystki i usuwał wszystkie informacje. Nie można było temu zaradzić - nie pamiętałem absolutnie nic.
Po ukończeniu szkoły podstawowej zapisałem się do zawodowego technikum handlowego. W pierwszej klasie szło mi bardzo źle, ale nie zostałem wyrzucony. Moi koledzy nieraz próbowali bronić mnie przed nauczycielami, którzy po sprawdzeniu mojej wiedzy zazwyczaj wystawiali mi dwóje**.
- Panie profesorze - mówili - pięć minut temu powtarzał nam tę lekcję bez zająknięcia.
- Wierzę wam - odpowiadał profesor. - Ale przez szacunek dla całej klasy nie mogę dać mu więcej niż dwóję.
Pod koniec roku udało mi się jakoś nadrobić zaległości i choć kosztowało mnie to dużo wysiłku, zdałem do następnej klasy. Jednak moja sytuacja tylko się pogarszała. Nie byłem się w stanie skoncentrować. Powtarzanie lekcji stawało się dla mnie coraz większym wyzwaniem. W końcu więc zdecydowałem się dobrowolnie porzucić naukę. Ta decyzja była dla mnie niczym uwolnienie się od wielkiego ciężaru, którego nie mogłem już unieść.
Wkrótce zacząłem pracować w sklepie mojej mamy. Nie postrzegałem tego jako dramatu, już od dziecka bowiem byłem przekonany, że nie mam ani zdolności, ani wystarczającego zacięcia do nauki. Mój brat, Carlo, osiągał znakomite wyniki we wszystkich przedmiotach. Ja - wręcz przeciwnie. Nie stanowiło to dla mnie problemu, w czym zresztą bardzo pomogli mi moi rodzice. Nigdy nie wywoływali we mnie poczucia winy i przekonania, że powinienem przejmować się moją mizerną edukacją.
- Nie martw się! - zawsze mówiła mi mama. - Nauka jest ważna, ale twoja przyszła praca będzie równie istotna.
Kiedy miałem piętnaście lat, zaczęła mi się przydarzać kolejna dziwna rzecz. Podobnie jak w przypadku ściąganej w nocy kołdry, to też miało miejsce regularnie. Gdy budziłem się rano, spodnie od piżamy miałem ściągnięte aż do kostek, natomiast koszula była podciągnięta pod samą szyję, jakby ktoś chciał mnie udusić. Byłem całkowicie nagi i umazany spermą. Rozmawiałem o tym z lekarzem, ponieważ po pierwsze sytuacja się powtarzała, a po drugie wytryski były naprawdę bardzo obfite. Zakłopotany lekarz starał się całą sprawę obrócić w żart.
- Francesco - pytał - czy ty przypadkiem nie znalazłeś sobie narzeczonej?
Odpowiedziałem, że nie. Jasne, że zdarzyło mi się dać całusa jakiejś dziewczynie, ale nic poza tym. Lekarz o nic więcej już nie pytał. Od tamtej pory noce stały się dla mnie poważnym wyzwaniem. Nadal walczyłem z astmą, alergią i niesforną kołdrą, a do tego musiałem jeszcze radzić sobie z tym, że często budziłem się bez piżamy.
Nie była to łatwa walka, jako że do obozu wroga nieprzerwanie dołączali nowi nieprzyjaciele. Nie miałem żadnej alternatywy - musiałem stawić temu wszystkiemu czoło. Życie bezwzględnie mnie do tego zmuszało.
Pomimo nieustających chorób zawsze byłem promiennym, wesołym i beztroskim chłopcem. Nigdy nie traktowałem ich jak ciężar i nie pozwalałem, aby determinowały całe moje życie.
Z dziecięcych lat zachowałem jasne, barwne wspomnienia związane przede wszystkim z długimi wakacjami, które spędzałem u mojego dziadka. Mieszkał w ogromnym domu tonącym w zieleni, bez telefonu, położonym na niewielkim wzgórzu niedaleko brzegu morza. Całe tygodnie spędzałem jakby poza czasem. Razem z moim bratem i kuzynami wymyślaliśmy niezliczone zabawy. Często pomagałem dziadkowi przygotowywać pizzę w wielkim drewnianym piecu, wieczorami zaś słuchałem awanturniczych opowieści z jego żołnierskiej przeszłości.
Również w Alcamo, jeszcze jako mały chłopiec, wiodłem pogodne życie. Toczyło się ono w stosunkowo niewielkich granicach mojej dzielnicy, której główne punkty wyznaczały oddalony trzysta metrów od domu kościół oraz plac naprzeciwko świątyni z dwoma wielkimi drzewami, pod którymi chroniłem się w upalne dni, i z małą, położoną nieco bliżej domu kaplicą, od lat powierzoną opiece mojej rodziny. Był to kościół San Vito e San Spirito, malutka oaza, którą mój ojciec w 1979 roku postanowił odbudować po trzęsieniu ziemi, wskutek którego jej konstrukcja doznała uszkodzeń. Z własnej kieszeni wyłożył pięć milionów lirów, które jednak później odzyskał dzięki darowiznom przyjaciół. W każdą niedzielę w tym kościółku ksiądz celebrował mszę. Dla mojej rodziny to miejsce było prawie jak drugi dom.
Dzięki odbudowie kaplicy dzielnica ożyła i napełniła się nowym blaskiem. W dzień otwarcia przybył biskup i lokalna telewizja. Mnóstwo ludzi odwiedzało ten mały budynek.
Mojego ojca cechowała zaradność. Zawsze był aktywny, śmiało patrzył przed siebie, bez żalu i sentymentów, bez rozwodzenia się nad przeszłością. Kiedy skończyłem siedemnaście lat, kupił mi motorower - niebiesko-czerwoną Aprilię 50 F1. Już samo patrzenie na tę maszynę wzbudzało silne emocje. Kiedy mknąłem nią po ulicach Alcamo albo zjeżdżałem w dół w stronę morza, rozpierała mnie duma zaprawiona posmakiem luksusu.
Dzięki temu, że miałem motocykl, częściej mogłem spotykać się z chłopakami, poznawać okolicę i pobliskie plaże. Choroby nadal mnie prześladowały, ale starałem się tym nie przejmować.
Jednak pewnego dnia zaatakowała mnie agresywna forma opryszczki wargowej. W każdym miesiącu, przez siedem-osiem dni, przysparzała mi bólu. Smarowałem ją zoviraksem - od tamtego czasu tubka z maścią towarzyszyła mi już nieodłącznie, dzień i noc.
Kiedy miałem mniej więcej piętnaście-szesnaście lat do wszystkich tych utrapień dołączyło dotkliwe zapalenie ucha. Lekarze zwracali mi również uwagę na moją krzywą przegrodę nosową. Odrzuciłem jednak propozycję operacji, między innymi z tego powodu, że miałem już wystarczająco wiele problemów: astma, alergie, lęki, opryszczka, zapalenie ucha i wreszcie skrzywienie kręgosłupa.
Szkoła była już wówczas odległym wspomnieniem. Całe dnie pracowałem w sklepie i przynajmniej w tej dziedzinie sprawy układały się pomyślnie. Zakupy robili u nas wykształceni i zamożni ludzie z całego regionu. Interes przynosił zyski, a klientela była doborowa. Miałem dużo pracy. Rodzice zaufali mi na tyle, że wspólnymi siłami zdołaliśmy stworzyć obok sklepu wspaniałą galerię sztuki.
Kiedy miałem osiemnaście lat, po raz pierwszy zacząłem spotykać się z dziewczyną. Miała na imię Serena. Było nam ze sobą dobrze, ale nie czułem się jeszcze gotowy na tak zobowiązującą relację. Po kilku miesiącach zerwałem z nią - dyskoteka i przyjaciele znad morza stanowili dla mnie większą atrakcję.
Z następną dziewczyną, Simoną, łączyło mnie już głębsze uczucie. Ale z nią też szybko się skończyło - co prawda byliśmy w sobie bardzo zakochani, lecz kiedy musiała wyjechać z Alcamo na studia, nasze drogi ostatecznie się rozeszły.
Dlaczego wspominam tu o Serenie i Simonie? Aby podkreślić, że pomimo chorób moje życie ostatecznie było całkiem zwyczajne. Przeżywałem swoje miłości i przyjaźnie. Żyłem beztrosko, nie rozmyślając zbyt wiele nad swoimi fizycznymi ograniczeniami czy stanem zdrowia, który póki co nie chciał się ustabilizować.
Pewnego dnia zupełnie nieoczekiwane zdarzenie w sposób szczególny zmąciło nasz spokój. Tym razem nie miało ono związku ani ze mną, ani z moimi chorobami. Dotyczyło mojego ojca.
To było słoneczne niedzielne popołudnie w Alcamo. Mój ojciec miał wtedy zaledwie trzydzieści pięć lat. Wyszedłszy tego dnia na spacer, zemdlał. Kiedy odzyskał przytomność, z trudem zdołał wrócić do domu, a gdy już mu się to udało, cały był zlany potem.
Diagnoza lekarzy brzmiała: atak paniki, fobia.
Choroba pojawiła się z niewyjaśnionych przyczyn i towarzyszyła mojemu ojcu przez całe lata, aż do 2004 roku.
Nie był w stanie przebywać gdziekolwiek sam. Nie mógł już prowadzić samochodu. Bez obecności mojej mamy nie potrafił nawet się wykąpać - mama siedziała więc w łazience za zasłoną prysznica i zachowywała się tak, by ojciec słyszał, że jest blisko i że nie zostawiła go samego.
Lata leczenia psychiatrycznego nie przyniosły zadowalających rezultatów. Lekarz ojca zawsze powtarzał mu tę samą śpiewkę:
- Masz ponadprzeciętny iloraz inteligencji - stwierdzał. - Nie rozumiem przyczyn tej fobii, naprawdę nie jestem w stanie tego wytłumaczyć.
Nikt w naszej rodzinie nie poddał się tej kolejnej nieoczekiwanej przykrości. Mój ojciec nauczył się żyć z chorobą, starał się zachować odpowiedni dystans i traktować całą sprawę z przymrużeniem oka. Podobnie zresztą postąpili pozostali członkowie rodziny, a przede wszystkim mama.
Jakiś czas później, kiedy zrozumiałem pewne rzeczy, zacząłem zadawać sobie wiele pytań dotyczących tego bolesnego doświadczenia.
Dlaczego mój ojciec został tak nagle zmuszony do życia w ciemnej i mrocznej przestrzeni, zamknięty w sobie? Odpowiedzi mogło być wiele. Kiedy jednak w 2004 roku zobaczyłem, jak w ciągu zaledwie kilku tygodni wyswobodził się z tej pułapki, w mojej głowie powstała pewna hipoteza. Dużo myślałem też o wrogach, którzy już od dzieciństwa towarzyszyli mi dzień i noc.
W którymś momencie na rozwój wydarzeń wpłynął zaprzyjaźniony z naszą rodziną ksiądz.
- Aby rozwiązać swój problem, musisz zrobić tylko jedną rzecz - ciągle powtarzał ojcu. - Uczęszczaj codziennie na mszę.
Tata posłuchał jego rady.
Po upływie kilku tygodni pewnej niedzieli sam wyszedł z domu. Wsiadł do samochodu i przejechał trzy kilometry.
Krzyczałem z radości. Ciemność zdawała się odległym podmuchem przeszłości. Tata znów był taki jak kiedyś.
Był słoneczny dzień w Alcamo. Pozostało tylko kilka dni do mojego bierzmowania. Odnosiłem się do tego wydarzenia bez szczególnych emocji. Od kiedy dziesięć lat wcześniej przystąpiłem do pierwszej komunii, nigdy później właściwie nie przyjmowałem żadnych sakramentów.
Nie odczuwałem jakiejś szczególnej niechęci do kościoła, księży czy pobożnego życia. Po prostu, jak większość moich rówieśników, wolałem zajmować się czym innym.
Religijne ceremonie mnie nudziły. Należały do praktyk, które najzwyczajniej w świecie nie były częścią mojego życia. Zdecydowanie chętniej chodziłem nad morze, jeździłem na wycieczki z przyjaciółmi i szalałem na motocyklu. Zdecydowałem się przystąpić do bierzmowania, ponieważ taka była kolej rzeczy: wszyscy tak robili, więc ja robiłem dokładnie tak samo.
Musiałem wybrać się do bazyliki po dokumenty. Plac naprzeciwko kościoła był moim drugim domem. Nieraz przemierzałem go w tę i we w tę, motocyklem czy przechadzając się z kolegami. W tej części Alcamo odczuwałem wręcz rodzinną atmosferę. Natomiast, co dziwne, znajdująca się kilka kroków dalej bazylika była mi całkowicie nieznana, obca. To nie był mój świat. Stała zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie spotykałem się z grupą moich przyjaciół, ale nigdy nie wchodziłem do środka.
Teraz jednak nie miałem wyjścia. Tuż po tym, jak przekroczyłem próg bazyliki, stało się coś niezwykłego. Ruszyłem powoli w stronę lewej nawy, gdzie w głębi mieściło się wejście do zakrystii. Nie wszedłem tam jednak zbyt szybko - nie dlatego, że nie chciałem, ale po prostu nie byłem w stanie. Zdawałem sobie sprawę, że zaczyna mnie ogarniać osobliwe uczucie. Jednym słowem - byłem przekonany, że ktoś mnie obserwuje.
Przedstawieni na freskach święci, stojące przy bocznych ołtarzach rzeźby świętych i Matki Boskiej - wszystkie postaci uporczywie się we mnie wpatrywały. Wiedziałem, że mi się przyglądają, lecz nie mogłem zrobić nic, by tego uniknąć. Chciałem uciec, ale nie byłem w stanie. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko iść dalej.
Miałem wrażenie, że zamieniłem się w kamień.
Było też coś, co przykuwało moją uwagę, a jednocześnie wzbudzało strach, czyniąc mnie nieruchomym.
W pierwszym rzędzie, w jednej z ustawionych pośrodku ławek siedziała jakaś stara kobieta. To jej obecność tak mnie niepokoiła i onieśmielała. Nie miałem ochoty na nią patrzeć. Pragnąłem stamtąd uciec. Ale jakaś obca siła zmusiła mnie, bym odwrócił głowę w jej stronę.
Wykonałem powolny, acz nieunikniony ruch, którego nie byłem w stanie opanować. Patrzyłem na nią, lecz nie udawało mi się skupić wzroku na jej twarzy. Właściwie nie było w jej osobie żadnego szczegółu, który mógłby mnie uderzyć. Nic nie przyciągało mojej uwagi poza jedną rzeczą.
Różaniec.
Moje spojrzenie padło właśnie na ten przedmiot trzymany przez nią w dłoniach. Staruszka przesuwała w palcach paciorki. Wywołało to we mnie lekki, ale wyczuwalny wzdłuż całego ciała dreszcz. Przeszyło mnie silne ukłucie lęku, które trwało nie dłużej niż sekundę i zniknęło równie niespodziewanie, jak się pojawiło.
Wszystko to nie trwało dłużej niż mgnienie oka.
Nieco oszołomiony wszedłem do zakrystii, odebrałem stosowne dokumenty i opuściłem kościół.
Już na zewnątrz zacząłem zastanawiać się nad tym, co zaszło. Czym właściwie był ten wstrząs? Co było jego przyczyną? Nie potrafiłem odpowiedzieć na te pytania. Chociaż nastąpi to dopiero po długim czasie, bardzo trafnie zinterpretuję tamto zdarzenie: awersja do sacrum. Ale zrozumiem to dopiero później. To był pierwszy w moim życiu, stosunkowo lekki przypadek odrazy do tego, co święte. Prawdziwy, głęboki strach. Coś ciemnego, co wpływało do mojej duszy z nieznanego, ale realnego świata.
Mimo tego niepokojącego zdarzenia moje życie toczyło się potem tak samo, jak wcześniej. Podkreślę raz jeszcze: było takie samo, jak życie innych ludzi. Pomimo kłopotów ze zdrowiem, pomimo cierpienia mojego ojca, wszystkie pozostałe sprawy płynęły swoim normalnym rytmem.
Po kilku dniach zapomniałem o kościelnym epizodzie i zająłem się tym, co zwykle: pracą, przyjaciółmi i totalną beztroską.
Jednak jakiś czas później tamten wstrząs powrócił.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
* Włoskie technikum zawodowe - istituto tecnico - nie jest dokładnym odpowiednikiem polskiego technikum. Włoską szkołę techniczną rozpoczyna się po ukończeniu szkoły podstawowej w wieku dziesięciu lat. Dzieli się ona na dwa etapy: scuola tecnica (w wieku dziesięciu-dwunastu lat) oraz istituto tecnico (trzynaście-piętnaście lat) (przyp. tłum.).
** W oryginale quattro czyli "czwórka". System ocen we włoskich szkołach obejmuje skalę od 0 do 10, w której 4 odpowiada mniej więcej ocenie miernej lub miernej z minusem w polskim systemie oceniania. Włoska "czwórka" nie wystarcza do zaliczenia (przyp. tłum.).