Warszawa nieznana
Dzielnica żydowska w Warszawie zajmowała jedną piątą część miasta, skupiała dwieście pięćdziesiąt tysięcy osób, a więc jedną trzecią mieszkańców. Nie było zwodzonych mostów ani straży na jej krańcach. Getto zostało już dawno skasowane, a jednak istniał niewidzialny mur, który oddzielał dzielnicę od reszty miasta. Wiele dzieci polskich mówiło o niej ze strachem, a starsi często traktowali ją pogardliwie.
Nie była tematem pisarzy polskich, choć mogła nęcić egzotyką. Nawet szermierze postępu nie zaglądali na Nalewki, Muranów, Grzybów. Orzeszkowa i Konopnicka poświęciły swe utwory małomiasteczkowym Żydom, Chawa Rubin Świętochowskiego mieszkała w Kazimierzu, kirkut Klemensa Junoszy mieścił się w Lublinie.
Do gazet stołecznych nie docierały wiadomości z tej dzielnicy. Jedynie "Kurier Warszawski" składał Żydom życzenia na Nowy Rok. Redaktor antysemickiej "Roli", Jeleński, pisał pogardliwie i kpił z nalewkowskich Żydów. Istniało pismo "Izraelita", poświęcone współżyciu polsko-żydowskiemu, walczące o asymilację Żydów, ale i tam niewiele można się było dowiedzieć o tym, co dzieje się w skupisku żydowskim w Warszawie.
Moja dzielnica, jak przekonałem się z biegiem lat, była podzielona na przegrody społeczne. Mieszkałem w tej bogatszej rzekomo, mało wiedząc o drugiej, uboższej.
Mieliśmy do dyspozycji tramwaj konny. Wyjeżdżał z ulicy Sierakowskiej; napełniał się publicznością żydowską na Muranowie; od Nalewek toczyła się gorączkowa walka nie tylko o dostęp dla ludzi, ale i o miejsce dla paczek. Jeśli nie udało się wedrzeć z tyłu na skutek oporu konduktora, szukano szczęścia u woźnicy. Wypraszano dowolne przystanki przy różnych bramach na Przechodniej, wywalczano wolniejszy bieg przy Żelaznej Bramie. Tramwaj ledwie posuwał się na Bagnie koło Pociejowa. Dopiero na Świętokrzyskiej robiło się luźniej.
Wysiadali żydowscy pasażerowie.
Dla mnie podróż przez dzielnicę żydowską, trwająca trzy kwadranse, była zawsze pełna przygód. Nigdy nie obeszło się bez zatargu z konduktorem czy woźnicą, bez walk pasażerów między sobą. Często rozlegały się krzyki okradzionych i dochodziło do interwencji stójkowego. Na widok kontrolera lekka kawaleria pasażerska szybko zeskakiwała z tramwaju, bo pięć kopiejek za bilet było dużą sumą.
Ten mały świat wydawał mi się bardzo duży. Podziwiałem pasaż Friedmana na Świętojerskiej z wyjściem na Wałową. Można tam było mieszkać, nie wychodząc wcale na ulicę. Były dwie bóżnice, kapliczka dla chasydów z Góry Kalwarii, dwa chedery1, piekarnia, sklepiki spożywcze, kilka jadłodajni i kawiarni, jeden hotel i dwie instytucje o śmiesznej nazwie "umeblowane pokoje". Nie było jedynie sklepu monopolu spirytusowego.
Nalewki sprzedawały koronki, wyroby galanteryjne i pończosznicze. Gęsia handlowała manufakturą moskiewską i łódzką. Franciszkańska skupowała radomską skórę. Grzybów handlował żelazem. Obok Neufelda wyróżniał się nowy bogacz, handlarz żelaza Prywes. Mówiono: "Tyle znaczy co gwóźdź dla Prywesa". Pociejów handlował starzyzną. Zdarzał się intruz, który sprzedawał mydło na Gęsiej zamiast na Franciszkańskiej. Były też w naszej dzielnicy oazy "gojowskie". Fraget sprzedawał platery dla młodych małżeństw, Skarżyński na Nalewkach mydło, które kupowały służące w sobotę. Perłow handlował herbatą i cukrem na tychże Nalewkach. Kupowano u niego cukier, by zmienić sturublówkę.
Kupcy mieszkali najczęściej blisko swoich sklepów. Modlili się niedaleko od mieszkań. Patrzyli zazdrośnie i pogardliwie na Żydów, przybyszów z Litwy lub wypędzonych z Rosji. Zdawało im się, że wypierają ich sprytem, a w istocie litewscy Żydzi górowali nad polskimi i sprytem, i kulturą. Litwacy2 tulili się na Karmelickiej, Dzielnej, Nowolipkach.
Wszyscy bali się poboru do wojska, policji, Polaków, własnego groźnego Boga. Bali się nawet synagogi na Tłumackiem3. Stała bowiem na wzniesieniu, a więc nie De profundis ("Z głębokości wzywałem Cię, Panie")4, miała chór, organy, kantora5, podstrzyżonego kaznodzieję, który śmiał wzywać Pana po polsku.
Wyjście Żyda w kapocie poza dzielnicę było całą wyprawą. Handel z klientami rosyjskimi powierzali Żydzi polscy subiektom litwakom, mówiącym dobrze po rosyjsku. Sami bali się języka policji.
Żydów było tak dużo, a stanowili tak mało. Nie mieli nic do powiedzenia nawet we własnych sprawach. W ich pojęciu "goje" reprezentowali ludność nawet w Gminie Żydowskiej na Grzybowskiej. Członkowie Zarządu Gminy różnili się od mas ubiorem, językiem, zachowaniem. Byli to przeważnie mohikanie pozytywizmu, rzecznicy pracy organicznej lub ich synowie. W sali posiedzeń wisiały portrety Natansonów, Nusbaumów, Bersonów, Bergsonów, Blochów, Kronenbergów. Z odkrytymi głowami, o wąsach sumiastych, wyglądali jak puryce6. I niejeden interesant spluwał w duchu, patrząc na swoich religijnych opiekunów.
Czasem dyskretnie usuwano portret wychrzty.
Przeważna część członków Zarządu siedziała w kahale7, by nieść kaganiec oświaty polskiej. Tkwili tu przez sentyment dla ojców i ich wiary, resztkami własnego przywiązania. Właściwie mieli już swoją kartę zasług na ulicy polskiej. Zdobyli fortunę w Rosji, a używali jej na rozwój Kongresówki.
Kronenberg ufundował Bank Handlowy i zbudował warszawsko-wiedeńską linię kolejową. Natansonowie i Epsteinowie założyli papiernię. Stanisław Rotwand wraz z Wawelbergiem fundował szkoły. Czynili wszystko, by leczyć rany powstań.
Te zasługi niewielki miały walor w oczach prawowiernych Żydów, ale musieli się pogodzić z faktem, że obcy reprezentują ich w Gminie. Podobnie było z wyborami do Dumy Państwowej. Usłuchali swoich wybitnych lekarzy i adwokatów; głosowali na mężów postępu: Aleksandra Świętochowskiego i Ludwika Krzywickiego, choć nazwiska te były im zupełnie obce. Przed lokalem wyborczym ciągnął się długi ogonek. Stali w nim w ogromnej większości kapociarze8. Agitacja nie była potrzebna. Wiedzieli, na kogo nie należy głosować: endecja po ogłoszeniu manifestu carskiego w końcu 1905 roku pokazała Żydom swoje oblicze. Po głosowaniu prawowierni szli znowu do swoich bóżnic.
Ale wtedy już budziła się inna część dzielnicy żydowskiej: biedni czeladnicy z suteren i poddaszy Miłej, Muranowskiej, Dzikiej, drobni subiekci i koncypienci z Nalewek i Gęsiej, tragarze zza Żelaznej Bramy i Wołówki9.
Wielka Synagoga na Tłomackiem, początek XX wieku
Wnętrze Wielkiej Synagogi na Tłomackiem, przełom XIX i XX wieku
1 Żydowska religijna szkoła elementarna dla chłopców.
2 Żydowscy migranci przybywający do Królestwa Polskiego ze strefy osiedlenia w rosyjskich guberniach zachodnich oraz z głębi Rosji.
3 Właśc. Wielka Synagoga na Tłomackiem w Warszawie, skupiała wyznawców judaizmu reformowanego.
5 Osoba odprawiająca modły w bóżnicy, inaczej chazan.
6 Tu w znaczeniu: bogaci chrześcijanie.
7 Żydowska gmina wyznaniowa.
8 Potoczna nazwa ortodoksyjnych Żydów, noszących kapoty - tradycyjne odzienie wierzchnie przypominające szlachecki żupan.
9 Popularny targ przy ulicy Wałowej w Warszawie, miejsce spotkań lokalnego półświatka.