Moje gawędy o sztuce - Bożena Fabiani

-
Proszę czekać

GAWĘDA 1 SPOTKANIE Z MICHAŁEM ANIOŁEM

Michał Anioł Buonarroti należy do rasy geniuszów. Wraz ze starszym od niego Leonardem da Vinci i młodszym Rafaelem tworzą tę drugą (po Brunelleschim, Masacciu i Donatellu) trójcę wielkich artystów renesansu.

Wyrodny syn

Geniusze to zagadka. Przynoszą na świat talenty po nikim nieodziedziczone. W rodzinie Michała Anioła, podobnie jak w rodzinie Leonarda, nie było wśród przodków żadnego artysty. Mało tego, ojciec - mieszczanin, skromny urzędnik i jeszcze skromniejszy posiadacz ziemski - sztuki wprost nie uznawał, a ponieważ utożsamiał ją z pracą fizyczną, wręcz nią gardził. Nie mógł więc synowi przekazać bodaj zamiłowania do sztuki, nie mówiąc już o zdolnościach. Sztuka stała się dla niego przystępna dopiero wtedy, gdy zaczęła się przekształcać w złote floreny, które całe życie skrzętnie inkasował.

A syn się wyrodził. Nie chciał być kupcem ani urzędnikiem, nie chciał osiąść na roli ani też studiować na uniwersytecie. Od dziecka wciąż coś rysował. Ciągnęło go do artystów i zdaniem ojca groziła mu deklasacja. Spuszczał więc chłopcu baty za urywanie się z lekcji w szkole łacińskiej, do której go posłał, i za... rysowanie. Bił syna za to, że uwielbiał rysować i że miał niezwykłe w tym kierunku zdolności! Czyż po to dał mu na chrzcie imię potężnego archanioła Michała, żeby się doczekać utytłanego farbą lub pyłem rzeźbiarskim robola? "W naszej rodzinie od pokoleń nikt się nie splamił pracą rąk!", grzmiał. No, ale trafiła kosa na kamień: chłopak, nie tylko niezwykle zdolny, miał też silny charakter i był uparty jak muł. Ani ojcowska pięść, ani krzyki stryja nie stłumiły wewnętrznego ognia i powołania.

Z biegiem lat się okazało, że Michał Anioł był wszechstronny. Umiał malować, rzeźbić i konstruować rozmaite urządzenia. Był doskonałym anatomem i świetnym obserwatorem. A także znakomitym, wybitnym architektem, choć nikt go sztuki budowania ani matematyki na tym poziomie nie uczył. Jego arcypiękna kopuła na Bazylice Świętego Piotra w Rzymie stoi do dziś mimo trzęsień ziemi. Potrafił więc wszystko przewidzieć i dobrze wyliczyć.

Był zatem umysłem ścisłym, a zarazem człowiekiem o wielkiej wyobraźni, artystą w każdym calu. Pisał wiersze. Wprawdzie panowała wtedy taka moda, że ludzie wykształceni uprawiali poezję, toteż nie było niczym szczególnym, że i Michał Anioł chwycił za pióro, ale i w tej dziedzinie okazał się twórczy, wprowadził między innymi tematykę rzeźby do swych sonetów, pisał o zmaganiu się z kamieniem.

Był aż nazbyt twórczy, jeśli tak można powiedzieć. Głowa pękała mu od pomysłów i nie nadążał z ich realizacją. Dwoje rąk mu nie wystarczało, a doba trwała za krótko, mimo że obchodził się kilkoma godzinami snu i często nie dojadał. Pamiętajmy, że mówimy o czasach, kiedy nie było komputerów, fotografii, żadnych drukarek podręcznych ani samolotów. Sama organizacja pracy pochłaniała wiele czasu i wysiłku. Na przykład gdy musiał "wyskoczyć" po pieniądze do papieża do Bolonii, podróż zajmowała mu kilka tygodni... Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba przyznać, że dorobek Michała Anioła jest imponujący.

Do dziś wśród historyków sztuki toczy się spór o wielkość Buonarrotiego. Jedni wynoszą go pod niebiosa, inni uważają nieomal za szkodnika, obciążają załamaniem form renesansowych w sztuce. Faktem jest, że dokonał tak wiele w różnych dziedzinach, że nie sposób w kilku niedługich gawędach ukazać cały jego dorobek. Istnieje na ten temat ogromna, wielojęzyczna literatura. Ja proponuję krótkie spotkanie z artystą i z człowiekiem, ukazanie Michała Anioła jako rzeźbiarza, malarza i architekta, a przy okazji człowieka z krwi i kości.

Wczesna młodość

Michał Anioł Buonarroti urodził się 6 marca 1475 roku w Caprese - po polsku byłaby to jakaś Kozia Wólka, bo capra znaczy "koza". Mieścina ta znajduje się osiemdziesiąt kilometrów na południowy wschód od Florencji i do dziś stoi w niej zbudowany z jasnego kamienia piętrowy dom, w którym artysta przyszedł na świat. Jego ojciec, trzydziestoletni Lodovico Buonarroti Simoni, sprawował tam wówczas urząd podesty (odpowiednik naszego burmistrza). Michał Anioł był drugim z kolei dzieckiem, miał czterech braci. Jego matką była Francesca di Neri, pani - jak niedawno odkryto - pochodząca z rodziny Rucellai, niezwykle zamożnych i światłych kupców, mecenasów sztuki.

Michał Anioł jako niemowlę został oddany mamce, bo wtedy nie wypadało, by kobieta z lepszej sfery sama karmiła dziecko. Na mamkę wybrano żonę kamieniarza z Settignano, miejscowości, w której Buonarroti posiadali coś w rodzaju majątku ziemskiego, choć z uwagi na szczupłość obszaru bardziej przypominającego zwykłe gospodarstwo wiejskie. Michał Anioł z niewyjaśnionych powodów przebywał w rodzinie mamki aż do ósmego roku życia (kiedy miał sześć lat, jego matka zmarła). Możliwe, że przyglądając się pracy kamieniarzy - a kamieniarz wbrew nazwie to nie był ktoś, kto tłucze kamienie na drodze, to był rzeźbiarz, tyle że nie odkuwający posągi, bo taki nazywał się statuarius, lecz wykuwający detale architektoniczne - otóż możliwe, że bystry chłopiec już we wczesnym dzieciństwie połknął bakcyla rzeźby i przyswoił sobie jej technikę, bo wkrótce się okazało, że ta dziedzina nie jest mu obca.

Kiedy powrócił do domu, ojciec zapisał go do szkoły łacińskiej, ale chłopiec niewiele miał z niej pożytku, bo gdy tylko mógł, wymykał się, by rysować i spędzać czas ze starszym kolegą malarzem. I zdarzyło się, że ów kolega, Francesco Granacci, zaciągnął go do warsztatu Ghirlandaia, gdzie sam uczył się sztuki malowania. Michał Anioł miał wtedy około dwunastu lat i gorąco zapragnął zmienić szkołę łacińską na pracownię malarską, ale ojciec był temu stanowczo przeciwny. Musiał mu jednak synek wiercić dziurę w brzuchu, bo w końcu uległ. Wiosną 1488 roku podpisał następujące oświadczenie:

Poświadczam dzisiaj, dnia 1 kwietnia 1488 roku, że ja, Lodovico, syn Lionarda Buonarroti, oddaję mego syna Michała Anioła na najbliższe trzy lata na naukę do Domenica i Davide di Currado [...] aby nauczył się malowania...

Z kolei Ghirlandaio - bo pod takim przydomkiem Domenico przeszedł do historii - i jego brat zobowiązali się, że w ciągu trzech lat wypłacą Lodovicowi dwadzieścia cztery floreny. Zauważmy, że to nie ojciec płacił mistrzowi za naukę dziecka, lecz mistrz ojcu, a zatem wniosek z tego prosty, że mistrz musiał mieć z ucznia jakiś pożytek.

Chłopcy terminujący w warsztacie pomagali w rozrabianiu farb i różnych pracach przygotowawczych czy porządkowych oraz uczyli się, kopiując freski po kościołach. Michał Anioł kopiował z kolegami między innymi malowidła Giotta i Masaccia. Robił to genialnie; jego wczesne rysunki ocalały i można je zobaczyć. Ale jęzor miał niewyparzony i pewnego razu, stojąc na rusztowaniu w kaplicy Brancaccich, rzucił kąśliwą uwagę mniej zdolnemu koledze Torrigianiemu. Ten, wściekły, całą swoją energię władował w siłę ciosu, rozkwaszając pięścią nos Michałowi Aniołowi. Oszpecił go na całe życie i co gorsza - napełnił obrzydzeniem do własnej szpetoty.

Michał Anioł wkrótce porzucił warsztat Ghirlandaia, ale nie z powodu tego wypadku. W gruncie rzeczy malarstwo freskowe nie pociągało go i kiedy nadarzyła się okazja, zmienił dziedzinę sztuki. Odkrył, że jego prawdziwym powołaniem jest kamień.

W tym bowiem czasie Wawrzyniec Medyceusz otworzył szkołę rzeźbiarską pod okiem ucznia Donatella, Bertolda di Giovanni, i poszukiwał zdolnej młodzieży chętnej do nauki. Podobno sam Ghirlandaio wskazał Michała Anioła jako lepszego rysownika nawet od niego. I tak mniej więcej piętnastoletni Buonarroti przeniósł się do Ogrodów San Marco, gdzie znajdowała się kolekcja antycznych rzeźb wykopanych w okolicy, będąca własnością Medyceuszy. Uczniowie mieli za zadanie między innymi restaurację owych rzeźb i w ten sposób odkrywali tajniki sztuki starożytnych.

Młody Buonarroti bardzo prędko dał się poznać jako utalentowany rzeźbiarz. Wprawdzie Vasari pisze, że zanim Michał Anioł trafił do tej szkoły, nigdy przedtem "nie miał w ręce marmuru i nie pracował dłutem", ale trudno w to uwierzyć; chłopiec radził sobie z obróbką kamienia, jakby całe życie nic innego nie robił. Dał się też poznać jako uczeń nadzwyczaj pracowity; otrzymał nawet klucze do bramy, by mógł tam przychodzić już o świcie.

Ponieważ Wawrzyniec Medyceusz bacznie obserwował gromadkę swoich podopiecznych, szybko dostrzegł niezwykłe postępy Michała Anioła. A kiedy jeszcze zauważył, że chłopiec jest rozsądny i słucha mądrych rad, zaprosił go do swego pałacu. A było to tak: Michał Anioł wyrzeźbił starego roześmianego Fauna. Wawrzyniec zwrócił mu uwagę, że starcy rzadko miewają wszystkie zęby. Po odejściu Medyceusza chłopiec chwycił za dłuto i młot i wybił Faunowi przedni ząb. Kiedy następnego dnia Wawrzyniec to zobaczył, ubawił się serdecznie i ujęty postawą młodego artysty zaproponował mu mieszkanie u siebie. Uzyskał zgodę jego ojca, zaszczyconego zainteresowaniem samego Medyceusza, a popartą konkretnymi korzyściami z komory celnej, jakie Wawrzyniec przeznaczył dla starego Buonarrotiego.

I tak Michał Anioł trafił pod opiekuńcze skrzydła faktycznego pana Florencji. Otrzymał pokój, małe stypendium, wikt i opierunek. Odtąd zasiadał przy jednym stole z rodziną Medyceusza, z wybitnymi humanistami i artystami, z ludźmi światłymi, o szerokich horyzontach, wykształconymi filologami. Był wśród nich twórca filozofii neoplatońskiej Marsilio Ficino, był poeta Angelo Poliziano i było wielu, wielu innych. Młody człowiek chłonął każde ich słowo, czytał wskazane lektury, przysłuchiwał się dysputom. Pobyt na dworze Medyceusza stał się dla niego prawdziwym uniwersytetem.

Ale w tym samym czasie chłonął też inną naukę, ponurą i napełniającą grozą: proroctwa Savonaroli głoszone w katedrze florenckiej. Ojciec Girolamo Savonarola, dominikański kaznodzieja słynący z krasomówstwa, został zaproszony do Florencji przez samego Wawrzyńca Medyceusza. Fanatyczny mnich uznał Florencję za miasto rozpustne i siedzibę szatana.

"Pamiętaj, Florencjo, że obrażasz Boga! Piekło tuż-tuż!", grzmiał z ambony, rozpalając histerię religijną. Groził, że Bóg pokarze grzesznych mieszkańców okrutnymi plagami, spuści na miasto wojnę i głód, a w ogóle to już w 1500 roku nastąpi koniec świata. Płomienny kaznodzieja był zaciekłym wrogiem sztuki inspirowanej antykiem, w nagości pogańskich posągów nie dostrzegał śladu piękna (notabene sam był potwornie brzydki!), tylko dopatrywał się narzędzia szatana. Bezlitośnie piętnował renesansowych filozofów, ciskał gromy na bogaczy rządzących miastem, na tyranię Medyceusza.

Michał Anioł z przejęciem słuchał tych kazań i popadł w rozterkę: w pałacu przy via Larga mówiono o ideale piękna zaklętym w nagich posągach greckich mistrzów, o pięknie ciała będącym odbiciem piękna duszy, a w katedrze - o groźbie wiecznego potępienia dla tych, którzy takie posągi wykuwają. Ogarnął go lęk. A więc nie należał do wybrańców bożych z racji talentu, należał do grona potępionych...

Nie przestał jednak rzeźbić, nie odłożył dłuta i właśnie dlatego cierpiał katusze, że sam siebie skazywał na potępienie wieczne, a żyć bez uprawiania rzeźby nie potrafił. I tak już będzie się szarpać całe życie. Nie potrafił się rozstać z nagimi posągami, ludzkie ciało zawsze było głównym tematem jego sztuki, a jednocześnie trzymał koło łóżka tom przerażających kazań Savonaroli i żalił się bliskim, że nawiedzają go senne koszmary.

Popełniał jeszcze jeden grzech dla swej umiłowanej rzeźby: oto w przytułku Świętego Ducha, za zgodą przeora wprawdzie, lecz całkiem potajemnie, uprawiał "grzeszne krajanie", zaglądał pod skórę zmarłym, robił zakazane sekcje zwłok. Potem nie mógł jeść, miał mdłości, wymiotował, nie mógł spać, ale stopniowo odkrywał tajemnicę mięśni, stawów i tego wszystkiego, co wiąże się z budową człowieka. Inni chłopcy uczyli się na posągach antycznych, lecz jemu to nie wystarczało.

Gdyby nie duchowe rozterki owych lat, czas pobytu Michała Anioła na dworze Medyceusza należałby do najszczęśliwszych okresów w jego życiu. Ale fortuna bywa zmienna. Wiosną 1492 roku zmarł zaledwie czterdziestotrzyletni Wawrzyniec Medyceusz. Michał Anioł miał siedemnaście lat i utracił najlepszego z mecenasów. Na szczęście był już ukształtowanym rzeźbiarzem, zdobył fach.

Ciąg dalszy w wersji pełnej