Moje ciało nie ma historii - Salwa an-Nu'ajmi

-
Proszę czekać

DLA LU­DZI Z ZA­CHO­DU MAMY ŁOŻE NAD RZEKĄ KAU­SAR1

- No­sisz czer­wo­ny płaszcz i chcesz być nie­do­strze­gal­na? Po­win­naś wy­brać inny ko­lor - po­wie­dział do mnie drwiąco jakiś nie­zna­jo­my w pociągu eks­pre­so­wym jadącym nad mo­rze.

Sie­działam przy­ciśnięta do okna. Usiłowałam zasłonić twarz czapką i zasnąć. Kie­dy otwo­rzyłam oko, sie­dział na­prze­ciw­ko i przyglądał mi się z uśmie­chem. Na ko­la­nach miał czar­ny lap­top. Wy­da­wało mi się, że zda­nie, które rzu­cił dla za­ba­wy, było skrótem ko­me­dii mo­je­go życia.

Te­raz przyszła ko­lej na mój uśmiech.

Mówią, że nie można do­strzec wia­tru. Wie­my, że jest, widząc wznoszące się liście i kołyszące się drze­wa. Nie mogę zo­ba­czyć miłości. Wiem, że jest, kie­dy spoglądam w lu­strze na swoją twarz obok twa­rzy no­we­go chłopa­ka: oto ja, znów za­ko­cha­na.

Są lu­dzie, którzy chwalą się swo­imi zwy­cięstwa­mi. Ja chwalę się tyl­ko miłością. Znam tyl­ko ofia­ry miłości i wiem, że wszyst­ko, co zro­biłam w swo­im życiu, zro­biłam właśnie dla niej.

Jako ko­bie­ta miłości nie mogę spo­ty­kać in­nych mężczyzn jak tyl­ko tych, którzy się mną roz­ko­szują. Niosę pra­gnie­nie ni­czym sztan­dar zwy­cięskie­go wo­dza i każdy, kto wy­cho­dzi mi na­prze­ciw, musi wejść w jego cień.

Mój chłopak spogląda na mnie za każdym ra­zem za­chwy­co­ny: jakaż je­steś piękna! Cóż to za opo­wieść?

Spogląda na mnie i staję się piękna.

Do imie­nia każdego chłopa­ka wie­dzie jakaś dro­ga. Oni się zmie­niają, ale miłość po­zo­sta­je.

Mężczyzn, których po­ko­cham, po­znaję od pierw­sze­go spoj­rze­nia. Spoglądam na któregoś z nich i od razu wiem, co mnie z nim cze­ka. Rośnie blask w moim wnętrzu i jaś­nie­je w spoj­rze­niu, ru­chu, słowie i uśmie­chu. Po dziś dzień to wza­jem­ne pra­gnie­nie. Nie zdra­dziłam sie­bie sa­mej, przyj­mując coś, jeśli już, to ra­czej od­rzu­cając. Wczo­raj, kie­dy zo­ba­czyłam no­we­go chłopa­ka, było to jak mo­ment nie­spo­dzie­wa­ne­go od­kry­cia. Uświa­do­miłam so­bie ta­jem­nicę mo­jej nie­zwykłej radości: ak­cep­ta­cja? Od­rzu­ce­nie? Ak­cep­ta­cja mo­je­go pra­gnie­nia i tego, co mi na­rzu­ca, albo jego od­rzu­ce­nie, gra z nim aż do końca - w ta­jem­nicy lub otwar­cie.

Przygląda mi się w re­stau­ra­cji, jak­by wi­dział mnie po raz pierw­szy. O mało się nie udławiłam.

"Cze­mu tak na mnie pa­trzy?" - za­sta­na­wiam się, dość skrępo­wa­na.

- Jesz i jak gdy­byś... - prze­ry­wa zda­nie głośnym śmie­chem. - To, co widzę, widzą te­raz wszy­scy. Ucie­leśnie­nie słody­czy. Masz pełne usta i pra­wie się dławisz. Dla dopełnie­nia ob­ra­zu cze­kam na głosy za­chwy­tu.

- Te­raz dużo le­piej - od­po­wia­dam kpiąco.

- Je­steś kom­plet­nie otu­ma­nio­na. Idziesz, jak­byś go miała między no­ga­mi, jesz, jak­by był w two­ich ustach. Kom­plet­nie otu­ma­nio­na!

- Te­raz zro­zu­miałam i moje ser­ce się uspo­koiło. Zasługu­je na więcej. Nie od­kry­wasz nic no­we­go. Z tobą mogę tyl­ko "otu­ma­nieć".

Pocałunkiem zmu­sza mnie do mil­cze­nia, lecz wiem, że mówię prawdę. Mówię prawdę, śmiejąc się jak zwy­kle. Nie­ostrożnie prze­ka­zuję ją da­lej. Nie je­stem w sta­nie wy­po­wia­dać jej na poważnie. Bro­nię się bez pro­ble­mu i mówię, co chcę, nie przej­mując się ni­czym. Z życiem psy­chicz­nym nie ma żartów - te słowa wra­cają do mnie ni­czym ze­psu­ta płyta po każdym uśmie­chu i po­wta­rzam je za nim jak pil­na uczen­ni­ca.

Nig­dy mu nie po­wie­działam, że odróżniam jego smak w swo­ich ustach i że te­raz czuję się tak, jak­bym go sma­ko­wała. Nie po­wie­działam mu. Nie opo­wie­działam mu szczegółów tego, co przeżywam z nim i z in­ny­mi. Wiem tyl­ko, że nie za­po­mi­nam. On też nie za­po­mi­na. Opi­su­je, ana­li­zu­je, kon­tem­plu­je, wyciąga wnio­ski, pyta i od­po­wia­da, moje mil­cze­nie go pe­szy. Mówią, że różnica między mężczy­zna­mi a ko­bie­ta­mi to pamięć: ko­bie­ta pamięta, a mężczy­zna za­po­mi­na. Być może to ładne po­wie­dzon­ko i można je po­wta­rzać jako wieczną mądrość, lecz ja wiem, że to tyl­ko jed­no z przysłów, które nie za­wsze mają co­kol­wiek wspólne­go z życiem i rze­czy­wi­stością.

Wiem z doświad­cze­nia, że tym, co różni go ode mnie, są wy­po­wia­da­ne głośno słowa.

Nie mówię w sa­mot­ności.

Nie mówię w mil­cze­niu.

Na­zy­wa mnie nie­mową.

POD MOIM ŁÓŻKIEM JEST CMEN­TARZ

Kie­dy moja mama zmarła po raz pierw­szy, mo­dli­li się za nią w koście­le. Ksiądz mówił o miłości małżeńskiej, która połączyła mężczyznę i ko­bietę z dwóch różnych re­li­gii na jed­nej po­dusz­ce, w cie­niu jed­ne­go Boga. O dzie­ciach, ich wy­cho­wa­niu i edu­ka­cji w cie­niu jed­ne­go Boga. Moja mama spała w swej trum­nie, a my sie­dzie­liśmy na drew­nia­nych krze­sełkach za nią. W koście­le na Bab Tuma na Sta­rym Mieście w Da­masz­ku była nas garst­ka.

W koście­le moja mama leżała w trum­nie, w różowej poświa­cie.

Czy to jed­na z barw opo­wieści?

Moja mama leżała w trum­nie, a śmierć jest słod­kim snem bez ma­rzeń. Słod­kim snem bez kosz­marów. Od kie­dy nie miałam żad­nych noc­nych kosz­marów?

Co kry­je się za wi­do­kiem trum­ny mo­jej mat­ki i różowe­go ko­lo­ru?

Klep­sy­dra była przy­kle­jo­na na ścia­nie obok drzwi otwar­tych na przyjęcie żałob­ników. Były na niej na­sze imio­na obok imie­nia mo­jej mamy i jej ro­dzeństwa - Ja­cqu­eli­ne, Chri­sto i Sa­li­ma; imię mo­je­go ojca i jego ro­dzeństwa - Ami­ny, Cha­didży, Ah­ma­da i Ale­go.

Dwa eg­zem­pla­rze scho­wałam wśród swo­ich pa­pierów i nie otwo­rzyłam ust, kie­dy przyszły świeżo wy­dru­ko­wa­ne z dru­kar­ni. Spraw­dziła je uważnie moja star­sza sios­tra, aby upew­nić się, że nie za­po­mniała tam nie­chcący o ni­kim z ro­dzi­ny; żeby nikt nie pomyślał, że po­minęła go ce­lo­wo, chcąc wy­ma­zać ze swe­go życia i ze śmier­ci mo­jej mamy.

Kie­dy moja mama zmarła po raz ostat­ni, nie smu­ciłam się. Przy­zwy­czaiłam się do jej śmier­ci, a smu­tek stał się jed­nym z ko­lorów mo­jej krwi. Wcześniej umie­rała już kil­ka razy. Muszę zwe­ry­fi­ko­wać całe moje życie, żeby po­li­czyć, ile razy to było i kie­dy. Po raz pierw­szy stało się to... Ale po co to wszyst­ko? Moja mama umarła i na­sy­ciła się śmier­cią w dniu po­grze­bu. Moja mama umarła i nikt nie wy­po­wie­dział na­zwy cho­ro­by, która spała z nią w sze­ro­kim łożu. Nikt z nas nie odważył się jej na­zwać.

Kie­dy mama umarła po raz ostat­ni, nie smu­ciłam się, ale ode­grałam rolę, jaką po­win­nam za­grać z całą po­wagą - jak zwy­kle. Ubrałam się na czar­no, tak jak moje ro­dzeństwo, przyj­mo­wałam kon­do­len­cje w da­ma­sceńskim koście­le. Słuchałam słów po­cie­sze­nia wy­po­wia­da­nych łamiącym się, łza­wym głosem. Dla ożywie­nia człowie­ka nie wy­starczą łzy przełyka­ne z bólem, prze­ciw­sta­wiające się roz­pa­do­wi. To nie wy­starczy. Tak ro­bi­li wszy­scy, na­wet tata. Za­do­wo­li­liśmy się me­cha­niczną wy­mianą in­for­ma­cji, żeby uniknąć spo­tka­nia się wzro­kiem.

Na­wet tata - za­py­tałam? Nie, taty tam nie było. Umarł już i po­cho­wa­ny zo­stał na cmen­ta­rzu w ro­dzin­nym mieście, da­le­ko stąd - tak, jak nam na­ka­zał.

- Czy chcesz być po­cho­wa­ny jako muzułma­nin?

- Czy chcesz mnie śle­dzić na­wet po śmier­ci? - od­po­wia­dał, nie­co złośli­wie, oj­ciec.

Wszy­scy się śmia­liśmy, ale to nie była różowa opo­wieść, jak w tym da­ma­sceńskim koście­le z moją mamą śpiącą w swej trum­nie.

W Mi­sja­fie, po dro­dze do hi­sto­rycz­nej cy­ta­de­li, ciot­ka wska­zała ręką w nie­określo­nym kie­run­ku: twój oj­ciec jest po­cho­wa­ny tam. Nie od­po­wie­działam. Grze­bałam w małym apa­ra­cie fo­to­gra­ficz­nym i nie od­po­wie­działam ani słowa.

Mój tata zo­stał po­cho­wa­ny sa­mot­nie w swo­im ro­dzin­nym mieście, da­le­ko od mo­jej mamy.

Mój tata zo­stał po­cho­wa­ny w swo­im ro­dzin­nym mieście. Byłam tam i nie od­wie­dziłam jego gro­bu - zaj­mo­wałam się fo­to­gra­fo­wa­niem za­bytków.

CZY SMAK OJ­CZY­ZNY ZA­MIE­NIA SIĘ W SAN­DAŁ?

"Oj­czy­zny nie bu­du­je się ko­re­spon­den­cyj­nie".

Dokład­nie to zda­nie wy­po­wie­dział Dżafar, kie­dy po­in­for­mo­wałam go, że niedługo przy­jadę. Chcę zbu­do­wać samą sie­bie. Już jako mała dziew­czyn­ka chciałam zbu­do­wać samą sie­bie. Chcę wy­brać własne życie.

Dzie­lił nas tyl­ko mały sto­lik przy­su­nięty do ścia­ny w da­ma­sceńskiej ka­wiar­ni Al-Mo­dern w dziel­ni­cy Al-Ma­li­ki, za­pro­jek­to­wa­nej jak­by spe­cjal­nie na spo­tka­nia ko­chanków. Siedzą wokół nas przy in­nych sto­likach, a my przy­cupnęliśmy w umówio­nym miej­scu, w jed­nym z kątów kwa­dra­to­wej sali.

- Je­dziesz te­raz, w tym okrop­nym cza­sie?

W ta­kim kra­ju jak mój za­wsze jest okrop­ny czas. Żyłam tyl­ko w okrop­nych cza­sach. Myślałam i nie jadłam.

- Oj­czy­zna cię po­trze­bu­je. Po­trze­bu­je ta­kich jak ty - na­ci­skał Dżafar.

- Dla­cze­go myślisz o tym, cze­go po­trze­bu­je oj­czy­zna, a nie o tym, cze­go ja po­trze­buję?

- A ja­kie ty masz po­trze­by? - pyta ze złością, a ja upar­cie wzru­szam ra­mio­na­mi i nie od­po­wia­dam.

Nie on je­den przy­po­mi­nał mi o tym, że oj­czy­zna mnie po­trze­bu­je. Słowa te po­wta­rzały się jak re­fren w pieśni wzy­wającej do boju, jak­by były taj­nym hasłem, na które wszy­scy się umówili. Czułam się zmu­sza­na, ale jed­nak wie­działam, że po­win­nam po­je­chać. Byłam wśród nich, ale w końcu po­je­chałam i ko­niec spra­wy. Dla­cze­go wszy­scy chcą mi pod­ci­nać skrzydła imie­niem oj­czy­zny?

Klu­czył długo, za­nim wy­po­wie­dział to od daw­na odkłada­ne zda­nie, na które cze­kałam. Wie­działam do­sko­na­le, że rzu­ci mi je w twarz ni­czym po­li­czek. Miałam świa­do­mość, że wszyst­kie po­przed­nie py­ta­nia były wpro­wa­dze­niem do tego i krążyły wokół owe­go py­ta­nia:

- A ja?

Znów wzru­szam lek­ce­ważąco i upar­cie ra­mio­na­mi, nic więcej nie mówiąc.

Czuję, że jego gniew rośnie. Fa­lu­je i roz­pa­da się w so­bie, jak­by miał mi to wy­krzy­czeć w twarz. Ale nie, wresz­cie zbie­ra się w so­bie i pyta:

- Tak po pro­stu?

- Nie. To wca­le nie jest pro­ste. - Jak zwy­kle próbuję grać.

- Ucie­kasz.

- Być może.

Ucie­kam się świa­do­mie do za­sa­dy, że naj­do­sko­nalszą twarzą jest ma­ska:

- Do­sko­na­le wiesz, że wy­jazd po to, aby kon­ty­nu­ować stu­dia, mam w pla­nach od daw­na.

Czy mogę mu po­wie­dzieć, że się duszę? Że nie mogę tu dłużej żyć? Że ucieknę? Uciekłam.

Uciekłam? Od cze­go uciekłam? Nie znałam jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi i wca­le nie chciałam znać. Każdy pre­tekst jest do­bry, kie­dy chcesz za­brać wa­lizkę i wy­je­chać.

Oj­czy­zna go po­trze­bu­je? Oj­czy­zna ich po­trze­bu­je?

Oj­czy­zna mnie nie po­trze­bu­je?

Ucie­kam. Wyjeżdżam.

Dżafar zo­stał, żeby po wie­lu, wie­lu la­tach umrzeć tam na raka.

OPO­WIEŚĆ NIE BĘDZIE OPO­WIEŚCIĄ, JEŚLI...

Inni śnią o swej przyszłości, ja zaś śnię o przeszłości. Pla­nują swoją przyszłość, a ja pla­nuję przeszłość.

Je­stem córką opo­wieści. Córką słów: "Daw­no, daw­no temu".

Uro­dziłam się z opo­wieści?

Nie. Uro­dziłam się z dwóch opo­wieści. Uro­dziłam się na sty­ku dwóch opo­wieści.

Uro­dziłam się z dwóch opo­wieści. Uro­dziłam się z dwóch roz­ma­itych prze­kazów - hi­sto­rii małej i wiel­kiej. Od początku wie­działam, że opo­wieść to punkt wi­dze­nia.

Wie­działam od początku, że to, co opo­wia­da­my, zależne jest od punk­tu wi­dze­nia, i to wy­star­czyło, aby znisz­czyć wszyst­ko.

Znisz­czyć?

Muszę zna­leźć inne słowo, od­po­wied­nie dla tego, co przeżyłam.

Uro­dziłam się na sty­ku opo­wieści mo­jej mat­ki i mo­je­go ojca, a kto uro­dził się na sty­ku, ten nie znaj­dzie dla sie­bie miej­sca.

Na sty­ku była opo­wieść o miłości - piękna, jak wszyst­kie miłosne opo­wieści, ale po­mie­szała się z opo­wieścią o hi­sto­rii. Mu­siała się zmie­szać, a ja zgu­biłam się w opo­wieści o dwóch opo­wieściach.

Uro­dziłam się z opo­wieści o miłości, która prze­kształciła się w opo­wieść o małżeństwie. Z ko­lo­ro­wej opo­wieści, która stała się czar­no-biała.

Od początku ro­zu­miesz, że two­ja opo­wieść jest inna i dzie­li się na dwie. Uczysz się, jak za­cho­wy­wać się wewnątrz ro­dzi­ny i poza nią. W szko­le i na podwórku. Pod czuj­nym okiem sąsiadów i z dala od nich. Wśród blis­kich i wśród ob­cych.

Od początku pamiętasz, że wszyst­ko ma swo­je miej­sce, że nie należy mówić wszyst­kie­go, co się wie, na­wet części tego, co się wie.

Od początku uczysz się prze­sie­wać słowa i fałszo­wać swo­je świa­dec­twa. Za­po­mi­nać, co wi­działaś, i pamiętać to, cze­go nie wi­działaś.

Od początku próbu­jesz układać frag­men­ty opo­wieści, wypełniać jej bra­kujące miej­sca, wierząc, że ich wypełnie­nie spra­wi, iż opo­wieść wy­buch­nie ni­czym bom­ba, niszcząc wszyst­ko wokół cie­bie.

Próbu­jesz ją opo­wie­dzieć so­bie, za­nim zy­skasz świa­do­mość, że opo­wia­dasz ją in­nym. Upiększasz ją wiel­ki­mi kłam­stwa­mi i małymi le­gen­da­mi. Fa­sze­ru­jesz ją roz­ważania­mi, które ci pa­sują, ale ce­lo­wo mi­jają się z prawdą.

Czyż opo­wieść nie sta­je się opo­wieścią do­pie­ro wte­dy, kie­dy ją opo­wiemy?

Nad moją ukrytą opo­wieścią nad­pi­sałam wie­le in­nych. Nad pierwszą opo­wieścią nad­pi­sałam wie­le in­nych. Opo­wieść nad opo­wieścią nad opo­wieścią. Nakładają się na sie­bie, prze­pla­tają, prze­ni­kają. Opo­wieść wsącza się w inną opo­wieść i tra­ci swój ko­niec.

Cóż z niej po­zo­sta­je?

Kto po­czu­je za­pach pierw­szej kro­pli, która nadała woń wszyst­kim opo­wieściom? Kto ją znaj­dzie pod sied­mio­ma war­stwa­mi opo­wieści?

LÓD NA MO­ICH SŁOWACH

Ab­bas pije swo­je espres­so, ja zaś zie­loną her­batę. On nie prze­sta­je mówić, ja ki­wam głową i mruk­nięcia­mi po­twier­dzam, że podążam za jego myślą. Wy­bie­ra te­mat oczy­wiście taki, który jemu się po­do­ba, ja mogę go tyl­ko słuchać. Za biur­ka­mi na­prze­ciw­ko sie­bie. Każde ma określoną rolę: on stoi na sce­nie, ja je­stem wi­dzem. Uzu­pełnia­liśmy się wza­jem­nie.

- Gdy byłem nad Za­toką, pod­ry­wałem pewną Egip­cjankę, która pra­co­wała w na­szej w fir­mie, w dzia­le PR. Bar­dzo jej się to po­do­bało. Myślałem, że cho­dzi o to, że je­steśmy kra­ja­na­mi. Kie­dy spałem z nią po raz pierw­szy, po­wie­działa, że jest ko­chanką dy­rek­to­ra na­czel­ne­go. Zmar­twiałem z prze­rażenia, ale mimo to spo­tka­liśmy się po­now­nie. Ist­niała między nami nie­zwykła har­mo­nia sek­su­al­na. Dziew­czy­na była piękna i gorąca. Po po­wro­cie do Egip­tu znów się z nią zo­ba­czyłem - miała urlop. Dziw­ne, ale na­sze t?te-a-t?te było nie­zbyt gorące, na­wet w łóżku, jak gdy­by spo­tka­nie poza miej­scem, gdzie ze­tknęliśmy się na początku, zmie­niło wszyst­ko. Na imię miała Muna.

Za­milkł na chwilę, jak­by od­twa­rzając so­bie daw­ne ob­ra­zy, a po­tem kon­ty­nu­ował:

- Kie­dy spo­tkałem dawną sąsiadkę, oka­zało się, że prze­niosła się do in­ne­go bu­dyn­ku. Na­tknąłem się na nią przy­pad­kiem w ka­wiar­ni. Pociągała mnie od daw­na. Oczy­wiście mężatka. Po­szedłem z nią do jej domu z bu­telką dob­rego wina. Na­pi­jesz się kie­li­szek i two­je ciało otwo­rzy się od razu na seks. Ja­kieś cza­ry. Po­szedłem za nią do kuch­ni. Przy­tu­liłem się do niej od tyłu, odwróciła się, zacząłem ją całować. Położyła się i zaczęła... och... Pom­pa, praw­dzi­wa pom­pa, o Boże...

Uśmiechnął się i opo­wia­dał da­lej:

- Kie­dy byłem w niej, za­py­tała: "Ciągle ci od­po­wia­dam?". "To dowód - od­po­wie­działem. - Czy chcesz moc­niej­szy?".

Wy­buchnął gorącym śmie­chem, który wzno­sił się i wzno­sił, żeby na­gle twar­do opaść. Za­milkł na chwilę, po czym znów się ożywił i znów przyszła mu chęć do obnażania się:

- Czy opo­wia­dałem ci o moim ojcu?

Na­wet nie cze­kał na od­po­wiedź i zaczął:

- Nie miałem z nim naj­lep­szych sto­sunków. Nie był za­do­wo­lo­ny z mo­ich życio­wych wy­borów, a ja ze swej stro­ny nie robiłem nic, żeby to zmie­nić. Ta wza­jem­na wro­gość była dla mnie wy­god­na. Kie­dy za­cho­ro­wał, zo­sta­wił dom w Alek­san­drii i za­miesz­kał z nami w Ka­irze. Miał raka krta­ni i nie mógł mówić. Mu­siał pisać, o co mu cho­dzi. Ro­zu­miał, ale nie mógł dużo mówić. Od­kryłem, że nie pamiętam, jaki miał głos, za­nim za­cho­ro­wał. Moja pamięć słucho­wa w jego przy­pad­ku szwan­ko­wała. Wy­nik biop­sji z jego krta­ni miałem w kie­sze­ni i cho­dziłem z nim po szpi­ta­lach, żeby ktoś mi to za­na­li­zo­wał i po­wie­dział, jaki to ro­dzaj guza. W ostat­nie dni opie­ko­wałem się nim, myłem mu tyłek, wy­cie­rałem i ubie­rałem. Nie bałem się. Był świa­do­my i śmiał się. Kil­ka mie­sięcy po jego śmier­ci uro­dziła się moja córka - nią też się opie­ko­wałem i myłem, tak jak opie­ko­wałem się nim i jak myłem jego. Żona była prze­rażona, nie chciała go do­ty­kać, bała się jego kru­chości. Ja chwy­tałem go ni­czym kur­cza­ka. Kie­dy umarł, uświa­do­miłem so­bie, w ja­kiej gorączce żyłem w ostat­nim cza­sie. Działałem, nie myśląc i bez żad­ne­go uczu­cia. Kie­dy umarł, zacząłem się za­sta­na­wiać nad bo­le­sny­mi sto­sunkami, ja­kie nas łączyły. Od­twa­rzałem je w pamięci, żeby zro­zu­mieć - od dzie­ciństwa aż do końca. Omal nie zwa­rio­wałem. Dzięki Bogu właśnie wte­dy uro­dziła się moja córecz­ka.

Za­milkł i spoj­rzał szyb­ko na ze­ga­rek, jak­by opo­wieść nie jego do­ty­czyła. To sy­gnał końca przed­sta­wie­nia. Uśmiechnął się do mnie sze­ro­ko, stu­kając pal­cem w kla­wia­turę i kon­cen­trując się na pra­cy. Pod­niósł głowę do­pie­ro około dwóch go­dzin później.

Pra­co­wa­liśmy we dwójkę w dzia­le tłuma­czeń w Cen­trum Dia­lo­gu Cy­wi­li­za­cji: Ab­bas i ja. Gdy­bym miała możliwość wy­bo­ru, ni­ko­go in­ne­go bym nie wy­brała spośród pra­cow­ników na­sze­go Cen­trum. Zaczął tu pra­co­wać wie­le lat przede mną. Był je­dy­nym tłuma­czem. Kie­dy przy­było ro­bo­ty i na­gro­ma­dziło się dużo pra­cy, doszłam ja i te­raz jest nas dwójka. Bez wstępów za­war­liśmy so­jusz. Bez pro­blemów odstąpił mi swo­je biur­ko przy oknie, przej­mując biur­ko na­prze­ciw­ko. My, dwójka tłuma­czy ama­torów po kur­sach i ciężkich przejściach za­wo­do­wych. Stu­dio­wał fi­zykę i nig­dy nie pra­co­wał w tym za­wo­dzie. Dla­cze­go? Bo in­te­re­so­wała go głównie li­te­ra­tu­ra. Dla­cze­go stu­dio­wał fi­zykę? Żeby za­do­wo­lić ro­dzinę. Ja z wy­bo­ru stu­dio­wałam ara­bi­stykę. Zna­laz­łam pracę w dzia­le tłuma­czeń i na­wet przez myśl mi nie przeszło, żeby za­do­wa­lać ro­dzinę.

Gdy­by nie Ab­bas, ta ciężka pra­ca przy­cho­dziłaby mi trud­niej. Ciężka pra­ca? "Przy­najm­niej wy­god­na. Nie męczy się ani du­sza, ani ciało. Aku­rat na na­sze możliwości" - mówił mi i śmia­liśmy się ra­zem. "Gdy­byśmy żyli w na­szym kra­ju, nie mu­sie­li­byśmy zno­sić tego gno­ju". Po­wta­rzał tę swoją sen­tencję dwa­dzieścia razy dzien­nie. Cza­sem od­po­wia­dałam mu: "To cze­mu nie wrócisz do kra­ju? Możesz prze­cież po­je­chać tam w każdej chwi­li i wrócić, kie­dy ze­chcesz. Je­steś tu z wy­bo­ru. Inni nie mają ta­kie­go szczęścia".

Pa­trzy na mnie długo i nie od­po­wia­da, lecz roz­po­czy­na ko­lejną opo­wieść.

Ab­bas od­wie­dza Egipt raz do roku i wysyła swo­je dzie­ci na let­nie mie­siące do ro­dzi­ny swej żony do Ka­iru. Mówi mi: "To naj­lep­szy sposób, żeby do­brze na­uczyły się arab­skie­go. Widzę wyraźne postępy po każdym po­wro­cie". Nie on je­den tak robi. To zwy­czaj roz­po­wszech­nio­ny wśród większości jego ko­legów i koleżanek z Cen­trum. Ja nie mam tej możliwości, dla­te­go mój syn mówi po arab­sku jak orien­ta­li­sta. Czy możesz swo­im dzie­ciom po­da­ro­wać oj­czyznę, która nie jest two­ja?

To daw­ne cza­sy.

"Ha­zar to do­bry ma­te­riał. Ma do­bre sta­no­wi­sko w ga­ze­cie. Po­wiedz jej, żeby za­pi­sała się do par­tii, i niech przyj­dzie do mnie". Mój przy­ja­ciel ucie­szył się ze słów re­dak­to­ra na­czel­ne­go. Przy­szedł, prze­ka­zując mi dobrą no­winę. "Gra­tu­luję, spra­wy idą le­piej. Jeśli tyl­ko wstąpisz do par­tii, sta­no­wi­sko jest two­je". Kie­dy zo­ba­czył moją re­akcję, zaczął mnie prze­ko­ny­wać:

- Dla­cze­go kom­pli­ku­jesz spra­wy? Je­den pod­pis i wszyst­ko załatwio­ne. Wszy­scy te­raz tak robią.

On sam zro­bił to, jesz­cze za­nim przy­je­chał ze swo­je­go mia­sta na stu­dia do Da­masz­ku. Wyjaśnił mi, że tyl­ko tak można so­bie coś załatwić, że to nor­mal­ne i że kto chce coś osiągnąć, musi do­sto­so­wać się do pa­nujących za­sad.

Rze­czy­wiście, po co kom­pli­kuję tak prostą sprawę? Syn na­szej sąsiad­ki, inżynier, który skończył stu­dia w tym sa­mym roku co ja, pod­porządko­wał się za­sa­dom bez dys­ku­sji:

- Za­pi­suję się do par­tii i do­staję sty­pen­dium za­gra­nicz­ne. Naj­ważniej­sze, żeby zdo­być doświad­cze­nie, a nie ma in­nej możliwości.

Zre­ali­zo­wał swój plan: za­pi­sał się do par­tii, do­stał sty­pen­dium i wy­je­chał. Ja tego nie zro­biłam. Ani sty­pen­dium, ani pra­cy. Bez na­zwi­ska na li­stach par­tii rządzącej nie ma zdo­by­czy re­wo­lu­cyj­nych. Nie masz praw, ale możesz do­stawać wyróżnie­nia. Chciałam swo­ich praw. Do­ma­gałam się swo­ich praw. Tyl­ko mo­ich praw.

Oj­ciec, który śle­dził wszyst­kie moje ru­chy z da­le­ka, po­wie­dział mi w końcu:

- Nie bądź głupia. Nie do­sta­niesz sty­pen­dium za­gra­nicz­ne­go, choćbyś spełniała wszyst­kie wy­obrażalne wa­run­ki. Naj­ważniej­sze są zna­jo­mości. Złożyłaś do dziś trzy apli­ka­cje. Czy sądzisz, że kie­dyś będziesz coś z tego miała? Pomyśl i szu­kaj in­ne­go roz­wiąza­nia.

Mama wtórowała mu:

- Wszyst­kie drzwi są przed tobą za­mknięte. Na­wet to, że je­steś wy­bit­na, na nic się nie zda. Naj­le­piej wy­jedź.

Smu­tek to jed­na z radości?

Wsłuchasz się w ciem­ne wołanie, zo­sta­wisz wszyst­ko i wy­je­dziesz? Zo­sta­wisz funk­cje, na­gro­dy, sty­pen­dia, par­tie, pra­wa, zna­jo­mości, re­je­stry na­zwisk, przy­spie­szo­ne kro­ki, kon­ce­sje, hi­sto­rie, geo­gra­fię i wy­je­dziesz?

To daw­ne cza­sy.

Za każdym ra­zem, kie­dy Ab­bas wra­ca z Egip­tu, opo­wia­da o co­raz większej ru­inie. Wi­dzi to na własne oczy, do­ty­ka własny­mi dłońmi. Opo­wieści z życia co­dzien­ne­go nie mają końca. Ja nie jeździłam do kra­ju i nie opo­wia­dałam po po­wro­cie o postępującej ru­inie. Na­wet nie mam do tego pra­wa. Ja, która w ogóle nie mam wy­obraźni, wy­obrażam so­bie cza­sem mój kraj. Muszę się za­do­wo­lić wy­jaz­da­mi do in­nych krajów arab­skich. To nie na­miast­ka, nie szu­kam na­miast­ki. Na­miast­ka przy­cho­dzi sama. Na­miast­ka zaj­mu­je miej­sce, po­nie­waż świat nie zna pust­ki, jak nas uczo­no. Ani na­tu­ra, ani oj­czy­zna, ani moje krótkie życie, ani moje ciało.

"Z pew­nością po­czuję się za­gu­bio­ny bez swo­jej pra­cy" - mówił ame­ry­kański fo­to­gra­fik. A ja mówię: "Bez swo­jej pra­cy i bez Ab­ba­sa".

Przez okienną szybę widzę przed sobą Paryż taki jak na pocztówkach. To jest te­raz moje mia­sto. Tu miesz­kam już dłużej niż w ro­dzin­nym mieście. Wy­brałam je, przy­je­chałam tu i żyłam świa­do­ma, że mogę stąd wy­je­chać, kie­dy będę chciała.

To mia­sto mnie nie więzi.

Czy moje ro­dzin­ne mia­sto mnie więziło?

Czy moja ro­dzi­ma opo­wieść mnie więziła?

To daw­ne cza­sy.