Moje ciało - Emily Ratajkowski

Reflow text when sidebars are open.
Dla Sly'a
Malowano nagą kobietę, ponieważ czerpano zadowolenie z jej oglądania. Wkładano lustro w jej ręce i nazywano obraz Vanitas, potępiając w ten sposób kobietę, której nagość namalowano przecież dla własnej przyjemności.
Prawdziwa funkcja lustra polegała na czymś innym. Miało ono sprawić, by kobieta - sama dla siebie stając się widokiem - przyzwalała na traktowanie siebie przez widza przede wszystkim jako widoku.
- John Berger, Sposoby widzenia -
tłum. Mariusz Bryl
Gdy w lecie 2020 roku ukazał się wiralowy singiel i teledysk Megan Thee Stallion i Cardi B, WAP (skrót od "Wet Ass Pussy", dosłownie: "zajebiście mokra cipka"), jego notowania eksplodowały - utwór uzyskał 25,5 miliona odsłon w ciągu pierwszej doby i stał się pierwszą piosenką stworzoną przez kobiety, która zadebiutowała na pierwszym miejscu list przebojów w Stanach i na świecie. Wkrótce potem w internecie rozgorzała dyskusja na temat hiperseksualnych aspektów tekstu i teledysku. Wielu komentatorów chwaliło piosenkę jako proseksualny hymn i podkreślało, że rapując ze szczegółami o seksualnych pragnieniach, Cardi i Megan deklarują swoją sprawczość i ogłaszają z dawna oczekiwaną zamianę ról. Inni natomiast twierdzili, że piosenka i teledysk cofają feminizm o sto lat. Ostatnia tak ożywiona debata na temat upodmiotowienia i seksualności kobiet miała miejsce w 2013 roku, po premierze teledysku Blurred Lines (autorami i wykonawcami piosenki byli Robin Thicke, Pharrell i T.I.). W teledysku występują trzy kobiety tańczące prawie zupełnie nago. Jedną z nich byłam ja. Dzięki Blurred Lines z dnia na dzień stałam się sławna w wieku zaledwie dwudziestu jeden lat.
Od tamtego czasu ocenzurowana wersja teledysku, gdzie nasza nagość została częściowo zasłonięta, miała około 721 milionów odsłon w serwisie YouTube, a sama piosenka pozostaje jednym z najlepiej sprzedających się singli wszech czasów. Wersja "nieocenzurowana" została usunięta z YouTube'a wkrótce po premierze z powodu naruszenia regulaminu. Potem ją przywrócono, a następnie znów usunięto, co tylko wzmogło kontrowersje wokół piosenki. Krytycy potępili teledysk jako "wstrząsająco mizoginistyczny", ze względu na to, w jaki sposób ja i moje koleżanki modelki zostałyśmy uprzedmiotowione. Nagle stałam się - nie tyle ja sama, co moje ciało i jego aspekty polityczne - tematem do dyskusji i analizy dla filozofek feministek, ale też dla nastoletnich chłopców. Zapytana przez dziennikarzy o zdanie na temat teledysku, zadziwiłam wszystkich, odpowiadając, że wcale nie uważam, że jest antyfeministyczny, i że wydawało mi się, że inne kobiety powinny, a przynajmniej mogłyby uznać mój występ za inspirujący. Moje deklaracje na temat Blurred Lines padły w czasie rozwoju feministycznej blogosfery, w erze "Włącz się do gry" i nagłówków typu "Dlaczego kobiety nadal nie mogą mieć wszystkiego?" na okładkach ważnych czasopism, ale jeszcze przed powszechną akceptacją dla samego określenia "feministka": zanim Beyoncé zatańczyła na tle wielkiego neonu z napisem "feministka" i zanim sieciówki zaczęły sprzedawać feministyczne T-shirty.
Wielu było oburzonych, że naga dziewczyna z popularnego teledysku śmie twierdzić, że jest feministką, natomiast dla innych - zwłaszcza dla młodych kobiet - mój punkt widzenia okazał się powiewem świeżości. Podkreślałam, że czułam się pewnie w swoim ciele i w swojej nagości. Kim jesteście, żeby mi wmawiać, że tańcząc nago, pozbawiam się podmiotowości? Czy mówienie mi, co mam robić ze swoim ciałem, nie jest tak naprawdę antykobiece? Przypomniałam światu, że w feminizmie chodzi o wybór, więc nie próbujcie mnie kontrolować.
Parę lat po premierze Blurred Lines napisałam esej zatytułowany Baby Woman, o dorastaniu i doznanych przeze mnie upokorzeniach dotyczących seksualności i rozwijającego się ciała. Nawet już jako pracująca modelka i aktorka nigdy nie czułam się tak upokorzona jak wtedy, gdy nauczyciel w gimnazjum strzelił moim ramiączkiem od stanika, żeby mnie ukarać za to, że wysunęło się spod bluzki. Wbrew temu, co wmawiają nam zarówno feministki, jak i ich przeciwnicy, dla mnie problemem nie była seksualizacja dziewczyn - tylko upokarzanie ich. Dlaczego to my mamy się dostosować? Zasłaniać nasze ciała i jeszcze przepraszać? Miałam już dość poczucia winy za to, jak pokazuję się światu.
Mój punkt widzenia wynikał stąd, że dorastałam, słysząc sprzeczne komunikaty na temat mojego rozwijającego się ciała i seksualności. Gdy miałam trzynaście lat, poczułam się zdezorientowana, kiedy mój ojciec półgłosem zasugerował, że nie powinnam "tak się ubierać, no, może tylko na dziś wieczór", jak wychodziliśmy do restauracji. Spojrzałam w dół na swoją różową koronkową bluzkę i stanik typu push-up. Matka zawsze powtarzała, że mój wygląd powinien sprawiać mi przyjemność, a tamten strój zapewniał mi tak przecież przyjemne zainteresowanie dorosłych mężczyzn na ulicy i rówieśników w szkole. Nagle poczułam wstyd z powodu czegoś, co jednocześnie było dla mnie powodem do dumy.
Nie wiedziałam, o co chodzi, gdy moja kuzynka, prawie dwadzieścia lat starsza ode mnie, wbiegła zdyszana do salonu, po tym jak na chwilę zostawiła mnie samą ze swoim kolegą. Nie rozumiałam, czego mogła się bać, choć instynktownie wyczuwałam, co oznaczał język ciała tego mężczyzny - rozpartego na kanapie, z biodrami wypchniętymi do przodu i z krzywym, zapraszającym uśmieszkiem. Byłam jeszcze dzieckiem, a już perfekcyjnie rozpoznawałam męskie pożądanie, chociaż nie bardzo wiedziałam, co o nim myśleć. Czy to coś dobrego? Czy mam się tego bać? Czy wstydzić? Wyglądało na to, że wszystko naraz.
Na koniec Baby Woman przytaczam rozmowę z moim nauczycielem rysunku po pierwszym roku studiów na akademii sztuk pięknych. Kiedy pokazałam mu akt, który narysowałam węglem, zasugerował: "Może narysuj kobietę, która ma tak wąską talię, że się przewraca i nie może wstać?". Radził mi, że powinnam albo "tworzyć zgodnie ze stereotypami kanonów piękna, albo ukazywać ich opresyjność". Nie chciałam wierzyć, że te zasady są tak sztywne, że to były jedyne dwie opcje.
Bardzo długo uważałam się za cwaniarę, która radzi sobie w życiu. Rozumiałam, że mam kapitał, który mogę spieniężyć, coś, co ma wartość dla świata, i byłam dumna z tego, że zbudowałam życie i karierę na swoim ciele. Doszłam do wniosku, że kobiety będą zawsze w jakiś sposób uprzedmiotowiane i seksualizowane, więc równie dobrze mogę wziąć w tym udział na swoich warunkach. Sądziłam, że w tym wyborze tkwi moja siła.
Kiedy dziś czytam ten esej i wywiady, których udzielałam w tamtym okresie, ogarnia mnie czułość dla dziewczyny, którą wtedy byłam. Teraz wyraźnie widzę swoją obronną postawę i potrzebę buntu. To, co pisałam i mówiłam, było odbiciem moich ówczesnych przekonań - jeszcze nie potrafiłam dostrzec, o ile bardziej skomplikowana jest rzeczywistość.
Nie ulega wątpliwości, że czerpałam wiele korzyści z decyzji, by uczynić moją seksualność źródłem zarobków: zyskałam międzynarodową sławę, wielomilionową publiczność i zarobiłam więcej pieniędzy na kampaniach modowych i współpracy z markami niż moi rodzice (wykładowczyni literatury amerykańskiej i nauczyciel malarstwa) przez całe życie. Stworzyłam sobie platformę, udostępniając w internecie zdjęcia, które przedstawiają mnie i moje ciało, przez co najpierw to ciało, a potem też nazwisko stały się rozpoznawalne, co z kolei - przynajmniej po części - umożliwiło mi wydanie tej książki. Jednak pod innymi względami, nie tak oczywistymi, czułam się uprzedmiotowiona i ograniczona przez pozycję tak zwanego symbolu seksu. Zarabiałam na swoim ciele w świecie cis-heteroseksualnym, kapitalistycznym, patriarchalnym, gdzie wartość piękna i seksapilu zależy wyłącznie od satysfakcji męskiego spojrzenia. Jakikolwiek status i wpływ zyskałam, stało się to tylko dlatego, że podobałam się mężczyznom. Moja pozycja zbliżyła mnie do bogactwa i władzy, dając mi pewną autonomię, jednak nie dała mi pełnego upodmiotowienia.
Zyskałam je dopiero teraz, pisząc poniższe eseje, w których ubieram w słowa swoje przeżycia i przemyślenia.
Ta książka zawiera idee i prawdy, którym wcześniej nie chciałam, czy raczej nie byłam w stanie stawić czoła. Nabrałam wprawy w wypieraniu doświadczeń, które były bolesne albo niezgodne z tym, w co pragnęłam wierzyć: że byłam żywym przykładem kobiety, która zyskała podmiotowość poprzez to, że zarabia na swoim ciele i wizerunku.
Konfrontacja z bardziej skomplikowaną prawdą o mojej pozycji w świecie była trudnym, brutalnym przebudzeniem, zupełnie druzgocącym dla mojej tożsamości i dla narracji, której kurczowo się trzymałam. Byłam zmuszona stanąć twarzą w twarz z okrutną rzeczywistością i zrewidować wszystko to, co uważałam za istotne, swoje wyobrażenie o miłości i o tym, co czyni mnie kimś wyjątkowym, a także zmierzyć się z prawdą o mojej relacji z ciałem.
Wciąż nie potrafię dojść do ładu ze swoimi odczuciami na temat seksualności i upodmiotowienia. Celem tej książki nie jest uzyskanie odpowiedzi, lecz przyjrzenie się kwestiom, do których nieustannie powracam. Chcę zbadać lustra, w których się przeglądałam: oczy mężczyzn, kobiet, do których się porównywałam, a także niezliczone zdjęcia, które mi zrobiono. Te eseje są zapisem moich bardzo osobistych doświadczeń i wynikającego z nich przebudzenia, które wpłynęło na moje życie po dwudziestce i doprowadziło do zmiany moich przekonań i postępowania.
- Kiedy się urodziłaś - zaczyna moja matka - lekarz podniósł cię i powiedział: "Patrzcie, jaka ona duża! I jaka piękna". Bo naprawdę byłaś piękna. - Uśmiecha się.
Słyszałam tę historię setki razy.
- Następnego dnia przyprowadził do szpitala swoje dzieci, żeby mogły cię zobaczyć. Taki był z ciebie śliczny bobas.
W tym miejscu jej występ zwykle się kończy, jednak tym razem matka zamierza mówić dalej. Na jej twarzy pojawia się znajomy wyraz, niewinna mina, którą widzę zawsze, gdy ma powiedzieć mnie albo mojemu ojcu coś, czego nie powinna (i dobrze o tym wie). Przygotowuję się więc na dalszy ciąg.
- To zabawne... - mówi z lekkim uśmiechem. - Rozmawiałam ostatnio z moim bratem... - Tu zaczyna naśladować jego akcent ze Wschodniego Wybrzeża. - "Kathy, Emily była pięknym bobasem. Ale nie tak pięknym jak ty. Ty byłaś najpiękniejszym bobasem, jakiego w życiu widziałem". - Wzrusza ramionami i kręci głową, jakby chciała dodać: "Nie do wiary, co?". Przez chwilę zastanawiam się, co powinnam jej odpowiedzieć, ale zaraz zauważam, że już utkwiła wzrok gdzieś za oknem i przestała zwracać na mnie uwagę.
Jestem w charakteryzacji przed sesją zdjęciową i rozmawiam z asystentem fryzjera.
- Czy twoja mama jest piękna? Jesteś do niej podobna? - pyta, przeczesując palcami moje włosy.
Spryskuje mi końcówki odżywką i przygląda się mojemu odbiciu w stojącym przed nami lustrze. Komplementuje moje brwi.
- Są doskonałe - stwierdza, sięgając po szczotkę. - A skąd pochodzi twoja rodzina? Jestem przyzwyczajona do takich pytań na planie i chcę, żeby ta rozmowa jak najszybciej się zakończyła. Nie podoba mi się, że białe kobiety wykorzystują tę sytuację, żeby wyliczać kraje, w których urodzili się ich przodkowie, dodając sobie w ten sposób egzotycznego uroku: "Jestem w trzynastu procentach stąd i w siedmiu procentach stamtąd". Ja zamiast tego odpowiadam po prostu: "Jestem białą dziewczyną". Mój fryzjer wybucha śmiechem.
- No dobrze, biała dziewczyno - uśmiecha się szeroko - powiem ci, że naprawdę masz coś w sobie. - Wydyma usta, przenosi wagę ciała na jedną stopę i wypycha biodro. Mówi, że jego rodzina pochodzi głównie z Meksyku.
- A twoja mama? - ponawia pytanie, chyba ze szczerej ciekawości. - Czy też jest taka piękna jak ty?
- Tak - odpowiadam. - Nawet jest ode mnie ładniejsza. - Brwi mojego fryzjera szybują w górę, zaraz jednak wraca do szczotkowania treski, którą trzyma w dłoniach. - Niemożliwe! - oponuje. Już się przyzwyczaiłam, że mówiąc to, wprawiam ludzi w zakłopotanie.
- Ale to jest prawda - odpowiadam rzeczowo. I z przekonaniem.
Moja matka jest klasyczną pięknością: ma szeroko rozstawione zielone oczy, drobny, elegancki nosek, jest filigranowej budowy i ma figurę klepsydry. Przez całe życie była porównywana do Elizabeth Taylor, zresztą całkiem słusznie moim zdaniem. Ludzie ze starszego pokolenia mówili jej, że wygląda jak młoda Vivien Leigh. Moi rodzice mieli Wielką nagrodę i Przeminęło z wiatrem na kasetach VHS, które trzymali w kolekcji w szafce przy łóżku. W dzieciństwie widziałam te filmy setki razy i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oglądam młodszą wersję mojej matki, umieszczoną w świecie zaludnionym przez same piękności z Południa. Gdy Vivien Leigh pochylała głowę, by spojrzeć spode łba na Clarka Gable'a, przypominałam sobie opowieści mamy o jej szkolnych wielbicielach, stojących godzinami na trawniku pod oknami jej pokoju. Wyobrażam sobie jedwabistą w dotyku szarfę królowej studniówki i ciężar korony, skrzącej się na jej głowie na zdjęciach w pamiątkowej księdze z liceum.
U moich rodziców w salonie jest kredens, w którym przechowują srebra i porcelanę. Na kredensie stoją oprawione fotografie, pamiątki z podróży i kilka mniejszych prac rzeźbiarskich mojego ojca. Uwagę gości najczęściej przyciąga jedna z ramek, zawierająca dwa okrągłe portrety, żartobliwie zestawione razem. Z prawej widać czarno-białe zdjęcie mojej mamy z czasów szkoły podstawowej, z włosami związanymi w dwa krótkie kucyki. Z lewej - ja w tym samym wieku, z czarną opaską odsłaniającą twarz. Obie dziewczynki uśmiechają się szeroko. Gdyby nie faktura starszego zdjęcia i rok widniejący w jego prawym dolnym rogu, można by pomyśleć, że patrzymy na to samo dziecko. "Która jest która?", dopytują goście.
Moje cienkie włosy zawsze miały tendencję do plątania się. Kiedy byłam mała, matka spryskiwała mi je specjalnym sprayem i rozczesywała po kąpieli. Ciągnęło mnie i szczypało, a szyja bolała od trzymania głowy prosto. Nie cierpiałam tych zabiegów. Skupiałam wzrok na butelce ze sprayem, ozdobionej rysunkami wodnych zwierząt, i gapiłam się na uśmiechniętego pomarańczowego konika morskiego oraz na pulchnego wieloryba, a po twarzy ciekły mi łzy. Czując, jak mama wbijała grzebień w skórę mojej głowy, rozpaczliwie krzyczałam: "Nie!"
W domu, w którym dorastałam, nie było sufitów - ściany stykały się z krawędziami dachu, więc moje jęki niosły się po całym piętrze. Słysząc mnie, mój ojciec zaczynał śpiewać w sypialni o "włosowych wojnach" na melodię z Gwiezdnych wojen.
Nie byłam wychowywana w żadnej religii, a w dzieciństwie nikt nie opowiadał mi o Bogu. Bardzo rzadko się modliłam, jednak przypominam sobie, że jako dziewczynka modliłam się o urodę. Kładłam się w łóżku, zaciskałam powieki i tak mocno się koncentrowałam, że aż zaczynałam się pocić pod kołdrą. Wierzyłam, że jeśli chcemy, żeby Bóg traktował nas poważnie, musimy sprawić, by w naszym umyśle zapanowała pustka, a następnie skupić się na rosnących plamach światła za naszymi powiekami i myśleć tylko i wyłącznie o tej jednej rzeczy, której tak rozpaczliwie pragniemy.
"Chcę być najpiękniejsza", powtarzałam w głowie, z sercem w gardle. W końcu, kiedy już nie byłam w stanie dłużej się opierać naporowi innych myśli, zasypiałam w nadziei, że udało mi się zrobić na Bogu wrażenie tą medytacją i że wysłucha moich próśb.
Ojciec mojej matki, Ely, był człowiekiem surowym i poważnym. Urodził się w 1912 roku i przyjechał do Ellis Island z maleńkiego sztetlu, który wtedy znajdował się na terytorium Polski, a obecnie leży na Białorusi. Był utalentowanym pianistą, ukończył szkołę Juillard w wieku piętnastu lat, ale ostatecznie został chemikiem i ojcem trzech córek i syna. Powtarzał mojej matce, że nie wypada jej dziękować, gdy ktoś jej mówi, że jest piękna. Nie uważał, żeby to było z jej strony jakiekolwiek osiągnięcie.
- Bo co ty zrobiłaś? - pytał. - Nic. Nie zrobiłaś nic.
Od najmłodszych lat zdawałam sobie sprawę, że uroda nie jest moją zasługą - jak dziadek wytykał mojej matce. Czy wobec tego uroda była czymś, co dała mi matka? Czasami wydawało mi się, że poczuwała się do niej w jakimś sensie upoważniona, jak gdyby był to przekazywany z pokolenia na pokolenie klejnot, który kiedyś należał do niej i który nosiła przez całe życie. Ja otrzymałam go wraz z bagażem triumfów i tragedii, których ona doświadczyła z jego powodu.
Matka zawsze powtarzała mi:
- Rób, na co masz ochotę, Emily, nie przejmuj się tym, co pomyślą inni. - Chciała, żebym była wolna od wstydu, świadoma swojej urody i żebym mogła to wykorzystać w życiu.
Jak miałam trzynaście lat, zostałam odesłana ze szkolnego balu do domu, bo opiekunki uznały moją sukienkę za zbyt wyzywającą. Kupowałam ją razem z matką. Była błękitna i uszyta z elastycznej koronki, która opinała moje niedawno rozwinięte piersi i biodra. Kiedy nieśmiało wyjrzałam z przebieralni, mama wstała i mnie przytuliła.
- Wyglądasz ślicznie - powiedziała z ciepłym uśmiechem.
- Czy nie jest za bardzo wyzywająca? - spytałam.
- Skąd. Masz piękną figurę. - Nigdy nie chciała, żebym myślała, że moje ciało czy mój wygląd mają w sobie coś przesadnego. - Jeśli ktoś będzie się skarżył, to już jego problem - mówiła.
Kiedy matka odebrała mnie z balu, byłam cała we łzach, upokorzona i zdezorientowana. Odgarnęła mi włosy za uszy, objęła mnie i powiedziała, że te baby mogą iść się pierdolić. Ugotowała mi wystawną kolację i pozwoliła obejrzeć przy jedzeniu głupi film. Potem (po konsultacji ze mną) napisała do szkoły skargę.
- Jeszcze mnie popamiętają! - oznajmiła.
Próbowałam oszacować, gdzie właściwie moi rodzice widzieli mnie na skali urody. Wydawało mi się, że to było dla nich ważne - zwłaszcza dla matki - żeby ich córka była postrzegana jako piękna kobieta; lubili opowiadać znajomym, jak obcy ludzie proponowali mi pracę modelki, a potem o moich sukcesach w modelingu, kiedy w gimnazjum podpisałam kontrakt z agencją. Uważali, że jako odpowiedzialni rodzice powinni wziąć pod uwagę, że taka kariera jest dla mnie możliwa.
- Pani córka mogłaby zarabiać bardzo dużo pieniędzy. Tylko trzeba by jej strzelić trochę zdjęć - powiedziała kobieta, która zaczepiła nas w kolejce w sklepie spożywczym. Kiedy wróciłyśmy do samochodu, rozpłakałam się.
- Mamo, ja nie chcę, żeby do mnie strzelali! - Bo zapamiętałam "strzelanie", a zapomniałam o "zdjęciach".
W końcu rodzice znaleźli mi agenta i zaczęli mnie wozić do Los Angeles na sesje zdjęciowe i castingi, tak jak rodzice innych uczniów z mojej klasy wozili ich na mecze piłkarskie. Mój ojciec zawiesił moją pierwszą kartę castingową (karta wielkości pocztówki, zawierająca moje wymiary i zdjęcia, do zostawienia u klienta na castingu) na ścianie przy biurku w klasie, gdzie prowadził zajęcia. Kiedy byłam w liceum, matka dała do oprawienia moją czarno-białą fotografię z sesji, w formacie 24 na 28 centymetrów, i postawiła ją na kuchennym blacie naprzeciwko drzwi wejściowych, żeby każdego gościa witały moje wydęte usta, gołe nogi i natapirowane włosy. Wstydziłam się tego zdjęcia i miejsca, w którym stało. Kiedy wyprowadziłam się z domu, namówiłam matkę, żeby je przestawiła - po kilku dobrych latach.
- Masz rację - powiedziała. - Już nie jest aktualne. Teraz jesteś piękniejsza.
Dzięki urodzie stawałam się kimś wyjątkowym. A miałam wrażenie, że kiedy byłam wyjątkowa, rodzice kochali mnie najbardziej.
Pierwszy casting, na jaki zabrała mnie matka, był dla producenta drogich dżinsów, jakich sama nigdy nie nosiłam. Matka poprosiła inną nauczycielkę, żeby zastąpiła ją na lekcji, i zawiozła mnie do Los Angeles. Wyszłam wcześniej ze szkoły, na szkolnym parkingu wsiadłam do jej volkswagena garbusa i pojechałyśmy.
Pędziła autostradą, a na nosie miała okulary przeciwsłoneczne.
- Pytałam agentkę o twoje szanse na tym castingu. A ona pomyślała, że pytam, czy w ogóle uda ci się zrobić karierę! I mówi: "Zdecydowanie ma coś w sobie, jednak to zawsze trudno stwierdzić". - Zerknęła w lusterko wsteczne, ale obie ręce trzymała na kierownicy. - Chodziło mi o twoje szanse na tym castingu! A nie na sławę. - Pokręciła głową. - Nie podobało mi się to. - Wyjaśniła, że agentka za daleko wybiega w przyszłość.
W studiu castingowym przywitał nas powiew chłodnego powietrza i szklane drzwi od podłogi do sufitu. Po bokach stały białe ławy, a na ścianach wisiały ekrany informujące, który casting jest w której sali. Szłam parę kroków przed matką, ubrana w tanie, elastyczne dżinsy (podróbkę klasycznego modelu firmy, która organizowała casting) i masywne czarne botki, dopiero co kupione razem z jeansami w Ross Dress 4 Less. Na obcasach byłam od niej prawie trzydzieści centymetrów wyższa.
Dopiero jak usiadłyśmy na ławie, poczułam swoje stopy w nierozchodzonych butach i to, jak mocno zamki obcierały mi skórę. Parę metrów od nas siedział piegowaty chłopak z niesamowitymi, naturalnie cieniowanymi, kręconymi włosami.
- Emily? - Młoda kobieta podniosła do oczu podkładkę z przypiętą kartką, a następnie przebiegła wzrokiem po ławach. Podniosłam się.
- Odgarnij włosy! - szepnęła matka.
Pochyliłam głowę, poczułam, jak krew napływa mi do twarzy zasłoniętej włosami. Wyprostowałam się, a kosmyki znów ułożyły się po obu stronach mojej twarzy. Znikając za drzwiami sali, czułam na potylicy spojrzenie matki.
W drodze powrotnej do domu oparłam głowę na dłoni i wyglądałam przez okno. Promienie słońca padały na mój policzek, a autostrada śmigała za oknem.
- Tamten chłopiec patrzył za tobą, jak wstałaś i odgarnęłaś włosy - powiedziała moja matka. - Gapił się na ciebie.
"Ciekawe, co takiego zobaczył", zastanawiałam się.
Moja matka lubiła powtarzać historie o tym, jak mężczyźni zaczęli zwracać na mnie uwagę, odkąd skończyłam dwanaście lat. ("Nigdy nie zapomnę jego spojrzenia, jak przeszłaś obok niego! Stanął jak wryty i szczęka mu opadła!"). Ale też uważała, że mężczyźni doświadczają piękna w ograniczony i niewyrafinowany sposób.
- Marilyn Monroe nigdy nie była tak naprawdę piękna - stwierdzała, kiedy tylko mój ojciec kiwał głową z uznaniem, jak ktoś wspominał o tej aktorce.
Robiła rozróżnienie na kobiety, które podobały się mężczyznom, i na prawdziwe piękności.
- Nie rozumiem, o co chodzi z Jennifer Lopez - mówiła, marszcząc nos. - Pewnie po prostu podoba się mężczyznom. - Po jakimś czasie nauczyłam się, że "podoba się mężczyznom" stoi znacznie niżej na skali od "jest piękna", jednak wciąż jest lepsze niż brak jakiejkolwiek wzmianki. Moja matka robiła się bardzo protekcjonalna, mówiąc o takich kobietach.
- Taka ładniutka - mówiła ze słodkim uśmiechem i nutą litości. Jak oglądaliśmy film z jakąś młodą aktorką, matka prawie zawsze musiała jakoś skomentować jej wygląd.
- Jak dla mnie, to żadna z niej piękność. - To samo było z moimi koleżankami, których urodę omawiała, jak byłyśmy na zakupach.
- Ładna to ona nie jest, ale ma niezłą figurę - wyrokowała, obmacując kalifornijskie awokado w poszukiwaniu dojrzałego.
Po tym jak się wyprowadziłam, rodzice zaczęli udostępniać na Facebooku moje zdjęcia z sesji. Matka odpowiadała na każdy komentarz swoich przyjaciółek: "Bardzo Ci dziękuję, Suzy!" albo "Jesteśmy z niej bardzo dumni, Karen". Ojciec też odpisywał znajomym, jednak zamiast dziękować, wolał żarty: "Ma po mnie serce i charakter, ale to by było na tyle, Dan". Jak to przeczytałam, przypomniałam sobie, że kiedyś mi powiedział, że mam jego nos.
- Jest raczej spory. - Roześmiał się. Matka aż się skrzywiła.
- Nie mów tak, John - szepnęła z dezaprobatą.
Zdaje się, że to, w jaki sposób świat dostarcza potwierdzenia mojej urody, jest dla mojej matki niczym lustro, w którym odbija się jej własna wartość.
Mówi:
- Odezwał się do mnie na Facebooku kolega ze studiów, że widział twoją najnowszą okładkę. Pisze: "Nic dziwnego, że córka Kathleen jest piękna! Ale nie jest taka zjawiskowa jak Ty, Kathy. Z Tobą żadna nie może się równać".
Matka uwielbia przypominać mi o sytuacji, kiedy skarżyła się na to, jak traktowały ją inne kobiety, a ja - trzylatka - oznajmiłam:
- Mamo, one ci po prostu zazdroszczą!
Powtarza tę historię jako uroczy dowód na to, jaka słodka i przenikliwa byłam już w dzieciństwie. Dopiero gdy byłam dorosła, zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że miałam świadomość istnienia współzawodnictwa między kobietami, jeszcze zanim nauczyłam się czytać. Jak to się stało, że już tak wcześnie rozumiałam, że mój komentarz pocieszy moją matkę po tym, gdy ktoś był dla niej niemiły?
Podobnie jak moja matka, ja sama też tworzę dla siebie lustra. Przyglądam się swoim zdjęciom z czerwonych dywanów, tym robionym z ukrycia przez paparazzich, a także tym, które mam na telefonie. Powiększam swoją twarz i próbuję dostrzec, czy rzeczywiście jestem piękna. Przeglądam Reddit, czytam i analizuję komentarze na mój temat, zastanawiam się, czy jestem "przereklamowana" (jak stwierdził jakiś internauta), czy przeciwnie - jestem "jedną z najpiękniejszych kobiet na świecie" (jak uważa inny). Dowiaduję się od pewnego komentującego, który utrzymuje, że pracował na planie jednej z moich najnowszych sesji, że nie mam w sobie "nic specjalnego, tak na żywo", a jeszcze inna osoba pisze, że odkąd widziała mnie z psem w kawiarni pod moim domem, to może stwierdzić, że jestem "dużo ładniejsza w realu niż na zdjęciach".
Udostępniam na Instagramie zdjęcia, które - jak mi się wydaje - są dowodem mojej urody, a potem obsesyjnie sprawdzam liczbę polubień, żeby zobaczyć, czy internet się ze mną zgadza. Zbieram te dane bardziej skrupulatnie, niż miałabym odwagę się przyznać, i próbuję zmierzyć swój czar tak obiektywnie i brutalnie, jak się da. Chcę określić wartość swojej urody - dla własnego spokoju, żeby zrozumieć, jaki jest rzeczywisty wymiar mojego uroku i siły oddziaływania.
Leżałam w łóżku po seksie z moim pierwszym poważnym chłopakiem ze szkoły, kiedy ten zaczął mi opowiadać o innych dziewczynach, z którymi spał. Opisywał ich ciała, włosy i mówił, co mu się w nich podobało, a ja słuchałam, aż nagle ogarnęła mnie panika. Zrobiło mi się niedobrze i zaczęłam się pocić. "Co jest ze mną nie tak?", zastanawiałam się. "Czemu moje ciało tak reaguje na opowieści mojego chłopaka o dziewczynach, które mu się kiedyś podobały?"
On mówił dalej, a mięśnie mojego podbrzusza i pośladków zaciskały się coraz mocniej. Wiedziałam, że za kilka minut będę musiała pobiec do łazienki. Tymczasem on wciąż mówił, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że ja coraz bardziej kuliłam się w sobie pod cienkim kocem. Dostałam dreszczy. On dalej swoje. "Ona... Jej..." Kiwałam głową i zadawałam pytania, udając obojętność i wiedząc, że później będę godzinami sprawdzać, kim są te dziewczyny, obserwować je w szkole i zbierać dane dotyczące naszych podobieństw i różnic. W końcu wstałam i popędziłam do łazienki, bojąc się, że już dłużej nie wytrzymam. Chociaż wiedziałam, że to jego dawne dziewczyny i że te opowieści nie stanowią dla mnie żadnego zagrożenia, moje ciało zareagowało tak, jakby jednak stanowiły. Nie mogłam znieść myśli, że mógłby jakąś dziewczynę uznać za bardziej atrakcyjną ode mnie.
Niektóre wspomnienia mojej matki są dla mnie tak wyraziste, że czasem nie jestem w stanie sobie przypomnieć, czy to jej doświadczenia, czy moje własne - jak na przykład wtedy, kiedy poszła do damskiej toalety na początku jej i ojca - jak to nazywa - zalotów: gdy wyszła z kabiny, przy umywalce stała była dziewczyna ojca i myła ręce, przeglądając się w szerokim lustrze. Matka stanęła obok niej.
- Pomyślałam wtedy: wreszcie się spotykamy, jakie my jesteśmy różne. Wyobrażasz to sobie?
I tak stały obok siebie dwie kobiety, które wybrał mój ojciec. Wyobrażam je sobie: zastygłe w bezruchu, z luźnymi ramionami i twarzami pozbawionymi wyrazu. Może z jednego kranu jeszcze leci woda. Moja matka jest prawie o trzydzieści centymetrów niższa od blondynki, z którą mój ojciec kiedyś mieszkał. Blada skóra jej ramion i długiego tułowia połyskuje, a włosy pachną morską wodą. Ciemne, kręcone włosy mojej matki okalają jej trójkątną twarz, a krągłości jej bioder odcinają się na tle białych łazienkowych kafelków. Twarze obu kobiet pogrążone są w cieniu, gdy przyglądają się sobie nawzajem.
Matka lubiła mi mówić, że zawsze chciała mieć takie włosy jak ja.
- Zupełnie jak z satyny! - mówiła, patrząc na mnie i głaszcząc mnie po głowie, podczas gdy ja usiłowałam się jej wyślizgnąć.
- Mamo, przestań! - warczałam, natychmiast żałując brzmienia swojego głosu przecinającego powietrze.
- Wiem, wiem - odpowiadała. - Teraz jesteś nastolatką, która nie cierpi, jak się jej dotyka, ale dla mnie zawsze będziesz moim dzidziusiem. - Potem dodawała już ciszej i poważniej: - Przez całe życie chciałam mieć takie włosy jak ty. Prasowałam je na desce do prasowania, żeby były proste jak u Jane Asher[1]. - Wbijała wzrok w przestrzeń, kontemplując inną wersję swojego życia, świat, który różnił się od naszego jedynie fakturą jej włosów. (Wyobrażam sobie, że mogłaby powiedzieć: "Ale cóż to by była za wspaniała różnica!").
Dziś zdaję sobie sprawę z tego, że nie zachowywałam się jak typowa nastolatka. Po prostu nie chciałam, żeby matka na mnie patrzyła, bo wiedziałam, że obserwując mnie, najczęściej coś kalkulowała, analizowała i porównywała.
Jako młoda kobieta nie cierpiałam słuchać komplementów dotyczących mojego wyglądu, obojętnie, czy wypowiadały je moje koleżanki, czy mężczyźni lub chłopcy, którzy mi się podobali. Facet, z którym byłam przelotnie związana, gdy miałam dwadzieścia kilka lat, naśmiewał się ze mnie w taki sposób, że czułam się tak bardzo niezręcznie i niekomfortowo, kiedy mi mówił, że jestem piękna.
- Boże, ty nie umiesz przyjmować komplementów! - mówił, przez co ja czułam się jeszcze bardziej zażenowana.
- Cicho bądź. - Przewracałam oczami, próbując dać mu do zrozumienia, że nie ma racji.
- Przecież jesteś modelką, jesteś znana właśnie z tego, że jesteś piękna - odpowiadał, czekając na moje dalsze wyjaśnienia. Nigdy nie wiedziałam, jak zareagować. Chciałam mu powiedzieć, że nie potrzebuję, żeby chłopcy mi to mówili. Cieszyłam się, słysząc te słowa na planie, gdzie zarabiałam pieniądze, ale w życiu prywatnym już tego nie chciałam. Jakaś część mnie próbowała bronić się przed tym, że zostałam nauczona łączyć piękno z wyjątkowością i miłością. "Dziękuję bardzo", myślałam sobie, "Nie jestem zainteresowana tym, co oni mi chcą dać. Zabierzcie ode mnie to lustro. Nie chcę miłości, która opiera się na tym, że jestem najpiękniejsza na świecie".
Moja matka przestała farbować włosy po sześćdziesiątce i pozwoliła, by stały się siwe, potem srebrne, a w końcu zupełnie białe. Nadal obcinała je krótko, a ich naturalna objętość nadawała jej głowie kształt. Wyglądała ładnie - rzadko używamy tego przymiotnika, mówiąc o kobietach sześćdziesięcioletnich, jednak pasuje doskonale do mojej matki i jej wytwornych rysów twarzy, które z wiekiem nabrały łagodności.
- Starość jest dziwna - powiedziała mi któregoś ranka, siedząc na niebieskiej kanapie przy oknie mojego loftu w Los Angeles. - Ostatnio, gdy szłam ulicą, zobaczyłam idących z naprzeciwka dwóch przystojnych mężczyzn. Nawet o tym nie myśląc, wyprostowałam się trochę bardziej, kiedy miałam przejść obok nich - zaśmiała się cicho. - A oni nawet na mnie nie spojrzeli. Właśnie wtedy zorientowałam się, że jestem dla nich niewidzialna, jestem tylko jakąś siwą staruszką!
Wyglądała ślicznie w dziennym świetle, opowiadając tę historię.
- Ale tak to już chyba musi być. - Wzruszyła ramionami. Podchodziła do tego ze spokojem, a ja zaczęłam się zastanawiać, jak to będzie, kiedy pewnego dnia mężczyźni przestaną zwracać uwagę na mnie.
- Może to jest w jakiś sposób wyzwalające? - spytałam.
- Może - odpowiedziała w końcu.
Byłam krótko po ślubie z moim mężem, kiedy on rzucił mimochodem:
- Na świecie jest tyle pięknych kobiet.
Słysząc to, zastygłam. Wiedziałam, że to zupełnie normalne (i prawdziwe) stwierdzenie, a jednak poczułam, że w moim brzuchu zaciska się znajomy węzeł.
- Co? - pyta mój mąż. Wyczuwa tę zmianę we mnie i napięcie w moim ciele.
- Sama nie wiem - odpowiadam. Przytulam twarz do jego klatki piersiowej, zawstydzona swoją reakcją. - Nie wiem, czemu boli mnie, kiedy tak mówisz.
Widzę, że chciałby mnie pocieszyć, ale jednocześnie jest zdezorientowany. Ja też chcę, żeby mnie pocieszył, ale w sumie nie jestem pewna, dlaczego tak bardzo tego potrzebuję. Dlaczego nagle wydaje mi się, że mąż nie kocha mnie dość mocno?
W pokoiku bez okien, w którym mieści się gabinet mojej terapeutki, opowiadam o swojej reakcji na słowa męża. Wyjaśniam ból brzucha. Ocenianie. Inne kobiety.
- Porównywanie zupełnie różnych rzeczy jest bez sensu - mówi terapeutka. - A co, jeśli nie jesteś taka jak inne kobiety, a co, jeśli jesteś kimś zupełnie innym? - pyta łagodnie.
Czuję się okropnie podczas tej rozmowy. Jakaś część mnie jest bardzo zażenowana. Chciałabym wstać i wykrzyczeć: "No pewnie, że o tym wiem! Nie cierpię kobiet, które porównują się z innymi kobietami! Ja wcale taka nie jestem!".
Jednak istnieje też jakaś wersja mnie, która powinna usłyszeć to, co terapeutka ma do powiedzenia, bo nie może oprzeć się potrzebie poprawienia jej.
- Ale każdy ma swoje preferencje - mówię. Czuję, jak po policzku spływa mi łza. - Każdy woli to, co mu się bardziej podoba. Tak działa ten świat, że wszystko podlega ocenie. Coś będzie zawsze lepsze od czegoś innego.
Kiedy rzuciłam studia, żeby pracować jako modelka, lubiłam mówić znajomym, że modelka po francusku to mannequin.
- Czyli wychodzi na to - mówiłam, wzruszając ramionami - że zarabiam na życie jako manekin.
Mniej więcej w tym samym czasie złapałam ciężką grypę żołądkową i w tydzień straciłam prawie pięć kilo. Gdy wyzdrowiałam, starałam się utrzymać tę wagę, bo okazało się, że chudsza dostawałam więcej zleceń. Zaczęłam regularnie nosić buty na platformie (nawet jeśli musiałam ubierać się jeszcze po ciemku, żeby dojechać przed świtem na sesję), bo nie chciałam, żeby klienci zauważyli, że jestem niższa niż większość modelek. Nauczyłam się dobrze zarządzać czasem, chociaż w liceum i na studiach miałam z tym poważne problemy i zawsze przychodziłam na zajęcia z dziesięciominutowym spóźnieniem. Pozwalałam, by klienci fotografowali mnie i stylizowali tak, jak chcieli, nawet jeżeli wyglądałam przez to okropnie. Wprowadziłam te zmiany w swoim zachowaniu, nastawieniu i ciele, bo przyświecał mi tylko jeden cel: pieniądze.
Uważałam swoje życie i pracę modelki za sytuację tymczasową, która chroniła mnie przed podzieleniem losu moich starszych koleżanek, które po kryzysie finansowym w 2008 roku musiały wprowadzić się z powrotem do rodziców, spłacać kredyt studencki i wrócić do pracy w sektorze usług, robiąc dokładnie to samo, co robiły jako nastolatki.
Pieniądze oznaczały wolność i kontrolę - bym była w stanie sfinansować swoją niezależność, wystarczyło na parę dni w tygodniu stawać się kimś innym: rozbierać się, smarować ciało olejkiem i pozować w wyzywającej, czerwonej, koronkowej bieliźnie albo w krzykliwym bikini (jakiego sama nigdy bym nie włożyła) i wydymać usta na rozkaz fotografa w średnim wieku.
Po tym jak rzuciłam szkołę - i przechorowałam grypę żołądkową - osiągnęłam zupełnie nowy pułap sukcesu finansowego. Sesje w bieliźnie i strojach kąpielowych były lepiej płatne niż zwykłe sesje do katalogów internetowych. Miałam wtedy wielu klientów, którzy regularnie mnie zatrudniali ze względu na to, jak moje ciało mogło się przyczynić do sukcesu ich produktów. Pamiętam, że kiedyś, jak wychodziłam z garderoby podczas sesji zdjęciowej dla producenta bielizny, klientka zauważyła, że "dziś tak trudno znaleźć dziewczyny, które są chude, ale mają czym wypełnić stanik". Mój rozmiar miseczki był cennym i rzadkim atutem, który miał bezpośrednie przełożenie na lepiej płatne zlecenia, ale z drugiej strony ograniczał moje możliwości zawodowe: byłam "dziewczyną z reklamy bikini", czyli mogłam pozować do katalogów, ale nigdy nie dostałabym pracy w pokazie haute couture.
Im więcej pieniędzy zarabiałam jako modelka, tym większą przyjemność sprawiało mi posiadanie ich. Nie miałam bogatych znajomych, więc spełniałam swoje zachcianki w pojedynkę - na przykład jadąc sama do butiku, w którym rok wcześniej ja i moje koleżanki ze szkoły nie śmiałybyśmy nic kupić. Wprawdzie raz na jakiś czas wchodziłyśmy popatrzeć, ale jak tylko sprzedawczyni pytała, czy może nam w czymś pomóc, natychmiast uciekałyśmy. Teraz mogłam się delektować, wchodząc do sklepu sama, ściskając w ręku torebkę ze sztucznej skóry i przesuwając koniuszkami palców po wiszących ubraniach i czując ciarki na plecach, gdy mówiłam: "Tak, dziękuję, chciałabym to przymierzyć". Czasem coś kupowałam, a czasem wychodziłam z pustymi rękami, jednak zawsze było to cudowne przeżycie. Któregoś wieczora, właśnie po takich samotnych zakupach, włożyłam na spotkanie z przyjaciółką nowiutki granatowy żakiet. Spytała, kiedy go kupiłam.
- Dzisiaj - odparłam. Pokręciła głową.
- Cholera... To musi być miłe móc tak wejść do sklepu i coś wybrać, jak tylko ma się na to ochotę, co? - Przyjrzałam jej się uważnie, żeby się upewnić, czy nie mówi tego z przekąsem. Czułam się zawstydzona tą nową różnicą między jej życiem a moim, ale też byłam wdzięczna, że koleżanka cieszy się z mojej radości. Miała rację: to było bardzo miłe.
Znalazłam tani loft do wynajęcia na parterze w centrum Los Angeles. Płaciłam za niego 1250 dolarów miesięcznie - zostawiałam grubą kopertę gotówki u właściciela, który mieszkał piętro wyżej i pachniał olejkiem paczuli. W mieszkaniu był goły beton i tylko jedno okratowane okno, wychodzące na parking, a sufit był tak nisko, że kiedy miałam na sobie platformy, które wtedy tak gorliwie nosiłam, mogłam wyciągnąć ramiona do góry i dotknąć go dłońmi na płasko. Jednak nie przejmowałam się tymi warunkami, tylko cieszyłam się, że mieszkam w przestronnym lofcie, wielokrotnie większym od wszystkich moich poprzednich mieszkań. Pomalowałam ściany i sufit na biało, a nad łóżkiem zawiesiłam lampki choinkowe ze sklepu "Wszystko za dolara".
Po pracy najbardziej lubiłam zamawiać tajskie jedzenie z pobliskiego baru i jeść je na łóżku pożyczonym z domu rodziców, przykrytym narzutą z Urban Outfitters za sześćdziesiąt dolarów. Uwielbiałam takie wieczory i nie byłam w stanie sobie wyobrazić nic przyjemniejszego i bardziej luksusowego. Kiedy ktoś mnie pytał, dlaczego mieszkam tak daleko od Hollywood - centrum modelingu - lubiłam odpowiadać, że płacę tylko dolara za stopę kwadratową. Byłam dumna z tego, że mieszkam w artystycznej dzielnicy, uważanej za modną i dynamiczną. Miałam stamtąd wszędzie daleko: dojazd na większość sesji i castingów zajmował mi przynajmniej czterdzieści pięć minut. Ceniłam sobie jednak ten dystans od świata fotografów, agencji i klientów, a najbardziej cieszyłam się z tego, jak ta modna dzielnica wpływała na moje poczucie tożsamości. Gdy wracałam z pracy do domu, z manekina stawałam się na powrót sobą.
W ciągu jednego roku wzięłam udział w kilku sesjach dla pisma wydawanego w Los Angeles, które zwróciło na siebie uwagę wielu portali modowych, blogów i magazynów dla panów, dzięki czemu moja agentka zaproponowała mi wyjazd do Nowego Jorku, żebym spotkała się z agencjami ze Wschodniego Wybrzeża i z przedstawicielami "Sports Illustrated" oraz Victoria's Secret.
- Ale czy ja nie będę za niska na Nowy Jork? - spytałam.
Ta sama agentka jeszcze rok wcześniej utrzymywała, że świat mody nie jest dla mnie.
- Nie ma sensu, żebyś próbowała stać się kimś, kim nie możesz być - stwierdziła wtedy po prostu.
- Niekoniecznie - powiedziała mi teraz, unikając mojego spojrzenia. Odkąd liczba na mojej wadze zmalała, liczba na moim koncie stale się zwiększała. W agencji nie przeszło to niezauważone.
Zatrzymałam się w hotelu w Midtown, w maleńkim pokoiku wyłożonym szorstką, beżową wykładziną i wyposażonym w mały automat do kawy (rozpuszczalnej), z którego korzystałam każdego ranka przed wyjściem na casting. W pokoju nie było porządnego, dużego lustra, więc musiałam wchodzić w obcasach na łóżko, żeby sprawdzić, jak wyglądam, i dopiero potem brałam swoje portfolio i wychodziłam. Chociaż nie było to tanie, jeździłam na castingi taksówkami, odczytując adresy z maili, bo nie orientowałam się wystarczająco dobrze w nowojorskim metrze. Mimo wszystko zdawałam sobie sprawę, ile wydawałam pieniędzy, i dobrze wiedziałam, że wydatki na bilety lotnicze i hotele uszczuplą moją następną wypłatę.
Czułam się maleńka, wchodząc do wspaniałego lobby budynku Victoria's Secret. Mężczyzna w nienagannym garniturze pod krawatem przywitał mnie zza długiej, srebrzystej lady.
- Na casting? - spytał, patrząc na mnie ciężkim wzrokiem bez wyrazu. Skinęłam głową, pocieszona, że rozpoznał we mnie modelkę. "Może to jednak jest moje miejsce", pomyślałam.
Na górze czekałam sama, pod srebrnym logo, otoczonym gigantycznymi czarno-białymi zdjęciami znanych modelek albo - jak na nie mówią w Victoria's Secret - "aniołków", prężących się z podniesionym do ust palcem, jakby zalotnie nakazywały: "Tylko nie mów nikomu". Wysoki na całą ścianę ekran prezentował paradę kroczących po wybiegu długonogich kobiet w błyszczącej bieliźnie i z kolorowymi skrzydłami na plecach. Szły w moją stronę, jedna za drugą, z falującymi włosami, szeroko uśmiechnięte, ze wzrokiem wbitym gdzieś ponad mną. Były boginiami tego wielkiego, nowoczesnego biurowca, a ekrany były ich ołtarzami. Dobrze wiedziałam, że one też są manekinami, jednak wydawały mi się tak potężne, jak ja sama nigdy się nie czułam. Chciałam stać się jedną z nich. Siedziałam jak zahipnotyzowana, gdy zza podwójnych drzwi wyszła jakaś kobieta, przywitała mnie i odciągnęła od nich moją uwagę.
- Proszę za mną - poinstruowała mnie, zerkając na moje platformy, a potem szybko na twarz. Szłam parę kroków za nią, gdy prowadziła mnie przez ogromne biuro bez ścianek działowych. Kiedy przechodziłyśmy, nikt nawet nie podniósł wzroku. Otworzyła drzwi do małego pokoiku wypełnionego szufladami z bielizną i kazała mi się rozebrać w kącie.
- Proszę też zdjąć buty - powiedziała, pokazując na moje stopy. Podeszłam na palcach do ściany, przy której kobieta w ciszy zmierzyła mój wzrost i zrobiła mi kilka zdjęć aparatem cyfrowym, po czym zapisała sobie coś na kartce i podziękowała mi, ledwo racząc mnie spojrzeniem, kiedy biegłam do drzwi.
Potem pojechałam na przedmieścia na spotkanie z agencją.
- Nie podobają nam się te szorty - powiedzieli mi, przyglądając się moim czarnym dżinsowym spodenkom, które włożyłam na rajstopy. - Czy możesz je zdjąć?
Skinęłam głową.
- Oczywiście - odpowiedziałam, zsuwając poszarpane spodenki przez buty na platformie.
- Dużo lepiej - powiedziała z francuskim akcentem młoda kobieta, przyglądając się moim biodrom. - Teraz widzimy, jaka jesteś drobna! Zadzwonimy do ciebie.
Następnego dnia szorty zostały w domu, a ja założyłam tylko czarny crop top i rajstopy. Stanęłam na łóżku, żeby przejrzeć się w małym lustrze i upewnić, czy rajstopy nie były za bardzo prześwitujące.
Na castingu do "Sports Illustrated" dwie redaktorki przeglądały ciężkie, plastikowe strony mojego portfolio. Zerkały to na zdjęcia, to na mnie, aż w końcu spytały, czy kiedykolwiek się uśmiecham.
- Bo my tu w "SI" lubimy uśmiechnięte dziewczyny! - wyjaśniły, zamykając segregator z trzaskiem. Kiedy wróciłam na Siódmą Aleję, szłam wpatrzona w telefon, rozpaczliwie pragnąc być już w hotelowym pokoju i schować się pod kołdrą. Stanęłam w słońcu, ciesząc się, że choć na chwilę przestałam być obiektem obserwacji, kiedy podszedł do mnie jakiś mężczyzna, gapiąc się na moje krocze.
- Widzę twoją cipkę - wymamrotał, nie patrząc mi w oczy. Poczułam ukłucie wstydu, ale zapanowałam nad sobą i nie rozpłakałam się. W ciągu lat wyrobiłam w sobie niezbędną odporność na rozczarowanie i odrzucenie, nierozerwalnie związane z moim zawodem. Nie pozwalałam sobie na nadmierną ekscytację z powodu udziału w sesjach czy na myśl o potencjalnych zleceniach. Nie robiło mi różnicy, czy moje zdjęcie znajdzie się na billboardzie, czy w gazecie, dopóki stan konta był zadowalający. Nie interesowała mnie sława ani niesława, tylko pieniądze - a przynajmniej tak sobie powtarzałam. W Nowym Jorku złamałam swoje zasady: nie powstrzymałam się przed wyobrażeniem sobie wykraczającej poza bogactwo potęgi, jaką innym kobietom dał sukces. Wróciłam do Los Angeles ze wzmocnionym zapałem i poczuciem determinacji. Dobrze, może i nie zostanę supermodelką, ale postaram się zarobić tyle pieniędzy, ile się da, wykorzystując te możliwości, jakie zostały mi dane.
Właśnie mniej więcej w tamtym czasie agentka przekazała mi maila w sprawie teledysku do piosenki T.I.'a i Pharrella, których podziwiałam, i piosenkarza, o którym wcześniej nie słyszałam - Robina Thicke'a. W załączniku był plik PDF z treatmentem, czyli zdjęciami i tekstem opisującym wizję reżysera. Leżąc rano w łóżku, przejrzałam ten plik: czerwone litery układające się w słowo "#THICKE", zdjęcia Terry'ego Richardsona przedstawiające dziewczyny bez staników, z ustami umalowanymi na czerwono i z rozczochranymi włosami, a do tego napisane tłustym drukiem hasła typu "Jebać zasady!". W części zatytułowanej "STYL" było napisane: "VIBE TOTALNEGO PIMPA, DEBILNE PIERDOLENIE W NOWOCZESNYM, INTELIGENTNYM OPAKOWANIU, COŚ JAK VICE MAG" i "GOŁE LASKI XXX CYCKI ŁONIAKI CZERWONA SZMINKA". Przeczytałam na głos mojemu ówczesnemu chłopakowi tekst (z literówką) w części "LASKI":
"TAKIE LASKI SĄ NAJBARDZIEJ ZAJEBISTE, TOTALNIE PEWNE SIEBIE. TO WCALE NIE JEST ŻADNA MUZOGINIA, TYLKO MEGASZACUN DLA LASEK, KTÓRE MAJĄ NIESAMOWITĄ, ZMYSŁOWĄ MOC WIZUALNĄ".
Byłam zaskoczona, że teledysk miała reżyserować kobieta. Poszukałam w mailu propozycji stawki.
- Wow - wyrwało mi się. Proponowali niewiele więcej niż za jeden dzień zdjęć do reklamy Forever 21. - Pierdolę to. Kolejny gówniany teledysk z gołymi dziewczynami. - Tego samego ranka powiedziałam agentce, żeby odmówiła.
Jednak Diane Martel, reżyserka, nalegała i napisała do mnie osobiście, pytając, czy mogłabym przynajmniej się z nią spotkać, żeby porozmawiać. Lista teledysków w jej reżyserii była rzeczywiście imponująca - pracowała z Beyoncé, Mariah Carey i J.Lo. Kiedy agent powiedział, że jego zdaniem stawka będzie "do negocjacji", zgodziłam się pojechać do West Hollywood i namęczyłam się, próbując zaparkować równolegle naprzeciwko studia fotograficznego przy bulwarze Santa Monica.
Diane nie podniosła się, kiedy stanęłam przed nią, ubrana w mini i szpilki, ściskając w rękach portfolio, o które wcale nie prosiła. Powiedziała mi, że za kamerą ma stanąć młoda kobieta, z którą niedawno pracowałam - Olivia. Słysząc jej nazwisko, złagodniałam. Podobały mi się zdjęcia, które mi zrobiła, były ładne i subtelne, a na planie pracowały same kobiety.
- Znam Olivię od urodzenia - powiedziała Diane. - Jest bardzo utalentowana. I taka młoda! Wiesz, jak ładnie się wychodzi na jej zdjęciach, nie są ani trochę wulgarne. I większość ekipy to będą kobiety. - Gdy mówiła, jej noga podskakiwała rytmicznie. - Chcę, żeby to było śmieszne, trochę jak parodia. Wiem, że jesteś aktorką. Chcę, żebyś tam grała.
- Okej - odparłam - ale stawka musi być wyższa. - Skinęła głową. Kiedy w drodze powrotnej stałam w korku na autostradzie, agent dał mi znać, że stawka podskoczyła do przyzwoitej kwoty, z dodatkiem za nadgodziny. Rozłączyłam się i otworzyłam okno, czując powiew powietrza od przejeżdżających samochodów. Pomyślałam: "A co mi tam. Poza tym czy ktoś jeszcze w ogóle ogląda teledyski?".
Zdjęcia zorganizowano w ogromnym studiu w Silver Lake, tylko piętnaście minut jazdy od mojego loftu. Przyjechałam z pustym żołądkiem, a poprzedniego wieczora mało zjadłam, bo wiedziałam, że na planie będę nago, a przynajmniej topless. Nalałam sobie kawy w bufecie i rozejrzałam się. Diane nie okłamała mnie. Ucieszyłam się na widok tylu kobiet w studiu: autorka zdjęć, stylistka, rekwizytorka, makijażystka...
Potem przyszły dwie inne modelki, które też miały brać udział w zdjęciach, i usiadły na krzesłach obok mnie, naprzeciwko długiego lustra: zjawiskowa czarnoskóra dziewczyna o łagodnym głosie z francuskim akcentem, która przedstawiła się jako Jesse, oraz Elle, blondynka, która złapała moje spojrzenie w lustrze. Asystentka makijażystki malowała jej właśnie usta czerwoną szminką, więc tylko pomachała mi ręką.
- Czy czujesz się komfortowo? - spytała kostiumografka, gdy przymierzałam różne białe majtki i plastikowe, prześwitujące topy oraz szorty. Wyjaśniła, że te ubrania są do ocenzurowanej wersji teledysku, którą będziemy kręcić równolegle z nieocenzurowaną, nagą wersją. Od razu ją polubiłam: miała krótkie, tlenione włosy, chodziła w martensach i wyglądała jak ktoś, z kim mogłabym się zakolegować. W pracy prawie nigdy nie spotykałam takich dziewczyn. Diane weszła do charakteryzatorni, żeby sprawdzić, jak się czuję przed zdjęciami.
- Wszystko w porządku? - spytała. Wygładziłam dłońmi białe majtki i kiwnęłam głową. Czułam się częścią zespołu.
Weszłam na plan pierwsza, zostawiając Elle i Jesse z fryzjerami i makijażystkami. Niewiele starsza ode mnie kobieta w białym kombinezonie przedstawiła się jako rekwizytorka.
Pokazała mi długi stół zastawiony różnymi przedmiotami, które miały zostać użyte w teledysku.
- Od czego chciałabyś zacząć? - Wybrałam wielką, styropianową rękę z czerwonymi paznokciami. Podała mi ją z dumą. Sama ją wykonała. - Wiesz, że później będą zwierzęta?
To nie była sytuacja, do których byłam przyzwyczajona: fajne kobiety w moim wieku, które kochają swoją pracę. Poprawił mi się nastrój. Może jednak będę się dobrze bawiła.
Piosenka, której wcześniej nie słyszałam, zagrzmiała na wielkiej scenie. Po trzech uderzeniach perkusji rozległ się głos: "Everybody get up!". Olivia uśmiechnęła się do mnie zza kamery.
- Po prostu tańcz sobie tak, jak chcesz! - krzyknęła Diane przez megafon, gdzieś z ciemności pod jasno oświetloną, nieskazitelnie białą sceną. Tańczyłam zupełnie na luzie i trochę głupio, jakbym chciała rozbawić swoje koleżanki. Z zaskoczeniem zauważyłam, że dobrze się bawię. Diane śmiała się przez megafon.
Robin Thicke przyjechał później. Akurat pozowałam na czworakach w bieliźnie, z czerwonym samochodem zabawką na plecach. On był w okularach przeciwsłonecznych, pomachał do mnie i do reszty ekipy, i uśmiechnięty poszedł do charakteryzatorni.
Mijały godziny. Jesse i Elle dołączyły do mnie na scenie, razem z Pharrellem, Robinem i T.I.'em. Po tym jak Diane nas sobie przedstawiła, prawie w ogóle nie rozmawialiśmy. Muzycy tylko kiwnęli do nas głowami na przywitanie. To oni byli tu najważniejsi, my raczej pełniłyśmy funkcję rekwizytów. Nie przeszkadzało mi to, po prostu byłam w pracy. Potem pojawiły się zwierzęta. Wzięłam na kolana owieczkę i obserwowałam sytuację. Robin był skupiony na Pharrellu i T.I.'u, śmiał się, odrzucając głowę do tyłu i pokazując zęby - nadal nie zdejmując ciemnych okularów. Oni uśmiechali się uprzejmie, ale nie podzielali jego entuzjazmu.
Pod scenicznymi reflektorami nasze plastikowe szorty parowały od potu i gorąca. Od Robina czuć było alkohol, gdy przeskakiwał od śpiewania do markowania tekstu. Wydawało się, że piosenka zaczyna się tego dnia już po raz milionowy - na sali znów rozległy się te same trzy twarde uderzenia perkusji. Diane krzyczała polecenia przez megafon. My rozebrałyśmy się do cielistych stringów do nieocenzurowanej wersji. Pharrell i Elle uśmiechali się do siebie zalotnie. Ja włożyłam absurdalne trampki na platformie i tańczyłam przed resztą obsady.
- Dajmy paniom coś do picia - polecił Robin jednemu ze swoich asystentów i zaraz ktoś nam przyniósł czerwone plastikowe kubki wypełnione lodem i alkoholem. Pociągnęłam parę łyków, ale w sumie to nigdy nie lubiłam wódki, a poza tym było mi gorąco i zdjęcia za bardzo mnie zmęczyły, żebym miała ochotę pić więcej. Piosenka zaczęła się po raz kolejny.
"Hey, hey, hey!"
Jesse popatrzyła na mnie, kręcąc głową.
- Ale gorąco... - wyszeptała, przesuwając dłonią po ciasno upiętych włosach. Ja nadal kręciłam się po scenie, starając się odtworzyć nastrój, który mnie ogarnął, kiedy tańczyłam dla Olivii i Diane. Przewróciłam oczami, widząc wygłupy sławnych mężczyzn, z którymi pracowałyśmy.
Cały świat zobaczył, jak przewracam oczami w ostatecznej, wiralowej wersji teledysku. Dzięki Blurred Lines w ciągu kilku miesięcy zyskałam międzynarodową sławę. Kiedy po raz pierwszy ktoś mnie zatrzymał na ulicy, wrzeszcząc "Emily", rozmawiałam z matką przez telefon, przechodząc przez ulicę blisko domu. Popatrzyłam na tego mężczyznę zdezorientowana, starając się rozpoznać jego twarz.
- Uwielbiam Blurred Lines! - krzyknął, uśmiechając się szeroko, a potem poprosił mnie o selfie. To było zaskakujące.
W internecie toczyła się debata, czy teledysk był mizoginistyczny. To, jak moje koleżanki modelki i ja wiłyśmy się (w nieocenzurowanej wersji prawie zupełnie nago) przed mężczyznami muzykami, budziło wątpliwości. Dziennikarze jeden za drugim zadawali mi to samo pytanie: "Co ma pani do powiedzenia tym, którzy sądzą, że ten teledysk jest antyfeministyczny?".
Wszyscy byli w szoku, kiedy odpowiadałam, że sama wcale tak nie uważam. Mówiłam im zupełnie szczerze, że na planie czułam się pewnie w swoim ciele i w swojej nagości. Skupiałam się na swoich przeżyciach podczas zdjęć i wspominałam, że byłam tam w towarzystwie wielu kobiet, które lubiłam i którym ufałam.
Po sukcesie teledysku przeprowadziłam się do Nowego Jorku i podpisałam kontrakt z tą samą agencją, która jeszcze rok wcześniej nie chciała ze mną pracować. Miałam sesję do "Sports Illustrated". Z radością odkryłam, że dzięki sławie zyskałam dwa nowe źródła dochodu: występy publiczne, czyli chodzenie na wydarzenia albo rozmowy z mediami o różnych produktach, oraz sponsorowane posty na Instagramie - obie te rzeczy przynosiły mi więcej pieniędzy, niż przed premierą teledysku byłabym w stanie zarobić przez tydzień jako modelka.
Przede wszystkim jednak czułam się zdezorientowana. Byłam już zmęczona ciągłym opowiadaniem o teledysku i dzieleniem się swoimi przemyśleniami na jego temat, a słysząc nazwisko Robina Thicke'a (zwłaszcza obok swojego), czułam już tylko niechęć. Byłam wdzięczna, że mogłam robić karierę, jednak nie podobało mi się, że każdy artykuł na mój temat zaczynał się od wzmianki o Blurred Lines - teledysku, który zgodziłam się nakręcić tylko dlatego, że chciałam trochę zarobić. Nie wiedziałam, jak pogodzić swoje ego i poczucie tożsamości, które starałam się oddzielać od tego, co robiłam w pracy, z etykietką, którą teraz przypisywał mi świat, nazywając mnie symbolem seksu. Już w liceum modeling był dla mnie tylko pracą, a teraz nagle okazało się, że to zajęcie zaczęło mnie definiować jako człowieka. Zaczęłam się miotać. Nadal traktując swoją pracę biernie, godziłam się na to, by grać w filmach, które mnie nie interesują, i pozować dla marek, których nie lubię.
Przez kolejne parę lat po prostu płynęłam z prądem. Między licznymi sesjami i podróżami spędzałam za dużo czasu w internecie, w łóżku i pijąc z ludźmi, za którymi nie przepadałam. Wiedziałam, że według wszelkich standardów powinnam być szczęśliwa - osiągnęłam to, czego podobno pragną wszystkie początkujące aktorki i modelki: stałam się znana z tego, że jestem piękna i atrakcyjna. "Udało ci się!" - napisała mi na Facebooku koleżanka, która kilka lat wcześniej komentowała mój granatowy żakiet, a teraz przypominała mi, jak wszyscy postrzegają mój "sukces".
Jednak nie byłam po prostu sławna. Byłam sławna, bo byłam seksowna - co z wielu względów dawało mi satysfakcję. Uważałam za oczywiste, że najbardziej pociągająca i atrakcyjna kobieta zawsze będzie miała w danej sytuacji największą moc, tak jak modelki Victoria's Secret maszerujące wtedy w moją stronę z wielkiego ekranu. I rzeczywiście, moje życie bardzo się zmieniło. Obcy ludzie zaczepiali mnie na ulicy z radością. Podrywali mnie sławni mężczyźni, w których podkochiwałam się, gdy byłam młodsza. Piękne kobiety rozmawiały ze mną jak z równą. Byłam na okładkach gazet, zapraszano mnie na luksusowe imprezy, o jakich kiedyś mogłam tylko pomarzyć. Mogłam zapomnieć o tajskim jedzeniu i kocach z sieciówek - teraz wysyłano mi całe pudła luksusowych ubrań za darmo. Mogłam chodzić do najmodniejszych restauracji w Nowym Jorku i Los Angeles i dostać taki stolik, jaki chciałam. I miałam więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek sądziłam, że uda mi się zarobić. Wpłaciłam pierwszą ratę za mieszkanie oddalone tylko o parę ulic od mojego starego loftu w Arts District, ale to miało wielkie okno, które wpuszczało mnóstwo światła, a na dachu budynku był basen. Mogłam nawet dać trochę pieniędzy rodzicom.
Mimo wszystko miałam poczucie, że życie wymyka mi się spod kontroli - wcale go sobie nie wybrałam i nie byłam pewna, jak chciałabym je przeżyć i kim się w końcu stanę. Nie cierpiałam chodzić na castingi, zwłaszcza do filmu i telewizji, gdzie prawie zawsze musiałam czytać tekst przed grupą mężczyzn, o których byłam przekonana, że nie mają o mnie najlepszego zdania. "Na pewno myślą, że jestem beznadziejna", myślałam. "Dla nich jestem tylko jakąś dupą z LA. Nie mam talentu. W sumie to nawet nie jestem ładna". Prawie w ogóle się nie przygotowywałam do tych przesłuchań, przeglądałam scenariusz raz czy dwa, a potem wchodziłam na salę sparaliżowana nienawiścią do samej siebie. Czy ja w ogóle chciałam być aktorką? Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy i jak to zostało postanowione, że właśnie tym powinnam się zająć i robić to dobrze. Zawsze myślałam o sobie jako o kimś, kto ma pomysły i podejmuje decyzje. Tymczasem wsiadając do samochodu po kolejnych castingach i czując się bezwartościowa, myślałam o tym, jak bardzo wolałabym być na miejscu mężczyzn w tych salach, i wybierać, kogo chciałabym zatrudnić do swoich projektów.
Kilka lat później, kiedy niezbyt uważnie przeglądałam Instagram, przesuwając energicznie kciukiem po ekranie, trafiłam na zdjęcie Robina Thicke'a i jego dużo młodszej dziewczyny. Rozpoznałam jej twarz i wysokie, smukłe ciało: pracowałam z nią wiele lat wcześniej w LA, gdy obie byłyśmy modelkami i jeździłyśmy na sesje do reklam bielizny i strojów kąpielowych, odbywające się w obskurnych magazynach w Alhambrze i Vernon. "E! News" donosiło, że właśnie urodziła dziecko. Obejrzałam sobie jej zdjęcia, przyglądając się jej szerokiemu uśmiechowi obok nieco już nalanej szczęki partnera. Jedno ze zdjęć było podpisane: "Kocham Cię, tatusiu mojego bobaska!".
Kliknęłam na nick Thicke'a i ku mojemu zaskoczeniu ekran zrobił się biały. Obok jego zdjęcia były tylko komunikaty: "Nie znaleziono użytkownika" i "Nie ma jeszcze żadnych postów". Zablokował mnie. Zachodziłam w głowę dlaczego. Czy w jakimś wywiadzie powiedziałam coś, co go uraziło? Potem przypomniałam sobie incydent z planu Blurred Lines, o którym nigdy nikomu nie mówiłam i o którym sama starałam się nie myśleć, aż do tej chwili, pół dekady później: to on zrobił coś, czego nie powinien był robić.
To było już pod koniec dnia zdjęciowego. Thicke wrócił na plan trochę wstawiony, do sceny tylko ze mną. Widać było, że był w gorszym nastroju niż wcześniej. Nie podobało mu się, że ludzie, których zatrudnił do swojego teledysku, nie poświęcają mu dość uwagi.
Teraz byliśmy tylko we dwoje na śnieżnobiałej scenie. On miał na sobie czarny garnitur, a ja tylko cieliste stringi. Znów te same uderzenia perkusji, ten sam krzyk Diane przez megafon, ten sam pot spływający po plecach, to samo "Everybody get up!". Znowu zaczęłam tańczyć tak głupio, jak tylko się dało. Diane krzyczała: "Kurwa, jaka ty jesteś śmieszna! Zrób jeszcze raz tę minę!". Robin do śpiewania założył okulary, ale dało się wyczuć jego nieokreśloną irytację.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, poczułam chłód obcych dłoni obejmujących od tyłu moje nagie piersi. Instynktownie odsunęłam się, oglądając się na Robina Thicke'a, który wyszczerzył się głupawo i zatoczył do tyłu, a oczy cały czas miał zasłonięte okularami. Obróciłam głowę w stronę ciemności poza sceną. Głos Diane się załamał, kiedy krzyknęła do mnie: "Czy wszystko w porządku?".
Kiwnęłam głową i może nawet się uśmiechnęłam, bo byłam zawstydzona i rozpaczliwie chciałam rozładować sytuację. Próbowałam otrząsnąć się z szoku. Zeszłam ze sceny, spod ciepłych reflektorów, krzyżując ramiona na gołej klatce piersiowej. Po raz pierwszy tego dnia poczułam się naga. Ktoś zatrzymał muzykę. Na chwilę przystanęłam przy monitorze i popatrzyłam na swoje nowe koleżanki. Żadna się nie odezwała. Ani jedna.
W końcu Diane powiedziała: "No dobra, tylko bez dotykania". Nie skierowała tych słów do nikogo wprost, a megafon wisiał przy jej biodrze. Podniosłam brodę, wzruszyłam ramionami i starałam się nie patrzeć nikomu w oczy. Czułam, jak po tym upokorzeniu po moim ciele rozchodzi się fala gorąca.
Nie zareagowałam - prawie nic nie zrobiłam, nie zachowałam się tak, jak powinnam. Ani ja, ani żadna inna kobieta obecna w studiu. Mimo tego, ile nas było i jak bezpiecznie się czułam w tej grupie, żadna z nas nie miała wystarczająco mocnej pozycji, żeby pociągnąć Robina Thicke'a do odpowiedzialności za to, co robi na planie własnego teledysku - w końcu wszystkie dla niego pracowałyśmy. Po chwili niezręcznej ciszy wróciliśmy do kręcenia.
Kiedy w ciągu tych kilku lat dziennikarze pytali mnie o klip, nie dopuszczałam do siebie myśli o rękach Robina Thicke'a na moich piersiach ani o wstydzie, który czułam, stojąc nago przed Diane. To była postawa obronna - chciałam ochronić Diane i jej próbę stworzenia przyjaznej atmosfery na planie oraz tamte młode kobiety, o których sądziłam, że mogłabym się z nimi zaprzyjaźnić. Oprócz tego czułam też wstyd - że wbrew swoim obawom tak dobrze się bawiłam, tańcząc nago. Jaką ja wtedy czułam moc, jaką kontrolę...? Zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdybym jednak zrobiła scenę i wykrzyczała Robinowi Thicke'owi w twarz, co o nim myślę? Gdybym przerwała zdjęcia? Niewykluczone, że wtedy moja kariera skończyłaby się, jeszcze zanim się na dobre zaczęła. Kiedy miałam dwadzieścia lat, nigdy nie przyszło mi do głowy, że kobiety, które znalazły się na pozycji władzy z powodu swojej urody, tak naprawdę zawdzięczają tę władzę mężczyznom i ich pożądaniu. To mężczyźni mają tu kontrolę, a nie kobiety, którymi ci się zachwycają. Gdybym uświadomiła sobie wtedy tę dynamikę, musiałabym też przyznać, jak niewiele mogę - i jak niewiele może każda inna kobieta, której uda się przeżyć, czy nawet odnieść sukces w świecie, w którym służy tylko do tego, by na nią patrzeć.
Tym jednym gestem Robin Thicke przypomniał wszystkim obecnym na planie, że my, kobiety, wcale tam nie rządzimy. Ja - jako naga dziewczyna tańcząca w teledysku - nie miałam żadnej realnej siły sprawczej. Nie byłam niczym więcej niż wynajętym manekinem.