Moja żona tramwajarka. Opowieść o Henryce Krzywonos-Strycharskiej - Krzysztof Strycharski

-
Proszę czekać
 
 

Mojej żonie w 31. rocznicę naszego ślubu,

w podziękowaniu za wspólne życie

 
 
 
WSTĘP

Kiedy wiele lat temu przy okazji wystawy zdjęć Henryki zorganizowanej w Gdańsku przez Maćka Nowaka padł pomysł, żebym napisał książkę o mojej żonie, stwierdziłem, że to bzdura, że to nie ma sensu. Ani ze mnie pisarz, ani historyk. Kiedy się jednak nad tym spokojnie zastanowiłem, zdałem sobie sprawę, że jako mąż Henryki Krzywonos-Strycharskiej byłem świadkiem, a często też uczestnikiem ważnych wydarzeń, poznałem także wielu ludzi, którzy mieli wpływ na obecny kształt naszej ojczyzny.

Żyjemy w czasach, gdy najnowsza historia często bywa - trzeba to powiedzieć wprost - zakłamywana dla bieżących celów politycznych. Nie mogę bezczynnie na to patrzeć i tak dla równowagi chciałbym, aby świat lepiej poznał kobietę, która wpisała się w karty tej historii i której mam zaszczyt być mężem od ponad 30 lat. Henryka w tym nieprzewidywalnym i pełnym hipokryzji świecie zawsze była wobec mnie, naszych dzieci i ludzi, których spotykała, prawdziwa i uczciwa. Dzięki temu jedni ją kochają, a inni jej nienawidzą. W związku z tą szczerością i niezależnością zarówno w 1980 roku, jak i dzisiaj spotyka ją wiele radości, ale i przykrości.

Ta książka, pisana przez dwa lata, nie jest szczegółową biografią Henryki Krzywonos, ale moją osobistą opowieścią o kobiecie, którą kocham, naszych dzieciach, przyjaciołach - tych prawdziwych i tych, którzy wydawali się przyjaciółmi - jest też trochę książką o mnie, a także o politycznej rzeczywistości, tej przeszłej i tej obecnej.

Moja żona to dla mnie taki dar od Pana Boga. Mam wiele szczęścia, że jestem dla niej najważniejszy. Piękne jest życie, gdy możesz zawsze liczyć na najbliższą ci osobę.

 

Wszystko, co napisałem, oparłem na mojej wiedzy, rozmowach z uczestnikami opisywanych wydarzeń, artykułach prasowych i dokumentach. Niektóre fakty i nazwiska musiałem pominąć na prośbę osób zainteresowanych.

 

Krzysztof Strycharski

Ślub. Gdańsk, 15 października 1987 roku

 
 
I. OPOZYCJONISTKA I MILICJANT

14 lipca 1987 roku dzień zaczął się jak zwykle. W nocy walka o towar na giełdzie warzywnej, a w dzień sprzedaż. Zajechałem pod sklep. Była jakaś dziewiąta rano. Moja siostra Ala stała za ladą i obsługiwała klientów. Ja w tym czasie rozładowywałem żuka wypakowanego warzywami i owocami. Najpierw wyniosłem z auta to, co najcięższe, czyli ziemniaki, które wysypywałem z pięćdziesięciokilogramowych worków do wielkiej skrzyni z tyłu sklepu. Potem jabłka i skrzynki z marchewką, pietruszką, owocami. I w tym momencie podeszła do mnie kobieta.

- Dzień dobry!

- Dzień dobry! - odpowiedziałem.

- Mam do pana prośbę, potrzebuję przewieźć kilka mebli, o tu, z Ośrodka Kształcenia Cudzoziemców, na Gdańską - powiedziała, wskazując na pobliski budynek. Rzeczywiście pobliski, bo jego płot stał metr za naszym sklepem. Długowłosa szatynka w ciemnej sukience mówiła mocnym, bardzo zdecydowanym i nieznoszącym sprzeciwu głosem. Równie zdecydowanym wzrokiem patrzyła mi prosto w oczy. Ja się jednak nie przestraszyłem i próbując jej dorównać, także zdecydowanym głosem, choć nie patrząc jej prosto w oczy, odpowiedziałem:

- Szanowna pani, nie mam czasu. Jestem po nocy na giełdzie.

- Krzysiek, Gdańska jest tu obok... - włączyła się w rozmowę Ala.

- No dobra. Jak tylko wyładuję towar - odpowiedziałem, wiedząc, że z dwiema kobietami nie wygram.

- Henryka jestem - przedstawiła się.

- Krzysztof, a to moja siostra Ala.

- Miło mi - odpowiedziała, po czym zabrała się do rozładowywania samochodu razem ze mną. Na początek chwyciła 20-kilogramową skrzynkę z jabłkami. "Fajna kobita, że mi tak pomaga", pomyślałem. Zwróciłem uwagę na jej śmiejące się oczy i na to, że była taka pewna siebie, przebojowa.

Chwilę później podjechaliśmy pod jej zakład pracy i zabraliśmy meble. Chociaż meble to za dużo powiedziane. Bardziej by pasowało określenie - kilka gratów. Ciężka dębowa, podniszczona szafa i dwie jednoosobowe bordowe kanapy ze skrzynią na pościel, typowe dla hoteli robotniczych. "Kurczę, ja bym to do śmieci wyrzucił" - pomyślałem podczas załadunku, ale oczywiście niczego takiego nie powiedziałem.

Ruszyliśmy z tym na Gdańską. Henryka pokazała, gdzie mam zaparkować. Ceglany budynek z resztkami tynku wyglądał koszmarnie, a klatka schodowa z obdrapaną farbą koloru kiedyś chyba zielonego - jeszcze gorzej. Oboje wtargaliśmy graty po wąskich, krętych drewnianych schodach na drugie piętro. Zasapany rozejrzałem się po mieszkaniu. Było biednie, a przede wszystkim pusto. Skromna, mała kuchnia z maleńkim okienkiem i starymi szafkami oraz wielki pokój z kanapą, jakimś segmencikiem i małym czarno-białym telewizorem niknącym w ogromie tego pokoju. Dla mnie, badylarza, który jadał codziennie w restauracji i którego było stać na zakupy w Peweksie, obraz nędzy i rozpaczy.

- Ile płacę? - wyrwała mnie z zamyślenia nowa znajoma.

- Aaa... nic! Będzie pani moją stałą klientką - rzuciłem od niechcenia.

- No to może jakieś piwo albo co?

- A ma pani oranżadę?

- A, rozumiem, jest pan samochodem.

- Tak, ale nie o wóz tu chodzi, ja w ogóle nie piję alkoholu. Nie lubię i tyle.

I tak od słowa do słowa zacząłem opowiadać Henryce o sobie. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Miała w sobie coś takiego, że od razu poczułem, że mogę jej zaufać. Było to zupełnie naturalne - jakbym opowiadał to komuś bardzo bliskiemu. Nie potrafię tego wytłumaczyć.

Będę Marylą Rodowicz

Urodziłem się w drodze do pracy, tak mi to w każdym razie mama opowiadała. Była ósma rano, jesień 1965 roku. Podobno bardzo płakałem, tak jakbym nie chciał być na tym świecie. Zaraz potem obustronne zapalenie płuc i prognoza, że mogę nie przeżyć, więc szybko mnie ochrzczono. A jednak przeżyłem.

Mnie i o rok starszą siostrę Alicję wychowała mama. Ojciec był alkoholikiem. Mama to dzielna kobieta. Podziwiam ją za to, że w pewnym momencie powiedziała "stop!" i nie pozwoliła się dłużej tłuc i poniżać. Zostawiła ojca, gdy miałem trzy lata. Wyprowadziła się od niego z dwójką dzieci, niczego więcej z domu nie zabrała. Przez jakiś czas mieszkaliśmy u mojego dziadka Piotra. Potem dostaliśmy mieszkanie komunalne w Gdańsku-Oliwie.

Mama pracowała najpierw w biurze w Zakładach Zbożowo-Młynarskich w Sopocie, a potem, aż do emerytury (z małymi przerwami), w sopockim PKO jako kasjerka. W międzyczasie dorabiała jako maszynistka, przepisując teksty. Niewiele czasu miała na wychowywanie dzieci, ale po swojemu zawsze o nas dbała. Nie było imienin, urodzin czy świąt bez prezentów. Nigdy też nie chodziliśmy głodni, choć zazwyczaj od poniedziałku do piątku na obiad mieliśmy gęstą zupę, a drugie danie tylko w sobotę i niedzielę. Mieliśmy też dziadka Piotrusia, który w dzieciństwie chodził z wnuczkiem do parku na spacer i raz w roku zabierał naszą niekompletną rodzinkę do restauracji - co było dla mnie ogromnym przeżyciem, bo do stołu podawał kelner. Z kolei brat mamy, wujek Władek, w zastępstwie ojca był dla mnie ogromnym autorytetem. To z nim przeprowadzałem "męskie", jak mi się wydawało, rozmowy i to on dał mi pierwsze zatrudnienie w swojej firmie, gdzie jako trzynastolatek wyginałem blaszki na specjalnej maszynie. Potem, gdy miałem piętnaście lat, sprzedawałem w wakacje w jego sklepie, warzywniaku. I to on w tym samym roku posadził mnie za kierownicą swojej półciężarówki Hanomag i powiedział: "Jedź!", za co potem dostał burę od swojej żony Marioli, bo przecież w tym wieku nie miałem prawa jazdy.

Mamie było naprawdę bardzo trudno nas utrzymać, ale zawsze będę jej wdzięczny za to, że po pierwsze, wyrwała nas z rodziny alkoholowej, a po drugie, nigdy nawet nie pomyślała o tym, żeby oddać nas do domu dziecka.

Ponieważ zawsze było u nas krucho z pieniędzmi, już jako dzieci sami zarabialiśmy na swoje potrzeby. Kiedy miałem pięć-sześć lat, zacząłem śpiewać dla sąsiadek. Głos miałem piękny, wszystkim się chwaliłem, że jak urosnę, będę Marylą Rodowicz, więc za występy dostawałem jakieś drobne, które wydawałem na cukierki. Od dziewiątego, może dziesiątego roku życia razem z Alą zbieraliśmy butelki po wódce i winie, które po umyciu sprzedawaliśmy w pobliskim skupie. Jedna butelka to była równowartość jednego pączka w cukierni, za trzy można było pójść do kina. Całkiem niezłe pieniądze jak dla dzieci, prawda? Z tego kupowaliśmy też prezenty dla mamy z okazji jej świąt. Największe żniwa mieliśmy dziesiątego każdego miesiąca, bo tego dnia były wypłaty dla mieszkańców pobliskiego hotelu robotniczego, którzy puste butelki wyrzucali przez okno. Zbieraliśmy też złom i makulaturę, które przewoziliśmy do skupu wózkiem pożyczonym od sąsiada, mleczarza. Wiosną i latem mieliśmy jeszcze jeden sposób na zarabianie - na terenach zlikwidowanych działek ogrodniczych zbieraliśmy koperek i kwiatki, którymi handlowaliśmy pod dworcem PKP w Gdańsku-Oliwie. Kombinowaliśmy więc, jak się dało. Zawsze jednak ukrywaliśmy się z Alą przed znajomymi - jadąc do skupu ze złomem czy makulaturą, uważnie się rozglądaliśmy. Nie chcieliśmy, żeby potem ktoś nas wyśmiewał w szkole, że jesteśmy biedni.

Nie byliśmy idealnymi dziećmi. Potrafiliśmy się razem bawić, a po chwili tłuc. Ponieważ Ala była wyższa i silniejsza, to ja zawsze przegrywałem. Jednak w trudnych sytuacjach, gdy narozrabiałem i trzeba było mnie kryć przed mamą, moja o rok starsza siostra zawsze stała za mną murem, nawet czasem biorąc winę na siebie.

Jeżeli mogę mieć o coś żal do swojej mamy, to tylko o zbyt mało okazywanych uczuć. Bardzo brakowało mi słów "kocham cię". I rozmów mama - syn, w których byłbym równorzędnym, poważnym partnerem.

- Moja mama Anna mnie kochała i kocha. Wiem o tym. Ale życie dało jej tak bardzo w kość, że nie potrafiła się otworzyć i tak bezpośrednio tej miłości okazywać - po latach, mówiąc to Henryce, starałem się ukryć emocje, jakie mną targały.

Józek z Żywca

W 1980 roku skończyłem ósmą klasę szkoły podstawowej i trzeba było podjąć decyzję, co dalej. Miałem bardzo dobre oceny (średnia 4,5) i marzyłem o technikum samochodowym. Zawsze chciałem być kierowcą. Już jako dziecko, jeżdżąc rowerem po podwórku, tworzyłem sobie linię autobusową i bawiłem się w kierowcę zatrzymującego się na kolejnych przystankach. Mama znalazła jednak w "Przyjaciółce" ogłoszenie o szkole zawodowej, która nie dość, że miała mnie nauczyć fachu technologa robót wykończeniowych w budownictwie, to jeszcze miała mi płacić comiesięczne wynagrodzenie. Tyle że ta szkoła mieściła się w Bielsku-Białej! Mama była dla mnie autorytetem, więc dałem się przekonać. Dobrze wiedziałem też, że jest jej ciężko i że trzeba było zacząć na siebie zarabiać. Poza tym myślałem, że Bielsko-Biała jest niedaleko. 31 sierpnia 1980 roku - w dniu podpisania Porozumień Sierpniowych, o czym nie miałem wtedy zielonego pojęcia - przekonałem się, że to jednak kawał drogi z Gdańska.

W internacie szybko znalazłem sobie kolegów i pomyślałem, że nie będzie tak źle. Wtedy pojawił się on, Józek z Żywca, którego nie zapomnę do końca życia. Trzecioklasista sięgający mi do brody i śmierdzący alkoholem. Stanął przede mną otoczony kilkoma kolegami i zapytał:

- Skąd jesteś, kocie?

- Z Gdańska - odpowiedziałem cicho.

- A, pieprzony Kaszub, tak?!

Nie odpowiedziałem. Potem wypytał o pochodzenie pozostałych pierwszoklasistów i wyszedł. Dwa czy trzy dni później zawołał mnie do siebie na trzecie piętro i razem z grupką kumpli rzucili się na mnie i zaczęli tłuc. Byli pijani, a ja nie miałem jak się obronić ani komu poskarżyć. Pobili mnie, bo uznali, że jestem Kaszubem, a więc automatycznie kapusiem. Innych też lali. Powód zawsze się znalazł. Wychowawca był w tym czasie zamknięty w swoim pokoiku na parterze. Doszło do tego, że pierwszoklasistów ogarniała panika, gdy do sklepów w mieście trafiała dostawa taniego siarkowego wina typu Złota Reneta za 3,50 zł. Wtedy na trzecim piętrze zaczynały się pijackie orgie. Znalazłem na to sposób. Wychodziłem do miasta i do późnego wieczora włóczyłem się bez celu po ulicach, czekając na moment, aż pijackie wycia ucichną.

Byłem tam półtora roku i przez ten czas nie powiedziałem matce ani słowa o tym, co przeżywam. Do dzisiaj nie wiem dlaczego. Może się bałem, a może wstydziłem. Nie potrafiłem, jak ona przed laty, powiedzieć: "Stop! Nie pozwalam na przemoc wobec mnie!". Dopiero gdy zwierzyłem się Ali, ta wstrząśnięta namówiła mnie, żebym poprosił mamę o przeniesienie do podobnej szkoły w Gdańsku. Okazało się, że zawodówka o tym samym profilu, też przy kombinacie budowlanym i też płacąca swoim uczniom, jest piętnaście minut piechotą od naszego domu! I do tego ma basen. Mama zgodziła się od razu.

Szkołę skończyłem z wyróżnieniem. Nawet dostałem nagrodę - 15 tysięcy złotych, co było równowartością trzech pensji, i nie wiadomo czemu sześć piłeczek pingpongowych. Jednak ku rozczarowaniu matki nie byłem zainteresowany pracą w budownictwie. Dowiedziałem się za to, że poszukują kandydatów na kurs motorniczego tramwaju. "To robota dla mnie!" - pomyślałem podekscytowany i natychmiast zgłosiłem się do Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Gdańsku. Tam szybko ostudzili mój zapał, bo okazało się, że aby być motorniczym, trzeba mieć dwadzieścia lat, a ja miałem niecałe dziewiętnaście. Pracę znalazłem jako konwojent prasowy w "RSW Prasa-Książka-Ruch". Na krótko, bo już po kilku miesiącach wezwano mnie na komisję wojskową. Był rok 1984.

Zamiast wojska

Poszedłem na komisję, która orzekła, że jestem zdrowy i nadaję się do wojska. Poprosiłem tylko oficera, przed którym mnie postawili w samych majtkach, żeby nie dawał mnie do marynarki, bo mam problemy z błędnikiem i bardzo źle znoszę pływanie statkiem. Oficer spojrzał jednak na mnie groźnie i huknął:

- Synku! Nie ty będziesz dyktował mi, gdzie odbędziesz służbę wojskową!

Szybko się ubrałem i przestraszony wyszedłem z komisji, przekonany, że za karę dostanę wezwanie do marynarki wojennej na trzy lata. Byłem przerażony. Dla dziewiętnastolatka trzy lata życia to cała epoka. Postanowiłem więc coś z tym zrobić. Możliwości było kilka. Na przykład zastępcza służba wojskowa w pogotowiu, obronie cywilnej lub straży pożarnej. Ucieszyłem się i zacząłem starania. Niestety, okazało się, że z kategorią A1 mnie tam nie przyjmą. Mógłbym ewentualnie dostać się tam jako świadek Jehowy, ale w sprawach Boga nie potrafię kłamać. I wtedy znajomy powiedział mi, że zastępczą służbę wojskową można też odbyć w milicji. Poszedłem spytać o warunki i dowiedziałem się, że wystarczy być zdrowym i przejść badania. Potem czekają człowieka dwa, a nie trzy lata służby, dwa miesięczne urlopy, pensja, no i zalicza się to wszystko do stażu pracy. Spodobało mi się. Nawet pomyślałem sobie, że fajnie, bo zrobię coś dobrego, jako stróż prawa będę ganiał złodziei i bronił ludzi przed złymi.

Uroczystości państwowe podczas odrabiania służby wojskowej w milicji, 1985 rok. Stoję pierwszy z prawej

Czas wolny w koszarach w Płocku, 1985 rok

 

W maju 1984 roku zostawiłem na stole w kuchni kartkę: "Mamo, idę do wojska" i ruszyłem do Złotej Karczmy, dzielnicy w Gdańsku, gdzie były koszary milicyjne. Kiedy wchodziłem na ich teren, zobaczyłem wielki napis "Witamy was". "Pewnie z drugiej strony jest "Mamy was", pomyślałem sobie" - trochę w żartach, a trochę serio.

Najpierw czekały mnie trzy miesiące unitarki, czyli regularnego przeszkolenia wojskowego. Wszyscy bali się "fali", a ja, po doświadczeniach internatowych - nie. Po pierwsze, tu już potrafiłbym się bronić. A po drugie, po tym, co przeżyłem w Bielsku, musztry, poligony, "maszerowanie przez czołganie się", krzyki kaprali i mycie szczoteczką do zębów toalet było raczej śmieszne niż uwłaczające godności.

Po unitarce wojskowej trafiłem do jednostki Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej w Płocku. Wstyd się przyznać, ale wstępując do milicji, nie miałem pojęcia, co to jest ZOMO. To słowo usłyszałem po raz pierwszy na początku szkolenia wojskowego i wcale nie skojarzyło mi się z niczym negatywnym. Uznałem, sugerując się nazwą, że to taki oddział milicji.

W latach 1984-1986 niewiele się w Płocku działo, a już na pewno nie było żadnych rozruchów czy niepokojów społecznych, do których tłumienia bylibyśmy zaangażowani. Moja dwuletnia służba polegała głównie na nocnych patrolach ulicznych, jeżdżeniu z drogówką czy obstawianiu imprez sportowych. Któregoś razu mieliśmy na przykład pilnować porządku na mistrzostwach w podnoszeniu ciężarów. Pamiętam, jak podszedłem do jednego z zawodników, wielkiego chłopa, i patrząc wysoko w górę w jego oczy, powiedziałem ze śmiechem: "Jestem tu, aby pana chronić!". Ależ go to rozbawiło.

Naprawdę myślałem, że w milicji będę bronił biednych i prześladowanych przed przestępcami, a przy okazji odwalę to, co muszę. I zdarzało się, że faktycznie pomagałem. Pewnego dnia trafiłem na przykład na awanturę rodzinną z pijanym mężem w roli głównej. Facet maltretował żonę. W tamtych czasach nie było żadnych Niebieskich Kart, a funkcjonariusze odpowiednich służb w takich wypadkach nie interweniowali, twierdząc, że w sprawy rodzinne się nie wtrącają. Nie mogłem jednak patrzeć na tragedię tej rodziny i bezczynnie słuchać płaczu kobiety. Zagroziłem facetowi, że będę na jego podwórko zaglądać codziennie i jeśli znów pobije żonę, to go aresztuję. Był na tyle głupi, że nie wiedział, iż taki szeregowy jak ja nie miał ani broni, ani uprawnień, żeby go zatrzymać. Nie mogłem też codziennie na jego podwórko wpadać. Ale najważniejsze, że podobno podziałało.

Ostatnie trzy miesiące w Płocku spędziłem jako wartownik z zardzewiałym karabinem AK-47 na bramie wjazdowej do jednostki. Strasznie mi się tam czas dłużył.

Kapelan

Jedno zdarzenie zmieniło moje naiwne widzenie świata w czarno-białych barwach. Morderstwo księdza Popiełuszki.

Jesień 1984 roku. Najpierw dowiedzieliśmy się z "Dziennika telewizyjnego", że kapelan "Solidarności" został uprowadzony. Zapakowano nasz cały oddział w tzw. dyskoteki. Były to duże samochody marki Star z wielką paką do przewożenia milicjantów w jedną, a demonstrantów w drugą stronę. Dyskotekami nazywano je dlatego, że gdy transportowano aresztantów, to zazwyczaj było ich tylu, że musieli stać i podczas jazdy rzucało nimi na wszystkie strony.

Zawieźli nas gdzieś w podtoruńskie lasy. Ustawili tyralierą, czyli rzędem, w odległości około jednego metra od siebie. Wyszedł jakiś, chyba kapitan, i powiedział:

- Macie iść tyralierą i podnosić wszystko, co nie należy do lasu! Zrozumiano?

- Tak jest! - krzyknęliśmy chórem.

- A ja wam obiecuję, że bez względu na to, kto to zrobił, znajdę tego skurwysyna!

Chodziliśmy, zbieraliśmy więc papierki, szkło, jak się znalazł, to niedopałek - wszystko, co nie należy do lasu. Dokładnie penetrowaliśmy teren przez kilka godzin. Dzień później dowiedzieliśmy się z radia czy telewizji, że oficer, który miał znaleźć skurwysyna, zginął w wypadku. Na jakimś moście miał czołowe zderzenie z samochodem ciężarowym. Następnego dnia penetracja terenu odbyła się już w zgoła inny sposób. Przeszliśmy po prostu przez las pospieszani przez dowódców. Tym razem niekoniecznie wymagano od nas efektywnego zbierania wszystkiego, co nie należy do lasu.

Wkrótce usłyszeliśmy, kto i jak zabił księdza. Grzegorz Piotrowski, Leszek Pękala i Waldemar Chmielewski, etatowi pracownicy państwowego organu, czyli Służby Bezpieczeństwa, najpierw skatowali, a potem zamordowali księdza. Wydźwięk tego, co słyszeliśmy z rządowej telewizji, był taki, że odbyło się to z ich własnej inicjatywy. Ale my, chłopaki, rozmawialiśmy między sobą, że to przecież niemożliwe, że to musiało być inspirowane przez władze. O przyczynach tej zbrodni więcej dowiedzieliśmy się z Radia Wolna Europa, którego słuchaliśmy po cichu w naszym pokoju. (Swoją drogą to właśnie w Płocku w milicji dowiedziałem się o Radiu Wolna Europa). Dla mnie to był szok! Władza zabiła swojego obywatela, bo nie pasował do jej koncepcji państwa. Bo był księdzem, realizował swoje powołanie i mówił ludziom, że wolność jest ich podstawowym prawem, a żadna władza nie może im zabronić wyrażania swoich poglądów. 30 października 1984 roku z Zalewu Wiślanego wyciągnięto zwłoki księdza Popiełuszki, zmaltretowane, skrępowane, zapakowane w worek obciążony kamieniami. "Boże! Gdzie ja jestem?!" - pomyślałem.

Dwa dni później był dzień Wszystkich Świętych. Jakiś "geniusz" w stolicy wymyślił, że w związku z gorącą atmosferą w kraju trzeba wysłać patrole milicji... na cmentarze. Pamiętam spojrzenia ludzi tego dnia. Jakbym to ja był mordercą! Niebieski mundur, który miałem wtedy na sobie, nie reprezentował prawa, ale jakąś mafię torturującą i mordującą ludzi. Parzył mnie i powodował, że nie mogłem spojrzeć ludziom w oczy. I chociaż ja sam nic nie zrobiłem, to czułem wstyd i zakłopotanie.

Podczas służby w Płocku nie wstąpiłem ani do PZPR (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza), ani do ZSMP (Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej). Nikt mnie ani nikogo z moich znajomych do tego zresztą nie namawiał. Tak jak w każdej grupie zawodowej, tak i w milicji byli i fajni ludzie, i gnoje. Spotkałem tam chłopaków, z którymi się zaprzyjaźniłem, ale i takich, z którymi nikt nie chciał chodzić na patrole. Ci z tej drugiej grupy często mieli za sobą trudne dzieciństwo czy przykre przeżycia i kiedy wkładali mundur, myśleli sobie: "No, teraz to wszystkim pokażę!". Pamiętam takiego jednego z okolic Wejherowa. Jak opętany zaczepiał ludzi, żeby ich legitymować. Najbardziej lubił czepiać się tych, którzy byli od niego dwa razy więksi.

- Wiesiu, a jak tak się ktoś wkurwi i ci przyjebie, to w powietrzu z głodu umrzesz! - przygadałem mu któregoś dnia wściekły na jego postępowanie, wyjątkowo nie zwracając uwagi na poprawny język. Zawsze byłem znany ze zwracania uwagi innym, że przeklinają, ale są chwile, kiedy i ja nie wytrzymuję.

- To go wsadzę!

- A ja nie będę zeznawał na twoją korzyść, bo się po prostu przypierdalasz do tych ludzi!

- To się pierdol! - odpowiedział mi i do końca służby nie rozmawialiśmy ze sobą. Wiesiu został w milicji na stałe.

Morderstwo księdza Popiełuszki uświadomiło mi, że polityka może zabijać. Nie wolno mówić, że mnie to nie obchodzi, bo to nie mnie prześladują, a zresztą - w razie czego przyłączę się do zwycięzców. Dlatego gdy po dwóch latach zasadniczej (i obowiązkowej) służby wojskowej zaproponowano mi pozostanie w milicji, odmówiłem. Wbrew logice. Wiedziałem dokładnie, że rezygnuję ze stałego, pewnego dochodu i pełnej emerytury już w wieku czterdziestu trzech lat. Ale uznałem, że tak trzeba.

Badylarz

W 1986 roku dostałem spadek po babci Petroneli z Kanady. Nigdy nie miałem okazji jej poznać, ale w tamtej chwili kochałem ją bardzo. Właśnie kończyłem służbę wojskową i zupełnie nie wiedziałem, co zrobić ze swoim dalszym życiem. Spadek po mamie ojca był więc jak grom z jasnego nieba. Taki dobry grom. Pieniądze były do podziału między mnie i moją starszą siostrę Alę. Zastanawiałem się, co by tu z nimi sensownego zrobić. Wpadłem na pomysł, żeby kupić warzywniak. Lubiłem handel, a do tego miałem fajne wspomnienia z czasów, gdy jako nastolatek pracowałem w warzywniaku wujka Władka i jego żony Marioli. Pogadaliśmy o tym z Alicją. Przystała na to.

Znalazłem drewniany kiosk w Gdańsku-Brzeźnie. Urząd skarbowy urządził licytację, a ja ją wygrałem. Do kompletu nabyłem na giełdzie w Gdyni-Orłowie żuka. I tak zostałem badylarzem, czyli współwłaścicielem sklepu z warzywami.

Oj, dziwne to były czasy. Kupiłem od państwa polskiego sklep, a potem to państwo nie chciało mi wydać zezwolenia na prowadzenie sprzedaży w tym lokalu. Uzasadnienie? Nie możemy z siostrą prowadzić prywatnej działalności gospodarczej, bo obydwoje mamy... "deficytowe zawody". Alicja - przedszkolanka, a ja - technolog robót wykończeniowych w budownictwie. Wszyscy obywatele mieli obowiązek pracować. Niebieskie ptaki, tak nazywano tych, którzy uchylali się od pracy. Kto nie pracował, nie dostawał kartek. To, jak pracowali, to druga sprawa.

Mieszkałem wtedy na gdańskiej Zaspie. Często w piątkowy czy sobotni wieczór wpadali do mnie znajomi. Przyjaciel z dzieciństwa Piotr, kolega z wojska Jarek, zwany, nie pamiętam dlaczego, Piniem, parę koleżanek. Nie były to jakieś spektakularne rauty, ale zwykłe nasiadówy, podczas których robiliśmy razem domową pizzę lub inną zapiekankę, słuchaliśmy muzyki, śmialiśmy się i oczywiście paliliśmy papierosy. Alkoholu nie było. A to za moją sprawą - nie piję, bo nie lubię smaku alkoholu pod żadną postacią. Tak po prostu.

Kiedyś na takie spotkanie wpadł Piotrek, który się troszkę spóźnił z roboty. Pracował w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego, naprawiał lokomotywy. Rozsiadł się, coś zjadł i w pewnym momencie, przerywając ogólną rozmowę, krzyknął:

- Słuchajcie! Muszę wam coś opowiedzieć!

Wszyscy zamilkli w napięciu.

- Wiecie, co mi się dzisiaj w pracy śniło?

Wybuchnąłem głośnym śmiechem, którego przyczyny Piotrek z początku zupełnie nie zrozumiał. Spanie w pracy - kwintesencja tamtych czasów. Wszystko jest wszystkich, czyli niczyje, i wszyscy mają po tyle samo, czyli nikt nie ma nic. A ja chciałem inaczej.

Musiałem, niestety, rozpocząć od wytłumaczenia naczelnikowi od wydawania zezwoleń na prowadzenie handlu w moim sklepie w urzędzie miejskim, że państwo poradzi sobie bez jednego budowlańca w państwowym sektorze. Pomogła mi w tym flaszka dobrej jakości whisky kupionej w sklepie Pewex za dolary. Zgodził się z moimi argumentami i wydał zezwolenie. Mogliśmy zacząć handel. A warzywniak miałem tuż obok miejsca, gdzie pracowała Henryka.

No i stało się

Henryka spokojnie wysłuchała mojej opowieści, a może swego rodzaju próby usprawiedliwienia się, wytłumaczenia, dlaczego wylądowałem w ZOMO. Potem uśmiechnęła się tak szczerze i pięknie, jak to ona potrafi, i powiedziała, że jest sygnatariuszką Porozumień Sierpniowych.

Zrobiło mi się wtedy strasznie głupio.

Ja - były zomowiec, a naprzeciwko mnie kobieta, która postawiła się komunistom. Przypomniałem sobie książeczkę ze zdjęciami i nazwiskami osób inwigilowanych, która wpadła mi w ręce w czasach ZOMO. Nie rozpoznałbym Henryki ze zdjęcia, ale zapamiętałem charakterystyczne nazwisko Krzywonos. To była ona!

Henryka nie robiła z siebie bohaterki. Nie dała też odczuć niechęci wobec mnie po tym, co usłyszała. Wręcz przeciwnie. Powiedziała, że następnego dnia są jej imieniny i że mnie zaprasza.

Tak naprawdę 15 lipca nie ma w kalendarzu Henryki, ale Henryka. Tak się nazywał jej ojciec, w domu obchodzono zawsze ich imieniny razem. Ja, bogaty człowiek, co mogłem dać w prezencie kobiecie, którą dopiero poznałem? Podjechałem do sklepu z artykułami pochodzenia zagranicznego i kupiłem jej 25 dag kawy Jacobs. Pięknie pachnącej. Kosztowała dużo, ale co mi tam.

Henia leżała w łóżku, kiedy przyszedłem. Była chora, dostała gorączki tego dnia. Na widok prezentu rozpłakała się ze wzruszenia. Potem wpadła moja siostra Ala z życzeniami. Po chwili zostaliśmy sami. Znowu zaczęliśmy rozmawiać.

25 lipca wypadały moje imieniny, tym razem spotkaliśmy się u mnie. Henryka poznała moich znajomych - Pinia, Piotrusia i resztę towarzystwa. No i stało się. Zaczęliśmy coraz więcej czasu spędzać ze sobą.

Potrafi walczyć

Przy okazji kolejnych spotkań zaczęła mi też opowiadać o sobie.

Trudne dzieciństwo miało ogromny wpływ na jej odważne decyzje w dorosłym życiu. Nie chciała o nim nigdy za wiele mówić. Wiele lat później napisała krótkie opowiadanie pt. "Mała dziewczynka", zainspirowane tym, co przeżyła w pierwszych latach swojego życia.

 

Mała dziewczynka siedziała rankiem w małym pokoiku i przytulona do ciepłego pieca cichutko skarżyła się Panu Bogu:

- Panie Boże mój kochany. Bardzo cię proszę, dzisiaj jest Wigilia. Spraw, aby choć raz, ten jeden, rodzice przyszli trzeźwi i żebyśmy mieli prawdziwe święta, takie bez wódki. I żeby było dużo jedzenia. Ksiądz w kościele powiedział, że Ty możesz wszystko!

Mówiła cichutko, żeby nikt nie usłyszał. A w jej małych oczkach pojawiły się łzy, które delikatnie ocierała brzegiem starej, zniszczonej bluzeczki.

- Wszystkie moje koleżanki mają kochających rodziców, którzy nie piją, a na święta dostają prezenty i jedzenie. Ja i moi bracia nigdy nic nie dostajemy. Dlaczego tak jest?

Musiała przerwać, gdyż wzruszenie sprawiło, że przez jej gardełko nie przechodziły nawet ciche słowa. Po chwili skuliła się jeszcze bardziej i dalej skarżyła się Bogu na swój los:

- W zeszłym roku na święta jedliśmy moczony w wodzie stary chleb, a rodzice w tym czasie pili. Gdy poszliśmy po świętach do szkoły, inne dzieci chwaliły się swoimi prezentami, a ja jak zawsze musiałam wymyślać, że też coś dostałam. To niesprawiedliwe!

Łzy małą strużką zaczęły ściekać po jej twarzyczce.

- Tak jest przez cały rok. Więc spraw, Panie Boże, żeby chociaż dzisiaj do naszego domu przyszedł Mikołaj, żeby przyniósł nam jedzenie i powiedział rodzicom, jak powinny wyglądać święta!

Zmówiła jeszcze dwa razy modlitwę "Ojcze nasz" i na chwilkę usnęła zmęczona cichym płaczem.

Obudziło ją wejście wściekłej matki:

- Cholera jasna, znowu go nie ma! Pieniądze pewnie gdzieś przechlewa i się nie podzieli! Do żarcia nic nie ma! Sławek! - wrzasnęła do starszego brata dziewczynki - Pilnuj rodzeństwa! Ja idę do ojca pracy!

Jak powiedziała, tak zrobiła. Nie interesowała się tym, że dzieci jeszcze nic nie jadły, że dzisiaj Wigilia i że trzeba by było cokolwiek zrobić w domu, no choćby posprzątać.

Sławek znalazł jakiś kawałek chleba, troszkę margaryny i nakarmił młodsze rodzeństwo. Na dwór nie wyszli, bo mimo że był piękny dzień - mroźny, ale pogodny - to dzieci nie miały butów na zimę.

Tak minął im cały dzień.

Zaczęło już się ściemniać, gdy mała dziewczynka usłyszała kroki na schodach.

- Idą! - krzyknęła przekonana, że za chwilę znowu zacznie się picie.

W tym momencie otworzyły się drzwi, a w nich pojawili się rodzice - trzeźwi i uśmiechnięci!

- Wesołych świąt, dzieciaki! - krzyknęła matka i postawiła na stole wielkie siatki z zakupami.

Mała dziewczynka patrzyła z niedowierzaniem, a jej oczka zrobiły się wielkie i szczęśliwe.

Ten wieczór był piękny. Było wszystko, co powinno znaleźć się na stole wigilijnym. I był śmiech! I były kolędy! I była rodzina! I nie było wódki!

Tuż przed snem wtulona w kołdrę cichutko zmawiała wieczorną modlitwę:

- Dziękuję Ci, Panie Boże, że mnie wysłuchałeś. To najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Nie dostałam zabawek, ale jestem najedzona i chyba... kochana przez Ciebie. Dziękuję Ci za ten cud.

W jej oczkach znów pojawiły się łzy, ale tym razem były to łzy szczęścia.

 

Henryka urodziła się w Olsztynie w 1953 roku. Była trzecim dzieckiem z czwórki rodzeństwa. Miała dwóch starszych braci i młodszą siostrę. Dzieciństwo i wczesną młodość spędziła po trochu w Warszawie, Gdańsku i Krakowie. - Pochodzę z patologicznej rodziny - mówi wprost. O jej rodzicach niewiele dobrego można powiedzieć, ale Henryka zawsze powtarza, że matce i ojcu po prostu należy się szacunek. Zatem na jej stanowcze życzenie nie będę ich opisywał.

Ukończyła szkołę zawodową jako maszynistka biurowa. Po osiemnastych urodzinach wróciła do gdańskiego Nowego Portu, gdzie zamieszkała z matką i młodszą o osiem lat siostrą.

Henryka zawsze twierdziła, że to, iż ktoś pochodzi z trudnej i dysfunkcyjnej rodziny, skutkuje w dorosłym życiu tym, że ma grubą skórę i potrafi walczyć, gdy sytuacja go do tego zmusza. Tak też było z nią. Wiedziała, że musi się sama o siebie zatroszczyć, zdobyć zawód i znaleźć pracę.

W 1973 roku trafiła do Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego i zrobiła kolejny kurs - na motorniczą tramwaju. Namówił ją do tego znajomy. Niewiele wtedy było kobiet wśród motorniczych, ale dla Henryki nie miało to żadnego znaczenia. Od zawsze ważne dla niej było nie to, co modne i wygodne, ale to, co wydaje jej się sensowne i co w tym przypadku dawało jej środki do życia.

W 1974 roku wyszła za mąż. Jej mąż nazywał się Józef Krzywonos. Biorąc ślub, miała zaledwie dwadzieścia jeden lat i nadzieję na lepsze życie.

W październiku 1978 roku zrobiła trzymiesięczny kurs operatora urządzeń dźwigowych w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Pracowała tam potem jako operator przez rok. Znowu pod prąd, bo na dźwigach i suwnicach kobiet było niewiele. Stocznia Gdańska zatrudniała już co prawda inną suwnicową, Annę Walentynowicz, ale Henryka nie miała okazji jej wtedy poznać. Nic dziwnego - zakład był wielki i zatrudniał tysiące ludzi. Jednocześnie wciąż pracowała w WPK jako motornicza tramwaju, tyle że mniej niż wcześniej.

Trudne czasy

W 1976 roku powstał Komitet Obrony Robotników. Od 1978 roku zaczęły się pojawiać na stoczni i w tramwajach ulotki. Mówiły o tym, że ludziom żyje się coraz trudniej i coraz biedniej, że brakuje im nie tylko chleba, ale i wolności, a władza nic sobie z tego nie robi. Najbardziej imponowało Henryce to, że w tych ulotkach były nazwiska i adresy opozycjonistów. Bogdan Borusewicz, Andrzej Gwiazda, Alina Pienkowska, Jacek Kuroń, Anna Walentynowicz, Jerzy Borowczak, Andrzej Kołodziej i inni śmiali się w twarz Służbie Bezpieczeństwa! Pokazywali, że nie będą się ukrywać ze swoimi poglądami. Ryzykowali więzienie, pobicie i utratę pracy, a jednak działali.

W 1980 roku zaczęły się niepokoje w kraju. Najpierw w lipcu Lublin, później w sierpniu Gdańsk, Szczecin, Śląsk. Wobec coraz większych braków właściwie wszystkiego na rynku, coraz wyższych cen i inflacji, a jednocześnie przywilejów, z których korzystali przedstawiciele władz, takich jak specjalne kantyny i sklepy tylko dla wybranych, ludzie zaczęli coraz wyżej podnosić głowy. Mieli coraz więcej odwagi, żeby mówić "nie!". Strajki wisiały w powietrzu.

Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne, w którym pracowała Henia, obejmowało swoim zasięgiem całe Trójmiasto, więc także oprócz Gdańska m.in. Sopot i Gdynię. W samym Gdańsku były trzy zajezdnie tramwajowe i dwie autobusowe. Przypomnę, że nie istniała wtedy telefonia komórkowa ani internet, więc zorganizowanie jednoczesnej akcji protestacyjnej we wszystkich zajezdniach było bardzo trudne. Jednak próby podejmowano. Henryka była zatrudniona w zajezdni Nowy Port. Wielokrotnie zaczynano tam akcję protestacyjną. Były krzyki, pretensje pracowników, ale jak przychodziło co do czego i trzeba było stanąć na czele strajku i zatrzymać zakład, brakowało odważnych.

14 sierpnia 1980 roku trzech młodych, dzielnych chłopaków - Bogdan Felski, Jerzy Borowczak i Ludwik Prądzyński - zatrzymało Stocznię Gdańską im. Lenina. Polecenie wydał Bogdan Borusewicz, współorganizator i jeden z liderów Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, który widząc ogólne niezadowolenie społeczne, szukał tylko okazji do tego. A pretekstem do strajku stało się bezprawne zwolnienie tuż przed emeryturą suwnicowej Anny Walentynowicz. Była to kara za kolportowanie przez nią w stoczni opozycyjnej gazety "Robotnik Wybrzeża". Strajkujący domagali się też przywrócenia do pracy Lecha Wałęsy, budowy pomnika ku czci ofiar Grudnia '70, podwyżki płac i gwarancji bezpieczeństwa dla strajkujących. Tego samego dnia dołączył do nich Lech Wałęsa. I rozpoczął się strajk okupacyjny stoczni. 15 sierpnia do strajku dołączyła Stocznia im. Komuny Paryskiej w Gdyni, Gdańska Stocznia Remontowa i komunikacja miejska.

Tramwaj nr 15

Oto jak zaczął się strajk komunikacji miejskiej. Henryka jak zwykle poszła rano do pracy. Jechała swoim tramwajem nr 15 z Nowego Portu do Wrzeszcza i myślała: "Zatrzymać, nie zatrzymać, zatrzymać, nie zatrzymać? A jak mnie zlinczują? Przecież ci ludzie jadą w większości do pracy! Wściekną się, jeśli tramwaj stanie". Przy Operze Bałtyckiej zdecydowała. To był impuls.

- Proszę państwa, ten tramwaj dalej nie pojedzie! - krzyknęła.

Dodała, że to w związku ze strajkiem w stoczni, a może, że w ramach poparcia strajkujących, nie pamiętała dokładnie swoich słów. Targały nią zbyt duże emocje. Była przekonana, że teraz zaczną się wyzwiska, ale nie! Pasażerowie zaczęli klaskać! Była w szoku. Prawie się popłakała, bo spodziewała się zupełnie innej reakcji. Podszedł do niej jakiś nieznajomy:

- Nazywam się Zdzisław Kobyliński, jestem z PKS-u - odezwał się.

Bo Henryka zatrzymała tramwaj, ale tak naprawdę nie wiedziała, co ma dalej z tym zrobić. Po chwili podjechali do niej kierowcy autobusów i wspólnie zdecydowali, że zjeżdżają do zajezdni autobusowej na ulicy Karola Marksa, która została siedzibą komitetu strajkowego Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. Tam wybrano delegata, który miał w imieniu całego WPK pojechać do stoczni. Pojechał i nie wrócił. Po prostu się przestraszył. Następnym delegatem została Henryka. Dlaczego?

- W czasie rewolucji, gdy ktoś głośno krzyczy, to go wybierają. I tak się stało ze mną - wyjaśniła mi, gdy ją o to zapytałem przy pisaniu książki.

Kiedy to opowiadała, przypomniałem sobie, co ja robiłem 15 sierpnia 1980 roku. I zacząłem się śmiać!

Spojrzała na mnie zdziwiona.

- Co cię tak bawi?

- Bo sobie uświadomiłem, gdzie byłem, gdy ty zatrzymałaś ten tramwaj! Przeprowadzałem się z matką i siostrą z Oliwy na Zaspę. Matka wynajęła samochód do transportu mebli. To, co się zmieściło, to nim przewieźliśmy, ale drobne rzeczy mieliśmy sami przetransportować komunikacją miejską. Ale jak to zrobić, gdy na Zaspę, w okolice naszego nowego mieszkania, można się było dostać tylko tramwajem, a tego dnia tramwaje nie jeździły, bo jakaś cholera je zatrzymała i był strajk?!

- I co zrobiliście? - zapytała rozbawiona Henia.

- Jak za dzieciaka! Pożyczyliśmy wózek od niezawodnego mleczarza Laskowskiego i przewoziliśmy graty na piechotę. Ale co się tramwajarzom oberwało, to nie chcesz wiedzieć!

Wytłuką nas jak pluskwy!

16 sierpnia rano na stocznię zawiózł Henię żukiem Wiesław Talaśka. (Potem Wiesiu za swoją działalność opozycyjną zapłacił więzieniem i przymusową emigracją najpierw do Niemiec, a docelowo do USA). Henryka weszła na stocznię jako przedstawicielka pracowników komunikacji z poparciem dla strajkujących, a tam usłyszała, że właśnie ogłaszają... zakończenie strajku! Dyrekcja przyjęła postulaty załogi, m.in. przywrócenie Anny Walentynowicz do pracy i podwyżki płac. W oczach jej pociemniało. Pomyślała, że jak wróci teraz do zakładu, to koledzy przywiążą ją do dwóch tramwajów i rozerwą jak żabę!

- Weszłam na jakiś wózek i krzyczałam do ludzi różne rzeczy - wspomina. - Skąd jestem, jak się nazywam, żeby wracali do stoczni, że to nie może się tak skończyć, że sami nie damy rady... I dodaje: - Prawda była taka, że ja się gówno na tym znałam. Na strajkach, negocjacjach czy polityce. Mogłam tylko wrzeszczeć, co mi do głowy przychodziło. Nagle patrzę, w moją stronę idą Wałęsa z Borusewiczem, to znaczy wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to oni, dostrzegłam tylko, że ten z wąsem się piekli.

"Co się dzieje?!" - zapytał. Zaczęłam, jak to ja, wrzeszczeć, że nie mogą przerwać strajku, władza stocznię zostawi w spokoju, bo jest wielka, a my tramwajem czołgów nie rozjedziemy. I że stocznia nie może zostawić innych małych zakładów. No i że wytłuką nas jak pluskwy! I coś tam jeszcze, nie pamiętam. Na pewno parę bluzgów też poszło.

Wałęsa odwrócił się wtedy do Borusewicza z pytaniem:

"No to co robimy?".

"Strajkujemy dalej!".

I wtedy Wałęsa ogłosił strajk solidarnościowy.

 

Był przy tym Jerzy Borowczak i Bogdan Oleszek (dzisiaj przewodniczący Rady Miasta Gdańska), ale również wielu innych zwykłych stoczniowców.

W tym samym czasie Anna Walentynowicz, Alina Pienkowska i Ewa Ossowska zatrzymywały wychodzących ze stoczni robotników, krzycząc, że strajk się nie skończył, żeby zawracali.

Międzyzakładowy Komitet Strajkowy

W nocy z 16 na 17 sierpnia powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy, w skład którego weszła również Henryka Krzywonos. Liczył dziewiętnaście osób.

- Nie było tak, że wybierano spośród wielu kandydatów. Nikt nie wiedział, jak to się skończy, więc mało kto chciał się wychylać. Strajkować tak, ale dawać swoje nazwisko na afisz, to już co innego! - wspomina.

Poznała w końcu tych, o których czytała tylko w ulotkach: Borusewicza, Walentynowicz, Kołodzieja, małżeństwo Gwiazdów, Pienkowską, Wałęsę, Lisa, Borowczaka i innych. Była dumna, że znajduje się wśród tych ludzi. Henia nagle z dnia na dzień, a właściwie z godziny na godzinę, znalazła się w wirze wielkiej historii.

Wróciła z Talaśką na zajezdnię WPK, weszła na jakąś paletę i zrelacjonowała strajkującym sytuację w stoczni. Powiedziała im też, że została członkiem Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Dodała, że zgodziła się na wybór, pod warunkiem że załoga WPK zaakceptuje jej kandydaturę, a jeśli nie, to osoba, która przyjedzie na jej miejsce, zostanie członkiem MKS. Zapytała, jaka jest ich decyzja - czy to ona ma być w MKS, czy wybierają kogoś innego.

- Nie, nie, jedź ty, bo ty wiesz co i jak! - krzyknęli.

Głosów sprzeciwu ani chętnych do wyjazdu na stocznię nie było. Postawiła wtedy tylko jeden warunek:

- Nikt nie wyjeżdża tramwajem czy autobusem z zajezdni bez mojej zgody!

Henryka w czasie obrad Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, strajk okupacyjny w Stoczni Gdańskiej. Sierpień 1980 roku

 

Dotrzymali słowa. Wiesiu Talaśka został łącznikiem między nią a WPK.

W negocjacjach z komisją rządową pod przewodnictwem Mieczysława Jagielskiego wspierała, razem z Andrzejem Gwiazdą, walkę o uwolnienie więźniów politycznych, których w czasie strajków pozamykano.

Podczas strajku bliskich Henryki w Warszawie odwiedziła Służba Bezpieczeństwa z propozycją, aby ją uspokoili, bo więcej mogą jej nie zobaczyć. Rodzina wpadła w panikę, ale ona miała to gdzieś. Dla niej najcudowniejsza była atmosfera strajku. Opowiadała mi o tym, co się tam działo, ze szczególnym wzruszeniem wspominając wcale nie wielką politykę, ale małe gesty zwykłej ludzkiej solidarności:

- Kobieta podała mi chleb przez kraty bramy i ze łzami w oczach krzyczała, że jest z nami - mówiła łamiącym się głosem.

Obrady Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej. Za stołem prezydialnym w Sali BHP stoją członkowie prezydium MKS: na prawo od Henryki Bogdan Lis i Lech Wałęsa. Sierpień 1980 roku

 

- Ktoś inny podawał lekarstwa. Żony mężom przynosiły, co miały, a oni dzielili się z innymi. Gdy miałam wyjechać ze stoczni, Andrzej Gwiazda oderwał kawałek przepustki i na moje zdziwienie odpowiedział, że to na wypadek, jakby ktoś chciał mnie podmienić...

- Nie rozumiem, jak to podmienić? - przerwałem.

- Może z dzisiejszej perspektywy jest to niezrozumiałe, zresztą wtedy też nie rozumiałam tego do końca, ale Andrzej Gwiazda był doświadczonym opozycjonistą także w kwestii metod działania Służby Bezpieczeństwa, więc wiedział, co robi.

A pamiętasz rozmowę Lecha Wałęsy z bratem w Arłamowie? Bezpieka sfabrykowała nagranie, z którego wynika, że przywódca "Solidarności" brał pieniądze za swoją działalność. Chcieli go w ten sposób skompromitować. A potem Nagroda Nobla i przygotowane przez SB materiały o współpracy z bezpieką - to samo! Nie byłam tak znaną osobą w świecie opozycji, żeby nie można było mnie na przykład podmienić.

W tamtych dniach przewodnikiem Henryki po świecie opozycji był Andrzej Kołodziej, który mimo młodego wieku doskonale opanował już sztukę pracy w podziemiu. Był wiceprzewodniczącym MKS i przywódcą strajku w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni.

Zdarzały się też chwile pełne grozy. Na przykład, kiedy podeszła do Heni dziennikarka Ewa Milewicz i powiedziała, że mają sankcje prokuratorskie. A na jej pytanie: "Co to?", odpowiedziała, że jak strajk nie wyjdzie, to ich zamkną! I widząc minę Henryki, dodała uspokajająco, że nikt ich przecież nie zostawi.

Nie od razu było wiadomo, czy ktokolwiek z przedstawicieli władz będzie rozmawiał ze strajkującymi. Z tyłu głowy mieli 1970 rok i strzelanie do protestujących robotników. Henia nie pamięta dzisiaj dat czy godzin wszystkich kolejnych zdarzeń w czasie strajku, bo jak sama wielokrotnie mówiła, takie szczegóły wylatują jej z głowy, ale sytuacje i ludzi pamięta bardzo dokładnie.

Od prawej: Anna Walentynowicz, Andrzej Kołodziej, Henryka Krzywonos, Stocznia Gdańska. Sierpień 1980 roku

 

W tym to, jak Ania Walentynowicz podeszła do niej i z przerażeniem w oczach krzyczała, że czołgi na nich jadą.

Albo to, jak Joanna Duda-Gwiazda nie wytrzymała psychicznie, zaczęła krzyczeć i panikować, bo wśród strajkujących zobaczyła oficera SB. Trudno się temu dziwić - Joanna Duda-Gwiazda, podobnie jak Ania Walentynowicz, była w więzieniu wielokrotnie przesłuchiwana, na własnej skórze poznała moc komunistycznego aparatu represji. Jerzy Borowczak opowiedział mi wiele lat później, że Andrzej Gwiazda nie zgadzał się na wyprowadzenie rozemocjonowanej żony ze stoczni do czasu, aż któregoś razu złapała go za ubranie z krzykiem, że on też jest esbekiem. Wtedy zmienił zdanie. Właśnie z tego powodu, choć na początku było dziewiętnastu członków Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, ostatecznie sygnatariuszy Porozumień Sierpniowych było osiemnastu, z Lechem Wałęsą na czele. Bez Joanny Dudy-Gwiazdy.

22 sierpnia zjawili się w stoczni intelektualiści z Warszawy, w tym Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki. Mieli doradzać strajkującym robotnikom. To był idealny moment, bo następnego dnia zaczęły się negocjacje z rządem.

- Nie było ważnych i ważniejszych. Ania Walentynowicz, jak trzeba było, robiła kanapki, a Tadeusz Mazowiecki, Lech Kaczyński czy Bronisław Geremek jako doradcy strajkujących spali razem z nami na styropianach, czy gdzie się dało. No i ci ludzie przed Salą BHP i przed stocznią! To było coś! - westchnęła Henia. - I to nie ja byłam bohaterką ani Wałęsa, Gwiazda czy Walentynowicz. Bohaterami byli wszyscy, którzy popierali ten strajk w całej Polsce. Co ta osiemnastka w Gdańsku czy ci w Szczecinie lub Jastrzębiu zrobiłaby bez poparcia zwykłych ludzi. Ale każda rewolucja ma swojego przywódcę i został nim Lech Wałęsa - zakończyła.

Wyjazd Henryki pierwszym tramwajem po zakończeniu strajku z zajezdni w Nowym Porcie. Wieczór 31 sierpnia 1980 roku. Kadr z filmu "Nie byliśmy bohaterami"

 

- A ja tego 31 sierpnia 1980 roku, gdy wy podpisywaliście Porozumienia Sierpniowe i cieszyliście się ze zwycięstwa, myśląc, co dalej, siedziałem przestraszony w internacie na drugim krańcu Polski i też myślałem, co dalej - dodałem ze smutnym uśmiechem.

Potem strajk się zakończył. Dalsza historia opisana została w wielu książkach i pokazana w wielu filmach. Niestety, im dalej od sierpnia 1980 roku, tym więcej wersji wydarzeń i tym więcej bohaterów się pojawiało.

Henryka wyjechała z zajezdni swoim tramwajem linii 15 jako pierwsza. Takim samym i z tym numerem jak ten, który zatrzymała. Była wielka feta, a tramwaj pięknie przystrojony logo "Solidarności".

Sierpień, Sierpień i po Sierpniu

Zaczęła się walka o władzę. Także w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym.

Wiele lat później Wiesiu Talaśka, który pracował tam z Henią, opowiedział mi, jak to już w czasie strajku, gdy dotarło do ludzi, że zakończy się sukcesem, w WPK zaczęły się ruchy w kierunku przejęcia przywództwa z rąk Heni. Przewodniczył temu Zenon Kwoka z gdyńskiej komunikacji, który był w stoczni przy Lechu - jak by to delikatnie powiedzieć - samozwańczym asystentem. Razem z niejakim Janem Wojewodą zaczęli krytykować pracę Henryki w MKS. O pretekst nie było trudno.

Henryka odpowiadała m.in. za przydział paliwa, uznali więc, że po znajomości powinna załatwić kolegom z WPK więcej benzyny, a ona powiedziała kumoterstwu stanowcze nie. Wobec tego dwaj panowie, używając argumentu, że nie dba o interesy WPK, doprowadzili do jej odwołania z Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego jako reprezentanta WPK. No i przejęli władzę związkową w zakładzie. Henryka wcale jej zresztą nie chciała. Zrobiła swoje i już.

Bogdan Borusewicz opowiedział o Zenonie Kwoce:

Jest jeden człowiek, jej kolega z pracy, który od kilku lat chodzi i opowiada o Henryce różne niestworzone rzeczy. (...) Ten człowiek ma na jej punkcie obsesję, kwestionuje, że była delegatem WPK do MKS, bo nikt jej nie wybrał. Oczywiście nikt jej nie wybrał, bo wtedy nikt nikogo nie wybierał do strajkowania, to była spontaniczna akcja[1].

Henryka Krzywonos i Lech Wałęsa na urodzinach Wałęsy. Wrzesień 1980 roku

 

Dla Heni najważniejsze było to, że jest w zgodzie ze swoim sumieniem. Dostawała za to zresztą nagrody, i to wcale nie w postaci zaszczytów czy stanowisk. Na przykład taką, że gdy do MKZ wpadł Jacek Kuroń, to pierwsze, co zrobił, to podziękował jej za walkę o uwolnienie więźniów politycznych podczas strajku. Był jednym z pierwszych, których zamknięto po rozpoczęciu sierpniowych protestów. Henryka wcześniej nie znała go osobiście.

Zaczęła pracować w MKZ (Międzyzakładowy Komitet Założycielski, który powstał w miejsce MKS) już nie jako przedstawicielka Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacji, ale jako Henryka Krzywonos. Odpowiadała za dział gospodarczy, ale także jeździła po Pomorzu i pomagała zakładać związki zawodowe. Z podobną misją dotarła też do Poznania - wspólnie z Olgierdem Stankiewiczem i Bonifacym Wysockim. A 24 października 1980 była w Warszawie w Urzędzie Rady Ministrów na spotkaniu z przedstawicielami rządu - tuż po złożeniu wniosku o rejestrację "Solidarności".

Wizyta przedstawicieli Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego w Urzędzie Rady Ministrów tuż po złożeniu wniosku o rejestrację NSZZ "Solidarność". Druga od lewej Henryka. 24 października 1980 roku

 

Ponadto wspierała ludzi w zwykłych sprawach. Pomogła uzyskać czterdzieści sześć mieszkań dla rodzin, których nie było stać na zakup czy rynkowy wynajem. Byli to biedni ludzie, często z dziećmi, którzy nie potrafili walczyć o to, co im się należało. Ówczesny prezydent Gdańska Jerzy Młynarczyk miał jej serdecznie dość, bo była kobietą, która jak ją drzwiami wyrzucili, to oknem wchodziła. Ale, jak wspomina Henia, zawsze dotrzymywał raz danego słowa. Jedno z tych mieszkań na gdańskim osiedlu Zaspa otrzymał Lech Wałęsa. Jego wielodzietnej i niezamożnej rodzinie przysługiwało duże mieszkanie, bo zajmowali malutki lokalik na gdańskich Stogach, ale jaki nominat partyjny w urzędzie w tamtych czasach śmiałby przyznać mieszkanie komunalne rodzinie, której ojciec działa w podziemiu przeciw władzy? Wałęsa najpierw dostał klucze do domu, gdzie były tylko fundamenty. Po awanturze, jaką Henryka zrobiła u wojewody, bo aż tam dotarła sprawa mieszkania dla rodziny Wałęsów, otrzymał klucze do lokalu na gdańskiej Zaspie. Były to trzy połączone ze sobą mieszkania, w których wcześniej mieściła się spółdzielnia mieszkaniowa. Robotnicy je wyremontowali i wyposażyli.

Ona sama mieszkała wtedy z mężem w gdańskim Wrzeszczu. Nie układało im się najlepiej.

Trwał tzw. karnawał "Solidarności". Dawni strajkujący nie mieli już jednego wspólnego celu jak w sierpniu 1980 roku. Skończyła się jedność, poszczególne grupy spotykały się nieoficjalnie w różnych miejscach w tajemnicy przed innymi. Któregoś dnia jedna z nich zebrała się w mieszkaniu państwa Krzywonosów. Byli: Tadeusz Mazowiecki, Anna Walentynowicz, Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń i kilkanaście innych osób. Spotkanie bardzo się przedłużyło, więc tylko Gwiazdowie zdecydowali się na podróż powrotną do domu. Reszta postanowiła przenocować u Henryki. Miejsca było mało, więc Ania jako najstarsza spała z mężem Heni w ich łóżku, oczywiście w ubraniu. Reszta zaczęła układać się na rozłożonych kołdrach i kocach w drugim malutkim pokoiku. Miejsca starczyło na tyle, że każdy leżał na boku, i tylko przy Jacku Kuroniu, który położył się przy ścianie, był kawałek wolnej przestrzeni.

- To będzie miejsce na "Hej!" - zarządził głośno Jacek.

- Co takiego? - zapytali zdziwieni pozostali.

- To znaczy, że gdy krzyknę "Hej", wszyscy obracają się na drugą stronę!

I tak spali przez całą noc, a Kuroń co jakiś czas krzyczał "Hej!".

Koniec karnawału

Pod koniec 1981 roku Henryka odeszła z pracy w MKZ. Nie chciała, żeby SB wykorzystało jej osobiste kłopoty przeciwko "Solidarności". Właśnie rozwiodła się z mężem i sama przeprowadziła do mieszkania przy ul. PCK w gdańskiej dzielnicy Brzeźno.

To w tym mieszkaniu zastał ją stan wojenny. Rano 13 grudnia 1981 roku wpadła do niej sąsiadka, krzycząc, że jest wojna. W telewizji przemawiał Jaruzelski. Wystarczyło niecałe szesnaście miesięcy, odpowiednia propaganda antyopozycyjna wbijająca ludziom do głowy, że braki na rynku i bałagan gospodarczy w kraju to wina Wałęsy i "Solidarności", do tego internowanie kilku tysięcy działaczy związkowych - i z 10-milionowego związku prawie nic nie zostało. Brutalna pacyfikacja górników w kopalni Wujek, którzy po wprowadzeniu stanu wojennego zorganizowali strajk okupacyjny, jeszcze bardziej przestraszyła ludzi. Na ulicach pojawiły się milicja i wojsko - także żołnierze, którym przedłużono obowiązkową zasadniczą służbę wojskową.

Dla mnie jako szesnastolatka 13 grudnia 1981 roku był... szczęśliwym dniem. Ogłoszono ferie, nie wiadomo na jak długo. Mogłem wyrwać się z tego koszmaru, jakim był internat w Bielsku-Białej, i pojechać do domu. Dowiedziałem się, że trzeba się udać do urzędu wojewódzkiego po przepustkę na podróż do Gdańska. Poszedłem, ale że była tam ogromna kolejka i panował ogólny rozgardiasz, pomyślałem sobie: "Jadę do domu bez przepustki!". Podróż pociągiem z Bielska-Białej do Gdańska trwała wtedy minimum dwanaście godzin. Po drodze trzeba było się przesiąść w Katowicach i czekać tam jakieś cztery godziny. Cała podróż łącznie szesnaście godzin.

Był 14 grudnia 1981 roku. Wszędzie wojsko i milicja, totalny chaos i strach, ciągłe kontrole dokumentów i zatrzymania ludzi. I w tym wszystkim ja - bez przepustki na podróż. Przyjechałem do Katowic, gdzie legitymowali chyba każdego... oprócz mnie. Potem kilkanaście godzin tłukłem się pociągiem, w którym wojskowi i milicja chodzili w tę i we w tę, legitymując wszystkich pasażerów... oprócz mnie. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale dojechałem do Gdańska bez problemów, i nawet bez stresu, bo przecież nie zdawałem sobie sprawy z konsekwencji, jakie mnie mogły spotkać.

16 lub 17 grudnia poszliśmy z siostrą na demonstrację przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Odbywała się na placu Zebrań Ludowych w Gdańsku, który przez most graniczył ze Stocznią Gdańską im. Lenina. Nie poszliśmy tam z pobudek patriotycznych, ale dlatego, że jak nastolatek dowiaduje się, że będzie heca, to idzie ją zobaczyć. Krzyczeliśmy więc z Alą razem z kilkutysięcznym tłumem "Solidarność, Solidarność" i płakaliśmy od gazu łzawiącego wystrzeliwanego przez milicję. Podobało nam się, bo coś się działo. Zabawa się skończyła, gdy Ala dostała racą z gazem w nogę i kulejąc, ze łzami w oczach uciekała z demonstracji, a ja za nią.

Henryka, Bogdan Lis (po lewej) i Stefan Lewandowski - sygnatariusze Porozumień Sierpniowych. 1999 rok

 

Henryka nie została internowana jak wielu jej bliższych i dalszych znajomych, ale to nie znaczy, że bezpieka dała jej spokój. Szczególnie że rzuciła się do działania. Razem z innym sygnatariuszem Porozumień Sierpniowych, Stefanem Lewandowskim, roznosili ulotki, organizowali pomoc dla rodzin internowanych itp.

Wypuszczali i znów zamykali

Jacek Kuroń uczył Henrykę, że po przesłuchaniu nigdy i niczego się nie podpisuje.

- Jak coś podpiszesz, choćby depozyt, to potem ten podpis może zostać wykorzystany przeciwko tobie - mówił.

- Ale jak mi raz w mordę dadzą, to wszystko podpiszę! - ripostowała.

- Nieprawda. Właśnie wtedy tego nie zrobisz. Zaprzesz się w sobie i wytrzymasz.

Nie zgadzała się z nim. Do pierwszego przesłuchania na milicji, gdy oficer uderzył ją twarz i nazwał kurwą.

"Co?! Bijesz mnie i od kurew wyzywasz?! - pomyślała. - Takiego wała, nic ci nie powiem!". Chcieli wtedy, żeby podała nazwiska i adresy. Powiedziała im, że ma słabą pamięć, i poprosiła o książkę telefoniczną. W tamtych czasach przy nazwiskach prócz telefonów były też adresy, więc podała im adresy znanych jej działaczy partyjnych. I niczego nie podpisała.

Służba Bezpieczeństwa często wpadała do jej domu, przeprowadzała rewizje. Zamykali ją czasem na czterdzieści osiem godzin, wypuszczali i znów zamykali. Bez dokumentów i podpisów. Często postępowali złośliwie i przy okazji rewizji wyrzucali z szafek kuchennych jedzenie i mieszali np. mąkę z cukrem czy kaszą. Duża strata - przecież nie można było po prostu pójść do sklepu i kupić kolejnej paczki mąki czy cukru, bo żywności po prostu w sklepach brakowało.

Kiedyś wpadli i zaczęli przeszukanie, a Henia zamarła z przerażenia, bo w wersalce miała akurat schowany wałek do drukowania, taki na łożyskach. Jeden z esbeków otworzył wersalkę i zapytał:

- Co to jest?

- Wałek do ciasta - odpowiedziała bez zastanowienia.

- Wałek do ciasta? Na łożyskach?

- A tak, bo jak mnie mąż wkurzy, to mam go czym potraktować - zaśmiała się.

I nie wie dlaczego, ale on zamknął wersalkę. Pomyślała, że porządny chłop się wśród nich zdarzył. Przeszukali, porozrzucali rzeczy i wyszli. Henryka szybko wyjęła wałek z wersalki, owinęła go w stare ciuchy i podała koledze, który przyszedł akurat z Siarkopolu, żeby powiedzieć, że na dole stoi "dyskoteka". Zaraz potem wyniósł wałek piwnicami poza budynek. Po jakiejś godzinie SB wpadło znowu i pierwsze kroki skierowało do wersalki. Ten "porządny" otworzył ją i zapytał:

- Gdzie jest ten wałek?

- Jaki wałek?

- Ten do ciasta, na łożyskach! - wrzeszczał zdenerwowany.

- Wałek do ciasta? Na łożyskach? Mam wałek do ciasta, ale drewniany - odpowiedziała i poszła do kuchni, gdzie wyciągnęła z szuflady zwykły wałek.

Wtedy dostała lanie, ale takie, które miało wpływ na jej późniejsze zdrowie. Bili ją, a gdy leżała - kopali.

Po tym zdarzeniu Henryka wyprowadziła się z domu przy ul. PCK. Zamieszkała na Gdańskiej, w tej samej dzielnicy Brzeźno, w większym, ale zniszczonym mieszkaniu, z piecem na węgiel, bez łazienki, gazu, centralnego ogrzewania i ciepłej wody. Toaleta była wspólna, na korytarzu. Pani, która się z nią zamieniła, zrobiła to chętnie, bo zyskała udogodnienia w domu, choć na nieco mniejszym metrażu.

Niedużo czasu zajęło esbekom odnalezienie Heni. Zaczęły się ponowne przeszukania. Któregoś dnia przynieśli jej pisemko, z którego wynikało, że dostała nakaz opuszczenia Gdańska i zakaz podejmowania pracy na terenie PRL-u. Była załamana i nie wiedziała, co ma ze sobą począć.

- No to co ja mam zrobić?! - zapytała esbeka, który wręczył jej dokumenty.

- Nic mnie to nie obchodzi, ma cię tu nie być! - wrzasnął i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Kłopotem był nie tylko brak możliwości zarabiania pieniędzy, ale to, że gdy nie miało się legalnej pracy, to nie miało się kartek na żywność, a jak nie miało się kartek, to nawet gdyby dostało się pracę na czarno, za zarobione pieniądze niewiele można było kupić. Henryka poprosiła więc o pomoc księdza Henryka Jankowskiego. Dał jej tysiąc złotych. To była wtedy duża suma. Na niego zawsze mogła liczyć. Poznała go oczywiście w stoczni w 1980 roku, gdy zaangażował się w pomoc strajkującym. Chyba każdy znany opozycjonista, który działał w latach osiemdziesiątych i znalazł się w Gdańsku, gdy był w potrzebie, pierwsze kroki kierował do kościoła św. Brygidy. Tam zawsze mógł liczyć na schronienie i pomoc.

Na zesłaniu

Tymczasem Henryka, żeby nie stracić mieszkania, wynajęła je pewnemu małżeństwu za pokrycie kosztów eksploatacyjnych, po czym za namową znajomego zapakowała w wypożyczony samochód kilka najpotrzebniejszych rzeczy i wyjechała do Rucewa, niedaleko Jerzwałdu, wtedy w województwie olsztyńskim. W Olsztynie się urodziła, więc pomyślała, że z okolic rodzinnego miasta jej przecież nie wyrzucą. Wynajęła pół domu od Zenona Noconia, aktora.

Dom, a właściwie ruina, przeraził ją. Przyjechała w lutym, w środku zimy, a tam nie było ani okien, ani ogrzewania. Szczęśliwie kierowca okazał się porządnym człowiekiem. W części budynku zamieszkanej przez właściciela, gdzie było ciepło, zrobiła na szybko trochę zupy. Zjedli i pojechali do Morąga. Kupili tam kilka szyb, trochę gwoździ i listewek i zrobili z tego prowizoryczne okna. Udało im się też zdobyć tzw. westwalkę, która służyła do ogrzewania i gotowania jednocześnie. Zorganizowali również troszkę opału.

Potem kierowca pojechał, a Henia została zupełnie sama. Nie znała nikogo w okolicy. Oczywiście poza Noconiem, ale ten często wyjeżdżał, a nawet kiedy był na miejscu, żył swoim życiem. Miała pięć kilometrów piechotą w jedną stronę do najbliższego sklepu i niewiele mniej do jakiegokolwiek sąsiada. Za to do jeziora było dwadzieścia metrów. Na początku spała z siekierą pod poduszką w obawie, że ktoś może ją napaść. Niedługo potem pojawił się nowy przyjaciel - pies, z którym czuła się troszkę bezpieczniej. Nazywał się Azor, a jego panem był wcześniej właściciel domu. Henię pokochał, bo to ona dawała mu jeść.

Pobyt w Rucewie był dla niej jak zesłanie. Kobieta z wielkiego miasta, która dopiero co była w centrum wielkiej polityki, nagle, z dnia na dzień, znalazła się gdzieś na końcu świata, nad jeziorem, sama, bez środków do życia i żadnych perspektyw na przyszłość.

Był rok 1983. W kraju rządzili Jaruzelski i Kiszczak. Jerzy Urban, rzecznik rządu, krzyczał w telewizji, że kryzys to wina "Solidarności", że opozycjoniści to zdrajcy, którzy chcą zniszczyć Polskę, socjalistyczną Polskę, ale spokojnie, władza sobie z nimi poradzi. Henia usłyszała też z telewizji, że nigdy nie było u nas żadnych represji. Coś podobnego!

Jej jedynym kontaktem ze światem były spotkania z rodzeństwem i ich rodzinami - wpadali do niej w odwiedziny. Czasami rozmawiała też ze studentami, którzy przyjeżdżali w te okolice nad jezioro. No i miała Radio Wolna Europa, z którego dowiadywała się o tym, co naprawdę się w Polsce dzieje. Jednak Henryka wcale nie była tak bardzo sama, jak myślała. Wkrótce po jej przyjeździe po okolicy rozeszła się wieść, że zamieszkała w Rucewie jakaś antykomunistka. Na początku ludzie na wsi bali się podpaść władzy i niby przypadkiem, przejeżdżając, zrzucali to worek ziemniaków, to worek zboża czy inne rzeczy, szepcząc: "To na dobry początek!". I szybko odjeżdżali, żeby nikt ich nie zauważył. To też była solidarność - ta przez małe "s", ale jakże wielka!

Henryka sobie poradziła. Powoli wychodziła na prostą. Doprowadziła mieszkanie do porządku, założyła hodowlę królików, którą zakontraktowała w pobliskim GS-ie, posadziła warzywa i łowiła ryby. Zarabiała też na czarno w pobliskich miejscowościach, jeśli była gdzieś praca. Gdy wyłączyli jej prąd, sama wchodziła na drewniany słup, nabijając deseczki, i wymieniała korki. Zaprzyjaźniła się z pobliskimi rolnikami.

Któregoś dnia czekała na autobus. Nagle na przystanek podjechał polonez.

- A pani dokąd, może podwieźć? - zapytał facet, wychylając się zza kierownicy.

- Jadę do Zalewa, ale autobus coś się spóźnia - odpowiedziała zgodnie z prawdą.

- Niech pani wsiądzie, podwiozę.

No i wsiadła.

- Bardzo pan uprzejmy, dziękuję - zagadnęła.

- Wie pani, wszyscy mnie tu znają, jestem dowódcą ORMO, a nazywam się Zbigniew Nienacki, zna mnie pani?

Henryka zdrętwiała. Oczywiście, że kojarzyła autora serii "Pan Samochodzik", od niedawna bardziej znanego z rozchwytywanej, pełnej erotycznych opisów powieści "Raz w roku w Skiroławkach", ale nie miała pojęcia, że ten facet jest w Ochotniczej Rezerwie Milicji Obywatelskiej!

- Nie, pierwszy raz słyszę - odpowiedziała na przekór.

- I nie słyszała pani o Panu Samochodziku?

- Słyszałam, ale nie czytałam - skłamała.

- No to przykro mi. Ale o czymś innym chciałem pani powiedzieć. Pani mieszka w Rucewie, a w tamte okolice wprowadziła się taka antykomunistka, Krzywonos. Niech pani uważa!

- Tak? A pan ją zna?

- Oczywiście, to kawał wrednej baby! Niech pani uważa, bo przez taką to tylko same kłopoty!

"To niewiarygodne" - pomyślała, powstrzymując się od wybuchu.

W Zalewie na przystanku wysadził Henię.

- No to ile się należy? - zapytała.

- Da pani spokój, nic.

- Tu jest równowartość biletu, a Krzywonos to ja, szanowny panie! - powiedziała głośno i dobitnie, rzucając drobne na siedzenie pasażera.

Nienacki ruszył z piskiem opon, nie oglądając się za siebie.

Potem dowiedziała się, że ten świetny powieściopisarz nie tylko był ormowcem, ale też wspierał Urząd Bezpieczeństwa w najmroczniejszych latach komunizmu i był członkiem Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego powołanego przez reżim Jaruzelskiego.

Spotkała go jeszcze tylko raz, gdy wulgarnie zaczepiał kobiety w wiejskim sklepie. Nie zauważył Heni w kolejce.

- Bo wy, baby, jesteście wszystkie takie same! - wrzeszczał.

- Babę to ma pan w nosie! Coś pan ma do mnie?! - odpaliła Henia, odwracając się gwałtownie.

- A nie, nie, do pani to ja nic nie mam - odpowiedział już ściszonym głosem i szybko wyszedł ze sklepu. Więcej go nie widziała.

Henryka, gospodyni pełną gębą, postanowiła kupić sobie dwa prosiaczki i wyhodować świnki. "Na święta będą jak znalazł!" - pomyślała. Karmiła je, dbała, jak potrafiła, a świnki rosły, ale tylko wzdłuż. "Rosną, rosną i wcale nie tyją. Może są chore, a może jakieś suchoty mają albo za mało im jeść daję... Nie wiem, co się dzieje" - martwiła się. Poprosiła o konsultację sąsiada. Przyjechał i po krótkiej chwili oględzin stwierdził, że to są młode maciory, a nie warchlaki, dlatego nie tyją. A jaką przy tym miał zabawę! Zamieniła więc Henia maciorki na warchlaki i miała w ten sposób kolejną szkołę życia na wsi.

Szczecin

W Rucewie wytrzymała jakieś trzy lata. Po tym czasie postanowiła zaryzykować i przeniosła się do Szczecina. Zamieszkała w hotelu robotniczym i dostała pracę w Zakładach Chemicznych "Wiskord". Był 1986 rok. Uznała, że nikt nie będzie tu wiedział, że jest tą Henryką Krzywonos, sygnatariuszką Porozumień Sierpniowych w Gdańsku. Niestety. Przyszła rocznica i telewizja pokazała fragment nagrania z uroczystego podpisywania porozumień. Ktoś z kolegów z fabryki ją rozpoznał i uprzejmie doniósł wyżej. Następnego dnia wpadła do niej z krzykiem brygadzistka.

- Pani jest tą Krzywonos! Proszę zgłosić się do kadr! Pani tu już nie pracuje!

Henryka wyszła zdenerwowana i zrozpaczona. Nie miała pojęcia, co robić. Spotkała kolegę, opowiedziała mu, co jej się przydarzyło, a ten skierował ją do kierownika przędzalni. Wiedziała, że kierownik przędzalni jest czerwony, ale w tym momencie było jej to obojętne. Opowiedziała mu, kim jest i co się przed chwilą stało.

- Była pani na zmianie? - zapytał.

- Nie zdążyłam, wyrzucono mnie.

- To proszę przyjść na mój wydział na drugą zmianę, pani Krzywonos.

- Bardzo dziękuję.

Miała wtedy ochotę rzucić mu się na szyję. "Niby w partii, a taki w porządku człowiek" - pomyślała.

Od tej pory pracowała na innym wydziale, ale pracowała. Myślała, że teraz życie się jakoś ułoży.

Któregoś dnia, jadąc do pracy, poczuła silny ból w podbrzuszu. Trafiła do szczecińskiego szpitala. Diagnoza - guz. Spory.

- Ile mi zostało? - zapytała.

- Trzy miesiące, rok, dwa lub trzy, nie wiem! - odpowiedział lekarz bez odrobiny współczucia w głosie.

Wyszła i jadąc do swojego hotelu robotniczego, pomyślała, że to już koniec, że trzeba poukładać swoje sprawy i tu, i w Gdańsku, i żegnać się z życiem. Po pobycie w szpitalu zdecydowała, że jak umierać, to u siebie. Zwolniła się z pracy i na początku 1987 roku wyjechała ze Szczecina.

W Gdańsku powoli wracała do zdrowia. Znalazła pracę w Ośrodku Kształcenia Cudzoziemców przy ul. Dworskiej. Była tu portierką, sprzątaczką i robiła wszystko, co jej kazano. Nie narzekała jednak na to, cieszyła się, że nikt już jej nie ścigał ani nie zabraniał pracować. Był 1987 rok i władza powoli się sypała. Nie znaczy to, że nie była obserwowana, o czym przekonałem się później.

Obok ośrodka, w którym Henryka pracowała, młody człowiek miał sklep warzywny i półciężarówkę żuk, którą się Henryka zainteresowała...

Redakcja: Karolina Oponowicz

Korekta: Teresa Kruszona, Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Opracowanie graficzne i skład: ProDesGraf

Fotoedycja: Katarzyna Stańczuk

Przygotowanie zdjęć do druku: Michał Odolczyk

 

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki):

Okładka: Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta

Agencja Gazeta s. 6, 240, 246, 254; Agencja Forum s. 336; Archiwum prywatne s. 10, 19, 43, 48, 51, 71, 73, 78, 81, 87, 90, 106, 112, 119, 133, 134, 137, 138, 145, 153, 154, 158, 160, 161, 169, 170, 175, 180, 182, 187, 193, 195, 202, 207, 208, 213, 223, 225, 231, 234, 237, 238, 247, 248, 250, 261, 270, 277, 280, 288, 293, 301, 307, 308, 309, 310, 313, 318, 323, 330, 332; Karol Budrewicz s. 283; East News s. 76, 228, 243, 252, 260, 262, 267, 275, 291, 296, 305, 326; Europejskie Centrum Solidarności s. 41; Kosycarz Foto Press s. 39, 44-45, 107, 113, 116, 121, 122, 146, 196, 203, 205, 206, 232, 255, 279, 322, 334, 338; PAP s. 218, 229, 234, 274, 285; Michał Szlaga s. 348-349, IV okładka; Zbiory Ośrodka Karta s. 37, 38.

 

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

 

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

 

? copyright by Agora SA, 2019

? copyright by Krzysztof Strycharski, 2019

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

 

ISBN 978-83-268-2851-5 (epub), 978-83-268-2852-2 (mobi)

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej