Moja znikająca połowa - Brit Bennett

Reflow text when sidebars are open.
dla mojej rodziny
Rankiem w dniu, kiedy jedna z zaginionych bliźniaczek wróciła do Mallard, Lou LeBon natychmiast popędził do swojej jadłodajni, żeby o tym opowiedzieć. Nawet teraz, wiele lat później, wszyscy wciąż pamiętają, jak Lou przeciskał się przez szklane drzwi, dysząc ciężko, z falującą piersią, w pociemniałej od potu koszuli. Natychmiast otoczył go kordon zaspanych klientów. Razem z dziesięć osób, choć inni twierdzili później, że też tam byli - udawali sami przed sobą, że choć raz w życiu stali się świadkami wydarzeń prawdziwie niezwykłych. W ich małym rolniczym miasteczku nic nadzwyczajnego nie zdarzyło się od ponad dziesięciu lat - od niespodziewanego zniknięcia bliźniaczek Vignes. Ale tamtego ranka, w kwietniu 1968 roku, kiedy Lou zmierzał do pracy, jego oczom niespodziewanie ukazała się jedna z nich, Desiree. Szła wzdłuż Partridge Road z małą skórzaną walizką w dłoni. Wyglądała tak, jak ją pamiętał, choć zniknęła jako szesnastolatka - wciąż miała szczupłą sylwetkę i skórę w kolorze wilgotnego piasku. Jej ciało o wąskich biodrach skojarzyło mu się z gałęzią szarpaną przez wiatr. Szła szybko, z pochyloną głową i... - tu Lou, urodzony showman, na chwilę zawiesił głos - trzymała za rękę dziewczynkę, mniej więcej ośmioletnią; czarną jak smoła.
- Była atramentowa - podkreślił. - Jakby przyleciała prosto z Afryki.
Wszyscy otworzyli usta jednocześnie, a Śniadaniownię Lou wypełnił tuzin podekscytowanych rozmów. Kucharz powątpiewał, czy to naprawdę była Desiree, bo przecież Lou miał w maju skończyć sześćdziesiąt lat, a wciąż był zbyt próżny, żeby nosić okulary. Kelnerka nie miała wątpliwości - nawet ślepiec rozpoznałby jedną z bliźniaczek Vignes, a na pewno nie była to przecież ta druga. Klienci, którzy porzucili stojące na ladzie miski płatków owsianych i talerze z jajecznicą, mieli gdzieś durne rozważania o samych dziewczynach. Chcieli wiedzieć, kim było ciemnoskóre dziecko. Czyżby córką Desiree?
- Jeśli nie jej, to czyją? - spytał Lou.
Capnął garść serwetek z pojemnika i przetarł wilgotne czoło.
- Może to sierota, która znalazła dom.
- Desiree nie mogłaby urodzić czegoś tak czarnego.
- Naprawdę wierzycie, że przygarnęłaby obce dziecko?
Jasne, że nie. Była samolubna. Ci, którzy ją pamiętali, nie mieli co do tego wątpliwości. Bliźniaczki spędziły poza granicami miasteczka czternaście lat. Mieszkały w nim niewiele dłużej. Zniknęły ze swoich łóżek po potańcówce z okazji Dnia Założyciela, choć ich matka spała w pokoju obok. Jednego dnia tłoczyły się przed lustrem w łazience, co wyglądało, jakby jednocześnie czesały się aż cztery identyczne dziewczynki, a kolejnego ich łóżko było już puste. I posłane. Kiedy zajmowała się nim Stella, pościel zawsze była wyrównana i naciągnięta. Kiedy Desiree - pognieciona i rzucona byle jak. Mieszkańcy miasteczka szukali bliźniaczek przez cały ranek. Chodzili po lesie i wołali je po imieniu, snując bezcelowe rozważania, czy dziewczyny nie zostały przypadkiem porwane. Ich zniknięcie wydawało się nagłe i niespodziewane jak wniebowstąpienie; zostawiły daleko w tyle cały tłum grzeszników: pozostałych mieszkańców Mallard.
W rzeczywistości nie stało się, rzecz jasna, nic nadnaturalnego, nie doszło do żadnego przestępstwa. Bliźniaczki wkrótce zauważono w Nowym Orleanie - ot, samolubne dziewczyny, które uciekły przed odpowiedzialnością. Wszyscy byli pewni, że długo tam nie wytrzymają. Że zmęczy je życie w wielkim mieście. Że wrócą do mamusi ze łzami w oczach, kiedy tylko skończy im się forsa i tupet. Ale nie wróciły. Zamiast tego, po roku, rozjechały się w różne strony. Ich życie rozdzieliło się na dwie równe części, tak jak podzieliła się wcześniej zygota, z której miały powstać. Stella stała się biała, a Desiree wyszła za mężczyznę o najciemniejszej skórze, jakiego tylko zdołała znaleźć.
A teraz wróciła, Bóg jeden wie dlaczego. Może stęskniła się za domem. Albo za matką, której przez wszystkie te długie lata pragnęła podetknąć pod nos czarną wnuczkę. W Mallard nikt nie brał ślubów z osobami o ciemnej karnacji. Nikt też nie wyjeżdżał, ale wiadomo było, że Desiree złamała tę zasadę. Jednak wyjść za czarnoskórego i ciągać po mieście równie smolistego dzieciaka? To już była przesada.
Tłum w Śniadanowni Lou powoli się przerzedził: kucharz wciągnął siatkę na włosy, kelnerka zaczęła liczyć pozostawione na stolikach monety, a faceci w kombinezonach roboczych dopili kawę i ruszyli do rafinerii. Lou oparł się o poplamione okno i zagapił na drogę. Powinien zadzwonić do Adele Vignes. Nie zasługiwała na to, żeby zaskoczyła ją własna córka. Życie nigdy jej przecież nie oszczędzało. A teraz jeszcze Desiree i to jej czarne dziecko. Boże. Sięgnął po telefon.
- Myślisz, że tu zostaną? - spytał kucharz.
- Kto wie? Wyglądała, jakby bardzo się spieszyła - odparł Lou. - Ciekawe dokąd.
- Zawsze zadzierała nosa, jakby była nie wiadomo kim.
- Dobry Boże - rzucił Lou. - Jeszcze nigdy nie widziałem tak czarnego dziecka.
Było to dziwne miasteczko.
Jego nazwa - Mallard - pochodziła od kaczek krzyżówek, których stada żyły na okolicznych bagnach i wśród pól ryżowych. Jak wiele innych miasteczek, było raczej ideą niż miejscem. Ta konkretna idea przyszła do głowy Alphonse'owi Decuirowi w 1848 roku, gdy przystanął pewnego razu na polu trzciny cukrowej. Odziedziczył je po ojcu - człowieku, który jego samego również posiadał kiedyś na własność. Ojciec już nie żył, a świeżo wyzwolony syn zapragnął zbudować na tych kilku akrach ziemi coś, co przetrwa nadchodzące stulecia. Miasteczko dla ludzi takich jak on, którzy nie mieli szans, żeby uznano ich za białych, ale którzy nie pozwalali traktować się jak Murzyni. Miejsce pośrodku. Jego matka, świeć Panie nad jej duszą, nienawidziła jego jasnej skóry. Kiedy był chłopcem, wypychała go na słońce i modliła się, żeby pociemniał. Może właśnie dlatego zaczął marzyć o swoim własnym miasteczku.
Jasność skóry, jak wszystko, co dziedziczy się z wielkim trudem, oznaczała samotność. Ożenił się z mulatką o karnacji jaśniejszej nawet niż jego. Była już wtedy w ciąży. Oczyma wyobraźni Alphonse widział dzieci i wnuki nienarodzonego potomka o skórze coraz jaśniejszej i jaśniejszej. Jak filiżanka kawy, do której ktoś dolewa kolejne porcje śmietanki. Pragnął udoskonalać czarnych. Rozjaśniać ich skórę z pokolenia na pokolenie.
Wkrótce przybyli inni. Idea i miejsce stały się nierozerwalnie związane, a wieść o miasteczku rozeszła się po całej parafii St. Landry. Czarnoskórzy myśleli o nim i szeptali na jego temat. Biali nie mogli uwierzyć, że naprawdę istnieje. Kiedy w 1938 roku zbudowano w miasteczku kościół Świętej Katarzyny, diecezja wysłała tam młodego księdza z Dublina. Ten, gdy przybył, uznał, że na pewno zgubił się po drodze. Przecież biskup mówił, że Mallard to miasto zamieszkane przez kolorowych! Kim w takim razie byli ludzie, których widział wokół - szatyni, blondyni i rudzi, z których najciemniejsi i tak byli bledsi od Greków? Czy to właśnie takich ludzi nazywano w Ameryce kolorowymi? Czy to od nich biali koniecznie chcieli się separować? Przecież nie dało się ich rozróżnić!
Kiedy na świat przyszły bliźniaczki Vignes, Alphonse Decuir dawno już nie żył. Jednak jego prapraprawnuczki, chcąc nie chcąc, odziedziczyły jego spuściznę. Nawet Desiree, która narzekała przed każdym piknikiem z okazji Dnia Założyciela i przewracała oczyma, gdy wspominano o nim w szkole, jakby historia Alphonse'a nie miała z nią absolutnie nic wspólnego. Jej podejście nie zmieniło się, gdy obie z siostrą zniknęły z miasta. Nigdy nie chciała być częścią miejsca, które wydało ją na świat. Uważała, że zdoła strzepnąć z siebie historię niczym niechcianą dłoń, którą ktoś położył jej na ramieniu. Można porzucić miasto, ale nie własną krew. Bliźniaczki Vignes najwyraźniej uznały, że uda im się i jedno, i drugie.
A jednak, gdyby Alphonse Decuir mógł przejść się po miasteczku, które sobie niegdyś wymarzył, zachwyciłby się widokiem swoich prapraprawnuczek. Sióstr o kremowej cerze, brązowych oczach, falujących włosach. Byłby urzeczony. Każde pokolenie znajdowało się o krok bliżej doskonałości. Cóż mogło być na tym świecie piękniejszego?
Bliźniaczki Vignes zniknęły 14 sierpnia 1954 roku, tuż po potańcówce z okazji Dnia Założyciela. Później wszyscy zgodzili się, że musiały zaplanować to z wyprzedzeniem. Stella, ta bystra, na pewno z rozmysłem wybrała moment, gdy mieszkańcy miasta byli zupełnie rozkojarzeni. Pijani słońcem po długim barbecue na rynku, gdzie Willie Lee, rzeźnik, wędził żeberka, mostki wołowe i ostre kiełbaski z pieprzem cayenne. Potem była jeszcze przemowa burmistrza Fontenota, a ojciec Cavanaugh błogosławił pokarmy, choć dzieciaki traciły cierpliwość i zaczynały ściągać z talerzy rozmodlonych rodziców kawałki chrupiącej skóry kurczaka. Przy muzyce na żywo świętowano do późnego popołudnia, a wieczór zakończył się potańcówką w szkolnej sali gimnastycznej. Później dorośli powlekli się do domów. W głowach szumiał im poncz na rumie od Trinity Thierry i wspomnienia młodości, przywołane przez kilka godzin spędzonych w budynku szkoły.
Jakiejkolwiek innej nocy Sal Delafosse mógłby wyjrzeć przez okno i zobaczyć dwie dziewczyny idące przed siebie w świetle księżyca. Adele Vignes usłyszałaby skrzypienie podłogi. Nawet Lou LeBon mógłby dojrzeć bliźniaczki przez zaparowane szyby, tuż przed zamknięciem knajpy. Jednak w Dzień Założyciela Śniadaniownia Lou została zamknięta wcześniej, zaś Sal, który poczuł się zaskakująco żwawo, postanowił własnoręcznie ukołysać żonę do snu. W pochrapywaniu Adele pobrzmiewał poncz na rumie, a ona sama śniła, że tańczy z mężem na zjeździe absolwentów. Nikt nie widział, jak bliźniaczki wymykają się z miasta. I o to im właśnie chodziło.
Dziewczyny pędziły pustą wiejską drogą, ściskając w dłoniach tylko dwie małe torby. Dyszały ciężko i wciąż zerkały za siebie, gdzie w każdej chwili mogły rozbłysnąć światła reflektorów. Pomysł wcale nie był Stelli. Ostatniego lata, które spędziły w Mallard, to Desiree zdecydowała, że uciekną właśnie po pikniku. Nie powinno to zresztą nikogo dziwić. Czy od lat nie powtarzała każdemu, kto chciał jej słuchać, że nie może się doczekać, aż opuści miasteczko? Mówiła o tym głównie Stelli, która znosiła wszystko cierpliwie, najwyraźniej przyzwyczajona do wysłuchiwania najróżniejszych głupot. Wyjazd z Mallard wydawał się Stelli równie nieprawdopodobny co lot do Chin. Technicznie rzecz biorąc, był możliwy, ale nie umiała sobie wyobrazić, że naprawdę to zrobi. Tymczasem Desiree od lat marzyła o życiu poza granicami ich rolniczej mieściny. Gdy razem z siostrą wybrała się do kina w Opelousas na Rzymskie wakacje, ledwie słyszała dialogi, bo obok nich na balkonie siedziały inne czarnoskóre dzieciaki, znudzone i rozwrzeszczane, które obrzucały popcornem siedzących niżej białych. A jednak napierała na balustradę, zahipnotyzowana, wyobrażając sobie, że szybuje nad chmurami w drodze do odległych miast takich jak Paryż czy Rzym. Nigdy nie była nawet w Nowym Orleanie, choć leżał tylko dwie godziny drogi od Mallard.
- W szerokim świecie czeka na was tylko dzicz - powtarzała zawsze matka, co oczywiście sprawiało, że Desiree tym bardziej chciała wyjechać.
Bliźniaczki znały pewną dziewczynę, Farrah Thibodeaux, która rok temu uciekła do wielkiego miasta. Wydawało się, że to nic trudnego. Skoro udało się Farrah, ledwie rok starszej od nich, to w czym problem? Desiree wyobrażała sobie, że ucieknie i zostanie aktorką. Dotychczas grała tylko w jednej sztuce - w Romeo i Julii, gdy była w dziewiątej klasie - ale to wystarczyło: kiedy stanęła na środku sceny, przez moment poczuła, że Mallard może jednak nie być najnudniejszym miasteczkiem w Ameryce. Koledzy i koleżanki zaczęli bić jej brawo, a Stella wycofała się w ciemność sali gimnastycznej, więc Desiree po raz pierwszy była tylko sobą. Nie bliźniaczką, nie połówką, nie częścią większej całości. Ale rok później straciła rolę Violi w Wieczorze trzech króli na rzecz córki burmistrza, po tym jak jej ojciec w ostatniej chwili złożył na rzecz szkoły hojny datek. Przez cały wieczór dąsała się na widowni, podczas gdy Mary Lou Fontenot machała do tłumu i słała wokół promienne uśmiechy. Na koniec obwieściła siostrze, że nie może się doczekać, aż opuści Mallard.
- Zawsze to powtarzasz - odparła Stella.
- Bo zawsze tak jest.
Ale nie było. Nie całkiem. Desiree nie czuła do Mallard nienawiści. Po prostu miała wrażenie, że ciasne miasteczko napiera na nią ze wszystkich stron. Przez całe życie łaziła po tych samych żwirowych drogach; wycinała swoje inicjały na spodach szkolnych ławek, przy których siedziała kiedyś jej matka - inicjały, które następnie miały wyczuć pod palcami jej dzieci. Wszystkie klasy ściśnięto razem w jednym budynku, tak że nawet przejście do szkoły średniej nie zdawało się krokiem naprzód, a jedynie na drugą stronę korytarza. Może zdołałaby wszystko to znieść, gdyby nie wszechobecna obsesja na punkcie jasności skóry. Syl Guillory i Jack Richard bezustannie sprzeczali się u fryzjera, która z ich żon jest bledsza; matka Desiree wrzeszczała na nią, że ma nosić kapelusz; w miasteczku mnożyły się kretyńskie przesądy, jak choćby ten, że jeśli kobieta pije w ciąży kawę i je czekoladę, jej dziecko może urodzić się ciemne. Ojciec Desiree miał tak jasną cerę, że w zimne poranki była w stanie zobaczyć błękit żył na wewnętrznej stronie jego ramion. Kiedy przyszli po niego biali, okazało się jednak, że nie ma to żadnego znaczenia. Więc czemu ona miałaby się tym wszystkim przejmować?
Ledwie pamiętała ojca. Przerażał ją ten fakt, ale tak było. Życie sprzed jego śmierci wydawało jej się równie nierealne co zasłyszana opowieść. Matka nie wstawała wtedy o świcie, żeby jeździć autobusami do domów białych ludzi, i nie zgarniała w weekendy dodatkowego prania, które rozwieszała na przecinających salon sznurach do bielizny. Bliźniaczki uwielbiały chować się wśród kołder i prześcieradeł, póki do Desiree nie dotarło, że to upokarzające: zawsze mieć w domu pełno cudzych brudów.
- Gdyby naprawdę tak było, coś byś w tej sprawie zrobiła - powiedziała Stella.
Zawsze podchodziła do wszystkiego praktycznie. W każdą niedzielę wieczorem prasowała ubrania na cały tydzień, w przeciwieństwie do Desiree, która co rano w panice szukała czystej sukienki i jednocześnie kończyła pracę domową spisaną na pomiętych kartkach wciśniętych na samo dno tornistra. Stella lubiła się uczyć. Już w przedszkolu zaczęła dostawać najwyższe stopnie z arytmetyki. Kiedy była w drugiej klasie szkoły średniej, pani Belton kilka razy pozwoliła jej nawet prowadzić lekcje dla młodszych uczniów. Pożyczyła Stelli stary zaczytany podręcznik do rachunku różniczkowego, z którego sama korzystała, gdy uczyła się w Spelman College. Przez wiele tygodni Stella leżała w łóżku i odcyfrowywała skulone między nawiasami dziwne symbole i długie szeregi liczb. Pewnego razu Desiree też przekartkowała podręcznik, ale równania wyglądały w jej oczach jak nieznany, starożytny język, a Stella niemal natychmiast wyrwała jej książkę, jakby Desiree mogła sprofanować ją samym swym spojrzeniem.
Stella pragnęła zostać nauczycielką i uczyć w szkole średniej w Mallard. Tymczasem za każdym razem, gdy Desiree wyobrażała sobie swoją własną przyszłość w mieście - korowód dni o niezmiennym rytmie - czuła nagły ucisk w gardle. Dlatego wciąż wspominała o wyjeździe, jednak Stella nigdy nie chciała o tym rozmawiać.
- Nie możemy zostawić mamy - powtarzała, a Desiree milkła, przywołana do porządku. Nie trzeba było dodawać, że ich matka straciła już w życiu wystarczająco wiele.
Ostatniego dnia nauki w dziesiątej klasie Adele wróciła z pracy i obwieściła bliźniaczkom, że następnej jesieni nie wrócą do szkoły. Ostrożnie opadła na kanapę, żeby dać odpocząć stopom, i powiedziała córkom, że uczyły się już wystarczająco długo. Że muszą zacząć pracować. Miały wtedy po szesnaście lat. Odebrało im mowę, choć Stella powinna była może zauważyć, że wezwania do zapłaty rachunków pojawiały się ostatnio coraz częściej, a Desiree pomyśleć, czemu matka już dwa razy wysyłała ją do sklepu Fontenota z prośbą, żeby dalej mogły kupować na krechę. Ale teraz gapiły się na siebie w milczeniu, podczas gdy ich matka rozwiązywała sznurowadła. Stella wyglądała, jakby dostała cios w brzuch.
- Mogę jednocześnie i pracować, i chodzić do szkoły - powiedziała. - Znajdę jakiś sposób...
- Nie możesz, skarbie - odparła matka. - Musisz być dostępna za dnia. Wiesz, że nie podjęłabym tej decyzji, gdybym nie musiała.
- Wiem, ale...
- Przecież Nancy Belton poleciła ci prowadzić lekcje. Czego jeszcze mogłabyś się tam nauczyć?
Pracę znalazła im już wcześniej - miały sprzątać dom w Opelousas. Zaczynały następnego dnia z samego rana. Desiree nienawidziła pomagać matce przy sprzątaniu domów. Musiała zatapiać ręce w brudnej wodzie w zlewie i garbić się nad mopem ze świadomością, że jej palce też staną się kiedyś grube i sękate od szorowania ubrań białych pracodawców. Ale przynajmniej oznaczało to koniec klasówek i kucia na pamięć, koniec wysłuchiwania wykładów, na których chciało jej się płakać z nudów. Była już dorosła. Nareszcie mogła zacząć żyć.
Bliźniaczki wzięły się za szykowanie kolacji, ale Stella wciąż była przybita i milcząca.
- Myślałam... - zaczęła. - Po prostu myślałam, że...
Pragnęła pójść na studia i była pewna, że dostałaby się do Spelman College, na Harvard czy gdziekolwiek, gdzie zdecydowałaby się aplikować. Myśl, że Stella miałaby wyjechać do Atlanty czy Waszyngtonu bez niej, od zawsze przerażała Desiree. Teraz poczuła odrobinę ulgi: Stella nie mogła zostawić jej samej. A jednak przykro jej było patrzeć na smutek siostry.
- Wciąż możesz pójść na studia - powiedziała. - Tyle że później.
- Jak? Najpierw trzeba skończyć szkołę średnią.
- No, z tym też sobie poradzisz. Zajęcia wieczorowe czy coś. Ani się obejrzysz, a będzie po wszystkim. Jestem tego pewna.
Stella znów zamilkła. Bez słowa kroiła marchewki na potrawkę. Wiedziała, że sytuacja matki jest rozpaczliwa, więc nie zamierzała kwestionować jej decyzji. Ale ręce drżały jej z nerwów, aż w końcu zacięła się w palec.
- Cholera! - Jej głośny szept wystraszył stojącą tuż obok Desiree.
Stella prawie nigdy nie przeklinała, szczególnie w obecności matki. Upuściła nóż, a z palca wskazującego pociekła jej cienka strużka krwi. Desiree bez chwili namysłu chwyciła zraniony palec i wcisnęła go sobie do ust, tak jak zawsze robiła, gdy były dziećmi, a Stella nie chciała przestać płakać. Wiedziała, że są już na to zbyt dorosłe, ale i tak trzymała palec siostry w ustach, czując na języku metaliczny posmak. Stella obserwowała to w milczeniu. Nie płakała, choć oczy miała wilgotne.
- Ohyda - powiedziała, ale nie cofnęła ręki.
Przez całe lato bliźniaczki jeździły porannym autobusem do Opelousas, gdzie szły do ogromnego białego domu ukrytego za żelazną bramą o słupach zdobionych lwami z marmuru. Lwy były tak przerysowane i absurdalne, że Desiree parsknęła śmiechem, gdy zobaczyła je po raz pierwszy, ale Stella zmierzyła je uważnie wzrokiem, jakby bała się, że w każdej chwili mogą ożyć i rozedrzeć ją na strzępy. Desiree nie miała wątpliwości, że matka wyśle je do jakiejś bogatej białej rodziny. Dom przerósł jednak jej oczekiwania. Sufity były tak wysokie, że musiała wspinać się na szczyt drabiny, żeby zetrzeć kurz z diamentowego żyrandola. Gdy wycierała balustradę strzelistych kręconych schodów, miała zawroty głowy. Gdy myła podłogi w ogromnej kuchni, mijała urządzenia tak futurystyczne i nowoczesne, że nie miała pojęcia, jak ich użyć.
Czasem traciła Stellę z oczu i musiała szukać jej w labiryncie pokoi. Nie wołała jej po imieniu z obawy, że głos odbije się echem od sufitów i ścian. Pewnego razu zastała siostrę, gdy ta polerowała komodę w sypialni, wpatrzona w lusterko kosmetyczne otoczone przez maleńkie buteleczki balsamów i emulsji. Miała tęskny wyraz twarzy i wyglądała, jakby chciała usadowić się na luksusowej ławeczce i natrzeć skórę pachnącym kremem niczym Audrey Hepburn. Pozachwycać się sobą, udając, że żyje w świecie, w którym tak właśnie postępują kobiety. Ale potem dostrzegła w lustrze odbicie Desiree i odwróciła wzrok, niemal zawstydzona, że miała czelność snuć jakiekolwiek marzenia.
Dom należał do państwa Dupontów. Pani Dupont miała puszyste blond włosy i całymi popołudniami siedziała na kanapie, znudzona i ospała. Jej mąż pracował w St. Landry Bank & Trust. Mieli dwóch synów, którzy wciąż przepychali się przed ekranem kolorowego telewizora - Desiree nigdy wcześniej takiego nie widziała, więc z zachwytem wpatrywała się w wypełniającą ekran zieloną trawę - oraz łysego bobasa, którego nieustannie męczyły kolki. Pani Dupont zawsze zdawała się wykończona, choć nigdy nic nie robiła. Pierwszego dnia przyjrzała im się uważnie, po czym powiedziała do męża nieobecnym głosem:
- Piękne dziewczęta. Bardzo blade, prawda?
Pan Dupont skinął tylko głową. Był niezdarnym, sztywnym mężczyzną o paciorkowatych oczach, które błyskały zza okularów grubych jak denka od butelek. Za każdym razem, gdy mijał Desiree, odchylał głowę w tył, jakby próbował rozwikłać nurtującą go zagadkę.
- Którą z bliźniaczek właściwie jesteś? - pytał.
- Stellą - odpowiadała czasem dla żartu. Zawsze świetnie kłamała. Kłamstwo od gry aktorskiej różniło tylko jedno: że widownia była go nieświadoma. Jedno i drugie stanowiło formę sztuki. Stella nigdy nie chciała zamieniać się z siostrą miejscami. Była pewna, że ktoś przyłapie je na kłamstwie, a kłamstwo - tak samo jak aktorstwo - wymagało pełnego poświęcenia. Desiree przez lata uważnie obserwowała Stellę. Wiedziała, jakim gestem jej siostra skubie rąbek spódnicy, jak zakłada włosy za ucho i jak unosi niepewny wzrok, zanim się z kimś przywita. Potrafiła stać się jej lustrzanym odbiciem, naśladować jej głos, wcielić się w nią w swoim własnym ciele. Czuła dumę, że potrafi udawać Stellę, podczas gdy Stella nigdy nie zdołałaby udawać jej.
Przez całe lato bliźniaczki pozostawały niewidoczne. Nie spacerowały wzdłuż Partridge Road, nie siadały na kanapach pod ścianą w jadłodajni Lou, nie chodziły na boisko z innymi dziewczynami, żeby popatrzeć, jak chłopaki grają w futbol. Każdego ranka znikały w domu Dupontów, a wychodziły z niego dopiero wieczorem - na spuchniętych stopach i skrajnie wycieńczone. W drodze do domu Desiree jechała z głową opartą o szybę. Zbliżał się koniec lata. Nie mogła znieść myśli, że nadchodzącą jesień spędzi, szorując kafelki w łazienkach, podczas gdy jej przyjaciółki będą szeptać w stołówce i planować potańcówki na zjazdach absolwentów. Czy właśnie tak miało wyglądać od tej pory jej życie? Czy miała na dobre utknąć w domu, który pochłaniał ją w całości, gdy przekraczała próg?
Wiedziała, że istnieje z tej sytuacji tylko jedno wyjście. Wiedziała to od zawsze, ale w sierpniu myśl o Nowym Orleanie nie opuszczała jej już ani na moment. Rankiem w Dniu Założyciela, przerażona myślą, że wkrótce będzie musiała wrócić do Dupontów, sięgnęła przez łóżko, szturchnęła Stellę ręką i powiedziała:
- Chodźmy.
Stella jęknęła i przewróciła się na drugi bok. Nogi miała zaplątane w kołdrę i prześcieradło. Zawsze rzucała się przez sen, męczona koszmarami, o których nie chciała rozmawiać.
- Dokąd? - zapytała.
- Doskonale wiesz. Nie chcę znów o tym gadać, po prostu chodźmy.
Miała wrażenie, że widzi przed sobą drzwi na wolność, które znikną na zawsze, jeśli tylko zacznie zwlekać. Nie mogła jednak ruszyć bez Stelli. Nigdy nie chodziła nigdzie sama i nie była nawet pewna, czy przeżyłaby rozłąkę.
- Idziemy - powiedziała. - Chyba że wolisz już zawsze sprzątać po Dupontach.
Nigdy nie dowiedziała się, co przeważyło szalę. Może Stella też była znudzona ich pracą. Możliwe, że - jak to ona - podeszła do sprawy praktycznie i uznała, że w Nowym Orleanie może zarobić więcej pieniędzy, które prześle do domu i w ten sposób pomoże mamie. A może też dostrzegła, że drzwi na wolność zaczynają znikać, i pojęła, że wszystko, czego pragnie, leży poza granicami Mallard. Kogo zresztą obchodzi, czemu zmieniła zdanie? Liczyło się tylko, że w końcu powiedziała:
- Dobra.
Przez całe popołudnie bliźniaczki kręciły się po pikniku zorganizowanym z okazji Dnia Założyciela. Sekret ciążył Desiree tak bardzo, że bała się, iż w końcu ją rozsadzi. Ale Stella wyglądała na spokojną jak zwykle. Tylko jej jednej Desiree wyjawiała wszystkie swoje tajemnice. Stella wiedziała o zawalonych klasówkach, o ocenach, których siostra nie pokazywała matce, o podrobionych podpisach. Wiedziała o drobiazgach, które ukradła ze sklepu Fontenota - o szmince, kilku guzikach i srebrnej spince do mankietu. Desiree zabrała je zresztą tylko dlatego, że nadarzyła się okazja. I dlatego, że kiedy obok niej przefruwała później córka burmistrza, lubiła myśleć, że przywłaszczyła sobie jej własność. Wysłuchawszy wyznań siostry, Stella czasem wyrażała oburzenie, ale nigdy jej nie wsypała, a to było najważniejsze. Zwierzając się, Desiree miała wrażenie, że szepcze do słoika i natychmiast zakręca wieczko, tak że nic nie wydostawało się na zewnątrz. Nie miała jednak pojęcia, że Stella może skrywać swoje własne tajemnice.
Kiedy bliźniaczki Vignes opuściły Mallard, rzeka wylała, tak że wszystkie drogi zmieniły się w bagniska. Gdyby zwlekały choćby jeden dzień dłużej, burza spłukałby je z powrotem do domu - strumieniem deszczu lub falą błota. Dowlekłyby się najwyżej do połowy Partridge Road, a potem uznały, że mają dość. Nie były przesadnie twarde. Nie dałyby rady pokonać ponad siedmiu kilometrów błotnistą, wiejską drogą. Wróciłyby do domu, przemoczone do suchej nitki, i zasnęły w swoim łóżku. Desiree przyznałaby, że zadziałała impulsywnie, a Stella - że z poczucia lojalności. A jednak tamtej nocy nie padało. Gdy ruszyły, nie oglądając się za siebie, miały nad głowami bezchmurne niebo.
W dniu, gdy Desiree wróciła, niemal zgubiła się w drodze do domu matki, a być niemal zgubioną to gorzej niż zgubić się całkiem: nie potrafiła stwierdzić, który fragment trasy rzeczywiście pamięta. Partridge Road wsuwała się między drzewa i co dalej? Po dotarciu nad rzekę powinna skręcić, ale w którą stronę? Miasto, do którego wraca się po latach, zawsze wygląda inaczej - niczym dom, w którym wszystkie meble poprzesuwano o kilka centymetrów. Nie sposób pomylić go z mieszkaniem nieznajomego, ale bardzo łatwo zahaczyć udem o kant stołu. Desiree przystanęła przed wejściem do lasu, przytłoczona ogromem sosen, które ciągnęły się w nieskończoność. Omiatała wzrokiem okolicę, usiłując się zorientować, i skubała zawiniętą na szyi apaszkę. Przez zwiewny niebieski materiał niemal nie było widać sińca.
- Mamo? - spytała Jude. - Jesteśmy prawie na miejscu?
Patrzyła w górę, wbijając w Desiree swoje wielkie okrągłe oczy. Przez chwilę wyglądała tak podobnie do Sama, że Desiree musiała odwrócić wzrok.
- Tak. Już prawie.
- Ile jeszcze?
- Kawałeczek, kochanie. Trzeba przejść przez las. Mama po prostu musi się zastanowić.
Zaczęła rozważać powrót do domu zaraz po tym, gdy Sam uderzył ją po raz pierwszy. Byli już trzy lata po ślubie, ale Desiree miała wrażenie, że ich miesiąc miodowy nadal się nie skończył. Wciąż czuła dreszcz, gdy Sam zlizywał jej lukier z palców lub całował w szyję, gdy wydymała wargi, żeby się umalować. Powoli zaczęła przyzwyczajać się do myśli, że Waszyngton może stać się dla niej prawdziwym domem - miejscem, gdzie spędzi resztę życia bez Stelli. A potem, pewnej zimowej nocy przed sześcioma laty, zapomniała przyszyć Samowi guzik do koszuli, a kiedy jej o tym przypomniał, odparła, że jest zbyt zajęta kolacją i że będzie musiał zrobić to sam. Była zmęczona po pracy. Musiało być późno, bo z salonu dochodziły do niej dźwięki programu The Ed Sullivan Show, w którym Diahann Carroll śpiewała piosenkę It Had to Be You. Desiree wrzuciła kurczaka na patelnię, a kiedy się odwróciła, dłoń Sama trafiła ją prosto w usta. Miała dwadzieścia cztery lata. Nikt nigdy jej dotąd nie spoliczkował.
- Odejdź od niego - poradziła przez telefon Roberta, jej koleżanka. - Jeśli zostaniesz, uzna, że uszło mu płazem.
- To nie takie proste - powiedziała Desiree. Zerknęła w stronę pokoju dziecka i dotknęła dłonią spuchniętych warg. Nagle przed oczyma stanęła jej twarz Stelli - identyczna co jej, tyle że pozbawiona siniaków.
- Czemu? - spytała Roberta. - Bo go kochasz? A on kocha ciebie tak bardzo, że niemal zerwał ci głowę z ramion?
- Nie było aż tak źle - odparła.
- Zamierzasz czekać, aż zrobi się gorzej?
Gdy wreszcie zdecydowała się odejść od męża, nie miała jak skontaktować się ze Stellą. Nie znała nawet jej adresu. Nie rozmawiały, odkąd Stella postanowiła udawać białą. A jednak, gdy przemykała przez dworzec Union Station z uczepioną jej ramienia zdezorientowaną córką, pragnęła jedynie usłyszeć głos siostry w słuchawce telefonu. Kilka godzin wcześniej, podczas kolejnej kłótni, Sam chwycił ją za gardło i podsunął do twarzy lufę pistoletu. Widziała jego oczy równie wyraźnie co przed pierwszym pocałunkiem. Zrozumiała, że kiedyś ją zabije. Wciąż była tego pewna, gdy ją puścił i pozwolił, żeby upadła na podłogę, gdzie z trudem złapała oddech. Tamtej nocy udała, że zasypia u jego boku, po czym po raz drugi w życiu spakowała w ciemności torbę podróżną. Na stacji kolejowej podbiegła do kasy i kupiła bilety za pieniądze, które ukradła Samowi z portfela. Mocno ściskała dłoń córki i oddychała tak ciężko, że bolał ją brzuch.
"Co teraz?", spytała w myślach Stellę. "Dokąd mam jechać?"
Ale Stella, rzecz jasna, nie odpowiedziała. Zresztą cel mógł być przecież tylko jeden.
- Ile jeszcze? - spytała Jude.
- Jeszcze troszkę, skarbie. Już prawie jesteśmy.
Prawie w domu. Ale co to właściwie znaczyło? Jej matka mogła przecież wyrzucić ją, zanim zdążyłaby wspiąć się po schodkach na ganek. Mogła zerknąć na Jude i natychmiast posłać je obie do diabła. Jasne, że facet o czarnej skórze cię bił. Czego się spodziewałaś? Małżeństwo z przekory nie miało szans przetrwać. Desiree pochyliła się, żeby podnieść córkę, i podciągnęła ją sobie na biodro. Szła teraz zupełnie bezmyślnie, skupiona tylko na ruchu. Powrót do Mallard mógł być błędem. Może powinna była się udać gdzieś indziej, zacząć od zera. Ale było już za późno na żale i wątpliwości. Usłyszała szum rzeki. Ruszyła w tamtą stronę, czując na szyi ciężar córki. Miała pewność, że rzeka ją poprowadzi. Że gdy tylko stanie na jej brzegu, przypomni sobie, dokąd iść.
W Waszyngtonie Desiree Vignes nauczyła się analizować odciski palców.
Nie miała pojęcia, że taka umiejętność w ogóle istnieje, aż do chwili, gdy wiosną 1956 roku, idąc nowoorleańską Canal Street, zobaczyła na oknie piekarni ogłoszenie, że rząd federalny szuka pracowników. Przystanęła w drzwiach i przyjrzała się ulotce. Stella porzuciła ją pół roku wcześniej. Czas kapał naprzód kropla za kroplą. Brzmi to dziwnie, ale chwilami zupełnie zapominała, że jest sama. Słyszała w tramwaju zabawny żart albo spotykała dawnych znajomych i odwracała się, żeby powiedzieć o tym Stelli, "Ej, czy pamiętasz...", po czym orientowała się, że przecież jej nie ma. Że po raz pierwszy w życiu zostawiła Desiree całkowicie samą.
A jednak, nawet po sześciu miesiącach rozłąki Desiree wciąż nie straciła nadziei. Wierzyła, że Stella zadzwoni. Że przyśle list. Każdego wieczoru skrzynka okazywała się jednak pusta, a telefon milczał. Stella nie zamierzała wrócić. Wyjechała, żeby zbudować nowe życie bez Desiree, a Desiree fatalnie czuła się w mieście, w którym ją porzucono. Spisała więc numer z żółtej ulotki, którą zobaczyła na szybie piekarni, a kiedy tylko wyszła z pracy, ruszyła do centrum rekrutacji.
Siedzącą tam urzędniczkę, która nie spodziewała się znaleźć w całym mieście choćby jednej osoby o właściwym usposobieniu, zaskoczyło pojawienie się schludnej młodej kobiety. Zerknęła na aplikację i zatrzymała wzrok na zaznaczonym okienku "kolorowa". Potem postukała piórem w pole "miasto rodzinne".
- Mallard - przeczytała. - Nigdy o nim nie słyszałam.
- To mała mieścina - odparła Desiree. - Leży na północ stąd.
- Pan Hoover lubi małe miasteczka. Mówi, że pochodzą stamtąd najlepsi ludzie.
- Cóż - odparła Desiree. - Trudno o miasteczko mniejsze niż Mallard.
Podczas pobytu w Waszyngtonie starała się głęboko pogrzebać swój żal. Wynajęła pokój od Roberty Thomas, innej czarnoskórej pracowniczki departamentu zajmującego się odciskami palców. Na dobrą sprawę była to raczej piwnica niż pokój - ciemna i pozbawiona okien, ale czysta i, przede wszystkim, tania.
- Nie robi wrażenia - ostrzegła ją Roberta, gdy tylko zaczęła pracę. - Ale jeśli naprawdę potrzebujesz dla siebie miejsca...
Złożyła tę ofertę ostrożnie, jakby miała nadzieję, że Desiree odmówi. Miała trójkę dzieci i zawsze była wykończona, a Desiree wyglądała jak ktoś, kim trzeba się zaopiekować. Zlitowała się jednak nad osiemnastolatką, która została całkiem sama w nowym mieście, więc ostatecznie stanęło na piwnicy: było w niej pojedyncze łóżko, toaletka i kaloryfer, którego miarowe postukiwanie każdej nocy kołysało dziewczynę do snu. Desiree postanowiła, że zaczyna nowy rozdział, ale coraz częściej myślała o Stelli: o tym, co siostra powiedziałaby o stolicy. Opuściła Nowy Orlean, żeby uciec przed jej wspomnieniem, ale i tak zawsze przed zaśnięciem przekręcała się na bok i wyciągała rękę, jakby miała nadzieję, że dotknie jej ramienia.
W Federalnym Biurze Śledczym uczyła się o łukach, pętlach i wirach. Uczyła się odróżniać pętle promieniowe, skierowane w stronę kciuka, od łokciowych - w stronę małego palca. Pętlice otaczające owal od podwójnych pętlic spiralnych. Palce młode od starych, których opuszki zdążyły wytrzeć się z wiekiem. Potrafiła zidentyfikować daną osobę spośród milionów innych, badając jedną konkretną linię papilarną: jej zarys, grubość i kształt, występujące na niej pory oraz bruzdy zgięciowe i to, w których miejscach była przerywana. Na biurku co rano znajdywała odciski palców pobrane z ukradzionych samochodów, łusek po pociskach, wybitych okien, klamek i rękojeści noży. Przetwarzała odciski uczestników antywojennych protestów i identyfikowała zwłoki żołnierzy, które wracały do kraju chłodzone suchym lodem. Badała właśnie odciski palców pobrane z kradzionego pistoletu, gdy po raz pierwszy jej biurko minął Sam Winston. Miał krawat w kolorze lawendy i pasującą do niego chusteczkę, a Desiree zaszokowało, że czarny jak noc mężczyzna odważył się wybrać tak jaskrawe dodatki. Później, kiedy zobaczyła, jak je lunch wśród innych prawników, odwróciła się do Roberty.
- Kolorowi mogą być prokuratorami? Nie wiedziałam.
- Jasne, że tak - parsknęła tamta. - Nie jesteś już na swoim rodzinnym zadupiu.
Roberta nigdy wcześniej nie słyszała o Mallard. Nikt spoza parafii St. Landry o nim nie słyszał. Kiedy Desiree opowiedziała o swoim mieście Samowi, ledwie potrafił je sobie wyobrazić.
- Wygłupiasz się - stwierdził. - Całe miasteczko ludzi tak bladych jak ty?
Pewnego popołudnia nachylił się nad ścianką jej boksu i zaprosił ją na lunch, po tym jak spytał o wyniki badań zestawu odcisków palców. Później przyznał się, że sprawa wcale nie była pilna i że po prostu szukał powodu, żeby się przedstawić. A teraz siedzieli razem w Narodowym Arboretum i obserwowali kaczki sunące po tafli stawu.
- Jeszcze bledszych - odparła, myśląc o pani Fontenot, która zawsze chwaliła się, że jej dzieci są koloru zsiadłego mleka.
Sam parsknął śmiechem.
- Musisz mnie tam kiedyś zabrać - powiedział. - Chciałbym zobaczyć twoje blade miasteczko na własne oczy.
Tylko z nią flirtował. Urodził się w Ohio i nigdy nie był na południe od Wirginii. Jego matka chciała wysłać go na studia do męskiego college'u w Morehouse, ale odmówił. Studiował w Ohio, w "stanie kasztanowca", zanim jeszcze zniesiono segregację rasową w tamtejszych akademikach. Uczestniczył w zajęciach, podczas których biali profesorowie ignorowali jego pytania. Każdej zimy zeskrobywał z przedniej szyby śnieg zażółcony od moczu. Umawiał się z dziewczynami o jasnej cerze, które nie chciały chodzić z nim za rękę w miejscach publicznych. Dobrze poznał północną odmianę rasizmu. Z południową wolał nie mieć nic wspólnego. Uważał, że jego rodzice nie bez powodu stamtąd uciekli. Czemu miałby wątpić w słuszność ich decyzji? Lubił żartować, że gdyby wpadł w łapy południowych wsioków, nigdy by już nie wrócił. Jego wizyta skończyłaby się na polu bawełny.
- Nie polubiłbyś Mallard - powiedziała Desiree.
- Dlaczego?
- Bo nie. To miasto dziwaków. Są szajbnięci na punkcie odcieni skóry. Dlatego wyjechałam.
Nie była to do końca prawda, ale Desiree chciała całkiem odciąć się w oczach Sama od swojej rodzinnej miejscowości. Chciała, żeby uwierzył w cokolwiek, byle nie w prawdę: że była po prostu młoda i znudzona i że zaciągnęła siostrę do miasta, w którym całkiem się zgubiła. Sam zamyślił się i przez chwilę nic nie mówił. Potem podsunął jej torebkę z okruszkami chleba. Od jakiegoś czasu odrywał fragmenty skórki ze swojej kanapki, żeby karmić kaczki. Za takie właśnie drobne przejawy szarmanckości miała go później pokochać. Uśmiechnęła się i wsunęła dłoń do torebki.
Powiedziała mu, że jeszcze nigdy nie była z mężczyzną takim jak on, choć w rzeczywistości nie była jeszcze nigdy z żadnym mężczyzną. Zaskakiwała ją więc i zachwycała każda drobnostka: Sam prowadzał ją do restauracji, gdzie obrusy były białe, a sztućce piękne i zdobione, zapraszał do teatru, niespodziewanie prezentował bilety na Ellę Fitzgerald. Kiedy pierwszy raz zabrał ją do domu, z zachwytem zwiedziła jego kawalerkę. Zaskoczyła ją równo złożona pościel, dobrana kolorystycznie garderoba, wielkie, przestronne łóżko. Gdy wróciła potem do piwnicy u Roberty, niemal się rozpłakała.
Nigdy później nie sugerował już, że chciałby wraz z nią odwiedzić jej rodzinne miasteczko. A ona nigdy go o to nie prosiła. Od początku mówiła, że nienawidzi Mallard.
- Nie wierzę ci - stwierdził pewnego razu, gdy leżeli w jego łóżku, zasłuchani w deszcz.
- W co tu wierzyć? Powiedziałam, co czuję.
- Wszyscy czarni kochają miejsca, z których pochodzą - odparł. - Choć zawsze pochodzimy z najgorszych dziur. Tylko biali mają prawo nienawidzić swoich domów.
Wychował się na osiedlu socjalnym w Cleveland i kochał to miasto gwałtowną miłością kogoś, kto nie miał w życiu zbyt wiele do kochania. Tymczasem Desiree dostała od losu tylko miasteczko, z którego od zawsze pragnęła uciec, i matkę, która jednoznacznie dała jej do zrozumienia, że po powrocie nie byłaby mile widziana. Nie mówiła jeszcze Samowi o Stelli - uznała, że to kolejny aspekt Mallard, którego by nie zrozumiał. A jednak, gdy krople deszczu tłukły o metalowe schody pożarowe, odwróciła się w jego stronę i powiedziała, że miała siostrę bliźniaczkę, która postanowiła stać się kimś zupełnie innym.
- W końcu znudzi ją ciągłe udawanie - odparł. - Poczuje, że zrobiła z siebie idiotkę, i przybiegnie z powrotem. Tak obstawiam. Jesteś zbyt urocza, żeby cię porzucić.
Pocałował ją w czoło, a ona przytuliła się mocniej, tak że jego serce zabiło jej prosto do ucha. Działo się to wszystko na samym początku. Zanim jego dłonie zacisnęły się w pięści, zanim powiedział jej, że jest "zarozumiałą, pożółkłą suką" i "wariatką taką samą jak siostra" albo że "zgrywa białą". Wcześniej. Kiedy powoli zaczynała mu ufać.
Wiele lat później winę za słabnący wzrok zrzuciła na długie lata spędzone nad kartkami pełnymi odcisków palców, na których oznaczała pojedyncze linie papilarne. Roberta powiedziała jej kiedyś, że badaniem odcisków wkrótce zaczną zajmować się maszyny. Że w Japonii trwają już testy nowej technologii. Czy mogła jednak istnieć maszyna zdolna analizować płaskorzeźbę naskórka lepiej od wprawnego oka? Desiree dostrzegała detale, które umykały większości ludzi. Potrafiła odczytać z linii papilarnych danej osoby całą historię jej życia. Podczas szkolenia trenowała na własnych opuszkach, badając ich skomplikowany, absolutnie niepowtarzalny wzór. Stella miała bliznę na lewym palcu wskazującym, po tym jak zacięła się nożem. Była to jedna z wielu dzielących je różnic.
Tożsamość wyrażała się czasem w absolutnych drobnostkach.
Adele Vignes żyła w małym, wąskim, białym domku tuż pod lasem. W domu, który wzniósł założyciel miasta i w którym zamieszkiwały kolejne pokolenia rodziny Decuirów. Kiedy Adele była świeżo po ślubie, jej nowy mąż, Leon Vignes, zwiedził wnętrze, uważnie oglądając przy tym zabytkowe meble. Był konserwatorem, ale pragnął zostać stolarzem. Sunął palcem po smukłych nogach stołowych i rozkoszował się kunsztem, z jakim je wykonano. Nigdy nie spodziewał się, że przyjdzie mu żyć w domu tak pełnym historii, ale też nie podejrzewał przecież, że znajdzie żonę wśród Decuirów. Dziewczynę z prawdziwym dziedzictwem w posagu. Znał dobrze historię swojej rodziny i wiedział, że pochodzi z długiej linii francuskich plantatorów wina, którzy mieli nadzieję założyć winnicę w Nowym Świecie, zanim zorientowali się, że w Luizjanie było za gorąco i duszno dla winogron, i zamiast tego postawili na trzcinę cukrową. Wielkie plany zmiażdżone przez rzeczywistość - oto, co dostał w spadku po przodkach. Jego rodzice wyznaczyli sobie już znacznie rozsądniejsze cele: prowadzili knajpę Wredny Kozioł, lokal z nielegalnym alkoholem położony na obrzeżach Mallard. Co bardziej pobożni mieszkańcy miasteczka uważali, że późniejsze tragedie stanowiły karę za tę przestępczą działalność. Żaden z czterech braci Vignes nie dożył swoich trzydziestych urodzin. Leon, największe chucherko wśród nich, umarł pierwszy.
Dom nosił ślady upływu czasu, ale jakimś cudem wyglądał dokładnie tak, jak pamiętała go Desiree. Wyszła na polanę, mocniej objęła córkę i ruszyła dalej, z każdym krokiem czując w ramionach ukłucie bólu. Mosiężne kolumny, dach barwy morskiej zieleni, wąski ganek. Jej matka siedziała na bujanym fotelu. Łamała strączki fasolki szparagowej i rzucała je do misy z wodą. Wciąż była szczupła, rozpuszczone włosy płynęły jej po plecach, miała lekko posiwiałą skroń. Desiree przystanęła. Wyraźnie czuła ciężar obejmującej ją za szyję córki. Lata nieobecności stawiały opór, próbowały zepchnąć ją z powrotem między drzewa.
- Zastanawiałam się, kiedy wreszcie dotrzecie. Lou zadzwonił, że was widział, wiesz? - Matka mówiła do niej, ale wzrok miała wbity w dziecko. - Trochę za duża, żeby ją nosić.
Desiree nareszcie postawiła córkę na ziemi. Bolały ją plecy, ale ból był czymś znajomym. Wzmagał czujność i rozbudzał, co było lepsze od odrętwienia, które czuła podczas podróży pociągiem. Choć się przemieszczała, wciąż miała poczucie, że jest w pułapce. Teraz delikatnie pchnęła córkę naprzód.
- Idź dać Buni całusa - powiedziała. - No już, wszystko w porządku.
Jude przytuliła jej się do nóg, zbyt zawstydzona, żeby ruszyć, ale Desiree znów ją wypchnęła, więc w końcu posłusznie wspięła się po schodach. Po chwili wahania objęła babcię ramieniem. Adele odgięła głowę, żeby się jej przyjrzeć. Dotknęła palcami częściowo rozplecionych warkoczyków.
- Idźcie się opłukać - powiedziała. - Pachniecie podróżą.
Desiree uklękła na spękanych kafelkach w łazience, żeby umyć córkę w wannie na metalowych nóżkach. Gdy sprawdzała dłonią temperaturę wody, przez moment wydało jej się, że śni. Górny róg lustra był ściemniały, żłobiona umywalka nadtłuczona, a drewniane deski podłogowe skrzypiały w miejscach, które nauczyła się omijać, gdy wieczorami wymykała się z domu. Matka łamała fasolki na ganku, jakby tego ranka nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. A przecież nie zamieniły ze sobą ani słowa od zniknięcia Stelli. Desiree zadzwoniła wtedy do domu, przełykając łzy, a jej matka odparła: "To twoja wina". Co mogła odpowiedzieć? Przecież sama namówiła Stellę do wspólnej ucieczki z domu. I co na tym zyskała? Siostrę, która zdecydowała, że woli udawać białą, oraz matkę, która obwiniała ją o wszystko, bo Stelli nie mogła już obwiniać o nic.
Przeszła do kuchni i opadła na krzesło. Dopiero po chwili zorientowała się, że zajęła swoje zwyczajowe miejsce. Krzesło Stelli stało obok, puste. Matka krzątała się przy kuchence. Desiree przez dłuższą chwilę wbijała wzrok w jej sztywne plecy.
- A więc tym się właśnie zajmowałaś - powiedziała matka.
- Co masz na myśli?
- Przecież wiesz. - Matka odwróciła się do niej z oczyma pełnymi łez. - Naprawdę aż tak nas nienawidzisz?
Desiree odepchnęła się od stołu.
- Wiedziałam, że nie powinnam była wracać...
- Usiądź.
- Jeśli nie masz mi nic więcej do powiedzenia...
- Czego się spodziewałaś? Przyjeżdżasz Bóg wie skąd, ciągnąc ze sobą dziecko, które w ogóle nie wygląda jak ty...
- Pójdziemy już - powiedziała Desiree. - Możesz być na mnie zła, jeśli tylko chcesz, ale nie obrażaj mojej córki.
- Powiedziałam: usiądź - powtórzyła ciszej matka. Postawiła na stole talerz z kwadratowym bochenkiem żółtego chleba kukurydzianego. - Jestem po prostu zaskoczona. Nie mam do tego prawa?
Desiree wielokrotnie wyobrażała sobie, że dzwoni do domu. Na przykład kiedy przyjechała do Waszyngtonu i zamieszkała w piwnicy u Roberty, a jej matka nie miała jak się z nią porozumieć. Albo po oświadczynach Sama, kiedy zrobili sobie zdjęcie zaręczynowe pod kwitnącą wiśnią. Wsunęła zdjęcie do koperty i nawet ją zaadresowała, ale nie dała rady jej wysłać. Nie dlatego, że wstydziła się Sama, choć on oczywiście tak to odczytał. Po prostu nie widziała sensu w przekazywaniu dobrych wieści komuś, kto nie mógł cieszyć się jej szczęściem. Wiedziała doskonale, co powiedziałaby matka. Nie kochasz tego mężczyzny o ciemnej skórze. Wychodzisz za niego z przekory. Najgorsze, co można zrobić, gdy dziecko się buntuje, to zwracać na nie uwagę. Zrozumiesz, kiedy sama zostaniesz matką. Po weselu, gdy tort został już pokrojony, gdy ich wstawieni, roześmiani przyjaciele rozeszli się już po mieście, Desiree zaszyła się w kącie sali bankietowej, osunęła na podłogę w swej plisowanej sukni ślubnej i zaczęła płakać. Nigdy nie sądziła, że na jej weselu nie będzie ani siostry, ani matki.
Myślała nawet, żeby zadzwonić, gdy urodziła córkę we Freedmen's Hospital. Gdy Jude przyszła na świat, czarnoskóra pielęgniarka zawahała się przez moment, po czym owinęła ją w różowy kocyk.
- To dobra wróżba - powiedziała w końcu, gdy podawała Desiree zawiniątko. - Dobra wróżba, że dziewczynka przypomina ojca.
Uśmiechnęła się, bo uważała, że Desiree potrzebuje pokrzepienia, ale było zupełnie inaczej: wypełniało ją szczęście. Utkwiła wzrok w twarzy dziecka. Inna kobieta mogłaby czuć zawód, że jej własna córka prawie wcale jej nie przypomina, ale Desiree czuła jedynie ulgę. Nie chciałaby musieć pokochać kogoś, kto wyglądałby dokładnie jak ona.
- Nie przygotowałam nic więcej, bo nie wiedziałam, że przyjedziesz - powiedziała matka.
- Zdecydowałam w ostatniej chwili - odparła Desiree.
W pociągu prawie nic nie zjadła. Skubnęła tylko trochę krakersów, pijąc kawę za kawą, aż dłonie zaczęły jej drżeć od kofeiny. Musiała sformułować plan. Mallard i co dalej? Dokąd miałaby udać się później? Wiedziała, że nie może zostać w miasteczku, ale nie miała innych pomysłów. Rozejrzała się po starej kuchni i zatęskniła za mieszkaniem w Waszyngtonie. Za pracą i przyjaciółmi. Za swoim życiem. Może przesadziła. Trwające zamieszki wszystkich wyprowadzały przecież z równowagi. Tydzień temu Sam rozpłakał się na jej oczach po tym, jak Walter Cronkite przekazał światu złe wieści. Tuliła go na kanapie, a on trząsł się w jej ramionach. Strzelec mógł być psychopatą, żołnierzem... a nawet wysłanym przez rząd agentem Biura Śledczego! Obydwoje mogli być współwinni! Współwinni czarni w służbie swoich wrogów. Tamtej nocy kochali się rozpaczliwie i gorączkowo. Dziwny sposób na uczczenie śmierci Pastora, ale Desiree nie była wtedy sobą. Pochłonął ją żal po stracie mężczyzny, którego nawet nie znała.
Rankiem szła wzdłuż rzędu zdemolowanych sklepowych fasad. Na zabitych deskami oknach widziała napisy CZARNY BRAT; sporządzone naprędce wyznania wierności, spisane markerem i przyklejone do szyb. Pracownikom Biura pozwolono tego dnia wcześniej wyjść do domów. Gdy Desiree wysiadła z autobusu, przerażony czarny wyrostek - chuderlawy jak kij bejsbolowy, który ściskał w dłoni - zażądał, żeby oddała mu torebkę.
- Szybciej, biała suko! - ryknął, tłukąc kijem w chodnik, jakby chciał przebić się do jądra Ziemi.
Zaczęła mocować się z paskiem, zbyt przerażona, żeby wyprowadzić napastnika z błędu, widząc w jego lęku i szale odbicie samej siebie, gdy nagle Sam skoczył naprzód, zasłonił ją, uniósł ręce i powiedział:
- To moja kobieta, bracie.
Nastolatek uciekł w tłum. Sam przycisnął ją sobie do piersi, gdzie poczuła się bezpiecznie, i niemal przeniósł ją do mieszkania.
Miasto płonęło przez cztery noce. Ostatniej z nich Sam chwycił mocniej nagie ciało Desiree i szepnął: "Zróbmy jeszcze jedno". Dopiero po chwili zrozumiała, że mówił o dziecku. Zawahała się. Przez moment chciała się zgodzić, ale myśl, że miałaby przykuć się do niego jeszcze mocniej, martwić się o jeszcze jedną istotę, kiedy wpadał w gniew... nie, to nie wchodziło w rachubę. Oczywiście nic nie powiedziała, ale jej wahanie było jednoznaczne, tak więc później, gdy Sam złapał ją za gardło, nie miała wątpliwości dlaczego. Zraniła go, kiedy był w żałobie. Nic dziwnego, że się zirytował. Tak, lubił czasem pokazać, że to on tu rządzi, ale kto mógłby mieć mu to za złe? Przecież żył w świecie, w którym nikt nie okazywał mu należnego mężczyźnie szacunku. Przecież Desiree nie musiała tak często pyskować; mogła bardziej się starać, żeby w domu panował spokój. Przecież to Sam stanął między nią a kijem bejsbolowym rozwścieczonego nastolatka. To on pokochał ją, gdy opuściła ją siostra, a matka przestała odbierać od niej telefony. Nie mógł naprawdę chcieć jej skrzywdzić, skoro tak ciężko pracował, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo.
Chyba nie było jeszcze za późno. Wyjechała raptem dwa dni temu. Mogła zadzwonić do Sama, powiedzieć mu, że popełniła błąd. Że potrzebowała czasu, żeby wszystko przemyśleć, i że ani przez moment nie chciała naprawdę go porzucić. Matka znów podsunęła jej talerz.
- W jakie wpadłaś tarapaty? - spytała.
Desiree zmusiła się do śmiechu.
- W żadne, mamo.
- Nie jestem głupia. Myślisz, że nie wiem, że uciekasz przed swoim chłopem?
Desiree wbiła wzrok w talerz. Do oczu napłynęły jej łzy. Matka polała chleb mlekiem i rozdrobiła go widelcem. Tak samo robiła, gdy Desiree była jeszcze dzieckiem.
- Już go nie ma - powiedziała. - Jedz.
Później tej samej nocy, ponad sto sześćdziesiąt kilometrów od Mallard niejaki Early Jones dostał ofertę pracy, która miała odmienić jego życie, choć wtedy jeszcze oczywiście o tym nie wiedział. Przyjmował wszystkie zlecenia i nie przykładał do nich przesadnej wagi. Kiedy wszedł do Baru Ernesta i zaczął rozglądać się za Wielkim Ceelem, martwiło go tylko jedno: że nie będzie go stać na drinka. Sięgnął do kieszeni, skąd doszedł go brzęk drobniaków. Forsa zawsze przeciekała mu przez palce. Odwalił ostatnią robotę dla Ceela ledwie dwa tygodnie temu, a i tak zdążył już wydać wszystko na przyjemności niezbędne samotnym mężczyznom w Nowym Orleanie: gry w karty, alkohol i kobiety. Teraz koniecznie chciał zdobyć nowe zlecenie. Chodziło oczywiście o pieniądze, ale też o to, że nienawidził spędzać zbyt wiele czasu w tym samym miejscu, a teraz siedział w mieście już od dwóch tygodni.
Nie był z tych, co się ustatkowują. Umiał tylko znikać. Z czasem udoskonalił ten wyjątkowy talent, bo nigdzie nie zapuścił korzeni. Dzieciństwo - o ile można je tak nazwać - spędził, pracując na farmach od Janesville i Jenie, aż po New Roads i Palmetto na Głębokim Południu. Gdy skończył osiem lat, rodzice, którzy mieli za dużo dzieci, oddali go bezdzietnemu wujostwu. Stracił z nimi kontakt i teraz nie wiedział, gdzie mieszkają ani nawet czy jeszcze żyją. Twierdził, że nigdy o nich nie myśli.
- Zniknęli - odpowiadał, gdy go pytano. - A kto zniknął, tego nie ma.
Prawda była jednak taka, że gdy tylko zaczął łowić ukrywających się ludzi, spróbował odnaleźć matkę i ojca. Niemal natychmiast odniósł poniżającą porażkę: nie wiedział o nich dość, żeby choćby zgadnąć, gdzie zacząć poszukiwania. Pewnie dobrze się stało. Nie chcieli go, gdy był chłopcem, więc co mieliby z nim robić, kiedy dorósł? A jednak poczucie klęski nie dawało mu spokoju. Odkąd został łowcą nagród, był to jedyny przypadek, kiedy nie udało mu się znaleźć tego, kogo szukał.
Klucz do pozostawania na wolności był prosty: należało niczego nie darzyć miłością. Early nie mógł się nadziwić, z jak wielu powodów uciekinierzy wracali do domów. Zwykle chodziło o kobiety. W Jackson złapał kiedyś faceta podejrzanego o zabójstwo, bo ten zatoczył koło i przyjechał po żonę. A przecież kobiet wszędzie było pod dostatkiem! No cóż, to właśnie agresywni mężczyźni okazywali się najbardziej sentymentalni - jak by nie patrzeć, rządziły nimi emocje. Dziwniejsi od nich byli tylko goście, którzy wracali po swoją własność. Zwykle po samochody. Niejeden facet planował zgarnąć rzęcha, którym jeździł od lat i bez którego zwyczajnie nie mógł żyć. W Toledo Early złapał pewnego uciekiniera, kiedy ten wpadł do domu po stary kij bejsbolowy.
- Nie wiem, co powiedzieć - tłumaczył potem Early'emu, pobrzękując kajdankami z tylnego siedzenia chevroleta el camino. - Po prostu kocham ten kij.
Early nigdy nie kierował się w życiu miłością. Gdy tylko opuszczał dane miejsce, zaraz o nim zapominał. Nazwy wyparowywały mu z głowy, twarze stawały się niewyraźne, a budynki zlewały się w pozbawione szczegółów sterty cegieł. Dawno już pozapominał nazwiska nauczycieli ze szkół, do których uczęszczał, nazwy ulic, przy których mieszkał, a nawet twarze rodziców. Krótką pamięć uważał za wspaniały dar. Facet, który wszystko pamięta, może przecież oszaleć.
Wykonywał zlecenia dla Ceela już od siedmiu lat, ale nie chciał, żeby ktokolwiek uznał go za stróża prawa. Łapał przestępców tylko z jednego powodu: dla pieniędzy. Sprawiedliwość białych miał w dupie. Nigdy nie zastanawiał się, czy ci, których łapał, byli potem uznawani za winnych albo czy przeżywali pobyt w więzieniu. Zapominał o nich. Raz co prawda został rozpoznany w barze, o czym wciąż przypominały mu blizny na brzuchu po ciosach nożem, ale mimo to uważał, że musi wszystko wyrzucać z pamięci. Inaczej nie dałby rady pracować. Lubił polowanie na przestępców; za każdym razem, gdy Ceel przychodził do niego z propozycją poszukiwania zaginionego dziecka czy ojca, który porzucił rodzinę, Early potrząsał głową.
- Nic mi o tych ludziach nie wiadomo - mówił, przełykając whisky.
W Barze Ernesta Ceel wzruszał tylko ramionami. Miał co prawda porządne biuro w dzielnicy Seventh Ward, ale Early nie znosił się tam spotykać, bo budynek stał naprzeciwko kościoła, a wychodzący z niego świętoszkowaci wierni zawsze posyłali Early'emu niechętne spojrzenia. Bar był bardziej w jego stylu: panował w nim bezpieczny półmrok. Ceel był zwalistym mężczyzną o skórze koloru tektury i jedwabistych czarnych włosach. Zawsze miał przy sobie srebrną zapalniczkę, którą obracał w palcach, kiedy mówił. Robił to również siedem lat temu, gdy - w zupełnie innym barze - podszedł do Early'ego po raz pierwszy. Early słuchał jednym uchem. Obserwował skaczące po ladzie srebrzyste zajączki rzucane przez zapalniczkę.
- Nie chciałbyś może zarobić trochę kasy, synu? - spytał wtedy Ceel.
Nie wyglądał na gangstera czy alfonsa, ale roztaczał obślizgłą aurę kogoś, kto wykonuje zawód balansujący na granicy prawa. Był poręczycielem, szukał nowego łowcy nagród i zwrócił uwagę właśnie na Early'ego.
- Cichy jesteś - stwierdził. - To dobrze. Potrzebuję kogoś, kto ma oczy i uszy szeroko otwarte.
Early miał wtedy dwadzieścia cztery lata, dopiero co wyszedł z więzienia, był sam w Nowym Orleanie, bo uznał, że równie dobrze może właśnie tutaj rozpocząć nowe życie. Przyjął robotę, bo potrzebował pieniędzy. Nie spodziewał się, że odkryje w sobie wielki talent, a Ceel zacznie regularnie zlecać mu kolejne zadania, często zupełnie niezwiązane z poręczeniami majątkowymi.
- Nie wiesz nic o tych ludziach, bo jeszcze ci o nich nie opowiedziałem - rzucił teraz Ceel.
- Cóż, nie lubię mieszać się w cudze interesy. Nie masz dla mnie nic innego?
Ceel parsknął śmiechem.
- Nikt poza tobą nie zadałby tego pytania. Każdy łowca ucieszyłby się, że dla odmiany nie musi uganiać się za jakimś wrednym sukinsynem.
Tyle że Early rozumiał, jak myśleli ludzie ścigani przez prawo. Rozumiał wycieńczenie, desperację, egoizm związany z walką o przeżycie. Pozostałe przypadki były dla niego tajemnicą. Absolutnie nie rozumiał ludzi po ślubie i nie chciał stawać między małżonkami. Ale praca to praca. Czemu nie miałby zająć się czymś lżejszym? Właśnie spędził dwa tygodnie, tropiąc uciekiniera przez pół Meksyku. W pewnym momencie, gdy samochód zepsuł mu się na pustyni, uznał, że być może tak właśnie umrze: w pogoni za kimś, kogo los był mu absolutnie obojętny. Skoro forsa się zgadzała, czemu miałby nie przyjąć łatwiejszego zlecenia?
- Nie zgarnę jej - powiedział.
- Nic z tych rzeczy. Po prostu zadzwoń, gdy ją znajdziesz. Jej chłop jej szuka. Uciekła z jego dzieckiem.
- Dlaczego?
Ceel znów wzruszył ramionami.
- Nie moja sprawa. Facet chce ją znaleźć. Podobno pochodzi z małego miasteczka na północy. Z Mallard. Słyszałeś o nim?
- Przejeżdżałem tamtędy za dzieciaka - odparł Early. - Dziwne miejsce. Napuszone.
Pamiętał z tego miasteczka niewiele poza tym, że wszyscy mieli jasną cerę i zadzierali nosa, a pewien wysoki mężczyzna walnął go w kark podczas mszy. Za to, że Early zanurzył palec w kropielnicy przed jego żoną. Miał wtedy szesnaście lat. Był w szoku, bolała go szyja, a wuj chwycił go mocno za ramię, wbił wzrok w popękane płytki podłogowe i przeprosił nieznajomego. Early spędził w Mallard całe lato. Pracował na farmie na obrzeżach miasta i dostarczał ludziom zakupy, żeby dorobić trochę forsy. Z nikim się nie zaprzyjaźnił, ale za to zauroczył się w dziewczynie, u której nie miał szans - dziewczynie, którą poznał, kiedy wnosił jej po schodach torby ze sklepu. Nie wiedział, w jaki sposób udało jej się tak go oczarować. Kiedy się spotkali, był jeszcze dzieckiem. Właściwie to wcale jej nie poznał. Jesienią tego samego roku przeniósł się na inną farmę do innego miasteczka. A jednak wciąż widział ją oczyma duszy, jak stoi bosa w salonie i myje okna. Kiedy Ceel podsunął mu zdjęcie, Early poczuł ucisk w żołądku. Miał wrażenie, że powołał je do istnienia samą siłą woli. Po raz pierwszy od przeszło dziesięciu lat zobaczył twarz Desiree Vignes.
[...]
Tytuł oryginału: The Vanishing Half
Redakcja: Izabela Cupiał, Paweł Sajewicz
Korekta: Monika Ochnik
Projekt graficzny okładki: Elżbieta Wastkowska na podstawie projektu Lauren Peters-Collaer
Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska
Redaktor prowadzący: Magdalena Kosińska
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
? copyright by Agora SA, 2020
? copyright by 2020 by Brittany Bennett. First published by RIVERHEAD BOOKS an imprint of Penguin Random House LLC
? Copyright for Polish translation by Jarek Westermark
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2020
ISBN: 978-83-268-3399-1
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej