Rozdział 1
1
Noah
Podnosiłam i opuszczałam szybę w nowym samochodzie matki i nie mogłam
przestać myśleć o tym, co miało mnie spotkać w tym piekielnym roku,
który był przede mną. Niemal bez przerwy zadręczałam się pytaniem, jak
to się stało, że znalazłyśmy się w tej sytuacji - czemu opuszczamy nasz
dom, aby przejechać pół kontynentu i znaleźć się w Kalifornii. Minęły
trzy miesiące, odkąd usłyszałam koszmarną wiadomość, która zupełnie
zmieniła całe moje życie, przez którą chciało mi się płakać w nocy,
przez którą rozklejałam się i wpadałam w histerię jak jedenastoletnia
dziewczynka, a nie siedemnastolatka.
Ale co mogłam zrobić? Byłam niepełnoletnia, brakowało mi jedenastu
miesięcy, trzech tygodni i dwóch dni, żeby skończyć osiemnaście lat i móc wyjechać na studia - z dala od matki, która myśli tylko o sobie, z dala od tych obcych, z którymi mam zamieszkać. Miałam bowiem od teraz
mieszkać z dwójką zupełnie obcych ludzi, do tego facetów.
- Możesz przestać? Denerwuje mnie to - poprosiła matka, wkładając
kluczyki do stacyjki i odpalając samochód.
- Mnie też denerwuje wiele rzeczy, które robisz, a muszę je znosić -
odpowiedziałam opryskliwie. Głośne westchnienie, które nastąpiło potem,
było w repertuarze matki czymś tak częstym, że nawet mnie nie
zaskoczyło.
Jak mogła mnie do tego zmuszać? Czy w ogóle nie obchodziły jej moje
uczucia? "Ależ oczywiście, że tak", powtarzała, a tymczasem
opuszczałyśmy moje ukochane miasto. Minęło już sześć lat, odkąd moi
rodzice się rozwiedli. I to nie w przyjemny czy cywilizowany sposób. To
było naprawdę traumatyczne rozstanie, ale ostatecznie jakoś sobie z tym
poradziłam... A przynajmniej wciąż się starałam.
Bardzo trudno było mi przyzwyczajać się do zmian, przerażała mnie wizja
przebywania z nieznajomymi. Nie należę do osób przesadnie nieśmiałych,
ale jestem raczej skryta, jeśli chodzi o moje prywatne życie. Wizja
dzielenia przestrzeni z dwiema osobami, które ledwo znałam, przez
dwadzieścia cztery godziny na dobę wywoływała we mnie taki lęk, że
miałam ochotę wysiąść z auta i zwymiotować.
- Nie rozumiem, dlaczego nie możesz pozwolić mi zostać - po raz
tysięczny próbowałam ją przekonać. - Nie jestem dzieckiem, potrafię o siebie zadbać... Poza tym za rok i tak wyjadę na uniwersytet i zamieszkam sama. Przecież to żadna różnica - tłumaczyłam z nadzieją, że
w końcu to zrozumie, i pewnością, że mam absolutną rację.
- Nie zamierzam przegapić twojego ostatniego roku w szkole. Chcę
nacieszyć się córką, zanim wyjedzie na studia. Noah, mówiłam ci to już
tysiąc razy: chcę, żebyś była częścią naszej nowej rodziny, jesteś moim
dzieckiem... Na miłość boską, czy ty naprawdę sądzisz, że mogę pozwolić
ci mieszkać w innym kraju bez żadnej opieki, tak daleko ode mnie? -
odpowiedziała, nie odrywając wzroku od drogi i wymachując prawą ręką.
Matka nie rozumiała, jakie to było dla mnie trudne. Ona zaczynała nowe
życie z mężem, który prawdopodobnie ją kochał. A ja?
- Nic nie rozumiesz, mamo. Czy pomyślałaś przez chwilę, że dla mnie to
też jest ostatni rok szkoły? Że tutaj mam przyjaciółki, chłopaka, pracę,
drużynę...? Tu jest całe moje życie! - wykrzyczałam, z trudem
powstrzymując łzy. Sytuacja mnie przerastała, to na pewno. Ja nigdy,
podkreślam: nigdy nie płakałam przy kimś. Płacz jest dla słabych, dla
tych, którzy nie potrafią kontrolować emocji. Niektórzy, tak jak ja,
przepłakali w życiu tyle, że postanowili nie uronić już ani jednej łzy.
Nagle przypomniało mi się, od czego zaczęło się to całe szaleństwo. Bez
przerwy sobie wyrzucałam, że nie pojechałam wtedy z matką na ten
przeklęty rejs po wyspach Fidżi. Bo to właśnie tam, na statku dryfującym
po Oceanie Spokojnym poznała niezwykłego i tajemniczego Williama
Leistera.
Gdybym mogła cofnąć czas, nie zastanawiałabym się nawet sekundy, tylko
od razu bym się zgodziła, gdy w połowie kwietnia moja matka zjawiła się
z dwoma biletami i propozycją wyjazdu na wakacje. Dostała je od
najlepszej przyjaciółki. Biedaczka miała wypadek samochodowy i złamała
nogę, rękę i dwa żebra. Z oczywistych względów nie mogła więc pojechać z mężem na te wyspy i podarowała bilety mojej matce. No ale zaraz...
połowa kwietnia? W tym czasie miałam na głowie egzaminy końcowe i byłam
w środku sezonu siatkarskiego. Moja drużyna znalazła się na czele listy,
choć zawsze była druga, od kiedy sięgam pamięcią. Z niewielu rzeczy w życiu tak się cieszyłam. Jednak teraz, gdy już wiedziałam, jakie
konsekwencje miała moja nieobecność na tym rejsie, oddałabym puchar,
porzuciła drużynę i bez żalu oblała historię i hiszpański, gdybym tylko
mogła nie dopuścić do tego ślubu.
Pobierać się na statku! Mojej matce całkiem odbiło! Co gorsza, nic mi
nie powiedziała, dowiedziałam się po jej powrocie, a do tego
zakomunikowała mi to tak spokojnie, jakby branie ślubu z milionerem na
środku oceanu było najzwyklejszą rzeczą na świecie... Cała ta sytuacja
była kompletnie nierealna. Na domiar złego matka postanowiła
przeprowadzić się do jego posiadłości w Kalifornii, w Stanach
Zjednoczonych. To jest w innym kraju! Urodziłam się w Kanadzie, chociaż
moja matka pochodziła z Teksasu, a ojciec z Kolorado. Bardzo lubiłam
Stany, ale kiedy się dowiedziałam...
- Noah, przecież wiesz, że chcę dla ciebie jak najlepiej - powiedziała
matka, przywołując mnie do rzeczywistości. - Wiesz, przez co przeszłam,
przez co przeszłyśmy, i nareszcie spotkałam porządnego mężczyznę, który
mnie kocha i szanuje... Od wieków nie byłam taka szczęśliwa... Muszę to
zrobić i wiem, że z czasem go pokochasz. Poza tym on może zapewnić ci
przyszłość, o jakiej nigdy nie mogłyśmy nawet marzyć. Będziesz mogła
studiować, gdzie tylko zechcesz, Noah.
- Ale ja nie chcę iść na jedną z tych uczelni, mamo, i na pewno nie
chcę, żeby jakiś obcy facet za to płacił - odpowiedziałam i przeszedł
mnie dreszcz na myśl, że już za miesiąc pójdę do prestiżowej szkoły dla
bogatych dzieciaków.
- To nie jest obcy człowiek, to jest mój mąż, więc zacznij przyzwyczajać
się do tego pomysłu - dodała matka bardziej stanowczym tonem.
- Nie zamierzam przyzwyczaić się do tego pomysłu - odcięłam się i przeniosłam spojrzenie z jej twarzy na drogę.
Matka westchnęła, a ja chciałam, żeby ta rozmowa już się skończyła, nie
miałam ochoty więcej gadać.
- Rozumiem, że będziesz tęsknić za swoimi kolegami i za Danem, Noah, ale
spójrz na dobre strony: będziesz miała brata! - wykrzyknęła radośnie.
Spojrzałam na nią zmęczonym wzrokiem.
- Nie próbuj mi tego wciskać w ten sposób.
- Ależ będziesz zachwycona. Nick jest przeuroczy! - zapewniła mnie,
uśmiechając się do autostrady. - To dojrzały i odpowiedzialny chłopak i na pewno z przyjemnością pozna cię ze wszystkimi swoimi znajomymi i pokaże ci miasto. Zawsze, gdy ich odwiedzałam, siedział w swoim pokoju,
uczył się albo czytał. Może okaże się, że lubicie te same książki.
- Tak, na pewno... Na pewno uwielbia Jane Austin - przewróciłam oczami.
- Mówiłaś, że ile on ma lat? - oczywiście wiedziałam to, matka
opowiadała mi o nim i o Williamie od miesięcy, a jednak, co wydawało mi
się bardzo znaczące, ten cały Nick nie znalazł okazji, żeby przyjechać
do nas i mnie poznać. Zmuszanie mnie do zamieszkania z nową rodziną,
której członków nawet nie znałam, to była jednak przesada.
- Jest trochę od ciebie starszy, ale ty jesteś bardzo dojrzała jak na
swój wiek. Na pewno świetnie się dogadacie.
No teraz to próbowała mnie podejść... "Dojrzała"... Po pierwsze, nie
miałam pewności, czy to słowo faktycznie mnie definiuje, a po drugie,
powątpiewałam, czy niezależnie od wszystkiego jakiś prawie
dwudziestodwuletni chłopak będzie miał ochotę pokazywać mi miasto i przedstawiać mi przyjaciół. Oczywiście gdybym ja w ogóle chciała, żeby
to robił, to przede wszystkim.
- Jesteśmy na miejscu - zakomunikowała w pewnym momencie matka.
Rozejrzałam się i zobaczyłam wysokie palmy i monumentalne rezydencje
pooddzielane od siebie szerokimi ulicami. Każdy dom zajmował co najmniej
pół przecznicy. Były tam domy w stylu angielskim, wiktoriańskim, a także
wiele nowoczesnych budynków ze szklanymi ścianami i rozległymi ogrodami.
Zaczynałam bać się coraz bardziej, gdy zdałam sobie sprawę, że im dłużej
jechałyśmy tą ulicą, tym domy stawały się większe.
W końcu dojechałyśmy do wielkiej, wysokiej na trzy metry bramy i, jakby
nigdy nic, matka wyciągnęła ze schowka pilota i nacisnęła guzik, a brama
zaczęła się otwierać. Ponownie ruszyłyśmy. Zjechałyśmy w dół drogą
otoczoną przez wysokie sosny, które roztaczały przyjemny zapach wakacji
i morza.
- Nasz dom stoi niżej niż reszta zabudowań, dlatego mamy najlepszy widok
na plażę - powiedziała z szerokim uśmiechem. Odwróciłam się w jej stronę
i miałam wrażenie, że patrzę na obcą osobę. Czy naprawdę nie zdawała
sobie sprawy z tego, gdzie się znalazłyśmy? Nie rozumiała, że to
wszystko jest dla nas zbyt duże?
Nie miałam czasu, żeby wypowiedzieć te pytania na głos, bo w końcu
dojechałyśmy do domu. Byłam w stanie wydusić tylko dwa słowa.
- O matko!
Dom był cały biały, z wysokim dachem pokrytym piaskowożółtą dachówką.
Miał przynajmniej trzy poziomy, ale nie mogłam tego dokładnie oszacować,
bo wszędzie było pełno balkonów, okien i tego typu rzeczy. Przed nami
wznosił się imponujący ganek, na którym, ponieważ było już po
dziewiętnastej, paliły się światła, co sprawiało, że budynek wyglądał
jak ze snu. Słońce miało wkrótce zajść i na niebie malowały się
oszałamiające kolory, które kontrastowały z nieskalaną bielą ścian
budowli.
Matka objechała fontannę i zaparkowała samochód na wprost schodów, które
prowadziły do głównych drzwi. Gdy wysiadłam, miałam wrażenie, że
dotarłam do najbardziej luksusowego hotelu w całej Kalifornii. Tylko że
to nie był hotel, to był dom... Podobno miał to być mój dom... A przynajmniej to starała mi się wmówić matka.
Gdy tylko wysiadłam z auta, William Leister stanął w drzwiach domu. Za
nim stało trzech mężczyzn przebranych za pingwiny.
Mąż mojej matki ubrany był inaczej niż wtedy, kiedy kilka razy
dostąpiłam zaszczytu przebywania w jego towarzystwie. Zamiast drogiego
garnituru i markowej kamizelki miał na sobie białe bermudy i jasnoniebieską koszulkę polo. Na nogi założył plażowe klapki, a ciemne
włosy, zwykle zaczesane do tyłu, teraz były zmierzwione. Musiałam
przyznać, że można było zrozumieć, co moja matka w nim widzi: był bardzo
atrakcyjny. Wysoki, znacznie wyższy niż ona, i świetnie się trzymał.
Miał harmonijne rysy twarzy, chociaż oczywiście było na niej widać
oznaki wieku - zmarszczki mimiczne i pomarszczone czoło - a w jego
czarnych włosach połyskiwały siwe nitki, które nadawały mu dojrzały i interesujący wygląd.
Matka pobiegła go uściskać jak jakaś nastolatka. Ja się nie spieszyłam,
zamknęłam drzwi samochodu i podeszłam do bagażnika, żeby wziąć swoje
rzeczy.
Nagle znikąd pojawiły się jakieś ręce w rękawiczkach. Cofnęłam się
przestraszona.
- Wezmę rzeczy panienki - powiedział jeden z mężczyzn przebranych za
pingwina.
- Dam radę sama, dziękuję - odpowiedziałam. Byłam naprawdę zmieszana.
Mężczyzna spojrzał na mnie, jakbym postradała zmysły.
- Niech Martin ci pomoże, Noah - usłyszałam za plecami głos Williama
Leistera.
Niechętnie wypuściłam z rąk walizkę.
- Bardzo miło mi cię widzieć, Noah - oświadczył mąż matki i uśmiechnął
się serdecznie. Stojąca obok matka pokazywała mi na migi, żebym się
zachowywała, uśmiechnęła czy coś.
- Nie mogę powiedzieć tego samego - powiedziałam i wyciągnęłam rękę,
żeby mógł nią potrząsnąć. Miałam świadomość, że zachowuję się bardzo
niewłaściwie, ale w tamtym momencie uznałam za stosowne powiedzieć
prawdę.
Chciałam, żeby było jasne, jaki jest mój stosunek do następującej
właśnie zmiany w naszym życiu.
William nie wyglądał na obrażonego. Przytrzymał moją dłoń dłużej, niż
należało, i od razu zrobiło mi się nieprzyjemnie.
- Wiem, że to dla ciebie gwałtowna zmiana, Noah, ale chciałbym, żebyś
się tu poczuła jak w domu, żebyś korzystała ze wszystkiego, co mogę ci
dać, ale przede wszystkim, żebyś uznała mnie za członka rodziny...
Kiedyś - dodał, widząc moje niedowierzające spojrzenie. Matka stała obok
i strzelała we mnie piorunami z niebieskich oczu.
Byłam w stanie jedynie skinąć głową i cofnąć się, żeby w końcu puścił
moją rękę. Nie czułam się swobodnie podczas okazywania uczuć, zwłaszcza
przez obcych. Matka wyszła za mąż - wszystkiego najlepszego - ale dla
mnie ten człowiek nigdy nie będzie ani ojcem, ani ojczymem, ani co tam
się mu jeszcze może wydawać. Miałam już jednego ojca i naprawdę
wystarczy.
- Może oprowadzimy cię po domu - zaproponował z szerokim uśmiechem, nie
zwracając uwagi na moją oziębłość i humory.
- Chodźmy, Noah - matka wzięła mnie pod ramię tak, że nie pozostało mi
nic innego, jak powlec się za nią.
Światła w całym domu były zapalone, więc mogłam zobaczyć wszystkie
szczegóły posiadłości zbyt dużej nawet dla dwudziestoosobowej rodziny,
nie wspominając o czterech osobach. Dom miał wysokie sufity z drewnianymi belkami i wielkie okna wychodzące na ogród. Na środku salonu
były masywne schody, które rozwidlały się na dwie strony i prowadziły na
piętro. Matka i jej mąż oprowadzili mnie po całym domu, po ogromnym
salonie i wielkiej kuchni, w której dominowała masywna wyspa - matka na
pewno była nią zachwycona. W tym domu było wszystko: siłownia, kryty
basen, sala przyjęć i wielka biblioteka, która zrobiła na mnie
największe wrażenie.
- Twoja mama mówiła, że lubisz czytać i pisać - stwierdził William, czym
wyrwał mnie z mojego oszołomienia.
- Tak jak tysiące ludzi - zgasiłam go. Denerwowało mnie, że zwracał się
do mnie z taką serdecznością, nie chciałam, żeby się do mnie odzywał po
prostu.
- Noah - skarciła mnie matka, wbijając we mnie wzrok. Wiedziałam, że nie
jestem zbyt miła, ale William musiał to jakoś znieść. Mnie czekał
niezbyt miły rok i nic z tym nie mogłam zrobić.
William zdawał się nie zauważać naszej wymiany spojrzeń i uśmiechał się
przez cały czas.
Westchnęłam z frustracji i zakłopotania. To było dla mnie za dużo -
wszystko takie inne, ekstrawaganckie... Nie wiedziałam, czy uda mi się
przyzwyczaić do mieszkania w takim miejscu.
Nagle zapragnęłam zostać sama. Potrzebowałam czasu, żeby przetrawić to
wszystko.
- Jestem zmęczona. Czy mogę pójść do pokoju, w którym mam zamieszkać? -
zapytałam mniej wrogim tonem.
- Oczywiście, w prawym skrzydle na pierwszym piętrze są pokoje twoje i Nicholasa. Możesz zapraszać do siebie gości, Nickowi nie będzie to
przeszkadzało. Dodatkowo od teraz będziecie dzielić pokój gier.
Pokój gier? Serio? Uśmiechnęłam się na tyle, na ile starczyło mi sił,
i usiłowałam nie myśleć o tym, że będę musiała mieszkać także z synem
Williama. Wiedziałam o nim tylko tyle, ile powiedziała mi matka, czyli
że ma dwadzieścia jeden lat, studiuje na Uniwersytecie Kalifornijskim i jest nieznośnym snobem. No dobrze, to ostatnie to były moje własne
wnioski, ale na pewno słuszne.
Gdy wchodziliśmy po schodach, nie mogłam przestać myśleć o tym, że od
teraz będę mieszkała z dwoma obcymi facetami. Minęło sześć lat, odkąd
jakiś mężczyzna - mój ojciec - przebywał w moim domu. Przyzwyczaiłam
się, że zawsze są same dziewczyny, tylko my dwie. Moje życie nigdy nie
było usłane różami, zwłaszcza przez pierwsze jedenaście lat. Problemy z ojcem odbiły się na moim życiu tak samo jak na życiu matki.
Po rozwodzie mama i ja musiałyśmy sobie jakoś radzić i pomału udało nam
się ułożyć sobie normalne życie. Z czasem, gdy dorastałam, mama stała
się jedną z moich najlepszych przyjaciółek. Dawała mi swobodę, której
potrzebowałam, a to dlatego, że wzajemnie sobie ufałyśmy... Przynajmniej
do momentu, kiedy postanowiła wywalić wszystko za burtę.
- To jest twój pokój - wskazała matka, stając przed drzwiami z ciemnego
drewna.
Popatrzyłam na nią i Williama. Wyraźnie na coś czekali.
- Mogę wejść? - spytałam ironicznie, bo nie odsuwali się od drzwi.
- Ten pokój to mój specjalny prezent dla ciebie, Noah - oczy matki
błyszczały wyczekująco.
Spojrzałam na nią nieufnie, a kiedy się odsunęła, otworzyłam ostrożnie
drzwi, niepewna, co mogę znaleźć za nimi.
Najpierw do moich zmysłów dotarł rozkoszny zapach rumianku i morza.
Spojrzałam na ścianę naprzeciwko wejścia, która była całkowicie
przeszklona. Widok był tak oszałamiający, że na początku mnie
zamurowało. Z miejsca, w którym stałam, widać było ocean w całej
okazałości. Dom musiał stać na samym klifie, bo widziałam tylko wodę i spektakularny zachód słońca, które właśnie kryło się w oceanie. Coś
niesamowitego.
- O matko! - jak widać, ostatnio był to mój ulubiony zwrot. Wędrowałam
wzrokiem po pokoju. Był ogromny. Po lewej stronie stało łóżko z baldachimem i mnóstwem białych poduszek, które kontrastowały ze ścianami
pomalowanymi na przyjemny, jasnoniebieski kolor. Meble - wśród których
wyróżniały się wielkie biurko i stojący na nim olbrzymi iMac, elegancka
kanapa, toaletka z lustrem oraz wielki regał, na którym stały wszystkie
moje książki - były białe i niebieskie. Te barwy w połączeniu z oszałamiającym widokiem za oknem to było najpiękniejsze, co widziałam w życiu.
Poczułam się przytłoczona. To wszystko dla mnie?
- Podoba ci się? - spytała matka zza moich pleców.
- To niesamowite... Dziękuję - powiedziałam, czując wdzięczność, ale
równocześnie zmieszanie. Nie chciałam dać się kupić za pomocą rzeczy,
nie potrzebowałam ich.
- Pracowałam z dekoratorką wnętrz przez prawie dwa tygodnie. Chciałam,
żebyś miała wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłaś, a ja nie mogłam ci
tego dać - powiedziała rozemocjonowana. Patrzyłam na nią przez chwilę i wiedziałam, że nie wolno mi narzekać. Taki pokój był marzeniem każdej
nastolatki, ale też każdej matki.
Podeszłam do niej i przytuliłam się. Od trzech miesięcy nie miałam z matką żadnego kontaktu fizycznego, a wiedziałam, że to dla niej ważne.
- Dziękuję - wyszeptała mi do ucha, tak że tylko ja mogłam usłyszeć. -
Obiecuję ci, że zrobię wszystko, żebyśmy obie były szczęśliwe.
- Dam sobie radę, mamo - powiedziałam ze świadomością, że to, co mi
obiecuje, nie zależy od niej.
Matka mnie puściła, otarła łzę, która spływała jej po policzku, i stanęła obok nowego męża.
- Zostawimy cię samą, żebyś mogła się rozgościć - powiedział William
przymilnie.
Przytaknęłam, ale za nic mu nie podziękowałam. Nie włożył żadnego
wysiłku w przygotowanie czegokolwiek w tym pokoju - wyłożył tylko
pieniądze.
Zamknęłam drzwi i zauważyłam, że nie mają zasuwki. Podłoga była z drewna
i leżał na niej biały dywan, tak gruby, że można by na nim spać.
Łazienka była wielkości mojego poprzedniego pokoju i były w niej
prysznic z hydromasażem, wanna i dwie oddzielne umywalki. Podeszłam do
okna i zaniemówiłam. Wychodziło na dziedziniec za domem, ogromny basen i ogród z kwiatami oraz palmami.
Wyszłam z łazienki i zdałam sobie sprawę, że na przeciwległej ścianie
jest wąska futryna pozbawiona drzwi. O mój Boże!
Przebiegłam przez pokój i odkryłam to, o czym marzy każda kobieta,
nastolatka i dziewczynka: garderoba, i to nie pusta, ale wypełniona po
brzegi nowiutkimi ubraniami. Wypuściłam całe powietrze z płuc i zaczęłam
przebiegać palcami po tych przepięknych rzeczach. Wszystkie miały metki
i wystarczył rzut oka na jedną z nich, żeby się zorientować, jak bardzo
były drogie. Matka musiała zwariować; ona albo ktoś, kto przekonał ją,
żeby wydała tyle pieniędzy.
Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to wszystko ułuda i że zaraz obudzę
się w moim starym pokoju, w zwykłych ubraniach i na pojedynczym łóżku. A najgorsze było to, że z całych sił pragnęłam się obudzić, bo to nie było
moje życie, wcale tego nie chciałam... Najbardziej na świecie pragnęłam
wrócić do domu. Poczułam taki ucisk w żołądku i ogarnął mnie taki lęk,
że opadłam na podłogę, oparłam głowę na kolanach i zaczęłam głęboko
oddychać. Siedziałam w tej pozycji tak długo, aż przeszła mi ochota na
płacz.
Dokładnie wtedy, jakby czytając mi w myślach, napisała do mnie moja
przyjaciółka Beth.
Dojechałaś? Wszystko w porządku? Już za Tobą tęsknię.
Uśmiechnęłam się i wysłałam jej zdjęcie mojej garderoby. Sekundę później
dostałam pięć emotek z rozdziawionymi ustami.
Nienawidzę Cię! Wiesz o tym?
Zaśmiałam się i napisałam do niej wiadomość.
Gdybym mogła, oddałabym Ci to wszystko. Oddałabym cokolwiek, żeby móc
być teraz z Wami, oglądać film u Dana albo po prostu nudzić się na
wyświnionej kanapie w Twoim pokoju.
Cholera, nie bądź taką pesymistką. Korzystaj! Jesteś teraz bogata!
Ja nie byłam bogata. William był.
Zostawiłam telefon na podłodze i podeszłam do walizek. Wyciągnęłam z jednej z nich krótkie spodenki i prostą koszulkę. Nie zamierzałam
zmieniać stylu i ubierać się w markowe ciuchy.
Weszłam pod prysznic, żeby zmyć z siebie brud i zmęczenie długą podróżą.
Cieszyłam się, że nie należę do tych dziewczyn, które muszą godzinami
układać włosy. Na szczęście odziedziczyłam po mamie lekkie fale i wystarczyło wysuszyć włosy, żeby same się w nie ułożyły. Założyłam na
siebie to, co wcześniej wybrałam, i postanowiłam zrobić małą wycieczkę
po domu, a przy okazji poszukać czegoś do przegryzienia.
Dziwnie było chodzić po tym domu samotnie. Czułam się jak intruz. Dużo
czasu minie, zanim przyzwyczaję się do mieszkania tutaj, a przede
wszystkim zanim przywyknę do luksusów i rozmiarów tego miejsca. W naszym
starym mieszkaniu wystarczyło lekko podnieść głos, żebyśmy się wzajemnie
słyszały. Tutaj było to zupełnie niemożliwe.
Skierowałam się do kuchni z nadzieją, że nie zgubię się po drodze.
Umierałam z głodu, musiałam pilnie dostarczyć organizmowi jakiegoś
śmieciowego jedzenia.
Gdy weszłam do kuchni, niestety, nie byłam w niej sama.
Ktoś buszował w lodówce. Widziałam jedynie pokryty ciemnymi włosami
czubek głowy tej osoby. W chwili gdy miałam się odezwać, rozległo się
ogłuszające szczekanie i tak mnie przestraszyło, że zaczęłam piszczeć
jak mała dziewczynka. Podskoczyłam ze strachu, a głowa z lodówki
wysunęła się ponad drzwiami, żeby zobaczyć, kto się tak wydziera.
Ale to nie jej właściciel tak mnie wystraszył - na środku kuchni
siedział czarny pies, wprawdzie piękny, ale patrzył na mnie tak, jakby
chciał mnie pożreć. Wydawało mi się, że to labrador, ale nie byłam
pewna. Po chwili stanął obok niego właściciel ciemnowłosej głowy.
Spojrzałam z zaciekawieniem, jak również z uznaniem na chłopaka, który
musiał być synem Williama - Nicholasem Leisterem. Pierwsze, co przyszło
mi do głowy, gdy go zobaczyłam, to: Ale oczy! Były w kolorze nieba,
tak jasne jak ściany w moim pokoju i kontrastowały radykalnie z kruczoczarnymi włosami, zmierzwionymi i mokrymi od potu. Najwyraźniej
trenował, bo był w getrach i obcisłej koszulce bez rękawów. Rety, był
bardzo przystojny, musiałam to przyznać, ale te myśli nie przysłaniały
mi faktu, z kim mam do czynienia: oto mój przyszywany brat, z którym
przyjdzie mi mieszkać przez cały najbliższy rok, co, jak podejrzewałam,
będzie potworną torturą... Jego pies powarkiwał, jakby czytał mi w myślach.
- Ty jesteś Nicholas, prawda? - spytałam, usiłując zapanować nad
strachem przed diabelskim zwierzęciem, które nie przestawało na mnie
warczeć. Zaskoczyło mnie i zdenerwowało, że Nicholas spojrzał na psa i uśmiechnął się tylko.
- We własnej osobie - potwierdził, przenosząc wzrok znów na mnie. - A ty
musisz być córką nowej kobiety mojego ojca - nie mogłam uwierzyć, że
wypowiada te słowa tak ozięble.
Nicholas zmarszczył brwi.
- Masz na imię...? - spytał, a ja otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia i niedowierzania.
Nie znał mojego imienia? Nasi rodzice się pobrali, matka i ja
przeprowadziłyśmy się do ich domu, a on nie wiedział, jak mam na imię?
Rozdział 2
2
Nick
- Noah - odpowiedziała mi krótko. - Mam na imię Noah.
Rozbawiło mnie, jak próbowała mnie zmrozić wzrokiem. Moja przybrana
siostrzyczka wydawała się urażona faktem, że mam w dupie, jak nazywają
się ona i jej matka, chociaż muszę przyznać, że imię matki pamiętałem.
Jak mógłbym zapomnieć? Przez trzy ostatnie miesiące spędziła w tym domu
więcej czasu niż ja. Raffaella Morgan wpakowała się w moje życie i w dodatku przyprowadziła kogoś ze sobą.
- To nie jest męskie imię? - zapytałem ze świadomością, że sprawię jej
przykrość. - Bez urazy - dodałem, obserwując, jak jej jasnobrązowe oczy
rozszerzają się z niedowierzaniem.
- Może być też damskie - odpowiedziała po chwili. Zobaczyłem, że
przenosi wzrok na Thora, mojego psa, i nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
- Pewnie w twoim ograniczonym słowniku nie istnieje pojęcie "unisex" -
dodała, tym razem na mnie nie patrząc. Thor wciąż na nią warczał i pokazywał zęby. To nie była jego wina, wytrenowaliśmy go tak, żeby nie
ufał obcym. Wystarczyło jedno moje słowo, żeby zamienił się w przymilnego psiaka, którym zwykle był... Ale przerażenie na twarzy nowej
siostrzyczki za bardzo mnie bawiło.
- Nic się nie martw, moje słownictwo jest wystarczająco bogate -
odparłem, zamknąłem lodówkę i stanąłem twarzą w twarz z tą dziewczyną. -
Znam na przykład takie słowo, które bardzo podoba się mojemu psu.
Zaczyna się od "bi", potem jest "erz", a na końcu "ją" - na jej twarzy
pojawiło się przerażenie, a ja musiałem powstrzymywać śmiech.
Była wysoka, na pewno metr sześćdziesiąt osiem, może metr
siedemdziesiąt, trudno powiedzieć. Była też szczupła i niczego jej nie
brakowało, musiałem to przyznać, ale twarz miała tak dziecięcą, że nie
mogła wywoływać żadnych niegrzecznych skojarzeń. Jeśli dobrze
pamiętałem, to nie skończyła jeszcze szkoły, co potwierdzały jej krótkie
spodenki, biała koszulka i czarne conversy. Brakowało jej tylko spiętych
w kucyk włosów, żeby wyglądała jak jedna z tych nastolatek, które stoją
w długich kolejkach i niecierpliwie czekają na otwarcie galerii, żeby
zdobyć najnowszy krążek jakiegoś piosenkarza, do którego wzdychają
wszystkie piętnastki. Szczerze mówiąc, najbardziej zaciekawiły mnie
właśnie jej włosy. Miały bardzo dziwny kolor, coś pomiędzy ciemnym blond
a rudym.
- Bardzo zabawne - powiedziała sarkastycznie, ale wciąż śmiertelnie
przerażona. - Zabierz go stąd, wygląda, jakby miał się zaraz na mnie
rzucić - poprosiła i cofnęła się o krok. W tym samym momencie Thor
zrobił krok w przód.
Dobry piesek, pomyślałem. Nie zaszkodzi dać siostrzyczce małą nauczkę,
specjalnie ją powitać, by rozwiać wszelkie wątpliwości co do tego, czyj
to dom, i pokazać, jak niemile jest w nim widziana.
- Thor, naprzód - zdecydowanie rozkazałem psu. Noah spojrzała najpierw
na niego, a potem na mnie i wycofała się jeszcze trochę, aż wpadła na
ścianę.
Thor podszedł do niej powoli, szczerząc zęby i powarkując. Wyglądało to
dość przerażająco, ale wiedziałem, że nic jej nie zrobi... Przynajmniej
dopóki nie wydam mu polecenia.
- Co ty wyprawiasz? - spytała, patrząc mi prosto w oczy. - To nie jest
zabawne.
Och, było bardzo zabawne.
- Mój pies jest zazwyczaj miły dla wszystkich, to bardzo dziwne, że
teraz próbuje cię zaatakować... - widziałem, że Noah usiłuje opanować
strach, i bardzo mnie to bawiło.
- Zamierzasz coś zrobić? - wycedziła przez zęby, wpatrując się we mnie.
Coś zrobić? Na przykład powiedzieć ci, żebyś wracała tam, skąd
przyszłaś?
- Jesteś tu od... Ilu? Pięciu minut? I już wydajesz polecenia? -
podszedłem do zlewu i nalałem sobie szklankę wody. W tym czasie mój pies
wciąż powarkiwał. - Chyba muszę cię tu na chwilę zostawić, żebyś oswoiła
się z sytuacją.
- Ile razy upadłeś na głowę jako dziecko, debilu? Zabierz ode mnie tego
psa!
Jej bezczelność nieco mnie zaskoczyła. Czyżby odważyła się mnie obrazić?
Chyba nawet Thor musiał to zrozumieć, bo zrobił kolejny krok w jej
stronę i już całkiem przyparł ją do ściany. Wtedy Noah, zanim zdążyłem
ją powstrzymać, wywinęła się i chwyciła pierwszą z brzegu rzecz leżącą
na blacie - trafiło akurat na patelnię. Zanim jednak udało jej się
uderzyć biedne zwierzę, podszedłem i odciągnąłem Thora za obrożę, drugą
ręką blokując ramię Noah.
- Co ty wyprawiasz? - wyrwałem jej patelnię z ręki i odłożyłem na blat.
Thor zaczął się rzucać, a Noah wydała z siebie zduszony krzyk i przywarła do mojej piersi.
Zaskoczyło mnie, że szukała u mnie ratunku, chociaż to ja ją straszyłem.
- Thor, siad! - pies uspokoił się natychmiast, usiadł i zaczął radośnie
merdać ogonem.
Spojrzałem na Noah, która obiema rękami kurczowo trzymała się mojej
koszuli, i uśmiechnąłem się. Po chwili dotarło do niej, co robi: wtedy
puściła mnie i odepchnęła.
- Pogrzało cię czy co?
- Po pierwsze, ostatni raz podniosłaś rękę na mojego psa, a po drugie -
ostrzegłem ją, wpatrując się w jej oczy; jakaś część mózgu zauważyła
drobne piegi na jej nosie i policzkach i zafiksowała się na nich - nigdy
więcej mnie nie obrażaj, bo naprawdę będziemy mieli problem.
Zachowywała się jakoś dziwnie. Najpierw popatrzyła mi w oczy, a potem
przeniosła wzrok na mój tors, bo chyba nie była w stanie wytrzymać
mojego spojrzenia.
Zrobiłem dwa kroki w tył. Poczułem swój przyspieszony oddech, diabli
wiedzą czemu. Miałem już dość tej dziewczyny jak na jeden dzień, chociaż
przecież poznaliśmy się pięć minut temu.
- Lepiej, żebyśmy zaczęli się dogadywać, siostrzyczko - odwróciłem się
do niej plecami, wziąłem z blatu kanapkę i ruszyłem w stronę wyjścia.
- Nie nazywaj mnie tak. Nie jestem twoją siostrą ani nikim podobnym -
odparła. W jej tonie było tyle nienawiści i bezczelności, że aż się
odwróciłem, żeby znów na nią spojrzeć. Oczy błyszczały jej przekonaniem
co do słuszności tego, co powiedziała, i wtedy zrozumiałem, że
małżeństwo naszych rodziców ucieszyło ją tak samo jak mnie.
- Co do tego się zgadzamy... siostruniu - zmrużyłem oczy i z rozbawieniem obserwowałem, jak jej małe rączki zaciskają się w pięści.
Nagle usłyszałem za plecami jakiś hałas. Odwróciłem się i zobaczyłem
mojego ojca... i jego żonę.
- Widzę, że już się poznaliście - ojciec wszedł do kuchni uśmiechnięty
od ucha do ucha. Od bardzo dawna nie widziałem, żeby tak się uśmiechał,
i w głębi duszy cieszyłem się, że jest szczęśliwy i że ułożył sobie
życie na nowo. Nawet jeśli po drodze kogoś porzucił: mnie.
Raffaella uśmiechnęła się do mnie serdecznie od drzwi, co mnie także
zmusiło do wykrzywienia twarzy w sposób, który przypominałby uśmiech -
to był szczyt uprzejmości, na jaki mogłem się zdobyć wobec tej kobiety.
W gruncie rzeczy nie miałem nic przeciwko niej.
Chociaż nie łączyła mnie z ojcem cudowna, głęboka relacja, byłem bardzo
zadowolony, że stworzył wysoki mur, który oddzielał nas od reszty
świata. To, co stało się z moją matką, naznaczyło nas obu, ale to ja
byłem dzieckiem, które musiało patrzeć, jak odchodzi, nie oglądając się
za siebie.
Od tamtej pory nie ufałem kobietom, nie chciałem mieć z nimi nic
wspólnego, chyba że chodziło o pójście do łóżka albo przelotny flirt na
imprezie. Po co komu coś więcej?
- Noah, widziałaś Thora? - Raffaella zwróciła się do córki, która
opierała się o blat i nie mogła ukryć wzburzenia.
I wtedy Noah zrobiła coś, co mnie zaskoczyło: podeszła krok w przód,
pochyliła się i zaczęła wołać psa.
- Thor, chodź tu, chodź piesku... - zawołała delikatnie i przymilnie.
Musiałem przyznać, że przynajmniej była odważna. Przed momentem drżała
ze strachu przed tym samym zwierzęciem.
Zdziwiłem się, że z miejsca nie poskarżyła się matce.
Pies zwrócił się do niej i energicznie zamachał ogonem. Obrócił głowę w moją stronę, a potem znowu spojrzał na nią i z pewnością wyczuł, że coś
jest nie tak. Miałem tak zaciętą minę, że nawet on się zorientował.
Z podwiniętym ogonem zbliżył się do mnie i usiadł przy mojej nodze.
Przybrana siostra speszyła się.
- Dobry pies - pochwaliłem go z szerokim uśmiechem.
Noah wyprostowała się, rzuciła mi wyzywające spojrzenie obramowanych
gęstymi rzęsami oczu i zwróciła się do matki:
- Idę się położyć - oświadczyła zdecydowanie.
Ja postanowiłem zrobić to samo, tylko zupełnie odwrotnie, bo tego dnia
była impreza na plaży i powinienem się tam zjawić.
- Ja dzisiaj wychodzę, nie czekajcie na mnie - bardzo dziwnie czułem
się, używając liczby mnogiej.
Już miałem wyjść z kuchni, ale ojciec zatrzymał nas, mnie i moją
siostrzyczkę.
- Dziś idziemy w czwórkę na kolację - stwierdził, patrząc przede
wszystkim na mnie.
Jasny szlag!
- Tato, przepraszam, ale już się umówiłem i...
- Ja jestem bardzo zmęczona podróżą, muszę...
- To nasza pierwsza rodzinna kolacja i życzę sobie, żebyście oboje na
niej byli - ojciec przerwał nam obojgu. Obok mnie Noah gwałtownie
wypuściła z siebie całe powietrze.
- Nie możemy pójść jutro? - próbowała negocjować.
- Przykro mi, słoneczko, ale jutro mamy firmowe przyjęcie - odpowiedział
ojciec.
To było bardzo dziwne, że tak się do niej zwracał... Przecież prawie jej
nie znał! Ja już studiowałem, robiłem, co mi się podoba - innymi słowy,
byłem już dorosły. Ale Noah? Mieć na głowie nastolatkę to przecież
koszmar dla nowożeńców.
- Noah, jedziemy razem na kolację i koniec dyskusji - ucięła sprawę
Raffaella i wbiła jasne oczy w córkę.
Stwierdziłem, że tym razem lepiej będzie ustąpić. Zjem z nimi kolację,
potem pójdę do Anny, mojej... koleżanki, a potem pojedziemy na imprezę.
Noah wymamrotała coś niezrozumiałego, wyminęła naszych "rodziców" i skierowała się w stronę schodów.
- Dajcie mi pół godziny na prysznic - wskazałem na przepocone ciuchy.
Ojciec przytaknął z zadowoleniem, jego żona uśmiechnęła się do mnie i już było wiadomo, kto tu jest dojrzałym i odpowiedzialnym potomkiem... A przynajmniej kazałem im w to wierzyć.
Rozdział 3
3
Noah
Co za kompletny kretyn!
Wchodząc po schodach, tupałam najmocniej, jak się dało, ale nie byłam w stanie przestać myśleć o ostatnich dziesięciu minutach, które spędziłam
w towarzystwie tego półgłówka, którym okazał się mój nowy brat. Jak
można być takim dupkiem, zarozumialcem i psychopatą jednocześnie, i to
do tego stopnia? Boże! Nie wytrzymam z nim, nie dam rady go znieść.
Byłam do niego uprzedzona z tego prostego powodu, że jest synem nowego
męża matki, ale to, co się właśnie wydarzyło, podbiło moją niechęć do
niego do kosmicznych rozmiarów.
To miał być ten wspaniały i sympatyczny chłopiec, o którym opowiadała
matka?
Nienawidziłam tego, w jaki sposób się do mnie zwracał, jak na mnie
patrzył. Jakby był ode mnie lepszy tylko dlatego, że ma hajs.
Przeskanował mnie wzrokiem z góry na dół, po czym uśmiechnął się...
Śmiał mi się prosto w twarz.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi pokoju, chociaż w tym ogromnym domu i tak
nikt by tego nie usłyszał. Na zewnątrz zapadła już noc i łagodna
poświata wpadała przez okno. W ciemności morze przybrało czarną barwę i nie widać było granicy między wodą a niebem.
Wciąż wściekła zapaliłam światło.
Od razu podeszłam do łóżka i rzuciłam się na nie, po czym wbiłam wzrok w belki na suficie. Do tego wszystkiego mam z nimi iść na kolację! Czy
matka nie zdaje sobie sprawy, że ostatnie, na co mam teraz ochotę, to
być wśród ludzi? Chciałam pobyć sama, odpocząć, poukładać sobie w głowie
wszystkie te zmiany, które następowały w moim życiu, spróbować
zaakceptować je i nauczyć się żyć w nowej sytuacji, nawet jeśli w środku
wiem, że nigdy nie będę tutaj pasować.
Chwyciłam telefon i zastanowiłam się, czy zadzwonić do Dana, mojego
chłopaka. Nie chciałam, żeby się martwił, gdy usłyszy smutek w moim
głosie... Byłam w Kalifornii od godziny i już mi go brakowało.
Minęło ledwie dziesięć minut, od kiedy przyszłam do pokoju, gdy zjawiła
się w nim matka. Co prawda zapukała, ale gdy nie odpowiedziałam, i tak
weszła.
- Noah, za piętnaście minut musimy wszyscy być na dole - powiedziała
łagodnie.
- Mówisz to tak, jakby zejście po schodach miało mi zająć półtorej
godziny - odpowiedziałam i usiadłam na łóżku. Półdługie włosy matki były
rozpuszczone i elegancko uczesane. Mieszkałyśmy w tym domu od dwóch
godzin, a ona już wyglądała inaczej.
- Mówię ci to, bo musisz się przebrać i przygotować do kolacji - matka
zignorowała mój ton.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem i przeniosłam wzrok na to, co ona
miała na sobie.
- A co jest nie tak z moim wyglądem? - zapytałam defensywnie.
- Masz na sobie trampki, Noah. Dzisiaj należy wyglądać elegancko. Chyba
nie chciałaś w tym pójść, prawda? W szortach i koszulce? - dopytywała
oburzona.
Wstałam i stanęłam z nią twarzą w twarz. Cierpliwość mi się na dziś
skończyła.
- Żebyś miała jasność: nie chcę iść na kolację z tobą i twoim mężem, nie
cieszy mnie wizja poznania lepiej tego ordynarnego palanta, który jest
jego synem, a już kompletnie nie mam ochoty stroić się na tę okazję -
wszystkimi siłami powstrzymywałam się, żeby nie wskoczyć do samochodu i nie uciec z powrotem do Kanady.
- Przestań zachowywać się jak pięciolatka. Przebierzesz się i pójdziesz
zjeść kolację ze mną i swoją nową rodziną - rozkazała twardo. Jednak gdy
zobaczyła moją reakcję, złagodniała nieco i dodała: - Nie będziemy tego
robić codziennie, to tylko dzisiaj, proszę, zrób to dla mnie.
Wzięłam kilka głębokich oddechów, przełknęłam wszystko, co chciałabym
jej wykrzyczeć, i kiwnęłam głową.
- Tylko dzisiaj.
Gdy matka sobie poszła, weszłam do garderoby. Rozczarowana wszystkim i wszystkimi, zaczęłam szukać stroju, który by mi się podobał i był
wygodny. Chciałam pokazać, że potrafię zachować się dojrzale - choć
wciąż czułam na ciele wyniosłe i drwiące spojrzenie Nicholasa, gdy
oglądał mnie od góry do dołu niebieskimi i dumnymi oczami. Patrzył na
mnie, jakbym była jedynie dzieciakiem, którego zabawnie było wystraszyć
- co przecież zrobił, napuszczając na mnie tego piekielnego psa.
Walizka leżała otwarta na podłodze garderoby. Uklęknęłam przy niej i zaczęłam przeglądać swoje ubrania. Matka prawdopodobnie spodziewała się
zobaczyć mnie w jednej z kiecek, które dla mnie kupiła, ale ich na pewno
nie zamierzałam wkładać. Gdybym pozwoliła sobie to zrobić, mogłoby się
to stać niebezpiecznym precedensem. Aprobata ubrań mogłaby zostać
odczytana jako aprobata naszego całego nowego życia; straciłabym
wiarygodność.
Wciąż wściekła, wyciągnęłam moją czarną sukienkę z logo Ramones. Czyż
nie była wystarczająco elegancka? Rozejrzałam się w poszukiwaniu czegoś,
co mogłabym założyć na nogi. Nie byłam wielbicielką obcasów, ale gdybym
zeszła na dół w moich conversach, matka na pewno straciłaby cierpliwość
i kazała mi się przebrać. W końcu wybrałam przyzwoite sandałki na
delikatnych obcasach - ale nic, co mogłoby mnie pokonać.
Podeszłam do olbrzymiego lustra zajmującego jedną ze ścian i przyjrzałam
się sobie uważnie. Mojej przyjaciółce Beth na pewno by się podobało, a Dan, o ile dobrze pamiętam, zawsze uważał tę sukienkę za bardzo
seksowną.
Nie zastanawiając się dłużej, rozpuściłam włosy i je przeczesałam.
Nałożyłam też odrobinę masła kakaowego na usta. Zadowolona z efektu,
chwyciłam małą torebkę i podeszłam do drzwi.
Gdy je otworzyłam, natychmiast wpadłam na Nicholasa, który zatrzymał się
na moment, żeby mi się przyjrzeć. Thor, diabelskie stworzenie, stał obok
niego. Cofnęłam się odruchowo.
Nowy brat uśmiechnął się z niewiadomego powodu, po czym znów zaczął
przyglądać się mojemu ciału i twarzy. W jego oczach połyskiwało coś
mrocznego i nieprzeniknionego.
Jego wzrok zatrzymał się na mojej sukience odrobinę zbyt długo.
- Nie nauczyli cię tam w tym Zaściankowie, jak się ubierać? - powiedział
drwiąco.
Uśmiechnęłam się przymilnie.
- Och, próbowali, ale nauczyciel był takim deklem jak ty, więc nie
uważałam na zajęciach.
Nie spodziewał się takiej odpowiedzi, a ja się nie spodziewałam, że na
jego bardzo zmysłowych ustach pojawi się uśmiech. Przyjrzałam mu się
odrobinę dłużej i znów uderzyło mnie, że jest taki wysoki i męski. Miał
na sobie spodnie od garnituru i koszulę na guziki, bez krawata. Dwa
guziki przy kołnierzyku były rozpięte. Niebieskie oczy usiłowały
przejrzeć mnie na wylot, ale nie dałam się onieśmielić.
Przeniosłam wzrok na jego psa, który teraz, zamiast szczerzyć się na
mnie z mordem w oczach, wymachiwał radośnie ogonem i grzecznie siedział,
przyglądając się nam z zainteresowaniem.
- Twój pies się bardzo zmienił... Poszczujesz mnie nim teraz czy
poczekasz, aż wrócimy z restauracji? - sprowokowałam go, uśmiechając się
z fałszywą serdecznością.
- Nie wiem, Piegusie... To zależy od tego, jak będziesz się zachowywać -
odpowiedział, po czym odwrócił się do mnie plecami i ruszył w stronę
schodów.
Przez kilka sekund nic nie mówiłam i próbowałam uspokoić emocje.
Piegusie! Nazwał mnie piegusem! Ten koleś zdecydowanie prosił się o kłopoty. I to prawdziwe.
Poszłam za nim, usiłując przekonać samą siebie, że nie warto zwracać
uwagi na jego docinki ani spojrzenia, ani na samą jego obecność. Był
tylko jedną z wielu osób, których nie polubię w tym mieście, więc lepiej
zacząć się przyzwyczajać.
Gdy zeszłam na parter, znowu uderzył mnie przepych tego domu. Było w nim
coś zabytkowego, ale równocześnie wydawał się wyrafinowany i nowoczesny.
Matka jeszcze nie zeszła, więc zignorowałam osobę, która znajdowała się
obok. Zaczęłam przyglądać się zachwycającemu kryształowemu żyrandolowi,
który zwisał z wysokiego, poprzecinanego belkami sufitu. Musiał być
zrobiony z tysięcy kryształków wyglądających jak zatrzymane w locie
krople deszczu - miało się wrażenie, że chciałyby spaść na ziemię, ale
zostały zmuszone do wiecznego trwania w powietrzu.
Nagle nasze spojrzenia się spotkały i zamiast odwrócić wzrok,
postanowiłam utrzymać go tak długo, żeby to on musiał skapitulować. Nie
chciałam, żeby myślał, że się go boję, nie chciałam, żeby uwierzył, że
może robić ze mną, co mu się podoba.
Ale nie spuścił oczu, przeciwnie, wpatrywał się we mnie przenikliwie i z ogromną zawziętością. Gdy już myślałam, że dłużej nie wytrzymam, zjawiła
się moja matka z Williamem.
- A więc jesteśmy w komplecie - powiedział ten ostatni z szerokim
uśmiechem. Ja nie zdradzałam oznak wesołości. - Zarezerwowałem stolik w klubie, mam nadzieję, że jesteście głodni... - dodał, po czym wraz z moją matką uwieszoną u jego ramienia ruszył w stronę wyjścia.
Matka spojrzała na moją sukienkę szeroko otwartymi oczami.
- Coś ty założyła? - wyszeptała mi do ucha.
Udałam, że jej nie słyszę, i przyspieszyłam kroku.
Na zewnątrz powietrze było miłe i orzeźwiające, a w oddali słychać było
fale rozbijające się o brzeg.
- Chcesz pojechać naszym autem, Nick? - spytał syna William.
Tamten już odwrócił się tyłem i pomaszerował w stronę wielkiego,
terenowego samochodu. Był czarny i bardzo wysoki. Cały błyszczał i wyglądał, jakby dopiero wyjechał z salonu. Nie mogłam nie przewrócić
oczami. Typowe!
- Pojadę swoim - odpowiedział, odwracając się w naszą stronę i chwytając
za klamkę. - Po kolacji idę do Milesa, będziemy kończyć raport w sprawie
Refforda.
- Świetnie - zgodził się ojciec. Ja natomiast nie zrozumiałam ani słowa.
- Noah, chcesz pojechać do klubu z Nickiem? - dodał natychmiast,
zwracając się do mnie. - Będziecie mogli lepiej się poznać - William
popatrzył na mnie z takim zadowoleniem, jakby właśnie przyszedł mu do
głowy najlepszy pomysł na całej planecie.
Mój wzrok mimowolnie uciekł w stronę jego syna, który z uniesionymi
brwiami czekał na moją odpowiedź. Cała sytuacja zdawała się go bardzo
bawić.
- Nie mam ochoty wsiadać do samochodu, jeśli nie ufam czyimś
umiejętnościom jako kierowcy - wyznałam nowemu ojczymowi z nadzieją, że
moje słowa dotkną Nicholasa, bo tak było w przypadku każdego chłopaka,
którego talent do prowadzenia samochodu podawało się w wątpliwość.
Odwróciłam się plecami do brata i wsiadłam do czarnego mercedesa
Williama.
Nie popatrzyłam już więcej na niego. Matka i jej mąż wsiedli do
samochodu i mogłam cieszyć się odrobiną prywatności na tylnym siedzeniu,
gdy przemierzaliśmy ulice, zbliżając się do klubu dla bogaczy.
Pragnęłam z całych sił, żeby ten wieczór się jak najszybciej skończył,
żeby państwo Leisterowie przestali już odstawiać ten cyrk o szczęśliwej
rodzince i żebym mogła wrócić do swojego pokoju i spróbować odpocząć.
Po piętnastu minutach dojechaliśmy do oddalonego od rezydencji miejsca
otoczonego świetnie utrzymanymi trawnikami. Było już późno, ale
oświetlona droga zapraszała do Klubu Jachtowego Mary Read. Zanim
wpuścili nas za bramę, mężczyzna, który pełnił straż w estetycznej
budce, wychylił się, żeby sprawdzić, kto jest w samochodzie. Gdy
zobaczył kierowcę, od razu go rozpoznał.
- Dobry wieczór, panie Leister. Proszę pani... - dodał, zauważając moją
matkę.
Ojczym przywitał się z nim i wjechaliśmy do klubu.
- Noah, twoja karta członkowska przyjdzie w przyszłym tygodniu, ale
wystarczy, że podasz moje nazwisko, żeby cię wpuścili. Albo Elli -
wskazał na matkę.
Gdy usłyszałam, jak o niej mówi, poczułam ukłucie w sercu... Tak nazywał
ją ojciec i byłam najzupełniej pewna, że matce nie podoba się to
zdrobnienie.... Za dużo złych wspomnień. Ale oczywiście nie zamierzała
powiedzieć tego nowemu wspaniałemu mężowi.
Matka świetnie umiała wyrzucać z pamięci wszelkie bolesne i trudne
wspomnienia. Ja dla odmiany skrywałam je głęboko, bardzo głęboko, aż w końcu wybuchałam i wywalałam wszystko na wierzch.
Dojechaliśmy do luksusowej posiadłości i zatrzymaliśmy samochód przed
samym wejściem. Zaraz podszedł parkingowy, który otworzył drzwi mnie i matce, przyjął napiwek od Williama i odprowadził samochód nie wiadomo
gdzie.
Restauracja była niesamowita, całkowicie przeszklona. Z miejsca, w którym stałam, widać było kilka stolików i ogromne akwaria pełne krabów,
ryb i wszelkiego rodzaju owoców morza, które wkrótce miały poświęcić
życie na potrzeby uczty. Zanim nas obsłużono, poczułam, że ktoś za mną
stanął. Jego oddech połaskotał mój policzek i przeszedł mnie dreszcz.
Odwróciłam się i zobaczyłam stojącego tuż obok Nicholasa. Choć byłam na
obcasach, przewyższał mnie o pół głowy. Nawet nie zaszczycił mnie
spojrzeniem.
- Mam rezerwację na nazwisko William Leister - William poinformował
kelnerkę, która zajmowała się witaniem nowych gości. Z niewiadomego
powodu na jej twarzy pojawiło się zmieszanie. Starała się jak
najszybciej wpuścić nas do zatłoczonej, ale równocześnie cichej i przytulnej sali.
Nasz stolik był w jednym z najlepszych miejsc, otulony ciepłym światłem
świec, które zresztą oświetlały cały lokal. Przez przeszkloną ścianę
można było podziwiać niezwykłą panoramę oceanu i zaczęłam się
zastanawiać, że chyba ściany ze szkła były w Kalifornii czymś
powszechnym.
Muszę przyznać, że byłam absolutnie zachwycona.
Usiedliśmy i natychmiast William z matką zaczęli szczebiotać między sobą
i uśmiechać się głupkowato. Mojej uwadze nie uszło natomiast zaskoczone
i niedowierzające spojrzenie, które kelnerka kierowała w stronę Nicka.
Ten zdawał się tego nie zauważać, zajęty obracaniem solniczki w palcach.
Przez chwilę mój wzrok zatrzymał się na tych zadbanych, opalonych i dużych dłoniach. Przesunęłam spojrzeniem po jego ramieniu aż do twarzy,
gdzie natrafiłam na oczy, które obserwowały mnie z zaciekawieniem.
Wstrzymałam oddech.
- Co zamawiacie? - spytała matka, dzięki czemu mogłam szybko przenieść
wzrok na nią.
Pozwoliłam, żeby wybrali coś za mnie, przede wszystkim dlatego, że nie
znałam ponad połowy dań, które znajdowały się w menu. Gdy czekaliśmy na
jedzenie, mieszałam nerwowo słomką w szklance z mrożoną herbatą, a William próbował wciągnąć mnie i syna do rozmowy.
- Mówiłem przed chwilą Noah, jakie sporty można uprawiać tu w klubie -
powiedział William. Nick przeniósł na niego wzrok, do tej pory utkwiony
gdzieś w kącie sali. - Nicholas gra w koszykówkę i jest świetnym
surferem, Noah - dodał, nie przejmując się znudzeniem na twarzy syna i zwracając się tym razem do mnie.
Surferem... Aż musiałam przewrócić oczami. Na moje nieszczęście
Nicholas akurat na mnie patrzył. Nachylił się nad stolikiem, oparł
łokcie na blacie i zaczął mnie napastliwie przesłuchiwać.
- Coś cię bawi, Noah? - rzucił tonem, który miał zabrzmieć przyjaźnie,
ale wiedziałam, że w rzeczywistości był obrażony moją reakcją. -
Uważasz, że surfing to głupota?
Zanim moja matka zdążyła się wtrącić - a wiedziałam, że się na to zanosi
- pochyliłam się tak jak on.
- Ty to powiedziałeś, nie ja - odparłam z niewinnym uśmiechem.
Ja lubiłam gry zespołowe, ze strategią, które wymagały dobrego kapitana,
wiele wysiłku i wspólnej pracy. To wszystko znajdowałam w siatkówce i byłam pewna, że surfing nie mógł się z nią równać.
Zanim zdążył się odciąć, co na pewno zamierzał zrobić, do stolika
podeszła kelnerka, a on popatrzył na nią tak, jakby się znali.
Matka i William zaczęli żywo rozmawiać z jakąś parą, która podeszła do
nich, żeby się przywitać.
Kelnerka, młoda kobieta o ciemnych włosach i w czarnym fartuszku,
zaczęła zbierać naczynia ze stolika i niechcący trąciła Nicholasa w ramię.
- Wybacz, Nick - powiedziała, po czym, przestraszona, popatrzyła na mnie
tak, jakby właśnie popełniła kolosalną gafę.
Nicholas też na mnie spojrzał i zrozumiałam, że między tym dwojgiem
dzieje się coś dziwnego.
Ponieważ rodzice akurat byli zajęci czymś innym, postanowiłam
wykorzystać okazję i rozwiać swoje wątpliwości.
- Znasz ją? - spytałam Nicholasa, który właśnie dolewał wody gazowanej
do kryształowego kieliszka.
- Kogo? - odpowiedział, zgrywając głupiego.
- Tę kelnerkę - uważnie obserwowałam jego twarz. Nic nie wyrażała: był
poważny, spokojny. Wiedziałam już, że Nicholas Leister potrafi świetnie
ukrywać emocje.
- Tak, obsługuje mnie nie pierwszy raz - odpowiedział, wpatrując się we
mnie. Miałam wrażenie, że próbuje mnie sprowokować. Proszę, proszę, Nick
kłamczuszek... Dlaczego mnie to nie dziwiło?
- O, z pewnością obsłużyła cię już wiele razy - stwierdziłam.
- Co ty insynuujesz, siostrzyczko? - gdy tylko usłyszałam to słowo,
uśmiech zniknął z mojej twarzy.
- Że wszyscy bogacze twojego pokroju są tacy sami. Wydaje się wam, że
jesteście panami świata. Ta dziewczyna wpatruje się w ciebie, odkąd
przekroczyłeś próg. To oczywiste, że się znacie - rzuciłam rozzłoszczona
z niewiadomego powodu. - A ty nawet nie raczyłeś na nią spojrzeć... To
obrzydliwe.
Patrzył na mnie przez chwilę, zanim odpowiedział.
- Masz bardzo ciekawą teorię i widzę, że "bogacze", jak ich nazywasz,
bardzo cię brzydzą... Oczywiście ty i twoja matka mieszkacie teraz w naszym domu i korzystacie z wszystkich wygód, które pieniądze mogą
zapewnić. Skoro jesteśmy tacy nikczemni, co robisz przy tym stole? -
powiedział, patrząc na mnie z pogardą.
Ze wszystkich sił starałam się nie wybuchnąć. Ten chłopak wiedział, jak
nadepnąć mi na odcisk.
- Dla mnie ty i twoja matka jesteście gorsze niż ta kelnerka... -
wyznał, nachylając się nad stołem, żeby zwrócić się tylko do mnie. -
Udajecie kogoś, kim nie jesteście, a tymczasem obie sprzedałyście się za
pieniądze...
Tego było już za wiele. Wściekłość mnie zaślepiła.
Chwyciłam stojącą przede mną szklankę i chlusnęłam mu w twarz całą jej
zawartością.
Szkoda, że akurat była pusta.
Rozdział 4
4
Nick
Gdy zorientowała się, że szklanka jest pusta, na jej twarzy pojawiła się
cała złość, którą, odkąd usiedliśmy przy stole, starała się jakoś
ukrywać.
Ta dziewczyna była kompletnie nieobliczalna. Zaskakiwało mnie, jak łatwo
traciła panowanie nad sobą, i bawiło mnie, że za pomocą kilku prostych
słów mogłem doprowadzić ją do takiego stanu.
Jej nakrapiane drobnymi piegami policzki poczerwieniały, gdy zdała sobie
sprawę, jak się wygłupiła. Jej wzrok powędrował ze szklanki na mnie, a potem na boki, jakby chciała sprawdzić, czy nikt nie widział jej
absurdalnej kompromitacji.
Pomijając zabawny aspekt całej sceny - to naprawdę było bardzo śmieszne
- nie mogłem pozwolić, żeby tak się wobec mnie zachowywała. A gdyby
szklanka była pełna? Nie zamierzałem pozwolić, żeby jakaś
siedemnastoletnia smarkula myślała sobie, że wolno jej oblewać mnie
wodą... Ta głupia cizia powinna się jak najszybciej dowiedzieć, z jakim
to starszym bratem przyszło jej zamieszkać. Sama wkrótce zrozumie, co ją
czeka, jeśli spróbuje jeszcze raz wyciąć mi taki numer.
Oparłem się o stolik z najserdeczniejszym uśmiechem. Otworzyła szeroko
oczy i przyglądała mi się uważnie, a ja napawałem się tym strachem,
skrywanym pod długimi rzęsami.
- Nie rób tego więcej - doradziłem jej spokojnie.
Patrzyła na mnie jeszcze przez chwilę, po czym jakby nigdy nic odwróciła
się i zaczęła rozmawiać z matką.
Od tej pory kolacja przebiegała spokojnie. Noah nie powiedziała już do
mnie ani słowa, nawet na mnie nie patrzyła, co denerwowało mnie i cieszyło jednocześnie. Gdy odpowiadała na pytania mojego ojca i niechętnie rozmawiała z matką, mogłem się jej spokojnie przyjrzeć.
Była najzwyklejszą dziewczyną, ale czułem, że jeszcze będę miał przez
nią kłopoty. Robiła zabawne miny, gdy próbowała różnych owoców morza,
które nam zaserwowano. Wzięła tylko kilka kęsów z tego, co stało na
stole. Zwróciłem uwagę na to, jak szczupło wygląda w tej czarnej
sukience. Gdy zobaczyłem ją wtedy wychodzącą z pokoju, zrobiła na mnie
wrażenie. W myślach przywołałem dokładny obraz jej długich nóg, wąskiej
talii i jej piersi. Były całkiem niezłe, biorąc pod uwagę, że nie miała
operacji, jak większość dziewczyn w Kalifornii.
Musiałem przyznać, że jest ładniejsza, niż mi się z początku wydawało.
To spostrzeżenie i moje poprzednie myśli sprawiły, że spochmurniałem.
Nie mogłem pozwolić sobie na takie rozproszenia, zwłaszcza jeśli
mieliśmy mieszkać pod jednym dachem.
Znów spojrzałem na jej twarz: zero makijażu. To było dziwne... Wszystkie
dziewczyny, które znałem, spędzały przynajmniej godzinę wyłącznie na
nakładaniu podkładu, także te, które były dziesięć tysięcy razy
ładniejsze od Noah. A ona przychodzi sobie bez najmniejszych oporów do
eleganckiej restauracji, nie malując nawet ust. Nie mówię, żeby tego
potrzebowała: miała gładką, ładną cerę bez żadnych niedoskonałości,
jeśli nie liczyć piegów, które nadawały jej dziecinny wygląd i przypominały, że jeszcze nie skończyła szkoły.
Gdy na moment straciłem czujność, odwróciła się rozzłoszczona i przyłapała mnie na wnikliwej obserwacji.
- Mam ci dać zdjęcie? - zapytała tym swoim kwaśnym tonem.
- Oczywiście, byle bez ubrań - odpowiedziałem, uśmiechając się na widok
lekkiego rumieńca, który wypłynął na jej policzki. Jej oczy błysnęły
gniewem i odwróciła się z powrotem do rodziców, którzy nawet nie zdawali
sobie sprawy z tych małych utarczek, które odbywały się zaledwie pół
metra od nich.
Podniosłem kieliszek do ust i spotkałem się wzrokiem z kelnerką, która
obserwowała mnie zza baru. Kątem oka spojrzałem na ojca i wstałem od
stolika, tłumacząc się koniecznością pójścia do łazienki. Noah znów
zaczęła się mi przyglądać, ale nie zwracałem na nią uwagi. Miałem coś
ważnego do załatwienia.
Zdecydowanie podszedłem do baru i usiadłem na stołku naprzeciw Claudii,
kelnerki, z którą od czasu do czasu sypiałem. Miałem też pewien
skomplikowany, ale korzystny układ z jej kuzynem.
Claudia popatrzyła na mnie z nerwowym uśmiechem i oparła się o bar, tak
że mogłem zobaczyć niewielki fragment jej piersi, które wymagane tutaj
uniformy dość skutecznie zakrywały.
- Widzę, że już znalazłeś sobie jakąś nową dziewczynę do towarzystwa -
powiedziała, mając na myśli Noah.
Rozbawiło mnie to.
- To moja przyszywana siostra - wyjaśniłem jej, równocześnie patrząc na
zegarek. Za czterdzieści minut byłem umówiony z Anną. Przeniosłem wzrok
na ciemnowłosą dziewczynę, która stała po drugiej stronie baru i wpatrywała się we mnie jak urzeczona. - Nie wiem, czemu cię to obchodzi
- dodałem, wstając z krzesła. - Powiedz Ronniemu, że czekam na niego
dzisiaj w dokach, na imprezie u Kyle'a.
Claudia zacisnęła zęby, z pewnością zła na to, że nie okazałem jej
wystarczająco dużo zainteresowania. Nie rozumiałem, czemu kobiety
oczekują poważnego związku od kogoś takiego jak ja. Przecież zawsze
mówię im od początku, że nie interesują mnie żadne zobowiązania. Czyżby
nie widziały, że chodzę do łóżka, z kim tylko przyjdzie mi ochota?
Dlaczego wyobrażają sobie, że jest w nich coś, co mogłoby mnie zmienić?
Przestałem sypiać z Claudią właśnie z tego powodu i ona wciąż nie mogła
mi tego wybaczyć.
- Idziesz na imprezę? - spytała z odrobiną nadziei w oczach.
- Oczywiście - odpowiedziałem. - Idę z Anną... A, jeszcze jedno -
dodałem, zanim wróciłem do stolika - spróbuj lepiej ukrywać, że się
znamy, moja siostrzyczka już się zorientowała, że z tobą spałem, a nie
chciałbym, żeby ojciec doszedł do tego samego wniosku.
Gdy wróciłem do stolika, właśnie przynieśli deser. Po dziesięciu
minutach, podczas których rozmowa krążyła niemal wyłącznie wokół ojca i jego nowej żony, uznałem, że wystarczy już odgrywania dobrego synka jak
na jeden dzień.
- Przykro mi, ale muszę już iść - wyjaśniłem, patrząc na ojca, który
zmarszczył lekko czoło.
- Jedziesz do Milesa? - spytał, a ja przytaknąłem, usiłując nie patrzeć
na zegarek. - Jak idzie sprawa?
Powstrzymałem się przed westchnięciem z rezygnacją i nakłamałem
najlepiej, jak umiałem.
- Jego ojciec zwalił na nas przygotowanie wszystkich dokumentów.
Podejrzewam, że zanim dostaniemy jakąś prawdziwą sprawę, którą będziemy
mogli zająć się samodzielnie, miną całe lata... - zauważyłem, że Noah
przygląda mi się wnikliwie i z zainteresowaniem.
- Co studiujesz? - spytała, a w jej spojrzeniu zobaczyłem dezorientację.
Zaskoczyłem ją.
- Prawo - odpowiedziałem i przez chwilę rozkoszowałem się tym, jakie to
zrobiło na niej wrażenie. - Zaskoczona? - najwyraźniej całkiem straciła
rezon i bawiło mnie to.
Zmieniła taktykę i spojrzała na mnie wyniośle.
- Muszę przyznać, że tak - oświadczyła prosto z mostu. - Sądziłam, że na
tym kierunku trzeba mieć coś w głowie.
- Noah! - wrzasnęła jej matka ze swojego miejsca.
Ta gówniara zaczynała mnie irytować.
Zanim zdążyłem coś powiedzieć, ojciec się wtrącił.
- Wy dwoje nie zaczęliście najlepiej - stwierdził, patrząc na mnie
groźnie.
Powstrzymałem ochotę, żeby wstać i wyjść bez słowa. Dość już tego
przedstawienia o szczęśliwej rodzince. Musiałem jak najszybciej wyjść i przestać udawać, że jakkolwiek obchodzi mnie cały ten cyrk.
- Przykro mi, ale muszę iść - wstałem i położyłem serwetkę na stole. Nie
miałem zamiaru tracić opanowania w obecności ojca.
Wtedy Noah także wstała, tylko w mniej elegancki sposób, i ostentacyjnie
rzuciła serwetkę na stół.
- Jeśli on wychodzi, to ja też - spojrzała wyzywająco na matkę, która z zakłopotaniem zaczęła rozglądać się na boki.
- Natychmiast siadaj! - wycedziła Raffaella przez zęby.
Do cholery, nie miałem czasu na te bzdury. Musiałem już iść.
- Wezmę ją - powiedziałem ku zaskoczeniu wszystkich, a najbardziej Noah.
Patrzyła na mnie podejrzliwie i uważnie, jakbym miał coś ukrywać. Tak
naprawdę chciałem się jej jak najszybciej pozbyć z pola widzenia, więc
jeśli szybko odwiozę ją do domu, będę miał je obie z głowy, a więc nie
może być lepiej.
- Ja z tobą nie pojadę nawet do najbliższego skrzyżowania - powiedziała
wyniośle, cedząc każde słowo.
Zanim ktokolwiek odpowiedział, chwyciłem kurtkę i zakładając ją,
zwróciłem się do wszystkich obecnych:
- Nie mam czasu na te szkolne fochy, do jutra.
- Zaczekaj, Nicholas - głos ojca zmusił mnie do powrotu do stolika. -
Noah, jedź z nim do domu i odpocznij, my niedługo wrócimy.
Wbiłem wzrok w siostrę, która zdawała się analizować, co jest gorsze:
dzielić ze mną przez chwilę przestrzeń czy wysiedzieć dłużej przy tym
stole.
Rozejrzała się dookoła, westchnęła, po czym wbiła we mnie zimne
spojrzenie.
- W porządku, pojadę z tobą.
Rozdział 5
5
Noah
Ostatnie, czego pragnęłam w tamtym momencie, to mieć jakieś długi
wdzięczności wobec tego gbura, ale jeszcze mniejszą ochotę miałam na
przesiadywanie z matką i jej mężem i oglądanie, jak ona się do niego
klei, podczas gdy on popisuje się pieniędzmi i znajomościami.
Nicholas odwrócił się do mnie plecami i poszedł w stronę wyjścia.
Niechętnie pożegnałam się z matką i poszłam za nim. Dogoniłam go przy
drzwiach wejściowych, a potem czekałam z założonymi rękami, aż
przyprowadzą jego samochód.
Nie zdziwiłam się, gdy wyciągnął z kurtki pudełko papierosów i zapalił
jednego. Patrzyłam, jak podnosi go do ust, po czym powoli i łagodnie
wypuszcza dym. Ja nigdy nie paliłam, nawet nie próbowałam, kiedy
wszystkie moje koleżanki popalały w szkolnych łazienkach. Nie rozumiem,
jaką przyjemność ludzie mogą czerpać z wdychania rakotwórczego dymu,
który nie tylko pozostawia smród na ubraniu i włosach, ale także szkodzi
tysiącom organów w ciele.
Nicholas, jakby czytał mi w myślach, odwrócił się do mnie i z drwiącym
uśmieszkiem podał mi paczkę.
- Chcesz jednego, siostrzyczko? - spytał, po czym podniósł papierosa do
ust i zaciągnął się głęboko.
- Nie palę... I tobie też bym nie radziła, jeśli nie chcesz zabić swojej
ostatniej komórki mózgowej - zrobiłam krok w przód i stanęłam tak, żeby
nie musieć na niego patrzeć.
Poczułam za plecami, że się do mnie zbliża, ale nie poruszyłam się nawet
wtedy, gdy dmuchnął mi dymem w szyję.
- Uważaj sobie... albo cię tu zostawię i będziesz wracała na piechotę -
ostrzegł mnie i zaraz po tym podstawiono jego samochód.
Starałam się go ignorować i podeszłam do auta. Jego terenówka była tak
wysoka, że gdybym nie uważała, wszystko byłoby mi widać. Pożałowałam, że
założyłam te głupie buty... Cała frustracja, gniew i smutek wzbierały we
mnie przez całą kolację, a co najmniej pięć kłótni, które już odbyłam z tym kretynem, sprawiło, że był to najgorszy wieczór w moim życiu.
Sięgnęłam po pas bezpieczeństwa, a Nicholas zapalił silnik, położył rękę
na zagłówku mojego siedzenia i zaczął cofać do głównej szosy. Nie
zdziwiłam się, że zignorował małe rondo na końcu drogi dojazdowej, które
zostało zaprojektowane wyłącznie po to, żeby zapobiegać takim
wykroczeniom jak to, którego właśnie dokonał.
Nie mogłam powstrzymać jęku niezadowolenia, kiedy wyjechaliśmy na drogę
główną. Poza terenem klubu mój przyszywany brat wcisnął gaz i przyspieszył do stu dwudziestu, świadomie ignorując znaki informujące o ograniczeniu do osiemdziesięciu.
Nicholas odwrócił twarz w moją stronę.
- A teraz o co ci chodzi? - zapytał opryskliwie zmęczonym tonem, jakby
już kompletnie nie mógł ze mną wytrzymać.
No to jest nas dwoje.
- Nie chcę zginąć w wypadku przez wariata, który nawet nie rozumie
znaków drogowych, o to mi chodzi - powiedziałam, podnosząc głos. Byłam o krok od wybuchu, jeszcze chwila, a zacznę drzeć się na niego jak
opętana. Wiedziałam, że pod tym względem mam słaby charakter; jedną z rzeczy, których najbardziej w sobie nie lubiłam, był brak kontroli,
kiedy się złościłam. Zdarzało mi się wybuchać i krzyczeć.
- Co jest z tobą nie tak? - zapytał wściekły, patrząc na drogę. - Nie
przestajesz narzekać, odkąd tylko miałem nieprzyjemność cię poznać, a ustalmy, że gówno mnie obchodzą twoje problemy. Jesteś w moim domu, w moim mieście i w moim samochodzie, więc z łaski swojej zamknij twarz i siedź cicho, aż dojedziemy - podobnie jak ja, Nicholas podniósł głos.
Gdy usłyszałam ten rozkaz z jego ust, poczułam uderzenie gorąca na całym
ciele. Nikt nie będzie mi mówił, co mam robić, a już na pewno nie on.
- A kim ty niby jesteś, żeby mnie uciszać?! - wrzasnęłam, wychodząc z siebie.
Wtedy Nicholas obrócił kierownicę i nacisnął hamulec tak gwałtownie, że
gdybym nie miała zapiętych pasów, to wyleciałabym przez przednią szybę.
Gdy otrząsnęłam się z przerażenia, obejrzałam się i zobaczyłam, że dwa
samochody musiały gwałtownie zjechać na bok, żeby w nas nie uderzyć.
Dźwięki klaksonu i obelgi dobiegające z zewnątrz na chwilę mnie
zdezorientowały. Dopiero potem zareagowałam.
- Co ty wyprawiasz?! - zapiszczałam zaskoczona i przerażona, że zaraz
ktoś w nas wjedzie.
Nicholas spojrzał na mnie przeciągle, bardzo poważnie i, ku mojemu
zaskoczeniu, całkiem spokojnie.
- Wysiadaj - powiedział tylko.
Otworzyłam usta tak szeroko, że musiałam wyglądać śmiesznie.
- Nie mówisz poważnie... - patrzyłam na niego z niedowierzaniem.
Spojrzał na mnie ani trochę nieonieśmielony.
- Nie zamierzam dwa razy powtarzać - ostrzegł mnie tym samym spokojnym i niepokojącym tonem co wcześniej.
To już przestawało być śmieszne.
- Chyba jednak będziesz musiał, bo nie zamierzam się stąd ruszać -
odparłam, patrząc na niego tak chłodno, jak on patrzył na mnie.
Wtedy wyciągnął kluczyki ze stacyjki i wyszedł z auta, zostawiając
otwarte drzwi. Siedziałam jak sparaliżowana, gdy obchodził samochód z tyłu i zbliżał się do moich drzwi.
Muszę przyznać, że gdy ten gość się zdenerwował, to można było się go
przestraszyć, a w tamtej chwili był wkurzony jak nigdy. Serce zaczęło
walić mi jak szalone, gdy odezwało się we mnie to znajome,
przytłaczające uczucie - strach.
Otworzył drzwi jednym szarpnięciem i powtórzył to, co już wcześniej
powiedział.
- Wysiadaj.
W mojej głowie wszystko się zakotłowało. Chyba zwariował, przecież nie
może mnie tu zostawić na środku otoczonej drzewami drogi w kompletnych
ciemnościach.
- Nie zamierzam - powiedziałam i poczułam złość na siebie za to, że
trząsł mi się głos. Nieracjonalny strach zaczął wypełniać mój żołądek.
Moje oczy obserwowały ciemność, która otaczała samochód, i wiedziałam,
że jeśli ten idiota mnie tu porzuci, jestem zgubiona.
Tymczasem Nicholas znów mnie zaskoczył, kolejny raz negatywnie.
Pochylił się nade mną, rozpiął mi pasy i jednym ruchem wyciągnął mnie z auta, a wszystko to zrobił tak szybko, że nawet nie zdążyłam
zaprotestować. To się nie mogło dziać naprawdę.
- Czy ty masz coś z głową? - wrzasnęłam, kiedy ruszył w kierunku fotela
kierowcy.
- Może się w końcu nauczysz... - rzucił mi znad ramienia, a gdy odwrócił
głowę, mogłam zobaczyć, że jego twarz była niewzruszona jak lodowy
posąg. - Nie zamierzam pozwalać, żebyś tak się do mnie odzywała. Mam
dość własnych problemów, żebym musiał jeszcze znosić twoje gówniarskie
fochy. Zamów taksówkę albo zadzwoń do matki, ja jadę.
Po tych słowach wsiadł do samochodu i zapalił silnik.
Poczułam, że zaczynają mi się trząść ręce.
- Nicholas, nie możesz mnie tu zostawić! - zawyłam, gdy samochód drgnął,
po czym z piskiem opon ruszył z miejsca, w którym stał jeszcze sekundę
temu. - Nicholas!
Ale odpowiedzią na mój krzyk była jedynie głucha cisza, która sprawiła,
że serce zaczęło walić mi jak szalone.
To jeszcze nie był środek nocy, ale nie świecił księżyc. Usiłowałam
opanować strach i absurdalną chęć, żeby zabić tego sukinkota, który w mój pierwszy dzień w tym mieście zostawił mnie pośrodku niczego.
Chwyciłam się nadziei, że Nicholas po mnie wróci, ale gdy mijały kolejne
minuty, martwiłam się coraz bardziej. Wyciągnęłam telefon z torebki i zobaczyłam, że jest rozładowany, cholerny badziew się wyłączył. Cholera
jasna! Jedyne, co mogłam teraz zrobić i co było tak samo przerażające
jak zostanie tutaj, to spróbować złapać stopa i modlić się, żeby jakaś
cywilizowana dorosła osoba zlitowała się nade mną i zawiozła mnie do
domu. Wtedy z przyjemnością policzę się z tym wcieleniem zła w osobie
przyszywanego brata, bo nie zamierzałam tak tego zostawić. Ten dzban nie
miał pojęcia, z czym ani z kim igrał.
Zobaczyłam samochód nadjeżdżający od strony klubu jachtowego i mogłam
tylko się modlić, żeby to był mercedes Willa.
Podeszłam tak blisko jezdni, jak się dało, żeby mnie nie przejechali, i podniosłam rękę z wystawionym kciukiem, tak jak widziałam na filmach.
Miałam świadomość, że w połowie tych filmów dziewczyna poszukująca
transportu kończyła zamordowana i wyrzucona do rowu. Ale byłam zmuszona
przymknąć oko na ten "drobny szczegół".
Pierwszy samochód przejechał, nie zwalniając, drugi zaoferował mi
wiązankę obelg, trzeci skomentował mnie w najbardziej obleśny sposób,
jaki można sobie wyobrazić, a czwarty... Czwarty zatrzymał się na
poboczu metr od miejsca, w którym stałam.
Cała w strachu podeszłam ostrożnie, żeby zobaczyć, co to za szalona, ale
jednak życzliwa osoba postanowiła pomóc dziewczynie, którą łatwo można
było pomylić z prostytutką.
Poczułam pewną ulgę, kiedy okazało się, że z auta wysiadł chłopak mniej
więcej w moim wieku. W poświacie rzucanej przez światła samochodu mogłam
zobaczyć jego kasztanowe włosy, słuszny wzrost i ten oczywisty, ale w tym momencie bardzo pożądany, styl bycia bogatego dzieciaka z dobrej
rodziny.
- Wszystko w porządku? - spytał, podchodząc w moją stronę.
Gdy stanęliśmy naprzeciw siebie, zrobiliśmy to samo: on z góry na dół
ocenił moją sukienkę, a ja omiotłam wzrokiem jego drogie dżinsy, markową
koszulkę i spojrzałam w jego sympatyczne, zaniepokojone oczy.
- Tak... Dziękuję, że się zatrzymałeś - powiedziałam, czując
natychmiastową ulgę. - Jeden kretyn mnie tu zostawił... - poinformowałam
go i poczułam się jak kompletna idiotka, że pozwoliłam komuś zrobić coś
takiego.
Chłopak otworzył szeroko oczy ze zdumienia, słysząc moją historię.
- Zostawił cię? Tutaj? - powtórzył z niedowierzaniem. - Pośrodku niczego
o jedenastej w nocy?
Czy gdyby zostawił mnie w środku parku w jasny dzień, to byłoby w porządku?, pomyślałam z sarkazmem. Czułam nieodparty wstręt do każdej
żywej istoty, która posiadała chromosom Y.
Ale ten chłopak najwyraźniej chciał mi pomóc. Nie mogłam wybrzydzać.
- Czy mógłbyś odwieźć mnie do domu? - zapytałam, nie odpowiadając na
jego pytania. - Jak możesz się domyślać, chciałabym, żeby ten wieczór
już dobiegł końca.
Koleś popatrzył mi w oczy i uśmiech wypłynął na jego twarz. Nie był
brzydki, właściwie był bardzo przystojny, miał miłą twarz osoby, która
chętnie pomaga każdemu, kto znalazł się w opałach. Chyba że to mój umysł
próbował mi wmówić jakąś alternatywną rzeczywistość, w której wszystko
było różowe, a chłopcy traktowali kobiety z należnym szacunkiem i na
przykład nie porzucali ich w rowie w środku nocy, ubrane w buty na
obcasach.
- A może chcesz pojechać ze mną na fantastyczną imprezę w domu na plaży?
Dzięki temu będziesz mogła całą noc świętować ten niezwykły zbieg
przykrych okoliczności, który ostatecznie sprawił, że się dziś
poznaliśmy - zaproponował rozbawiony.
Nie wiem, czy to strach, czy tłumiona złość, czy przemożna ochota, żeby
kogoś zamordować, ale coś sprawiło, że wybuchnęłam śmiechem.
- Wybacz, ale... Nie mogę się już doczekać, żeby wrócić do domu i pójść
spać... Naprawdę, wystarczy mi tego miasta jak na jeden dzień -
odpowiedziałam, starając się nie brzmieć jak wariatka, która przed
chwilą zanosiła się ze śmiechu.
- Nie ma sprawy, ale przynajmniej możesz mi powiedzieć, jak masz na
imię, prawda? - stwierdził rozbawiony sytuacją, która nie była ani
trochę zabawna. Ale jak już powiedziałam, był on moim wybawcą i wolałam
być dla niego miła, niż zostać na noc u wiewiórek.
- Jestem Noah, Noah Morgan - przedstawiłam się i podałam mu rękę, którą
natychmiast uścisnął.
- Ja jestem Zack - odpowiedział z serdecznym uśmiechem. - Jedziemy? -
spytał, pokazując na swoje czarne, błyszczące porsche.
- Dziękuję ci, Zack - powiedziałam z głębi serca.
Wsiadłam do auta zaskoczona, że Zack odprowadził mnie do samych drzwi i przytrzymał je, zupełnie jak na starych filmach... To było dziwne,
dziwne i pokrzepiające. Najwyraźniej - wbrew temu, co mówiły badania -
rycerskość jeszcze nie umarła. Chociaż niewiele brakowało, jeśli weźmie
się pod uwagę istnienie takich jednostek jak Nicholas Leister.
Gdy tylko Zack usiadł w fotelu kierowcy, stwierdziłam od razu, że nie
był jak Nicholas. Nie wiem czemu, ale sprawiał wrażenie porządnego
człowieka, dobrze wychowanego młodzieńca, jakiego każda matka pragnie
dla swojej córki. Zapięłam pas i głęboko odetchnęłam z ulgą, że
najwyraźniej moja przygoda nie skończy się w najgorszy możliwy sposób.
- Dokąd? - zapytał, ruszając w tę samą stronę, w którą Nicholas odjechał
już ponad godzinę wcześniej.
- Wiesz, gdzie mieszka William Leister? - spytałam, zakładając, że
wszyscy bogacze w tej okolicy muszą się znać.
Mój towarzysz otworzył szeroko oczy.
- Oczywiście... Ale czemu chcesz tam jechać? - dopytywał zaskoczony.
- Mieszkam tam - poczułam ukłucie w piersi, wypowiadając te słowa,
które, choć sprawiały mi taki ból, były całkowicie prawdziwe.
Zack zaśmiał się z niedowierzaniem.
- Mieszkasz w domu Nicholasa Leistera? - upewnił się, a ja na dźwięk
tego imienia mimowolnie zacisnęłam szczęki.
- Gorzej, to mój przyszywany brat - potwierdziłam. Konieczność
przyznania się do jakiegokolwiek powinowactwa z tym dupkiem napawała
mnie obrzydzeniem.
Zack przeniósł na mnie zszokowany wzrok i przypatrywał mi się przez
kilka ładnych sekund. Najwyraźniej nie był tak świetnym kierowcą, jak
sobie wyobrażałam.
- Nie mówisz poważnie... Naprawdę? - dopytywał, patrząc znów na drogę.
Westchnęłam przeciągle.
- Naprawdę - przytaknęłam. - To właśnie on zostawił mnie na środku drogi
- czułam się kompletnie upokorzona.
Zack wybuchnął gorzkim śmiechem.
- Muszę powiedzieć, że naprawdę ci współczuję - wyznał, przez co
poczułam się podle. - Nicholas Leister to najgorsze, co może się
komukolwiek przytrafić - zmienił bieg i zwolnił, bo zbliżaliśmy się do
terenu zabudowanego.
- Znasz go? - usiłowałam połączyć w głowie osoby mojego wybawiciela i prześladowcy.
Zack znów się roześmiał.
- Niestety, tak - odparł. - Rok temu jego ojciec uratował mi tyłek w pewnej dość skomplikowanej sprawie skarbowej, to dobry prawnik. I ten
jego przeklęty synuś musi mi to wypominać przy każdej okazji.
Chodziliśmy razem do szkoły i mogę cię zapewnić, że na całym świecie nie
ma drugiego takiego egoisty i dupka jak ten złamas.
O proszę! Najwyraźniej nie byłam jedyną członkinią klubu antyfanów
Nicholasa Leistera. To było miłe odkrycie.
- Chciałbym móc powiedzieć ci o nim coś dobrego, ale to najbardziej
zjebany koleś, jakiego znam, trzymaj się od niego z daleka - doradził
mi, spoglądając na mnie kątem oka.
Przewróciłam oczami.
- Nic prostszego, zwłaszcza że mieszkamy pod tym samym adresem - czułam
się gorzej z każdą minutą.
- On będzie dzisiaj na tej imprezie, gdybyś chciała skopać mu tyłek -
poinformował mnie, śmiejąc się ze swojego żartu. Ta informacja zupełnie
mnie zaskoczyła.
- Będzie na tej imprezie? - czułam, że żądza zemsty wypełnia całe moje
ciało.
Zack popatrzył na mnie w inny sposób.
- Nie chcesz chyba...? - zaczął niepewnie. Spojrzał na mnie z zaskoczeniem i obawą.
- Zawieź mnie tam - jeszcze nigdy w życiu nie byłam niczego tak pewna. -
Skopię mu tyłek.
Dwadzieścia minut później znaleźliśmy się na plaży przed olbrzymim
domem. Ale to nie jego rozmiary robiły największe wrażenie, ale liczba
ludzi, którzy kręcili się wokół niego, przesiadywali na schodach i byli
po prostu wszędzie.
Muzykę było słychać z kilometra. Grała głośno, miałam wrażenie, jakby
mózg podskakiwał mi w głowie.
- Na pewno chcesz to zrobić? - spytał mój nowy najlepszy przyjaciel
Zack. Od kiedy podzieliłam się z nim swoimi zamiarami, próbował odwieść
mnie od tego pomysłu. Wyglądało na to, że starszy udawany braciszek był
nie tylko kompletnym kretynem, ale też gościem, który na przestrzeni lat
wpakował się w niezliczoną ilość bójek. - Noah, nie wiesz, z kim
zadzierasz. Ten gość bez mrugnięcia okiem zostawił cię na ulicy.
Dlaczego miałby chcieć cię teraz słuchać?
Położyłam rękę na klamce i spojrzałam na niego.
- Zobaczysz... To jest ostatni raz, kiedy potraktował mnie w ten sposób.
Wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy w stronę wejścia do domu. Czułam
się, jakbym wchodziła na jedną z tych imprez, które można zobaczyć tylko
w takich filmach jak Po prostu walcz czy Szybcy i wściekli. Czyste
szaleństwo. Beczki z piwem były porozstawiane na całym dziedzińcu. Wokół
nich kręcił się tłum facetów, którzy przekrzykiwali się i dopingowali do
tego, żeby jak najwięcej wypić. Większość dziewczyn była w strojach
kąpielowych, a nawet w bieliźnie.
- Czy wszystkie imprezy, na które chodzi, tak wyglądają? - spytałam.
Skrzywiłam się na widok pary, która lizała się oparta o frontową ścianę
domu, nie zwracając uwagi na obserwujący ich tłum. Obrzydliwość.
- Nie wszystkie - odpowiedział, śmiejąc się z mojego oburzenia. - To
jest impreza mieszana - ta informacja zupełnie nic mi nie mówiła.
Zaraz, zaraz... Mieszana? O czym on mówi?
- Chodzi o to, że są na niej mężczyźni i kobiety? - spytałam,
przypominając sobie, jak miałam dwanaście lat i mama zorganizowała mi
pierwszą imprezę z chłopcami. Kompletna klapa, jeśli dobrze pamiętam:
chłopcy wpychali mnie i moje koleżanki do basenu, więc prawie wszystkie
założyłyśmy wtedy Antychłopakowy Klub Najlepszych Przyjaciółek Na
Wieczność. Idiotyczne, wiem, ale miałam wtedy dwanaście lat, a nie
siedemnaście.
Zack roześmiał się głośno i chwycił mnie za rękę.
Miał ciepłe palce i poczułam się nieco spokojniejsza, wiedząc, że mam go
przy sobie. Ta impreza mogła onieśmielić każdego, a tym bardziej taką
dziewczynę z prowincji jak ja.
- Chodzi o to, że każdy może przyjść - wyjaśnił, gdy torowaliśmy sobie
drogę przez zatłoczone wejście i przepychaliśmy się do wnętrza domu.
Szalony, dudniący rytm muzyki krzywdził moje błony bębenkowe w taki
sposób, że samo przebywanie w tym miejscu było bolesne.
- O czym ty mówisz? - spytałam, usiłując przepchać się do kolejnego
pomieszczenia, w którym muzyka nie zagrażałaby mojemu życiu, chciałam
móc rozmawiać, nie zrywając sobie strun głosowych.
- Każdy, kto zapłaci, może wejść - tłumaczył Zack, witając się po drodze
z kilkoma osobami. Niestety, jego znajomi wyglądali tak samo odpychająco
jak reszta. - Za pieniądze z biletów kupuje się mnóstwo alkoholu i wiesz... - spojrzał na mnie porozumiewawczo - wiesz, wszystko, co
potrzebne, żeby impreza się kręciła - stwierdził z rozbawieniem.
Narkotyki. Pięknie. A mojemu towarzyszowi wydawało się to zabawne...
Cholera! W co ja się wpakowałam?
Omiotłam wzrokiem pary porozkładane na kanapach i te podrygujące w rytm
muzyki i zdałam sobie sprawę, że były tu zarówno bogate dzieciaki w najdroższych ciuchach, jak i ludzie, którzy prawdopodobnie pochodzili z najgorszych dzielnic. Wybuchowa mieszanka, bez dwóch zdań.
- To chyba nie był najlepszy pomysł - chciałam wyznać nowemu koledze,
ale zorientowałam się, że już siedzi na jednej z kanap i trzyma w ręce
butelkę piwa.
- Noah, chodź! - pociągnął mnie za rękę, tak że wylądowałam na jego
kolanach. - Zabawmy się dzisiaj... Nie marnuj nocy na tego sukinsyna -
poradził mi. Spięłam się, gdy poczułam jego dłonie na włosach, a potem
na ramionach.
Natychmiast zerwałam się na równe nogi.
- Mam tu coś do załatwienia - skrzywiłam się. Nie ulegało wątpliwości,
że pomyliłam się co do Zacka. - Dziękuję za podwózkę - odwróciłam się i odeszłam.
Nie wiedziałam za dobrze, co mam zrobić, skoro już tu byłam i skoro
właśnie spławiłam jedynego gościa, który był jeszcze na tyle trzeźwy, że
mógłby odwieźć mnie do domu, nie rozbijając samochodu na najbliższym
drzewie. Jednak nie mogłam przestać myśleć o tym, jaką minę zrobi
Nicholas, gdy mnie zobaczy. Chyba że Zack mnie okłamał i próbował tylko
zwabić na tę szatańską imprezę... Mimo tych wątpliwości nie zamierzałam
wychodzić, zanim nie zrobię tego, po co przyjechałam.
Skierowałam się w stronę kuchni, gdzie było trochę mniej ludzi, żeby
nalać sobie szklankę zimnej wody. Nie byłam pewna, czy chcę ją wypić,
czy wylać sobie na głowę, żeby obudzić się z tego koszmaru. Ten dzień
wydawał się nie mieć końca.
Z wąskiego korytarzyka skręciłam do kuchni i stanęłam jak wryta.
Był tam: bez koszulki, w dżinsach, otoczony dziewczynami i czwórką
dobrze zbudowanych, ale nie tak wysokich jak on kolegów.
Przez chwilę mu się przyglądałam.
Czy to ten sam gogusiowaty student, z którym nie dalej jak trzy godziny
temu jadłam kolację w luksusowej restauracji?
Ten widok kompletnie mnie zaskoczył. Wyglądał, jakby uciekł z planu
jakiegoś gangsterskiego filmu. Pili szoty i grali w tę grę, w której
trzeba wrzucić piłeczkę pingpongową do plastikowego kubka. Braciszek
najwyraźniej miał dobrą passę, bo trafiał za każdym razem. Jedyną zaletą
tej sytuacji było to, że nie upił się jeszcze tak bardzo jak ci, którzy
przegrywali i po każdym rzucie musieli wychylić kieliszek tequili.
Nicholas rzucił ostatni raz i z premedytacją spudłował. Było to tak
oczywiste, że nie rozumiem, jak inni mogli się nie zorientować. Wszyscy
zaczęli buczeć i śmiać się do rozpuku. Chwycił szota i wlał go w siebie
jednym ruchem.
Kiedy jeden z jego kumpli przejął pałeczkę, a właściwie piłeczkę,
Nicholas podszedł do ślicznej, ciemnowłosej dziewczyny, która siedziała
na blacie z czarnego marmuru. Była w krótkich spodenkach, które
odsłaniały jej długie, opalone nogi. Na górze miała jasnoniebieski
stanik od bikini.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki