Moja wina. Trylogia Winnych. Tom 1 - Mercedes Ron

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (34,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Noah

Pod­no­si­łam i opusz­cza­łam szybę w nowym samo­cho­dzie matki i nie mogłam prze­stać myśleć o tym, co miało mnie spo­tkać w tym pie­kiel­nym roku, który był przede mną. Nie­mal bez prze­rwy zadrę­cza­łam się pyta­niem, jak to się stało, że zna­la­zły­śmy się w tej sytu­acji - czemu opusz­czamy nasz dom, aby prze­je­chać pół kon­ty­nentu i zna­leźć się w Kali­for­nii. Minęły trzy mie­siące, odkąd usły­sza­łam kosz­marną wia­do­mość, która zupeł­nie zmie­niła całe moje życie, przez którą chciało mi się pła­kać w nocy, przez którą roz­kle­ja­łam się i wpa­da­łam w histe­rię jak jede­na­sto­let­nia dziew­czynka, a nie sie­dem­na­sto­latka.

Ale co mogłam zro­bić? Byłam nie­peł­no­let­nia, bra­ko­wało mi jede­na­stu mie­sięcy, trzech tygo­dni i dwóch dni, żeby skoń­czyć osiem­na­ście lat i móc wyje­chać na stu­dia - z dala od matki, która myśli tylko o sobie, z dala od tych obcych, z któ­rymi mam zamiesz­kać. Mia­łam bowiem od teraz miesz­kać z dwójką zupeł­nie obcych ludzi, do tego face­tów.

- Możesz prze­stać? Dener­wuje mnie to - popro­siła matka, wkła­da­jąc klu­czyki do sta­cyjki i odpa­la­jąc samo­chód.

- Mnie też dener­wuje wiele rze­czy, które robisz, a muszę je zno­sić - odpo­wie­dzia­łam opry­skli­wie. Gło­śne wes­tchnie­nie, które nastą­piło potem, było w reper­tu­arze matki czymś tak czę­stym, że nawet mnie nie zasko­czyło.

Jak mogła mnie do tego zmu­szać? Czy w ogóle nie obcho­dziły jej moje uczu­cia? "Ależ oczy­wi­ście, że tak", powta­rzała, a tym­cza­sem opusz­cza­ły­śmy moje uko­chane mia­sto. Minęło już sześć lat, odkąd moi rodzice się roz­wie­dli. I to nie w przy­jemny czy cywi­li­zo­wany spo­sób. To było naprawdę trau­ma­tyczne roz­sta­nie, ale osta­tecz­nie jakoś sobie z tym pora­dzi­łam... A przy­naj­mniej wciąż się sta­ra­łam.

Bar­dzo trudno było mi przy­zwy­cza­jać się do zmian, prze­ra­żała mnie wizja prze­by­wa­nia z nie­zna­jo­mymi. Nie należę do osób prze­sad­nie nie­śmia­łych, ale jestem raczej skryta, jeśli cho­dzi o moje pry­watne życie. Wizja dzie­le­nia prze­strzeni z dwiema oso­bami, które ledwo zna­łam, przez dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę wywo­ły­wała we mnie taki lęk, że mia­łam ochotę wysiąść z auta i zwy­mio­to­wać.

- Nie rozu­miem, dla­czego nie możesz pozwo­lić mi zostać - po raz tysięczny pró­bo­wa­łam ją prze­ko­nać. - Nie jestem dziec­kiem, potra­fię o sie­bie zadbać... Poza tym za rok i tak wyjadę na uni­wer­sy­tet i zamiesz­kam sama. Prze­cież to żadna róż­nica - tłu­ma­czy­łam z nadzieją, że w końcu to zro­zu­mie, i pew­no­ścią, że mam abso­lutną rację.

- Nie zamie­rzam prze­ga­pić two­jego ostat­niego roku w szkole. Chcę nacie­szyć się córką, zanim wyje­dzie na stu­dia. Noah, mówi­łam ci to już tysiąc razy: chcę, żebyś była czę­ścią naszej nowej rodziny, jesteś moim dziec­kiem... Na miłość boską, czy ty naprawdę sądzisz, że mogę pozwo­lić ci miesz­kać w innym kraju bez żad­nej opieki, tak daleko ode mnie? - odpo­wie­działa, nie odry­wa­jąc wzroku od drogi i wyma­chu­jąc prawą ręką.

Matka nie rozu­miała, jakie to było dla mnie trudne. Ona zaczy­nała nowe życie z mężem, który praw­do­po­dob­nie ją kochał. A ja?

- Nic nie rozu­miesz, mamo. Czy pomy­śla­łaś przez chwilę, że dla mnie to też jest ostatni rok szkoły? Że tutaj mam przy­ja­ciółki, chło­paka, pracę, dru­żynę...? Tu jest całe moje życie! - wykrzy­cza­łam, z tru­dem powstrzy­mu­jąc łzy. Sytu­acja mnie prze­ra­stała, to na pewno. Ja ni­gdy, pod­kre­ślam: ni­gdy nie pła­ka­łam przy kimś. Płacz jest dla sła­bych, dla tych, któ­rzy nie potra­fią kon­tro­lo­wać emo­cji. Niektó­rzy, tak jak ja, prze­pła­kali w życiu tyle, że posta­no­wili nie uro­nić już ani jed­nej łzy.

Nagle przy­po­mniało mi się, od czego zaczęło się to całe sza­leń­stwo. Bez prze­rwy sobie wyrzu­ca­łam, że nie poje­cha­łam wtedy z matką na ten prze­klęty rejs po wyspach Fidżi. Bo to wła­śnie tam, na statku dry­fu­ją­cym po Oce­anie Spo­koj­nym poznała nie­zwy­kłego i tajem­ni­czego Wil­liama Leistera.

Gdy­bym mogła cof­nąć czas, nie zasta­na­wia­ła­bym się nawet sekundy, tylko od razu bym się zgo­dziła, gdy w poło­wie kwiet­nia moja matka zja­wiła się z dwoma bile­tami i pro­po­zy­cją wyjazdu na waka­cje. Dostała je od naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Bie­daczka miała wypa­dek samo­cho­dowy i zła­mała nogę, rękę i dwa żebra. Z oczy­wi­stych wzglę­dów nie mogła więc poje­chać z mężem na te wyspy i poda­ro­wała bilety mojej matce. No ale zaraz... połowa kwiet­nia? W tym cza­sie mia­łam na gło­wie egza­miny koń­cowe i byłam w środku sezonu siat­kar­skiego. Moja dru­żyna zna­la­zła się na czele listy, choć zawsze była druga, od kiedy się­gam pamię­cią. Z nie­wielu rze­czy w życiu tak się cie­szy­łam. Jed­nak teraz, gdy już wie­dzia­łam, jakie kon­se­kwen­cje miała moja nie­obec­ność na tym rej­sie, odda­ła­bym puchar, porzu­ciła dru­żynę i bez żalu oblała histo­rię i hisz­pań­ski, gdy­bym tylko mogła nie dopu­ścić do tego ślubu.

Pobie­rać się na statku! Mojej matce cał­kiem odbiło! Co gor­sza, nic mi nie powie­działa, dowie­dzia­łam się po jej powro­cie, a do tego zako­mu­ni­ko­wała mi to tak spo­koj­nie, jakby bra­nie ślubu z milio­ne­rem na środku oce­anu było naj­zwy­klej­szą rze­czą na świe­cie... Cała ta sytu­acja była kom­plet­nie nie­re­alna. Na domiar złego matka posta­no­wiła prze­pro­wa­dzić się do jego posia­dło­ści w Kali­for­nii, w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. To jest w innym kraju! Uro­dzi­łam się w Kana­dzie, cho­ciaż moja matka pocho­dziła z Tek­sasu, a ojciec z Kolo­rado. Bar­dzo lubi­łam Stany, ale kiedy się dowie­dzia­łam...

- Noah, prze­cież wiesz, że chcę dla cie­bie jak naj­le­piej - powie­działa matka, przy­wo­łu­jąc mnie do rze­czy­wi­sto­ści. - Wiesz, przez co prze­szłam, przez co prze­szły­śmy, i naresz­cie spo­tka­łam porząd­nego męż­czy­znę, który mnie kocha i sza­nuje... Od wie­ków nie byłam taka szczę­śliwa... Muszę to zro­bić i wiem, że z cza­sem go poko­chasz. Poza tym on może zapew­nić ci przy­szłość, o jakiej ni­gdy nie mogły­śmy nawet marzyć. Będziesz mogła stu­dio­wać, gdzie tylko zechcesz, Noah.

- Ale ja nie chcę iść na jedną z tych uczelni, mamo, i na pewno nie chcę, żeby jakiś obcy facet za to pła­cił - odpo­wie­dzia­łam i prze­szedł mnie dreszcz na myśl, że już za mie­siąc pójdę do pre­sti­żo­wej szkoły dla boga­tych dzie­cia­ków.

- To nie jest obcy czło­wiek, to jest mój mąż, więc zacznij przy­zwy­cza­jać się do tego pomy­słu - dodała matka bar­dziej sta­now­czym tonem.

- Nie zamie­rzam przy­zwy­czaić się do tego pomy­słu - odcię­łam się i prze­nio­słam spoj­rze­nie z jej twa­rzy na drogę.

Matka wes­tchnęła, a ja chcia­łam, żeby ta roz­mowa już się skoń­czyła, nie mia­łam ochoty wię­cej gadać.

- Rozu­miem, że będziesz tęsk­nić za swo­imi kole­gami i za Danem, Noah, ale spójrz na dobre strony: będziesz miała brata! - wykrzyk­nęła rado­śnie.

Spoj­rza­łam na nią zmę­czo­nym wzro­kiem.

- Nie pró­buj mi tego wci­skać w ten spo­sób.

- Ależ będziesz zachwy­cona. Nick jest prze­uro­czy! - zapew­niła mnie, uśmie­cha­jąc się do auto­strady. - To doj­rzały i odpo­wie­dzialny chło­pak i na pewno z przy­jem­no­ścią pozna cię ze wszyst­kimi swo­imi zna­jo­mymi i pokaże ci mia­sto. Zawsze, gdy ich odwie­dza­łam, sie­dział w swoim pokoju, uczył się albo czy­tał. Może okaże się, że lubi­cie te same książki.

- Tak, na pewno... Na pewno uwiel­bia Jane Austin - prze­wró­ci­łam oczami. - Mówi­łaś, że ile on ma lat? - oczy­wi­ście wie­dzia­łam to, matka opo­wia­dała mi o nim i o Wil­lia­mie od mie­sięcy, a jed­nak, co wyda­wało mi się bar­dzo zna­czące, ten cały Nick nie zna­lazł oka­zji, żeby przy­je­chać do nas i mnie poznać. Zmu­sza­nie mnie do zamiesz­ka­nia z nową rodziną, któ­rej człon­ków nawet nie zna­łam, to była jed­nak prze­sada.

- Jest tro­chę od cie­bie star­szy, ale ty jesteś bar­dzo doj­rzała jak na swój wiek. Na pewno świet­nie się doga­da­cie.

No teraz to pró­bo­wała mnie podejść... "Doj­rzała"... Po pierw­sze, nie mia­łam pew­no­ści, czy to słowo fak­tycz­nie mnie defi­niuje, a po dru­gie, powąt­pie­wa­łam, czy nie­za­leż­nie od wszyst­kiego jakiś pra­wie dwu­dzie­sto­dwu­letni chło­pak będzie miał ochotę poka­zy­wać mi mia­sto i przed­sta­wiać mi przy­ja­ciół. Oczy­wi­ście gdy­bym ja w ogóle chciała, żeby to robił, to przede wszyst­kim.

- Jeste­śmy na miej­scu - zako­mu­ni­ko­wała w pew­nym momen­cie matka.

Rozej­rza­łam się i zoba­czy­łam wyso­kie palmy i monu­men­talne rezy­den­cje pood­dzie­lane od sie­bie sze­ro­kimi uli­cami. Każdy dom zaj­mo­wał co naj­mniej pół prze­cznicy. Były tam domy w stylu angiel­skim, wik­to­riań­skim, a także wiele nowo­cze­snych budyn­ków ze szkla­nymi ścia­nami i roz­le­głymi ogro­dami. Zaczy­na­łam bać się coraz bar­dziej, gdy zda­łam sobie sprawę, że im dłu­żej jecha­ły­śmy tą ulicą, tym domy sta­wały się więk­sze.

W końcu doje­cha­ły­śmy do wiel­kiej, wyso­kiej na trzy metry bramy i, jakby ni­gdy nic, matka wycią­gnęła ze schowka pilota i naci­snęła guzik, a brama zaczęła się otwie­rać. Ponow­nie ruszy­ły­śmy. Zje­cha­ły­śmy w dół drogą oto­czoną przez wyso­kie sosny, które roz­ta­czały przy­jemny zapach waka­cji i morza.

- Nasz dom stoi niżej niż reszta zabu­do­wań, dla­tego mamy naj­lep­szy widok na plażę - powie­działa z sze­ro­kim uśmie­chem. Odwró­ci­łam się w jej stronę i mia­łam wra­że­nie, że patrzę na obcą osobę. Czy naprawdę nie zda­wała sobie sprawy z tego, gdzie się zna­la­zły­śmy? Nie rozu­miała, że to wszystko jest dla nas zbyt duże?

Nie mia­łam czasu, żeby wypo­wie­dzieć te pyta­nia na głos, bo w końcu doje­cha­ły­śmy do domu. Byłam w sta­nie wydu­sić tylko dwa słowa.

- O matko!

Dom był cały biały, z wyso­kim dachem pokry­tym pia­sko­wo­żółtą dachówką. Miał przy­naj­mniej trzy poziomy, ale nie mogłam tego dokład­nie osza­co­wać, bo wszę­dzie było pełno bal­ko­nów, okien i tego typu rze­czy. Przed nami wzno­sił się impo­nu­jący ganek, na któ­rym, ponie­waż było już po dzie­więt­na­stej, paliły się świa­tła, co spra­wiało, że budy­nek wyglą­dał jak ze snu. Słońce miało wkrótce zajść i na nie­bie malo­wały się osza­ła­mia­jące kolory, które kon­tra­sto­wały z nie­ska­laną bielą ścian budowli.

Matka obje­chała fon­tannę i zapar­ko­wała samo­chód na wprost scho­dów, które pro­wa­dziły do głów­nych drzwi. Gdy wysia­dłam, mia­łam wra­że­nie, że dotar­łam do naj­bar­dziej luk­su­so­wego hotelu w całej Kali­for­nii. Tylko że to nie był hotel, to był dom... Podobno miał to być mój dom... A przy­naj­mniej to sta­rała mi się wmó­wić matka.

Gdy tylko wysia­dłam z auta, Wil­liam Leister sta­nął w drzwiach domu. Za nim stało trzech męż­czyzn prze­bra­nych za pin­gwiny.

Mąż mojej matki ubrany był ina­czej niż wtedy, kiedy kilka razy dostą­pi­łam zaszczytu prze­by­wa­nia w jego towa­rzy­stwie. Zamiast dro­giego gar­ni­turu i mar­ko­wej kami­zelki miał na sobie białe ber­mudy i jasno­nie­bie­ską koszulkę polo. Na nogi zało­żył pla­żowe klapki, a ciemne włosy, zwy­kle zacze­sane do tyłu, teraz były zmierz­wione. Musia­łam przy­znać, że można było zro­zu­mieć, co moja matka w nim widzi: był bar­dzo atrak­cyjny. Wysoki, znacz­nie wyż­szy niż ona, i świet­nie się trzy­mał. Miał har­mo­nijne rysy twa­rzy, cho­ciaż oczy­wi­ście było na niej widać oznaki wieku - zmarszczki mimiczne i pomarsz­czone czoło - a w jego czar­nych wło­sach poły­ski­wały siwe nitki, które nada­wały mu doj­rzały i inte­re­su­jący wygląd.

Matka pobie­gła go uści­skać jak jakaś nasto­latka. Ja się nie spie­szy­łam, zamknę­łam drzwi samo­chodu i pode­szłam do bagaż­nika, żeby wziąć swoje rze­czy.

Nagle zni­kąd poja­wiły się jakieś ręce w ręka­wicz­kach. Cof­nę­łam się prze­stra­szona.

- Wezmę rze­czy panienki - powie­dział jeden z męż­czyzn prze­bra­nych za pin­gwina.

- Dam radę sama, dzię­kuję - odpo­wie­dzia­łam. Byłam naprawdę zmie­szana.

Męż­czy­zna spoj­rzał na mnie, jak­bym postra­dała zmy­sły.

- Niech Mar­tin ci pomoże, Noah - usły­sza­łam za ple­cami głos Wil­liama Leistera.

Nie­chęt­nie wypu­ści­łam z rąk walizkę.

- Bar­dzo miło mi cię widzieć, Noah - oświad­czył mąż matki i uśmiech­nął się ser­decz­nie. Sto­jąca obok matka poka­zy­wała mi na migi, żebym się zacho­wy­wała, uśmiech­nęła czy coś.

- Nie mogę powie­dzieć tego samego - powie­dzia­łam i wycią­gnę­łam rękę, żeby mógł nią potrzą­snąć. Mia­łam świa­do­mość, że zacho­wuję się bar­dzo nie­wła­ści­wie, ale w tam­tym momen­cie uzna­łam za sto­sowne powie­dzieć prawdę.

Chcia­łam, żeby było jasne, jaki jest mój sto­su­nek do nastę­pu­ją­cej wła­śnie zmiany w naszym życiu.

Wil­liam nie wyglą­dał na obra­żo­nego. Przy­trzy­mał moją dłoń dłu­żej, niż nale­żało, i od razu zro­biło mi się nie­przy­jem­nie.

- Wiem, że to dla cie­bie gwał­towna zmiana, Noah, ale chciał­bym, żebyś się tu poczuła jak w domu, żebyś korzy­stała ze wszyst­kiego, co mogę ci dać, ale przede wszyst­kim, żebyś uznała mnie za członka rodziny... Kie­dyś - dodał, widząc moje nie­do­wie­rza­jące spoj­rze­nie. Matka stała obok i strze­lała we mnie pio­ru­nami z nie­bie­skich oczu.

Byłam w sta­nie jedy­nie ski­nąć głową i cof­nąć się, żeby w końcu puścił moją rękę. Nie czu­łam się swo­bod­nie pod­czas oka­zy­wa­nia uczuć, zwłasz­cza przez obcych. Matka wyszła za mąż - wszyst­kiego naj­lep­szego - ale dla mnie ten czło­wiek ni­gdy nie będzie ani ojcem, ani ojczy­mem, ani co tam się mu jesz­cze może wyda­wać. Mia­łam już jed­nego ojca i naprawdę wystar­czy.

- Może opro­wa­dzimy cię po domu - zapro­po­no­wał z sze­ro­kim uśmie­chem, nie zwra­ca­jąc uwagi na moją ozię­błość i humory.

- Chodźmy, Noah - matka wzięła mnie pod ramię tak, że nie pozo­stało mi nic innego, jak powlec się za nią.

Świa­tła w całym domu były zapa­lone, więc mogłam zoba­czyć wszyst­kie szcze­góły posia­dło­ści zbyt dużej nawet dla dwu­dzie­sto­oso­bo­wej rodziny, nie wspo­mi­na­jąc o czte­rech oso­bach. Dom miał wyso­kie sufity z drew­nia­nymi bel­kami i wiel­kie okna wycho­dzące na ogród. Na środku salonu były masywne schody, które roz­wi­dlały się na dwie strony i pro­wa­dziły na pię­tro. Matka i jej mąż opro­wa­dzili mnie po całym domu, po ogrom­nym salo­nie i wiel­kiej kuchni, w któ­rej domi­no­wała masywna wyspa - matka na pewno była nią zachwy­cona. W tym domu było wszystko: siłow­nia, kryty basen, sala przy­jęć i wielka biblio­teka, która zro­biła na mnie naj­więk­sze wra­że­nie.

- Twoja mama mówiła, że lubisz czy­tać i pisać - stwier­dził Wil­liam, czym wyrwał mnie z mojego oszo­ło­mie­nia.

- Tak jak tysiące ludzi - zga­si­łam go. Dener­wo­wało mnie, że zwra­cał się do mnie z taką ser­decz­no­ścią, nie chcia­łam, żeby się do mnie odzy­wał po pro­stu.

- Noah - skar­ciła mnie matka, wbi­ja­jąc we mnie wzrok. Wie­dzia­łam, że nie jestem zbyt miła, ale Wil­liam musiał to jakoś znieść. Mnie cze­kał nie­zbyt miły rok i nic z tym nie mogłam zro­bić.

Wil­liam zda­wał się nie zauwa­żać naszej wymiany spoj­rzeń i uśmie­chał się przez cały czas.

Wes­tchnę­łam z fru­stra­cji i zakło­po­ta­nia. To było dla mnie za dużo - wszystko takie inne, eks­tra­wa­ganc­kie... Nie wie­dzia­łam, czy uda mi się przy­zwy­czaić do miesz­ka­nia w takim miej­scu.

Nagle zapra­gnę­łam zostać sama. Potrze­bo­wa­łam czasu, żeby prze­tra­wić to wszystko.

- Jestem zmę­czona. Czy mogę pójść do pokoju, w któ­rym mam zamiesz­kać? - zapy­ta­łam mniej wro­gim tonem.

- Oczy­wi­ście, w pra­wym skrzy­dle na pierw­szym pię­trze są pokoje twoje i Nicho­lasa. Możesz zapra­szać do sie­bie gości, Nic­kowi nie będzie to prze­szka­dzało. Dodat­kowo od teraz będzie­cie dzie­lić pokój gier.

Pokój gier? Serio? Uśmiech­nę­łam się na tyle, na ile star­czyło mi sił, i usi­ło­wa­łam nie myśleć o tym, że będę musiała miesz­kać także z synem Wil­liama. Wie­dzia­łam o nim tylko tyle, ile powie­działa mi matka, czyli że ma dwa­dzie­ścia jeden lat, stu­diuje na Uni­wer­sy­te­cie Kali­for­nij­skim i jest nie­zno­śnym sno­bem. No dobrze, to ostat­nie to były moje wła­sne wnio­ski, ale na pewno słuszne.

Gdy wcho­dzi­li­śmy po scho­dach, nie mogłam prze­stać myśleć o tym, że od teraz będę miesz­kała z dwoma obcymi face­tami. Minęło sześć lat, odkąd jakiś męż­czy­zna - mój ojciec - prze­by­wał w moim domu. Przy­zwy­cza­iłam się, że zawsze są same dziew­czyny, tylko my dwie. Moje życie ni­gdy nie było usłane różami, zwłasz­cza przez pierw­sze jede­na­ście lat. Pro­blemy z ojcem odbiły się na moim życiu tak samo jak na życiu matki.

Po roz­wo­dzie mama i ja musia­ły­śmy sobie jakoś radzić i pomału udało nam się uło­żyć sobie nor­malne życie. Z cza­sem, gdy dora­sta­łam, mama stała się jedną z moich naj­lep­szych przy­ja­ció­łek. Dawała mi swo­bodę, któ­rej potrze­bo­wa­łam, a to dla­tego, że wza­jem­nie sobie ufa­ły­śmy... Przy­naj­mniej do momentu, kiedy posta­no­wiła wywa­lić wszystko za burtę.

- To jest twój pokój - wska­zała matka, sta­jąc przed drzwiami z ciem­nego drewna.

Popa­trzy­łam na nią i Wil­liama. Wyraź­nie na coś cze­kali.

- Mogę wejść? - spy­ta­łam iro­nicz­nie, bo nie odsu­wali się od drzwi.

- Ten pokój to mój spe­cjalny pre­zent dla cie­bie, Noah - oczy matki błysz­czały wycze­ku­jąco.

Spoj­rza­łam na nią nie­uf­nie, a kiedy się odsu­nęła, otwo­rzy­łam ostroż­nie drzwi, nie­pewna, co mogę zna­leźć za nimi.

Naj­pierw do moich zmy­słów dotarł roz­koszny zapach rumianku i morza. Spoj­rza­łam na ścianę naprze­ciwko wej­ścia, która była cał­ko­wi­cie prze­szklona. Widok był tak osza­ła­mia­jący, że na początku mnie zamu­ro­wało. Z miej­sca, w któ­rym sta­łam, widać było ocean w całej oka­za­ło­ści. Dom musiał stać na samym kli­fie, bo widzia­łam tylko wodę i spek­ta­ku­larny zachód słońca, które wła­śnie kryło się w oce­anie. Coś nie­sa­mo­wi­tego.

- O matko! - jak widać, ostat­nio był to mój ulu­biony zwrot. Wędro­wa­łam wzro­kiem po pokoju. Był ogromny. Po lewej stro­nie stało łóżko z bal­da­chi­mem i mnó­stwem bia­łych podu­szek, które kon­tra­sto­wały ze ścia­nami poma­lo­wa­nymi na przy­jemny, jasno­nie­bie­ski kolor. Meble - wśród któ­rych wyróż­niały się wiel­kie biurko i sto­jący na nim olbrzymi iMac, ele­gancka kanapa, toa­letka z lustrem oraz wielki regał, na któ­rym stały wszyst­kie moje książki - były białe i nie­bie­skie. Te barwy w połą­cze­niu z osza­ła­mia­ją­cym wido­kiem za oknem to było naj­pięk­niej­sze, co widzia­łam w życiu.

Poczu­łam się przy­tło­czona. To wszystko dla mnie?

- Podoba ci się? - spy­tała matka zza moich ple­ców.

- To nie­sa­mo­wite... Dzię­kuję - powie­dzia­łam, czu­jąc wdzięcz­ność, ale rów­no­cze­śnie zmie­sza­nie. Nie chcia­łam dać się kupić za pomocą rze­czy, nie potrze­bo­wa­łam ich.

- Pra­co­wa­łam z deko­ra­torką wnętrz przez pra­wie dwa tygo­dnie. Chcia­łam, żebyś miała wszystko, o czym kie­dy­kol­wiek marzy­łaś, a ja nie mogłam ci tego dać - powie­działa roz­e­mo­cjo­no­wana. Patrzy­łam na nią przez chwilę i wie­dzia­łam, że nie wolno mi narze­kać. Taki pokój był marze­niem każ­dej nasto­latki, ale też każ­dej matki.

Pode­szłam do niej i przy­tu­li­łam się. Od trzech mie­sięcy nie mia­łam z matką żad­nego kon­taktu fizycz­nego, a wie­dzia­łam, że to dla niej ważne.

- Dzię­kuję - wyszep­tała mi do ucha, tak że tylko ja mogłam usły­szeć. - Obie­cuję ci, że zro­bię wszystko, żeby­śmy obie były szczę­śliwe.

- Dam sobie radę, mamo - powie­dzia­łam ze świa­do­mo­ścią, że to, co mi obie­cuje, nie zależy od niej.

Matka mnie puściła, otarła łzę, która spły­wała jej po policzku, i sta­nęła obok nowego męża.

- Zosta­wimy cię samą, żebyś mogła się roz­go­ścić - powie­dział Wil­liam przy­mil­nie.

Przy­tak­nę­łam, ale za nic mu nie podzię­ko­wa­łam. Nie wło­żył żad­nego wysiłku w przy­go­to­wa­nie cze­go­kol­wiek w tym pokoju - wyło­żył tylko pie­nią­dze.

Zamknę­łam drzwi i zauwa­ży­łam, że nie mają zasuwki. Pod­łoga była z drewna i leżał na niej biały dywan, tak gruby, że można by na nim spać. Łazienka była wiel­ko­ści mojego poprzed­niego pokoju i były w niej prysz­nic z hydro­ma­sa­żem, wanna i dwie oddzielne umy­walki. Pode­szłam do okna i zanie­mó­wi­łam. Wycho­dziło na dzie­dzi­niec za domem, ogromny basen i ogród z kwia­tami oraz pal­mami.

Wyszłam z łazienki i zda­łam sobie sprawę, że na prze­ciw­le­głej ścia­nie jest wąska futryna pozba­wiona drzwi. O mój Boże!

Prze­bie­głam przez pokój i odkry­łam to, o czym marzy każda kobieta, nasto­latka i dziew­czynka: gar­de­roba, i to nie pusta, ale wypeł­niona po brzegi nowiut­kimi ubra­niami. Wypu­ści­łam całe powie­trze z płuc i zaczę­łam prze­bie­gać pal­cami po tych prze­pięk­nych rze­czach. Wszyst­kie miały metki i wystar­czył rzut oka na jedną z nich, żeby się zorien­to­wać, jak bar­dzo były dro­gie. Matka musiała zwa­rio­wać; ona albo ktoś, kto prze­ko­nał ją, żeby wydała tyle pie­nię­dzy.

Nie mogłam pozbyć się wra­że­nia, że to wszystko ułuda i że zaraz obu­dzę się w moim sta­rym pokoju, w zwy­kłych ubra­niach i na poje­dyn­czym łóżku. A naj­gor­sze było to, że z całych sił pra­gnę­łam się obu­dzić, bo to nie było moje życie, wcale tego nie chcia­łam... Naj­bar­dziej na świe­cie pra­gnę­łam wró­cić do domu. Poczu­łam taki ucisk w żołądku i ogar­nął mnie taki lęk, że opa­dłam na pod­łogę, opar­łam głowę na kola­nach i zaczę­łam głę­boko oddy­chać. Sie­dzia­łam w tej pozy­cji tak długo, aż prze­szła mi ochota na płacz.

Dokład­nie wtedy, jakby czy­ta­jąc mi w myślach, napi­sała do mnie moja przy­ja­ciółka Beth.

Doje­cha­łaś? Wszystko w porządku? Już za Tobą tęsk­nię.

Uśmiech­nę­łam się i wysła­łam jej zdję­cie mojej gar­de­roby. Sekundę póź­niej dosta­łam pięć emo­tek z roz­dzia­wio­nymi ustami.

Nie­na­wi­dzę Cię! Wiesz o tym?

Zaśmia­łam się i napi­sa­łam do niej wia­do­mość.

Gdy­bym mogła, odda­ła­bym Ci to wszystko. Odda­ła­bym cokol­wiek, żeby móc być teraz z Wami, oglą­dać film u Dana albo po pro­stu nudzić się na wyświ­nio­nej kana­pie w Twoim pokoju.

Cho­lera, nie bądź taką pesy­mistką. Korzy­staj! Jesteś teraz bogata!

Ja nie byłam bogata. Wil­liam był.

Zosta­wi­łam tele­fon na pod­ło­dze i pode­szłam do wali­zek. Wycią­gnę­łam z jed­nej z nich krót­kie spodenki i pro­stą koszulkę. Nie zamie­rza­łam zmie­niać stylu i ubie­rać się w mar­kowe ciu­chy.

Weszłam pod prysz­nic, żeby zmyć z sie­bie brud i zmę­cze­nie długą podróżą. Cie­szy­łam się, że nie należę do tych dziew­czyn, które muszą godzi­nami ukła­dać włosy. Na szczę­ście odzie­dzi­czy­łam po mamie lek­kie fale i wystar­czyło wysu­szyć włosy, żeby same się w nie uło­żyły. Zało­ży­łam na sie­bie to, co wcze­śniej wybra­łam, i posta­no­wi­łam zro­bić małą wycieczkę po domu, a przy oka­zji poszu­kać cze­goś do prze­gry­zie­nia.

Dziw­nie było cho­dzić po tym domu samot­nie. Czu­łam się jak intruz. Dużo czasu minie, zanim przy­zwy­czaję się do miesz­ka­nia tutaj, a przede wszyst­kim zanim przy­wyknę do luk­su­sów i roz­mia­rów tego miej­sca. W naszym sta­rym miesz­ka­niu wystar­czyło lekko pod­nieść głos, żeby­śmy się wza­jem­nie sły­szały. Tutaj było to zupeł­nie nie­moż­liwe.

Skie­ro­wa­łam się do kuchni z nadzieją, że nie zgu­bię się po dro­dze. Umie­ra­łam z głodu, musia­łam pil­nie dostar­czyć orga­ni­zmowi jakie­goś śmie­cio­wego jedze­nia.

Gdy weszłam do kuchni, nie­stety, nie byłam w niej sama.

Ktoś buszo­wał w lodówce. Widzia­łam jedy­nie pokryty ciem­nymi wło­sami czu­bek głowy tej osoby. W chwili gdy mia­łam się ode­zwać, roz­le­gło się ogłu­sza­jące szcze­ka­nie i tak mnie prze­stra­szyło, że zaczę­łam pisz­czeć jak mała dziew­czynka. Pod­sko­czy­łam ze stra­chu, a głowa z lodówki wysu­nęła się ponad drzwiami, żeby zoba­czyć, kto się tak wydziera.

Ale to nie jej wła­ści­ciel tak mnie wystra­szył - na środku kuchni sie­dział czarny pies, wpraw­dzie piękny, ale patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie pożreć. Wyda­wało mi się, że to labra­dor, ale nie byłam pewna. Po chwili sta­nął obok niego wła­ści­ciel ciem­no­wło­sej głowy.

Spoj­rza­łam z zacie­ka­wie­niem, jak rów­nież z uzna­niem na chło­paka, który musiał być synem Wil­liama - Nicho­la­sem Leiste­rem. Pierw­sze, co przy­szło mi do głowy, gdy go zoba­czy­łam, to: Ale oczy! Były w kolo­rze nieba, tak jasne jak ściany w moim pokoju i kon­tra­sto­wały rady­kal­nie z kru­czo­czar­nymi wło­sami, zmierz­wio­nymi i mokrymi od potu. Naj­wy­raź­niej tre­no­wał, bo był w getrach i obci­słej koszulce bez ręka­wów. Rety, był bar­dzo przy­stojny, musia­łam to przy­znać, ale te myśli nie przy­sła­niały mi faktu, z kim mam do czy­nie­nia: oto mój przy­szy­wany brat, z któ­rym przyj­dzie mi miesz­kać przez cały naj­bliż­szy rok, co, jak podej­rze­wa­łam, będzie potworną tor­turą... Jego pies powar­ki­wał, jakby czy­tał mi w myślach.

- Ty jesteś Nicho­las, prawda? - spy­ta­łam, usi­łu­jąc zapa­no­wać nad stra­chem przed dia­bel­skim zwie­rzę­ciem, które nie prze­sta­wało na mnie war­czeć. Zasko­czyło mnie i zde­ner­wo­wało, że Nicho­las spoj­rzał na psa i uśmiech­nął się tylko.

- We wła­snej oso­bie - potwier­dził, prze­no­sząc wzrok znów na mnie. - A ty musisz być córką nowej kobiety mojego ojca - nie mogłam uwie­rzyć, że wypo­wiada te słowa tak ozię­ble.

Nicho­las zmarsz­czył brwi.

- Masz na imię...? - spy­tał, a ja otwo­rzy­łam sze­roko oczy ze zdu­mie­nia i nie­do­wie­rza­nia.

Nie znał mojego imie­nia? Nasi rodzice się pobrali, matka i ja prze­pro­wa­dzi­ły­śmy się do ich domu, a on nie wie­dział, jak mam na imię?

Rozdział 2

2

Nick

- Noah - odpo­wie­działa mi krótko. - Mam na imię Noah.

Roz­ba­wiło mnie, jak pró­bo­wała mnie zmro­zić wzro­kiem. Moja przy­brana sio­strzyczka wyda­wała się ura­żona fak­tem, że mam w dupie, jak nazy­wają się ona i jej matka, cho­ciaż muszę przy­znać, że imię matki pamię­ta­łem. Jak mógł­bym zapo­mnieć? Przez trzy ostat­nie mie­siące spę­dziła w tym domu wię­cej czasu niż ja. Raf­fa­ella Mor­gan wpa­ko­wała się w moje życie i w dodatku przy­pro­wa­dziła kogoś ze sobą.

- To nie jest męskie imię? - zapy­ta­łem ze świa­do­mo­ścią, że spra­wię jej przy­krość. - Bez urazy - doda­łem, obser­wu­jąc, jak jej jasno­brą­zowe oczy roz­sze­rzają się z nie­do­wie­rza­niem.

- Może być też dam­skie - odpo­wie­działa po chwili. Zoba­czy­łem, że prze­nosi wzrok na Thora, mojego psa, i nie mogłem powstrzy­mać uśmie­chu. - Pew­nie w twoim ogra­ni­czo­nym słow­niku nie ist­nieje poję­cie "uni­sex" - dodała, tym razem na mnie nie patrząc. Thor wciąż na nią war­czał i poka­zy­wał zęby. To nie była jego wina, wytre­no­wa­li­śmy go tak, żeby nie ufał obcym. Wystar­czyło jedno moje słowo, żeby zamie­nił się w przy­mil­nego psiaka, któ­rym zwy­kle był... Ale prze­ra­że­nie na twa­rzy nowej sio­strzyczki za bar­dzo mnie bawiło.

- Nic się nie martw, moje słow­nic­two jest wystar­cza­jąco bogate - odpar­łem, zamkną­łem lodówkę i sta­ną­łem twa­rzą w twarz z tą dziew­czyną. - Znam na przy­kład takie słowo, które bar­dzo podoba się mojemu psu. Zaczyna się od "bi", potem jest "erz", a na końcu "ją" - na jej twa­rzy poja­wiło się prze­ra­że­nie, a ja musia­łem powstrzy­my­wać śmiech.

Była wysoka, na pewno metr sześć­dzie­siąt osiem, może metr sie­dem­dzie­siąt, trudno powie­dzieć. Była też szczu­pła i niczego jej nie bra­ko­wało, musia­łem to przy­znać, ale twarz miała tak dzie­cięcą, że nie mogła wywo­ły­wać żad­nych nie­grzecz­nych sko­ja­rzeń. Jeśli dobrze pamię­ta­łem, to nie skoń­czyła jesz­cze szkoły, co potwier­dzały jej krót­kie spodenki, biała koszulka i czarne conversy. Bra­ko­wało jej tylko spię­tych w kucyk wło­sów, żeby wyglą­dała jak jedna z tych nasto­la­tek, które stoją w dłu­gich kolej­kach i nie­cier­pli­wie cze­kają na otwar­cie gale­rii, żeby zdo­być naj­now­szy krą­żek jakie­goś pio­sen­ka­rza, do któ­rego wzdy­chają wszyst­kie pięt­nastki. Szcze­rze mówiąc, naj­bar­dziej zacie­ka­wiły mnie wła­śnie jej włosy. Miały bar­dzo dziwny kolor, coś pomię­dzy ciem­nym blond a rudym.

- Bar­dzo zabawne - powie­działa sar­ka­stycz­nie, ale wciąż śmier­tel­nie prze­ra­żona. - Zabierz go stąd, wygląda, jakby miał się zaraz na mnie rzu­cić - popro­siła i cof­nęła się o krok. W tym samym momen­cie Thor zro­bił krok w przód.

Dobry pie­sek, pomy­śla­łem. Nie zaszko­dzi dać sio­strzyczce małą nauczkę, spe­cjal­nie ją powi­tać, by roz­wiać wszel­kie wąt­pli­wo­ści co do tego, czyj to dom, i poka­zać, jak nie­mile jest w nim widziana.

- Thor, naprzód - zde­cy­do­wa­nie roz­ka­za­łem psu. Noah spoj­rzała naj­pierw na niego, a potem na mnie i wyco­fała się jesz­cze tro­chę, aż wpa­dła na ścianę.

Thor pod­szedł do niej powoli, szcze­rząc zęby i powar­ku­jąc. Wyglą­dało to dość prze­ra­ża­jąco, ale wie­dzia­łem, że nic jej nie zrobi... Przy­naj­mniej dopóki nie wydam mu pole­ce­nia.

- Co ty wypra­wiasz? - spy­tała, patrząc mi pro­sto w oczy. - To nie jest zabawne.

Och, było bar­dzo zabawne.

- Mój pies jest zazwy­czaj miły dla wszyst­kich, to bar­dzo dziwne, że teraz pró­buje cię zaata­ko­wać... - widzia­łem, że Noah usi­łuje opa­no­wać strach, i bar­dzo mnie to bawiło.

- Zamie­rzasz coś zro­bić? - wyce­dziła przez zęby, wpa­tru­jąc się we mnie.

Coś zro­bić? Na przy­kład powie­dzieć ci, żebyś wra­cała tam, skąd przy­szłaś?

- Jesteś tu od... Ilu? Pię­ciu minut? I już wyda­jesz pole­ce­nia? - pod­sze­dłem do zlewu i nala­łem sobie szklankę wody. W tym cza­sie mój pies wciąż powar­ki­wał. - Chyba muszę cię tu na chwilę zosta­wić, żebyś oswo­iła się z sytu­acją.

- Ile razy upa­dłeś na głowę jako dziecko, debilu? Zabierz ode mnie tego psa!

Jej bez­czel­ność nieco mnie zasko­czyła. Czyżby odwa­żyła się mnie obra­zić?

Chyba nawet Thor musiał to zro­zu­mieć, bo zro­bił kolejny krok w jej stronę i już cał­kiem przy­parł ją do ściany. Wtedy Noah, zanim zdą­ży­łem ją powstrzy­mać, wywi­nęła się i chwy­ciła pierw­szą z brzegu rzecz leżącą na bla­cie - tra­fiło aku­rat na patel­nię. Zanim jed­nak udało jej się ude­rzyć biedne zwie­rzę, pod­sze­dłem i odcią­gną­łem Thora za obrożę, drugą ręką blo­ku­jąc ramię Noah.

- Co ty wypra­wiasz? - wyrwa­łem jej patel­nię z ręki i odło­ży­łem na blat. Thor zaczął się rzu­cać, a Noah wydała z sie­bie zdu­szony krzyk i przy­warła do mojej piersi.

Zasko­czyło mnie, że szu­kała u mnie ratunku, cho­ciaż to ja ją stra­szy­łem.

- Thor, siad! - pies uspo­koił się natych­miast, usiadł i zaczął rado­śnie mer­dać ogo­nem.

Spoj­rza­łem na Noah, która obiema rękami kur­czowo trzy­mała się mojej koszuli, i uśmiech­ną­łem się. Po chwili dotarło do niej, co robi: wtedy puściła mnie i ode­pchnęła.

- Pogrzało cię czy co?

- Po pierw­sze, ostatni raz pod­nio­słaś rękę na mojego psa, a po dru­gie - ostrze­głem ją, wpa­tru­jąc się w jej oczy; jakaś część mózgu zauwa­żyła drobne piegi na jej nosie i policz­kach i zafik­so­wała się na nich - ni­gdy wię­cej mnie nie obra­żaj, bo naprawdę będziemy mieli pro­blem.

Zacho­wy­wała się jakoś dziw­nie. Naj­pierw popa­trzyła mi w oczy, a potem prze­nio­sła wzrok na mój tors, bo chyba nie była w sta­nie wytrzy­mać mojego spoj­rze­nia.

Zro­bi­łem dwa kroki w tył. Poczu­łem swój przy­spie­szony oddech, dia­bli wie­dzą czemu. Mia­łem już dość tej dziew­czyny jak na jeden dzień, cho­ciaż prze­cież pozna­li­śmy się pięć minut temu.

- Lepiej, żeby­śmy zaczęli się doga­dy­wać, sio­strzyczko - odwró­ci­łem się do niej ple­cami, wzią­łem z blatu kanapkę i ruszy­łem w stronę wyj­ścia.

- Nie nazy­waj mnie tak. Nie jestem twoją sio­strą ani nikim podob­nym - odparła. W jej tonie było tyle nie­na­wi­ści i bez­czel­no­ści, że aż się odwró­ci­łem, żeby znów na nią spoj­rzeć. Oczy błysz­czały jej prze­ko­na­niem co do słusz­no­ści tego, co powie­działa, i wtedy zro­zu­mia­łem, że mał­żeń­stwo naszych rodzi­ców ucie­szyło ją tak samo jak mnie.

- Co do tego się zga­dzamy... sio­stru­niu - zmru­ży­łem oczy i z roz­ba­wie­niem obser­wo­wa­łem, jak jej małe rączki zaci­skają się w pię­ści.

Nagle usły­sza­łem za ple­cami jakiś hałas. Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem mojego ojca... i jego żonę.

- Widzę, że już się pozna­li­ście - ojciec wszedł do kuchni uśmiech­nięty od ucha do ucha. Od bar­dzo dawna nie widzia­łem, żeby tak się uśmie­chał, i w głębi duszy cie­szy­łem się, że jest szczę­śliwy i że uło­żył sobie życie na nowo. Nawet jeśli po dro­dze kogoś porzu­cił: mnie.

Raf­fa­ella uśmiech­nęła się do mnie ser­decz­nie od drzwi, co mnie także zmu­siło do wykrzy­wie­nia twa­rzy w spo­sób, który przy­po­mi­nałby uśmiech - to był szczyt uprzej­mo­ści, na jaki mogłem się zdo­być wobec tej kobiety. W grun­cie rze­czy nie mia­łem nic prze­ciwko niej.

Cho­ciaż nie łączyła mnie z ojcem cudowna, głę­boka rela­cja, byłem bar­dzo zado­wo­lony, że stwo­rzył wysoki mur, który oddzie­lał nas od reszty świata. To, co stało się z moją matką, nazna­czyło nas obu, ale to ja byłem dziec­kiem, które musiało patrzeć, jak odcho­dzi, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Od tam­tej pory nie ufa­łem kobie­tom, nie chcia­łem mieć z nimi nic wspól­nego, chyba że cho­dziło o pój­ście do łóżka albo prze­lotny flirt na impre­zie. Po co komu coś wię­cej?

- Noah, widzia­łaś Thora? - Raf­fa­ella zwró­ciła się do córki, która opie­rała się o blat i nie mogła ukryć wzbu­rze­nia.

I wtedy Noah zro­biła coś, co mnie zasko­czyło: pode­szła krok w przód, pochy­liła się i zaczęła wołać psa.

- Thor, chodź tu, chodź pie­sku... - zawo­łała deli­kat­nie i przy­mil­nie. Musia­łem przy­znać, że przy­naj­mniej była odważna. Przed momen­tem drżała ze stra­chu przed tym samym zwie­rzę­ciem.

Zdzi­wi­łem się, że z miej­sca nie poskar­żyła się matce.

Pies zwró­cił się do niej i ener­gicz­nie zama­chał ogo­nem. Obró­cił głowę w moją stronę, a potem znowu spoj­rzał na nią i z pew­no­ścią wyczuł, że coś jest nie tak. Mia­łem tak zaciętą minę, że nawet on się zorien­to­wał.

Z pod­wi­nię­tym ogo­nem zbli­żył się do mnie i usiadł przy mojej nodze. Przy­brana sio­stra spe­szyła się.

- Dobry pies - pochwa­li­łem go z sze­ro­kim uśmie­chem.

Noah wypro­sto­wała się, rzu­ciła mi wyzy­wa­jące spoj­rze­nie obra­mo­wa­nych gęstymi rzę­sami oczu i zwró­ciła się do matki:

- Idę się poło­żyć - oświad­czyła zde­cy­do­wa­nie.

Ja posta­no­wi­łem zro­bić to samo, tylko zupeł­nie odwrot­nie, bo tego dnia była impreza na plaży i powi­nie­nem się tam zja­wić.

- Ja dzi­siaj wycho­dzę, nie cze­kaj­cie na mnie - bar­dzo dziw­nie czu­łem się, uży­wa­jąc liczby mno­giej.

Już mia­łem wyjść z kuchni, ale ojciec zatrzy­mał nas, mnie i moją sio­strzyczkę.

- Dziś idziemy w czwórkę na kola­cję - stwier­dził, patrząc przede wszyst­kim na mnie.

Jasny szlag!

- Tato, prze­pra­szam, ale już się umó­wi­łem i...

- Ja jestem bar­dzo zmę­czona podróżą, muszę...

- To nasza pierw­sza rodzinna kola­cja i życzę sobie, żeby­ście oboje na niej byli - ojciec prze­rwał nam obojgu. Obok mnie Noah gwał­tow­nie wypu­ściła z sie­bie całe powie­trze.

- Nie możemy pójść jutro? - pró­bo­wała nego­cjo­wać.

- Przy­kro mi, sło­neczko, ale jutro mamy fir­mowe przy­ję­cie - odpo­wie­dział ojciec.

To było bar­dzo dziwne, że tak się do niej zwra­cał... Prze­cież pra­wie jej nie znał! Ja już stu­dio­wa­łem, robi­łem, co mi się podoba - innymi słowy, byłem już doro­sły. Ale Noah? Mieć na gło­wie nasto­latkę to prze­cież kosz­mar dla nowo­żeń­ców.

- Noah, jedziemy razem na kola­cję i koniec dys­ku­sji - ucięła sprawę Raf­fa­ella i wbiła jasne oczy w córkę.

Stwier­dzi­łem, że tym razem lepiej będzie ustą­pić. Zjem z nimi kola­cję, potem pójdę do Anny, mojej... kole­żanki, a potem poje­dziemy na imprezę.

Noah wymam­ro­tała coś nie­zro­zu­mia­łego, wymi­nęła naszych "rodzi­ców" i skie­ro­wała się w stronę scho­dów.

- Daj­cie mi pół godziny na prysz­nic - wska­za­łem na prze­po­cone ciu­chy.

Ojciec przy­tak­nął z zado­wo­le­niem, jego żona uśmiech­nęła się do mnie i już było wia­domo, kto tu jest doj­rza­łym i odpo­wie­dzial­nym potom­kiem... A przy­naj­mniej kaza­łem im w to wie­rzyć.

Rozdział 3

3

Noah

Co za kom­pletny kre­tyn!

Wcho­dząc po scho­dach, tupa­łam naj­moc­niej, jak się dało, ale nie byłam w sta­nie prze­stać myśleć o ostat­nich dzie­się­ciu minu­tach, które spę­dzi­łam w towa­rzy­stwie tego pół­główka, któ­rym oka­zał się mój nowy brat. Jak można być takim dup­kiem, zaro­zu­mial­cem i psy­cho­patą jed­no­cze­śnie, i to do tego stop­nia? Boże! Nie wytrzy­mam z nim, nie dam rady go znieść. Byłam do niego uprze­dzona z tego pro­stego powodu, że jest synem nowego męża matki, ale to, co się wła­śnie wyda­rzyło, pod­biło moją nie­chęć do niego do kosmicz­nych roz­mia­rów.

To miał być ten wspa­niały i sym­pa­tyczny chło­piec, o któ­rym opo­wia­dała matka?

Nie­na­wi­dzi­łam tego, w jaki spo­sób się do mnie zwra­cał, jak na mnie patrzył. Jakby był ode mnie lep­szy tylko dla­tego, że ma hajs. Prze­ska­no­wał mnie wzro­kiem z góry na dół, po czym uśmiech­nął się... Śmiał mi się pro­sto w twarz.

Zatrza­snę­łam za sobą drzwi pokoju, cho­ciaż w tym ogrom­nym domu i tak nikt by tego nie usły­szał. Na zewnątrz zapa­dła już noc i łagodna poświata wpa­dała przez okno. W ciem­no­ści morze przy­brało czarną barwę i nie widać było gra­nicy mię­dzy wodą a nie­bem.

Wciąż wście­kła zapa­li­łam świa­tło.

Od razu pode­szłam do łóżka i rzu­ci­łam się na nie, po czym wbi­łam wzrok w belki na sufi­cie. Do tego wszyst­kiego mam z nimi iść na kola­cję! Czy matka nie zdaje sobie sprawy, że ostat­nie, na co mam teraz ochotę, to być wśród ludzi? Chcia­łam pobyć sama, odpo­cząć, poukła­dać sobie w gło­wie wszyst­kie te zmiany, które nastę­po­wały w moim życiu, spró­bo­wać zaak­cep­to­wać je i nauczyć się żyć w nowej sytu­acji, nawet jeśli w środku wiem, że ni­gdy nie będę tutaj paso­wać.

Chwy­ci­łam tele­fon i zasta­no­wi­łam się, czy zadzwo­nić do Dana, mojego chło­paka. Nie chcia­łam, żeby się mar­twił, gdy usły­szy smu­tek w moim gło­sie... Byłam w Kali­for­nii od godziny i już mi go bra­ko­wało.

Minęło led­wie dzie­sięć minut, od kiedy przy­szłam do pokoju, gdy zja­wiła się w nim matka. Co prawda zapu­kała, ale gdy nie odpo­wie­dzia­łam, i tak weszła.

- Noah, za pięt­na­ście minut musimy wszy­scy być na dole - powie­działa łagod­nie.

- Mówisz to tak, jakby zej­ście po scho­dach miało mi zająć pół­to­rej godziny - odpo­wie­dzia­łam i usia­dłam na łóżku. Pół­dłu­gie włosy matki były roz­pusz­czone i ele­gancko ucze­sane. Miesz­ka­ły­śmy w tym domu od dwóch godzin, a ona już wyglą­dała ina­czej.

- Mówię ci to, bo musisz się prze­brać i przy­go­to­wać do kola­cji - matka zigno­ro­wała mój ton.

Spoj­rza­łam na nią z nie­do­wie­rza­niem i prze­nio­słam wzrok na to, co ona miała na sobie.

- A co jest nie tak z moim wyglą­dem? - zapy­ta­łam defen­syw­nie.

- Masz na sobie trampki, Noah. Dzi­siaj należy wyglą­dać ele­gancko. Chyba nie chcia­łaś w tym pójść, prawda? W szor­tach i koszulce? - dopy­ty­wała obu­rzona.

Wsta­łam i sta­nę­łam z nią twa­rzą w twarz. Cier­pli­wość mi się na dziś skoń­czyła.

- Żebyś miała jasność: nie chcę iść na kola­cję z tobą i twoim mężem, nie cie­szy mnie wizja pozna­nia lepiej tego ordy­nar­nego palanta, który jest jego synem, a już kom­plet­nie nie mam ochoty stroić się na tę oka­zję - wszyst­kimi siłami powstrzy­my­wa­łam się, żeby nie wsko­czyć do samo­chodu i nie uciec z powro­tem do Kanady.

- Prze­stań zacho­wy­wać się jak pię­cio­latka. Prze­bie­rzesz się i pój­dziesz zjeść kola­cję ze mną i swoją nową rodziną - roz­ka­zała twardo. Jed­nak gdy zoba­czyła moją reak­cję, zła­god­niała nieco i dodała: - Nie będziemy tego robić codzien­nie, to tylko dzi­siaj, pro­szę, zrób to dla mnie.

Wzię­łam kilka głę­bo­kich odde­chów, prze­łknę­łam wszystko, co chcia­ła­bym jej wykrzy­czeć, i kiw­nę­łam głową.

- Tylko dzi­siaj.

Gdy matka sobie poszła, weszłam do gar­de­roby. Roz­cza­ro­wana wszyst­kim i wszyst­kimi, zaczę­łam szu­kać stroju, który by mi się podo­bał i był wygodny. Chcia­łam poka­zać, że potra­fię zacho­wać się doj­rzale - choć wciąż czu­łam na ciele wynio­słe i drwiące spoj­rze­nie Nicho­lasa, gdy oglą­dał mnie od góry do dołu nie­bie­skimi i dum­nymi oczami. Patrzył na mnie, jak­bym była jedy­nie dzie­cia­kiem, któ­rego zabaw­nie było wystra­szyć - co prze­cież zro­bił, napusz­cza­jąc na mnie tego pie­kiel­nego psa.

Walizka leżała otwarta na pod­ło­dze gar­de­roby. Uklęk­nę­łam przy niej i zaczę­łam prze­glą­dać swoje ubra­nia. Matka praw­do­po­dob­nie spo­dzie­wała się zoba­czyć mnie w jed­nej z kie­cek, które dla mnie kupiła, ale ich na pewno nie zamie­rza­łam wkła­dać. Gdy­bym pozwo­liła sobie to zro­bić, mogłoby się to stać nie­bez­piecz­nym pre­ce­den­sem. Apro­bata ubrań mogłaby zostać odczy­tana jako apro­bata naszego całego nowego życia; stra­ci­ła­bym wia­ry­god­ność.

Wciąż wście­kła, wycią­gnę­łam moją czarną sukienkę z logo Ramo­nes. Czyż nie była wystar­cza­jąco ele­gancka? Rozej­rza­łam się w poszu­ki­wa­niu cze­goś, co mogła­bym zało­żyć na nogi. Nie byłam wiel­bi­cielką obca­sów, ale gdy­bym zeszła na dół w moich conver­sach, matka na pewno stra­ci­łaby cier­pli­wość i kazała mi się prze­brać. W końcu wybra­łam przy­zwo­ite san­dałki na deli­kat­nych obca­sach - ale nic, co mogłoby mnie poko­nać.

Pode­szłam do olbrzy­miego lustra zaj­mu­ją­cego jedną ze ścian i przyj­rza­łam się sobie uważ­nie. Mojej przy­ja­ciółce Beth na pewno by się podo­bało, a Dan, o ile dobrze pamię­tam, zawsze uwa­żał tę sukienkę za bar­dzo sek­sowną.

Nie zasta­na­wia­jąc się dłu­żej, roz­pu­ści­łam włosy i je prze­cze­sa­łam. Nało­ży­łam też odro­binę masła kaka­owego na usta. Zado­wo­lona z efektu, chwy­ci­łam małą torebkę i pode­szłam do drzwi.

Gdy je otwo­rzy­łam, natych­miast wpa­dłam na Nicho­lasa, który zatrzy­mał się na moment, żeby mi się przyj­rzeć. Thor, dia­bel­skie stwo­rze­nie, stał obok niego. Cof­nę­łam się odru­chowo.

Nowy brat uśmiech­nął się z nie­wia­do­mego powodu, po czym znów zaczął przy­glą­dać się mojemu ciału i twa­rzy. W jego oczach poły­ski­wało coś mrocz­nego i nie­prze­nik­nio­nego.

Jego wzrok zatrzy­mał się na mojej sukience odro­binę zbyt długo.

- Nie nauczyli cię tam w tym Zaścian­ko­wie, jak się ubie­rać? - powie­dział drwiąco.

Uśmiech­nę­łam się przy­mil­nie.

- Och, pró­bo­wali, ale nauczy­ciel był takim deklem jak ty, więc nie uwa­ża­łam na zaję­ciach.

Nie spo­dzie­wał się takiej odpo­wie­dzi, a ja się nie spo­dzie­wałam, że na jego bar­dzo zmy­sło­wych ustach pojawi się uśmiech. Przyj­rza­łam mu się odro­binę dłu­żej i znów ude­rzyło mnie, że jest taki wysoki i męski. Miał na sobie spodnie od gar­ni­turu i koszulę na guziki, bez kra­wata. Dwa guziki przy koł­nie­rzyku były roz­pięte. Nie­bie­skie oczy usi­ło­wały przej­rzeć mnie na wylot, ale nie dałam się onie­śmie­lić.

Prze­nio­słam wzrok na jego psa, który teraz, zamiast szcze­rzyć się na mnie z mor­dem w oczach, wyma­chi­wał rado­śnie ogo­nem i grzecz­nie sie­dział, przy­glą­da­jąc się nam z zain­te­re­so­wa­niem.

- Twój pies się bar­dzo zmie­nił... Poszczu­jesz mnie nim teraz czy pocze­kasz, aż wró­cimy z restau­ra­cji? - spro­wo­ko­wa­łam go, uśmie­cha­jąc się z fał­szywą ser­decz­no­ścią.

- Nie wiem, Pie­gu­sie... To zależy od tego, jak będziesz się zacho­wy­wać - odpo­wie­dział, po czym odwró­cił się do mnie ple­cami i ruszył w stronę scho­dów.

Przez kilka sekund nic nie mówi­łam i pró­bo­wa­łam uspo­koić emo­cje. Pie­gu­sie! Nazwał mnie pie­gu­sem! Ten koleś zde­cy­do­wa­nie pro­sił się o kło­poty. I to praw­dziwe.

Poszłam za nim, usi­łu­jąc prze­ko­nać samą sie­bie, że nie warto zwra­cać uwagi na jego docinki ani spoj­rze­nia, ani na samą jego obec­ność. Był tylko jedną z wielu osób, któ­rych nie polu­bię w tym mie­ście, więc lepiej zacząć się przy­zwy­cza­jać.

Gdy zeszłam na par­ter, znowu ude­rzył mnie prze­pych tego domu. Było w nim coś zabyt­ko­wego, ale rów­no­cze­śnie wyda­wał się wyra­fi­no­wany i nowo­cze­sny. Matka jesz­cze nie zeszła, więc zigno­ro­wa­łam osobę, która znaj­do­wała się obok. Zaczę­łam przy­glą­dać się zachwy­ca­ją­cemu krysz­ta­ło­wemu żyran­do­lowi, który zwi­sał z wyso­kiego, poprze­ci­na­nego bel­kami sufitu. Musiał być zro­biony z tysięcy krysz­tał­ków wyglą­da­ją­cych jak zatrzy­mane w locie kro­ple desz­czu - miało się wra­że­nie, że chcia­łyby spaść na zie­mię, ale zostały zmu­szone do wiecz­nego trwa­nia w powie­trzu.

Nagle nasze spoj­rze­nia się spo­tkały i zamiast odwró­cić wzrok, posta­no­wi­łam utrzy­mać go tak długo, żeby to on musiał ska­pi­tu­lo­wać. Nie chcia­łam, żeby myślał, że się go boję, nie chcia­łam, żeby uwie­rzył, że może robić ze mną, co mu się podoba.

Ale nie spu­ścił oczu, prze­ciw­nie, wpa­try­wał się we mnie prze­ni­kli­wie i z ogromną zawzię­to­ścią. Gdy już myśla­łam, że dłu­żej nie wytrzy­mam, zja­wiła się moja matka z Wil­lia­mem.

- A więc jeste­śmy w kom­ple­cie - powie­dział ten ostatni z sze­ro­kim uśmie­chem. Ja nie zdra­dza­łam oznak weso­ło­ści. - Zare­zer­wo­wa­łem sto­lik w klu­bie, mam nadzieję, że jeste­ście głodni... - dodał, po czym wraz z moją matką uwie­szoną u jego ramie­nia ruszył w stronę wyj­ścia.

Matka spoj­rzała na moją sukienkę sze­roko otwar­tymi oczami.

- Coś ty zało­żyła? - wyszep­tała mi do ucha.

Uda­łam, że jej nie sły­szę, i przy­spie­szy­łam kroku.

Na zewnątrz powie­trze było miłe i orzeź­wia­jące, a w oddali sły­chać było fale roz­bi­ja­jące się o brzeg.

- Chcesz poje­chać naszym autem, Nick? - spy­tał syna Wil­liam.

Tam­ten już odwró­cił się tyłem i poma­sze­ro­wał w stronę wiel­kiego, tere­no­wego samo­chodu. Był czarny i bar­dzo wysoki. Cały błysz­czał i wyglą­dał, jakby dopiero wyje­chał z salonu. Nie mogłam nie prze­wró­cić oczami. Typowe!

- Pojadę swoim - odpo­wie­dział, odwra­ca­jąc się w naszą stronę i chwy­ta­jąc za klamkę. - Po kola­cji idę do Milesa, będziemy koń­czyć raport w spra­wie Ref­forda.

- Świet­nie - zgo­dził się ojciec. Ja nato­miast nie zro­zu­mia­łam ani słowa. - Noah, chcesz poje­chać do klubu z Nic­kiem? - dodał natych­miast, zwra­ca­jąc się do mnie. - Będzie­cie mogli lepiej się poznać - Wil­liam popa­trzył na mnie z takim zado­wo­le­niem, jakby wła­śnie przy­szedł mu do głowy naj­lep­szy pomysł na całej pla­ne­cie.

Mój wzrok mimo­wol­nie uciekł w stronę jego syna, który z unie­sio­nymi brwiami cze­kał na moją odpo­wiedź. Cała sytu­acja zda­wała się go bar­dzo bawić.

- Nie mam ochoty wsia­dać do samo­chodu, jeśli nie ufam czy­imś umie­jęt­no­ściom jako kie­rowcy - wyzna­łam nowemu ojczy­mowi z nadzieją, że moje słowa dotkną Nicho­lasa, bo tak było w przy­padku każ­dego chło­paka, któ­rego talent do pro­wa­dze­nia samo­chodu poda­wało się w wąt­pli­wość. Odwró­ci­łam się ple­cami do brata i wsia­dłam do czar­nego mer­ce­desa Wil­liama.

Nie popa­trzy­łam już wię­cej na niego. Matka i jej mąż wsie­dli do samo­chodu i mogłam cie­szyć się odro­biną pry­wat­no­ści na tyl­nym sie­dze­niu, gdy prze­mie­rza­li­śmy ulice, zbli­ża­jąc się do klubu dla boga­czy.

Pra­gnę­łam z całych sił, żeby ten wie­czór się jak naj­szyb­ciej skoń­czył, żeby pań­stwo Leiste­ro­wie prze­stali już odsta­wiać ten cyrk o szczę­śli­wej rodzince i żebym mogła wró­cić do swo­jego pokoju i spró­bo­wać odpo­cząć.

Po pięt­na­stu minu­tach doje­cha­li­śmy do odda­lo­nego od rezy­den­cji miej­sca oto­czo­nego świet­nie utrzy­ma­nymi traw­ni­kami. Było już późno, ale oświe­tlona droga zapra­szała do Klubu Jach­to­wego Mary Read. Zanim wpu­ścili nas za bramę, męż­czy­zna, który peł­nił straż w este­tycz­nej budce, wychy­lił się, żeby spraw­dzić, kto jest w samo­cho­dzie. Gdy zoba­czył kie­rowcę, od razu go roz­po­znał.

- Dobry wie­czór, panie Leister. Pro­szę pani... - dodał, zauwa­ża­jąc moją matkę.

Ojczym przy­wi­tał się z nim i wje­cha­li­śmy do klubu.

- Noah, twoja karta człon­kow­ska przyj­dzie w przy­szłym tygo­dniu, ale wystar­czy, że podasz moje nazwi­sko, żeby cię wpu­ścili. Albo Elli - wska­zał na matkę.

Gdy usły­sza­łam, jak o niej mówi, poczu­łam ukłu­cie w sercu... Tak nazy­wał ją ojciec i byłam naj­zu­peł­niej pewna, że matce nie podoba się to zdrob­nie­nie.... Za dużo złych wspo­mnień. Ale oczy­wi­ście nie zamie­rzała powie­dzieć tego nowemu wspa­nia­łemu mężowi.

Matka świet­nie umiała wyrzu­cać z pamięci wszel­kie bole­sne i trudne wspo­mnie­nia. Ja dla odmiany skry­wa­łam je głę­boko, bar­dzo głę­boko, aż w końcu wybu­cha­łam i wywa­la­łam wszystko na wierzch.

Doje­cha­li­śmy do luk­su­so­wej posia­dło­ści i zatrzy­ma­li­śmy samo­chód przed samym wej­ściem. Zaraz pod­szedł par­kin­gowy, który otwo­rzył drzwi mnie i matce, przy­jął napi­wek od Wil­liama i odpro­wa­dził samo­chód nie wia­domo gdzie.

Restau­ra­cja była nie­sa­mo­wita, cał­ko­wi­cie prze­szklona. Z miej­sca, w któ­rym sta­łam, widać było kilka sto­li­ków i ogromne akwa­ria pełne kra­bów, ryb i wszel­kiego rodzaju owo­ców morza, które wkrótce miały poświę­cić życie na potrzeby uczty. Zanim nas obsłu­żono, poczu­łam, że ktoś za mną sta­nął. Jego oddech poła­sko­tał mój poli­czek i prze­szedł mnie dreszcz. Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam sto­ją­cego tuż obok Nicho­lasa. Choć byłam na obca­sach, prze­wyż­szał mnie o pół głowy. Nawet nie zaszczy­cił mnie spoj­rze­niem.

- Mam rezer­wa­cję na nazwi­sko Wil­liam Leister - Wil­liam poin­for­mo­wał kel­nerkę, która zaj­mo­wała się wita­niem nowych gości. Z nie­wia­do­mego powodu na jej twa­rzy poja­wiło się zmie­sza­nie. Sta­rała się jak naj­szyb­ciej wpu­ścić nas do zatło­czo­nej, ale rów­no­cze­śnie cichej i przy­tul­nej sali.

Nasz sto­lik był w jed­nym z naj­lep­szych miejsc, otu­lony cie­płym świa­tłem świec, które zresztą oświe­tlały cały lokal. Przez prze­szkloną ścianę można było podzi­wiać nie­zwy­kłą pano­ramę oce­anu i zaczę­łam się zasta­na­wiać, że chyba ściany ze szkła były w Kali­for­nii czymś powszech­nym.

Muszę przy­znać, że byłam abso­lut­nie zachwy­cona.

Usie­dli­śmy i natych­miast Wil­liam z matką zaczęli szcze­bio­tać mię­dzy sobą i uśmie­chać się głup­ko­wato. Mojej uwa­dze nie uszło nato­miast zasko­czone i nie­do­wie­rza­jące spoj­rze­nie, które kel­nerka kie­ro­wała w stronę Nicka.

Ten zda­wał się tego nie zauwa­żać, zajęty obra­ca­niem sol­niczki w pal­cach. Przez chwilę mój wzrok zatrzy­mał się na tych zadba­nych, opa­lo­nych i dużych dło­niach. Prze­su­nę­łam spoj­rze­niem po jego ramie­niu aż do twa­rzy, gdzie natra­fi­łam na oczy, które obser­wo­wały mnie z zacie­ka­wie­niem. Wstrzy­ma­łam oddech.

- Co zama­wia­cie? - spy­tała matka, dzięki czemu mogłam szybko prze­nieść wzrok na nią.

Pozwo­li­łam, żeby wybrali coś za mnie, przede wszyst­kim dla­tego, że nie zna­łam ponad połowy dań, które znaj­do­wały się w menu. Gdy cze­ka­li­śmy na jedze­nie, mie­sza­łam ner­wowo słomką w szklance z mro­żoną her­batą, a Wil­liam pró­bo­wał wcią­gnąć mnie i syna do roz­mowy.

- Mówi­łem przed chwilą Noah, jakie sporty można upra­wiać tu w klu­bie - powie­dział Wil­liam. Nick prze­niósł na niego wzrok, do tej pory utkwiony gdzieś w kącie sali. - Nicho­las gra w koszy­kówkę i jest świet­nym sur­fe­rem, Noah - dodał, nie przej­mu­jąc się znu­dze­niem na twa­rzy syna i zwra­ca­jąc się tym razem do mnie.

Sur­fe­rem... Aż musia­łam prze­wró­cić oczami. Na moje nie­szczę­ście Nicho­las aku­rat na mnie patrzył. Nachy­lił się nad sto­li­kiem, oparł łok­cie na bla­cie i zaczął mnie napa­stli­wie prze­słu­chi­wać.

- Coś cię bawi, Noah? - rzu­cił tonem, który miał zabrzmieć przy­jaź­nie, ale wie­dzia­łam, że w rze­czy­wi­sto­ści był obra­żony moją reak­cją. - Uwa­żasz, że sur­fing to głu­pota?

Zanim moja matka zdą­żyła się wtrą­cić - a wie­dzia­łam, że się na to zanosi - pochy­li­łam się tak jak on.

- Ty to powie­dzia­łeś, nie ja - odpar­łam z nie­win­nym uśmie­chem.

Ja lubi­łam gry zespo­łowe, ze stra­te­gią, które wyma­gały dobrego kapi­tana, wiele wysiłku i wspól­nej pracy. To wszystko znaj­do­wa­łam w siat­kówce i byłam pewna, że sur­fing nie mógł się z nią rów­nać.

Zanim zdą­żył się odciąć, co na pewno zamie­rzał zro­bić, do sto­lika pode­szła kel­nerka, a on popa­trzył na nią tak, jakby się znali.

Matka i Wil­liam zaczęli żywo roz­ma­wiać z jakąś parą, która pode­szła do nich, żeby się przy­wi­tać.

Kel­nerka, młoda kobieta o ciem­nych wło­sach i w czar­nym far­tuszku, zaczęła zbie­rać naczy­nia ze sto­lika i nie­chcący trą­ciła Nicho­lasa w ramię.

- Wybacz, Nick - powie­działa, po czym, prze­stra­szona, popa­trzyła na mnie tak, jakby wła­śnie popeł­niła kolo­salną gafę.

Nicho­las też na mnie spoj­rzał i zro­zu­mia­łam, że mię­dzy tym dwoj­giem dzieje się coś dziw­nego.

Ponie­waż rodzice aku­rat byli zajęci czymś innym, posta­no­wi­łam wyko­rzy­stać oka­zję i roz­wiać swoje wąt­pli­wo­ści.

- Znasz ją? - spy­ta­łam Nicho­lasa, który wła­śnie dole­wał wody gazo­wa­nej do krysz­ta­ło­wego kie­liszka.

- Kogo? - odpo­wie­dział, zgry­wa­jąc głu­piego.

- Tę kel­nerkę - uważ­nie obser­wo­wa­łam jego twarz. Nic nie wyra­żała: był poważny, spo­kojny. Wie­dzia­łam już, że Nicho­las Leister potrafi świet­nie ukry­wać emo­cje.

- Tak, obsłu­guje mnie nie pierw­szy raz - odpo­wie­dział, wpa­tru­jąc się we mnie. Mia­łam wra­że­nie, że pró­buje mnie spro­wo­ko­wać. Pro­szę, pro­szę, Nick kłam­czu­szek... Dla­czego mnie to nie dzi­wiło?

- O, z pew­no­ścią obsłu­żyła cię już wiele razy - stwier­dzi­łam.

- Co ty insy­nu­ujesz, sio­strzyczko? - gdy tylko usły­sza­łam to słowo, uśmiech znik­nął z mojej twa­rzy.

- Że wszy­scy boga­cze two­jego pokroju są tacy sami. Wydaje się wam, że jeste­ście panami świata. Ta dziew­czyna wpa­truje się w cie­bie, odkąd prze­kro­czy­łeś próg. To oczy­wi­ste, że się zna­cie - rzu­ci­łam roz­złosz­czona z nie­wia­do­mego powodu. - A ty nawet nie raczy­łeś na nią spoj­rzeć... To obrzy­dliwe.

Patrzył na mnie przez chwilę, zanim odpo­wie­dział.

- Masz bar­dzo cie­kawą teo­rię i widzę, że "boga­cze", jak ich nazy­wasz, bar­dzo cię brzy­dzą... Oczy­wi­ście ty i twoja matka miesz­ka­cie teraz w naszym domu i korzy­sta­cie z wszyst­kich wygód, które pie­nią­dze mogą zapew­nić. Skoro jeste­śmy tacy nik­czemni, co robisz przy tym stole? - powie­dział, patrząc na mnie z pogardą.

Ze wszyst­kich sił sta­ra­łam się nie wybuch­nąć. Ten chło­pak wie­dział, jak nadep­nąć mi na odcisk.

- Dla mnie ty i twoja matka jeste­ście gor­sze niż ta kel­nerka... - wyznał, nachy­la­jąc się nad sto­łem, żeby zwró­cić się tylko do mnie. - Uda­je­cie kogoś, kim nie jeste­ście, a tym­cza­sem obie sprze­da­ły­ście się za pie­nią­dze...

Tego było już za wiele. Wście­kłość mnie zaśle­piła.

Chwy­ci­łam sto­jącą przede mną szklankę i chlu­snę­łam mu w twarz całą jej zawar­to­ścią.

Szkoda, że aku­rat była pusta.

Rozdział 4

4

Nick

Gdy zorien­to­wała się, że szklanka jest pusta, na jej twa­rzy poja­wiła się cała złość, którą, odkąd usie­dli­śmy przy stole, sta­rała się jakoś ukry­wać.

Ta dziew­czyna była kom­plet­nie nie­obli­czalna. Zaska­ki­wało mnie, jak łatwo tra­ciła pano­wa­nie nad sobą, i bawiło mnie, że za pomocą kilku pro­stych słów mogłem dopro­wa­dzić ją do takiego stanu.

Jej nakra­piane drob­nymi pie­gami policzki poczer­wie­niały, gdy zdała sobie sprawę, jak się wygłu­piła. Jej wzrok powę­dro­wał ze szklanki na mnie, a potem na boki, jakby chciała spraw­dzić, czy nikt nie widział jej absur­dal­nej kom­pro­mi­ta­cji.

Pomi­ja­jąc zabawny aspekt całej sceny - to naprawdę było bar­dzo śmieszne - nie mogłem pozwo­lić, żeby tak się wobec mnie zacho­wy­wała. A gdyby szklanka była pełna? Nie zamie­rza­łem pozwo­lić, żeby jakaś sie­dem­na­sto­let­nia smar­kula myślała sobie, że wolno jej oble­wać mnie wodą... Ta głu­pia cizia powinna się jak naj­szyb­ciej dowie­dzieć, z jakim to star­szym bra­tem przy­szło jej zamiesz­kać. Sama wkrótce zro­zu­mie, co ją czeka, jeśli spró­buje jesz­cze raz wyciąć mi taki numer.

Opar­łem się o sto­lik z naj­ser­decz­niej­szym uśmie­chem. Otwo­rzyła sze­roko oczy i przy­glą­dała mi się uważ­nie, a ja napa­wa­łem się tym stra­chem, skry­wa­nym pod dłu­gimi rzę­sami.

- Nie rób tego wię­cej - dora­dzi­łem jej spo­koj­nie.

Patrzyła na mnie jesz­cze przez chwilę, po czym jakby ni­gdy nic odwró­ciła się i zaczęła roz­ma­wiać z matką.

Od tej pory kola­cja prze­bie­gała spo­koj­nie. Noah nie powie­działa już do mnie ani słowa, nawet na mnie nie patrzyła, co dener­wo­wało mnie i cie­szyło jed­no­cze­śnie. Gdy odpo­wia­dała na pyta­nia mojego ojca i nie­chęt­nie roz­ma­wiała z matką, mogłem się jej spo­koj­nie przyj­rzeć.

Była naj­zwy­klej­szą dziew­czyną, ale czu­łem, że jesz­cze będę miał przez nią kło­poty. Robiła zabawne miny, gdy pró­bo­wała róż­nych owo­ców morza, które nam zaser­wo­wano. Wzięła tylko kilka kęsów z tego, co stało na stole. Zwró­ci­łem uwagę na to, jak szczu­pło wygląda w tej czar­nej sukience. Gdy zoba­czy­łem ją wtedy wycho­dzącą z pokoju, zro­biła na mnie wra­że­nie. W myślach przy­wo­ła­łem dokładny obraz jej dłu­gich nóg, wąskiej talii i jej piersi. Były cał­kiem nie­złe, bio­rąc pod uwagę, że nie miała ope­ra­cji, jak więk­szość dziew­czyn w Kali­for­nii.

Musia­łem przy­znać, że jest ład­niej­sza, niż mi się z początku wyda­wało. To spo­strze­że­nie i moje poprzed­nie myśli spra­wiły, że spo­chmur­nia­łem. Nie mogłem pozwo­lić sobie na takie roz­pro­sze­nia, zwłasz­cza jeśli mie­li­śmy miesz­kać pod jed­nym dachem.

Znów spoj­rza­łem na jej twarz: zero maki­jażu. To było dziwne... Wszyst­kie dziew­czyny, które zna­łem, spę­dzały przy­naj­mniej godzinę wyłącz­nie na nakła­da­niu pod­kładu, także te, które były dzie­sięć tysięcy razy ład­niej­sze od Noah. A ona przy­cho­dzi sobie bez naj­mniej­szych opo­rów do ele­ganc­kiej restau­ra­cji, nie malu­jąc nawet ust. Nie mówię, żeby tego potrze­bo­wała: miała gładką, ładną cerę bez żad­nych nie­do­sko­na­ło­ści, jeśli nie liczyć pie­gów, które nada­wały jej dzie­cinny wygląd i przy­po­mi­nały, że jesz­cze nie skoń­czyła szkoły.

Gdy na moment stra­ci­łem czuj­ność, odwró­ciła się roz­złosz­czona i przy­ła­pała mnie na wni­kli­wej obser­wa­cji.

- Mam ci dać zdję­cie? - zapy­tała tym swoim kwa­śnym tonem.

- Oczy­wi­ście, byle bez ubrań - odpo­wie­dzia­łem, uśmie­cha­jąc się na widok lek­kiego rumieńca, który wypły­nął na jej policzki. Jej oczy bły­snęły gnie­wem i odwró­ciła się z powro­tem do rodzi­ców, któ­rzy nawet nie zda­wali sobie sprawy z tych małych utar­czek, które odby­wały się zale­d­wie pół metra od nich.

Pod­nio­słem kie­li­szek do ust i spo­tka­łem się wzro­kiem z kel­nerką, która obser­wo­wała mnie zza baru. Kątem oka spoj­rza­łem na ojca i wsta­łem od sto­lika, tłu­ma­cząc się koniecz­no­ścią pój­ścia do łazienki. Noah znów zaczęła się mi przy­glą­dać, ale nie zwra­ca­łem na nią uwagi. Mia­łem coś waż­nego do zała­twie­nia.

Zde­cy­do­wa­nie pod­sze­dłem do baru i usia­dłem na stołku naprze­ciw Clau­dii, kel­nerki, z którą od czasu do czasu sypia­łem. Mia­łem też pewien skom­pli­ko­wany, ale korzystny układ z jej kuzy­nem.

Clau­dia popa­trzyła na mnie z ner­wo­wym uśmie­chem i oparła się o bar, tak że mogłem zoba­czyć nie­wielki frag­ment jej piersi, które wyma­gane tutaj uni­formy dość sku­tecz­nie zakry­wały.

- Widzę, że już zna­la­złeś sobie jakąś nową dziew­czynę do towa­rzy­stwa - powie­działa, mając na myśli Noah.

Roz­ba­wiło mnie to.

- To moja przy­szy­wana sio­stra - wyja­śni­łem jej, rów­no­cze­śnie patrząc na zega­rek. Za czter­dzie­ści minut byłem umó­wiony z Anną. Prze­nio­słem wzrok na ciem­no­włosą dziew­czynę, która stała po dru­giej stro­nie baru i wpa­try­wała się we mnie jak urze­czona. - Nie wiem, czemu cię to obcho­dzi - doda­łem, wsta­jąc z krze­sła. - Powiedz Ron­niemu, że cze­kam na niego dzi­siaj w dokach, na impre­zie u Kyle'a.

Clau­dia zaci­snęła zęby, z pew­no­ścią zła na to, że nie oka­za­łem jej wystar­cza­jąco dużo zain­te­re­so­wa­nia. Nie rozu­mia­łem, czemu kobiety ocze­kują poważ­nego związku od kogoś takiego jak ja. Prze­cież zawsze mówię im od początku, że nie inte­re­sują mnie żadne zobo­wią­za­nia. Czyżby nie widziały, że cho­dzę do łóżka, z kim tylko przyj­dzie mi ochota? Dla­czego wyobra­żają sobie, że jest w nich coś, co mogłoby mnie zmie­nić?

Prze­sta­łem sypiać z Clau­dią wła­śnie z tego powodu i ona wciąż nie mogła mi tego wyba­czyć.

- Idziesz na imprezę? - spy­tała z odro­biną nadziei w oczach.

- Oczy­wi­ście - odpo­wie­dzia­łem. - Idę z Anną... A, jesz­cze jedno - doda­łem, zanim wró­ci­łem do sto­lika - spró­buj lepiej ukry­wać, że się znamy, moja sio­strzyczka już się zorien­to­wała, że z tobą spa­łem, a nie chciał­bym, żeby ojciec doszedł do tego samego wnio­sku.

Gdy wró­ci­łem do sto­lika, wła­śnie przy­nie­śli deser. Po dzie­się­ciu minu­tach, pod­czas któ­rych roz­mowa krą­żyła nie­mal wyłącz­nie wokół ojca i jego nowej żony, uzna­łem, że wystar­czy już odgry­wa­nia dobrego synka jak na jeden dzień.

- Przy­kro mi, ale muszę już iść - wyja­śni­łem, patrząc na ojca, który zmarsz­czył lekko czoło.

- Jedziesz do Milesa? - spy­tał, a ja przy­tak­ną­łem, usi­łu­jąc nie patrzeć na zega­rek. - Jak idzie sprawa?

Powstrzy­ma­łem się przed wes­tchnię­ciem z rezy­gna­cją i nakła­ma­łem naj­le­piej, jak umia­łem.

- Jego ojciec zwa­lił na nas przy­go­to­wa­nie wszyst­kich doku­men­tów. Podej­rze­wam, że zanim dosta­niemy jakąś praw­dziwą sprawę, którą będziemy mogli zająć się samo­dziel­nie, miną całe lata... - zauwa­ży­łem, że Noah przy­gląda mi się wni­kli­wie i z zain­te­re­so­wa­niem.

- Co stu­diu­jesz? - spy­tała, a w jej spoj­rze­niu zoba­czy­łem dez­orien­ta­cję. Zasko­czy­łem ją.

- Prawo - odpo­wie­dzia­łem i przez chwilę roz­ko­szo­wa­łem się tym, jakie to zro­biło na niej wra­że­nie. - Zasko­czona? - naj­wy­raź­niej cał­kiem stra­ciła rezon i bawiło mnie to.

Zmie­niła tak­tykę i spoj­rzała na mnie wynio­śle.

- Muszę przy­znać, że tak - oświad­czyła pro­sto z mostu. - Sądzi­łam, że na tym kie­runku trzeba mieć coś w gło­wie.

- Noah! - wrza­snęła jej matka ze swo­jego miej­sca.

Ta gów­niara zaczy­nała mnie iry­to­wać.

Zanim zdą­ży­łem coś powie­dzieć, ojciec się wtrą­cił.

- Wy dwoje nie zaczę­li­ście naj­le­piej - stwier­dził, patrząc na mnie groź­nie.

Powstrzy­ma­łem ochotę, żeby wstać i wyjść bez słowa. Dość już tego przed­sta­wie­nia o szczę­śli­wej rodzince. Musia­łem jak naj­szyb­ciej wyjść i prze­stać uda­wać, że jak­kol­wiek obcho­dzi mnie cały ten cyrk.

- Przy­kro mi, ale muszę iść - wsta­łem i poło­ży­łem ser­wetkę na stole. Nie mia­łem zamiaru tra­cić opa­no­wa­nia w obec­no­ści ojca.

Wtedy Noah także wstała, tylko w mniej ele­gancki spo­sób, i osten­ta­cyj­nie rzu­ciła ser­wetkę na stół.

- Jeśli on wycho­dzi, to ja też - spoj­rzała wyzy­wa­jąco na matkę, która z zakło­po­ta­niem zaczęła roz­glą­dać się na boki.

- Natych­miast sia­daj! - wyce­dziła Raf­fa­ella przez zęby.

Do cho­lery, nie mia­łem czasu na te bzdury. Musia­łem już iść.

- Wezmę ją - powie­dzia­łem ku zasko­cze­niu wszyst­kich, a naj­bar­dziej Noah.

Patrzyła na mnie podejrz­li­wie i uważ­nie, jak­bym miał coś ukry­wać. Tak naprawdę chcia­łem się jej jak naj­szyb­ciej pozbyć z pola widze­nia, więc jeśli szybko odwiozę ją do domu, będę miał je obie z głowy, a więc nie może być lepiej.

- Ja z tobą nie pojadę nawet do naj­bliż­szego skrzy­żo­wa­nia - powie­działa wynio­śle, cedząc każde słowo.

Zanim kto­kol­wiek odpo­wie­dział, chwy­ci­łem kurtkę i zakła­da­jąc ją, zwró­ci­łem się do wszyst­kich obec­nych:

- Nie mam czasu na te szkolne fochy, do jutra.

- Zacze­kaj, Nicho­las - głos ojca zmu­sił mnie do powrotu do sto­lika. - Noah, jedź z nim do domu i odpocz­nij, my nie­długo wró­cimy.

Wbi­łem wzrok w sio­strę, która zda­wała się ana­li­zo­wać, co jest gor­sze: dzie­lić ze mną przez chwilę prze­strzeń czy wysie­dzieć dłu­żej przy tym stole.

Rozej­rzała się dookoła, wes­tchnęła, po czym wbiła we mnie zimne spoj­rze­nie.

- W porządku, pojadę z tobą.

Rozdział 5

5

Noah

Ostat­nie, czego pra­gnę­łam w tam­tym momen­cie, to mieć jakieś długi wdzięcz­no­ści wobec tego gbura, ale jesz­cze mniej­szą ochotę mia­łam na prze­sia­dy­wa­nie z matką i jej mężem i oglą­da­nie, jak ona się do niego klei, pod­czas gdy on popi­suje się pie­niędzmi i zna­jo­mo­ściami.

Nicho­las odwró­cił się do mnie ple­cami i poszedł w stronę wyj­ścia.

Nie­chęt­nie poże­gna­łam się z matką i poszłam za nim. Dogo­ni­łam go przy drzwiach wej­ścio­wych, a potem cze­ka­łam z zało­żo­nymi rękami, aż przy­pro­wa­dzą jego samo­chód.

Nie zdzi­wi­łam się, gdy wycią­gnął z kurtki pudełko papie­ro­sów i zapa­lił jed­nego. Patrzy­łam, jak pod­nosi go do ust, po czym powoli i łagod­nie wypusz­cza dym. Ja ni­gdy nie pali­łam, nawet nie pró­bo­wa­łam, kiedy wszyst­kie moje kole­żanki popa­lały w szkol­nych łazien­kach. Nie rozu­miem, jaką przy­jem­ność ludzie mogą czer­pać z wdy­cha­nia rako­twór­czego dymu, który nie tylko pozo­sta­wia smród na ubra­niu i wło­sach, ale także szko­dzi tysiącom orga­nów w ciele.

Nicho­las, jakby czy­tał mi w myślach, odwró­cił się do mnie i z drwią­cym uśmiesz­kiem podał mi paczkę.

- Chcesz jed­nego, sio­strzyczko? - spy­tał, po czym pod­niósł papie­rosa do ust i zacią­gnął się głę­boko.

- Nie palę... I tobie też bym nie radziła, jeśli nie chcesz zabić swo­jej ostat­niej komórki mózgo­wej - zro­bi­łam krok w przód i sta­nę­łam tak, żeby nie musieć na niego patrzeć.

Poczu­łam za ple­cami, że się do mnie zbliża, ale nie poru­szy­łam się nawet wtedy, gdy dmuch­nął mi dymem w szyję.

- Uwa­żaj sobie... albo cię tu zosta­wię i będziesz wra­cała na pie­chotę - ostrzegł mnie i zaraz po tym pod­sta­wiono jego samo­chód.

Sta­ra­łam się go igno­ro­wać i pode­szłam do auta. Jego tere­nówka była tak wysoka, że gdy­bym nie uwa­żała, wszystko byłoby mi widać. Poża­ło­wa­łam, że zało­ży­łam te głu­pie buty... Cała fru­stra­cja, gniew i smu­tek wzbie­rały we mnie przez całą kola­cję, a co naj­mniej pięć kłótni, które już odby­łam z tym kre­ty­nem, spra­wiło, że był to naj­gor­szy wie­czór w moim życiu.

Się­gnę­łam po pas bez­pie­czeń­stwa, a Nicho­las zapa­lił sil­nik, poło­żył rękę na zagłówku mojego sie­dze­nia i zaczął cofać do głów­nej szosy. Nie zdzi­wi­łam się, że zigno­ro­wał małe rondo na końcu drogi dojaz­do­wej, które zostało zapro­jek­to­wane wyłącz­nie po to, żeby zapo­bie­gać takim wykro­cze­niom jak to, któ­rego wła­śnie doko­nał.

Nie mogłam powstrzy­mać jęku nie­za­do­wo­le­nia, kiedy wyje­cha­li­śmy na drogę główną. Poza tere­nem klubu mój przy­szy­wany brat wci­snął gaz i przy­spie­szył do stu dwu­dzie­stu, świa­do­mie igno­ru­jąc znaki infor­mu­jące o ogra­ni­cze­niu do osiem­dzie­się­ciu.

Nicho­las odwró­cił twarz w moją stronę.

- A teraz o co ci cho­dzi? - zapy­tał opry­skli­wie zmę­czo­nym tonem, jakby już kom­plet­nie nie mógł ze mną wytrzy­mać.

No to jest nas dwoje.

- Nie chcę zgi­nąć w wypadku przez wariata, który nawet nie rozu­mie zna­ków dro­go­wych, o to mi cho­dzi - powie­dzia­łam, pod­no­sząc głos. Byłam o krok od wybu­chu, jesz­cze chwila, a zacznę drzeć się na niego jak opę­tana. Wie­dzia­łam, że pod tym wzglę­dem mam słaby cha­rak­ter; jedną z rze­czy, któ­rych naj­bar­dziej w sobie nie lubi­łam, był brak kon­troli, kiedy się zło­ści­łam. Zda­rzało mi się wybu­chać i krzy­czeć.

- Co jest z tobą nie tak? - zapy­tał wście­kły, patrząc na drogę. - Nie prze­sta­jesz narze­kać, odkąd tylko mia­łem nie­przy­jem­ność cię poznać, a ustalmy, że gówno mnie obcho­dzą twoje pro­blemy. Jesteś w moim domu, w moim mie­ście i w moim samo­cho­dzie, więc z łaski swo­jej zamknij twarz i siedź cicho, aż doje­dziemy - podob­nie jak ja, Nicho­las pod­niósł głos.

Gdy usły­sza­łam ten roz­kaz z jego ust, poczu­łam ude­rze­nie gorąca na całym ciele. Nikt nie będzie mi mówił, co mam robić, a już na pewno nie on.

- A kim ty niby jesteś, żeby mnie uci­szać?! - wrza­snę­łam, wycho­dząc z sie­bie.

Wtedy Nicho­las obró­cił kie­row­nicę i naci­snął hamu­lec tak gwał­tow­nie, że gdy­bym nie miała zapię­tych pasów, to wyle­cia­ła­bym przez przed­nią szybę.

Gdy otrzą­snę­łam się z prze­ra­że­nia, obej­rza­łam się i zoba­czy­łam, że dwa samo­chody musiały gwał­tow­nie zje­chać na bok, żeby w nas nie ude­rzyć. Dźwięki klak­sonu i obe­lgi dobie­ga­jące z zewnątrz na chwilę mnie zdez­o­rien­to­wały. Dopiero potem zare­ago­wa­łam.

- Co ty wypra­wiasz?! - zapisz­cza­łam zasko­czona i prze­ra­żona, że zaraz ktoś w nas wje­dzie.

Nicho­las spoj­rzał na mnie prze­cią­gle, bar­dzo poważ­nie i, ku mojemu zasko­cze­niu, cał­kiem spo­koj­nie.

- Wysia­daj - powie­dział tylko.

Otwo­rzy­łam usta tak sze­roko, że musia­łam wyglą­dać śmiesz­nie.

- Nie mówisz poważ­nie... - patrzy­łam na niego z nie­do­wie­rza­niem.

Spoj­rzał na mnie ani tro­chę nie­onie­śmie­lony.

- Nie zamie­rzam dwa razy powta­rzać - ostrzegł mnie tym samym spo­koj­nym i nie­po­ko­ją­cym tonem co wcze­śniej.

To już prze­sta­wało być śmieszne.

- Chyba jed­nak będziesz musiał, bo nie zamie­rzam się stąd ruszać - odpar­łam, patrząc na niego tak chłodno, jak on patrzył na mnie.

Wtedy wycią­gnął klu­czyki ze sta­cyjki i wyszedł z auta, zosta­wia­jąc otwarte drzwi. Sie­dzia­łam jak spa­ra­li­żo­wana, gdy obcho­dził samo­chód z tyłu i zbli­żał się do moich drzwi.

Muszę przy­znać, że gdy ten gość się zde­ner­wo­wał, to można było się go prze­stra­szyć, a w tam­tej chwili był wku­rzony jak ni­gdy. Serce zaczęło walić mi jak sza­lone, gdy ode­zwało się we mnie to zna­jome, przy­tła­cza­jące uczu­cie - strach.

Otwo­rzył drzwi jed­nym szarp­nię­ciem i powtó­rzył to, co już wcze­śniej powie­dział.

- Wysia­daj.

W mojej gło­wie wszystko się zako­tło­wało. Chyba zwa­rio­wał, prze­cież nie może mnie tu zosta­wić na środku oto­czo­nej drze­wami drogi w kom­plet­nych ciem­no­ściach.

- Nie zamie­rzam - powie­dzia­łam i poczu­łam złość na sie­bie za to, że trząsł mi się głos. Nie­ra­cjo­nalny strach zaczął wypeł­niać mój żołą­dek. Moje oczy obser­wo­wały ciem­ność, która ota­czała samo­chód, i wie­dzia­łam, że jeśli ten idiota mnie tu porzuci, jestem zgu­biona.

Tym­cza­sem Nicho­las znów mnie zasko­czył, kolejny raz nega­tyw­nie.

Pochy­lił się nade mną, roz­piął mi pasy i jed­nym ruchem wycią­gnął mnie z auta, a wszystko to zro­bił tak szybko, że nawet nie zdą­ży­łam zapro­te­sto­wać. To się nie mogło dziać naprawdę.

- Czy ty masz coś z głową? - wrza­snę­łam, kiedy ruszył w kie­runku fotela kie­rowcy.

- Może się w końcu nauczysz... - rzu­cił mi znad ramie­nia, a gdy odwró­cił głowę, mogłam zoba­czyć, że jego twarz była nie­wzru­szona jak lodowy posąg. - Nie zamie­rzam pozwa­lać, żebyś tak się do mnie odzy­wała. Mam dość wła­snych pro­ble­mów, żebym musiał jesz­cze zno­sić twoje gów­niar­skie fochy. Zamów tak­sówkę albo zadzwoń do matki, ja jadę.

Po tych sło­wach wsiadł do samo­chodu i zapa­lił sil­nik.

Poczu­łam, że zaczy­nają mi się trząść ręce.

- Nicho­las, nie możesz mnie tu zosta­wić! - zawy­łam, gdy samo­chód drgnął, po czym z piskiem opon ruszył z miej­sca, w któ­rym stał jesz­cze sekundę temu. - Nicho­las!

Ale odpo­wie­dzią na mój krzyk była jedy­nie głu­cha cisza, która spra­wiła, że serce zaczęło walić mi jak sza­lone.

To jesz­cze nie był śro­dek nocy, ale nie świe­cił księ­życ. Usi­ło­wa­łam opa­no­wać strach i absur­dalną chęć, żeby zabić tego sukin­kota, który w mój pierw­szy dzień w tym mie­ście zosta­wił mnie pośrodku niczego.

Chwy­ci­łam się nadziei, że Nicho­las po mnie wróci, ale gdy mijały kolejne minuty, mar­twi­łam się coraz bar­dziej. Wycią­gnę­łam tele­fon z torebki i zoba­czy­łam, że jest roz­ła­do­wany, cho­lerny badziew się wyłą­czył. Cho­lera jasna! Jedyne, co mogłam teraz zro­bić i co było tak samo prze­ra­ża­jące jak zosta­nie tutaj, to spró­bo­wać zła­pać stopa i modlić się, żeby jakaś cywi­li­zo­wana doro­sła osoba zli­to­wała się nade mną i zawio­zła mnie do domu. Wtedy z przy­jem­no­ścią poli­czę się z tym wcie­le­niem zła w oso­bie przy­szy­wa­nego brata, bo nie zamie­rza­łam tak tego zosta­wić. Ten dzban nie miał poję­cia, z czym ani z kim igrał.

Zoba­czy­łam samo­chód nad­jeż­dża­jący od strony klubu jach­to­wego i mogłam tylko się modlić, żeby to był mer­ce­des Willa.

Pode­szłam tak bli­sko jezdni, jak się dało, żeby mnie nie prze­je­chali, i pod­nio­słam rękę z wysta­wio­nym kciu­kiem, tak jak widzia­łam na fil­mach. Mia­łam świa­do­mość, że w poło­wie tych fil­mów dziew­czyna poszu­ku­jąca trans­portu koń­czyła zamor­do­wana i wyrzu­cona do rowu. Ale byłam zmu­szona przy­mknąć oko na ten "drobny szcze­gół".

Pierw­szy samo­chód prze­je­chał, nie zwal­nia­jąc, drugi zaofe­ro­wał mi wią­zankę obelg, trzeci sko­men­to­wał mnie w naj­bar­dziej oble­śny spo­sób, jaki można sobie wyobra­zić, a czwarty... Czwarty zatrzy­mał się na pobo­czu metr od miej­sca, w któ­rym sta­łam.

Cała w stra­chu pode­szłam ostroż­nie, żeby zoba­czyć, co to za sza­lona, ale jed­nak życz­liwa osoba posta­no­wiła pomóc dziew­czy­nie, którą łatwo można było pomy­lić z pro­sty­tutką.

Poczu­łam pewną ulgę, kiedy oka­zało się, że z auta wysiadł chło­pak mniej wię­cej w moim wieku. W poświa­cie rzu­ca­nej przez świa­tła samo­chodu mogłam zoba­czyć jego kasz­ta­nowe włosy, słuszny wzrost i ten oczy­wi­sty, ale w tym momen­cie bar­dzo pożą­dany, styl bycia boga­tego dzie­ciaka z dobrej rodziny.

- Wszystko w porządku? - spy­tał, pod­cho­dząc w moją stronę.

Gdy sta­nę­li­śmy naprze­ciw sie­bie, zro­bi­li­śmy to samo: on z góry na dół oce­nił moją sukienkę, a ja omio­tłam wzro­kiem jego dro­gie dżinsy, mar­kową koszulkę i spoj­rza­łam w jego sym­pa­tyczne, zanie­po­ko­jone oczy.

- Tak... Dzię­kuję, że się zatrzy­ma­łeś - powie­dzia­łam, czu­jąc natych­mia­stową ulgę. - Jeden kre­tyn mnie tu zosta­wił... - poin­for­mo­wa­łam go i poczu­łam się jak kom­pletna idiotka, że pozwo­li­łam komuś zro­bić coś takiego.

Chło­pak otwo­rzył sze­roko oczy ze zdu­mie­nia, sły­sząc moją histo­rię.

- Zosta­wił cię? Tutaj? - powtó­rzył z nie­do­wie­rza­niem. - Pośrodku niczego o jede­na­stej w nocy?

Czy gdyby zosta­wił mnie w środku parku w jasny dzień, to byłoby w porządku?, pomy­śla­łam z sar­ka­zmem. Czu­łam nie­od­party wstręt do każ­dej żywej istoty, która posia­dała chro­mo­som Y.

Ale ten chło­pak naj­wy­raź­niej chciał mi pomóc. Nie mogłam wybrzy­dzać.

- Czy mógł­byś odwieźć mnie do domu? - zapy­ta­łam, nie odpo­wia­da­jąc na jego pyta­nia. - Jak możesz się domy­ślać, chcia­ła­bym, żeby ten wie­czór już dobiegł końca.

Koleś popa­trzył mi w oczy i uśmiech wypły­nął na jego twarz. Nie był brzydki, wła­ści­wie był bar­dzo przy­stojny, miał miłą twarz osoby, która chęt­nie pomaga każ­demu, kto zna­lazł się w opa­łach. Chyba że to mój umysł pró­bo­wał mi wmó­wić jakąś alter­na­tywną rze­czy­wi­stość, w któ­rej wszystko było różowe, a chłopcy trak­to­wali kobiety z należ­nym sza­cun­kiem i na przy­kład nie porzu­cali ich w rowie w środku nocy, ubrane w buty na obca­sach.

- A może chcesz poje­chać ze mną na fan­ta­styczną imprezę w domu na plaży? Dzięki temu będziesz mogła całą noc świę­to­wać ten nie­zwy­kły zbieg przy­krych oko­licz­no­ści, który osta­tecz­nie spra­wił, że się dziś pozna­li­śmy - zapro­po­no­wał roz­ba­wiony.

Nie wiem, czy to strach, czy tłu­miona złość, czy prze­można ochota, żeby kogoś zamor­do­wać, ale coś spra­wiło, że wybuch­nę­łam śmie­chem.

- Wybacz, ale... Nie mogę się już docze­kać, żeby wró­cić do domu i pójść spać... Naprawdę, wystar­czy mi tego mia­sta jak na jeden dzień - odpo­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się nie brzmieć jak wariatka, która przed chwilą zano­siła się ze śmie­chu.

- Nie ma sprawy, ale przy­naj­mniej możesz mi powie­dzieć, jak masz na imię, prawda? - stwier­dził roz­ba­wiony sytu­acją, która nie była ani tro­chę zabawna. Ale jak już powie­dzia­łam, był on moim wybawcą i wola­łam być dla niego miła, niż zostać na noc u wie­wió­rek.

- Jestem Noah, Noah Mor­gan - przed­sta­wi­łam się i poda­łam mu rękę, którą natych­miast uści­snął.

- Ja jestem Zack - odpo­wie­dział z ser­decz­nym uśmie­chem. - Jedziemy? - spy­tał, poka­zu­jąc na swoje czarne, błysz­czące porsche.

- Dzię­kuję ci, Zack - powie­dzia­łam z głębi serca.

Wsia­dłam do auta zasko­czona, że Zack odpro­wa­dził mnie do samych drzwi i przy­trzy­mał je, zupeł­nie jak na sta­rych fil­mach... To było dziwne, dziwne i pokrze­pia­jące. Naj­wy­raź­niej - wbrew temu, co mówiły bada­nia - rycer­skość jesz­cze nie umarła. Cho­ciaż nie­wiele bra­ko­wało, jeśli weź­mie się pod uwagę ist­nie­nie takich jed­no­stek jak Nicho­las Leister.

Gdy tylko Zack usiadł w fotelu kie­rowcy, stwier­dzi­łam od razu, że nie był jak Nicho­las. Nie wiem czemu, ale spra­wiał wra­że­nie porząd­nego czło­wieka, dobrze wycho­wa­nego mło­dzieńca, jakiego każda matka pra­gnie dla swo­jej córki. Zapię­łam pas i głę­boko ode­tchnę­łam z ulgą, że naj­wy­raź­niej moja przy­goda nie skoń­czy się w naj­gor­szy moż­liwy spo­sób.

- Dokąd? - zapy­tał, rusza­jąc w tę samą stronę, w którą Nicho­las odje­chał już ponad godzinę wcze­śniej.

- Wiesz, gdzie mieszka Wil­liam Leister? - spy­ta­łam, zakła­da­jąc, że wszy­scy boga­cze w tej oko­licy muszą się znać.

Mój towa­rzysz otwo­rzył sze­roko oczy.

- Oczy­wi­ście... Ale czemu chcesz tam jechać? - dopy­ty­wał zasko­czony.

- Miesz­kam tam - poczu­łam ukłu­cie w piersi, wypo­wia­da­jąc te słowa, które, choć spra­wiały mi taki ból, były cał­ko­wi­cie praw­dziwe.

Zack zaśmiał się z nie­do­wie­rza­niem.

- Miesz­kasz w domu Nicho­lasa Leistera? - upew­nił się, a ja na dźwięk tego imie­nia mimo­wol­nie zaci­snę­łam szczęki.

- Gorzej, to mój przy­szy­wany brat - potwier­dzi­łam. Koniecz­ność przy­zna­nia się do jakie­go­kol­wiek powi­no­wac­twa z tym dup­kiem napa­wała mnie obrzy­dze­niem.

Zack prze­niósł na mnie zszo­ko­wany wzrok i przy­pa­try­wał mi się przez kilka ład­nych sekund. Naj­wy­raź­niej nie był tak świet­nym kie­rowcą, jak sobie wyobra­ża­łam.

- Nie mówisz poważ­nie... Naprawdę? - dopy­ty­wał, patrząc znów na drogę.

Wes­tchnę­łam prze­cią­gle.

- Naprawdę - przy­tak­nę­łam. - To wła­śnie on zosta­wił mnie na środku drogi - czu­łam się kom­plet­nie upo­ko­rzona.

Zack wybuch­nął gorz­kim śmie­chem.

- Muszę powie­dzieć, że naprawdę ci współ­czuję - wyznał, przez co poczu­łam się podle. - Nicho­las Leister to naj­gor­sze, co może się komu­kol­wiek przy­tra­fić - zmie­nił bieg i zwol­nił, bo zbli­ża­li­śmy się do terenu zabu­do­wa­nego.

- Znasz go? - usi­ło­wa­łam połą­czyć w gło­wie osoby mojego wyba­wi­ciela i prze­śla­dowcy.

Zack znów się roze­śmiał.

- Nie­stety, tak - odparł. - Rok temu jego ojciec ura­to­wał mi tyłek w pew­nej dość skom­pli­ko­wa­nej spra­wie skar­bo­wej, to dobry praw­nik. I ten jego prze­klęty synuś musi mi to wypo­mi­nać przy każ­dej oka­zji. Cho­dzi­li­śmy razem do szkoły i mogę cię zapew­nić, że na całym świe­cie nie ma dru­giego takiego ego­isty i dupka jak ten zła­mas.

O pro­szę! Naj­wy­raź­niej nie byłam jedyną człon­ki­nią klubu anty­fa­nów Nicho­lasa Leistera. To było miłe odkry­cie.

- Chciał­bym móc powie­dzieć ci o nim coś dobrego, ale to naj­bar­dziej zje­bany koleś, jakiego znam, trzy­maj się od niego z daleka - dora­dził mi, spo­glą­da­jąc na mnie kątem oka.

Prze­wró­ci­łam oczami.

- Nic prost­szego, zwłasz­cza że miesz­kamy pod tym samym adre­sem - czu­łam się gorzej z każdą minutą.

- On będzie dzi­siaj na tej impre­zie, gdy­byś chciała sko­pać mu tyłek - poin­for­mo­wał mnie, śmie­jąc się ze swo­jego żartu. Ta infor­ma­cja zupeł­nie mnie zasko­czyła.

- Będzie na tej impre­zie? - czu­łam, że żądza zemsty wypeł­nia całe moje ciało.

Zack popa­trzył na mnie w inny spo­sób.

- Nie chcesz chyba...? - zaczął nie­pew­nie. Spoj­rzał na mnie z zasko­cze­niem i obawą.

- Zawieź mnie tam - jesz­cze ni­gdy w życiu nie byłam niczego tak pewna. - Sko­pię mu tyłek.

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej zna­leź­li­śmy się na plaży przed olbrzy­mim domem. Ale to nie jego roz­miary robiły naj­więk­sze wra­że­nie, ale liczba ludzi, któ­rzy krę­cili się wokół niego, prze­sia­dy­wali na scho­dach i byli po pro­stu wszę­dzie.

Muzykę było sły­chać z kilo­me­tra. Grała gło­śno, mia­łam wra­że­nie, jakby mózg pod­ska­ki­wał mi w gło­wie.

- Na pewno chcesz to zro­bić? - spy­tał mój nowy naj­lep­szy przy­ja­ciel Zack. Od kiedy podzie­li­łam się z nim swo­imi zamia­rami, pró­bo­wał odwieść mnie od tego pomy­słu. Wyglą­dało na to, że star­szy uda­wany bra­ci­szek był nie tylko kom­plet­nym kre­ty­nem, ale też gościem, który na prze­strzeni lat wpa­ko­wał się w nie­zli­czoną ilość bójek. - Noah, nie wiesz, z kim zadzie­rasz. Ten gość bez mru­gnię­cia okiem zosta­wił cię na ulicy. Dla­czego miałby chcieć cię teraz słu­chać?

Poło­ży­łam rękę na klamce i spoj­rza­łam na niego.

- Zoba­czysz... To jest ostatni raz, kiedy potrak­to­wał mnie w ten spo­sób.

Wysie­dli­śmy z samo­chodu i poszli­śmy w stronę wej­ścia do domu. Czu­łam się, jak­bym wcho­dziła na jedną z tych imprez, które można zoba­czyć tylko w takich fil­mach jak Po pro­stu walcz czy Szybcy i wście­kli. Czy­ste sza­leń­stwo. Beczki z piwem były poroz­sta­wiane na całym dzie­dzińcu. Wokół nich krę­cił się tłum face­tów, któ­rzy prze­krzy­ki­wali się i dopin­go­wali do tego, żeby jak naj­wię­cej wypić. Więk­szość dziew­czyn była w stro­jach kąpie­lo­wych, a nawet w bie­liź­nie.

- Czy wszyst­kie imprezy, na które cho­dzi, tak wyglą­dają? - spy­ta­łam. Skrzy­wi­łam się na widok pary, która lizała się oparta o fron­tową ścianę domu, nie zwra­ca­jąc uwagi na obser­wu­jący ich tłum. Obrzy­dli­wość.

- Nie wszyst­kie - odpo­wie­dział, śmie­jąc się z mojego obu­rze­nia. - To jest impreza mie­szana - ta infor­ma­cja zupeł­nie nic mi nie mówiła.

Zaraz, zaraz... Mie­szana? O czym on mówi?

- Cho­dzi o to, że są na niej męż­czyźni i kobiety? - spy­ta­łam, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak mia­łam dwa­na­ście lat i mama zor­ga­ni­zo­wała mi pierw­szą imprezę z chłop­cami. Kom­pletna klapa, jeśli dobrze pamię­tam: chłopcy wpy­chali mnie i moje kole­żanki do basenu, więc pra­wie wszyst­kie zało­ży­ły­śmy wtedy Anty­chło­pa­kowy Klub Naj­lep­szych Przy­ja­ció­łek Na Wiecz­ność. Idio­tyczne, wiem, ale mia­łam wtedy dwa­na­ście lat, a nie sie­dem­na­ście.

Zack roze­śmiał się gło­śno i chwy­cił mnie za rękę.

Miał cie­płe palce i poczu­łam się nieco spo­koj­niej­sza, wie­dząc, że mam go przy sobie. Ta impreza mogła onie­śmie­lić każ­dego, a tym bar­dziej taką dziew­czynę z pro­win­cji jak ja.

- Cho­dzi o to, że każdy może przyjść - wyja­śnił, gdy toro­wa­li­śmy sobie drogę przez zatło­czone wej­ście i prze­py­cha­li­śmy się do wnę­trza domu. Sza­lony, dud­niący rytm muzyki krzyw­dził moje błony bęben­kowe w taki spo­sób, że samo prze­by­wa­nie w tym miej­scu było bole­sne.

- O czym ty mówisz? - spy­ta­łam, usi­łu­jąc prze­pchać się do kolej­nego pomiesz­cze­nia, w któ­rym muzyka nie zagra­ża­łaby mojemu życiu, chcia­łam móc roz­ma­wiać, nie zry­wa­jąc sobie strun gło­so­wych.

- Każdy, kto zapłaci, może wejść - tłu­ma­czył Zack, wita­jąc się po dro­dze z kil­koma oso­bami. Nie­stety, jego zna­jomi wyglą­dali tak samo odpy­cha­jąco jak reszta. - Za pie­nią­dze z bile­tów kupuje się mnó­stwo alko­holu i wiesz... - spoj­rzał na mnie poro­zu­mie­waw­czo - wiesz, wszystko, co potrzebne, żeby impreza się krę­ciła - stwier­dził z roz­ba­wie­niem.

Nar­ko­tyki. Pięk­nie. A mojemu towa­rzy­szowi wyda­wało się to zabawne... Cho­lera! W co ja się wpa­ko­wa­łam?

Omio­tłam wzro­kiem pary poroz­kła­dane na kana­pach i te podry­gu­jące w rytm muzyki i zda­łam sobie sprawę, że były tu zarówno bogate dzie­ciaki w naj­droż­szych ciu­chach, jak i ludzie, któ­rzy praw­do­po­dob­nie pocho­dzili z naj­gor­szych dziel­nic. Wybu­chowa mie­szanka, bez dwóch zdań.

- To chyba nie był naj­lep­szy pomysł - chcia­łam wyznać nowemu kole­dze, ale zorien­to­wa­łam się, że już sie­dzi na jed­nej z kanap i trzyma w ręce butelkę piwa.

- Noah, chodź! - pocią­gnął mnie za rękę, tak że wylą­do­wa­łam na jego kola­nach. - Zabawmy się dzi­siaj... Nie mar­nuj nocy na tego sukin­syna - pora­dził mi. Spię­łam się, gdy poczu­łam jego dło­nie na wło­sach, a potem na ramio­nach.

Natych­miast zerwa­łam się na równe nogi.

- Mam tu coś do zała­twie­nia - skrzy­wi­łam się. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że pomy­li­łam się co do Zacka. - Dzię­kuję za pod­wózkę - odwró­ci­łam się i ode­szłam.

Nie wie­dzia­łam za dobrze, co mam zro­bić, skoro już tu byłam i skoro wła­śnie spła­wi­łam jedy­nego gościa, który był jesz­cze na tyle trzeźwy, że mógłby odwieźć mnie do domu, nie roz­bi­ja­jąc samo­chodu na naj­bliż­szym drze­wie. Jed­nak nie mogłam prze­stać myśleć o tym, jaką minę zrobi Nicho­las, gdy mnie zoba­czy. Chyba że Zack mnie okła­mał i pró­bo­wał tylko zwa­bić na tę sza­tań­ską imprezę... Mimo tych wąt­pli­wo­ści nie zamie­rza­łam wycho­dzić, zanim nie zro­bię tego, po co przy­je­cha­łam.

Skie­ro­wa­łam się w stronę kuchni, gdzie było tro­chę mniej ludzi, żeby nalać sobie szklankę zim­nej wody. Nie byłam pewna, czy chcę ją wypić, czy wylać sobie na głowę, żeby obu­dzić się z tego kosz­maru. Ten dzień wyda­wał się nie mieć końca.

Z wąskiego kory­ta­rzyka skrę­ci­łam do kuchni i sta­nę­łam jak wryta.

Był tam: bez koszulki, w dżin­sach, oto­czony dziew­czy­nami i czwórką dobrze zbu­do­wa­nych, ale nie tak wyso­kich jak on kole­gów.

Przez chwilę mu się przy­glą­da­łam.

Czy to ten sam gogu­sio­waty stu­dent, z któ­rym nie dalej jak trzy godziny temu jadłam kola­cję w luk­su­so­wej restau­ra­cji?

Ten widok kom­plet­nie mnie zasko­czył. Wyglą­dał, jakby uciekł z planu jakie­goś gang­ster­skiego filmu. Pili szoty i grali w tę grę, w któ­rej trzeba wrzu­cić piłeczkę ping­pon­gową do pla­sti­ko­wego kubka. Bra­ci­szek naj­wy­raź­niej miał dobrą passę, bo tra­fiał za każ­dym razem. Jedyną zaletą tej sytu­acji było to, że nie upił się jesz­cze tak bar­dzo jak ci, któ­rzy prze­gry­wali i po każ­dym rzu­cie musieli wychy­lić kie­li­szek tequ­ili.

Nicho­las rzu­cił ostatni raz i z pre­me­dy­ta­cją spu­dło­wał. Było to tak oczy­wi­ste, że nie rozu­miem, jak inni mogli się nie zorien­to­wać. Wszy­scy zaczęli buczeć i śmiać się do roz­puku. Chwy­cił szota i wlał go w sie­bie jed­nym ruchem.

Kiedy jeden z jego kum­pli prze­jął pałeczkę, a wła­ści­wie piłeczkę, Nicho­las pod­szedł do ślicz­nej, ciem­no­wło­sej dziew­czyny, która sie­działa na bla­cie z czar­nego mar­muru. Była w krót­kich spoden­kach, które odsła­niały jej dłu­gie, opa­lone nogi. Na górze miała jasno­nie­bie­ski sta­nik od bikini.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki