Moja wina - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Są książki, które się czyta. Są książki, które się przeżywa. I są wreszcie takie, które po zamknięciu długo jeszcze trwają w człowieku jak cichy, nieustępliwy szmer - niepokój, który nie daje się łatwo uciszyć, bo dotknął czegoś prawdziwego. Moja wina należy właśnie do tej trzeciej kategorii. To proza, która nie szuka taniego efektu, choć operuje napięciem niemal nieznośnym. Nie epatuje przemocą w jej najbardziej widowiskowej postaci, a mimo to pokazuje ją boleśnie i precyzyjnie. Nie opowiada o katastrofie, która spada z zewnątrz, lecz o katastrofie budowanej codziennie, z drobiazgów, z tonu głosu, z rytuałów, z języka, z pozornie niewinnych korekt, uwag i komentarzy. To właśnie czyni tę książkę tak przejmującą - i tak potrzebną.

Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z krajobrazem dobrze znanym polskiej wyobraźni: wieś pod Bydgoszczą, przestronny dom, ogród, taras, rytm pór roku, kościół, szkoła, zwyczajność życia osadzonego w codziennej pracy. To sceneria niemal sielska, zanurzona w rozpoznawalnych zapachach, dźwiękach i kolorach. Właśnie dzięki temu ta opowieść działa z taką siłą. Autor nie umieszcza dramatu na marginesie świata, w przestrzeni wyjątkowej czy egzotycznej. Umieszcza go dokładnie tam, gdzie czytelnik najmniej chce go zobaczyć: w domu, który z zewnątrz wygląda na porządny, spokojny i godny zaufania. To bardzo ważne. Najbardziej dotkliwa przemoc psychiczna nie potrzebuje lochów, kajdan ani zamkniętych okiennic. Wystarczy dobrze utrzymany salon, kuchenny stół, ogród i człowiek, który nauczył się zamieniać codzienność w system kontroli.

Siłą tej książki jest niezwykła uważność na mechanikę przemocy. Nie tej gwałtownej i hałaśliwej, którą łatwo rozpoznać, lecz tej cichej, proceduralnej, niemal biurokratycznej. Autor pokazuje, jak z biegiem czasu rzeczy przestają być rzeczami, a stają się narzędziami oskarżenia. Dywan, garnek, szyba, trawa, kurz, komin, woda, telefon, sen, światło, oddech - wszystko zostaje wciągnięte w logikę podporządkowania. I właśnie tutaj odsłania się ogromna literacka i psychologiczna inteligencja tej prozy. Przedmioty nie są dekoracją. One uczestniczą w dramacie. Zostają zinstrumentalizowane. Każdy drobiazg może zostać podniesiony do rangi dowodu, symptomu, naruszenia, "błędu" lub "szkody". W ten sposób świat materialny, który powinien służyć człowiekowi, zaczyna człowieka osaczać.

Najbardziej przejmującym osiągnięciem tej książki jest jednak portret języka. Marek nie jest przecież tyranem prostym, ordynarnym ani karykaturalnym. Nie działa przez prymitywny wrzask. Jego narzędziem jest dyskurs - chłodny, logiczny, erudycyjny, pozornie racjonalny. To język medycyny, prawa, ekonomii, anatomii, organizacji, dyscypliny. Język, który na poziomie brzmienia bywa elegancki, a nawet imponujący, ale w praktyce służy jednemu: unieważnianiu doświadczenia drugiego człowieka. To bardzo trafne i bardzo współczesne rozpoznanie. Dziś przemoc nie zawsze przychodzi w butach i zaciśniętej pięści. Czasem przychodzi z książką, argumentem, tabelą kosztów, cytatem z autorytetu, troską o porządek, zdrowie, budżet czy etykę. Autor doskonale rozumie, że najbardziej wyrafinowane formy dominacji lubią przebrać się za rozsądek.

Dlatego ta powieść jest czymś więcej niż mrocznym dramatem małżeńskim. To także wnikliwe studium psychologiczne zjawiska, które badacze przemocy nazywają kontrolą korekcyjną - przemocą rozproszoną, wdzierającą się w rytm dnia, sposób mówienia, sposób poruszania się, jedzenia, spania, oddychania, wydawania pieniędzy, dbania o ciało. Autor pokazuje z wielką subtelnością coś, co dla wielu ludzi z zewnątrz bywa niepojęte: dlaczego ofiara zostaje. Dlaczego przyjmuje logikę sprawcy. Dlaczego zaczyna powtarzać jego słowa, przejmować jego język, a nawet jego sposób myślenia. W tej książce nie ma publicystyki podanej wprost, a jednak jest tu ogromna wiedza o psychologii zależności, wstydu, wyuczonej bezradności i stopniowego zawłaszczania podmiotowości. Wiedza ta została jednak przetworzona literacko - bez mentorskości, bez uproszczeń, bez fałszywego dydaktyzmu.

Jolanta jest jedną z tych bohaterek, które zostają z czytelnikiem na długo. Nie dlatego, że jest efektowna. Dlatego, że jest prawdziwa. Jej dramat nie polega na jednorazowym złamaniu, lecz na codziennym ścieraniu się z rzeczywistością, która nieustannie odbiera jej prawo do własnej interpretacji świata. To kobieta pracująca bez przerwy - fizycznie, umysłowo, emocjonalnie - a jednocześnie systematycznie pozbawiana uznania dla tej pracy. Im więcej robi, tym mniej jej wolno. Im bardziej się stara, tym łatwiej znaleźć kolejny zarzut. Autor świetnie uchwycił, że przemoc psychiczna nie musi niszczyć człowieka jednym ciosem; dużo częściej niszczy go mikroskopijnie, kropla po kropli, dzień po dniu, aż w końcu nawet własne zmęczenie, własny kaszel czy potrzeba snu przestają należeć do tego, kto ich doświadcza.

Nie sposób nie docenić również konstrukcji tej opowieści. Narastanie napięcia jest prowadzone z godną podziwu konsekwencją. To nie jest książka, która wybucha. To książka, która zaciska się wokół czytelnika. Najpierw drobiazg. Potem kolejny. Jeszcze jeden. Coraz bardziej absurdalne oskarżenia, które jednak - dzięki precyzji języka i psychologicznej wiarygodności relacji - nigdy nie stają się niewiarygodne. Przeciwnie: właśnie dlatego, że są tak drobne, wydają się straszniejsze. Bo każdy, kto choć raz zetknął się z relacją opartą na kontroli, wie, że terror zaczyna się od detalu. Od korekty. Od "dobra, ale". Od jednego spojrzenia, jednego pytania, jednej reguły, jednego "na przyszłość pamiętaj".

Warto też powiedzieć jasno: to książka bardzo dobrze napisana. Autor ma słuch do rytmu zdania, do dramaturgii sceny, do materialnego konkretu i psychologicznego podtekstu. Wie, kiedy zatrzymać opis na jednym przedmiocie, kiedy dopuścić ciszę, kiedy pozwolić wybrzmieć jednemu słowu mocniej niż całej tyradzie. Wie również, jak użyć kontrastu. To jedna z najmocniejszych stron tej prozy. Otwarta przestrzeń wsi i zamknięcie bohaterki. Piękno ogrodu i degradacja domowego życia. Muzyka i przemoc. Wiedza i okrucieństwo. Światło i ciemność. Ciepło rosołu z dzieciństwa i chłód małżeńskiego ceremoniału. Wszystko to zostało zbudowane z dużym wyczuciem i bez literackiej przesady.

Piszę o tej książce z uznaniem nie dlatego, że jest "ważna" w jakimś abstrakcyjnym, recenzenckim sensie. Piszę z uznaniem, ponieważ to książka odważna, przenikliwa i potrzebna. Taka, która nie tylko opowiada historię, ale też rozpoznaje mechanizmy ukryte w tysiącach domów - mechanizmy często niewidzialne dla otoczenia, bo z zewnątrz wszystko wygląda poprawnie. Jej siła polega właśnie na tym, że nie oferuje prostych pocieszeń. Nie uspokaja. Nie łagodzi. Zmusza, by spojrzeć uważnie na to, jak cienka bywa granica między porządkiem a przemocą, troską a nadzorem, rozsądkiem a okrucieństwem.

Czyta się tę książkę z rosnącym niepokojem, ale i z podziwem dla konsekwencji autora. To opowieść mądra, wstrząsająca i znakomicie zestrojona psychologicznie. Opowieść, która pokazuje, że najbardziej niebezpieczne systemy przemocy nie krzyczą - one argumentują. Nie rozbijają drzwi - one przestawiają krzesło. Nie zawsze biją - częściej uczą przepraszać.

A kiedy czytelnik dociera do końca, rozumie już, że tytułowa fraza nie jest wyznaniem winy. Jest mechanizmem przetrwania. I właśnie dlatego wybrzmiewa tak długo po zamknięciu książki.

To bardzo dobra, bardzo dojrzała i bardzo potrzebna książka. Proszę ją czytać uważnie. I nie traktować jej wyłącznie jako literatury. Czasem fikcja mówi prawdę o rzeczywistości z większą precyzją niż raport, statystyka czy diagnoza. Tutaj mówi ją dobitnie. I boleśnie. Ale właśnie dlatego warto jej wysłuchać.