Moja ukochana i ja. Ślub - Renata Lis

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (30,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dwa lata póź­niej

Moja żona i ja je­ste­śmy, jak się oka­zuje, nie­sły­cha­nie ro­man­tyczne. Wiem, jak to brzmi. Kró­lowe ab­ne­ga­cji, które nie mają w domu choćby dwóch ta­le­rzy od kom­pletu, u któ­rych wi­kli­nowy ko­szyk przej­muje funk­cję aba­żuru, a stara za­słona za­stę­puje na­rzutę, i na­gle - ro­man­tyzm? A jed­nak! Czy uwie­rzy­cie, że po trzy­dzie­stu la­tach wspól­nego ży­cia ona na­dal przy­nosi mi pre­zenty, ta­kie drobne, bez oka­zji? Te pre­zenty mó­wią do mnie za każ­dym ra­zem: "Je­steś ważna, wi­dzę cię, ko­cham. Ja, twój Je­lon". By­wają na­prawdę różne, mu­szą ta­kie być, skoro wy­raża się przez nie całe bo­gac­two na­tury mo­jej uko­cha­nej. Raz jest to więc ra­chi­tyczna od­nóżka ge­ra­nium przy­wle­czona z ba­zarku, in­nym ra­zem - ana­nas lot­ni­czy z de­li­ka­te­sów owo­cowo-wa­rzyw­nych na na­szym osie­dlu, a jesz­cze in­nym - ho­len­der­ski śledź. Nie ja­kiś tam zwy­kły śledź, tylko praw­dziwy, dzie­wi­czy ma­tjas, bez po­żal-się-boże a la. Do­kład­nie jedna sztuka za­wi­nięta w wo­sko­wany pa­pier, do szyb­kiego spo­ży­cia.

Uwiel­biam ma­tjasy i wszystko inne z mo­rza, ona o tym wie. Jed­nak ten śledź w pa­pie­rze, któ­rym by­wam przez nią ob­da­ro­wy­wana, to coś wię­cej niż dziki przy­smak. Nie tylko kil­ling me so­ftly eks­plo­zja umami, lecz rów­nież esen­cja na­szego wspól­nego stylu: efe­me­ryczny, iro­niczny, ale jed­nak luk­sus, z ulu­bioną nutą ab­ne­ga­cji bien s?r, i mocno do­pra­wiony mi­ło­ścią. W ta­kim sa­mym stylu w marcu 2024 roku od­był się nasz ślub.

Jak do tego do­szło? Do­bre py­ta­nie. Bo stało się to, trudno za­prze­czyć, na­wet bar­dziej niż na­gle: od de­cy­zji do re­ali­za­cji mi­nęły nie­całe trzy mie­siące. Na­sze przy­ja­ciółki aż nie mo­gły uwie­rzyć w ten nie­spo­dzie­wany im­puls, a zwłasz­cza w to, że tak po pro­stu, nie­wiele my­śląc, po­mknę­ły­śmy za nim lo­tem bły­ska­wicy. Po­dej­rze­wały nas, że w ta­jem­nicy pla­no­wa­ły­śmy to od dawna. Po­dej­rze­nie o tyle ra­cjo­nalne, że śluby w na­szej kul­tu­rze rze­czy­wi­ście się pla­nuje, i to na­wet la­tami. Tak samo jak po­dróże ży­cia. Tylko że my dawno temu wy­pi­sa­ły­śmy się z "się". Po­wie­dzia­ła­bym na­wet, że nie zdą­ży­ły­śmy ni­gdy się do "się" za­pi­sać. Nie pla­nu­jemy ani po­dróży, ani - jak się oka­zuje - ślu­bów. Je­ste­śmy ta­kimi oso­bami, które w ułamku se­kundy de­cy­dują się wsiąść na prom pły­nący na Kor­sykę, mimo że plan na lato jesz­cze przed chwilą był cał­kiem inny, i tym spo­so­bem za­li­czają być może naj­lep­sze wa­ka­cje w swo­jej po­dróż­ni­czej ka­rie­rze. Co wię­cej, wa­riac­kie de­cy­zje tego ro­dzaju po­dej­mu­jemy za­wsze jed­no­myśl­nie i pra­wie bez słów. Wy­star­czy, że spoj­rzymy so­bie w oczy, i już wiemy, że tak, że znowu mamy zgod­ność: idziemy w to!

No i po­szły­śmy. Po­rwało nas i po­nio­sło. Ale co? Nie wia­domo co. Coś, co opi­sa­ła­bym może jako wartki nurt we­wnętrz­nej ener­gii, na­gle uwol­nio­nej. Czu­ły­śmy obie tę ener­gię i czu­ły­śmy rów­nież, że ta ener­gia jest do­bra i nie­sie nas we wła­ściwą stronę. Wie­dzia­ły­śmy już - wy­ni­kało to z na­szych trzy­dzie­sto­let­nich do­świad­czeń - że w ta­kich chwi­lach trzeba za­ufać im­pul­sowi. Że ten im­puls nas nie za­wie­dzie, tak jak nie za­wiódł nas ni­gdy przed­tem. Po­dob­nemu im­pul­sowi za­wdzię­czamy prze­cież nasz zwią­zek. Im­pul­sowi i temu, że wtedy, na sa­mym po­czątku, obie mia­ły­śmy w so­bie dość bun­tow­ni­czej siły oraz dość wiary we wła­sne za­soby, by nie stchó­rzyć, i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szy­ły­śmy ra­zem przez ży­cie.

Tak więc pew­nego po­nu­rego dnia na po­czątku stycz­nia 2024 obu­dzi­łam się w na­szym łóżku ogrom­nym jak lot­ni­sko­wiec, za­plą­tana w dwa czarne koty, i po­wie­dzia­łam do niej:

- Leo, weźmy ślub.

- Ale gdzie?

- W Ko­pen­ha­dze. To moż­liwe, spraw­dzi­łam.

A ona uśmiech­nęła się sze­roko i po­wie­działa:

- Tak.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki