Moja rodzina na piętrze. Sekrety domu na Chłodnej - Magda Louis

Kup ebooka

42.90 zł
32.18 zł (31,67 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Po­grzeb An­to­niny Po­go­rzel­skiej od­był się 19 grud­nia 2011 roku. Ty­dzień wcze­śniej ciotka Al­dona wrę­czyła mi jej ad­res za­pi­sany na od­wro­cie ko­perty, w któ­rej otrzy­mała ra­chu­nek za gaz. O tym za­wy­żo­nym ra­chunku po­wie­działa wię­cej niż o ko­bie­cie, do któ­rej rze­komo pro­wa­dzą na­sze ro­dzinne ta­jem­nice.

Al­dona Ros­to­cka przy­szła do mnie z sa­mego rana, kiedy jesz­cze moje nogi nie chciały cho­dzić, a głowa nie wie­działa, co my­śleć. Co­raz wię­cej czasu po­trze­bo­wa­łam po opusz­cze­niu łóżka, żeby się przy­wi­tać z dniem. Roz­ruch na­stę­po­wał po­woli, naj­pierw fi­li­żanka kawy z mle­kiem, po­tem nieco bez­myślne pa­trze­nie w ka­len­darz - ach, dziś już środa! Kiedy to zle­ciało! Na­gle czas przy­śpie­szył, prze­pla­ta­jąc dni tak szybko, że czło­wiek le­d­wie wy­szedł z po­nie­działku, a już nad­cią­gał pią­tek zmie­ciony raz dwa przez so­botę. Na ko­niec po­ran­nego ry­tu­ału za­my­ka­łam się w ła­zience, żeby zmyć z sie­bie noc, która była po­dobna do wszyst­kich po­przed­nich. Tam, w zbyt do­brze oświe­tlo­nym lu­strze, cze­kała na mnie więd­nąca twarz, któ­rej nie udało się ura­to­wać kre­mem z ko­la­ge­nem czy se­rum wzmoc­nio­nym wi­ta­miną E. Nie lu­bi­łam rano pa­trzeć na swoje od­bi­cie i w lu­stro spo­glą­da­łam prze­lot­nie, aby tylko spraw­dzić, czy moje za­far­bo­wane na spo­kojny blond włosy zdą­żyły po­wstać z mar­twych. Za­cze­sy­wa­łam grzywkę równo z li­nią brwi, dłu­gie ko­smyki za­kła­da­łam za uszy lub wią­za­łam w koń­ski ogon. Dłu­gość mo­ich wło­sów zmie­niała się mi­ni­mal­nie od czter­dzie­stu lat. Za­wsze pro­ste, ob­cięte jak od li­nijki, cza­sem le­d­wie się­gały ra­mion, cza­sem po­zwa­la­łam im ro­snąć da­lej. Ostre świa­tło po­ranka nie jest ła­skawe dla ko­biet, szcze­gól­nie gdy jedna strona lu­stra po­więk­sza czte­ro­krot­nie.

Od ciotki Al­dony nie mia­łam żad­nych wia­do­mo­ści od dawna i czę­sto za­sta­na­wia­łam się przed snem, gdzie się po­dziewa i czy zdrowa. Zbyt lekko ubrana jak na swój wiek, za­su­szona star­sza pani była młod­szą sio­strą mo­jej mamy Ma­ryli. Przez ostat­nich pięć­dzie­siąt lat wi­dzia­łam ją za­le­d­wie kilka razy przy oka­zji ro­dzin­nych po­grze­bów - tych ni­gdy nie opusz­czała - albo ślu­bów, na które przy­jeż­dżała ubrana cała na biało, ro­biąc kon­ku­ren­cję pan­nie mło­dej. Jed­nego roku spę­dzi­ły­śmy ra­zem święta Bo­żego Na­ro­dze­nia, a kiedy tra­fi­łam do szpi­tala z za­pa­le­niem wy­rostka ro­bacz­ko­wego, po­ja­wiła się przy łóżku, za­nim le­karz dy­żurny obej­rzał wy­niki krwi. Po­wie­działa wtedy, że wy­brała się do mnie, aby mi zło­żyć ży­cze­nia z oka­zji mo­ich sie­dem­dzie­sią­tych uro­dzin, choć wtedy do sześć­dzie­siątki bra­ko­wało mi dwa lata.

W marcu tego roku na przód wy­sko­czyła mi sió­demka, ale ciotka Al­dona prze­ga­piła tę uro­czy­stość i zja­wiła się do­piero 12 grud­nia z roz­dartą nie­uważ­nie ko­pertą z ga­zowni i su­ge­stią, że­bym się wy­brała do Rze­szowa na spo­tka­nie z nie­jaką An­to­niną Po­go­rzel­ską, je­śli wciąż jesz­cze gnę­bią mnie dziwne sny i prze­czu­cia, że moi ro­dzice za­brali ze sobą do grobu kilka ta­jem­nic ro­dzin­nych. Sny były moje, ale prze­czu­cia nie, to Al­dona, od­kąd pa­mię­tam, rzu­cała alu­zje, jed­nak ni­gdy nie po­wie­działa ni­czego waż­nego, de­lek­tu­jąc się sta­tu­sem straż­niczki grze­chów i po­my­łek ro­dziny Ros­to­ckich. Lu­bi­łam ciotkę, kiedy by­łam małą dziew­czynką, Al­donę uwa­ża­łam za swoją przy­ja­ciółkę. Spę­dza­ły­śmy ze sobą sporo czasu, a kiedy za­czę­łam doj­rze­wać, ob­ja­śniała mi ko­biece ciało oraz całą prze­ra­ża­jącą mę­skość, która tylko czy­hała, by się we­drzeć tam, gdzie boli naj­bar­dziej. Była moją pierw­szą prze­wod­niczką po ma­pie dam­sko-mę­skiego kon­ty­nentu i choć sama nie miała wiel­kiej wie­dzy czy do­świad­cze­nia, dzie­liła się ze mną prze­my­śle­niami na te­mat chłop­ców, męż­czyzn i sta­rych dzia­dów. Wy­ro­słam z Al­dony, jak się wy­ra­sta z pary bu­tów, ale wciąż była mi bli­ska. Je­dyna ży­jąca Ros­to­cka łą­cząca mnie z mło­do­ścią.

Jej wi­zyta trwała nie wię­cej niż pół go­dziny, od­rzu­ciła za­pro­sze­nie na wspólny obiad, tłu­ma­cząc się bra­kiem czasu i na­wa­łem spraw do za­ła­twie­nia. Czego ta­kiego pil­nego mu­siała do­gląd­nąć, nie zdra­dziła, nie cią­gnę­łam jej za ję­zyk. Jej po­ja­wie­nie się w moim miesz­ka­niu na Chłod­nej wpra­wiło mnie w dziwny nie­po­kój, mimo że dawno już przy­wy­kłam do jej eks­cen­trycz­no­ści i na­uczy­łam się z nią po­stę­po­wać. Mia­łam świa­do­mość, że nie jest cał­kiem zdrowa na umy­śle i nie warto trak­to­wać jej słów ze śmier­telną po­wagą, jed­nak za­zwy­czaj uda­wało jej się mnie wcią­gnąć w ta­jem­ni­czy świat, jaki kre­owała. W każ­dej ro­dzi­nie mię­dzy ciot­kami, szwa­grami, dziad­kami krąży choć jedna osoba, o któ­rej mówi się, że ma nie­równo pod su­fi­tem. W na­szej była to Al­dona. Kto jej nie znał, dzi­wo­wał się, że taka z wy­glądu nor­malna dziew­czyna jest wsta­nie ro­bić ta­kie rze­czy, a mó­wić jesz­cze gor­sze. A czy to trzeba od razu wy­glą­dać na mor­dercę, ge­niu­sza czy wa­riata? Wy­star­czy to, co tam w środku lu­dzie ukry­wają i w swo­ich scho­ro­wa­nych gło­wach no­szą, wy­gląd do tego nie­po­trzebny. Al­dona, jaką pa­mię­tam z po­wo­jen­nych cza­sów, miała pu­szy­ste włosy, dłu­gie nogi i była bar­dzo chuda i pro­sta, bez wcię­cia czy wy­gię­cia, jak chło­pak.

Moje na­ro­dziny w marcu 1940 roku za­le­piły na chwilę bro­czącą ranę mo­ich dziad­ków Anny i Ry­szarda po śmierci ich uko­cha­nego syna Ta­de­usza, brata bliź­niaka mo­jej mamy. Ta­de­usz Ros­to­cki roz­pły­nął się w wo­jen­nej mgle nad Bzurą i od jego mar­twych oczu niebo tam te­raz bar­dziej błę­kitne, ale w tym sa­mym cza­sie w kro­ni­kach ro­dzin­nych po­ja­wi­łam się ja, Alek­san­dra Ja­giełło. Kiedy się uro­dzi­łam, mama miała już dawno skoń­czone dwa­dzie­ścia dzie­więć lat i co­raz gło­śniej w ka­mie­nicy wy­brzmie­wały szem­ra­nia są­sia­dów, czy aby wszystko z Ma­rylą i Wła­dy­sła­wem jest w po­rządku, skoro sie­dem lat po ślu­bie nie do­cze­kali się po­tomka. Plot­ko­wa­nie na te­mat nie­płod­no­ści ustało, kiedy wo­jenne trwogi zdo­mi­no­wały te­maty roz­mów przy stole i w sy­pialni. Po­cząt­kowy en­tu­zjazm i wiara w szyb­kie prze­go­nie­nie wroga z Pol­ski przy po­mocy alian­tów wy­ga­sły przed koń­cem roku.

Po kam­pa­nii wrze­śnio­wej z 1939 roku nie po­li­czono jesz­cze tru­pów, oka­le­czo­nych i jeń­ców, ale mó­wiło się, że bli­sko pół mi­liona męż­czyzn nie wró­ciło do domu na święta Bo­żego Na­ro­dze­nia, a setki ty­sięcy tra­fiło do nie­woli na pry­cze w nie­miec­kich obo­zach albo ra­dziec­kich ła­grach. Wojna wy­bu­chła tak na­gle, że lu­dzie przez wiele mie­sięcy przy­zwy­cza­jali się do swo­jego tra­gicz­nego po­ło­że­nia i szło im to bar­dzo opor­nie, po­nie­waż kar­mili się na­wza­jem na­dzieją, że ta za­wie­ru­cha wo­jenna za­raz mi­nie, za­gi­nieni się od­najdą, a mar­twi zmar­twych­wstaną.

Moi dziad­ko­wie tak wła­śnie wy­obra­żali so­bie po­wrót swo­jego syna Ta­de­usza do domu na Chłod­nej, że zstąpi z nieba któ­rejś nie­dzieli i do­piero wtedy im opo­wie, co się z nim działo przez te smutne mie­siące, na­le­ży­cie się wy­tłu­ma­czy przed ro­dzi­cami, dla­czego nie da­wał znaku ży­cia. Ta­de­usz, jak po­szedł we wrze­śniu wal­czyć z ar­mią "Po­mo­rze", tak znik­nął i wszelki słuch po nim za­gi­nął. Może wzięli go do nie­woli, może się ukrywa gdzieś za gra­nicą albo na wsi? Może prze­szedł gra­nicę i prze­bywa te­raz w Ru­mu­nii albo na Wę­grzech? Jesz­cze z po­cząt­kiem grud­nia 1939 roku za­pew­niali się na­wza­jem, że Ted na pewno w Wi­gi­lię się po­jawi, wszak jest to naj­więk­sze święto ro­dzinne, dzień po­wro­tów, nie­spo­dzia­nek i ra­do­snych łez. W stycz­niu 1940 roku po­ja­wił się w ich domu młody czło­wiek, na­wet nie ścią­gnął ko­żu­cha, sto­jąc w progu, prze­ka­zał wia­do­mość o żoł­nier­skiej śmierci Ta­de­usza Ros­to­ckiego. Moja mama Ma­ryla była poza do­mem, gdy przy­szedł po­sła­niec z tra­gicz­nymi wia­do­mo­ściami, po po­wro­cie do miesz­ka­nia za­stała swo­ich ro­dzi­ców sie­dzą­cych na ka­na­pie bez naj­mniej­szego ru­chu, jakby ar­ty­ście ma­la­rzowi do ob­razu po­zo­wali. Szok ma różne etapy i prze­ja­wia się na naj­dziw­niej­sze spo­soby: jedni pła­czą, dru­dzy piją, jesz­cze inni za­sty­gają w ga­la­re­cie roz­pa­czy i milkną. Ma­mie wy­star­czyło jedno spoj­rze­nie na za­mro­żo­nych ro­dzi­ców i od razu wie­działa, że musi to mieć zwią­zek z jej bra­tem. Ma­ryla i Ta­de­usz nie byli do sie­bie po­dobni - on był po­staw­nym, gru­bo­ko­ści­stym mło­dzień­cem, ona por­ce­la­nową lalką z rzę­sami tak dłu­gimi, jak tylko ak­torki fil­mowe miały. Ta­de­usz lu­bił być z przodu, w cen­trum uwagi, za­ba­wiać roz­mową i błysz­czeć, Ma­ryla naj­le­piej czuła się wtedy, gdy nikt na nią nie pa­trzył.

- Twój brat nie wróci do domu. - Głos Anny Ros­to­ckiej był zwy­czajny, bez roz­pacz­li­wej nuty, tylko oczy pła­kały, tak jak za­wsze, bez jed­nej łzy. Al­dona sie­działa na pod­ło­dze, przy­tu­lona do nogi stołu, ni­czym wierny pies. Ani Al­dony, ani Ma­ryli moi dziad­ko­wie nie ko­chali tak jak syna Ta­de­usza, któ­rego można było po­ka­zy­wać w Monte Carlo, Ju­ra­cie czy Ber­li­nie, wszę­dzie do­brze by się od­na­lazł i pre­zen­to­wał, szcze­gól­nie kiedy pa­ra­do­wał w mun­du­rze. Kiedy się tak nie­przy­zwo­icie jaw­nie ko­cha tylko jedno dziecko, trudno tym od­rzu­co­nym się dzi­wić, że ni­gdy nie prze­stają wal­czyć o jał­mużnę uczu­cia u ro­dzi­ców.

Gdyby Al­dona była star­sza i nor­mal­niej­sza, z pew­no­ścią trzy­ma­łaby mnie do chrztu, ale tak się nie stało, jej ro­dzice zde­cy­do­wali się po­pro­sić ja­kichś ob­cych, któ­rych rze­komo znali ze swo­jej mło­do­ści. Nikt ich wię­cej nie wi­dział, na­wet nie pa­mię­tam, ja­kie no­sili na­zwi­sko. Po­dobno oboje zgi­nęli wkrótce po mo­ich chrzci­nach w przy­pad­ko­wej strze­la­ni­nie na ulicy Żu­ra­wiej, po­nie­waż hi­tle­rowcy nie oszczę­dzali amu­ni­cji i do­syć chęt­nie uży­wali swo­ich pi­sto­le­tów, na­wet na po­pra­wie­nie na­stroju czy dla za­bawy. Cy­wi­li­zo­wany na­ród cheł­piący się tra­dy­cjami, za­ko­rze­nio­nym w ge­nach ho­no­rem i ge­niu­szem, na­ród ar­ty­stów, my­śli­cieli i wiel­kich przy­wód­ców za­cho­wy­wał się w oku­po­wa­nej Pol­sce jak psy­cho­pa­tyczny dzi­kus, od któ­rego dzik­szy był tylko czło­wiek ra­dziecki, który nas wy­zwa­lał. Mój oj­ciec nie mógł się po­go­dzić z tym, że Niem­com tak szybko wy­ba­czono i za­po­mniano ich be­stial­stwo wo­jenne, za które ani nie prze­pro­sili, ani nie za­pła­cili.

Al­dona znik­nęła z mo­jego ży­cia, kiedy mia­łam pięt­na­ście lat, i póź­niej­sze jej po­wroty do War­szawy oraz spo­tka­nia ze mną mo­głam wy­li­czyć na pal­cach jed­nej ręki, jed­nak każde z nich było cie­kawe i eks­cy­tu­jące. Pierw­szy raz po dłu­gim okre­sie nie­obec­no­ści przy­je­chała do mo­jego miesz­ka­nia w Szcze­ci­nie, chwa­ląc się la­tami spę­dzo­nymi w szpi­talu psy­chia­trycz­nym, gdzie le­ka­rze pró­bo­wali ją wy­le­czyć z sza­leń­stwa i uci­szyć te głosy, któ­rych nie sły­szała w swo­jej gło­wie, ale gdzieś za uchem. Uzna­łam wów­czas, że jest za­bawna, zu­peł­nie nic się nie zmie­niła od cza­sów na­szych dzie­cin­nych za­baw i po­waż­niej­szych roz­mów peł­nych se­kre­tów i sen­sa­cji. Mój mąż Stach był nieco prze­ra­żony jej bez­po­śred­nio­ścią i ma­nierą do­słow­nego na­zy­wa­nia zja­wisk oraz lu­dzi, ale przy­znał, że w tym jej nie­okre­ślo­nym do końca sza­leń­stwie bli­żej Al­do­nie do anioła niż do wiedźmy. Mimo iż była moją ciotką, trak­to­wa­łam ją bar­dziej jak bli­ską zna­jomą niż członka ro­dziny.

- Masz tu ad­res, nie zgub, ty cią­gle coś gu­bisz, jedź do niej na roz­mowę, dużo ma­cie so­bie do po­wie­dze­nia. - Po­ło­żyła ko­pertę na stole i na­ci­snęła pal­cem wska­zu­ją­cym. Wciąż no­siła pier­ścio­nek z ru­bi­nem, który do­stała od swo­jej matki na po­że­gna­nie, kiedy wy­sy­łała ją w 1942 roku do Kra­kowa. Dzięki temu nie­zbyt ładny, ma­sywny pier­ścień nie prze­padł w ja­kiejś nie­miec­kiej albo ro­syj­skiej kie­szeni. Moja mama rów­nież do­stała od swo­jej matki pier­ścio­nek z du­żym ka­mie­niem jako za­bez­pie­cze­nie, wa­lutę na czarną go­dzinę, która w cza­sie wojny mo­gła wy­bić w każ­dej chwili. Prze­cho­wy­wa­łam ten pier­ścio­nek w ka­setce wraz z ob­rączką Sta­cha, moją i pier­ścion­kiem za­rę­czy­no­wym, który ni­gdy mi się nie po­do­bał, choć wy­ko­nany zo­stał przez zna­nego po­znań­skiego ju­bi­lera.

- Kim jest ta ko­bieta? - Nie śpie­szy­łam się z pod­nie­sie­niem ko­perty.

- Wszyst­kiego się do­wiesz, jak już so­bie z nią po­roz­ma­wiasz, to ja do­po­wiem resztę.

- Mam na­cho­dzić obcą ko­bietę i wy­py­ty­wać nie wia­domo o co i kogo? - Wzru­szy­łam ra­mio­nami. - To nie­do­rzeczne.

Al­dona spoj­rzała na ze­ga­rek i zmarsz­czyła czoło.

- Weź ze sobą zdję­cia ro­dzinne, przed­staw się ład­nie pa­nień­skim na­zwi­skiem i zo­ba­czysz, jaka bę­dzie re­ak­cja. No nic, na mnie już czas, mu­szę po­je­chać spraw­dzić, jak tam po­stę­puje bu­dowa Świą­tyni Opatrz­no­ści Bo­żej. Zro­bisz, jak uwa­żasz, wię­cej cię na­ma­wiać nie będę, to w końcu twoja sprawa, nie moja.

- Ale jaka sprawa?! - za­py­ta­łam po­iry­to­wana.

- Niech ci An­to­nina Po­go­rzel­ska opo­wie swoją hi­sto­rię i jej naj­bliż­szych osób, to ci się wszystko ułoży w ca­łość.

- Skąd ty ją znasz? - na­ci­ska­łam, ale ciotka Al­dona nie miała za­miaru ni­czego wię­cej mi wy­ja­śniać. Za­nim zdą­ży­łam za­dać ko­lejne py­ta­nie, po­że­gnała się zdaw­kowo i wy­szła.

Po­ło­ży­łam ko­pertę na stole i po­de­szłam do okna. Po kilku mi­nu­tach wy­szła z ka­mie­nicy i wol­nym kro­kiem po­de­szła do sa­mo­chodu za­par­ko­wa­nego po dru­giej stro­nie ulicy w miej­scu, gdzie był per­ma­nentny za­kaz za­trzy­my­wa­nia się. Ze zgrozą ob­ser­wo­wa­łam, jak wy­ciąga z kie­szeni je­sionki klu­czyki, otwiera pi­lo­tem drzwi do czer­wo­nego auta, po czym wsiada, ko­kosi się chwilę na sie­dze­niu, za­pala świa­tła i od­jeż­dża. Czy to jest zgodne z pra­wem, żeby ko­bieta lat osiem­dzie­siąt pięć pro­wa­dziła sa­mo­chód? Czy ona w ogóle po­siada prawo jazdy?

Ni­gdy nie by­łam w Rze­szo­wie, ni­kogo tam nie zna­łam, tylko jedno wie­dzia­łam - że mają lot­ni­sko, po­nie­waż kilka lat temu w sa­mo­lot, któ­rym z Istam­bułu le­ciał mój syn Ma­rek, ude­rzył pio­run i mu­sieli lą­do­wać na lot­ni­sku w Ja­sionce pod Rze­szo­wem. Do War­szawy wszyst­kich pa­sa­że­rów fe­ral­nego lotu przy­wieźli au­to­ka­rami. Na miej­scu oka­zało się, że mało który męż­czy­zna do­je­chał trzeźwy, tak im to przy­mu­sowe lą­do­wa­nie nerwy zszar­gało. O tym, że męż­czyźni są słabsi psy­chicz­nie niż ko­biety, mó­wią sta­ty­styki sa­mo­bójstw, a drobne wy­da­rze­nia po­twier­dzają.

Nie za­mie­rza­łam je­chać do Rze­szowa tylko dla­tego, że ciotka Al­dona miała ja­kieś ko­lejne wi­dze­nie, które, zna­jąc ją, mo­gła na­stęp­nego dnia od­wo­łać, ale za­nim po­ło­ży­łam się spać, spraw­dzi­łam, czy jest po­łą­cze­nie lot­ni­cze mię­dzy War­szawą a Rze­szo­wem. Było, trzy razy dzien­nie. Obu­dzi­łam się o czwar­tej rano z bó­lem głowy, ple­ców i szyi, czu­łam, jak skrada się do mnie prze­zię­bie­nie albo, co gor­sza, grypa, która za­bija star­szych lu­dzi, a młod­szym może po­waż­nie uszko­dzić mię­sień ser­cowy. Wy­cze­ka­łam do siód­mej i za­dzwo­ni­łam do Marka.

- To może być grypa - po­wie­dzia­łam.

Syn le­karz wes­tchnął tak gło­śno, że mu­sia­łam od­su­nąć słu­chawkę od ucha.

- Skoro mama już wie, co jej do­lega, to po co mama do mnie dzwoni?

- Że­byś mi coś prze­pi­sał. Nie mogę te­raz cho­ro­wać.

- Go­rączka?

- Nie mie­rzy­łam.

- Bóle sta­wów?

- Mam za­wsze.

Ma­rek krzyk­nął do ko­goś w głąb miesz­ka­nia, żeby nie ro­bić mu kawy, bo i tak nie zdąży wy­pić. Za­bie­ra­łam jego cenny czas przed wyj­ściem do szpi­tala, ale Ma­rek był grzeczny i na­wet kiedy do­pro­wa­dza­łam go do szew­skiej pa­sji, pa­no­wał nad ko­tłu­ją­cymi się w środku emo­cjami. Nie ro­bi­łam tego spe­cjal­nie, sta­rza­łam się i co­raz bar­dziej po­trze­bo­wa­łam dzieci w moim ży­ciu, na­to­miast one po­trze­bo­wały mnie co­raz mniej.

- Mamo, pro­szę, jedź do swo­jej przy­chodni, niech cię zbada ta twoja le­karka... jak jej tam jest?

- Ol­szań­ska.

- No wła­śnie, Ol­szań­ska. Niech cię przy­naj­mniej osłu­cha.

- To jest bar­dzo do­bra le­karka. I wolna... - Nie mo­głam prze­pu­ścić oka­zji, żeby po­now­nie nie spró­bo­wać ze­swa­tać mo­jego syna z pa­nią dok­tor z przy­chodni ro­dzin­nej.

- Na­to­miast ja je­stem bar­dzo za­jęty, na­prawdę mu­szę już le­cieć. Zmierz tem­pe­ra­turę, weź pa­ra­ce­ta­mol, na­pij się go­rą­cej her­baty. Na­pisz po­tem, jak się czu­jesz, ale naj­le­piej by było, gdy­byś jed­nak po­szła do le­ka­rza.

- Ty je­steś le­ka­rzem.

- Or­to­pedą je­stem, nie le­czę prze­zię­bień. Gdyby coś, ewen­tu­al­nie po dy­żu­rze wpadnę. - Po­słał mi te­le­fo­nicz­nego ca­łusa i roz­łą­czył się.

Nie chcia­łam go do sie­bie fa­ty­go­wać, wy­star­czyło, że z nim chwilkę po­roz­ma­wia­łam, i od razu mi się po­lep­szyło. Je­żeli mia­łam ko­muś po­wie­dzieć o wi­zy­cie Al­dony i tym ad­re­sie, jaki mi wrę­czyła, to tylko Mar­kowi. Wie­czo­rem siłą woli wy­wo­ła­łam lekką go­rączkę, którą wzmoc­ni­łam kasz­lem w słu­chawkę, co osta­tecz­nie prze­ko­nało mo­jego syna, że po­wi­nien wpaść i spraw­dzić, jak się czuję. Przy­je­chał w po­rze ko­la­cji, więc cze­kały na niego za­pie­kanki z kieł­basą i pie­czar­kami pod grubą war­stwą roz­to­pio­nego sera.

- W za­sa­dzie nie jem pie­czywa. - Pod­niósł cie­płą kromkę do ust i po­wą­chał. - Ale je­stem po­twor­nie głodny. Od rana nie było czasu zjeść. W zi­mie ostre dy­żury są na­prawdę ostre. Lu­dzie wy­wra­cają się, spa­dają ze scho­dów, ła­mią się w każ­dym moż­li­wym miej­scu. Wo­lał­bym, że­byś sie­działa w domu do wio­sny.

Pa­trzy­łam, jak je. Z przy­jem­no­ścią, za­chłan­nie, ani okru­szek się nie zmar­no­wał. Kiedy skoń­czył, wy­pił łyk go­rą­cej her­baty i przy­siadł się obok na ka­na­pie.

- A te­raz mów, po co na­prawdę mnie tu zwa­bi­łaś. Po­słu­chaj, nie mu­sisz na siłę cho­ro­wać, wiele razy cię o to pro­si­łem, nie­stety bez­sku­tecz­nie, prze­cież mo­żesz po pro­stu po­wie­dzieć: Marku, przy­jedź, czuję się sa­motna... Czy kie­dyś ci od­mó­wi­łem?

- Oczy­wi­ście, że nie - za­pew­ni­łam. - Ja się w ogóle nie czuję sa­motna, nie o to się roz­cho­dzi. Obaj je­ste­ście dla mnie do­brzy, i ty, i Kuba, za­wsze na za­wo­ła­nie, grzech by było na­rze­kać, ale mam wy­rzuty su­mie­nia, kiedy od­cią­gam was od za­jęć.

Ma­rek wzniósł oczy do nieba i skrzy­wił się. Mimo upływu czasu wciąż tak samo re­ago­wał na dźwięk imie­nia swo­jego przy­rod­niego brata. Opa­dły mu ką­ciki ust, a za­raz po­tem je za­ci­snął i szybko od­wró­cił głowę, że­bym nie mu­siała pa­trzeć na jego nie­chęć. Naj­pro­ściej by­łoby po­wie­dzieć, że mo­ich sy­nów zruj­no­wała ko­bieta, ale tak na­prawdę to winę za roz­pad mał­żeń­stwa Marka można po­dzie­lić na trzy równe czę­ści mię­dzy jego żonę Anetę, brata Kubę i jego sa­mego. Ale to tylko mój osąd tego, co mię­dzy nimi za­szło. Gra­jący główne role w tym dra­ma­cie moi sy­no­wie oraz ich żona, kon­se­kwent­nie od sze­ściu już lat, prze­rzu­cali się winą jak go­rą­cym kar­to­flem. Jako ro­dzina nie pod­nie­śli­śmy się po upadku jed­nego związku, tym sa­mym nie do­szli­śmy do miej­sca na­ro­dzin no­wego i tak się to wszystko ki­siło jak sierp­niowe ogórki.

- Pa­mię­tasz moją ciotkę Al­donę?

- Trudno o ta­kiej ciotce za­po­mnieć... Niby się jej nie ba­łem, kiedy by­łem dziec­kiem, ale zo­stać z nią sam na sam w po­koju to wo­lał­bym nie. Od­wie­dziła cię?

Ski­nę­łam głową. Ma­rek ro­ze­śmiał się.

- Naj­wy­raź­niej robi tour po ro­dzi­nie. Po­ja­wiła się w moim szpi­talu przed­wczo­raj i po­wie­działa na dy­żurce, że je­stem jej sy­nem... do­ma­gała się na­tych­mia­sto­wego zo­pe­ro­wa­nia ha­luk­sów w obu sto­pach na­raz. Dziew­czyny opo­wia­dały, jak sta­ruszka roz­sia­dła się na wer­salce w po­koju pie­lę­gnia­rek, ścią­gnęła buty, skar­petki i za­de­mon­stro­wała bo­lące ko­ści, przez które nie może ostatni raz iść z piel­grzymką do Czę­sto­chowy. One cię znają, więc nie uwie­rzyły w wer­sję o matce, ale też bały się ją po­go­nić. Ja w tym cza­sie sta­łem na bloku, ope­ro­wa­łem dwóch pa­cjen­tów z rzędu, do­piero po dwu­na­stej skoń­czy­łem i już się nie spo­tka­li­śmy. Ciotka Al­dona po­szła so­bie, znu­dzona cze­ka­niem na swo­jego wy­ima­gi­no­wa­nego syna. Wpraw­dzie się nie przed­sta­wiła, ale kto inny mógłby od­wa­lić taki cyrk?

- Tylko ona - przy­tak­nę­łam. - Piel­grzymka do Czę­sto­chowy? Po wyj­ściu ode mnie po­je­chała pa­trzeć na bu­dowę Świą­tyni Opatrz­no­ści Bo­żej, choć Al­dona, jaką zna­łam całe ży­cie, bała się Ko­ścioła jak dia­beł wody świę­co­nej. Lu­dzie z wie­kiem umi­zgują się do Pana Boga, pew­nie ze stra­chu, że po śmierci zo­staną na lo­dzie. Do­brze, że Al­dona stała się re­li­gijna, bez­piecz­nie jest na­le­żeć do ja­kiejś or­ga­ni­za­cji na stare lata.

Ma­rek wy­cią­gnął te­le­fon i spraw­dził, kto się do niego tak usil­nie do­bija.

- Nie­po­trzeb­nie da­łem nu­mer jed­nej pa­cjentce, wy­pi­suje do mnie wia­do­mo­ści, od któ­rych go­rąco się robi. Tak, o czym, że­śmy roz­ma­wiali?

- O na­wró­ce­niu ciotki Al­dony - od­par­łam. - Po­wiem ci jedno, ona nie jest aż taką wa­riatką, na jaką się kreuje. Do­sko­nale wie, że nie je­steś jej sy­nem, ale z ja­kichś po­wo­dów lubi od czasu do czasu wy­wo­łać sen­sa­cję, za­pewne po to, aby­śmy nie za­po­mnieli o jej ist­nie­niu. - Wzię­łam z re­gału ko­pertę z ad­re­sem, którą zo­sta­wiła Al­dona. Po­da­łam Mar­kowi.

- Rze­szów? - Zdzi­wił się. - Zna­łem kie­dyś dziew­czynę z Rze­szowa, stu­dio­wa­li­śmy ra­zem, za mą­dra była dla mnie.

Mia­łam na końcu ję­zyka, że po­wi­nien był się z nią że­nić, to by po­tem nie wpadł w si­dła nie­zbyt mą­drej Anety, ale po­wstrzy­ma­łam się.

- Wie mama, gdzie Al­dona te­raz mieszka?

Nie wie­dzia­łam, ale po­dej­rze­wa­łam, że wciąż ma miesz­ka­nie tam, gdzie ją le­czono psy­chia­trycz­nie.

- Nie­wy­klu­czone, że w Świe­ciu. W ku­jaw­sko-po­mor­skim. Dawno temu moi ro­dzice umie­ścili ją na ja­kiś czas w szpi­talu psy­chia­trycz­nym, naj­star­szym w Pol­sce. Kiedy ją wy­pu­ścili nieco pod­le­czoną, Al­dona po­sta­no­wiła zo­stać w tym mie­ście i wy­daje mi się, choć pew­no­ści nie mam, bo ro­dzice ze wszyst­kiego ro­bili ta­jem­nicę, że ku­pili jej tam miesz­ka­nie. To było w la­tach pięć­dzie­sią­tych, do­piero pod ko­niec lat sześć­dzie­sią­tych ciotka Al­dona po­wró­ciła. W ta­kim stylu, jak się z za­gra­nicy po­wraca.

Ma­rek odło­żył ko­pertę.

- Masz ja­kieś przy­pusz­cze­nia, kim jest ta ko­bieta? Po­go­rzel­ska? Pierw­sze sły­szę...

- Nie wiem. Nic mi to na­zwi­sko nie mówi i prawdę po­wie­dziaw­szy, tro­chę się mar­twię, że Al­dona wy­re­ży­se­ro­wała ja­kąś aferę i mnie do niej wciąga. Ona twier­dzi, że moja me­tryka uro­dzin zo­stała pod­ro­biona. Nie wiem, na ja­kiej pod­sta­wie, ale już drugi raz mi o tym mówi. Wpa­dła w od­wie­dziny, nie­za­po­wie­dziana jak zwy­kle, wy­piła litr her­baty i na do wi­dze­nia rzu­ciła przez ra­mię "twoja nie­praw­dziwa me­tryka". Jedno trzeba jej przy­znać, znała różne se­krety na­szej ro­dziny, pod­słu­chane, wy­niu­chane, nie­do­po­wie­dziane, ale znała. Przy­kła­dów mam aż nadto.

- To jest ja­kiś ab­surd. Ja­kie znowu se­krety? - iry­to­wał się Ma­rek. - Chyba nie masz za­miaru w środku zimy je­chać do Rze­szowa śla­dem sza­leń­stwa Al­dony?

Po­de­szłam do drzwi, za­pa­li­łam górne świa­tło i raz jesz­cze obej­rza­łam ko­pertę, jakby to był ja­kiś ważny do­ku­ment.

- Wszy­scy umarli, je­dy­nie Al­dona zo­stała z tam­tych cza­sów, je­śli ktoś coś wie, to tylko ona.

- Co wie?! - Ma­rek był co­raz bar­dziej zde­ner­wo­wany. - Czego ty szu­kasz? Za chwilę po­my­ślę, że z tobą też jest coś nie halo. Szkoda, że się z nią nie spo­tka­łem w szpi­talu, może i mnie da­łaby ja­kiś ad­res z dru­giego końca Pol­ski, gdzie po­grze­bana jest ta­jem­nica mo­jego po­cho­dze­nia.

- Twoje po­cho­dze­nie mogę po­twier­dzić z jed­nego włosa, gdy­byś miał ja­kieś wąt­pli­wo­ści. Ach, trudno mi to wy­ja­śnić, jak tak nade mną sto­isz i wy­pa­tru­jesz symp­to­mów nad­cią­ga­ją­cej cho­roby psy­chicz­nej, ale po­wiem ci jedno, coś mnie od dawna uwiera w moim ży­cio­ry­sie.

Ma­rek usiadł przy stole i zło­żył obie dło­nie jak do mo­dli­twy.

- Mamo, roz­ma­wia­łaś z kimś jesz­cze na ten te­mat?

- Nie mam ta­kiego za­miaru. Kuba by się ze mnie śmiał jesz­cze gło­śniej niż ty.

- A z Ka­zią, twoją ser­deczną przy­ja­ciółką?

Je­żeli prawdą jest, że prze­cięt­nie czło­wiek kła­mie na­wet i dwie­ście razy na dobę, to ja za­ni­ża­łam sta­ty­styki, bo tego dnia skła­ma­łam tylko raz.

- Nie. Tylko ty wiesz i cie­bie się py­tam, czy po­win­nam je­chać.

Ma­rek skoń­czył nie­dawno czter­dzie­ści sześć lat. Przy­tył od roz­sta­nia z Anetą chyba z dzie­sięć ki­lo­gra­mów, tłusz­czyk ob­le­pił mu twarz, ra­miona i uda, szczę­śli­wie omi­nął oko­licę pasa. Jego ciemne, fa­lo­wane jak spod lo­kówki włosy za­częły si­wieć na skro­niach, zęby nie stały już tak równo jak kie­dyś, ze skóry wy­płu­kał się zdrowy ko­lor, a na twa­rzy po­ja­wił się od­cień tek­tury. Mimo to był wciąż bar­dzo przy­stojny i silny, do ta­kich męż­czyzn ko­biety wzdy­chają, wła­śnie z ta­kimi chcą wić gniazda i brać kre­dyty, przy ta­kich czują się bez­pieczne i speł­nione. Wiele razy za­sta­na­wia­łam się, ja­kim męż­czy­zną stałby się oj­ciec Marka, gdyby mu było dane po­żyć dłu­żej niż trzy­dzie­ści lat. By­łam żoną mło­dzieńca, który ni­gdy nie zdą­żył stać się męż­czy­zną, choć wtedy my­śla­łam, że oboje je­ste­śmy do­ro­śli. Dziś, pa­trząc na swo­jego młod­szego syna Kubę, wi­dzę, że zmiana chłopca w męż­czy­znę rzadko udaje się przed czter­dziestką. Oni się wszy­scy tak długo ba­wią, od­kła­dają w nie­skoń­czo­ność mo­ment za­ło­że­nia dłu­gich por­tek, wzdry­gają przed cię­ża­rem od­po­wie­dzial­no­ści za drugą osobę, sami za sie­bie nie bar­dzo chcą od­po­wia­dać, tak długo jak się da.

Ma­rek zdjął kurtkę z opar­cia krze­sła. Pro­si­łam go wiele razy, żeby wie­szał okry­cie w przed­po­koju, ale wciąż uży­wał krze­sła albo ka­napy za­miast wie­szaka.

- Tak się za­sta­na­wiam, czy nie po­win­ni­śmy się ciotką Al­doną za­opie­ko­wać? To jest jed­nak sta­ruszka, sama jak pa­lec na świe­cie.

Po­szłam za nim do przed­po­koju.

- Od­kąd pa­mię­tam, wszy­scy w ro­dzi­nie mar­twili się o Al­donę, chcieli się nią opie­ko­wać, chro­nić, ale ona miała inny po­mysł na swoje ży­cie i za­wsze nam umy­kała. Cho­wała się i zja­wiała tylko wtedy, gdy te słynne głosy w jej gło­wie tak za­rzą­dziły. Jak­kol­wiek to za­brzmi, ciotka nie spra­wia wra­że­nia osoby po­trze­bu­ją­cej. Przy­je­chała do mnie sa­mo­cho­dem. Trzyma się pro­sto, wy­gląda rześko.

- To samo po­wie­działy pie­lę­gniarki.

- Al­dona nie za­znała trudu mał­żeń­stwa i ma­cie­rzyń­stwa, a to ko­biety w pierw­szej ko­lej­no­ści ruj­nuje.

- Och, już nie prze­sa­dzaj, to­bie nie za­szko­dziły dwa mał­żeń­stwa i dwa po­rody. Wy­glą­dasz świet­nie!

Nad­sta­wi­łam po­li­czek do po­ca­łunku. Ma­rek pach­niał szpi­ta­lem i jedną ze swo­ich pie­lę­gnia­rek, chyba tą bru­netką na chu­dych no­gach.

- Daj so­bie spo­kój z tym śledz­twem, święta idą, za­pla­nuj coś mi­łego, upiecz kru­che cia­steczka, co­kol­wiek, ale tamto odłóż.

- Do­brze, synu, do­brze...

Każdy dzień za­czy­na­łam roz­wa­ża­niem, czy po­win­nam je­chać do tej ko­biety, bu­dzi­łam się w nocy i da­lej drę­czy­łam się tą my­ślą, a po­tem przy­szedł im­puls. Nie była to kwe­stia przy­pływu ener­gii, ale zwy­kła cie­ka­wość. Poza tym nie mia­łam nic cie­kaw­szego do ro­boty. Nie mó­wiąc Mar­kowi, po pro­stu po­le­cia­łam LOT-em do Rze­szowa. Ka­zia była nie mniej pod­nie­cona ode mnie, oczy­wi­ście zdra­dzi­łam jej, co za­mie­rzam. Moja przy­ja­ciółka ni­gdy mnie ani mo­ich de­cy­zji nie kry­ty­ko­wała i mo­głam ją ko­chać bez ogra­ni­czeń. Przy­jaźń przy­szła z cza­sem, kiedy mia­łam dzie­sięć lat, a Ka­zia pięć; ja by­łam córką w ro­dzi­nie, która pła­ciła za sprzą­ta­nie domu, Ka­zia była córką pani, która ten dom sprzą­tała - nie spo­dzie­wa­ły­śmy się, że taka zna­jo­mość prze­kształci się w bez­cenną przy­jaźń.

Wy­lą­do­wa­łam w Rze­szo­wie przed po­łu­dniem. Tak­sówka przy­wio­zła mnie pod sam blok. Na tym osie­dlu wszyst­kie ko­lo­rowe kloce ozna­czono ogrom­nymi cy­frami, wi­docz­nymi z da­leka. Może za­mysł spół­dzielni był taki, żeby przy­jezd­nym ła­twiej było się od­na­leźć lub miały sta­no­wić udo­god­nie­nie dla przy­ucza­ją­cych się do za­wodu li­sto­no­szy. Ro­zej­rza­łam się do­okoła. Ar­chi­tek­tura blo­ków i ca­łego "obej­ścia" wska­zy­wała na lata pięć­dzie­siąte, kiedy kró­lo­wał so­cre­alizm, który bar­dzo mi się po­do­bał i mia­łam ogromny sen­ty­ment do tych kan­cia­stych bu­dowli zdo­bio­nych gzym­sami, pa­ra­pe­tami i bal­ko­nami. We­szłam po schod­kach do bloku za jed­nym po­dej­ściem, za­cho­wu­jąc ostroż­ność, co obie­ca­łam mo­jemu sy­nowi, po­nie­waż przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu na od­dział przy­wo­żono mu sta­ruszkę, która się wy­wró­ciła, po­śli­zgnęła albo pa­dła tak ja stała bez ja­snej przy­czyny.

Drzwi do klatki były za­mknięte, a na drzwiach wi­siała klep­sy­dra. Po­grzeb An­to­niny Po­go­rzel­skiej, ko­cha­nej mamy i babci, od­bę­dzie się 19 grud­nia o go­dzi­nie 12.00 na cmen­ta­rzu w Zwię­czycy. Do­tknę­łam pa­pieru w miej­scu, gdzie wy­dru­ko­wany był krzy­żyk i w tym mo­men­cie ktoś z dru­giej strony pchnął drzwi. Cof­nę­łam się prze­stra­szona. Ko­bieta miała na gło­wie praw­dziwy mo­her tur­ku­so­wego ko­loru i kra­cia­sty, mę­ski szal za­wi­nięty wo­kół szyi. Nie po­wie­działa "prze­pra­szam", ale za­trzy­mała się i sta­ły­śmy w mil­cze­niu obok sie­bie za­pa­trzone w klep­sy­drę. To ja ode­zwa­łam się pierw­sza.

- Znała ją pani?

- Jak mia­łam nie znać? To była moja są­siadka przez ścianę.

Mruk­nę­łam: "aha" i spoj­rza­łam w górę.

- Bal­kony mamy z dru­giej strony bloku - wy­ja­śniła. - Bar­dzo że­śmy się lu­biły z To­sią, choć ona miała różne swoje... oby­czaje i przy­zwy­cza­je­nia, co nie każ­demu pa­sują, ale przy­my­ka­łam oko, w końcu ko­bie­cina dzie­sięć lat star­sza ode mnie. Na sta­rość lu­dzie dzi­wa­czeją, ale sami tego nie wie­dzą, tylko są­sia­dom i ro­dzi­nie pro­blemy stwa­rzają.

Spoj­rza­łam uważ­niej na moją ró­wie­śnicę.

- Nie wiem, dla­czego tu na­pi­sali lat osiem­dzie­siąt - brodą wska­zała klep­sy­drę - prze­cież Po­go­rzel­ska miała osiem­dzie­siąt je­den, i to skoń­czone. Pew­nie Ja­cek coś po­krę­cił, rzą­dził się u niej w domu, jakby u sie­bie był i w te ostat­nie dni la­tał po klatce jak kot z pę­che­rzem, mało mnie nie wy­wró­cił na scho­dach.

- Ja­cek to wnuk pani Po­go­rzel­skiej? - we­szłam jej w słowo.

- A gdzie tam! Po są­siedzku mieszka, na gó­rze. Jego matka po­wie­siła się w piw­nicy, to niech so­bie pani wy­obrazi, co to za ele­ment... Przy­kleił się do Tosi jak rzep do psiego ogona, nie zdzi­wi­ła­bym się wcale, gdyby się oka­zało, że wy­cy­ga­nił od sta­ruszki ja­kieś pie­nią­dze w te­sta­men­cie. Prze­sia­dy­wał u niej go­dzi­nami, wy­ja­dał z lo­dówki i bez­czel­nie się do są­sia­dów od­no­sił. Pew­nie To­sia pani o mnie wspo­mi­nała, je­stem, to zna­czy by­łam, jej ser­deczną ko­le­żanką. Na­zy­wam się Gie­rek. A pani z ja­kiej dal­szej ro­dziny? Ni­gdy tu pani nie wi­dzia­łam.

Zmie­sza­łam się. Są­siadka wy­dała mi się an­ty­pa­tyczna i zbyt agre­sywna w tej po­trze­bie pro­wa­dze­nia do­cho­dze­nia i oce­nach in­nych. Są­czyła się z niej go­rycz, która szuka uj­ścia przy każ­dej oka­zji, nie zwa­ża­jąc, na kogo kro­ple żalu ka­pią. Ta­kie ko­biety, wy­peł­nione po brzegi pre­ten­sją i wy­ima­gi­no­wa­nym po­czu­ciem krzywdy, za­wsze trzeba omi­jać z da­leka, żeby czło­wiek nie prze­siąk­nął tą ich po­nurą aurą.

- Idzie pani na po­grzeb? - za­py­ta­łam, igno­ru­jąc jej py­ta­nie.

- No prze­cież. Tyle lat się zna­ły­śmy, trzeba się po­mo­dlić za bie­da­czy­sko.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dwu­na­sta. Gier­kowa rów­nież spraw­dziła go­dzinę na swoim ze­garku.

- Cze­kam na syna, ma mnie w jedną stronę za­wieźć na cmen­tarz, po­tem może się z kimś za­biorę do mia­sta. Miał być go­dzinę temu, ale za­trzy­mali go w szpi­talu. On le­ka­rzem jest...

- Da­leko jest do cmen­ta­rza? Nie je­stem stąd, więc się za­sta­na­wiam, czy nie po­je­chać na po­grzeb, skoro już przy­je­cha­łam - po­wie­dzia­łam i za­raz tego po­ża­ło­wa­łam.

Gier­kowa po­pra­wiła ko­smyk wło­sów, wsu­wa­jąc go pod pu­szy­sty be­ret.

- Zna­czy pani nie wie­działa, że To­sia umarła?

- Prawdę po­wie­dziaw­szy, nie wie­dzia­łam. Przy­je­cha­łam w od­wie­dziny. Je­stem z War­szawy.

Po­ki­wała głową. Była za­do­wo­lona, że jest w tym mo­men­cie waż­niej­sza ode mnie, po­nie­waż wie wię­cej o zmar­łej, ale nie da­łam jej tej sa­tys­fak­cji i nie cią­gnę­łam za ję­zyk. Zgod­nie z mo­imi prze­wi­dy­wa­niami, nie wy­trzy­mała dłu­żej niż pół mi­nuty.

- To­sia umarła w pią­tek, sie­dzieli przy niej wszy­scy, córka była, syn, wnuczka, na klatce ruch taki jak na skrzy­żo­wa­niu. Wcho­dzili, wy­cho­dzili, drzwiami trza­skali, po­tem le­karz przy­je­chał ze dwa razy, ale babki nie wzięli, pew­nie trzeba było, jed­nak co szpi­tal to szpi­tal, no i po kilku dniach umarła. Na serce po­dobno, do­kład­nie nie wiem, tylko z Jac­kiem roz­ma­wia­łam, ale on nie­zno­śny jest, nic mi nie chciał po­wie­dzieć. Agnieszka, wnuczka Po­go­rzel­skiej, w sa­mo­cho­dzie sie­działa, kiedy on klep­sy­drę wie­szał. Nie wy­sia­dła, żeby choć dzień do­bry po­wie­dzieć. W tej An­glii się taka harda zro­biła, wy­wyż­sza się. Nie wia­domo, co te­raz bę­dzie z miesz­ka­niem, komu przy­pad­nie? Cie­kawe, kogo z Po­go­rzel­skich będę miała za są­siada? Żeby się tylko ta druga wnuczka Lilka nie chciała tu wpro­wa­dzić ze swoim czar­nym dziec­kiem... Chyba pani sły­szała, że Zu­zanny córka ma dziecko z Mu­rzy­nem?

Ze­szłam wolno po scho­dach, trzy­ma­jąc się po­rę­czy. Zdję­łam rę­ka­wiczki i wy­cią­gnę­łam z to­rebki te­le­fon.

- Za­dzwo­nię po tak­sówkę - wy­ja­śni­łam za­glą­da­ją­cej mi przez ra­mię ko­bie­cie. Od­wró­ci­łam się do niej ple­cami.

- Może się pani z nami za­brać, po co to prze­pła­cać na tak­sówkę. O! Syn już je­dzie!

Pod blok za­je­chał mer­ce­des za­bru­dzony bło­tem po sam dach. Wa­runki na dro­dze były trudne, top­niał śnieg, błoto czy­hało na prze­chod­niów i sa­mo­chody, ale kie­rowca tego auta mu­siał chyba po le­śnych wer­te­pach jeź­dzić, żeby do­pro­wa­dzić po­jazd do ta­kiego stanu. Gier­kowa, nie oglą­da­jąc się na mnie, ru­szyła w kie­runku auta. Do­piero kiedy otwo­rzyła drzwi, zo­rien­to­wała się, że wciąż stoję pod klatką. Pod­nio­słam rękę i wy­ko­na­łam gest mó­wiący "jedź­cie beze mnie". O dziwo, zro­zu­miała. Wsia­dła na przedni fo­tel i od­je­chali.

Za­nim za­dzwo­ni­łam po tak­sówkę, zro­bi­łam apa­ra­tem zdję­cie klep­sy­dry i wy­sła­łam wia­do­mość do mo­jej Kazi, po­nie­waż wie­dzia­łam, że sie­dzi jak na szpil­kach i czeka na wia­do­mość z mo­jej po­dróży. Na­pi­sa­łam: "Ko­bieta nie żyje. Wra­cam z ni­czym". Ka­zia na­tych­miast od­pi­sała: "Niech spo­czywa w po­koju, a ty wra­caj szczę­śli­wie".

Od bramy głów­nej do cmen­tar­nej ka­plicy pro­wa­dziła wy­dep­tana ścieżka przy­kryta cienką war­stwą zmar­z­nię­tego śniegu. Cmen­tarz po­ło­żony był na ła­god­nym wznie­sie­niu, skąd można było pa­trzeć na ka­wa­łek mia­sta w od­dali, nowo po­bu­do­wane domy, nie­za­go­spo­da­ro­wane jesz­cze pola i bez­listne drzewa. Ładna oko­lica, na­wet w zi­mie. Za­trzy­ma­łam się na ostat­nim schodku przed ka­plicą cmen­tarną i przez mo­ment na­słu­chi­wa­łam śpie­wów do­cho­dzą­cych z we­wnątrz. Msza ża­łobna już się roz­po­częła, więc kiedy uchy­li­łam drzwi, lu­dzie sto­jący z tyłu od­wró­cili się jak na ko­mendę. Nie zwa­ża­jąc na cie­kaw­skich, prze­szłam da­lej, trzy­ma­jąc się pra­wej strony ka­plicy. Przed oł­ta­rzem, na skom­pli­ko­wa­nej drew­nia­nej kon­struk­cji, stała trumna z ja­snego drewna. Spoj­rza­łam ukrad­kiem na lewą stronę, gdzie na krze­słach i ław­kach sie­dzieli człon­ko­wie naj­bliż­szej ro­dziny ubrani we wszyst­kie od­cie­nie czerni. Nie spo­sób było od­gad­nąć, kto syn, kto zięć, która to córka, a która sy­nowa, je­dy­nie dwie młode dziew­czyny bez na­kryć głowy wy­glą­dały na wnuczki pani Po­go­rzel­skiej. Były w po­dob­nym wieku, ładne, szczu­plu­sień­kie, gładko ucze­sane z prze­dział­kiem na środku. Za nimi sie­działy star­sze pa­nie i młody chło­pak, który nie pod­no­sił głowy ani na mo­ment. W trze­cim rzę­dzie wy­pa­trzy­łam Gier­kową, jej pie­rza­sta czapka gó­ro­wała nad in­nymi ka­pe­lu­szami i be­re­tami. Nie było to zbyt duże zgro­ma­dze­nie ża­łob­ni­ków, w ka­plicy nie do­li­czy­łam się wię­cej niż pięć­dzie­siąt osób. Star­szych lu­dzi nie że­gnają tłumy, starsi lu­dzie cho­wają się na­wza­jem, a czym starsi, tym ich przy trum­nie mniej. Nie spo­sób w ta­kiej chwili nie po­my­śleć o wła­snym po­chówku.

Prze­że­gna­łam się i za­czę­łam uczest­ni­czyć we mszy, którą ksiądz od­pra­wiał w przy­śpie­szo­nym tem­pie. Zja­dał słowa, ener­gicz­nie ge­sty­ku­lo­wał, fru­wały kartki z jego mo­dli­tew­nika i księgi roz­ło­żo­nej nad oł­ta­rzu. W ka­plicy pa­no­wał chłód, jak­by­śmy w środku gro­bowca stali. Mi­ni­stranci i or­ga­ni­sta za­ło­żyli komże na grube kurtki, a ich za­czer­wie­nione uszy wy­glą­dały na od­mro­żone. Czu­łam, jak drę­twieją mi palce u stóp, mia­łam na no­gach skó­rzane ko­zaki, a w nich stopy w cien­kiej poń­czo­sze. Nie by­łam sto­sow­nie ubrana na tę oka­zję, jed­nak dzięki mo­jemu brą­zo­wemu płasz­czowi nie wy­róż­nia­łam się na tle po­zo­sta­łych osób mo­dlą­cych się o wieczny spo­kój dla An­to­niny. Pod­czas krót­kiego ka­za­nia ksiądz wspo­mniał w kilku sło­wach zmarłą go­to­wym tek­stem na­da­ją­cym się dla każ­dej babci i matki, która swoje w ży­ciu prze­szła, a mimo to po­zo­stała w zgo­dzie z na­uką Pana. I Pan ją te­raz do sie­bie za­pro­sił na wieczne ob­co­wa­nie z nim i z jego za­stę­pami anio­łów. Or­ga­ni­sta ude­rzył w kla­wi­sze, choć mia­łam wra­ża­nie, że księ­żu­lek coś jesz­cze chciał do­dać do mowy po­że­gnal­nej, bo dźwięki za­stały go z otwar­tymi ustami i chwilę trwało, za­nim je za­mknął. Kiedy roz­da­wał ko­mu­nię, pod oł­tarz po­de­szła tylko jedna ko­bieta i je­den męż­czy­zna z ławki naj­bliż­szej ro­dziny, po­zo­stali po­spusz­czali głowy, żeby nie na­po­tkać spoj­rzeń tych, któ­rym udało się nie zgrze­szyć mię­dzy ostat­nią spo­wie­dzią a mszą po­grze­bową. Ja rów­nież nie ru­szy­łam się z miej­sca, ostatni raz u spo­wie­dzi świę­tej by­łam czter­dzie­ści trzy lata temu...

W męż­czy­znę sie­dzą­cego obok wnu­czek, który nie przyj­mo­wał ko­mu­nii, wpa­try­wa­łam się tak in­ten­syw­nie, że w końcu ścią­gnę­łam go wzro­kiem, przez krótką chwilę pa­trzy­li­śmy na sie­bie po­przez sze­ro­kość ka­plicy i oboje w tym sa­mym mo­men­cie ukło­ni­li­śmy się so­bie. Na­stęp­nie na­sze głowy od­wró­ciły się w drugą stronę. Za­raz po­tem zro­bił się ruch i mi­ni­stranci oraz pra­cow­nicy domu po­grze­bo­wego, któ­rych wcze­śniej nie za­uwa­ży­łam, za­częli pod­no­sić z po­sadzki wieńce, żeby zro­bić przej­ście dla trumny. Nikt z ro­dziny nie ze­rwał się z miej­sca, żeby ją dźwi­gnąć, to była ro­bota dla pa­nów w czar­nych płasz­czach, a kiedy już wsparli trumnę na swo­ich ra­mio­nach, po­zo­stali ru­szyli gę­siego w kon­duk­cie. Wnuczki szły pierw­sze, trzy­ma­jąc się pod rękę, obie, mimo braku słońca, po­cho­wały za­pła­kane oczy za ciem­nymi oku­la­rami. Wyż­sza coś szep­nęła niż­szej do ucha, zer­k­nęły na bok i ski­nęły na chło­paka, który sie­dział za nimi pod­czas mszy. Ten przy­śpie­szył kroku i zna­lazł się tuż obok nich, za­raz za nim prze­py­chała się na przód Gier­kowa. Była tak za­jęta walką o do­brą po­zy­cję w pro­ce­sji ża­łob­ni­ków, że na­wet mnie nie za­uwa­żyła, choć na­sze ra­miona otarły się prze­lot­nie przy wyj­ściu z ka­plicy.

Wy­szłam na dwór jako jedna z ostat­nich. Od­pro­wa­dzi­łam wzro­kiem drep­czący wolno kon­dukt do miej­sca w dru­giej alejce, gdzie roz­po­starty był zie­lony bal­da­chim, a pod nim otwarty, świeżo wy­ko­pany dół. Cóż to za bar­ba­rzyń­stwo tak lu­dzi zie­mią za­sy­py­wać! Nie po­de­szłam bli­żej, pa­trzy­łam z da­leka, jak wszy­scy gro­ma­dzą się wo­kół trumny i pa­trzą pod nogi, choć to taki mo­ment, że ra­czej by się po­winno zer­kać w niebo, nie w dół. Cała scena była nie­re­alna, moja obec­ność na po­grze­bie ob­cej osoby wy­dała mi się jak wy­jęta z czar­nej ko­me­dii. Kiedy sa­mo­lot z War­szawy wy­lą­do­wał w Ja­sionce, czu­łam przy­pływ ener­gii i pod­nie­ce­nie, naj­zwy­czaj­niej cie­szy­łam się na to, co od­kryję, choć zdrowy roz­są­dek pod­po­wia­dał, że naj­pew­niej wrócę z ni­czym. Ale ja się nie ba­łam, na­prawdę się cie­szy­łam i do­piero te­raz, gdy pa­trzy­łam, jak spusz­czają na sznu­rach jej trumnę, do­tarło do mnie, że może już ni­gdy się nie do­wiem, dla­czego kie­dyś śnili mi się ci lu­dzie, któ­rych do­piero dziś spo­tka­łam po raz pierw­szy w ży­ciu.

Roz­dział 2

Ni­gdy nie ba­łam się la­tać, jed­nak ten krótki mo­ment, kiedy sa­mo­lot roz­pę­dzał się na pa­sie, na­bie­ra­jąc od­po­wied­niej pręd­ko­ści, by się ode­rwać od ziemi, tro­chę mnie nie­po­koił. Wtedy przy­po­mi­na­łam so­bie słowa Woj­cie­cha o ku­pie że­la­stwa, która nie ma prawa uno­sić się w po­wie­trzu, chyba że sam dia­beł tym włada. Mój mąż był kon­se­kwentny, mimo wielu oka­zji i go­rą­cych próśb nie od­wa­żył się wsiąść do sa­mo­lotu, przez co jego świat był bar­dzo mały, roz­cią­gał się od Bał­tyku po Ta­try. Mój pierw­szy lot sa­mo­lo­tem od­był się w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych, była to cu­downa po­dróż do Pa­ryża, jaką dzi­siej­szym ję­zy­kiem można by na­zwać służ­bową. La­ta­nie jest ła­twe, szyb­kie i wcale nie ta­kie dro­gie, za bi­let do Rze­szowa i z po­wro­tem za­pła­ci­łam za­le­d­wie po­łowę swo­jej eme­ry­tury. Ostat­nio po­dró­żo­wa­łam bar­dzo rzadko, choć nie wiem, na co oszczę­dza­łam siły i pie­nią­dze, bo prze­cież w moim wieku ani jedno, ani dru­gie czło­wieka już tak nie cie­szy. Wiele jest rze­czy nie do ku­pie­nia, jedną z nich jest zdro­wie, drugą mło­dość i czy czło­wiek mi­lio­ner czy że­brak, cho­ruje i sta­rzeje się bez względu na stan konta. Mój syn le­karz czę­sto po­wta­rzał, że pie­nią­dze w pew­nym wieku są tylko po to, żeby się le­czyć. Chcemy żyć długo i bez bólu, a to kosz­tuje, mó­wił. Ze mną sy­no­wie nie mieli kło­potu, po­nie­waż poza ta­blet­kami na nad­ci­śnie­nie nie za­ży­wa­łam żad­nej in­nej far­ma­ko­lo­gii i wiele re­cept po pro­stu wy­rzu­ci­łam do ko­sza, co Ma­rek po­pie­rał i ni­gdy mnie nie ga­nił za tę bez­tro­skę. Jak na le­ka­rza był po­dej­rza­nie scep­tyczny, je­śli cho­dzi o za­ży­wa­nie le­ków, i sam pa­cjen­tom wy­pi­sy­wał tylko te, które są im ab­so­lut­nie nie­zbędne - prze­ciw­bó­lowe i prze­ciw­za­krze­powe.

Za­dzwo­ni­łam do niego, cze­ka­jąc na tak­sówkę na Okę­ciu.

- Nie uwie­rzysz, ale za­miast na spo­tka­nie z ta­jem­ni­czą pa­nią tra­fi­łam na jej po­grzeb...

- Mamo! Je­steś w Rze­szo­wie?!

- Wła­śnie wró­ci­łam, sa­mo­lo­tem by­łam.

- No nie wy­trzy­mam!

- W każ­dym ra­zie - prze­rwa­łam mu na­ganę - ob­je­cha­łam szczę­śli­wie i mogę ci po­wie­dzieć, że wzię­łam udział w po­grze­bie tej ta­jem­ni­czej ko­biety.

Ma­rek za­śmiał się ner­wowo. W tle sły­sza­łam ter­kot wózka roz­wo­żą­cego pa­cjen­tom śnia­da­nie.

- Może to i do­brze, dasz so­bie na­resz­cie spo­kój. Ostatni świa­dek nie żyje, jak w po­wie­ści kry­mi­nal­nej. Prze­ży­łaś przy­godę, te­raz mo­żesz spo­koj­nie wra­cać do rze­czy­wi­sto­ści. Od ju­tra idę na urlop, je­śli masz ochotę, za­biorę cię na świą­teczny obiad do re­stau­ra­cji.

- Obie­ca­łam Ku­bie, że będę u nich na Wi­gi­lii. W tym roku wpraw­dzie wy­pada twoja ko­lej, ale jak wiesz, uro­dziło mu się dziecko, to jest wy­jąt­kowa sy­tu­acja, pierw­sze święta dzi­dziu­sia. Wiem, że to ro­zu­miesz i nie bę­dziesz się bo­czył.

W na­tu­rze Marka nie le­żało ob­ra­ża­nie się na matkę, choć te­mat świąt za­wsze wy­wo­ły­wał u mo­ich sy­nów wzmo­żoną mi­łość do mnie i każdy chciał, abym to wła­śnie u niego świę­to­wała Boże Na­ro­dze­nie czy Wiel­ka­noc. Do­szło do tego, że na po­czątku roku ro­bi­li­śmy har­mo­no­gram, gdzie będę spę­dzać uro­czy­sto­ści świą­teczne, zu­peł­nie jak­bym była ich dziec­kiem, nad któ­rym mają na­prze­mienną opiekę.

- W ta­kim ra­zie zjemy obiad przed Wi­gi­lią, może tak się zda­rzyć, że wy­jadę w góry.

- Sam?

- Mamo...

- Ach, prze­pra­szam! Ale gdy­byś ko­goś chciał mi przed­sta­wić, to za­pra­szam na obiad.

- Do­brze, będę pa­mię­tał.

Ma­rek roz­łą­czył się pierw­szy.

Tak­sów­karz na­wet na mnie nie spoj­rzał w lu­sterku, za­jęty był słu­cha­niem wia­do­mo­ści w ra­dio i bez­myśl­nie krę­cił kół­kiem. W 1999 roku liczba lu­dzi na Ziemi się­gnęła 6 mi­liar­dów. Pod ko­niec tego roku może ona prze­kro­czyć 7 mi­liar­dów. Do 2050 roku po­pu­la­cja lu­dzi na świe­cie zwięk­szy się jesz­cze o 2,3 mi­liarda, czyli tyle, ile miesz­kało na Ziemi w 1950 roku. We­dług pro­gnoz, w 2100 roku Zie­mię bę­dzie za­miesz­ki­wało po­nad 10 mi­liar­dów lu­dzi. Dla po­rów­na­nia, 300 lat wcze­śniej był to "tylko" mi­liard.

Za­lud­niona po ostatni skra­wek kula ziem­ska! Roz­mna­żamy się jak kró­liki i co­raz gło­śniej trzeba py­tać: czy nas na­sza matka pla­neta wy­żywi? No, chyba że wy­buch­nie ko­lejna wojna, znacz­nie po­tęż­niej­sza niż wszyst­kie po­przed­nie ra­zem wzięte, i znów nas bę­dzie "tylko" mi­liard. Po­cie­sza­jąca była myśl, że ja praw­do­po­dob­nie tego ka­ta­kli­zmu nie do­żyję.

Uro­dzi­łam się w czas wojny, ale pierw­sze wspo­mnie­nie, ja­kie cza­sami prze­my­kało w mo­jej gło­wie, po­cho­dziło gdzieś z 1949 roku. Stoję przed na­szą ka­mie­nicą na Chłod­nej, mama trzyma mnie za rękę i wy­pa­tru­jemy Al­dony, która wtedy re­zy­do­wała w wy­dzie­lo­nym miesz­ka­niu obok nas ze swoim nie­do­szłym na­rze­czo­nym. Była do­ro­słą ko­bietą z nie­prze­nik­nio­nym umy­słem, który cza­sami pra­co­wał tak in­ten­syw­nie jak u na­ukowca, cza­sami jak u dziecka kom­bi­nu­ją­cego, jak tu pod­kraść babci cu­kierka z to­rebki. Nie­do­szły na­rze­czony, An­toni Pod­gór­ski, za­alar­mo­wał moją mamę, że jej sio­stra nie wró­ciła na noc do domu, trzeba by ze­brać siły i iść jej szu­kać po mie­ście lub na ko­mi­sa­ria­cie mi­li­cji. By­ły­śmy same w miesz­ka­niu, mama ka­zała mi się ubrać, a gdy mó­wiła "prę­dziutko", wie­dzia­łam, że mu­szę przy­śpie­szyć, po czym wy­szły­śmy na ulicę i tu skoń­czyła się ini­cja­tywa, po­nie­waż nie miała po­ję­cia, gdzie za­cząć po­szu­ki­wa­nia sio­stry. Iść w prawo, w lewo czy przed sie­bie? Sta­ły­śmy przez bramą ka­mie­nicy bar­dzo długo i ten mo­ment pa­mię­tam, zmar­z­niętą dłoń mamy i moje dziu­rawe na jed­nym palcu czer­wone rę­ka­wiczki. Pa­mię­tam strach, choć nie do końca ro­zu­mia­łam, czego się boję i co się wła­ści­wie stało, ale zde­ner­wo­wa­nie mamy pro­mie­nio­wało tak mocno, że do dziś je czuję.

Moi sy­no­wie rzadko wy­py­ty­wali mnie o prze­szłość, nie szar­pali za klamkę do za­mknię­tych drzwi, może nie byli cie­kawi, może ja nie umia­łam cie­ka­wie opo­wia­dać, a po­ko­le­nie mo­ich wnu­ków w ogóle nie było za­in­te­re­so­wane tym, co ist­niało przed kom­pu­te­rami.

W 1942 moja mama Ma­ryla i jej sio­stra Al­dona zo­stały wy­słane do Kra­kowa, gdzie było znacz­nie bez­piecz­niej niż w War­sza­wie, choć sto­lica Ge­ne­ral­nego Gu­ber­na­tor­stwa ro­iła się od Niem­ców. Kra­kow­scy Niemcy za­cho­wy­wali się ina­czej niż ich ko­le­dzy w War­sza­wie, po­nie­waż od po­czątku wojny za­kła­dali, że wkrótce bę­dzie tu czy­sta ra­sowo me­tro­po­lia nie­miec­kiego Wschodu i trzeba o nią dbać. Moi dziad­ko­wie byli ludźmi, któ­rym przez całe ży­cie nikt się nie sprze­ci­wił i nie tylko su­rowy Ry­szard siał po­strach w ro­dzi­nie, ale i twarda Anna. Wspól­nie po­sta­no­wili, że czas roz­dzie­lić mał­żeń­stwo mo­ich ro­dzi­ców i trzeba wy­słać córkę Ma­rylę do wuja Al­berta, a zię­cia Wła­dy­sława za­trzy­mać w War­sza­wie dla wła­snego bez­pie­czeń­stwa. Al­donę do­dali do wy­prawy kra­kow­skiej, jak się dziś na­daje eks­tra ba­gaż na sa­mo­lot. Nie trak­to­wali swo­jej młod­szej córki po­waż­nie, była dla nich nie tylko kło­po­tem i wsty­dem, ale też "przed­mio­tem", który sam o so­bie prze­cież nie mógł za­de­cy­do­wać, bo był "mar­twą na­turą". Mama nie chciała roz­sta­wać się z mę­żem, po sto­kroć wo­lała ry­zy­ko­wać ży­cie każ­dego dnia w War­sza­wie niż spać spo­koj­nie w Kra­ko­wie bez męża obok na po­ścieli. Ale nie miała w tej kwe­stii nic do po­wie­dze­nia.

- Wszystko już uzgod­ni­łem z Al­ber­tem, ocze­kuje was - za­de­cy­do­wał dzia­dek Ry­szard. Mama się roz­pła­kała, ale jej łzy nie zro­biły wra­że­nia, dzia­dek wy­brał, żeby jej roz­pa­czy nie za­uwa­żać.

- Po­je­dzie­cie po­cią­giem, Wła­dek po­może wam się za­in­sta­lo­wać i wróci do War­szawy, jak was tam ulo­kuje. Czas jest trudny, trzeba go prze­trwać.

Ry­szard Ros­to­cki nie wy­ma­wiał słowa "wojna" i w głębi du­szy chyba nie brał pod uwagę moż­li­wo­ści wła­snej śmierci. Czuł się bar­dzo pewny w cza­sach wo­jen­nego kosz­maru, jakby mu kto w dzie­ciń­stwie wrę­czył dar nie­śmier­tel­no­ści, tylko za­ka­zał o tym mó­wić bli­skim. Mama nie od­wa­ży­łaby się sło­wem czy na­wet spoj­rze­niem sprze­ci­wić woli swo­jego ojca, który w 1936 roku wy­brał jej na męża Wła­dy­sława Ja­giełłę, a sześć lat póź­niej na­ka­zał se­pa­ra­cję wo­jenną. Mama pła­kała w po­duszkę z bez­sil­no­ści, pie­rze zro­biło się cięż­kie od tych jej łez roz­sta­nia, ale co za­pla­no­wał se­nior rodu, mu­siało zo­stać wy­ko­nane do końca. Oj­ciec pew­nie też nie chciał roz­sta­wać się ze swoją żoną, gdyby to od niego za­le­żało, wo­lałby wiotką i ule­głą Ma­rylę mieć przy so­bie, choćby po to, żeby mo­gła po­dzi­wiać jego za­an­ga­żo­wa­nie w kon­spi­ra­cję, ale po­kor­nie przy­tak­nął te­ściowi i wy­wiózł nas do Kra­kowa.

Mama była prze­ra­żona wi­do­kiem mia­sta za­własz­czo­nego przez Niem­ców, które znała do­brze z cza­sów przed­wo­jen­nych, po­nie­waż spę­dzała tam co­roczne wa­ka­cje, od­kąd skoń­czyła je­de­na­ście lat. Ry­nek ude­ko­ro­wany był czer­wo­nymi, hi­tle­row­skimi fla­gami, więk­szość ulic i pla­ców Niemcy zdą­żyli rów­nież prze­chrzcić, a lewy brzeg z Wa­we­lem i ryn­kiem no­sił te­raz na­zwę Adolf Hi­tler Platz. Po uli­cach spa­ce­ro­wali żoł­nie­rze We­hr­machtu ze swo­imi pa­niami w ka­pe­lu­si­kach i dziećmi przy no­dze. Prze­by­wali w Kra­ko­wie na urlo­pach lub po pro­stu w ra­mach od­zy­ski­wa­nia "pra­sta­rego nie­miec­kiego mia­sta" za­czy­nali się tu osie­dlać jako rasa pa­nów.

- Ależ oni się tu pa­no­szą... - sy­czał oj­ciec, kiedy je­cha­li­śmy do­rożką przez mia­sto. - Czuję się, jak­bym był w Ber­li­nie, nie w Kra­ko­wie.

- Ju­tro uro­dziny Hi­tlera, pew­nie stąd tyle flag. - Mama roz­glą­dała się w trwogą, ale trzy­mała się dziel­nie, mimo że na­stęp­nego dnia jej mąż wra­cał do War­szawy i nie wia­domo było, kiedy go znów zo­ba­czy. Dzia­dek ka­te­go­rycz­nie na­ka­zał, żeby nie przy­jeż­dżała do sto­licy, aż ją za­we­zwie, nie wy­zna­cza­jąc przy tym żad­nych, na­wet przy­bli­żo­nych ter­mi­nów. Trzy­mała mnie na ko­la­nach, Al­dona przy­tu­lała się do jej weł­nia­nego płasz­cza z fu­trza­nym koł­nie­rzem i mocno ści­skała mały to­bo­łek, w któ­rym trzy­mała swoje skarby: lu­sterko, szczotkę do wło­sów, spinki i pu­ste fiolki po szmin­kach.

- Znasz ty do­brze tego Al­berta? - za­py­tał oj­ciec, kiedy sta­nę­li­śmy pod bramą domu, w któ­rym miesz­kał wuj. Piękna se­ce­syjna ka­mie­nica stała przy ulicy Jó­zefa Pił­sud­skiego, ale dla Niem­ców była to Uni­ver­si­tät Strasse.

- Na tyle do­brze, na ile dzieci mogą znać swo­ich wu­jów. Przy­jeż­dża­li­śmy tu la­tem, miesz­ka­li­śmy u niego kilka dni, za­wsze było miło, cie­ka­wie... jak to na wa­ka­cjach.

- Dziwne, że do­piero te­raz do­wia­duję się o jego ist­nie­niu, wcze­śniej nikt w two­jej ro­dzi­nie o Al­ber­cie nie wspo­mi­nał. - Oj­ciec pod­niósł wa­lizkę i wska­zał nam drogę przed sobą.

- Nie wszystko mu­sisz wie­dzieć - na­gle ode­zwała się Al­dona. Jej ton nie był grzeczny. Oj­ciec zga­nił ją wzro­kiem, ale ciotka nic so­bie z tego nie ro­biła, ko­rzy­stała ze swo­jego "sta­tusu wa­riatki" z wiel­kim wdzię­kiem.

- Wuj Al­bert po­róż­nił się z moim oj­cem kilka lat temu - wy­ja­śniła mama dość oszczęd­nie, jakby stała na war­cie se­kre­tów ro­dzin­nych.

- O co byli się ła­skawi po­sprze­czać? - za­in­te­re­so­wał się oj­ciec.

- O pie­nią­dze! - wy­pa­liła Al­dona, za­nim mama zdą­żyła uło­żyć w gło­wie swoją od­po­wiedź.

- Nie pleć głupstw - skar­ciła ją sio­stra.

Mama była do­brze wy­tre­so­wana przez swo­jego ojca, który w dniu jej ślubu z Wła­dy­sła­wem Ja­giełłą po­wie­dział, że bez względu na sa­kra­ment, jaki ją po­łą­czy z tym męż­czy­zną, do jego wej­ścia do ro­dziny wie­dzie da­leka droga, i prze­strzegł ją, jakby za wroga szła.

- Miej się na bacz­no­ści, Ma­rylo, osta­tecz­nie to jest obcy czło­wiek.

Al­dona wpraw­dzie znała su­rowe re­guły ich ojca, ale nie czuła się w obo­wiązku ich sto­so­wać na co dzień. Kiedy szli po scho­dach, by do­trzeć na ostat­nie pię­tro, gdzie miesz­kał wuj Al­bert, opo­wie­działa w te­le­gra­ficz­nym skró­cie, kiedy to po śmierci ojca Al­berta znik­nęły kosz­tow­no­ści i ma­lar­stwo, które sta­ru­szek obie­cał po­da­ro­wać w spadku swo­jej ulu­bio­nej sio­strze­nicy, Ma­ryli. Jak wia­domo, nie­spi­sany te­sta­ment to obiet­nica rzu­cona na wiatr, jedno się mówi przed śmier­cią, dru­gie po śmierci od­czy­tuje ad­wo­kat. Nie dość, że nic jej nie za­pi­sał, to jesz­cze mu­siała od­dać Al­ber­towi ob­raz Kos­saka, który pol­ski hra­bia Jan Wo­dzicki tylko "po­ży­czył" ro­dzi­nie mo­jej mamy.

- Na li­tość bo­ską, Al­dona, to nie jest naj­lep­szy mo­ment na tę opo­wieść. - Mama oba­wiała się, że wuj Al­bert mógł stać w otwar­tych drzwiach i do­sły­szeć, co się mówi o jego ojcu. - Patrz pod nogi i licz schody. W tym spo­rze nie cho­dziło o ma­ją­tek, tylko zu­peł­nie inne sprawy...

- Ale ob­raz za­brali! - huk­nęła Al­dona i na­gle wszy­scy za­trzy­mali się w pół kroku.

Mama po­sta­wiła mnie na po­sadzce i zwró­ciła się do sio­stry. Oj­ciec nie miał za­miaru się wtrą­cać, stał obok, nie­wzru­szony i jak zwy­kle znie­sma­czony wy­bu­chem mło­dej szwa­gierki. Ma­ryla miała aniel­ską cier­pli­wość do Al­dony oraz zdol­ność po­wstrzy­ma­nia jej ata­ków, jed­nak nie za­wsze jej się uda­wało ją okieł­znać, by­wało, że nie zdą­żyła w porę za­po­biec ma­łym nie­szczę­ściom i du­żym tra­ge­diom.

- Ob­raz po pro­stu zwró­ci­li­śmy. A te­raz po­słu­chaj uważ­nie. Wuj Al­bert zgo­dził się przy­jąć nas pod swój dach, cie­bie, mnie i Oleńkę. To bar­dzo szla­chet­nie z jego strony, za­tem ja cię pro­szę, za­cho­wuj się tak, żeby on tej de­cy­zji nie po­ża­ło­wał. Mam na my­śli nie tylko to, co zro­bisz, ale co po­wiesz.

- Też mi szla­chet­nie ze sta­rym dzia­dem miesz­kać...

- Do­nia, ja cię bła­gam...

Al­dona usia­dła na scho­dach i za­częła się ze mną ba­wić. Ro­biła śmieszne miny, zeza, wy­dy­mała po­liczki, co dwu­let­nie dziecko od razu roz­śmie­szyło. Nie ode­zwaw­szy się do swo­jej sio­stry, wzięła mnie na ręce i wszy­scy ru­szyli w górę.

Ob­raz, który ro­dzina Ros­to­ckich mu­siała od­dać, wi­siał w sa­lo­nie na po­ma­lo­wa­nej na nie­bie­sko ścia­nie. Mama usia­dła na ka­na­pie pod ob­ra­zem przed­sta­wia­ją­cym szar­żu­jące, ogni­ste ko­nie, oj­ciec na krze­śle, bli­żej wuja, je­go­mo­ścia z su­mia­stym, si­wym wą­sem.

- Do­brze, że­ście przy­je­chali, miej­sca tu do­syć dla wszyst­kich - po­wie­dział, wska­zu­jąc la­ską oszklone drzwi do są­sied­niego po­koju. - Le­osia przy­go­to­wała dwa łóżka, po­ściel świeża, po­du­chy pę­kate, bę­dzie wam się do­brze spało. A ta piękna dziew­czynka to pew­nie Alek­san­dra?

- Skoń­czyła dwa latka w marcu. To na­sze wo­jenne szczę­ście. - Mama po­sta­wiła mnie na dy­wa­nie i lekko pchnęła w stronę wuja. - Idź, przy­wi­taj się.

Al­dona, wi­dząc, że się wa­ham, pod­sko­czyła do mnie i wzięła moją rękę. Po­de­szły­śmy do fo­tela. Mó­wiła za mnie, dzie­cin­nym gło­sem.

- Na­zy­wam się Alek­san­dra Ja­giełło i je­stem bar­dzo grzeczna. Nie si­kam w majtki, naj­bar­dziej lu­bię pączki i le­mo­niadę.

Wuj ro­ze­śmiał się i za­py­tał mamę po­nad głową Al­dony o sa­mo­po­czu­cie sio­stry. Nie przy­szło mu na myśl, żeby zwró­cić się do niej wprost, choć po­tem, kiedy ją le­piej po­znał, lu­bił z nią roz­ma­wiać i nie­jed­no­krot­nie za­chwy­cał się sko­ja­rze­niami czy jej spo­so­bem opi­sy­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści. Jed­nak w pierw­szej go­dzi­nie po na­szym przy­jeź­dzie wuj Al­bert trak­to­wał Al­donę z po­błaż­liwą uprzej­mo­ścią, jaka na­leży się oso­bom upo­śle­dzo­nym.

- Jak­żeż ona się miewa? Wy­gląda, że do­brze... Jakby kto nie wie­dział, to na­wet by się nie do­my­ślił.

Mama przy­tak­nęła.

- Tak, tak, Do­nia ma się zna­ko­mi­cie, wszy­scy mamy się do­brze. Ro­dzice prze­sy­łają po­zdro­wie­nia i dzię­kują, że się wuj zgo­dził nas przy­jąć.

Al­bert roz­parł się w fo­telu, za­ło­żył nogę na nogę. Mimo że w miesz­ka­niu nie czuć było świe­żo­ści, sam wuj Al­bert pach­niał wodą ko­loń­ską i ty­to­niem, jego strój był ele­gancki, do­pa­so­wany i od­pra­so­wany od góry do dołu. Nie mó­wił, a pra­wił, fleg­ma­tycz­nie wy­po­wia­dał słowa i ro­bił dłu­gie prze­rwy mię­dzy zda­niami.

- Szkoda, że twoi ro­dzice, Ma­rylko, sami nie zde­cy­do­wali się prze­nieść do Kra­kowa. Choć to mnie szcze­gól­nie nie dziwi i bez wojny trudno im się było ru­szyć z War­szawy... hm... jakby świat nie ist­niał poza tym mia­stem. Ry­szard w szcze­gól­no­ści gar­dzi po­dró­żami, ileż to razy pro­po­no­wa­łem, by wy­brali się ze mną do Pa­ryża lub choćby do Wied­nia, tro­chę świata użyć, ode­tchnąć in­nym po­wie­trzem.

- Te­raz wojna, po­dróże są ma­rze­niem jak czy­sta woda i świeży chleb - wes­tchnęła mama.

Moi dziad­ko­wie nie po­dró­żo­wali przed wojną, wiele opo­wia­dali o swo­jej po­dróży po­ślub­nej do Sal­zburga, skąd wró­cili za­chwy­ceni i ocza­ro­wani kli­ma­tem oraz ar­chi­tek­turą mia­sta i tam zro­biono im piękne fo­to­gra­fie, ja­kie do dziś stoją na ko­mo­dzie mo­jego go­ścin­nego po­koju. Wuj Al­bert na­to­miast uwiel­biał wy­jeż­dżać, do­brze się czuł na uli­cach świa­to­wych me­tro­po­lii, które za­wsze po­rów­ny­wał do Kra­kowa, i mało miast, ja­kie od­wie­dził, mo­gło z Kra­ko­wem kon­ku­ro­wać.

Ro­dzice pili her­batę z por­ce­la­no­wych fi­li­ża­nek i uprzej­mie słu­chali ty­rady go­spo­da­rza, do­póki nie za­czął te­matu oku­pa­cji w War­sza­wie. Mój oj­ciec na­tych­miast się zje­żył.

- Do­brze, że wa­szej ka­mie­nicy nie wcie­lili do getta. Lu­dzie opo­wia­dają okropne rze­czy o tym miej­scu, ale nie wiem, czy to praw­dziwe hi­sto­rie.

Oj­ciec odło­żył fi­li­żankę.

- Za­pra­szam do War­szawy, sam się wuj prze­kona, jak wy­gląda oku­pa­cja i nę­ka­nie Ży­dów, my to mamy na co dzień. Praw­dziwe hi­sto­rie? Za­pew­niam, są tra­gicz­niej­sze niż ludzki ro­zum mógłby so­bie wy­obra­zić.

Wuj Al­bert wło­żył fajkę do ust, mały dy­mek uniósł się w górę. Al­dona kich­nęła i po­pro­siła, by dał jej spró­bo­wać so­bie pyk­nąć. Za­nim mama zdą­żyła za­re­ago­wać, już trzy­mała fajkę i wkła­dała ją do ust.

- Nie­do­bre... - Jej ka­szel roz­dzie­lał słowa. - Gry­zie w gar­dło.

- Dla­tego gry­zie, żeby dzieci nie pa­liły fa­jek! - Al­bert śmiał się i po­kle­py­wał kasz­lącą dziew­czynkę.

- Niechby wu­ja­szek co przy­niósł na prze­płu­ka­nie gar­dła. - Al­dona trzy­mała się za krtań.

- A oczy­wi­ście, za­raz każę po­dać kom­potu z ja­błek.

- A nie ma wu­ja­szek zwy­kłej wódki? - Al­dona przy­sia­dła się obok niego na pod­ło­dze. Al­bert nie był pe­wien, czy buch­nąć śmie­chem, czy za­wo­łać Le­osię, żeby po­dała kie­liszki. Moja mama za­mknęła oczy, po­sta­no­wiła w god­nym mil­cze­niu prze­cze­kać ten mo­ment. Wtrą­cił się mój oj­ciec.

- Niech wuj nie zwraca uwagi na Do­nię, ona lubi pro­wo­ko­wać. A wra­ca­jąc do te­matu. Ma­cie tu za­ska­ku­jący spo­kój, wojny w ogóle nie czuć, lu­dzie spa­ce­rują po uli­cach, ład­nie ubrani, za­do­wo­leni, dzieci się śmieją, przy­znam szcze­rze, je­stem zdu­miony...

Wuj Al­bert spo­waż­niał. Mię­dzy nim a moim oj­cem ro­dziła się nie­chęć.

- Nie my­śl­cie so­bie, że do Kra­kowa wojna nie do­tarła. Ry­chło się prze­ko­na­cie, że mniej jest tu Pol­ski, wię­cej Nie­miec, a kró­lem obojga na­ro­dów mia­no­wał się Frank!

- Frank... - Oj­ciec po­gar­dli­wie wy­dął usta.

Na Wa­welu re­zy­do­wał Hans Frank, który z no­mi­na­cji był gu­ber­na­to­rem, nie rzą­dził gu­ber­na­tor­stwem, a pa­no­wał i od wszyst­kich, na­wet swo­ich żoł­nie­rzy, ocze­ki­wał przy­na­leż­nego kró­lowi bi­cia czo­łem i skła­da­nia hołdu. Oj­ciec nie chciał słu­chać o gu­ber­na­to­rze ani o nie­do­god­no­ściach ży­cia miesz­kań­ców rzą­dzo­nego przez niego mia­sta. Każde słowo wy­po­wia­dane przez Al­berta iry­to­wało go i z tru­dem po­wstrzy­my­wał wy­buch obu­rze­nia. Żona bła­gała go wzro­kiem, żeby prze­mil­czał długi wy­wód star­szego pana na te­mat pa­no­sze­nia się Niem­ców w Kra­ko­wie i umiar­ko­wa­nej nie­chęci, jaką on sam ży­wił do oku­panta.

- Ale cóż, trzeba żyć... ja­kiż mamy wy­bór? W moim wieku już się za sza­ble nie chwyta ani nie usta­wia ba­ry­kad. Prawdę po­wie­dziaw­szy, nie mam na­tury wo­jow­nika, mój świę­tej pa­mięci oj­ciec za­szcze­pił we mnie he­do­nizm...

- He­do­nizm?! Lu­dzie umie­rają na uli­cach w set­kach, ty­sią­cach, tuż obok nas za mu­rem, na Szu­cha wy­rywa się lu­dziom włosy i pa­znok­cie, by zmu­sić do za­de­nun­cjo­wa­nia swo­ich braci, sy­nów czy są­sia­dów, strzela w tył głowy, wpy­cha do ma­so­wych gro­bów, za spoj­rze­nie czy gest można do­stać kulę, a wuj mówi o he­do­ni­zmie? Do­prawdy... - Głos ojca wszedł na wy­so­kie tony, co za­wsze było oznaką skraj­nej iry­ta­cji. - Wie wuj, co spo­tkało Ży­dów?!

- Oni so­bie po­ra­dzą... co jak co, ale prze­trwać to po­tra­fią - od­parł wuj, krzy­wiąc usta w uśmie­chu.

- Niemcy mają za­miar zgła­dzić na­ród ży­dow­ski! To się już dzieje!

Wuj odło­żył fajkę i schy­lił się, by pod­nieść z ni­skiego sto­lika książkę.

- To czy­sta pro­pa­ganda... - po­wie­dział. - Wła­śnie o tym czy­tam.

Mama znów spoj­rzała bła­gal­nie na swo­jego męża. Wła­dy­sław Ja­giełło przez mo­ment roz­wa­żał, czy stać go na to, by wdać się w kłót­nię z wu­jem, i osta­tecz­nie za­de­cy­do­wał, że nie warto. Zo­sta­wiał pod jego bez­piecz­nym da­chem żonę, córkę i pro­ble­ma­tyczną szwa­gierkę, nie był to czas sporu, ale wdzięcz­no­ści. Po­zwo­lił wu­jowi pra­wić o Niem­cach, Ży­dach i Po­la­kach, jakby to byli bo­ha­te­ro­wie przy­go­do­wej po­wie­ści.

Osie­dla­jący się w Kra­ko­wie Niemcy mieli za­kaz za­da­wa­nia się z Po­la­kami i Ży­dami, kon­takty ta­kie ob­ło­żone były sank­cjami, z karą śmierci włącz­nie, tym­cza­sem wuj Al­bert, u któ­rego miesz­ka­ły­śmy aż do czerwca 1945 roku, utrzy­my­wał kon­szachty z oku­pan­tem, a dzień za­czy­tał od lek­tury "Kra­kauer Ze­itung", ga­dzi­nówki wy­da­wa­nej w gu­ber­na­tor­stwie, któ­rej na­kład w 1942 roku prze­kro­czył 140 ty­sięcy eg­zem­pla­rzy. Elsa, matka Al­berta, była Niemką, uwie­dzioną przez pol­skiego hra­biego Jana Wo­dzic­kiego, czym wuj Al­bert szcze­gól­nie się nie chwa­lił, jako że była to ko­bieta bez ro­do­wodu, ale gdy tylko do Kra­kowa wkro­czyli Niemcy, fo­to­gra­fie matki wró­ciły na se­kre­ta­rzyk tuż obok ojca Al­berta, Jana. Dzięki zmar­łej w za­po­mnie­niu El­sie oraz jej czy­stej aryj­skiej krwi mo­gli­śmy spo­koj­nie miesz­kać w Kra­ko­wie nie nie­po­ko­jeni przez Niem­ców.

Oj­ciec wy­je­chał na­stęp­nego dnia, obie­cu­jąc, że przy­je­dzie la­tem, naj­póź­niej na Boże Na­ro­dze­nie. Po­gła­skał mnie po gło­wie - nie miał zwy­czaju ma­ni­fe­sto­wa­nia swo­ich uczuć w bar­dziej wy­lewny spo­sób, po­ca­ło­wał żonę w po­li­czek i uści­snął mocno dłoń Al­berta, za­do­wo­lony, że nie musi prze­cho­dzić na jego utrzy­ma­nie.

- Raz jesz­cze dzię­ku­jemy wu­jowi za udzie­le­nie schro­nie­nia na­szym pa­niom. Bóg da, spo­tkamy się w lep­szych cza­sach - po­wie­dział na po­że­gna­nie i za­mknął drzwi.

Mama nie miała po­wo­dów do na­rze­kań. Wuj oka­zał się mi­łym i ser­decz­nym czło­wie­kiem, nie wtrą­cał się w sprawy "na­szego po­koju", przy­no­sił sma­ko­łyki, wie­czo­rami czy­tał na głos Try­lo­gię, a jego słu­żąca Le­osia opie­ko­wała się nami, jak­by­śmy na­le­żeli do jej bli­skiej ro­dziny. Ka­mie­nica przy Pił­sud­skiego była oazą spo­koju na tle tego, co się działo w Eu­ro­pie. Można było po­my­śleć, że Hi­tler i jego ar­mia po pro­stu za­po­mnieli o tym miej­scu i dzięki temu ściany mo­gły po­ro­snąć blusz­czem, a na klatce scho­do­wej nikt ni­gdy nie krzy­czał. Na­szymi są­sia­dami byli w więk­szo­ści Niemcy, wpraw­dzie nie mó­wili "Gu­ten Tag", kiedy mi­ja­li­śmy się na scho­dach, ale też nie spo­tkały nas z ich strony żadne przy­kro­ści. Po do­świad­cze­niach oku­pa­cji w War­sza­wie kra­kow­ski spo­kój, z ja­kim pa­no­wali tu Niemcy, wy­da­wał się nie­re­alny. Mama szybko przy­wy­kła do od­zy­ska­nego po­czu­cia względ­nego bez­pie­czeń­stwa i jej plecy nie ob­le­wały się zim­nym po­tem, gdy są­siad Nie­miec przy­trzy­mał jej drzwi do ka­mie­nicy lub po­zbie­rał roz­sy­pane na scho­dach kar­to­fle. Wuj po­sia­dał liczne przy­wi­leje, z któ­rych mama ko­rzy­stała, usi­łu­jąc nie my­śleć, czy do­pusz­cza się zdrady, czy też po­ka­zuje, jak wielka jest mat­czyna mi­łość, która każdą drogę przej­dzie, na­wet tę nie­chlubną, by chro­nić dziecko. Ma­ryla miała nas dwie pod opieką i nie za­wa­ha­łaby się przed ni­czym, żeby za­pew­nić nam bez­pie­czeń­stwo. Nie przy­znała się ni­gdy przed mę­żem, a i Al­do­nie za­ka­zała się chwa­lić, że nie­jed­no­krot­nie do miesz­ka­nia wuja za­cho­dzili nie­mieccy ofi­ce­ro­wie i ona, Ma­ryla Ros­to­cka, po­da­wała im ko­niak, cza­sami cia­steczka i pod­su­wała mo­siężną po­piel­niczkę. Wy­co­fy­wała się szybko do na­szego po­koju i pil­no­wała, żeby go­ście nie zo­ba­czyli Al­dony, która miała wciąż mało lat, ale bar­dzo dużo urody.

Wuj Al­bert uda­wał hi­sto­ryka sztuki i znawcę ma­lar­stwa, ubie­rał się jak pa­ry­ski mar­szand i wzbu­dzał sza­cu­nek wszyst­kich lo­ka­to­rów ka­mie­nicy, na­wet tych mun­du­ro­wych. Ja­kie on tam in­te­resy z nimi pro­wa­dził, nie do­wie­dzie­li­śmy się ni­gdy, po­zo­stały tylko spe­ku­la­cje i po­dej­rze­nia, ja­kie mój oj­ciec spi­sał w no­tat­niku wo­jen­nym, który zo­stał wy­dany kilka lat po woj­nie. Nie zno­sił wuja Al­berta, za­tem pi­sa­nie lekką ręką "przy­pusz­czeń", bo tak na­zy­wał opisy dzia­łań Al­berta na szkodę kul­tury i na­rodu pol­skiego w cza­sie oku­pa­cji, przy­cho­dziło mu ła­two. Wuj krysz­ta­łowy nie był, ale pew­nie nie zaj­mo­wał się tym, o co po­są­dzał go oj­ciec - gra­bieżą dzieł sztuki w cza­sie wojny, choć wia­do­mym było, że skala tego bez­pra­wia była ogromna i wielu eks­po­na­tów ni­gdy nie udało się od­zy­skać. Niemcy, za­raz po Ro­sja­nach, to naj­bar­dziej zło­dziej­skie na­sie­nie, ja­kie wi­dział świat, ma­wiał mój oj­ciec. Na ścia­nach kra­kow­skiego miesz­ka­nia wuja Al­berta wi­siały ob­razy Jacka Mal­czew­skiego i Woj­cie­cha Kos­saka, Woj­cie­cha We­issa, a także Wil­liama Tur­nera oraz je­den Lu­dwiga Rich­tera, który po­dobno sta­no­wił po­sag jego żony Elsy, córki kupca. Z całą pew­no­ścią nie po­cho­dziły one z kra­dzieży wo­jen­nej. Wo­dziccy byli bo­gaci i choć więk­szość ma­jątku Jan prze­pu­ścił, po­dró­żu­jąc po świe­cie w po­szu­ki­wa­niu dia­men­tów i mi­ło­ści, Al­bert odzie­dzi­czył po ojcu nie tylko kilka nie­ru­cho­mo­ści, ale też ob­razy oraz ak­cje ko­palni dia­men­tów w RPA, które oka­zały się nie­wiele warte, kiedy przy­szło do roz­li­czeń z daw­nymi wspól­ni­kami Jana.

Ob­razy długo nie cie­szyły oczu mo­jej mamy i Al­dony, która rów­nież pró­bo­wała ry­so­wać, ko­piu­jąc nie­udol­nie dzieła mi­strzów. Je­sie­nią 1942 roku wuj na­gle za­de­cy­do­wał, że całą ko­lek­cję trzeba ukryć gdzieś poza Kra­ko­wem. Mama za­de­kla­ro­wała swoją po­moc, ale wuj się nie zgo­dził, nie chciał, aby wie­działa, gdzie wy­wozi dzieła. Gdyby jej wtedy za­ufał, może nie prze­pa­dłyby na za­wsze. Al­bert za­wie­rzył ofi­ce­rowi We­hr­machtu, Kur­towi Wis­ba­chowi, który za­de­kla­ro­wał się wy­wieźć dzieła sztuki do Nie­miec i tam prze­cho­wać, aż do chwili osta­tecz­nego zwy­cię­stwa Hi­tlera. Nie­stety za­brał do grobu ta­jem­nicę lo­ka­li­za­cji skrytki i wszel­kie po­wo­jenne próby usta­le­nia, co stało się z dzie­łami sztuki, speł­zły na ni­czym, choć mój oj­ciec przez wiele lat usi­ło­wał cze­goś się do­wie­dzieć od człon­ków ro­dziny Wis­ba­cha i in­nych or­ga­ni­za­cji zaj­mu­ją­cych się tro­pie­niem za­gi­nio­nych dzieł. Ob­razy gro­ma­dzone przez Wo­dzic­kich zdo­bią do dziś cu­dze ściany, piw­nice czy stry­chy.

Mój oj­ciec miał swoje teo­rie wy­kute w to­wa­rzy­szą­cych mu całe ży­cie po­dej­rze­niach, że wszy­scy do­okoła są nie­uczciwi i tylko czy­hają na oka­zję, żeby lep­szą po­łowę ludz­ko­ści oszu­kać, a wuj Al­bert był na jego czar­nej li­ście aż do sa­mej śmierci sta­ruszka w 1965 roku. Oj­ciec nie uzna­wał kom­pro­mi­sów i mimo swo­jego mło­dego wieku - w 1942 roku le­d­wie prze­kro­czył trzy­dziestkę - był nie­ustę­pliwy i za­sad­ni­czy, gdy przy­cho­dziło do opo­wie­dze­nia się po stro­nie ho­noru, prawdy czy praw­dzi­wej Pol­ski, w tam­tym okre­sie - wal­czą­cej Pol­ski. Po­stawa wuja Al­berta była mu obrzy­dliwa, szcze­gól­nie kiedy wuj za­czy­nał roz­po­ście­rać wi­zję o po­wro­cie sto­licy do Kra­kowa i ofie­rze, jaką każdy miesz­ka­niec mia­sta musi po­nieść, żeby mia­sto prze­trwało w swo­jej chwale i cu­dow­no­ści.

- Niemcy to nie są bar­ba­rzyńcy - pe­ro­ro­wał Al­bert, sie­dząc z oj­cem przy wi­gi­lij­nym stole. - Nie pod­niosą ręki na mia­sto zbu­do­wane na pla­nie mag­de­bur­skim, mia­sto, które w prze­szło­ści było do­mem dla nie­miec­kiego miesz­czań­stwa, że o ple­mio­nach ger­mań­skich nie wspo­mnę. Nie po­win­ni­śmy my­śleć ka­te­go­riami tu i te­raz, bo te­raz za­raz się skoń­czy, a co wów­czas po­zo­sta­nie? Nie wolno nisz­czyć ta­kich miast jak Kra­ków.

- Chciał wuj po­wie­dzieć Kra­kau!

- To tylko na­zew­nic­two... Zro­zum, Wła­dy­sław, Pol­ski nie stać na to, aby rzu­cić te­raz wy­zwa­nie Niem­com, mu­simy prze­cze­kać. Wi­dzia­łeś, ilu ich tu jest? Gu­ber­na­tor Frank od po­czątku wojny za­chęca Niem­ców, żeby się tu osie­dlali, i czy­nią to, czy nam się to po­doba czy nie. Trzeba umieć osza­co­wać, na co ma się wpływ, a co trzeba tylko ob­ser­wo­wać jak pły­nącą rzekę...

- Nie mu­si­cie bier­nie pa­trzeć, mo­że­cie sta­wić opór. - Oj­ciec zni­żył głos. - Tak jak War­szawa. My wal­czymy, dy­wer­sją, za­ma­chami, pro­pa­gandą skie­ro­waną prze­ciwko oku­pan­tom, na­wet po­ezją.

Wuj Al­bert po­ki­wał głową, ale nie był to od­ruch uzna­nia dla od­wagi i bo­ha­ter­stwa war­sza­wia­ków, prze­ciw­nie, on miał to już wszystko prze­kal­ku­lo­wane. Nie był od­osob­niony w ta­kim "ma­te­ma­tycz­nym" roz­li­cza­niu ak­cji pol­skiego pod­zie­mia.

- Tak, oczy­wi­ście, do­cie­rają do nas wie­ści o za­ma­chach w War­sza­wie. Za­strze­li­cie jed­nego Niemca i jego kie­rowcę, a po­wie­szą setkę Po­la­ków w od­we­cie... Je­śli ty to na­zy­wasz walką... to ja cię prze­pra­szam, ale...

- Co też wuj ple­cie! - prze­rwał mu oj­ciec. - Naj­ła­twiej sie­dzieć w Kra­ko­wie, pić kawę na rynku i pod­ry­wać Niemki z Czer­wo­nego Krzyża, a Pol­ska niech się wy­krwa­wia!

Ma­ryla za­czer­wie­niła się w imie­niu swo­jego wuja, który fak­tycz­nie dużo czasu spę­dzał w ka­wiarni na rynku i by­wało, że brał mnie i Al­donę, by mu to­wa­rzy­szyć.

- Ty się, Wła­dy­sła­wie, tak nie go­rącz­kuj, gdyż nie znasz tego mia­sta i jego miesz­kań­ców, nie masz po­ję­cia, co tu się dzieje, czego okiem przy­jezd­nego nie wi­dać. My­ślisz, że nie ma tu ru­chu oporu? Że lu­dzie tylko ci­cho sie­dzą i usłu­gują Niem­com? Otóż nie!

- Nie przej­dzie­cie do hi­sto­rii - pod­su­mo­wał długą dys­ku­sję oj­ciec i za­czął roz­ma­wiać z żoną, która w obec­no­ści wuja nie miała mu wiele do po­wie­dze­nia. Sta­rała się za­cho­wać lo­jal­nie wo­bec oby­dwu, wa­żyła słowa i fil­tro­wała in­for­ma­cje, ja­kimi się dzie­liła z mę­żem. Wie­działa, że nie po­chwa­liłby jej, gdyby się do­wie­dział, jak żyje w Kra­ko­wie i przed czym się nie wzdryga.

Kiedy w końcu po­ło­żyli się spać, uwol­nieni od to­wa­rzy­stwa wuja, mo­jego i Al­dony, mama wtu­liła się w ojca i za­częła kwi­lić jak dziecko. Tak bar­dzo za nim tę­sk­niła, jed­nak nie umiała swo­ich uczuć wy­ra­zić sło­wami, przede wszyst­kim wsty­dziła się ubrać w słowa to, o czym my­ślała każ­dego dnia przed za­śnię­ciem. W ob­cym mie­ście, w ob­cym domu czuła się bez­pieczna, ale po­twor­nie sa­motna. Nie miała żad­nego za­ję­cia ani po­trzeby wy­cho­dze­nia, po­nie­działki czy nie­dziele, wszystko jedno, za­czy­nały i koń­czyły się tak samo. Za­bie­rała mnie na spa­cery, z da­leka od lu­dzi, wę­dro­wa­ły­śmy na Bło­nia, to znów w stronę Kopca Ko­ściuszki, który Niemcy za­mknęli dla zwie­dza­ją­cych, bo wi­doczny z Wa­welu iry­to­wał gu­ber­na­tora Franka. Moje małe nóżki za­pra­wiły się w mar­szu i przez całe ży­cie lu­bi­łam dużo cho­dzić, pew­nie dzięki tym dłu­gim spa­ce­rom z matką, która w ten spo­sób le­czyła swoją me­lan­cho­lię i tę­sk­notę za mę­żem.

- Kiedy to się skoń­czy? Wła­dek, po­wiedz mi, kiedy to się skoń­czy?

Le­żeli obok sie­bie w ciem­no­ści, oj­ciec pa­lił pa­pie­rosa.

- Wy­trzy­maj jesz­cze tro­chę...

- Jak długo? Rok? Dwa?

- Nie wiem. Je­śli Hi­tler zdo­bę­dzie Sta­lin­grad... może i dłu­żej, ale po­dobno Ro­sja­nie bro­nią się jak lwy - po­wie­dział, ści­sza­jąc głos. Nie było pew­no­ści, czy wuj ich nie pod­słu­chuje.

- Nie ob­cho­dzi mnie Sta­lin­grad, tylko War­szawa. Kiedy będę mo­gła wró­cić do War­szawy? - Mama po­ło­żyła obie dło­nie na swo­jej twa­rzy. Nie li­czyła roz­łąki z mę­żem na mie­siące, ale na lata i to pro­wo­ko­wało jej płacz.

- W War­sza­wie jest co­raz go­rzej, na­wet nie roz­wa­żaj po­wrotu. Mu­szę przy­znać, że zga­dzam się z twoim oj­cem, tu­taj je­ste­ście bez­pieczne, a to dla mnie naj­waż­niej­sze. Lu­dzie się boją, dzieją się okropne rze­czy, nie chcesz na to pa­trzeć. Mu­sisz te­raz my­śleć o na­szej córce i o so­bie, ja nie je­stem w sta­nie was ochro­nić w War­sza­wie. - Nie po­cie­szał żony, prze­ma­wiał roz­sąd­nie, przy­ta­czał wszyst­kie ar­gu­menty za po­zo­sta­niem w Kra­ko­wie, jed­nak mama czuła, że z każ­dym ko­lej­nym sło­wem ją zdra­dza, i nie sły­szała już swo­jego męża, ale ojca.

- Je­śli mamy zgi­nąć, to ra­zem... - po­wie­działa ci­cho.

- W tym rzecz, żeby nie zgi­nąć! Po­myśl o Oleńce, ja­kie mia­łaby ży­cie w War­sza­wie, ja­kie ma tu? Nie­długo skoń­czy trzy latka i bę­dzie co­raz wię­cej ro­zu­mieć, co­raz wię­cej pa­mię­tać. Prze­cież wuj do­brze was trak­tuje, ma­cie tu wszystko to, czego ja nie mógł­bym wam za­pew­nić. W War­sza­wie bra­kuje żyw­no­ści, prądu, cza­sami wody, z każ­dym mie­sią­cem jest co­raz go­rzej. Nie chcia­łem ci pi­sać o tych bom­bar­do­wa­niach z sierp­nia, ale na­loty trwały i trwały, Ro­sja­nie spusz­czali bomby na Mo­ko­tów, Żo­li­borz i na­szą Wolę. Znisz­czyli Dwo­rzec Wi­leń­ski, Dwo­rzec Pocz­towy, getto, Po­wązki, no i przede wszyst­kim Ker­ce­lak. Na­sze tar­go­wi­sko po­szło z dy­mem i ceny żyw­no­ści w War­sza­wie po­szy­bo­wały w górę. Bę­dziemy gło­do­wać, jak tak da­lej pój­dzie.

Mama nie od­zy­wała się długo, nie wie­działa, co się dzieje w War­sza­wie, oj­ciec nie do­trzy­mał słowa i nie słał do niej li­stów raz w ty­go­dniu.

- Obie­ca­łeś mi pi­sać o wszyst­kim.

- Nie wiem, kto te li­sty czyta, nie chcę cię na­ra­żać, poza tym w ja­kim celu miał­bym cię mar­twić? Te­raz o tym mó­wię, że­byś so­bie zdała sprawę z tego, jak jest źle i jak bli­sko czai się śmierć. Moi ko­le­dzy giną, nasz są­siad Kło­siń­ski zo­stał aresz­to­wany, żonę pro­fe­sora Drepca za­strze­lili w biały dzień na ulicy, a ty chcesz tam wra­cać?

Mama bez­gło­śnie szep­nęła: chcę. Nie od­zy­wali się przez dłuż­szą chwilę, każde my­ślało o czymś in­nym, nie byli już taką jed­no­ścią jak kie­dyś. Oj­ciec za­pa­lił ko­lej­nego pa­pie­rosa.

- To ja też coś ci po­wiem. - Mama wstała z po­sła­nia i po­de­szła do okna. Nie od­su­wa­jąc za­słony, uchy­liła je. Do­piero te­raz za­uwa­żył, jaką ma piękną nocną ko­szulę, ale nie za­py­tał, skąd po­cho­dzi to ko­ron­kowe cudo w mlecz­nym ko­lo­rze.

- Coś nie­do­brego dzieje się z moją sio­strą.

- No­wego nie­do­brego czy to co zwy­kle? - za­py­tał, zie­wa­jąc.

- W ze­szłym mie­siącu Al­dona mu­siała pod­dać się za­bie­gowi.

- Ja­kiemu za­bie­gowi?

- Za­szła w ciążę - od­parła mama, sto­jąc ty­łem do ojca. Trzy­mała palce za­ci­śnięte na fał­dzie za­słony. - Hi­tler grozi karą śmierci Niem­kom za abor­cję, ale Po­lki mogą to ro­bić bez ogra­ni­czeń i le­gal­nie w szpi­talu.

- Z kim miała to dziecko?

- Nie chciała po­wie­dzieć. A czy to nie wszystko jedno? Al­dona sama jest dziec­kiem, pięk­nym i uf­nym, a męż­czyźni to wy­ko­rzy­stują. Wy­mknęła się z domu pew­nego wie­czora, prawdę mó­wiąc, wię­cej niż raz. Nie spo­sób jej upil­no­wać, prze­cież nie mo­żemy trzy­mać jej pod klu­czem. Ma taki doj­rzały wy­gląd, to nie jest dziecko, tylko sie­dem­na­sto­let­nia pa­nienka. Matka usia­dła na brzegu łóżka.

- Wi­dzisz, Wła­dziu, my też mamy tu swoje pro­blemy, nie wszystko jest wojną, cza­sami to­czy się zwy­kłe ży­cie. Le­karz za­su­ge­ro­wał, żeby jej wszystko wy­ciąć, żeby nie mo­gła mieć dzieci, ale ja nie by­łam w sta­nie pod­jąć ta­kiej de­cy­zji.

- To by było naj­lep­sze wyj­ście - po­wie­dział po chwili i od­rzu­cił róg koł­dry. - Kładź się już, ni­czego nie wy­my­ślimy po nocy.

- Uwa­żasz, że po­win­ni­śmy ją tak oka­le­czyć?

- Po cóż ta­kie wiel­kie słowa? - ob­ru­szył się. - Al­dona nie na­daje się na matkę, w tej kwe­stii chyba się ze mną zgo­dzisz?

- Ja nie ro­zu­miem jej cho­roby, nie wiem, skąd się wzięła i jak się roz­wi­nie, po pro­stu trudno mi po­dej­mo­wać de­cy­zje w imie­niu mo­jej sio­stry. Szcze­gól­nie ta­kie... zdro­wotne.

- Oba­wiam się, że bę­dziesz mu­siała pod­jąć jesz­cze nie­jedną de­cy­zję dla do­bra two­jej sio­stry - od­parł i ob­ró­cił się na bok, da­jąc znak, że roz­mowa jest skoń­czona i pora spać.

W 1943 roku oj­ciec przy­je­chał do Kra­kowa tylko raz la­tem i spę­dził z nami dwa ty­go­dnie. Wspo­mnie­niami z tych bez­tro­skich dni mama na­peł­niła swoje serce i wiele mie­sięcy po ko­lej­nym roz­sta­niu ukła­dały ją do snu i do­da­wały siły. Oj­ciec ten je­den raz nie za­cho­wy­wał się, jakby był jed­no­oso­bową Pol­ską wal­czącą, tylko całą swoją uwagę po­świę­cił żo­nie i córce. Ką­pa­li­śmy się w Wi­śle, je­dli­śmy ra­zem śnia­da­nia, oj­ciec ba­wił się ze mną i za­czął mnie uczyć ję­zyka fran­cu­skiego. Po­wta­rza­łam za nim po­je­dyn­cze słowa i kiedy wy­cho­dziło mi to szcze­gól­nie do­brze, na­gra­dzał mnie ka­wa­łecz­kami We­dlow­skiej cze­ko­lady. Skrawki nor­mal­no­ści tam­tych dni uszczę­śli­wiły moją mamę.

Z po­cząt­kiem lipca 1944 roku oj­ciec przy­je­chał do Kra­kowa po raz trzeci, ale tym ra­zem nie miał za­miaru spę­dzić z nami krót­kich wa­ka­cji - przy­je­chał, żeby się po­że­gnać. Opo­wie­dział ma­mie i wu­jowi Al­ber­towi o pla­no­wa­nym po­wsta­niu w War­sza­wie, pro­sząc, żeby go nie usi­ło­wali po­wstrzy­mać, po­nie­waż pod­jął już de­cy­zję i pój­dzie wal­czyć ze swo­imi. Pod­kre­ślił, że dzieli się z nimi su­per­tajną in­for­ma­cją, jest za­an­ga­żo­wany w or­ga­ni­za­cję po­wsta­nia i spo­czywa na nim ogromna od­po­wie­dzial­ność za wiele mło­dych ist­nień. Mó­wił spo­koj­nie, bez emo­cji, nie sta­wiał wy­krzyk­ni­ków i przez całą roz­mowę zer­kał wy­nio­śle na Al­berta, ale wuj za­miast go po­dzi­wiać, krę­cił głową i wzdy­chał.

- Po­ry­wa­cie się z mo­tyką na słońce...

Mama z po­czątku sie­działa mil­cząca i nie­obecna, ob­ser­wo­wała swo­jego męża. jakby był ak­to­rem i grał główną rolę w przed­sta­wie­niu, wy­da­wało się, że za­raz za­cznie kla­skać, ale kiedy oj­ciec wstał i po­wie­dział: "Na mnie już czas", mama ze­rwała się z krze­sła, sta­nęła po­środku po­koju, roz­krzy­żo­wała ręce i za­częła krzy­czeć. Z jej gar­dła nie wy­do­by­wały się żadne kon­kretne słowa, je­dy­nie wrzask. Naj­pierw pi­skliwy, po­tem ochry­pły. Al­dona wy­bie­gła z po­koju, wró­ciła po chwili z garn­kiem na­peł­nio­nym wodą i za­nim kto­kol­wiek zdą­żył za­re­ago­wać, chlu­snęła wodą w mamę. Mama wy­tarła twarz rąb­kiem su­kienki i opa­dła na ko­lana. Była to prze­ra­ża­jąca scena, którą oj­ciec do­kład­nie opi­sał w No­tat­niku wo­jen­nym i na­wet po la­tach, gdy czy­tam jego słowa, prze­cho­dzi mnie dreszcz. Do klę­czą­cej mamy po­de­szła Al­dona i pró­bo­wała ją pod­nieść.

- Zo­staw! - Oj­ciec jej prze­szko­dził. - Zo­staw ją w spo­koju, już do­syć zro­bi­łaś.

Al­dona nie zro­zu­miała tej sar­ka­stycz­nej uwagi. Kiedy ona za­cho­wy­wała się tak jak jej sio­stra, bez po­wodu krzy­czała lub wyła ni­czym wilk, oj­ciec spry­ski­wał jej twarz wodą, cza­sami w ubra­niu kładł do wanny i pusz­czał wodę i trzeba przy­znać, za­zwy­czaj ją to uspo­ka­jało.

- Ma­ryla... pro­szę cię... - Nie było wia­domo, o co prosi żonę, żeby wstała i ro­ze­brała mo­krą su­kienkę czy żeby zro­zu­miała, że on musi wra­cać do War­szawy, po­nie­waż obie­cał to swo­jej oj­czyź­nie i jej atak hi­ste­rii nie spo­wo­duje zmiany pla­nów. Tego sa­mego dnia za­pi­sał w No­tat­niku wo­jen­nym, że bio­rąc pod uwagę psy­chia­tryczną sła­bość Al­dony, nie można wy­klu­czyć, że i u jej sio­stry Ma­ryli coś się za­czyna.

- Nie wró­cisz do War­szawy!

- Mu­szę, tam jest moje miej­sce, moja rola w sze­regu!

Al­dona usia­dła obok swo­jej sio­stry i mocno się do niej przy­tu­liła. Pa­trzyła na Wła­dy­sława zło­wrogo, go­towa go ugryźć lub opluć, gdyby sprawy za­szły za da­leko. Wuj Al­bert wstał z fo­tela i po­dał dłoń Al­do­nie.

- Chodź, ko­cha­nieńka, po­pro­simy Le­osię, niech nam za­pa­rzy ziół na uspo­ko­je­nie.

Po­szła za nim bez pro­te­stów. Wuj za­zwy­czaj za­su­wał skrzy­dła drzwi dzie­lące sa­lon od kuchni, ale tym ra­zem tego nie uczy­nił. Kiedy ro­dzice zo­stali sami, mama, nie wsta­jąc z pod­łogi, po­wie­działa, że od­bie­rze so­bie ży­cie, je­śli ją zo­stawi te­raz samą.

- Na li­tość bo­ską... Ma­ryla! Nie wolno ci na­wet mieć ta­kich my­śli!

- A to­bie nie wolno je­chać do War­szawy.

- Nie spo­dzie­wa­łem się po to­bie ta­kiego ego­izmu - od­parł z wy­rzu­tem.

- Nie je­steś żoł­nie­rzem, Wła­dek, je­steś li­te­ra­tem, oj­cem i mę­żem, to my je­ste­śmy twoim obo­wiąz­kiem. Mó­wisz - ego­izm? Nie więk­szy od two­jego.

- Na­prawdę so­bie wy­obra­żasz, że stchó­rzę i nie pójdę do po­wsta­nia? Chcia­ła­byś mieć tchó­rza za męża? No po­wiedz gło­śno, czy chcia­ła­byś, aby twój mąż zo­sta­wił przy­ja­ciół w broni na pa­stwę losu, wy­piął się na nich w naj­waż­niej­szej go­dzi­nie?!

Ma­ryla po­woli pod­nio­sła się z pod­łogi. Miała na so­bie zwiewną su­kienkę w ko­lo­rze bu­dy­niu wa­ni­lio­wego i czarne buty, które słu­żyły jej la­tem i je­sie­nią. Suk­nia pod­kre­ślała jej wą­ską ta­lię, była dość głę­boko wy­kro­jona przy de­kol­cie. Za­ło­żyła ją spe­cjal­nie dla męża, ale on nie za­uwa­żył lek­ko­ści sukni i bla­do­ści na twa­rzy żony.

- Chcę mieć ży­wego męża. To jest je­dyne moje pra­gnie­nie - po­wie­działa ci­cho.

Sta­nęli na­prze­ciw sie­bie. Wła­dy­sław był wy­soki, co naj­mniej o głowę wyż­szy od żony, żeby go po­ca­ło­wać, mu­siała sta­wać na pal­cach.

- Wuj twier­dzi, że wojna już się skoń­czyła, Niemcy prze­grały i mo­żemy za­cząć żyć, nad­ro­bić te lata, kiedy nie po­zwo­lono nam być ra­zem, więc nie... nie mar­twię się o two­ich ko­le­gów i losy po­wsta­nia. Pol­ska nie wy­grywa po­wstań, wiesz to z hi­sto­rii.

- Będę uda­wał, że nie sły­sza­łem tego, co po­wie­dzia­łaś. - Wy­cią­gnął rękę, jakby ją chciał po­ło­żyć na ra­mie­niu żony, ale ona się uchy­liła. - Nie chcę jed­nak roz­sta­wać się w gnie­wie. Zo­stanę w Kra­ko­wie jesz­cze dzień, może dwa, że­byś się oswo­iła z tą my­ślą.

- Je­śli mam żyć, nie opu­ścisz mnie - wy­znała i wy­szła z po­koju.

Oj­ciec zo­stał aresz­to­wany przez Ge­stapo na­stęp­nego dnia. Przy­szli po niego wie­czo­rem, kiedy Al­berta nie było w miesz­ka­niu. Obe­szli się z nim grzecz­nie, po­zwo­lili na­wet się ogo­lić i uca­ło­wać żonę oraz có­reczkę na po­że­gna­nie. Oj­ciec za­cho­wał się do­stoj­nie, nie dał po so­bie po­znać, jak bar­dzo się boi. Mó­wił bie­gle po nie­miecku, co w cza­sie wojny przy­da­wało się w nie­jed­nych oko­licz­no­ściach i jego elo­kwen­cja po­dobno zro­biła wra­że­nie na ge­sta­pow­cach. Jak gdyby ni­gdy nic za­py­tał, do­kąd go za­bie­rają i czy na długo. Nie­miec po­wie­dział tylko, że wszystko w swoim cza­sie, ale nie po­sztur­chi­wał go i nie po­na­glał. Mama trzy­mała mnie na ko­la­nach, pa­trzyła na prze­szu­ku­ją­cych miesz­ka­nie Niem­ców. Nie byli zbyt gor­liwi przy re­wi­zji. Mama bez słowa skargi czy pro­te­stu przy­jęła aresz­to­wa­nie męża, a po ich wyj­ściu nie czuła nic poza ulgą, że jej mąż nie do­łą­czy do po­wsta­nia. Prze­cież Ge­stapo nie pu­ści go ze swo­ich łap przez wiele, wiele dni, ty­go­dni, może go nie zo­ba­czyć na­wet do końca wojny, jed­nak wo­lała, żeby jej męża trzy­mali Niemcy w Kra­ko­wie, niż je­śli miałby sta­wać do walki na gru­zach War­szawy. Mama była ci­chą i dzielną ko­bietą, opie­ko­wała się mną i Al­doną, ni­gdy nie na­rze­kała, nie ob­no­siła smut­nej twa­rzy i nie oce­niała tych, któ­rzy bez he­ro­izmu po­sta­no­wili wojnę prze­trwać. Nie każdy uro­dził się bo­ha­te­rem, po­wta­rzała.

Czter­na­stego lipca 1944 roku oj­ciec tra­fił na Po­mor­ską 2, do tak zwa­nego Domu Ślą­skiego, gdzie urzę­do­wało i prze­słu­chi­wało Ge­stapo. W celi pod­ręcz­nego aresztu, w któ­rej oj­ciec prze­sie­dział do upadku Po­wsta­nia War­szaw­skiego, wciąż wid­nieje na ścia­nie na­pis wy­ryty gu­zi­kiem - "Pol­ska wal­czy, sier­pień 1944 W. Ja­giełło". Zwol­nili go tak samo na­gle jak aresz­to­wali, nie po­da­jąc żad­nych przy­czyn i wró­cił na wła­snych no­gach do miesz­ka­nia, skąd trzy mie­siące wcze­śniej go za­brali. Po woj­nie Wła­dy­sław Ja­giełło wy­dał zbiór opo­wia­dań pod ty­tu­łem W pod­zie­miach Domu Ślą­skiego, który przy­niósł mu sławę i roz­głos, a tych dzie­sięć mi­strzow­sko spi­sa­nych hi­sto­rii współ­więź­niów prze­tłu­ma­czyli i wy­dali za­równo An­glicy, jak i Ro­sja­nie, na końcu rów­nież Niemcy.

Al­dona miała swoją teo­rię na te­mat aresz­to­wa­nia mo­jego ojca, którą mnie ura­czyła przy oka­zji jed­nego z na­szych spo­tkań w la­tach osiem­dzie­sią­tych. Kiedy się spo­ty­ka­ły­śmy, ni­gdy nie mó­wi­ły­śmy o spra­wach bie­żą­cych, Al­dona nie py­tała o mo­jego męża, sy­nów, o mnie, in­te­re­so­wała ją wy­łącz­nie prze­szłość. Tam żyła i stam­tąd wy­cią­gała nitki łą­czące lu­dzi i zda­rze­nia sprzed dzie­sią­tek lat, któ­rymi opla­tała na­sze roz­mowy.

- Ola, ty słu­chaj i nie zie­waj, jak ja coś opo­wia­dam, bo ja wiem wszystko, na­wet to, co oni nie przy­pusz­czają.

- Oni? Czyli kto?

- No kto? Twoi ro­dzice!

- Dajże spo­kój sta­rusz­kom - pro­te­sto­wa­łam, ale Al­dona brnęła da­lej.

- Nie chcesz wie­dzieć, jak to na­prawdę było z aresz­to­wa­niem two­jego ojca w czter­dzie­stym czwar­tym w Kra­ko­wie? Ja ci chęt­nie opo­wiem. To wuj Al­bert spo­wo­do­wał aresz­to­wa­nie Władka, ale two­jej matce słówka nie pi­snął. Sam wy­my­ślił taki chy­try plan, po­szedł do swo­ich szkop­skich ko­le­siów i za­ła­twił sprawę.

- Wuj Al­bert miałby na­sy­łać ge­stapo na mo­jego ojca?! - Nie do­wie­rza­łam.

- Nie ro­zu­miesz? Ży­cie mu ura­to­wał tym aresz­to­wa­niem! Nie zro­bił tego dla sa­mego Władka, nie zno­sił go jak my wszy­scy, ale dla mo­jej sio­stry, dla Ma­ryli, którą bar­dzo ko­chał. I jesz­cze to ci po­wiem, że ścią­gnął Kos­saka ze ściany i za­niósł, gdzie trzeba, a kilka go­dzin póź­niej szkopy wpa­dły do miesz­ka­nia i Władka za­brali. Miesz­ka­li­śmy na Pił­sud­skiego jak u Pana Boga za pie­cem, mię­dzy Niem­cami, mię­dzy wro­gami, i nikt nas nie nie­po­koił, poza tym je­dy­nym ra­zem.

- Oj­ciec na­le­żał do AK... szy­ko­wał się do po­wsta­nia, może o to cho­dziło?

Al­dona wy­śmie­wała moją na­iw­ność co­raz gło­śniej.

- Za­sta­nów się, Oleńka... Gdyby twój oj­ciec był kim waż­nym, to by go roz­strze­lali, a prze­cież pu­ścili go wolno, na­wet włos mu z głowy nie spadł - od­parła i trudno było się z nią spie­rać.

Wuj Al­bert za­brał ta­jem­nicę swo­jego udziału u aresz­to­wa­niu mo­jego ojca w ostat­nią po­dróż w za­światy, jego grób pę­kał od ta­jem­nic, ja­kie tam ze sobą wziął, przy­naj­mniej tak twier­dziła Al­dona. Dziś my­ślę, że wuj Al­bert fak­tycz­nie ura­to­wał mo­jemu ojcu ży­cie, i wie­rzę, że za­pła­cił za nie Kos­sa­kiem.

Jako od­wet za Po­wsta­nie War­szaw­skie Hi­tler roz­ka­zał wy­mor­do­wa­nie wszyst­kich miesz­kań­ców mia­sta, bez wy­jątku i bez wa­ha­nia. Moi dziad­ko­wie, Anna i Ry­szard, zo­stali wy­pę­dzeni ze swo­jego miesz­ka­nia w ka­mie­nicy na Chłod­nej i roz­strze­lani na ulicy wraz z kil­ku­na­stoma in­nymi oso­bami, a było w tej gru­pie też dwoje ma­łych dzieci. Niemcy pa­lili, mor­do­wali i gwał­cili ni­czym wście­kłe, choć już ranne psy, ga­niali po mie­ście i za­bi­jali dla sa­mej przy­jem­no­ści za­bi­ja­nia. Wiele lat po woj­nie mo­jemu ojcu udało się usta­lić, że jego te­ściowe zgi­nęli z rąk sie­pa­czy SS z pułku Dir­le­wan­gera, zbrod­nia­rza wo­jen­nego, któ­rego wierni kam­raci za­mor­do­wali w cza­sie wojny po­nad sto ty­sięcy lu­dzi, głów­nie cy­wi­lów. Na jego cześć Hans Frank wy­dał uro­czy­sty obiad na Wa­welu.

Trudno to dziś zro­zu­mieć, dla­czego moi dziad­ko­wie nie opu­ścili War­szawy, gdy był na to czas. Lu­dzie dziś nie są już tak sen­ty­men­talni i przy­wią­zani do swego domu, ulicy, mia­sta, jak kie­dyś. Ła­two zmie­niają ad­resy, kraje, kon­ty­nenty, za­kła­dają nie gniazda, ale tym­cza­sowe obozy, z któ­rych w każ­dym mo­men­cie można wy­ma­sze­ro­wać z jedną wa­lizką pod pa­chą. Dziad­ko­wie nie chcieli opu­ścić War­szawy nie dla­tego, że byli od­ważni, po­wo­do­wały nimi prze­ko­na­nia i nie­złomna wiara, że wo­jenna śmierć ich omi­nie. Czuli swoją wy­jąt­ko­wość, którą miały im gwa­ran­to­wać losy bo­ha­ter­skich przod­ków. Ci nie gi­nęli na woj­nach, choć woj­sko­wych w ro­dzi­nie Ros­to­ckich było wielu, umie­rali w wy­sła­nych łóż­kach oto­czeni ro­dziną. Anna i Ry­szard ta­kiej śmierci wy­pa­try­wali, nie kuli w serce, pierś i głowę. Ich zwłoki ze zbio­ro­wego grobu wy­do­by­li­śmy do­piero pod ko­niec 1946 roku dzięki do­ku­men­tom, ja­kie mieli w kie­sze­niach i ubra­niach, które roz­po­znał mój oj­ciec.

Kiedy po wy­zwo­le­niu moi ro­dzice wró­cili do War­szawy, za­stali miesz­ka­nie ogra­bione i znisz­czone, nie przez bom­bar­do­wa­nia czy ogień, ale dzi­kich lo­ka­to­rów, któ­rych mój oj­ciec rę­kami wy­na­ję­tych oprysz­ków po pro­stu wy­pę­dził. Nie było szyb w oknach, prądu i wody, ale po­koje na Chłod­nej nada­wały się do za­miesz­ka­nia. Ciotka Al­dona zo­stała jesz­cze kilka ty­go­dni w Kra­ko­wie, jed­nak kiedy za­częła się w War­sza­wie ak­cja do­kwa­te­ro­wy­wa­nia, mu­siała wró­cić za­we­zwana przez mo­jego ojca te­le­gra­mem i po­kor­nie, choć nie było to w jej stylu, wy­ko­nała po­le­ce­nie szwa­gra. Przy­wio­zła ze sobą "na­rze­czo­nego" i jego ko­legę, żeby nas w tych pię­ciu po­ko­jach roz­dzie­lo­nych na dwa miesz­ka­nia było jak naj­wię­cej. Ko­lega na­zy­wał się Bed­narz i szybko zna­lazł za­ję­cie przy od­gru­zo­wy­wa­niu mia­sta, przez co "za­la­ty­wał tru­pem", jak to okre­ślił mój oj­ciec. Pew­nego dnia po pro­stu nie przy­szedł na noc do domu i ni­gdy wię­cej już go nie wi­dzie­li­śmy. Lu­dzie gi­nęli w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach i nikt ich spe­cjal­nie nie szu­kał.

Przy­jazd Al­dony z na­rze­czo­nym zmar­twił moją mamę.

- Pew­nym jest, że ona musi być cały czas przy nas. Le­d­wie mie­siąc była sama w Kra­ko­wie i już się za­rę­czyła. Po­dobno wuj Al­bert ich po­bło­go­sła­wił, bo ten An­toni Pod­gór­ski to nasz da­leki, da­leki krewny. Prze­cież oni nie mogą się po­brać! Czy on nie wi­dzi, że Al­dona jest inna?

Oj­ciec pró­bo­wał po­wie­sić na ścia­nie ka­wa­łek lu­stra i słu­chał jed­nym uchem, co do niego mówi żona. Los Al­dony był mu ser­decz­nie obo­jętny, ni­gdy się spe­cjal­nie z tym nie krył.

- Niech so­bie miesz­kają obok, le­piej mieć Al­donę i Pod­gór­skiego za ścianą niż ob­cych. Poza tym ona wy­daje się być bar­dziej zrów­no­wa­żona ostat­nio. Już nie wy­cho­dzi na­gu­sieńka na bal­kon, jak to by­wało, nie ple­cie trzy po trzy, wojna ją nieco pod­le­czyła.

- Może po­wi­nie­neś z nim po­roz­ma­wiać? Na­świe­tlić Pod­gór­skiemu sy­tu­ację, niech wie, że Do­nia miewa mo­menty, kiedy traci kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią. By­łoby uczci­wiej go uprze­dzić, niechby był przy­go­to­wany na wy­pa­dek jej wy­bry­ków. Ach... to się już za­częło w Kra­ko­wie, Do­nia doj­rzała przed­wcze­śnie i no­siło ją jak Żyda po pu­stym skle­pie.

Oj­ciec przej­rzał się w za­mglo­nym lu­strze. Po­pra­wił kra­wat.

- Wo­lał­bym się nie mie­szać w wa­sze sprawy ro­dzinne - od­parł. - Ale skoro na­le­gasz, obie­cuję, że znajdę spo­sob­ność, żeby się z Pod­gór­skim roz­mó­wić, pod wa­run­kiem, że ty roz­mó­wisz się z sio­strą. Wy­per­swa­duj jej po­mysł mał­żeń­stwa.

- Do­brze. Za­biorę ją ju­tro po­pa­trzeć na mia­sto, zajdź do nich i po­roz­ma­wiaj o przy­szło­ści.

Oj­ciec do­trzy­mał słowa. Pod­gór­ski przy­jął do wia­do­mo­ści ostrze­że­nie, ale po­nie­waż był to okres, kiedy Al­dona czuła się do­brze i za­cho­wy­wała bar­dzo zwy­czaj­nie, uznał, że Wła­dy­sław Ja­giełło jest mu po pro­stu nie­chętny i pró­buje na wszel­kie spo­soby od­wieść go od pla­nów po­ślu­bie­nia panny Ros­to­ckiej. Ofi­cjalne za­rę­czyny Al­dony z An­to­nim Pod­gór­skim od­były się w paź­dzier­niku 1946 roku, ale do ślubu ni­gdy nie do­szło, choć to nie An­toni prze­stra­szył się związku z sza­loną dziew­czyną, ale ciotka Al­dona na­gle zmie­niła zda­nie i wy­co­fała dane słowo. Mimo to miesz­kali ra­zem na Chłod­nej przez na­stęp­nych kilka lat.

Od­kąd An­toni za­czął pra­co­wać w Mi­ni­ster­stwie Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­nego, mama cał­ko­wi­cie się od niego od­su­nęła ze wstydu i ze zgrozy, a oj­ciec prze­stał wy­ma­wiać jego imię. Na­zy­wał go "ten obok", co cza­sami brzmiało jak "ten ubek". Jego re­to­ryka dia­me­tral­nie się zmie­niła, gładko prze­szedł od "niech so­bie miesz­kają obok" do "trzeba ich bę­dzie ja­koś wy­ku­rzyć z na­szej ka­mie­nicy".

- Przy­ję­li­śmy pod dach pod­łotę i pa­dalca i nie bę­dzie ła­two się go po­zbyć, twoja sio­stra nie­źle nas urzą­dziła, trzeba przy­znać.

- Prze­cież nie wie­działa, że An­tek pla­nuje pra­co­wać w bez­piece - pro­te­sto­wała nie­śmiało mama. - Poza tym Al­dona nie ma ro­ze­zna­nia, co jest do­bre, co złe dla na­szej oj­czy­zny, nie in­te­re­suje ją po­li­tyka.

- Ja­kaś ty na­iwna, Ma­rylo! Prze­cież ten obok tylko po to się z nią za­rę­czył, żeby tu za­miesz­kać i mieć mnie na oku!

- Cie­bie? Dla­czego aku­rat cie­bie?

Oj­ciec wzniósł oczy do nieba, jed­nak nie miał za­miaru udzie­lić od­po­wie­dzi. Fakt, że nie był po­wstań­cem, nie czy­nił go mniej po­dej­rza­nym i nie­war­tym śle­dze­nia przez nowe wła­dze. Chęt­nie roz­gła­szał swoją przy­na­leż­ność do struk­tur AK i ofi­cjal­nie wsta­wiał się za swo­imi to­wa­rzy­szami broni od sa­mego po­czątku, co było bez wąt­pie­nia ak­tem od­wagi. Nie po­zwa­lano mu wpraw­dzie dru­ko­wać jego Apeli po­le­głych ani pu­blicz­nie wspo­mi­nać tych, któ­rzy wal­czyli za inną Pol­skę, ale też nie zo­stał ani razu aresz­to­wany za swoje po­glądy w po­wo­jen­nych roz­li­cze­niach i star­ciach sa­na­cji z so­cja­li­zmem.

Al­dona przy An­to­nim wy­ci­szyła się, ustały jej wy­bu­chy nad­po­bu­dli­wo­ści, które tak mar­twiły mamę. Sie­działa w domu, pich­ciła, czy­tała książki i śpie­wała przed­wo­jenne szla­giery, któ­rych słowa znała na pa­mięć. Stro­iła się dla Pod­gór­skiego, cze­kała na niego w oknie, są­sie­dzi byli prze­ko­nani, że mło­dzi są już po ślu­bie. Nie za­cho­dziła do na­szego miesz­ka­nia, nie po­zwa­lała się od­wie­dzać, jakby w oba­wie, że jej szczę­ście u boku An­to­niego ktoś ze­chce zbu­rzyć lub, co gor­sza, pod­pa­trzeć.

Rok póź­niej do miesz­ka­nia na Chłod­nej, za zgodą Al­dony - trzeba uczci­wie do­dać, wpro­wa­dziła się sio­stra An­to­niego. Ro­ze­śmiana, drobna pa­nienka w oku­la­rach imie­niem Te­resa. Spro­wa­dzona ze wsi dziew­czyna miała sprzą­tać, go­to­wać i pod każ­dym wzglę­dem dbać o star­szego brata i jego nie­do­szłą żonę, do któ­rej czę­ściowo na­le­żało miesz­ka­nie, w któ­rym się roz­go­ścili. Al­dona zaj­mo­wała naj­więk­szy po­kój z bal­ko­nem wy­cho­dzą­cym na ulicę, w kuchni po­sła­nie miała Te­resa, drugi po­kój, za­my­kany na klucz, zaj­mo­wał An­toni.

O tym, czy ro­dzeń­stwo Te­resa i An­toni od po­czątku spało w jed­nym łóżku, wie­działa tylko ich współ­lo­ka­torka Al­dona, ni­kogo in­nego ni­gdy do miesz­ka­nia nie wpusz­czali, pil­nie strze­gli swo­jego grze­chu, cie­kaw­skim za­my­ka­jąc drzwi przed no­sem. Kiedy do­ro­słam, nie po­strze­ga­łam Antka i Te­resy ina­czej jak mał­żeń­stwo i nikt mnie z tego błędu długo nie wy­pro­wa­dzał. Wi­dy­wa­łam ich ra­zem na ulicy, cza­sami mi­ja­li­śmy się na scho­dach, a wie­czo­rami, sto­jąc w oknie na­szego sa­lonu, ob­ser­wo­wa­łam, jak Antka przy­wo­ziło pod dom czarne auto i na­tych­miast z miesz­ka­nia obok za­czy­nały prze­ni­kać na klatkę scho­dową za­pa­chy sma­żo­nej ce­bulki, wą­tróbki, ja­jecz­nicy albo fla­ków, wszyst­kich ulu­bio­nych po­traw ubeka An­to­niego Pod­gór­skiego.

Mia­łam trzy­na­ście lat, kiedy Al­dona za­częła mi się zwie­rzać i opo­wia­dać o tym, co ro­biła ze swoim na­rze­czo­nym, za­nim po­ja­wiła się w ich miesz­ka­niu Te­re­ska. Do­sta­wa­łam go­rączki po­licz­ków, słu­cha­jąc dość szcze­gó­ło­wych opi­sów tej czę­ści ciała męż­czy­zny, która była dla niego naj­waż­niej­sza. Al­dona na­zy­wała to "fają" i twier­dziła, że to może uróść na­wet do roz­mia­rów lagi kieł­basy.

- Ty się Ola szy­kuj, cie­bie też to nie omi­nie, jak chcesz się stać ko­bietą...

- Na co mam się szy­ko­wać? - py­ta­łam za­cie­ka­wiona, ale też prze­stra­szona.

Al­dona wzru­szyła ra­mio­nami.

- Pa­lu­chy męż­czyźni mają grube, ale nie tak grube jak te ich faje, czer­wone, jakby z nich krew za­raz miała try­snąć!

- I wu­jek An­tek to wszystko... ma ta­kie... czer­wone?

- Aleś ty dziecko, Ola... On ma i inni też. Od po­ca­łun­ków się za­czyna, ale po­tem robi się już waż­niej­sze rze­czy.

- Ja­kie?

- Robi się mi­łość. Twoja mama, przy­kła­dowo, nic nie wie o mi­ło­ści, bo jej mąż ko­cha tylko sa­mego sie­bie, i to z wza­jem­no­ścią, a An­tek ko­cha mnie. Wię­cej niż Te­re­skę.

Oprócz opo­wie­ści in­tym­nych słu­cha­łam o bie­sia­dach, ja­kie so­bie or­ga­ni­zo­wali we trójkę, cza­sami na­wet bez oka­zji, tak po pro­stu, żeby się za­ba­wić. An­toni przy­no­sił ka­wał wę­dzo­nego boczku, wódkę, chleb, kon­serwy, fran­cu­skie sery i czer­wone wino oraz cze­ko­ladę, którą do­sta­wała Al­dona. Te­resa ro­biła z tego ze­stawu małą ucztę, stro­iła stół, za­su­wała fi­ranki i ko­tary, sta­wiała dwa ro­dzaje kie­lisz­ków i wo­łała do Pod­gór­skiego: Ja­śnie pa­nie, po­dano do stołu. An­toni mył się w piątki bar­dzo do­kład­nie, prze­bie­rał z bia­łej ko­szuli w szare polo, po­tem za­sia­dali z Te­resą przy ku­chen­nym stole, upew­niw­szy się uprzed­nio, że okna są szczel­nie za­mknięte i nikt już nie kręci się na po­dwórku. Za­pra­szali Al­donę do stołu, je­dze­nia za­wsze było dość, jesz­cze kilka dni po wy­staw­nej ko­la­cji zja­dali z ape­ty­tem to, co Te­resa prze­cho­wy­wała na bal­ko­nie w wia­drze przy­kry­wa­nym de­ską, żeby da­rami ame­ry­kań­skimi nie czę­sto­wały się go­łę­bie.

- Te­re­ska to jest taki wiej­ski gar­ko­tłuk, ale zna się na go­to­wa­niu i pie­cze­niu, a An­tek lubi zjeść na tłu­sto i na słodko. Na­uczy­łam ich oboje, jak się trzy­mać pro­sto przy stole, nie opie­rać łokci, nie mla­skać, nie sior­bać i te­raz można by Pod­gór­skich na­wet do ja­kiej am­ba­sady wy­słać. Tylko że ję­zy­ków nie znają, na to mają za cia­sne głowy.

Sie­dzia­ły­śmy z Al­doną w piw­nicy, se­lek­cjo­nu­jąc za­war­tość paczki z Ame­ryki, którą przy­niósł Pod­gór­ski. On miał do­stęp do skon­fi­sko­wa­nych przez wła­dzę lu­dową pa­czek na­de­sła­nych z za­gra­nicy i wszy­scy że­śmy z tego ko­rzy­stali. Oczy­wi­ście poza moim oj­cem, który kon­se­kwent­nie od­ma­wiał po­czę­stunku z puszki.

Za­nim wła­dze ko­mu­ni­styczne nie za­blo­ko­wały do­staw z UNRRA, przez krótki okres po woj­nie Pod­gór­scy go­ścili się przy smalcu z "mał­piego tłusz­czu" przy­sy­ła­nego przez Ame­ry­ka­nów w ra­mach po­mocy w od­bu­do­wy­wa­niu kraju po woj­nie, kon­ser­wach mię­snych i ryb­nych czy sło­dy­czach, które sma­ko­wały jak sama Ame­ryka. Jako dziecko z dumą re­cy­to­wa­łam wier­szyk, który pa­mię­tam do dziś: "Je­dzie UNRRA na ro­we­rze, mar­mo­ladę w ku­ble wie­zie, a lu­dzi­ska się ra­dują, że se chle­bek po­sma­rują".

An­toni przy­no­sił do domu pod osłoną nocy różne skarby, za­wi­nięte w szmatę lub w pu­dle owi­nię­tym skraw­kiem koca. Nie dzie­lił się z ni­kim poza nami.

- Patrz, ja­kie zmyślne ga­cie... - Al­dona wy­cią­gnęła z kar­tonu czer­wone, ko­ron­kowe majtki. - Już wi­dzę, jak An­tek się bę­dzie śli­nił...

- Te majtki nic nie przy­kry­wają - po­wie­dzia­łam, bio­rąc od niej skra­wek ko­ronki. Ni­gdy nie wi­dzia­łam ta­kich sek­sow­nych czę­ści bie­li­zny, by­łam szcze­rze za­chwy­cona.

- Po co w ogóle majtki za­kła­dać, jak za­raz trzeba ścią­gać? - Al­dona chi­cho­tała.

Al­dona żyła z Pod­gór­skimi na za­sa­dzie członka ro­dziny, jed­nego ra­mie­nia trój­kąta, ale nie była do­pusz­czana do roz­mów czy ta­jem­nic ro­dzeń­stwa. Pa­ra­dok­sal­nie, świet­nie się orien­to­wała we wszyst­kich pie­czo­ło­wi­cie chro­nio­nych przez nich se­kre­tach, po­nie­waż do per­fek­cji do­pro­wa­dziła sztukę pod­słu­chi­wa­nia.

- Ale z nich ba­rany, może i je­stem chora na umy­śle, ale nie głu­cha...

Za­mknęła kar­ton z "ame­ry­kań­skimi luk­su­sami" i za­bra­ły­śmy się za prze­bie­ra­nie kar­to­fli. Więk­szość bulw wy­pu­ściło kłą­cza lub było zgnite. W ca­łej piw­nicy roz­cho­dził się smród, od któ­rego ro­biło mi się nie­do­brze.

- Nie­ład­nie tak pod­słu­chi­wać ciotkę i wuja - po­wie­dzia­łam, wy­cie­ra­jąc zgni­li­znę w drew­nianą skrzynkę. An­to­niego na­zy­wa­łam wuj­kiem, do Te­resy zwra­ca­łam się per "cio­ciu", ni­gdy nie za­sta­na­wia­łam się głę­biej, dla­czego mał­żeń­stwo mieszka ra­zem z Al­doną, i pew­nie ni­gdy nie do­zna­ła­bym olśnie­nia, gdyby pew­nego dnia Al­dona nie po­sta­no­wiła wpro­wa­dzić mnie w skom­pli­ko­waną re­la­cję tej trójcy. Przy prze­bie­ra­niu kar­to­fli do­wie­dzia­łam się, że ten piękny zwią­zek cioci Te­resy i wujka Antka to pie­kielne ka­zi­rodz­two jest, a nie po­bło­go­sła­wiona w ko­ściele mi­łość.

- Ciotka Te­resa jest sio­strą An­to­niego?! Na se­rio?!

- Pew­nie. Jak mi nie wie­rzysz, to po­każę ci ich me­tryki uro­dze­nia, wiem, gdzie je cho­wają. Mia­łam ci już daw­niej po­wie­dzieć, ale cze­ka­łam, aż zro­zu­miesz, do ta­kich de­li­kat­nych spraw trzeba mieć do­ro­sły umysł.

- Czy moi ro­dzice wie­dzą o tym se­kre­cie?

Al­dona pod­nio­sła mały no­żyk w górę i za­kre­śliła w po­wie­trzu znak krzyża.

- Amen! Oczy­wi­ście, że wie­dzą, prze­cież An­toni i Te­re­ska są sko­li­ga­ceni z na­szą ro­dziną od strony babci. Od­noga ro­dziny, z któ­rej nikt nie jest dumny, po­nie­waż tam ja­kieś me­za­lianse były i ucieczki na Śląsk po ślub. Dość na tym, że Pod­gór­scy trzy­mali się od wszyst­kich z da­leka. Kiedy po­zna­łam Antka, nie wie­dzia­łam wiele na jego te­mat, po praw­dzie da­lej nie­wiele wiem, ale to, że jest bra­tem Te­re­ski, a nie mę­żem, to jest si­cher.

Krę­ci­łam głową z nie­do­wie­rza­niem.

- Dla­czego ro­dzice mi nie po­wie­dzieli, że ciotka i wu­jek to brat i sio­stra?

Al­dona wrzu­ciła ostat­niego kar­to­fla do ko­szyka.

- Zdra­dzi­łam ci ro­dzinną ta­jem­nicę, nie wolno pary z ust pu­ścić, ro­zu­miesz? Że­byś się nie wy­ga­dała przed moją sio­strą czy Wład­kiem, że wiesz o Pod­gór­skich, bo ci już ni­gdy nic nie po­wiem.

Kur­czy­łam się, gdy Al­dona mo­jego ojca na­zy­wała Wład­kiem.

- A są jesz­cze ja­kieś inne ta­jem­nice w na­szej ro­dzi­nie? - do­py­ty­wa­łam się za­cie­ka­wiona.

- Nie­jedna. Po­ży­tecz­nie się zło­żyło, że się me­tryki uro­dze­nia nie­któ­rym spa­liły w trak­cie wojny - od­parła.

- Moja ory­gi­nalna me­tryka też się spa­liła w po­wsta­niu, mam tylko od­pis - po­wie­dzia­łam z prze­ję­ciem.

- Może tak, może nie. Oso­bi­ście wąt­pię. - Al­dona spoj­rzała w małe okienko nad na­szymi gło­wami, kiedy to mó­wiła.

Wtedy nie zro­zu­mia­łam, co miała na my­śli, pry­cha­jąc "oso­bi­ście wąt­pię", ale na­wet gdy­bym drą­żyła te­mat, Al­dona by mi tego dnia wię­cej nie po­wie­działa. Mu­siało mi­nąć kil­ka­dzie­siąt lat, żeby te­mat po­wró­cił.

Od tam­tej pory zu­peł­nie ina­czej pa­trzy­łam na Te­resę i An­to­niego, ale nie da­łam po so­bie po­znać, że znam ich se­kret, i oczy­wi­ście nie za­py­ta­łam ro­dzi­ców o cha­rak­ter ich re­la­cji. Z cza­sem jed­nak na­ro­sły we mnie wąt­pli­wo­ści: czy aby na pewno Pod­gór­scy ro­bią coś złego? Nie cho­dzili za rękę, nie ca­ło­wali się w bra­mie, ni­gdy nie przed­sta­wiali się jako mał­żeń­stwo, nikt nie plot­ko­wał na ich te­mat. Na­zy­wali się tak samo, trak­to­wali z sza­cun­kiem, więc mo­gli być mał­żeń­stwem. Osta­tecz­nie do­szłam do wnio­sku, że jed­nak Te­resa i An­toni mał­żeń­stwem są, a całą hi­sto­rię o grze­chu zmy­śliła ciotka Al­dona. Jej umysł dzia­łał bez sche­matu i trudno było oce­nić na go­rąco, czy wy­twa­rza fakty czy fik­cję. Jed­nego Al­do­nie od­mó­wić nie można, za­wsze była na bie­żąco z wy­da­rze­niami dnia i ja­kimś ta­jem­nym spo­so­bem wcho­dziła w po­sia­da­nie wia­do­mo­ści przed wszyst­kimi. In­nymi słowy, Al­dona wszystko wie­działa jako pierw­sza.

To od niej do­wie­dzie­li­śmy się, że umarł Jó­zef Sta­lin, za­nim in­for­ma­cja ta po­grą­żyła w smutku ro­bot­ni­ków, chło­pów i in­te­li­gen­cję, za­nim ga­zety za­częły łkać, że od­szedł oj­ciec na­rodu. Przez na­szą oj­czy­znę prze­to­czyła się fala ża­łoby, pła­czą­cych po Sta­li­nie było wię­cej niż tych wi­wa­tu­ją­cych z ulgą. Przy­naj­mniej w pierw­szym okre­sie zbio­ro­wej roz­pa­czy. Po­eci pi­sali wier­sze ku czci zmar­łego sie­pa­cza, za­kłady pracy prze­ści­gały się w za­cią­ga­niu zo­bo­wią­zań upa­mięt­nia­ją­cych jego śmierć, Ka­to­wice stały się Sta­li­no­gro­dem, a Pa­łac Kul­tury i Na­uki do­stał go za pa­trona. "Ko­cha­li­śmy Go. Jak Ojca i jak Przy­ja­ciela" - pi­sał Leon Krucz­kow­ski w "Ży­ciu War­szawy". Pu­bli­ko­wane wów­czas wy­po­wie­dzi, ar­ty­kuły i wier­sze two­rzyły at­mos­ferę, którą Jan No­wak Je­zio­rań­ski oce­nił jako "dni naj­więk­szego po­ni­że­nia pol­skiej in­te­li­gen­cji twór­czej". Mój oj­ciec przy­własz­czył so­bie to stwier­dze­nie, nieco zmo­dy­fi­ko­wał i czę­sto się nim po­słu­gi­wał w wy­wia­dach jako swoim. Li­sta opła­ku­ją­cych ge­nial­nego wo­dza, na­uczy­ciela par­tii ko­mu­ni­stycz­nej i na­rodu była długa i im­po­nu­jąca, od Wła­dy­sława Bro­niew­skiego, Ta­de­usza Kon­wic­kiego, po­przez Zo­fię Nał­kow­ską, Ma­rię Dą­brow­ską, aż po Ju­liana Tu­wima. Po­że­gnalne noty pi­sała też Wi­sława Szym­bor­ska, a także Kon­stanty Il­de­fons Gał­czyń­ski. Roz­li­cza­nie pol­skich twór­ców na­stą­piło wiele lat póź­niej, na­to­miast w roku 1953 Pol­ska otwar­cie roz­pa­czała, a kro­ko­dyle łzy ka­pały na pierw­szą stronę "Try­buny Ludu", wprost na wy­re­tu­szo­waną fo­to­gra­fię Sta­lina. W tam­tych cza­sach pi­sa­rze i po­eci sta­no­wili in­te­lek­tu­alną elitę kraju, dla­tego ich głos był dla lu­dzi tak ważny. Skoro uznane au­to­ry­tety na­pi­sały, że umarł naj­więk­szy przy­ja­ciel Pol­ski, a w "Try­bu­nie Ludu" rek­tor Uni­wer­sy­tetu Ja­giel­loń­skiego prof. Teo­dor Mar­chlew­ski oświad­czył, że ge­niusz Sta­lina opro­mie­niał na­ukę i ją uskrzy­dlił, pro­sty oby­wa­tel czuł bo­le­sną stratę każdą kostką i mię­śniem swo­jego ciała.

An­toni wró­cił tego dnia do domu bar­dzo późno i przy­niósł ze sobą tylko bim­ber w pół­li­tro­wej nie­bie­skiej bu­telce. Do­piero na­stęp­nego dnia, szó­stego marca po pią­tej rano, Pol­skie Ra­dio miało po­in­for­mo­wać spo­łe­czeń­stwo, że Sta­lin nie żyje, ale dla Pod­gór­skiego nie była to no­wina. Po­wie­dział o tym Te­re­sie, jak tylko zdjął płaszcz i odło­żył ka­pe­lusz na półkę. Al­dona sie­dząca w kucki pod drzwiami kuchni aż przy­gry­zła so­bie wargę z wra­że­nia po tym, co usły­szała.

- Nie wiemy, jak umarł, czy aby nie po­mo­gli, ale że trup, to pewne - mó­wił Pod­gór­ski do­syć gło­śno, jed­no­cze­śnie wal­cząc z czkawką. Te­resa na­peł­niła kie­liszki.

- Boże, taki silny czło­wiek, mo­carz i na­gle zgon? Prze­cież na­wet nie cho­ro­wał...

- Na­wet jakby cho­ro­wał, świat by o tym nie wie­dział. Na moje oko oko­licz­no­ści śmierci Sta­lina są co­kol­wiek po­dej­rzane. Mie­li­śmy tajną in­for­ma­cję, że kilka dni było z nim źle, jed­nak osta­tecz­nie mu­simy po­cze­kać na ofi­cjalny ko­mu­ni­kat. Coś w końcu po­wie­dzą, przede wszyst­kim, kiedy po­grzeb. Mu­simy się przy­go­to­wać i za­sta­no­wić, jak uczcić jego pa­mięć.

- Zjedz coś, nie pij tak na pu­sty żo­łą­dek... - po­pro­siła Te­resa.

- Ja­dłem rano, te­raz mam żo­łą­dek skur­czony jak su­szoną śliwkę. Ja­sny gwint! Co oni te­raz zro­bią? Kto na jego miej­sce?! Be­ria? Ma­len­kow? Po­zna­łem Be­rię oso­bi­ście, nie­prze­nik­niony czło­wiek, ale też, tak mi się zdaje, do­brze by po­kie­ro­wał na­szymi kra­jami.

Pod­gór­ski nie mógł prze­wi­dzieć, że za kilka mie­sięcy po krót­kim pro­ce­sie Be­rię roz­strze­lają jego par­tyjni ko­le­dzy i kon­ku­renci do tronu ZSRR.

- A kogo ty byś wo­lał, An­toś? - za­py­tała Te­resa.

- Ja? Kimże ja je­stem, żeby ko­goś wo­leć w ta­kiej sy­tu­acji?! To­wa­rzysz Sta­lin był wiel­kim czło­wie­kiem i kto­kol­wiek przyj­dzie po nim, bę­dzie miał cho­ler­nie trudne za­da­nie. Zwią­zek Ra­dziecki to ogromne pań­stwo, trzeba mą­drze wy­brać, żeby nie za­prze­pa­ścić spu­ści­zny Le­nina i Sta­lina.

Kiedy to mó­wił, Te­resa za­marła. Nie bała się swo­jego brata, ale cza­sami po­ka­zy­wał nie­znane ob­li­cze i wtedy się za­sta­na­wiała, czy mówi do niej, czy do ko­goś trze­ciego, nie­wi­dzial­nego. Tak było tego wie­czora, w pew­nym mo­men­cie Pod­gór­ski za­czął prze­ma­wiać jak czło­nek par­tii ze świa­do­mo­ścią, że to­wa­rzy­sze roz­li­czą go z każ­dego słowa, więc je wa­żył. Dla Al­dony był to znak, że ni­czego cie­ka­wego już się nie do­wie, umiała roz­róż­nić pro­pa­gandę od zwie­rzeń. Obu­dziła nas, ale po­nie­waż ni­gdy wcze­śniej nie zja­wiła się w na­szym miesz­ka­niu o tak póź­nej po­rze, wie­dzie­li­śmy, że stało się coś złego albo bar­dzo waż­nego.

- Le­piej so­bie usiądź­cie - za­rzą­dziła, kiedy ze­bra­li­śmy się w po­koju go­ścin­nym. Oj­ciec był ubrany jak do wyj­ścia, mama za­spana, otu­lała się po­łami szla­froka. Ja w dłu­giej noc­nej ko­szuli, bosa, przy­sia­dłam tuż obok Al­dony. Jej ton był uro­czy­sty.

- To­wa­rzysz Sta­lin nie żyje - po­wie­działa i wska­zała pal­cem na ścianę, na któ­rej wi­siał ręcz­nie tkany dy­wan skry­wa­jący drzwi do miesz­ka­nia obok. Miały zo­stać za­mu­ro­wane, ale skoń­czyło się na za­mknię­ciu kłódką, po­wie­sze­niu dy­wanu i przy­sta­wie­niu szafą. Nikt jej nie za­py­tał, skąd wie, wy­star­czyło, że wszy­scy jak na ko­mendę spoj­rze­li­śmy na to samo miej­sce. Sie­dzie­li­śmy w ci­szy przez do­brą mi­nutę, za­nim oj­ciec, zni­ża­jąc głos, po­wie­dział: "Pa­nie świeć nad jego du­szą i jak naj­szyb­ciej zgaś". Al­dona za­chi­cho­tała i uczy­niła znak krzyża lewą ręką.

Mama spoj­rzała na ojca, nie­pewna jak za­re­ago­wać. Wła­dy­sław Ja­giełło po­pra­wił kra­wat i po­gła­dził po­liczki.

- No cóż, mo­dlić się nie będę za spo­kój jego du­szy. Je­śli oczy­wi­ście to prawda...

- Prawda na sto pro­cent! - Al­dona przy­sia­dła obok sio­stry i wzięła ją za rękę. - Nic się nie bój­cie, An­toni was obroni, gdyby przy­szło do ja­kich nie­przy­jem­no­ści. Głu­pia Te­re­ska be­czy w kuchni jak jaki bóbr za ostat­nim zę­bem, a mnie się zdaje, że to do­brze, że Sta­lin umarł.

- Bez wąt­pie­nia! - Oj­ciec ude­rzył otwartą dło­nią w stół. - To była wy­jąt­kowa ka­na­lia, wię­cej, to był po­twór!

- Wła­dziu! Na rany Chry­stusa, ci­szej...

- A niech mnie aresz­tują!

- An­tek mó­wił, że już szy­kują na­stępcę, choć Sta­lin jesz­cze cie­pły. - Al­dona znów spoj­rzała na ścianę.

- Mówi się, że nie­jaki Be­ria.

- Be­ria? Nie­wy­klu­czone - po­twier­dził oj­ciec. - Je­den pies!

- Ale nie bę­dzie no­wej wojny? Wła­dziu? - Mama była prze­ra­żona. Jej bla­dość jesz­cze się po­głę­biła, a oczy za­pa­dły głę­biej w czaszkę. Było jej obo­jętne, kto bę­dzie rzą­dził w ZSRR, oba­wiała się tylko jed­nego: czy nowe rządy nie za­kłócą jej miru do­mo­wego, któ­remu prze­wo­dził uko­chany mąż.

- Hi­sto­ria po­ka­zuje, że mię­dzy woj­nami musi być kil­ka­na­ście czy na­wet kil­ka­dzie­siąt lat prze­rwy, żeby lu­dzie od­po­częli, żeby wy­pro­du­ko­wać nową broń i tak da­lej, za­tem ja bym się tym nie mar­twił. - Oj­ciec ro­zej­rzał się po kuchni. - Mamy coś moc­niej­szego do wy­pi­cia? Trzeba by uczcić od­jazd to­wa­rzy­sza Sta­lina.

Al­dona spoj­rzała na szafkę, w któ­rej ro­dzice trzy­mali na­lewki i bim­ber.

- Ja bym się też chęt­nie na­piła!

- Do­nia, ty wra­caj do sie­bie, późno już. - Mama po­na­gliła ją wzro­kiem, ale Al­dona nie zwra­cała na sio­strę uwagi. W tym domu de­cy­do­wał Wła­dy­sław Ja­giełło. Tak długo świ­dro­wała go wzro­kiem, aż w końcu po­zwo­lił jej zo­stać i po­czę­sto­wał ją wy­śmie­ni­tym bim­brem.

Przy­słu­chi­wa­łam się roz­mo­wie ro­dzi­ców, ale dla mnie naj­waż­niej­sze było to, żeby na moje trzy­na­ste uro­dziny przy­szły wszyst­kie za­pro­szone ko­le­żanki i by śmierć Sta­lina nie ze­psuła tego święta. Tylko o tym my­śla­łam i mar­twi­łam się, ob­gry­za­jąc pa­znok­cie, czy za­pla­no­wane przy­ję­cie doj­dzie do skutku. Ni­gdy wcze­śniej mama nie urzą­dzała mo­ich uro­dzin, by­łam zbyt smar­kata na tort, świeczki i pre­zent, ale w tym roku zro­biła mi praw­dziwą przy­jem­ność, pro­po­nu­jąc, że­bym za­pro­siła na po­czę­stu­nek ko­le­żanki z klasy, Ka­zię, Teo­dora z miesz­ka­nia pod nami i oczy­wi­ście ciotkę Al­donę. Obie­cała z tej oka­zji upiec cia­sto orze­chowe i zro­bić le­mo­niadę.

Al­dona wró­ciła do swo­jego miesz­ka­nia, a mój oj­ciec jesz­cze długo sie­dział przy stole i roz­my­ślał, a po­tem swoje prze­my­śle­nia za­pi­sy­wał, żeby po­zo­stał ślad po tej prze­ło­mo­wej dla hi­sto­rii świata chwili. Na­stęp­nego dnia rano Pol­skie Ra­dio po­dało wia­do­mość o śmierci wo­dza i wkrótce po­tem po­in­for­mo­wało, że uro­czy­sto­ści po­grze­bowe od­będą się w Mo­skwie dnia 9 marca w po­nie­dzia­łek i będą trans­mi­to­wane na żywo. Mama nie umiała od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nie, czy w ta­kiej sy­tu­acji moje uro­dzi­nowe przy­ję­cie za­pla­no­wane na nie­dzielę doj­dzie do skutku.

- Za­py­taj ojca - po­ra­dziła. - On ma naj­lep­sze wy­czu­cie, co wy­pada, a czego nie wolno. Je­śli o mnie cho­dzi, zro­bię, co trzeba, ale osta­tecz­nie niech twój oj­ciec de­cy­duje, że­by­śmy nie po­peł­niły błędu.

Oj­ciec nie miał dla mnie czasu aż do so­boty, bie­gał po mie­ście na różne tajne spo­tka­nia, żeby się do­wie­dzieć cze­goś wię­cej na te­mat oko­licz­no­ści śmierci Sta­lina i przy kie­liszku spe­ku­lo­wać, czy taki marny ko­niec ty­rana da po­czą­tek wy­cze­ki­wa­nym zmia­nom i czy wy­pada już mieć na­dzieję. Nie­śmier­telny Sta­lin padł tru­pem jak każdy prze­ciętny oby­wa­tel ZSRR, naj­trud­niej było ten fakt prze­tra­wić jego wy­znaw­com, któ­rzy wi­dzieli w nim nad­czło­wieka. Sie­dem­dzie­się­ciocz­te­ro­la­tek umarł cał­kiem zwy­czaj­nie, na wy­lew, ale po trzech dniach ago­nii, po­nie­waż nikt z jego świty nie po­śpie­szył z po­mocą, gdy ist­niała jesz­cze szansa go ura­to­wać.

Na­gle wszystko stało się moż­liwe, oj­ciec nie mógł ni spać, ni jeść, tak był pod­nie­cony wi­zją lep­szego ju­tra, wol­nego od so­wiec­kich po­rząd­ków. Kiedy do­wie­dział się, że "Ty­go­dnik Po­wszechny" jako je­dyna ga­zeta w Pol­sce od­mó­wił wy­dru­ko­wa­nia ne­kro­logu Sta­lina, przez kilka go­dzin był przy­ja­cie­lem mia­sta Kra­kowa, ale szybko mu prze­szło i po­wró­ciła dawna re­to­ryka o dup­kach bla­dych. Nie wi­dział po­wodu, żeby od­wo­ły­wać moje uro­dzi­nowe przy­ję­cie, co wię­cej, za­ofe­ro­wał, że zor­ga­ni­zuje ba­lony i ko­lo­rowe wstążki do de­ko­ra­cji stołu, bo aku­rat znał ko­goś, kto roz­dzie­lał tego typu ma­te­riały do or­ga­ni­za­cji aka­de­mii i wie­ców w du­żych za­kła­dach pracy. Oj­ciec nie lu­bił pła­cić, naj­bar­dziej cie­szyło go, kiedy udało mu się zor­ga­ni­zo­wać coś za darmo, i był w tej sztuce po­zy­ski­wa­nia dar­mo­wych rze­czy bar­dzo do­bry.

Do­kład­nie pa­mię­tam uczu­cie szczę­ścia, ja­kie na mnie spły­nęło, gdy pa­trzy­łam na piękną su­kienkę, którą mama za­ku­piła od na­szej są­siadki han­dlu­ją­cej za­war­to­ścią pa­czek z Ame­ryki. Su­kienka była żółta, od­cięta w pa­sie, z fi­ku­śną czarną ko­kardą pod szyją i czar­nymi gu­zicz­kami przy man­kie­tach. Ktoś ją no­sił przede mną, tu i ów­dzie wi­doczne były ma­leń­kie plamki jak po so­sie po­mi­do­ro­wym lub czer­wo­nej far­bie, ale tylko bar­dzo by­stre oko mo­gło to wy­pa­trzyć.

W nie­dzielę o go­dzi­nie 15.00 przy­szła do nas ciotka Al­dona i był to je­dyny gość, jaki zja­wił się na moim uro­dzi­no­wym przy­ję­ciu. Nikt poza Al­doną nie od­wa­żył się prze­rwać na te trzy go­dziny ża­łoby na­ro­do­wej, a tata mo­jej ko­le­żanki Gra­żynki wy­sto­so­wał do mo­ich ro­dzi­ców list pro­te­sta­cyjny, ga­niąc ich i po­tę­pia­jąc. Kto w ta­kim dniu mógłby co­kol­wiek świę­to­wać czy we­se­lić się, gdy "czło­wiek epoki" nie zo­stał jesz­cze po­cho­wany?! Chyba tylko wro­go­wie oj­czy­zny, wro­go­wie ludu!

Al­dona przy­nio­sła mi na pre­zent złoty łań­cu­szek z krzy­ży­kiem. Po­da­jąc mi za­wi­niątko, przy­znała z roz­bra­ja­jącą szcze­ro­ścią, że go ukra­dła An­to­niemu, szybko uzna­ły­śmy, że mnie się bar­dziej przyda niż ate­iście.

- On przy­nosi do domu różne przed­mioty, nie­które dro­go­cenne, i wszystko chowa w wer­salce. Sam nie wie, co ma, ale ja cza­sami za­glą­dam do tej skrytki, oczy­wi­ście pod nich nie­obec­ność. Te­re­ska za­raz by wy­pa­plała, że grze­bię w skar­bach... - Al­dona za­ja­dała się ba­becz­kami z wa­ni­liową czapą i ro­dzyn­kami na szczy­cie, które mama upie­kła za­miast placka. Pi­ły­śmy kom­pot po­rzecz­kowy z ma­leń­kich fi­li­ża­nek, po­nie­waż mama, mimo obiet­nic, nie przy­rzą­dziła naj­lep­szej na świe­cie le­mo­niady. Nie udało jej się ku­pić cy­tryn.

- Skąd on bie­rze te wszyst­kie kosz­tow­no­ści? - do­py­ty­wa­łam się.

- Na pewno nie ku­puje, tylko krad­nie, więc po­my­śla­łam, że mogę buch­nąć coś dla cie­bie. Po­doba ci się?

Wy­cią­gnę­łam łań­cu­szek spod su­kienki. Był de­li­katny, z ład­nym splo­tem, na krzy­żyku umie­rał Pan Je­zus. Nie pro­te­sto­wa­łam, gdy Al­dona po­pro­siła, że­bym na ra­zie tym pre­zen­tem się nie chwa­liła ro­dzi­com i po domu no­siła go pod bluzką, ale w szkole mo­głam śmiało pa­ra­do­wać z łań­cusz­kiem wy­ło­żo­nym na wierzch.

- W tej wer­salce przy­szyta jest od spodu wielka kie­szeń i tam An­tek trzyma do­ku­menty oraz pi­sto­let.

- Pi­sto­let?! - wrza­snę­łam.

Al­dona ze­sko­czyła z krze­sła, po­de­szła do mnie i przy­ło­żyła otwartą dłoń do mo­jej buzi.

- Ciii­chooo... To są po­ważne sprawy, nikt nie po­wi­nien wie­dzieć zbyt wiele. Ale to­bie po­wiem... An­tek jest mor­dercą, na pewno już nie­raz użył tego pi­sto­letu na lu­dziach.

- Wu­jek miałby strze­lać? Eee... Do kogo?

- Już on tam ma ko­lek­cję wro­gów, o to się nie martw.

- A ciotka Te­resa? Wie, że on trzyma pi­sto­let w wer­salce?

- Pew­nie, że­byś ty wie­działa, co oni mó­wią w nocy, co mają po­cho­wane w szu­fla­dach, na­wet boję się tam za­glą­dać... - za­częła, ale na­gle urwała zda­nie.

Cie­ka­wiło mnie, co ta­kiego ukry­wają w szu­fla­dach, ale nie mia­łam od­wagi za­py­tać. Al­dona za­pa­trzyła się w swoje pa­znok­cie, po­li­zała każdy z osobna, pod­nio­sła obie dło­nie w górę i uśmiech­nęła się do nich.

- Wzię­łam dwa pier­ścionki i kol­czyki tak wiel­kie, jak tylko Cy­ganki no­szą. Nie­stety na ra­zie nie mogę ci ich po­ka­zać. Noś ten łań­cu­szek na szczę­ście, uwa­żaj, żeby Te­re­ska go nie wy­pa­trzyła u cie­bie, bo bę­dzie awan­tura. Ona jest jak pies ze stró­żówki, za­gry­zie prę­dzej niż po­ma­cha ogo­nem. Ale w su­mie to ją lu­bię, ni­gdy na mnie nie hu­czy i mogę spać, ile chcę.

Po­gła­ska­łam krzy­żyk i wło­ży­łam go pod su­kienkę. Czu­łam się piękna i do­ro­sła, ma­jąc pierw­szą złotą bły­skotkę na wła­sność, i by­łam po sto­kroć wdzięczna ciotce Al­do­nie. To ona re­ży­se­ro­wała moje do­ra­sta­nie przez te naj­waż­niej­sze dla mło­dej panny lata, pro­wa­dziła moją sek­su­alną edu­ka­cję na swoim przy­kła­dzie, prze­strze­gała przed chło­pa­kami, któ­rzy jak tylko im po­zwo­lisz od pasa w górę, to się za­raz rzucą na cały dół i już nic nie jest wsta­nie ich po­wstrzy­mać. Była je­dy­nym źró­dłem wie­dzy na ten te­mat i prze­ka­zy­wała mi ją bez cen­zury. Na­mó­wiła mnie kie­dyś, że­bym za­py­tała ro­dzi­ców, co ozna­cza ter­min "ko­bieta lek­kich oby­cza­jów", żeby spraw­dzić, czy im choćby oględne wy­tłu­ma­cze­nie przej­dzie przez gar­dło, i za­py­ta­łam któ­rejś nie­dzieli przy obie­dzie. Oj­ciec za­cho­wał zimną krew, ale mama nie tra­fiła łyżką do ust i krup­nik wy­lał się na ob­rus.

Za­czy­na­łam edu­ka­cję w li­ceum z "dy­plo­mem" sto­sun­ków dam­sko-mę­skich i nie­któ­rym za­ufa­nym ko­le­żan­kom prze­ka­za­łam tę ta­jemną wie­dzę o ko­bie­cych miej­scach wiel­kiej pod­niety, jak to na­zy­wała Al­dona, o tym, jak się ca­ło­wać z ję­zycz­kiem, na­wet o tym, jak nie zajść w ciążę, choć moje li­ce­alne ko­le­żanki były do prze­sady cno­tliwe i nie ma­rzyły o czymś wię­cej jak tylko o "mo­krym" po­ca­łunku.

Wkrótce po­tem prze­sta­łam in­te­re­so­wać się Pod­gór­skimi, wy­ro­słam z te­ma­tów do­ty­czą­cych lo­ka­to­rów ka­mie­nicy i re­we­la­cji ciotki Al­dony, które co­raz mniej mnie in­try­go­wały, i co­raz czę­ściej my­śla­łam o niej jako o do­ro­słym dziecku, któ­remu wie­rzyć nie warto. Do­ra­sta­łam, w mo­jej gło­wie hu­lały co­raz to od­waż­niej­sze my­śli i ma­lut­kie pra­gnie­nia, teo­re­tyczne roz­wa­ża­nia ciotki Al­dony za­czy­na­łam wpro­wa­dzać w ży­cie. Za­ko­cha­łam się pierw­szy raz w chło­paku z ma­tu­ral­nej klasy, który pa­trzył na mnie tak, że ro­biło mi się go­rąco pod su­kienką, po­tem pod­ko­chi­wa­łam się w ma­te­ma­tyku, chu­der­la­wym oku­lar­niku w sztruk­so­wym gar­ni­tu­rze, la­tem przy­je­chali do War­szawy stu­denci z NRD i tam rów­nież wy­pa­trzy­łam przy­stoj­niaczka, któ­remu po­zwo­li­łam na do­syć śmiałe piesz­czoty przy oka­zji pod­cią­ga­nia się w nie­miec­kim.

Al­dona nie pa­so­wała do mo­ich doj­rza­łych my­śli, od­su­nę­łam się za­równo od niej, jak i mo­ich ro­dzi­ców, któ­rzy na szczę­ście nie in­te­re­so­wali się mną zbyt na­tar­czy­wie. Po­zwa­lali mi doj­rze­wać w moim wła­snym tem­pie. Ojca po­chło­nęły li­te­rac­kie dy­le­maty i ży­cie to­wa­rzy­skie in­te­lek­tu­al­nej elity War­szawy, mama na­to­miast całą swoją ener­gię i mi­łość po­świę­cała jed­nemu ce­lowi - aby udało się wszystko to, co za­pla­no­wał so­bie Wła­dy­sław Ja­giełło. Matka nie miała wła­snych pla­nów czy am­bi­cji, każdy od­dech po to tylko wy­cho­dził z jej płuc, by grzać męża. Ko­bieta ko­cha­jąca za bar­dzo, tak o ma­mie dziś my­ślę, ale nie oce­niam jej su­rowo, a na­wet tro­chę za­zdrosz­czę. Pod­dań­cza mi­łość do męża nie od­by­wała się moim kosz­tem, by­łam dziec­kiem ko­cha­nym i ho­łu­bio­nym, z mo­jego po­wodu nie po­ja­wiła się ani jedna zmarszczka na czole mo­jego ojca czy matki. Pro­blemy nad­cią­gnęły póź­niej, kiedy we­szłam w do­ro­słość i nie umia­łam, a przede wszyst­kim nie chcia­łam pod­po­rząd­ko­wać się woli ojca.

Pa­mię­tam wy­raź­nie dzień wy­pro­wadzki Pod­gór­skich. An­to­niemu za szcze­gólne za­sługi pań­stwo przy­znało miesz­ka­nie w no­wym bloku. Trzy po­koje z kuch­nią i bal­ko­nem wy­cho­dzą­cym na po­łu­dnie! Oj­ciec był nie­zmier­nie za­do­wo­lony, że Pod­gór­scy się wy­pro­wa­dzają i nie bę­dzie już mu­siał mi­jać się z nimi na scho­dach. Kiedy Al­dona przy­szła do nas z tą no­winą, oj­ciec na­lał do kie­lisz­ków ko­niaku i za­pro­sił żonę do stołu.

- Do­cze­ka­li­śmy się! Al­le­luja! - Pod­niósł pę­katy kie­li­szek w górę. - Twoje zdro­wie, Al­dona! I nas wszyst­kich przy tej wspa­nia­łej oka­zji.

Ciotka po raz pierw­szy zo­stała po­czę­sto­wana ko­nia­kiem i po­de­szła do tego wy­róż­nie­nia z na­le­ży­tym sza­cun­kiem.

- No to zdro­wie pięk­nych pań, może jesz­cze przyjdą! - Wznio­sła to­ast, czym roz­ba­wiła mo­jego ojca, co ni­gdy wcze­śniej jej się nie udało. Wy­piła por­cję ko­niaku jed­nym hau­stem.

- Na­lej, Wła­dek, jesz­cze po jed­nym. Raz nie za­wsze, dwa nie wciąż! - Mru­gnęła do szwa­gra, jakby byli ko­leż­kami spod budki z pi­wem.

Mama pa­trzyła na sio­strę za­trwo­żona. Ję­zyk, ja­kim po­słu­gi­wała się Al­dona, był po­kło­siem jej cią­głego prze­by­wa­nia z Pod­gór­skim i kon­tak­tów z ludźmi ulicy. Se­pa­ra­cja Al­dony od zwy­kłych lu­dzi, któ­rym bli­żej było do sfery nie­bie­skiej niż do sfery to­wa­rzy­skiej, Ma­ryli Ros­to­ckiej po pro­stu się nie udała.

- Ja w każ­dym ra­zie za Pod­gór­skimi nie idę - po­wie­działa, się­ga­jąc po bu­telkę, wi­dząc, że Wła­dy­sław się nie kwapi. Na­lała so­bie do pełna.

- Do­nia... pij po­woli... - jęk­nęła mama.

- Ja się już nie krztu­szę przy pi­ciu al­ko­holu jak kie­dyś. - Od­sta­wiła pu­sty kie­li­szek.

Na stole le­żała paczka pa­pie­ro­sów, przez chwilę za­sta­na­wiała się, czy nie po­czę­sto­wać się wa­we­lem, ale osta­tecz­nie cof­nęła rękę. Ob­ser­wo­wa­łam ją roz­ba­wiona i jed­no­cze­śnie za­sko­czona. Al­dona bar­dzo się zmie­niła od cza­sów na­szej za­ży­ło­ści, kiedy by­łam małą dziew­czynką i po­tem pa­nienką. Nie wy­do­ro­ślała, ale zhar­działa, roz­wi­nęła się w kie­runku mę­skim, na­wet przy stole sie­działa jak wójt gminy albo se­kre­tarz par­tii. Trzy­mała ręce na stole z za­ple­cio­nymi pal­cami i prze­ma­wiała, wy­cią­ga­jąc szyję. Była to próba na­śla­do­wa­nia Pod­gór­skiego, w jed­nej chwili stało się to dla mnie oczy­wi­ste, ale moi ro­dzice tego nie do­strze­gali, dla nich Al­dona była wciąż tak samo chora na umy­śle.

- Bar­dzo się cie­szę, że z nami zo­sta­jesz. Tu jest twój dom, nasz dom. Nic się nie martw, bę­dziesz do nas przy­cho­dzić na obiady... - po­cie­szała ją Ma­ryla.

Wi­działa i czuła, jak Al­dona cierpi z po­wodu nad­cią­ga­ją­cych zmian. Miała za chwilę stra­cić to, co było dla niej naj­waż­niej­sze, po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

- Będę ich co­dzien­nie od­wie­dzać, to nie­da­leko, na Ocho­cie. Po­jadę tram­wa­jem albo tak­sówką, już mam to prze­my­ślane. An­tek po­wie­dział, że jak się le­piej urzą­dzą, to mogę zo­sta­wać u nich na noc.

Oj­ciec spoj­rzał na mamę po­nad moją głową, tyle obojgu wy­star­czyło, żeby uzgod­nić, że te­mat już się wy­czer­pał, dla do­bra Al­dony. Po jej wyj­ściu oj­ciec dał upust swo­jej ra­do­ści.

- Wielki dzień nas czeka! Po­zbyć się ta­kiego czło­wieka to święto!

- Ci­szej... - Mama przy­mknęła drzwi, za któ­rymi się cho­wa­łam, przy­le­ga­jąc do ściany. Sztuki pod­słu­chi­wa­nia na­uczy­łam się od Al­dony.

- Pa­nie i pa­no­wie, niech nikt się nie do­wie... - Oj­ciec mó­wił to, pa­trząc w su­fit, gdzie po­dobno za­in­sta­lo­wano pod­słu­chy. Prze­ko­nany był, że bez­pieka ukryła w na­szych ży­ran­do­lach plu­skwy, czego nie można było wy­klu­czyć, ale z dru­giej strony, gdyby tak było, ojca aresz­to­wa­liby co naj­mniej raz w ty­go­dniu za to, co gło­sił.

- Krzy­żyk na drogę! Mu­simy utrzy­mać ich miesz­ka­nie, żeby się ja­kiś ko­lejny ubek nie ze­chciał u nas za­gnieź­dzić.

- Wła­dziu, ja bar­dzo pro­szę... - Głos mamy był ła­godny ni­czym letni wie­trzyk.

- Nie mó­wię tego, by ci zro­bić przy­krość, nie je­steś oso­bi­ście od­po­wie­dzialna za każ­dego członka two­jej licz­nej ro­dziny, jed­nak obec­ność Pod­gór­skich za ścianą po pro­stu mnie mier­ziła.

- Do­brze, dajmy już spo­kój. Oba­wiam się, że z tego będą same pro­blemy.

Wieść o wy­pro­wadzce Pod­gór­skich ucie­szyła ojca, ale głę­boko za­smu­ciła moją mamę. Przez ostat­nich dzie­sięć lat Pod­gór­scy opie­ko­wali się Al­doną i choć nie była to ła­twa w zde­fi­nio­wa­niu opieka, fakt, że mieli ją na oku, kar­mili i spraw­dzali, czy do­brze śpi, uspo­ka­jał mamę, jed­no­cze­śnie zwal­niał z obo­wiązku zaj­mo­wa­nia się młod­szą sio­strą. Mama naj­le­piej wie­działa, że Al­dona po­trze­buje nad­zoru oraz cier­pli­wo­ści, mimo iż przez więk­szość czasu spra­wiała wra­że­nie nor­mal­nej, szczę­śli­wej ko­biety.

- Mar­twię się. Co się sta­nie z moją sio­strą po wy­jeź­dzie Pod­gór­skich?

- W ja­kim sen­sie? - Oj­ciec uda­wał, że nie ro­zu­mie.

- Nie po­winna miesz­kać sama. Ni­gdy nie miesz­kała sama.

- Od­su­niemy szafę, ze­rwiemy dy­wan i po­łą­czymy miesz­ka­nia. W jed­nym z po­miesz­czeń mógł­bym na­resz­cie mieć swój ga­bi­net. - Miał na my­śli po­kój po An­to­nim, ale nie był w sta­nie wy­po­wie­dzieć tego gło­śno.

- Al­dona zo­sta­nie u sie­bie, po­kój go­ścinny może stać się na­szą ja­dal­nią, w końcu bę­dziemy żyć na ja­kimś po­zio­mie. Prze­cież to było na­sze miesz­ka­nie przed wojną. Cały me­traż!

Nie było to do końca prawdą. Miesz­ka­nie na­le­żało do dziad­ków Ros­to­ckich, po śmierci ich syna Ta­de­usza i ich wła­snej do mo­jej mamy i Al­dony, ale oj­ciec czuł się pra­wo­wi­tym wła­ści­cie­lem lo­kalu na Chłod­nej, mimo że sam wniósł w po­sagu tylko do­bre ma­niery i kilka sztuk gar­de­roby. Dziad­ko­wie Ja­giełło mieli syna i cztery córki, choć stać ich było le­d­wie na kota.

- Je­stem nie­spo­kojna. - Mama miała szó­sty zmysł. - Al­dona jesz­cze nie zdaje so­bie sprawy, jak to bę­dzie po ich wy­pro­wadzce, od­czuwa nie­po­kój, miota się, ale nie ro­zu­mie, co się z tym wiąże.

- Nic jej nie bę­dzie. Tę­sk­nota to nie śmier­telna cho­roba - burk­nął oj­ciec.

Nie miał wiel­kiej ochoty na roz­mowę o szwa­gierce, po­nie­waż śpie­szył się do swo­ich to­wa­rzy­skich obo­wiąz­ków, ale mama nie chciała za­mknąć te­matu, za­nim cze­goś nie po­sta­no­wią.

- Al­dona jest bar­dzo przy­wią­zana do An­to­niego... - po­wie­działa do męża, pa­trząc mu bła­gal­nie w oczy. Chciała, by ją wsparł, by coś po­wie­dział lub zro­bił, żeby od­pę­dzić jej złe prze­czu­cia i czarne my­śli. Oj­ciec mo­de­lo­wał kra­wat, sto­jąc przed lu­strem.

- Ma­ryla, czy ty aby nie hi­ste­ry­zu­jesz? Osta­tecz­nie zmiana jej nie do­ty­czy, zo­staje w zna­jo­mym jej oto­cze­niu, wśród swo­ich. Twoja sio­stra ma nas, Oleńkę, swój kąt. Kiedy otwo­rzy się drzwi po­mię­dzy miesz­ka­niami, bę­dzie mo­gła do nas za­cho­dzić w każ­dej chwili. Nie­po­trzeb­nie się za­mar­twiasz. Trzeba jej ja­sno wy­tłu­ma­czyć, że miesz­kamy ra­zem.

- Ale jak jej wy­tłu­ma­czyć, że An­toni już nie śpi za ścianą? Że nie bę­dzie go co­dzien­nie wi­dy­wać i no­sić jego swe­tra? Ży­cie Doni skła­dało się do­tych­czas z dro­bia­zgów ob­ra­ca­ją­cych się wo­kół Pod­gór­skich, ści­ślej mó­wiąc, wo­kół An­to­niego.

- Uwa­żasz, że ona coś czuje do Pod­gór­skiego? - Oj­ciec skrzy­wił się z nie­do­wie­rza­niem i wy­gła­dził włosy na skro­niach. Był za­do­wo­lony z wy­glądu męż­czy­zny, któ­rego wi­dział w lu­strze.

- Wła­dziu... Prze­cież ona go ko­cha...

- Do­prawdy...?! Czy Al­dona w ogóle od­róż­nia mi­łość od przy­wią­za­nia?

Przy­słu­chi­wa­łam się uważ­nie roz­mo­wie ro­dzi­ców i kiedy mama wspo­mniała o mi­ło­ści Al­dony do An­to­niego, przy­po­mnia­łam so­bie zbe­reźne opisy, ja­kimi mnie Al­dona ra­czyła. An­tek był pod nią, nad nią, po­tem ona w nim. An­toni Pod­gór­ski w mo­ich oczach był sta­rym zgre­dem, mimo iż miał do­piero trzy­dzie­ści sześć lat, na­to­miast dwu­dzie­sto­ośmio­let­nią Al­donę uwa­ża­łam za swoją ró­wie­śnicę, więc wy­obra­że­nia ich fi­zycz­nej mi­ło­ści, które kie­dyś mnie ba­wiły, te­raz przy­pra­wiały o mdło­ści. My­ślę, że ro­dzice uwa­żali ich dawne na­rze­czeń­stwo za nie­skon­su­mo­wane i do głowy by im nie przy­szło, jak so­bie "mło­dzi" po­fol­go­wali, nie bę­dąc w po­bło­go­sła­wio­nym związku. Nie wie­dzia­łam tylko, czy Te­resa od­gry­wała ja­kąś rolę w tych mi­ło­snych igrasz­kach, o niej Al­dona ni­gdy nie wspo­mi­nała, opo­wia­da­jąc w szcze­gó­łach, na czym scho­dziły jej i An­to­niemu go­rące noce.

Pod­gór­scy nie wzięli z miesz­ka­nia pra­wie nic poza swo­imi ubra­niami. Nie spraw­dziły się prze­wi­dy­wa­nia ojca, że ogo­łocą ściany, wy­wrócą szu­flady do góry no­gami, wy­no­sząc tyle, ile bę­dzie w sta­nie udźwi­gnąć sa­mo­chód cię­ża­rowy.

W li­sto­pa­dzie 1956 roku Ko­mi­tet do spraw Bez­pie­czeń­stwa Pu­blicz­nego zo­stał zli­kwi­do­wany i po­wo­łano do ży­cia nowy or­gan, Służbę Bez­pie­czeń­stwa przy Mi­ni­ster­stwie Spraw We­wnętrz­nych, choć jak ma­wiał mój oj­ciec, je­den czort! Pod­gór­ski awan­so­wał po tej prze­mia­nie, w wy­niku któ­rej wielu taj­nia­ków i funk­cjo­na­riu­szy sta­rej gwar­dii stra­ciło pracę. Był za­ufa­nym czło­wie­kiem Mie­czy­sława Mo­czara, z któ­rym znał się z daw­nych cza­sów, i ten, gdy tylko wró­cił do łask i ob­jął sta­no­wi­sko wi­ce­mi­ni­stra, na­tych­miast zro­bił Pod­gór­skiego dy­rek­to­rem i dał mu miesz­ka­nie, sa­mo­chód służ­bowy oraz wiele cen­nych przy­wi­le­jów. Wy­pro­wa­dzili się z Chłod­nej przed Bo­żym Na­ro­dze­niem 1956 roku.

Al­dona z po­wodu straty uko­cha­nego nie za­żyła cy­janku ani nie pod­cięła so­bie żył, le­żąc w wan­nie. Kilka dni po wy­pro­wadzce Pod­gór­skich moja ciotka tar­gnęła się na swoje ży­cie. Pod­pa­liła miesz­ka­nie, a ści­ślej mó­wiąc, pod­pa­liła sie­bie, sie­dząc na łóżku An­to­niego.

Roz­dział 3

Na dwa dni przed Bo­żym Na­ro­dze­niem wciąż nie mo­głam się zde­cy­do­wać, z któ­rym sy­nem będę świę­to­wać Wi­gi­lię. Otrzy­ma­łam, jak co roku, dwa za­pro­sze­nia. Jedno do Marka, dru­gie do Kuby. Domy mo­ich sy­nów były go­ścinne i czu­łam się tam do­brze na tyle, na ile ko­bieta w moim wieku może czuć się do­brze poza wła­snym le­go­wi­skiem. Mia­łam w ich do­mach kap­cie, bie­li­znę na zmianę, cie­pły swe­ter oraz za­pa­sowe ta­bletki na nad­ci­śnie­nie.

Ma­rek miesz­kał na strze­żo­nym osie­dlu na Mo­ko­to­wie w apar­ta­men­cie, który przy­po­mi­nał mi pię­cio­gwiazd­kowy ho­tel. Wszystko tam było ste­rylne, pro­ste, funk­cjo­nalne i poza ko­lo­rem sza­rym, bia­łym i czar­nym wy­stę­po­wała w nie­licz­nych ozdo­bach bu­tel­kowa zie­leń. Ku­pił trzy ta­kie apar­ta­menty je­den nad dru­gim, dla sie­bie za­trzy­mał naj­więk­szy na naj­wyż­szym pię­trze z dwoma bal­ko­nami i ład­nym wi­do­kiem.

Kuba na­to­miast za­ku­pił starą nie­ru­cho­mość w Ma­ry­si­nie Wa­wer­skim z du­żym ogro­dem i pięk­nym drze­wo­sta­nem, którą suk­ce­syw­nie re­mon­to­wał w miarę moż­li­wo­ści fi­nan­so­wych. Moi sy­no­wie od sze­ściu lat nie spę­dzali ra­zem świąt. Iro­nią losu był fakt, że bez względu na to, czy przez ostat­nich pięt­na­ście lat je­cha­łam do domu star­szego syna czy młod­szego, do wi­gi­lij­nego stołu na­kry­wała Aneta.

Czasy nie zmie­niły się wiele pod tym wzglę­dem, sy­no­wie do­ra­stają, chcą się że­nić, za­kła­dać wła­sne go­spo­dar­stwa i za­nim przy­stą­pią do re­ali­za­cji ży­cio­wych pla­nów, przy­pro­wa­dzają wy­brane po­łówki do ro­dzin­nego domu z na­dzieją, że się spodo­bają i zo­staną mile przy­jęte przez ich matki. Obce dziew­czyny z dnia na dzień wkra­czają do ro­dziny męża wraz ze swo­imi na­wy­kami, tra­dy­cjami, po­glą­dami i na­tych­miast za­czy­nają się li­cy­ta­cje, u kogo jest le­piej i kto jest waż­niej­szy. Nie ma na świe­cie dwóch ta­kich sa­mych ro­dzin, na­wet tra­dy­cyjne domy róż­nią się mię­dzy sobą, a co do­piero domy bu­do­wane w od­mien­nych tra­dy­cjach i hi­sto­riach. Bo­le­śnie się o tym prze­ko­na­łam, wy­cho­dząc za mąż za Woj­cie­cha. Nasz zwią­zek to był ma­riaż mia­sta ze wsią, in­te­li­gen­cji z klasą ro­bot­ni­czą. Jako mąż i żona osta­tecz­nie po­ro­zu­mie­li­śmy się po­nad tą głę­boką fosą po­cho­dze­nia, nie­stety wszy­scy inni człon­ko­wie obu ro­dzin do tej fosy wpa­dli.

Ani mnie, ani mo­jemu dru­giemu mę­żowi Woj­cie­chowi nie spodo­bała się dziew­czyna Marka. Przy­pro­wa­dził ją w dniu mo­ich imie­nin i przed­sta­wił od progu wszyst­kim go­ściom jako swoją na­rze­czoną, co nas ogrom­nie za­sko­czyło, po­nie­waż nie mie­li­śmy po­ję­cia, że się za­rę­czył. Jego po­przed­nie dziew­czyny - a było ich sporo, po­nie­waż nie dość że Ma­rek to przy­stojny le­karz o do­brej re­pu­ta­cji, to jesz­cze dow­cipny i cza­ru­jący - po­ja­wiały się w na­szym domu re­gu­lar­nie, ale żadna nie roz­go­ściła się na dłu­żej. Wszyst­kie ładne, uśmiech­nięte, prze­waż­nie pie­lę­gniarki albo le­karki, za­ko­chane i go­towe do mał­żeń­stwa, gdyby tylko Ma­rek zde­cy­do­wał się przy­klęk­nąć na jedno ko­lano. Oma­wia­li­śmy każdą z osobna, jak­by­śmy je przy­mie­rzali do głów­nej roli w fil­mie, ale ni­gdy nie zdą­ży­li­śmy po­dzie­lić się na­szą opi­nią z Mar­kiem. Jego związki nie trwały dłu­żej niż trzy mie­siące i za­czy­na­łam pod­py­ty­wać męża, czy taka nie­moc utrzy­ma­nia związku nie jest aby po­dej­rzana. Woj­ciech trak­to­wał i ko­chał mo­jego syna jak wła­snego, choć w dniu na­szego ślubu Ma­rek miał pięć lat. Jego oj­cem był mój pierw­szy mąż Stach Buch­man.

Woj­ciech uspo­ka­jał mnie, że ta­kie prze­bie­ra­nie w dziew­czy­nach nie ozna­cza ni­czego nie­po­ko­ją­cego. Nie ma się co śpie­szyć przy pa­so­wa­niu ob­rą­czek, po­wta­rzał. W jego ustach brzmiało to ko­micz­nie, bio­rąc pod uwagę, jak krótko my zna­li­śmy się przed ślu­bem.

Gdy tylko wy­szli wszy­scy go­ście, za­czę­łam sprzą­tać pu­ste ta­le­rze i szklanki wy­bru­dzone szminką i tak­tow­nie wy­py­ty­wać Woj­cie­cha, co my­śli o na­rze­czo­nej Marka i tej na­głej za­po­wie­dzi ślubu. Mąż po­ma­gał mi w kuchni, wy­cie­rał ocie­ka­jące pianą pół­mi­ski, usta­wiał je na stole, bo tylko ja wie­dzia­łam, gdzie jest miej­sce od­święt­nej za­stawy i w któ­rej szu­fla­dzie prze­cho­wu­jemy kom­plet srebr­nych ły­że­czek sta­no­wiący część mo­jego "po­sagu".

- Wy­glą­dają na za­ko­cha­nych - mruk­nął, bio­rąc z mo­ich rąk ka­rafkę. Na dnie zo­stało kilka kro­pel wi­śniówki do­mo­wej ro­boty. Na­lał so­bie do kie­liszka i usiadł przy stole.

- Ow­szem, ale czy samo za­ko­cha­nie wy­star­czy?

- Od cze­goś trzeba za­cząć - od­parł.

- Cho­dzi mi o to - snu­łam da­lej swoje wąt­pli­wo­ści - że w Ane­cie jest zbyt wiele sprzecz­no­ści. Ona udaje przed Mar­kiem i przed nami osobę, którą nie jest. Poza tym jest zimna jak mro­żony gro­szek. Je­stem cie­kawa two­jego zda­nia, osta­tecz­nie może ja się mylę? Ja­kie na to­bie zro­biła wra­że­nie?

Woj­ciech roz­parł się na krze­śle.

- Nie mam zda­nia, roz­ma­wia­łem z nią prze­lot­nie, wy­da­wała się miła.

- My­ślisz, że na­prawdę Ma­rek się z nią ożeni, czy tylko tak dla hecy przed­sta­wił Anetę jako swoją na­rze­czoną? - za­py­ta­łam z na­dzieją w gło­sie.

Woj­ciech spoj­rzał na mnie, pod­no­sząc kie­li­szek do ust.

- O ta­kie po­czu­cie hu­moru go nie po­dej­rze­wam. Moim zda­niem za­ko­chał się na po­waż­nie.

Woj­ciech wstał i za­brał się za skła­da­nie stołu ja­dal­nego, przy któ­rym w dni po­wsze­dnie mo­gło sia­dy­wać sześć osób, od święta dwa­na­ście.

- Przy­znaję ci ra­cję, że ta dziew­czyna wy­twa­rza dziwną, ner­wową at­mos­ferę. Po jej wyj­ściu w miesz­ka­niu zro­biło się we­se­lej i chyba wszy­scy twoi go­ście to za­uwa­żyli.

- To nie jest do­bry znak - stwier­dzi­łam zmar­twiona.

Przez kilka na­stęp­nych ty­go­dni wi­dy­wa­li­śmy Marka bar­dzo rzadko, a je­śli przy­cho­dził, bar­dzo się śpie­szył do Anety, która już nas wię­cej nie od­wie­dziła i zo­ba­czy­li­śmy ją do­piero pod­czas pro­szo­nego obiadu w re­stau­ra­cji, kiedy po­zna­li­śmy jej mamę i dwie młod­sze sio­stry. Stra­szy brat Anety stu­dio­wał w Lu­bli­nie i nie mógł uczest­ni­czyć w uro­czy­sto­ści. Za­pla­no­wali ślub na wrze­sień i za­raz po ro­sole, nie cze­ka­jąc na ko­tlety z fryt­kami i ze­sta­wem su­ró­wek, Ma­rek otwo­rzył dys­ku­sję na te­mat fi­nan­so­wa­nia we­sela, za­pew­nia­jąc wszyst­kich obec­nych, że mło­dzi sami za wszystko za­płacą. Mło­dzi, czyli Ma­rek. Aneta usztyw­niła się jesz­cze bar­dziej, kiedy oma­wiany był te­mat pie­nię­dzy oraz liczby go­ści we­sel­nych. Upięte na czubku głowy rude loki po­sta­rzały ją, a wiel­kie, tan­detne kol­czyki dyn­dały w uszach ni­czym dzwony. Ubrana była w białą, ob­ci­słą su­kienkę, spod któ­rej prze­świ­ty­wał ko­lo­rowy biu­sto­nosz. Jej chude, od­sło­nięte ra­miona ko­ja­rzyły mi się z cza­sami wo­jen­nego głodu. Obie sio­stry Anety, sym­pa­tyczne pod­lotki, wy­da­wały się mieć w so­bie wię­cej luzu i choć Aneta nie mo­gła się po­wstrzy­mać od stro­fo­wa­nia ich przy stole, chi­cho­tały i do­po­wia­dały, jak­by­śmy wszy­scy byli rów­no­lat­kami. Mama Anety pra­wie się nie od­zy­wała pod­czas obiadu, sie­działa na końcu stołu, nie­ważna i bez prawa głosu. Przez lata do­mi­no­wał ją mąż, te­raz córka. Je­śli ta ko­bieta o znisz­czo­nej twa­rzy miała ja­kieś ma­rze­nia, to chyba tylko ta­kie, żeby mo­gła ist­nieć tro­chę mniej, i to w ja­kimś za­ci­szu, gdzie nikt nie bę­dzie na nią pa­trzył i o nic nie bę­dzie py­tał.

Przy de­se­rze usta­la­li­śmy i spi­sa­li­śmy li­stę na­szych go­ści, po­czy­na­jąc od tych waż­nych i naj­bliż­szych, po zna­jo­mych, są­sia­dów oraz dal­sze ku­zy­no­stwo. Ze­brało się czter­dzie­ści sześć osób. Nie­spo­dzie­wa­nie mama Anety za­brała głos.

- Z na­szej strony to na­li­czy­łam sto osób.

Spoj­rza­łam na Marka.

- Wszyst­kich go­ści bę­dzie sto, musi pani coś spu­ścić... - od­pa­ro­wał.

- Lu­dzie by się ob­ra­zili - po­wie­działa moc­nym, sta­now­czym gło­sem. - Sto to tak na uduś, pa­so­wa­łoby wię­cej za­pro­sić, ale Anetka się pew­nie nie zgo­dzi.

Aneta nie za­re­ago­wała, ale z po­mocą przy­szedł Mar­kowi jego oj­czym. Woj­ciech pod­niósł szklankę piwa w górę, jakby wzno­sił to­ast.

- To już ustalą mię­dzy sobą mło­dzi. Oni płacą, za­tem wszystko od nich za­leży. We­sele na sto osób w dzi­siej­szych cza­sach to już jest roz­mach. Gdyby Ma­rek chciał za­pro­sić wszyst­kich swo­ich ko­le­gów i ko­le­żanki ze szpi­tala, trzeba by było Salę Kon­gre­sową wy­na­jąć... Prawda?

Ma­rek przy­tak­nął. Aneta po­dała sio­strze swój ka­wa­łek tortu, nie miała ochoty na żadne słod­ko­ści. Zja­dła tylko ro­sół i ka­wa­łek mięsa z su­rówką, nie tknęła fry­tek ani sosu czosn­ko­wego. Ma­rek ob­jął opar­cie krze­sła, na któ­rym sie­działa, i przy­tu­lił głowę do ra­mie­nia na­rze­czo­nej. Nie od­po­wie­działa na tę czu­łość, jej ciało było z wo­sku, nie umiała nim po­ru­szyć. Tak mi było wtedy smutno i tak żal, że nie do­cze­kam się sy­no­wej, z którą bym się mo­gła uło­żyć jak z córką albo jak z ko­le­żanką, po­nie­waż ja­snym się stało pod­czas na­szego dru­giego spo­tka­nia, że nie bę­dzie nam po dro­dze, i za­miast się cie­szyć, de­ner­wo­wa­łam się od sa­mego pa­trze­nia w jej kie­runku. Po przyj­ściu do domu po­szłam za­raz na górę i w zło­ści roz­bie­ra­łam gar­sonkę, a przy ścią­ga­niu poń­czoch zro­bi­łam na palcu wielką dziurę. Wie­dzia­łam, że nie je­stem w sta­nie po­wstrzy­mać syna, co­kol­wiek bym mu po­wie­działa, tylko po­psu­ła­bym na­sze sto­sunki. On już zde­cy­do­wał, szedł za gło­sem serca ślepy, głu­chy, zde­ter­mi­no­wany. Czym jest ta cho­roba mi­ło­ści, przej­ściowy stan umy­słu, który wła­śnie na umysł naj­bar­dziej szko­dzi?

Woj­ciech wszedł do sy­pialni tak ci­cho, że za­uwa­ży­łam go do­piero, gdy sta­nął w drzwiach ła­zienki. Grza­łam dłoń pod cie­płym stru­mie­niem wody.

- Olu, czy ty pa­mię­tasz na­sze za­rę­czyny, które miały cha­rak­ter stypy?

- Dajże spo­kój! - ob­ru­szy­łam się.

- Przez dwa­dzie­ścia parę lat sta­ra­łem się udo­wod­nić twoim ro­dzi­com, two­jemu ta­tuś­kowi w szcze­gól­no­ści, że je­stem cie­bie go­dzien, a i tak po­marli prze­ko­nani, że zmar­no­wa­łaś so­bie przy mnie ży­cie. Nie rób tego swo­jemu sy­nowi...

- Po pro­stu mam złe prze­czu­cia - stwier­dzi­łam.

"Woj­tek bez por­tek" - niby żar­tem po­wie­dział mój oj­ciec, kiedy dwa lata po śmierci Sta­cha przy­pro­wa­dzi­łam mo­jego przy­szłego męża do miesz­ka­nia ro­dzi­ców na Chłodną. Na­wet po la­tach pewne wy­da­rze­nia z mło­do­ści czy na­wet z dzie­ciń­stwa pa­mięta się wy­raź­nie, choć w osta­tecz­nym roz­li­cze­niu nie oka­zały się ani prze­ło­mowe, ani spe­cjal­nie ważne, inne z ko­lei, choć bar­dzo by się chciało pa­mię­tać wszyst­kie szcze­góły, ule­ciały i prze­pa­dły na za­wsze w tej naj­bar­dziej ta­jem­ni­czej piw­nicy do prze­cho­wy­wa­nia sta­roci, jaką jest nasz mózg.

I tak na ta­blicy wy­da­rzeń z dnia 1 maja 1971 roku wy­świe­tla mi się w pierw­szej ko­lej­no­ści ob­raz mo­jego ojca Wła­dy­sława sto­ją­cego przed lu­strem, ubra­nego w białą jak śnieg ko­szulę i czarne, wy­pra­so­wane na kant spodnie pod­trzy­my­wane szel­kami. Wy­gła­dził koł­nie­rzyk i po­pra­wił per­łowe spinki przy man­kie­tach, a mama po­dała mu ma­ry­narkę. Ni­gdy na nią nie pa­trzył, kiedy mu usłu­gi­wała, jego wzrok za­wsze szu­kał lu­stra. Szczu­pły, wy­soki, lekko zgar­biony, jakby wciąż się oba­wiał, że nie zmie­ści się w drzwiach. Mama była małą kurką, pięk­nym do­dat­kiem do po­staw­nego męża. Kiedy pa­trzył w swoje od­bi­cie w lu­strze, ona stała obok z prze­krzy­wioną lekko głową i po­dzi­wiała go w mil­cze­niu. Cza­sami po­pra­wiała klapy ma­ry­narki albo bie­gła do szafy przy­nieść inny kra­wat, kiedy wi­działa, że Wła­dy­sław nie jest do końca za­do­wo­lony z przy­go­to­wa­nej sty­li­za­cji.

Oj­ciec nie wy­bie­rał się na po­chód pierw­szo­ma­jowy, ale do re­stau­ra­cji na jedno z owych spo­tkań li­te­rac­kich, pod­czas któ­rych znani i nie­znani twórcy mie­rzyli się na słowa, in­spi­ra­cje i naj­bliż­sze plany. Prze­chwa­lali się, ob­ga­dy­wali nie­obec­nych, nie­kiedy opo­wia­dali pi­kantne aneg­doty i wtedy ich po­liczki na­bie­rały ko­loru wnę­trza świń­skiego ucha. To było na­tu­ralne śro­do­wi­sko mo­jego ojca, wśród tych ta­len­tów ów­cze­snej War­szawy czuł się jak ryba w wo­dzie. Wszy­scy go znali i on znał wszyst­kich war­tych bliż­szej zna­jo­mo­ści. W zna­ko­mi­tej więk­szo­ści jego to­wa­rzy­stwo sta­no­wili męż­czyźni, po­nie­waż w tam­tych cza­sach o ko­bie­tach się opo­wia­dało, ale nie za­pra­szało do in­te­lek­tu­al­nego stołu. Chyba że były to pa­nienki bez­pru­de­ryjne i prze­sad­nie nie­za­in­te­re­so­wane swoją re­pu­ta­cją lub sławne jak Ka­lina Ję­dru­sik czy Elż­bieta Czy­żew­ska.

- Na którą ma być obiad? - Mama bar­dzo dbała, żeby na al­ko­ho­lowe de­baty li­te­rac­kie jej mąż szedł z peł­nym żo­łąd­kiem.

- Umó­wi­łem się na osiem­na­stą, wcze­śniej chciał­bym jesz­cze tro­chę po­pra­co­wać i zdrzem­nąć się, za­tem może usiądźmy do stołu około sie­dem­na­stej? - Oj­ciec, przy­mie­rzyw­szy strój na wie­czór, zdjął ma­ry­narkę i od­piął spinki.

- Ja też mam dziś wy­chodne - wtrą­ci­łam - pew­nie nie wrócę na czas, żeby po­ło­żyć Marka spać.

- A gdzie ty się, cór­cia, wy­bie­rasz? Nie wi­dzę sztur­mówki... - Oj­ciec ro­zej­rzał się osten­ta­cyj­nie po przed­po­koju.

- Umó­wi­łam się z ko­le­żan­kami w Mo­za­ice, bę­dziemy świę­to­wać bez ro­bot­ni­ków i chło­pów - od­par­łam, si­ląc się na sar­kazm, któ­rym mia­łam na­dzieję przy­po­do­bać się ojcu.

- Thank you, Lord, przez mo­ment my­śla­łem, że idziesz na po­chód.

Od­wró­ci­łam głowę przy­ła­pana na kłam­stwie. Obie­ca­łam mo­jej przy­ja­ciółce Kazi, że pójdę z nią na po­chód pierw­szo­ma­jowy, a do­piero po­tem wy­sko­czymy na kawę i ko­niak do Mo­zaiki. Ka­zia pra­co­wała w Fa­bryce Sa­mo­cho­dów Oso­bo­wych na Że­ra­niu, gdzie uczest­nic­two w świę­cie lu­dzi pracy było obo­wiąz­kowe, a nie­obec­ność w taki czy inny spo­sób ka­rana. Ka­zia mu­siała iść, po­sta­no­wi­łam iść z nią, dla przy­jem­no­ści, nie z obo­wiązku. Oj­ciec ta­kiego ro­dzaju przy­jem­no­ści na pewno by nie zro­zu­miał. Ka­zia ko­le­go­wała się z kil­koma na­prawdę we­so­łymi dziew­czy­nami, no­wymi oby­wa­tel­kami War­szawy, i cza­sami spo­ty­ka­ły­śmy się w ka­wiarni na dam­skie plo­teczki i ciastko z kre­mem. One umiały wy­pić kie­li­szek jed­nym hau­stem, pod­czas kiedy ja się krztu­si­łam przy każ­dej pró­bie i nie ro­bi­łam tego spe­cjal­nie, po pro­stu nie umia­łam pić wódki po mę­sku, nie zdą­ży­łam się ta­kich prak­tycz­nych rze­czy na­uczyć w moim su­ro­wym, tra­dy­cyj­nym domu. Pod tym wzglę­dem Al­dona mnie wy­prze­dzała. Lu­bi­łam to­wa­rzy­stwo tych nie­skom­pli­ko­wa­nych dziew­czyn wła­śnie dla­tego, że były inne od osób, ja­kie wcze­śniej zna­łam, i choć w ni­czym nie umia­ła­bym czy chcia­ła­bym im do­rów­nać, kiedy tylko Ka­zia mnie za­pra­szała, szłam.

Dziew­czyny z FSO po­tra­fiły prze­trzy­mać każde spoj­rze­nie męż­czy­zny, pod­czas gdy ja się pło­szy­łam po dru­gim mru­gnię­ciu po­wiek. No­siły ko­lo­rowe su­kienki, nie za­wsze modne, ale za­wsze bar­dzo krót­kie. Ka­zia przy­jaź­niła się z Wieśką od dnia, kiedy obie do­stały pracę w FSO, i trzy­mały się ra­zem rów­nież poza za­kła­dem. Ja przy­sta­łam do nich nie­dawno, po roku do­bro­wol­nego za­mknię­cia w domu za­czę­łam po­woli otwie­rać okna, a po­tem wy­cho­dzić do mia­sta.

Z Ka­zią zna­ły­śmy się z cza­sów, kiedy jej mama, pani Ma­ry­sia Jam­róz, pra­co­wała u nas jako po­moc do­mowa. Za po­zwo­le­niem mamy pani Ma­ry­sia przy­pro­wa­dzała małą Ka­zię do pracy i mimo że czar­no­oka dziew­czynka była ode mnie pięć lat młod­sza, znaj­do­wa­ły­śmy wspólny ję­zyk i spę­dza­ły­śmy ze sobą sporo czasu, który scho­dził nam na wy­my­śla­nych przeze mnie za­ba­wach. Za­my­ka­ły­śmy się w du­żym po­koju albo w kuchni, gdzie szy­ko­wa­ły­śmy różne przed­sta­wie­nia lub prze­bie­ra­jąc się w mę­skie ubra­nia, uda­wa­ły­śmy, że je­ste­śmy pierw­szymi se­kre­ta­rzami, któ­rzy spo­ty­kają się, żeby ra­to­wać świat od za­głady. Ja by­łam Sta­li­nem, a ośmio­let­nia Ka­zia Bie­ru­tem, to znów ja od­gry­wa­łam rolę złego Tru­mana, a Ka­zia do­brej żony Fi­dela Ca­stro, Mirty Díaz-Ba­lart, o któ­rej mój oj­ciec opo­wie­dział nam po po­wro­cie jego ko­legi pi­sa­rza z Kuby.

Pra­sław­ski po­dobno po­znał przy­wódcę Kuby i jego żonę, po­ka­zał ko­le­gom li­te­ra­tom kilka wspól­nych fo­to­gra­fii zro­bio­nych na ta­ra­sie ich re­zy­den­cji, za­tem do­sta­ły­śmy go­towy ma­te­riał do od­gry­wa­nia scen mał­żeń­skich, przed­sta­wia­jąc po­staw­nego Ca­stro jako skoń­czo­nego ro­man­tyka, który co rusz pa­dał na ko­lana przed swoją żoną. Kiedy roz­po­czę­łam na­ukę w XXI Li­ceum Ogól­no­kształ­cą­cym im. Hu­gona Koł­łą­taja, Ka­zia znik­nęła z mo­jego ra­daru, choć pani Ma­ry­sia jesz­cze przez na­stępne lata przy­cho­dziła do nas, żeby go­to­wać i uprząt­nąć ba­ła­gan po mnie i moim ojcu. Przy­cho­dziła rano, kiedy ja by­łam w szkole, i cza­sami mi­ja­ły­śmy się w drzwiach miesz­ka­nia. Py­ta­łam ją o Ka­zię, pro­si­łam po­zdro­wić, ale by­łam wtedy za­la­tana ze swo­imi no­wymi ko­le­żan­kami i ko­le­gami z li­ceum, zu­peł­nie in­nymi niż Ka­zia czy Al­dona. Obie moje przy­ja­ciółki z dzie­ciń­stwa po­szły chwi­lowo w od­stawkę. Do­piero gdy jako młoda wdowa wró­ci­łam ze Szcze­cina, od­no­wi­ły­śmy zna­jo­mość, a ta szybko prze­kształ­ciła się w przy­jaźń.

Ka­zia wy­my­śliła na­sze wspólne wyj­ście do Cafe Mo­zaika na Pu­ław­skiej. W bu­dynku, gdzie na par­te­rze znaj­do­wała się ka­wiar­nia, miesz­kała naj­we­sel­sza ko­le­żanka Kazi, Wieśka. Bal­kon jej miesz­ka­nia wi­siał bez­po­śred­nio nad wej­ściem do po­pu­lar­nego lo­kalu ozdo­bio­nego ró­żo­wym neo­nem. Dziew­czyna wy­naj­mo­wała tam po­kój u bez­dziet­nych na­uczy­cieli i jak sama mó­wiła, ab­so­lut­nie jej nie prze­szka­dzało, że pan geo­graf pod­gląda ją w ła­zience, a pani po­lo­nistka ob­da­ro­wuje ubra­niami pod wa­run­kiem, że w jej obec­no­ści te blu­zeczki i spód­niczki przy­mie­rzy. Wieśka roz­bie­rała się do na­gu­sieńka i za­kła­dała bar­dzo po­woli da­ro­wane zwiewne łaszki albo sztywne jak kol­czuga su­kienki, a pani pa­trzyła. Po­lo­nistka miała szklane oczy ni­czym mo­kre denka bu­te­lek po oran­ża­dzie i z tru­dem prze­ły­kała ślinę, po­dzi­wia­jąc fi­gurę Wieśki. Ko­leżka Kazi uwiel­biała opo­wia­dać nam o spra­wach dam­sko-mę­skich i po praw­dzie o ni­czym in­nym nie umiała tak in­te­re­su­jąco mó­wić, jak o wy­głod­nia­łych męż­czy­znach bie­ga­ją­cych za nią z wy­wa­lo­nym ję­zo­rem. Cheł­piła się też tym, że wi­działa na wła­sne oczy słyn­nych fil­mow­ców i ak­to­rów wcho­dzą­cych lub wy­ta­cza­ją­cych się z Mo­zaiki, i prze­ko­ny­wała, że mu­simy kie­dyś tam pójść, po­nie­waż przy du­żym szczę­ściu mo­żemy na­tknąć się na Wajdę czy Kie­ślow­skiego.

"Kie­dyś" zmie­niło się w 1 maja, po­nie­waż Ka­zia po­sta­no­wiła za nas wszyst­kie, że pój­dziemy po po­cho­dzie na piwo i śle­dzia. Naj­pierw dziew­czyny mu­siały speł­nić swój obo­wią­zek i wziąć udział w ofi­cjal­nej czę­ści ma­jo­wego święta. Były pod­eks­cy­to­wane my­ślą, że na wła­sne oczy zo­ba­czą naj­waż­niej­szych w Pol­sce dy­gni­ta­rzy za­sia­da­ją­cych na try­bu­nie ho­no­ro­wej. Ja rów­nież chcia­łam zo­ba­czyć no­wego I se­kre­ta­rza PZPR Edwarda Gierka, któ­rego wszy­scy zna­li­śmy tylko z te­le­wi­zji, a ten po­stawny męż­czy­zna wy­cze­sany na jeża bar­dzo się ko­le­żan­kom z FSO po­do­bał. Pa­mię­tam, że prze­cho­dząc przed try­buną ho­no­rową, po­my­śla­łam, że Gie­rek jest w rze­czy­wi­sto­ści znacz­nie po­waż­niej­szy i smut­niej­szy niż na ekra­nie. Pew­nie był już zmę­czony ma­cha­niem do tłu­mów, może tro­chę znu­dzony, w każ­dym ra­zie w tej jed­nej chwili, kiedy na niego pa­trzy­łam, nie pre­zen­to­wał się jako silny, pewny sie­bie przy­wódca. Szłam w sze­regu z in­nymi pra­cow­ni­kami FSO po­mię­dzy Ka­zią a Wieśką. Trzy­ma­ły­śmy się pod ra­mię i żadna z nas nie nio­sła ani trans­pa­rentu ani flagi, ale by­ły­śmy czę­ścią tej so­cja­li­stycz­nej ma­ni­fe­sta­cji. Ze wszyst­kich stron po­wie­wały czer­wone i biało-czer­wone sztur­mówki oraz roz­pi­sane na dłu­gich płach­tach ha­sła: "Par­tia z na­ro­dem", "Ro­bot­nicy nie dzielmy się", "PZPR", "Niech się święci 1 Maja". Po­my­sło­wość nie­któ­rych za­kła­dów pracy czy or­ga­ni­za­cji była na­prawdę im­po­nu­jąca, lu­dzie prze­ści­gali się w pod­li­zy­wa­niu się wła­dzy i wy­pi­sy­wali różne idio­tyczne ha­sła na pro­por­cach, wy­ma­chu­jąc nimi przez try­buną ho­no­rową tak ener­gicz­nie, jakby chcieli niebo nad głową za­dźgać na śmierć. Za nami szli hut­nicy, ubrani w far­tu­chy i białe "kow­boj­skie ka­pe­lu­sze", ze swoim ogrom­nym ha­słem na czele: "Hut­ni­czy trud par­tii i oj­czyź­nie", a przed nami duża grupa mło­dych pie­lę­gnia­rek w far­tusz­kach i czep­kach. Dziew­czyny ma­sze­ru­jące w pierw­szym rzę­dzie trzy­mały w rę­kach kom­po­zy­cje z pa­pie­ro­wych kwia­tów, ale nie ma­chały nimi zbyt in­ten­syw­nie, pew­nie w oba­wie, że im się roz­lecą, za­nim do­trą przed try­bunę ho­no­rową.

Za­raz po prze­mar­szu przed try­buną wy­su­nę­ły­śmy się z po­chodu i na­dal trzy­ma­jąc się za ręce, po­szły­śmy wol­nym kro­kiem wzdłuż Mar­szał­kow­skiej.

- Przy­stoj­niak z tego to­wa­rzy­sza Gierka - sko­men­to­wała Wieśka. - Tro­chę po­dobny do mo­jego wujka Mietka, tylko wyż­szy. Cie­kawe, czy ta jego Sta­sia mu star­cza? Ja bym się nim za­jęła, gdyby ład­nie po­pro­sił...

- Ra­czej nie po­prosi. - Ka­zia szturch­nęła mnie łok­ciem. - Wy­szy­ko­wa­łaś się jak pio­sen­karka do Opola, cała Mo­zaika osza­leje na twój wi­dok.

Ka­zia i Wieśka ubrane były po­dob­nie, w krót­kie kra­cia­ste spód­nice mini i ob­ci­słe białe bluzki pod­kre­śla­jące kształt piersi. Ja na pierw­szo­ma­jowy po­chód wy­bra­łam dwu­czę­ściowy kom­plet w zie­lo­nym ko­lo­rze skła­da­jący się ze spodni i ka­mi­zelki spię­tej pa­skiem z klamrą. Pod spód za­ło­ży­łam biały pół­golf. Przy­znam, że wy­róż­nia­łam się tego dnia w tłu­mie, głow­nie ze względu na tę in­ten­sywną zie­leń mo­jego stroju.

- Nie mu­szę się dziś śpie­szyć do domu, mama zaj­mie się Mar­kiem - po­wie­dzia­łam jej do ucha.

Ka­zia przy­ci­snęła się do mnie.

- Czas naj­wyż­szy, żeby ktoś wresz­cie się tobą za­jął, ale tak, że­byś wrzesz­czała na trzy pię­tra! Wiesz, co mó­wią naj­starsi gó­rale? Grzeczne dziew­czynki ro­bią grzeczne rze­czy, a nie­grzeczne całą resztę...

- Nie je­stem chyba go­towa na to, co my­ślisz - po­wie­dzia­łam, wzdy­cha­jąc.

- Tu­taj nie ma co my­śleć, tu trzeba dzia­łać, za­nim ci pu­sia mchem po­ro­śnie.

Śmia­łam się, Ka­zia była jak zwy­kle w do­sko­na­łym hu­mo­rze, a jej spro­śne uwagi po pro­stu uwiel­bia­łam. Przez moje gar­dło nie prze­szłyby ta­kie słowa, udła­wi­ła­bym się po pierw­szej sy­la­bie. Ale jej to pa­so­wało, nie była przy tym wul­garna, po pro­stu pi­kant­nie za­bawna, zu­peł­nie ina­czej niż Al­dona.

- Na­wet nie wiem, czy chcia­ła­bym ko­goś po­znać. Stach był mi­ło­ścią mo­jego ży­cia.

- Skąd wiesz? Ta­kie rze­czy można stwier­dzić na go­dzinę przed śmier­cią, a cie­bie jesz­cze wieko od trumny nie goni, więc się nie wy­po­wia­daj osta­tecz­nie.

Ka­zia była nieco pulchna jak na dzi­siej­sze stan­dardy, ale to ją nie mar­twiło. Dziew­czyna bez kom­plek­sów, dziew­czyna mą­dra ży­ciowo, u któ­rej chłop­ski spryt prze­plótł się z emo­cjo­nalną in­te­li­gen­cją, two­rząc uni­wer­salną po­stać na wszyst­kie czasy, te pe­ere­low­skie przede wszyst­kim. Śmiała się z PRL-u, ale nim nie gar­dziła jak mój oj­ciec.

Kiedy przy­sta­nę­ły­śmy na mo­ment, że­bym mo­gła po­pra­wić sprzączkę przy bu­cie, do­szło do nas dwóch mło­dych męż­czyzn. Nie­śli duży trans­pa­rent przed­sta­wia­jący czarno-białą fo­to­gra­fię Gierka i Ja­ro­sze­wi­cza spo­glą­da­ją­cych na ze­ga­rek z pod­pi­sem: "Przy­śpie­szamy oby­wa­tele". Jed­nym z nich był Woj­ciech Pa­ster­nak, mój przy­szły mąż, dru­gim Ro­man Kle­packi, przy­szły mąż Kazi.

Woj­ciech po­sia­dał urodę Ja­mesa De­ana i nic wię­cej nie mogę do­dać, poza tym, że Dean zgi­nął tra­gicz­nie, ma­jąc dwa­dzie­ścia cztery lata, a Woj­ciech skoń­czył wła­śnie dwa­dzie­ścia sześć i 1 maja 1971 roku miał się cał­kiem do­brze. Za­częli bar­dzo swo­bod­nie z nami roz­ma­wiać, jak­by­śmy się znali od dawna. Woj­cie­cha i Ro­mana znała tylko Wieśka z ja­kiejś wcze­śniej­szej uro­czy­sto­ści par­tyj­nej, kiedy to świę­to­wano wspólny wy­si­łek ro­bot­ni­czy Huty War­szawa i FSO, dla któ­rej to fa­bryki hut­nicy pro­du­ko­wali bla­chę na ka­ro­se­rię. Bez­wstyd­nie prę­żyła swoje wiel­kie cycki raz przed jed­nym, raz przed dru­gim hut­ni­kiem i nie za­dała so­bie trudu, żeby nas przed­sta­wić.

- Je­śli chce­cie iść z nami do Mo­zaiki, mu­si­cie gdzieś od­sta­wić trans­pa­rent. - Brodą wska­zała Gierka i Ja­ro­sze­wi­cza. - Nie wpusz­czą nas z tymi to­wa­rzy­szami do środka.

Ka­zia przy­glą­dała się przez chwilę twa­rzom naj­waż­niej­szych osób w pań­stwie, na­gle wy­pro­sto­wała się i wy­pa­liła w stronę kur­czą­cego się Ro­mana:

- Ty mi się wi­dzisz, chło­paku, mogę cię osta­tecz­nie za­brać na ramę mo­jego ro­weru.

Ro­man za­śmiał się, po­wie­dział, że odda trans­pa­rent ko­le­gom wra­ca­ją­cym do huty, i pro­sił, że­by­śmy chwilę na niego za­cze­kały. Woj­ciech nie po­szedł z nim, wo­lał stać obok mnie i ry­so­wać czub­kiem buta zyg­zaki na chod­niku. Ro­man wró­cił po kilku mi­nu­tach i od razu za­jął się Ka­zią. Pa­trzy­li­śmy, jak się do niej miz­drzy i stara się do­rów­nać jej dow­ci­pem, ale nie bar­dzo mu to wy­cho­dziło. Wieśką przez chwilę nikt się nie in­te­re­so­wał, więc się­gnęła po swoją naj­po­tęż­niej­szą broń. Wy­gła­dziła swe­te­rek na pier­siach, do­ty­ka­jąc piesz­czo­tli­wie bliź­nia­czych gór, i za­częła się wy­gi­nać, prze­gi­nać i ob­li­zy­wać usta. Chłopcy pa­trzyli na jej dło­nie, po­tem ich wzrok zje­chał ni­żej. Mnie w tym mo­men­cie zro­biło się smutno, na­gle so­bie uświa­do­mi­łam, że ja już nie będę pro­wa­dzić ta­kich bez­tro­skich flir­tów ani otwar­cie wo­dzić na po­ku­sze­nie, już nie po­de­rwą się mo­tyle w brzu­chu i nie za­wi­śnie na drzwiach biała ślubna su­kienka, po­nie­waż to wszystko już za mną. Wieśka i Ka­zia do­piero pu­kały do bram szczę­ścia, pod­nie­cone i cie­kawe, co je spo­tka, kto tam czeka i do­kąd je za­bie­rze, ja się nie li­czy­łam.

Pod­nio­słam prze­ciw­sło­neczne oku­lary na czu­bek głowy i za­ha­czy­łam je o włosy. Woj­ciech ob­ró­cił się do mnie twa­rzą, nie pa­trzył już na piersi Wieśki, ale w moje oczy.

- Pani mi ko­goś przy­po­mina.

- Ko­goś z ro­dziny?

Woj­ciech po­krę­cił głową.

- Jest taka ak­torka, w któ­rej na kilka dni za­ko­cha­łem się bez pa­mięci, na­zywa się Anna Dymna. W tam­tym roku by­li­śmy w Kra­ko­wie na We­selu Wy­spiań­skiego i ona tam grała Isię i Cho­choła. Pani jest do niej po­dobna!

Nie wiem, co za­sko­czyło mnie bar­dziej. Fakt, że ro­bot­nik huty kra­kow­skie te­atry od­wie­dza, czy to, że tak bez­ce­re­mo­nial­nie stwier­dza: za­ko­cha­łem się bez pa­mięci. Kiedy kilka lat póź­niej po­szli­śmy z Woj­cie­chem do kina na film Nie ma moc­nych, w któ­rym Anna Dymna tak cu­dow­nie za­grała rolę wnuczki Paw­laka, wspo­mi­na­li­śmy na­sze pierw­szo­ma­jowe spo­tka­nie na Mar­szał­kow­skiej, spo­tka­nie Anny Dym­nej z Ja­me­sem De­anem.

Woj­ciech Pa­ster­nak miał lśniące, ja­sne włosy za­cze­sane wy­soko, pro­sty, zgrabny nos, głę­boko osa­dzone gra­na­towe oczy i usta jak cze­re­śnie. Ta­kiego kształtu głowy nie po­wsty­dziłby się ża­den po­sąg grecki ani Alek­san­der Wielki. Każda ko­bieta mu­siała się przy nim czuć jak szara myszka. Nie uwa­ża­łam sie­bie za szcze­gól­nie atrak­cyjną - fakt, że w wieku trzy­dzie­stu je­den lat by­łam wdową z ma­łym syn­kiem przy boku, od­bie­rał mi pew­ność sie­bie w kon­tak­tach z męż­czy­znami. Wdowa z dziec­kiem to tylko ciut le­piej niż panna z dziec­kiem, przy­naj­mniej wtedy tak było. Męż­czyźni szu­kali nie­tknię­tych i uczu­ciowo nie­na­ru­szo­nych dziew­czyn, przed któ­rymi mo­gliby otwo­rzyć świat seksu i z dumą przed­sta­wić ro­dzi­com. Ko­bietą, która już raz prze­szła na­wet naj­krót­szą ścieżkę mał­żeń­stwa, bar­dzo trudno by­łoby się po­chwa­lić.

- Ma pani wolne po­po­łu­dnie? - Woj­ciech od­cią­gnął mnie od ko­le­ża­nek na kilka kro­ków.

- Idziemy do Mo­zaiki, zdaje się, że ko­le­żanka już was za­pro­siła - od­par­łam, sta­ra­jąc się za­pa­no­wać nad zde­ner­wo­wa­niem.

- A gdy­by­śmy tak odłą­czyli się od grupy i po­szli na lody tylko we dwoje?

Zer­k­nę­łam na dziew­czyny, one rów­nież pa­trzyły w moim kie­runku, za­sko­czone, że roz­ma­wiam na osob­no­ści z hut­ni­kiem, któ­rego po­zna­łam kilka mi­nut wcze­śniej. Sta­li­śmy bar­dzo bli­sko sie­bie, wy­star­czyło po­chy­lić się lekko w przód i na­sze głowy by się zde­rzyły.

- Umó­wi­łam się z ko­le­żan­kami, będą za­wie­dzione, nie chcę ich zo­sta­wiać na lo­dzie...

- Ja to za­ła­twię - po­wie­dział, ale nie ru­szył się z miej­sca.

- Może jed­nak pój­dziemy wszy­scy ra­zem? Bę­dzie we­se­lej.

- Nie musi być we­soło, wy­star­czy, żeby było przy­jem­nie - od­parł i jesz­cze śmie­lej za­gląd­nął mi w oczy. Spe­szy­łam się.

Ka­zia i Wieśka po­de­szły do nas i przez chwilę na­ra­dzały się gło­śno, czy nie ku­pić po dro­dze kieł­ba­ski z rożna. Nie zdą­żyły rano zjeść śnia­da­nia, a wódka na pu­sty żo­łą­dek może bar­dzo za­szko­dzić. Pierw­szego maja na uli­cach i bul­wa­rach po­ja­wiały się pa­ra­sole, krze­sełka, piwo, kieł­basa, same ra­ry­tasy nie­do­stępne w zwy­kły dzień. Była to na­groda za udział w so­cja­li­stycz­nym świę­cie. Dla więk­szo­ści miesz­kań­ców pol­skich miast był to bar­dzo miły dzień i pra­wie za­wsze sprzy­jała wtedy po­goda. Nie bra­ko­wało też i ta­kich oby­wa­teli jak mój oj­ciec, któ­rzy otwar­cie boj­ko­to­wali to święto lub uda­wali, że wy­bie­rają się na po­chód, a jak tylko ru­szył, dys­kret­nie zni­kali w mi­ja­nych bra­mach czy przej­ściach mię­dzy blo­kami.

Ro­man, już bez trans­pa­rentu, do­łą­czył do na­szej grupy i Wieśka na­gle za­częła dy­ry­go­wać nami jak przed­szko­la­kami.

- Naj­pierw coś zjemy, po­tem, je­śli już tak bar­dzo chce­cie, mo­że­cie z nami przejść się do Mo­zaiki. Ro­muś, je­steś przy ka­sie? Żeby nie było jak ostat­nio...

- Za­po­mnia­łem wtedy port­fela, ale ty mi cią­gle wy­po­mi­nasz, jak­bym był ku­twą.

- Po­sta­wisz piwo i je­ste­śmy kwita. Woj­tek? Mam na­dzieję, że masz w kie­szeni port­fel? - Mó­wiąc to, Wieśka wzięła go pod ra­mię i ob­ró­ciła w kie­runku mar­szu. Woj­ciech zro­bił dwa kroki i za­trzy­mał się. De­li­kat­nie wy­su­nął jej dłoń spod ra­mie­nia.

- My z panną Alek­san­drą idziemy na spa­cer, po­tem do was do­łą­czymy. - Sta­nął obok mnie i ob­jął ra­mie­niem.

- Jaka ona tam panna... - prych­nęła Wieśka. - Ola jest wdową i ma dziecko.

Po­czu­łam, jak twarda gula blo­kuje mi krtań i pew­nie bym się za­to­czyła, gdyby nie fakt, że ra­mię, któ­rym obej­mo­wał mnie Woj­ciech, ani drgnęło. Stał przy mnie ni­czym ry­cerz przy swo­jej wy­brance, nie cof­nął słowa, kroku i po­sta­no­wie­nia. Ka­zia skar­ciła Wieśkę wzro­kiem i pierw­szy raz by­łam świad­kiem, jak się ko­le­żanki po­przty­kały, szkoda tylko, że świad­kiem tej sceny było aż tyle osób.

- Na­pij się Wieśka wrzątku, to ci dziób wy­pali!

- Ale że co? Prze­cież to nie jej wina, że owdo­wiała za młodu, ale wdowa to jed­nak nie panna...

Wszy­scy pa­trzyli na mnie, oce­nia­jąc, czy wi­dać po mnie wdo­wień­stwo. Ro­man ga­pił się tak in­ten­syw­nie, że aż go oczy za­pie­kły i mu­siał je prze­trzeć.

- Nikt cię nie pro­sił, że­byś Oli ży­cio­rys opo­wia­dała, nie je­steś ka­drową. A tak w ogóle to się tak nie rządź, bo to ja or­ga­ni­zuję wy­pad do Mo­zaiki.

- Ale to ja miesz­kam nad Mo­zaiką, a nie w ja­kiejś pi­pi­dówce jak ty! - Wieśka po­czer­wie­niała ze zło­ści, ale nie miała za­miaru ustą­pić. - Wie­cie co? Mam was gdzieś, panny i wdowy! Ro­mek, idziemy się za­ba­wić. Do wi­dze­nia wam.

Ro­man pa­trzył w chod­nik, nie ru­szał się z miej­sca.

- Idziesz?

Pa­trzy­li­śmy za od­cho­dzącą Wieśką, tro­chę winni, że w taki spo­sób za­koń­czyła się roz­mowa. Na­wet jej plecy były ob­ra­żone, a ob­casy stu­kały tak gło­śno, jakby ktoś młot­kiem w be­ton wa­lił.

Ka­zia ode­zwała się pierw­sza:

- Przej­dzie jej, ale nie ma co li­czyć, że wy­cią­gnie wnio­ski. Wieśka to do­bra dziew­czyna z ko­ściami, tylko za­nim na­bije, wy­pali. Tak czy owak, zo­sta­li­śmy we dwie pary i pro­po­nuję... ro­zejść się.

Ru­szy­li­śmy w prze­ciw­nych kie­run­kach. Woj­ciech na­dal mnie obej­mo­wał, po­czu­łam za­pach wody ko­loń­skiej, wdy­cha­łam tani aro­mat i by­łam ab­so­lut­nie wnie­bo­wzięta.

- Prze­pra­szam za to nie­po­ro­zu­mie­nie, ona nie kła­mała, fak­tycz­nie mam ma­łego chłopca w domu, jego oj­ciec zgi­nął tra­gicz­nie dwa lata temu.

- Bar­dzo przy­kra hi­sto­ria... - po­wie­dział Woj­ciech, nie zmie­nia­jąc tempa. Szli­śmy tro­chę za szybko, jak­by­śmy od­da­lali się z miej­sca prze­stęp­stwa.

- Może chło­piec miałby ochotę na lody? Dziś na każ­dej ulicy można ku­pić lody bam­bino.

- Miesz­kam nie­da­leko, na Chłod­nej. Ma­rek uwiel­bia lody... jed­nak nie mu­simy... - Ją­ka­łam się.

- Pew­nie, że nie mu­simy, ale chcemy.

Długo nie pod­no­si­łam głowy, wo­la­łam pa­trzeć pod nogi niż przed sie­bie. Wszystko stało się tak szybko, usi­ło­wa­łam ze­brać my­śli i przy­go­to­wać hi­sto­ryjkę dla ro­dzi­ców, któ­rzy nie spo­dzie­wali się go­ścia. Nikt mnie nie od­wie­dzał na Chłod­nej poza Ka­zią, ży­łam jak pu­stel­nica i wszy­scy do­mow­nicy do tego przy­wy­kli, tym­cza­sem pro­wa­dzi­łam do domu nie­zna­jo­mego męż­czy­znę, który za­cho­wy­wał się tak, jak­by­śmy byli po sło­wie.

Po tra­gicz­nej śmierci Sta­cha wró­ci­łam do War­szawy i wpro­wa­dzi­łam się na po­wrót do miesz­ka­nia ro­dzi­ców. Nie mia­łam pracy ani sił, żeby w ob­cym mie­ście, ja­kim dla mnie był Szcze­cin, pro­wa­dzić go­spo­dar­stwo dla sie­bie i trzy­let­niego Marka, któ­rego nie po­sła­li­śmy ze Sta­chem ani do żłobka, ani do przed­szkola, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że naj­le­piej mu bę­dzie przy nie­pra­cu­ją­cej ma­mie. Stach do­brze za­ra­biał, ja nie mia­łam am­bi­cji, żeby uwol­nić swoją ar­ty­styczną du­szę. Wy­star­czało mi ma­lo­wa­nie akwa­reli, ro­bie­nie swe­trów na dru­tach i pro­wa­dze­nie nie­na­gan­nej kuchni. Śmierć Sta­cha wy­rwała mi serce z piersi, ale naj­gor­sze miało do­piero na­dejść, kiedy, po­zo­sta­wiona bez środ­ków do ży­cia, uświa­do­mi­łam so­bie, że ni­gdy nie sta­łam na wła­snych no­gach, tylko opie­ra­łam się o męża, a wraz z jego odej­ściem mo­głam tylko upa­dać i pod­no­sić się na zmianę.

Woj­ciech zdzi­wił się, że nie otwie­ram drzwi do miesz­ka­nia wła­snym klu­czem, tylko dzwo­nię.

- Miesz­kam z ro­dzi­cami, mama za­wsze jest w domu - wy­ja­śni­łam.

Mama otwo­rzyła drzwi. Oj­ciec ni­gdy nie re­ago­wał na dzwo­nek, było to po­ni­żej jego god­no­ści, żeby wcie­lać się w rolę odźwier­nego. Trzy­mała kilka kra­wa­tów w jed­nej ręce i ma­chała nimi.

- Tak szybko? - zdzi­wiła się. - My­śla­łam, że wró­cisz wie­czo­rem.

Zza mo­ich ple­ców wy­chy­lił się Woj­ciech. We­szli­śmy do środka.

- Mamo, po­znaj. To ko­lega Kazi, a te­raz mój - do­ko­na­łam szyb­kiej pre­zen­ta­cji. - Przy­szli­śmy po Marka, idziemy na lody.

- Bar­dzo mi miło. Mia­łaś iść z ko­le­żan­kami. Stało się coś?

- Och, nic się nie stało, po pro­stu zmie­ni­łam plany.

Woj­ciech po­chwy­cił dłoń mamy i zgiął się wpół przy po­ca­łunku. Jed­no­barwne kra­waty ojca za­dyn­dały w po­wie­trzu, kiedy wska­zała mu drogę wzdłuż wą­skiego przed­po­koju.

- Niech pan wej­dzie i się roz­go­ści. Ma­rek jest u są­sia­dów na gó­rze, bawi się z ma­łym Ada­siem. Za­raz po niego pójdę.

Usie­dli­śmy na ka­na­pie, która chyba pa­mię­tała pierw­szą wojnę świa­tową. Sprę­żyny ni­czym że­bra chu­dzielca prze­bi­jały się przez ta­pi­cerkę, po­ję­ku­jąc na dwa głosy. W miesz­ka­niu ro­dzi­ców wszyst­kie me­ble i sprzęty były stare, na­zna­czone hi­sto­rycz­nymi wy­da­rze­niami, ku­pione przez na­szych przod­ków lub przy­wie­zione z do­mów tych człon­ków ro­dziny, któ­rzy umarli. Naj­ład­niej­sze eks­po­naty po­cho­dziły z miesz­ka­nia wuja Al­berta, ob­da­ro­wał nimi Al­donę, ale ona nie chciała sta­rych gra­tów i osta­tecz­nie tra­fiły na Chłodną. Za­równo mama, jak i oj­ciec ży­wili głę­boką nie­chęć do ca­łego po­wo­jen­nego wzor­nic­twa, ce­le­bru­jąc ro­dzinne an­tyki jak świę­tość. Dy­wany były spło­wiałe i w wielu miej­scach łyse, przy­kry­wały wy­dep­tane i nie­równe drew­niane pod­łogi pię­ciu po­koi, z któ­rych skła­dało się miesz­ka­nie. Woj­ciech roz­glą­dał się bez krę­pa­cji, jakby był w mu­zeum. Wstał i prze­szedł przez po­kój. Oka­zały fo­tel dziadka Hen­ryka obej­rzał ze wszyst­kich stron.

- Pa­miątka z Wa­welu? Po któ­rym królu?

Ro­ze­śmia­łam się.

- Tylko na nim nie sia­daj, może się roz­le­cieć, ma już swoje lata.

- Piękna ro­bota... - po­chwa­lił.

Oj­ciec nie przy­szedł się przy­wi­tać, za­nim nie do­pro­wa­dził swo­jego wy­glądu do per­fek­cji. Do­piero kiedy mama po­dała mu ma­ry­narkę, którą za­piął na dwa gu­ziki, wy­su­nął spod rę­ka­wów ka­wa­łek man­kietu ko­szuli, wy­gła­dził klapy, wszedł do go­ścin­nego po­koju, w któ­rym Woj­ciech pił her­batę z wy­szczer­bio­nej por­ce­la­no­wej fi­li­żanki z cie­niut­kim uszkiem. Na wi­dok mo­jego ojca wstał i od­sta­wił fi­li­żankę na sto­lik.

- Ja­giełło. - Wy­cią­gnął dłoń i kiedy Woj­ciech ją po­chwy­cił, oj­ciec zro­bił krok w tył, jakby się oba­wiał, że ten ro­sły, przy­stojny męż­czy­zna za­pra­gnie go uści­skać.

- Bar­dzo mi miło.

Oj­ciec usiadł w fo­telu dziadka Hen­ryka i Woj­ciech z tru­dem po­wstrzy­mał śmiech. Wła­dy­sław Ja­giełło na tro­nie.

- Ro­zu­miem, że speł­ni­li­ście już swój so­cja­li­styczny obo­wią­zek? - zwró­cił się do mnie oj­ciec.

Nie było czasu, żeby uprze­dzić Woj­cie­cha o po­li­tycz­nych prze­ko­na­niach ojca, który pro­te­sto­wał prze­ciwko wszyst­kim i wszyst­kiemu, co wy­pro­du­ko­wał Układ War­szaw­ski. Mógł so­bie na to po­zwo­lić, ży­jąc w mu­zeum i pi­sząc hi­sto­ryczne książki dru­ko­wane od czasu do czasu we Fran­cji i An­glii. Pol­skie wy­daw­nic­twa raz mu wy­ba­czały, raz go od­trą­cały, w za­leż­no­ści od cen­zora, który w da­nym roku de­cy­do­wał, co na­daje się w twarde okładki, a co trzeba odło­żyć na półkę w ocze­ki­wa­niu na ła­god­niej­sze czasy. Woj­ciech pa­trzył na ojca nie­zra­żony fak­tem, że ten go jaw­nie igno­ruje.

- Pan nie bie­rze udziału w po­cho­dach pierw­szo­ma­jo­wych? - za­py­tał go.

- Nie mam so­cja­li­stycz­nej du­szy i nie tę­sk­nię za re­żi­mem - od­parł oj­ciec, wciąż omi­ja­jąc Woj­cie­cha wzro­kiem. - Cór­cia, a ty gdzie zgu­bi­łaś Ka­zię?

- Zdaje się, po­szła do Mo­zaiki z na­szym ko­legą Ro­ma­nem, może się tam po­tem zej­dziemy. Na ra­zie mamy za­miar za­brać Marka na lody - od­par­łam.

Oj­ciec ski­nął głową, jakby ła­ska­wie da­wał po­zwo­le­nie. Po chwili roz­po­czął swoje prze­mó­wie­nie, od któ­rego mnie zro­biło się go­rąco, a Woj­ciech, kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wany, chrząk­nął kilka razy, za­kry­wa­jąc usta man­kie­tem.

- Na po­chody nie cho­dzę, skoro już pan pyta, młody czło­wieku, ale za­pew­niam, że li­te­raci rów­nież ho­no­rują święta ro­bot­ni­cze. Nie cho­dzimy po uli­cach z por­tre­tami Gierka i Le­nina, ale pierw­szego maja wzno­simy to­ast za trud ro­bot­ni­ków, szcze­gól­nie tych mniej po­słusz­nych. A pan, gdzie, za prze­pro­sze­niem, pra­cuje?

Woj­ciech wy­pro­sto­wał się.

- W hu­cie.

- W hu­cie... w Hu­cie War­szawa za­pewne. - Oj­ciec prze­żu­wał to słowo jak ka­wał nie­do­go­to­wa­nej wo­ło­winy. - Ciężka praca po­łą­czona z ak­tyw­no­ścią so­cja­li­styczną. Wszy­scy hut­nicy są człon­kami par­tii?

- Nie wiem, czy wszy­scy... - od­parł bar­dzo szybko Woj­ciech i uprze­dził ko­lejne py­ta­nie. - Ja aku­rat je­stem człon­kiem par­tii.

- To oczy­wi­ste. - Oj­ciec uśmie­chał się ła­god­nie i ką­sał da­lej. - W ta­kich ko­lo­sach so­cja­li­stycz­nej pro­pa­gandy jak huta nie zaj­dzie się za da­leko bez czer­wo­nej le­gi­ty­mi­za­cji. Od­wie­dzał was Breż­niew i Ni­xon, jest się czym chwa­lić na świe­cie. Ja pa­mię­tam ten te­ren na Mło­ci­nach z cza­sów, gdy wy­własz­czano tam chło­pów pod te dwie­ście dwa­dzie­ścia hek­ta­rów in­we­sty­cji, bez li­to­ści były te wy­własz­cze­nia. Ale cóż, wła­dza so­cja­li­styczna po­trze­bo­wała na gwałt suk­cesu, tylko nie wie­działa, od czego za­cząć. Zna pan tę hi­sto­rię? Przy­wieźli Ślą­za­ków, żeby im po­stro­ili hutę na miarę cza­sów, i ścią­gnęli oko­liczne chłop­stwo do pracy, żeby im w tym mar­te­now­skim piecu nie wy­ga­sło. Czym wam płacą za lo­jal­ność? Ru­blami czy wcza­sami pra­cow­ni­czymi?

- Za po­zwo­le­niem... - Woj­ciech spoj­rzał na mnie, żeby się upew­nić, czy może po­zwo­lić so­bie na sta­wie­nie kon­try. Wy­czy­tał z mo­jej twa­rzy, że nie mam nic prze­ciwko temu, chcia­łam, żeby po­sta­wił się mo­jemu ojcu.

- Pan uważa, że źle się stało? Że prze­mysł ciężki Pol­sce nie jest po­trzebny? - za­py­tał spo­koj­nie, choć jego żyłka na skro­niach za­częła gwał­tow­nie pul­so­wać.

- Pol­sce jest po­trzeb­nych wiele rze­czy, młody czło­wieku, ale nie so­cja­lizm. - Oj­ciec już się nie uśmie­chał. Woj­ciech aż pod­sko­czył na ka­na­pie.

- Mnie so­cja­lizm dał wszystko. Szkołę, miej­sce pracy i miesz­ka­nie. Co wię­cej, dał mi po­czu­cie god­no­ści...

- A mnie so­cja­lizm wszystko ode­brał i to nas za­wsze bę­dzie róż­nić. - Oj­ciec, mó­wiąc to, już wsta­wał z miej­sca. - Nie warto jed­nak psuć so­bie hu­moru, ży­czę wam do­brej za­bawy, ja wra­cam do swo­ich...

Nie do­dał "obo­wiąz­ków" i za­nim ze­bra­li­śmy się, żeby coś po­wie­dzieć, już go nie było. Sły­sza­łam, jak za­mknął drzwi do kuchni. Woj­ciech spu­ścił głowę. Z pew­no­ścią nie tak so­bie wy­obra­żał wi­zytę u mo­ich ro­dzi­ców. Go­dzinę wcze­śniej szli­śmy uli­cami ma­jo­wej War­szawy ra­do­śni i cie­kawi, a prze­stę­pu­jąc próg miesz­ka­nia, wkro­czy­li­śmy na pole bi­twy. Mo­głam wi­nić tylko sie­bie, oj­ciec za­cho­wy­wał się jak zwy­kle, nie była to żadna nie­spo­dzianka i całe zaj­ście mo­gło mnie drogo kosz­to­wać, bo prze­cież mało kto wy­trzyma taką wro­gość, jaką mój oj­ciec czę­sto­wał tych, któ­rzy nie my­śleli jak on.

- Na ja­kim wy­dziale pra­cu­jesz? - za­py­ta­łam po dłu­giej chwili mil­cze­nia.

- W-35. Sta­low­nia.

- A gdzie do­sta­łeś miesz­ka­nie? - py­ta­łam da­lej, żeby roz­ła­do­wać at­mos­ferę, jaką zo­sta­wił po so­bie oj­ciec.

- Na na­szym osie­dlu Wrze­ciono. Na ulicy Ma­ry­monc­kiej, dwa po­koje z kuch­nią na szó­stym pię­trze. Do­piero się urzą­dzam, do­słow­nie ty­dzień temu otrzy­ma­łem klu­cze.

Wes­tchnę­łam.

- Szczę­ściarz z cie­bie. Jak już zdą­ży­łeś się zo­rien­to­wać, ja ska­zana je­stem na miesz­ka­nie ką­tem u ro­dzi­ców i nie za­nosi się, żeby w naj­bliż­szym cza­sie miało się to od­mie­nić.

- Bar­dzo piękne miesz­ka­nie... - Woj­ciech wstał i pod­szedł do okna. - Ta­kie ja­sne i wy­so­kie. To pew­nie za­byt­kowa ka­mie­nica?

- Przed­wo­jenna. Uro­dzi­łam się w tym domu.

- Na­prawdę?

Wyj­rzał przez okno.

- Tak, moja mama rów­nież się tu uro­dziła.

- Po­cho­dzisz z do­brej ro­dziny.

- Do­brej? A co masz kon­kret­nie na my­śli? - za­py­ta­łam po­de­ner­wo­wana. Wszystko szło jak po gru­dzie, naj­pierw moja sy­tu­acja z dziec­kiem, po­tem oj­ciec wy­wro­to­wiec, te­raz ka­mie­nica. Zbyt oka­zała, żeby nie wzbu­dzać po­dej­rzeń, ja­kim to cu­dem zna­la­zła się w po­sia­da­niu mo­jej ro­dziny. By­łam bli­ska za­ła­ma­nia i nie wi­dzia­łam spo­sobu, żeby wy­pro­wa­dzić roz­mowę na inne tory.

- Mam na my­śli wszystko to... - Woj­ciech wy­ko­nał sze­roki gest ręką - ...to są za wy­so­kie progi jak na moje nogi. Szkoda, bo bar­dzo cię po­lu­bi­łem.

Ze­rwa­łam się z ka­napy i pod­bie­głam do niego.

- Ja też cię po­lu­bi­łam - po­wie­dzia­łam szybko i wzię­łam go za rękę. Skórę miał szorstką i su­chą. Za pa­znok­ciami cie­niutką drza­zgę brudu.

- Skoro ja się nie przej­muję za­cho­wa­niem mo­jego ojca, ty też nie po­wi­nie­neś. Chyba że cho­dzi o Marka, mo­jego synka...

- Nie żar­tuj - ob­ru­szył się. - Z tego wszyst­kiego na­wet mi go nie przed­sta­wi­łaś.

- Może nie dziś, za dużo na­raz się wy­da­rzyło. Za­cze­kaj tu na mnie, po­wiem ma­mie, że wy­cho­dzimy. Po­włó­czymy się po mie­ście, opo­wiesz mi o so­bie, na­prawdę je­stem cie­kawa.

Woj­ciech pod­niósł moją dłoń i ją po­ca­ło­wał.

- Oleńka, ja­kie ładne imię.

- Za­raz wra­cam.

Za­mknę­łam Wojtka w sa­lo­niku i po­szłam do kuchni. Ro­dzice sie­dzieli przy stole. Na pół­mi­sku pię­trzyły się kar­to­fle i pie­czeń.

- Mamo, ko­lejna zmiana pla­nów. Wy­cho­dzimy na spa­cer. Sami.

Mama pod­ło­żyła ser­wetkę pod sztućce i pod­su­nęła je bli­żej dłoni męża.

- Wła­śnie mia­łam iść po Ma­reczka, ale skoro go nie za­bie­ra­cie, to niech się jesz­cze po­bawi. O któ­rej mogę się cie­bie spo­dzie­wać?

- Późno, może zaj­rzymy do Mo­zaiki... nie wiem, ale nie cze­kaj.

- Za­bierz klu­cze w ta­kim ra­zie, dziś się wcze­śniej po­łożę, od rana boli mnie głowa.

Oj­ciec uda­wał, że nie in­te­re­suje go na­sza wy­miana zdań. Od­kroił so­bie ma­leńki ka­wa­łek mięsa i za­mo­czył w so­sie. Po­wo­lutku pod­niósł wi­de­lec do ust.

- Dzię­kuję, mamo... - Po­de­szłam do niej i po­ca­ło­wa­łam ją w po­li­czek.

- Przy­stojny ten pan Woj­ciech, ni­czym ak­tor fil­mowy - po­wie­działa, kiedy już szłam do drzwi.

Od­wró­ci­łam się.

- Bar­dzo go lu­bię, ma na mnie do­bry wpływ.

Oj­ciec odło­żył wi­de­lec.

- Zna­jo­mość krótka i już ci za­wró­cił ci w gło­wie... no, no, eks­pres po­le­cony... Czy ten uro­dziwy hut­nik zna twoją sy­tu­ację?

- Zna.

- I co on na to?

- Na co?

- Nie lu­bię, kiedy pro­wa­dzisz ze mną taką nędzną roz­mowę. Py­tam, czy mu opo­wie­dzia­łaś o ży­ciu, ja­kie pro­wa­dzisz od śmierci męża.

- Nie mam za­miaru się zwie­rzać na pierw­szej randce - od­par­łam, wy­cho­dząc z kuchni.

Nie mia­łam za­miaru po­wie­dzieć Woj­cie­chowi tego dnia, że od dwóch lat je­stem na utrzy­ma­niu ojca i nie mogę ru­szyć z miej­sca, na­wet nie pró­buję, przy­tło­czona tym, co mnie spo­tkało. Wciąż nie­zdolna do szcze­rej roz­mowy z ro­dzi­cami czy na­wet z samą sobą, omi­ja­łam bo­le­sne te­maty, wy­py­cha­jąc je ze swo­jego te­ry­to­rium. Dzi­siej­szy te­ra­peuta po­wie­działby: "Nie prze­ro­biła pani traumy", ale wtedy za mo­imi ple­cami mó­wiło się, że Oleńka nie po­trafi się otrzą­snąć po stra­cie męża i zu­peł­nie nie na­daje się do ży­cia.

Kiedy wró­ci­łam do po­koju, Woj­cie­cha tam nie było. Sta­łam przy otwar­tym oknie, pa­trząc za od­cho­dzą­cym pięk­nym chłop­cem, i nie by­łam w sta­nie za nim po­biec i pro­sić go, żeby spró­bo­wał jesz­cze raz. Woj­ciech szedł po­woli, da­wał mi szansę, miał na­dzieję, że obu­dzi się we mnie sza­lona dziew­czyna, która za­rzuci swe­ter na ra­miona, zbie­gnie ze scho­dów i wy­ma­chu­jąc rę­kami, bę­dzie krzy­czeć: "Stój!". Chcia­łam być taką dziew­czyną, mo­głam ją so­bie wy­obra­zić, ale nie umia­łam do­pu­ścić jej do głosu. Jesz­cze nie.

Mama przy­szła do mo­jego po­koju, kiedy Ma­rek już spał. Le­ża­łam z ra­diem przy uchu i pa­trzy­łam na cie­nie prze­ci­na­jące su­fit. Za­su­nęła za­słony, zro­biło się na­gle bar­dzo ciemno.

- Nie śpisz jesz­cze? - Usia­dła na brzegu łóżka.

- Słu­cham mu­zyki, to mnie uspo­kaja.

Spoj­rzała na Marka, który spał na roz­kła­da­nym fo­telu. Nad jego głową na sło­miance przy­pięta była mała lampka i kilka bre­locz­ków z mo­jej i ojca ko­lek­cji.

- Ob­ra­ził się na nas? - za­py­tała, uży­wa­jąc liczby mno­giej, aby Boże broń choć odro­bina winy nie spa­dła na ojca. Nie chcia­łam ro­bić jej przy­kro­ści, przede wszyst­kim nie chcia­łam, by po raz ko­lejny tłu­ma­czyła ka­ry­godne za­cho­wa­nie ojca, sta­wia­jąc wo­kół niego wy­soki mur, któ­rego moja złość nie była w sta­nie sfor­so­wać. Miała wprawę w ob­ja­śnia­niu mi, dla­czego oj­ciec coś przy­krego po­wie­dział, gdzieś nie przy­szedł, ko­goś ura­ził, z ko­goś bo­le­śnie za­drwił i za­zwy­czaj mię­kłam pod wpły­wem jej bez­gra­nicz­nej i bez­wa­run­ko­wej mi­ło­ści do niego. Był jej wszech­świa­tem, wielką prze­strze­nią, w którą pa­trzyła co­dzien­nie z ta­kim sa­mym za­chwy­tem i uwiel­bie­niem, nic nie było w mocy wy­trą­cić mo­jej matki z mi­ło­snego transu.

- Mamo, to tylko ko­lega... Pew­nie się gdzieś śpie­szył, nie martw się nim.

- Nie mar­twię się twoim ko­legą, ale tobą. Boję się, że znów za­mkniesz się w po­koju jak po przy­jeź­dzie ze Szcze­cina i od­su­niesz od nas. Tyle mie­sięcy ci za­jęło, żeby wró­cić do ży­cia... Oleńka... - Po­gła­skała mnie po gło­wie. Jej dłoń była cie­pła i pach­niała ty­to­niem. Pa­le­nie pa­pie­ro­sów to była je­dyna sła­bość mo­jej mamy i je­dyny luk­sus, ja­kiego za­znała.

- Spodo­bał mi się - przy­zna­łam. - Chciał Marka wziąć na lody, nie wy­stra­szył się, nie wy­śmiał, tak zwy­czaj­nie nam się roz­ma­wiało i do­brze się czu­łam przy tym... hut­niku... Pierw­szy raz od bar­dzo dawna chciało mi się roz­ma­wiać i ład­nie wy­glą­dać. Ale cóż... stchó­rzył.

- Twój oj­ciec...

- Mamo, nie! Pro­szę... - jęk­nę­łam.

- Chcia­łam tylko po­wie­dzieć, że gdy twój oj­ciec przy­szedł pierw­szy raz na Chłodną, też chciał ucie­kać. Wy­stra­szył się mo­ich ro­dzi­ców, za­po­mniał, z czym przy­szedł, tak był zde­ner­wo­wany, ale dziel­nie prze­brnął przez ten chrzest bo­jowy i osta­tecz­nie po­pro­sił tatę o moją rękę. Wszystko się do­brze po­to­czyło, po­lu­bili go i sza­no­wali, mimo że pierw­sza wi­zyta była nie­zbyt obie­cu­jąca.

- Woj­ciech nie przy­szedł pro­sić o moją rękę, mie­li­śmy po pro­stu iść na lody, ale na­wet to się nie udało po tym, jak przy­jął go oj­ciec. Mamo... on ni­kogo nie za­ak­cep­tuje, wła­śnie so­bie z tego zda­łam sprawę i chce mi się krzy­czeć. Nikt nie spro­sta jego wy­ma­ga­niom i ocze­ki­wa­niom, prze­cież na po­czątku na­wet na Sta­cha krę­cił no­sem, że biedny, że stu­dent ...

Mama wes­tchnęła.

- Wła­dziu już taki jest... szorstki, ale to tylko po­włoka.

- Sko­rupa! Pan­cerz! Zbroja!

- Oleńka, nie mów tak o swoim ojcu...

Od­rzu­ci­łam koł­drę i wsta­łam z łóżka.

- Może so­bie za­pa­limy w kuchni? Albo na bal­ko­nie? - Się­gnę­łam po fu­trzany szla­frok, który grzał mnie i w zi­mie, i w le­cie. Mama nie była pewna, czy się nie prze­sły­szała.

- Pa­lisz pa­pie­rosy?!

Wy­cią­gnę­łam z to­rebki paczkę ze­fi­rów i wy­cią­gnę­łam dwa pa­pie­rosy, jed­nego po­da­łam ma­mie, dru­giego wło­ży­łam do ust. Z ze­fi­rem w ustach po­wie­dzia­łam:

- Palę od ma­tury i na ra­zie nie za­mie­rzam rzu­cać.

Mama po­szła za mną do kuchni, gdzie na stole wciąż stały ta­le­rze po ko­la­cji, którą przy­szy­ko­wała ojcu, by jego żo­łą­dek miał tłu­sty pod­kład przed wyj­ściem na spo­tka­nie li­te­rac­kie. Od­su­nę­łam fi­li­żankę i brudny nóż, mama bez słowa po­sta­wiła przede mną po­piel­niczkę. Po­cze­ka­łam, aż pierw­szy dym wpły­nie głę­boko do płuc.

- Nie mogę z wami dłu­żej miesz­kać. Je­stem w trud­nej sy­tu­acji, która się nie po­prawi, do­póki będę na wa­szej ła­sce.

- Oleńka, to nie jest ła­ska, tylko na­sza mi­łość do cie­bie. Chcemy cię chro­nić, opie­ko­wać się tobą. - Drga­nia pal­ców wpra­wiały w ruch pa­pie­ros. Trząsł się jak dru­cik w spa­lo­nej ża­rówce.

- Mamo, nie po­trze­buję ochrony czy opieki, tylko kopa w ty­łek. Je­stem tu go­ściem, wa­szym go­ściem, może na­wet ho­no­ro­wym, ale to nie jest moje miej­sce na ziemi. Tyle się wy­da­rzyło od cza­sów, kiedy przy­cho­dzi­łam tu ze szkoły, kiedy ubie­ra­łaś mnie w ślubną suk­nię, kiedy ro­dził się Ma­rek, ale to już prze­szłość, tam się nie da wejść.

- To były piękne chwile, có­reńko, nie za­prze­czysz. Ja czę­sto my­ślę o tym, ile z tobą i twoim oj­cem prze­ży­li­śmy wspól­nie szczę­śli­wych chwil. Wła­śnie tu, na Chłod­nej. Je­śli nas po­rzu­cisz, zro­bisz wielką przy­krość ojcu i mnie. Je­steś aż tak roz­go­ry­czona z po­wodu tego chło­paka? Na­prawdę?

Mama nie ro­zu­miała sedna na­szej roz­mowy, pil­no­wała, by żadne złe świa­tło nie pa­dło na jej męża, by nie zo­stało po­wie­dziane coś prze­ciwko niemu, moje dy­le­maty gnieź­dziły się w przed­sionku i nie pusz­czała ich da­lej. Oj­ciec był naj­waż­niej­szy, jego za­wód, ta­lent, po­trzeby co­dzienne, jego ar­bi­traż, i mama nie umia­łaby prze­sta­wić szcze­bli w hie­rar­chii, dawno już prze­sta­łam tego ocze­ki­wać.

- Nie je­stem roz­go­ry­czona, tu w ogóle nie cho­dzi o niego, tylko o mnie - po­wie­dzia­łam, ga­sząc pa­pie­rosa. - Chodźmy spać, od ju­tra za­czy­nam szu­kać pracy i wła­snego kąta.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki