Rozdział 2
Nigdy nie bałam się latać, jednak ten krótki moment, kiedy samolot rozpędzał się na pasie, nabierając odpowiedniej prędkości, by się oderwać od ziemi, trochę mnie niepokoił. Wtedy przypominałam sobie słowa Wojciecha o kupie żelastwa, która nie ma prawa unosić się w powietrzu, chyba że sam diabeł tym włada. Mój mąż był konsekwentny, mimo wielu okazji i gorących próśb nie odważył się wsiąść do samolotu, przez co jego świat był bardzo mały, rozciągał się od Bałtyku po Tatry. Mój pierwszy lot samolotem odbył się w latach siedemdziesiątych, była to cudowna podróż do Paryża, jaką dzisiejszym językiem można by nazwać służbową. Latanie jest łatwe, szybkie i wcale nie takie drogie, za bilet do Rzeszowa i z powrotem zapłaciłam zaledwie połowę swojej emerytury. Ostatnio podróżowałam bardzo rzadko, choć nie wiem, na co oszczędzałam siły i pieniądze, bo przecież w moim wieku ani jedno, ani drugie człowieka już tak nie cieszy. Wiele jest rzeczy nie do kupienia, jedną z nich jest zdrowie, drugą młodość i czy człowiek milioner czy żebrak, choruje i starzeje się bez względu na stan konta. Mój syn lekarz często powtarzał, że pieniądze w pewnym wieku są tylko po to, żeby się leczyć. Chcemy żyć długo i bez bólu, a to kosztuje, mówił. Ze mną synowie nie mieli kłopotu, ponieważ poza tabletkami na nadciśnienie nie zażywałam żadnej innej farmakologii i wiele recept po prostu wyrzuciłam do kosza, co Marek popierał i nigdy mnie nie ganił za tę beztroskę. Jak na lekarza był podejrzanie sceptyczny, jeśli chodzi o zażywanie leków, i sam pacjentom wypisywał tylko te, które są im absolutnie niezbędne - przeciwbólowe i przeciwzakrzepowe.
Zadzwoniłam do niego, czekając na taksówkę na Okęciu.
- Nie uwierzysz, ale zamiast na spotkanie z tajemniczą panią trafiłam na jej pogrzeb...
- Mamo! Jesteś w Rzeszowie?!
- Właśnie wróciłam, samolotem byłam.
- No nie wytrzymam!
- W każdym razie - przerwałam mu naganę - objechałam szczęśliwie i mogę ci powiedzieć, że wzięłam udział w pogrzebie tej tajemniczej kobiety.
Marek zaśmiał się nerwowo. W tle słyszałam terkot wózka rozwożącego pacjentom śniadanie.
- Może to i dobrze, dasz sobie nareszcie spokój. Ostatni świadek nie żyje, jak w powieści kryminalnej. Przeżyłaś przygodę, teraz możesz spokojnie wracać do rzeczywistości. Od jutra idę na urlop, jeśli masz ochotę, zabiorę cię na świąteczny obiad do restauracji.
- Obiecałam Kubie, że będę u nich na Wigilii. W tym roku wprawdzie wypada twoja kolej, ale jak wiesz, urodziło mu się dziecko, to jest wyjątkowa sytuacja, pierwsze święta dzidziusia. Wiem, że to rozumiesz i nie będziesz się boczył.
W naturze Marka nie leżało obrażanie się na matkę, choć temat świąt zawsze wywoływał u moich synów wzmożoną miłość do mnie i każdy chciał, abym to właśnie u niego świętowała Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Doszło do tego, że na początku roku robiliśmy harmonogram, gdzie będę spędzać uroczystości świąteczne, zupełnie jakbym była ich dzieckiem, nad którym mają naprzemienną opiekę.
- W takim razie zjemy obiad przed Wigilią, może tak się zdarzyć, że wyjadę w góry.
- Sam?
- Mamo...
- Ach, przepraszam! Ale gdybyś kogoś chciał mi przedstawić, to zapraszam na obiad.
- Dobrze, będę pamiętał.
Marek rozłączył się pierwszy.
Taksówkarz nawet na mnie nie spojrzał w lusterku, zajęty był słuchaniem wiadomości w radio i bezmyślnie kręcił kółkiem. W 1999 roku liczba ludzi na Ziemi sięgnęła 6 miliardów. Pod koniec tego roku może ona przekroczyć 7 miliardów. Do 2050 roku populacja ludzi na świecie zwiększy się jeszcze o 2,3 miliarda, czyli tyle, ile mieszkało na Ziemi w 1950 roku. Według prognoz, w 2100 roku Ziemię będzie zamieszkiwało ponad 10 miliardów ludzi. Dla porównania, 300 lat wcześniej był to "tylko" miliard.
Zaludniona po ostatni skrawek kula ziemska! Rozmnażamy się jak króliki i coraz głośniej trzeba pytać: czy nas nasza matka planeta wyżywi? No, chyba że wybuchnie kolejna wojna, znacznie potężniejsza niż wszystkie poprzednie razem wzięte, i znów nas będzie "tylko" miliard. Pocieszająca była myśl, że ja prawdopodobnie tego kataklizmu nie dożyję.
Urodziłam się w czas wojny, ale pierwsze wspomnienie, jakie czasami przemykało w mojej głowie, pochodziło gdzieś z 1949 roku. Stoję przed naszą kamienicą na Chłodnej, mama trzyma mnie za rękę i wypatrujemy Aldony, która wtedy rezydowała w wydzielonym mieszkaniu obok nas ze swoim niedoszłym narzeczonym. Była dorosłą kobietą z nieprzeniknionym umysłem, który czasami pracował tak intensywnie jak u naukowca, czasami jak u dziecka kombinującego, jak tu podkraść babci cukierka z torebki. Niedoszły narzeczony, Antoni Podgórski, zaalarmował moją mamę, że jej siostra nie wróciła na noc do domu, trzeba by zebrać siły i iść jej szukać po mieście lub na komisariacie milicji. Byłyśmy same w mieszkaniu, mama kazała mi się ubrać, a gdy mówiła "prędziutko", wiedziałam, że muszę przyśpieszyć, po czym wyszłyśmy na ulicę i tu skończyła się inicjatywa, ponieważ nie miała pojęcia, gdzie zacząć poszukiwania siostry. Iść w prawo, w lewo czy przed siebie? Stałyśmy przez bramą kamienicy bardzo długo i ten moment pamiętam, zmarzniętą dłoń mamy i moje dziurawe na jednym palcu czerwone rękawiczki. Pamiętam strach, choć nie do końca rozumiałam, czego się boję i co się właściwie stało, ale zdenerwowanie mamy promieniowało tak mocno, że do dziś je czuję.
Moi synowie rzadko wypytywali mnie o przeszłość, nie szarpali za klamkę do zamkniętych drzwi, może nie byli ciekawi, może ja nie umiałam ciekawie opowiadać, a pokolenie moich wnuków w ogóle nie było zainteresowane tym, co istniało przed komputerami.
W 1942 moja mama Maryla i jej siostra Aldona zostały wysłane do Krakowa, gdzie było znacznie bezpieczniej niż w Warszawie, choć stolica Generalnego Gubernatorstwa roiła się od Niemców. Krakowscy Niemcy zachowywali się inaczej niż ich koledzy w Warszawie, ponieważ od początku wojny zakładali, że wkrótce będzie tu czysta rasowo metropolia niemieckiego Wschodu i trzeba o nią dbać. Moi dziadkowie byli ludźmi, którym przez całe życie nikt się nie sprzeciwił i nie tylko surowy Ryszard siał postrach w rodzinie, ale i twarda Anna. Wspólnie postanowili, że czas rozdzielić małżeństwo moich rodziców i trzeba wysłać córkę Marylę do wuja Alberta, a zięcia Władysława zatrzymać w Warszawie dla własnego bezpieczeństwa. Aldonę dodali do wyprawy krakowskiej, jak się dziś nadaje ekstra bagaż na samolot. Nie traktowali swojej młodszej córki poważnie, była dla nich nie tylko kłopotem i wstydem, ale też "przedmiotem", który sam o sobie przecież nie mógł zadecydować, bo był "martwą naturą". Mama nie chciała rozstawać się z mężem, po stokroć wolała ryzykować życie każdego dnia w Warszawie niż spać spokojnie w Krakowie bez męża obok na pościeli. Ale nie miała w tej kwestii nic do powiedzenia.
- Wszystko już uzgodniłem z Albertem, oczekuje was - zadecydował dziadek Ryszard. Mama się rozpłakała, ale jej łzy nie zrobiły wrażenia, dziadek wybrał, żeby jej rozpaczy nie zauważać.
- Pojedziecie pociągiem, Władek pomoże wam się zainstalować i wróci do Warszawy, jak was tam ulokuje. Czas jest trudny, trzeba go przetrwać.
Ryszard Rostocki nie wymawiał słowa "wojna" i w głębi duszy chyba nie brał pod uwagę możliwości własnej śmierci. Czuł się bardzo pewny w czasach wojennego koszmaru, jakby mu kto w dzieciństwie wręczył dar nieśmiertelności, tylko zakazał o tym mówić bliskim. Mama nie odważyłaby się słowem czy nawet spojrzeniem sprzeciwić woli swojego ojca, który w 1936 roku wybrał jej na męża Władysława Jagiełłę, a sześć lat później nakazał separację wojenną. Mama płakała w poduszkę z bezsilności, pierze zrobiło się ciężkie od tych jej łez rozstania, ale co zaplanował senior rodu, musiało zostać wykonane do końca. Ojciec pewnie też nie chciał rozstawać się ze swoją żoną, gdyby to od niego zależało, wolałby wiotką i uległą Marylę mieć przy sobie, choćby po to, żeby mogła podziwiać jego zaangażowanie w konspirację, ale pokornie przytaknął teściowi i wywiózł nas do Krakowa.
Mama była przerażona widokiem miasta zawłaszczonego przez Niemców, które znała dobrze z czasów przedwojennych, ponieważ spędzała tam coroczne wakacje, odkąd skończyła jedenaście lat. Rynek udekorowany był czerwonymi, hitlerowskimi flagami, większość ulic i placów Niemcy zdążyli również przechrzcić, a lewy brzeg z Wawelem i rynkiem nosił teraz nazwę Adolf Hitler Platz. Po ulicach spacerowali żołnierze Wehrmachtu ze swoimi paniami w kapelusikach i dziećmi przy nodze. Przebywali w Krakowie na urlopach lub po prostu w ramach odzyskiwania "prastarego niemieckiego miasta" zaczynali się tu osiedlać jako rasa panów.
- Ależ oni się tu panoszą... - syczał ojciec, kiedy jechaliśmy dorożką przez miasto. - Czuję się, jakbym był w Berlinie, nie w Krakowie.
- Jutro urodziny Hitlera, pewnie stąd tyle flag. - Mama rozglądała się w trwogą, ale trzymała się dzielnie, mimo że następnego dnia jej mąż wracał do Warszawy i nie wiadomo było, kiedy go znów zobaczy. Dziadek kategorycznie nakazał, żeby nie przyjeżdżała do stolicy, aż ją zawezwie, nie wyznaczając przy tym żadnych, nawet przybliżonych terminów. Trzymała mnie na kolanach, Aldona przytulała się do jej wełnianego płaszcza z futrzanym kołnierzem i mocno ściskała mały tobołek, w którym trzymała swoje skarby: lusterko, szczotkę do włosów, spinki i puste fiolki po szminkach.
- Znasz ty dobrze tego Alberta? - zapytał ojciec, kiedy stanęliśmy pod bramą domu, w którym mieszkał wuj. Piękna secesyjna kamienica stała przy ulicy Józefa Piłsudskiego, ale dla Niemców była to Universität Strasse.
- Na tyle dobrze, na ile dzieci mogą znać swoich wujów. Przyjeżdżaliśmy tu latem, mieszkaliśmy u niego kilka dni, zawsze było miło, ciekawie... jak to na wakacjach.
- Dziwne, że dopiero teraz dowiaduję się o jego istnieniu, wcześniej nikt w twojej rodzinie o Albercie nie wspominał. - Ojciec podniósł walizkę i wskazał nam drogę przed sobą.
- Nie wszystko musisz wiedzieć - nagle odezwała się Aldona. Jej ton nie był grzeczny. Ojciec zganił ją wzrokiem, ale ciotka nic sobie z tego nie robiła, korzystała ze swojego "statusu wariatki" z wielkim wdziękiem.
- Wuj Albert poróżnił się z moim ojcem kilka lat temu - wyjaśniła mama dość oszczędnie, jakby stała na warcie sekretów rodzinnych.
- O co byli się łaskawi posprzeczać? - zainteresował się ojciec.
- O pieniądze! - wypaliła Aldona, zanim mama zdążyła ułożyć w głowie swoją odpowiedź.
- Nie pleć głupstw - skarciła ją siostra.
Mama była dobrze wytresowana przez swojego ojca, który w dniu jej ślubu z Władysławem Jagiełłą powiedział, że bez względu na sakrament, jaki ją połączy z tym mężczyzną, do jego wejścia do rodziny wiedzie daleka droga, i przestrzegł ją, jakby za wroga szła.
- Miej się na baczności, Marylo, ostatecznie to jest obcy człowiek.
Aldona wprawdzie znała surowe reguły ich ojca, ale nie czuła się w obowiązku ich stosować na co dzień. Kiedy szli po schodach, by dotrzeć na ostatnie piętro, gdzie mieszkał wuj Albert, opowiedziała w telegraficznym skrócie, kiedy to po śmierci ojca Alberta zniknęły kosztowności i malarstwo, które staruszek obiecał podarować w spadku swojej ulubionej siostrzenicy, Maryli. Jak wiadomo, niespisany testament to obietnica rzucona na wiatr, jedno się mówi przed śmiercią, drugie po śmierci odczytuje adwokat. Nie dość, że nic jej nie zapisał, to jeszcze musiała oddać Albertowi obraz Kossaka, który polski hrabia Jan Wodzicki tylko "pożyczył" rodzinie mojej mamy.
- Na litość boską, Aldona, to nie jest najlepszy moment na tę opowieść. - Mama obawiała się, że wuj Albert mógł stać w otwartych drzwiach i dosłyszeć, co się mówi o jego ojcu. - Patrz pod nogi i licz schody. W tym sporze nie chodziło o majątek, tylko zupełnie inne sprawy...
- Ale obraz zabrali! - huknęła Aldona i nagle wszyscy zatrzymali się w pół kroku.
Mama postawiła mnie na posadzce i zwróciła się do siostry. Ojciec nie miał zamiaru się wtrącać, stał obok, niewzruszony i jak zwykle zniesmaczony wybuchem młodej szwagierki. Maryla miała anielską cierpliwość do Aldony oraz zdolność powstrzymania jej ataków, jednak nie zawsze jej się udawało ją okiełznać, bywało, że nie zdążyła w porę zapobiec małym nieszczęściom i dużym tragediom.
- Obraz po prostu zwróciliśmy. A teraz posłuchaj uważnie. Wuj Albert zgodził się przyjąć nas pod swój dach, ciebie, mnie i Oleńkę. To bardzo szlachetnie z jego strony, zatem ja cię proszę, zachowuj się tak, żeby on tej decyzji nie pożałował. Mam na myśli nie tylko to, co zrobisz, ale co powiesz.
- Też mi szlachetnie ze starym dziadem mieszkać...
- Donia, ja cię błagam...
Aldona usiadła na schodach i zaczęła się ze mną bawić. Robiła śmieszne miny, zeza, wydymała policzki, co dwuletnie dziecko od razu rozśmieszyło. Nie odezwawszy się do swojej siostry, wzięła mnie na ręce i wszyscy ruszyli w górę.
Obraz, który rodzina Rostockich musiała oddać, wisiał w salonie na pomalowanej na niebiesko ścianie. Mama usiadła na kanapie pod obrazem przedstawiającym szarżujące, ogniste konie, ojciec na krześle, bliżej wuja, jegomościa z sumiastym, siwym wąsem.
- Dobrze, żeście przyjechali, miejsca tu dosyć dla wszystkich - powiedział, wskazując laską oszklone drzwi do sąsiedniego pokoju. - Leosia przygotowała dwa łóżka, pościel świeża, poduchy pękate, będzie wam się dobrze spało. A ta piękna dziewczynka to pewnie Aleksandra?
- Skończyła dwa latka w marcu. To nasze wojenne szczęście. - Mama postawiła mnie na dywanie i lekko pchnęła w stronę wuja. - Idź, przywitaj się.
Aldona, widząc, że się waham, podskoczyła do mnie i wzięła moją rękę. Podeszłyśmy do fotela. Mówiła za mnie, dziecinnym głosem.
- Nazywam się Aleksandra Jagiełło i jestem bardzo grzeczna. Nie sikam w majtki, najbardziej lubię pączki i lemoniadę.
Wuj roześmiał się i zapytał mamę ponad głową Aldony o samopoczucie siostry. Nie przyszło mu na myśl, żeby zwrócić się do niej wprost, choć potem, kiedy ją lepiej poznał, lubił z nią rozmawiać i niejednokrotnie zachwycał się skojarzeniami czy jej sposobem opisywania rzeczywistości. Jednak w pierwszej godzinie po naszym przyjeździe wuj Albert traktował Aldonę z pobłażliwą uprzejmością, jaka należy się osobom upośledzonym.
- Jakżeż ona się miewa? Wygląda, że dobrze... Jakby kto nie wiedział, to nawet by się nie domyślił.
Mama przytaknęła.
- Tak, tak, Donia ma się znakomicie, wszyscy mamy się dobrze. Rodzice przesyłają pozdrowienia i dziękują, że się wuj zgodził nas przyjąć.
Albert rozparł się w fotelu, założył nogę na nogę. Mimo że w mieszkaniu nie czuć było świeżości, sam wuj Albert pachniał wodą kolońską i tytoniem, jego strój był elegancki, dopasowany i odprasowany od góry do dołu. Nie mówił, a prawił, flegmatycznie wypowiadał słowa i robił długie przerwy między zdaniami.
- Szkoda, że twoi rodzice, Marylko, sami nie zdecydowali się przenieść do Krakowa. Choć to mnie szczególnie nie dziwi i bez wojny trudno im się było ruszyć z Warszawy... hm... jakby świat nie istniał poza tym miastem. Ryszard w szczególności gardzi podróżami, ileż to razy proponowałem, by wybrali się ze mną do Paryża lub choćby do Wiednia, trochę świata użyć, odetchnąć innym powietrzem.
- Teraz wojna, podróże są marzeniem jak czysta woda i świeży chleb - westchnęła mama.
Moi dziadkowie nie podróżowali przed wojną, wiele opowiadali o swojej podróży poślubnej do Salzburga, skąd wrócili zachwyceni i oczarowani klimatem oraz architekturą miasta i tam zrobiono im piękne fotografie, jakie do dziś stoją na komodzie mojego gościnnego pokoju. Wuj Albert natomiast uwielbiał wyjeżdżać, dobrze się czuł na ulicach światowych metropolii, które zawsze porównywał do Krakowa, i mało miast, jakie odwiedził, mogło z Krakowem konkurować.
Rodzice pili herbatę z porcelanowych filiżanek i uprzejmie słuchali tyrady gospodarza, dopóki nie zaczął tematu okupacji w Warszawie. Mój ojciec natychmiast się zjeżył.
- Dobrze, że waszej kamienicy nie wcielili do getta. Ludzie opowiadają okropne rzeczy o tym miejscu, ale nie wiem, czy to prawdziwe historie.
Ojciec odłożył filiżankę.
- Zapraszam do Warszawy, sam się wuj przekona, jak wygląda okupacja i nękanie Żydów, my to mamy na co dzień. Prawdziwe historie? Zapewniam, są tragiczniejsze niż ludzki rozum mógłby sobie wyobrazić.
Wuj Albert włożył fajkę do ust, mały dymek uniósł się w górę. Aldona kichnęła i poprosiła, by dał jej spróbować sobie pyknąć. Zanim mama zdążyła zareagować, już trzymała fajkę i wkładała ją do ust.
- Niedobre... - Jej kaszel rozdzielał słowa. - Gryzie w gardło.
- Dlatego gryzie, żeby dzieci nie paliły fajek! - Albert śmiał się i poklepywał kaszlącą dziewczynkę.
- Niechby wujaszek co przyniósł na przepłukanie gardła. - Aldona trzymała się za krtań.
- A oczywiście, zaraz każę podać kompotu z jabłek.
- A nie ma wujaszek zwykłej wódki? - Aldona przysiadła się obok niego na podłodze. Albert nie był pewien, czy buchnąć śmiechem, czy zawołać Leosię, żeby podała kieliszki. Moja mama zamknęła oczy, postanowiła w godnym milczeniu przeczekać ten moment. Wtrącił się mój ojciec.
- Niech wuj nie zwraca uwagi na Donię, ona lubi prowokować. A wracając do tematu. Macie tu zaskakujący spokój, wojny w ogóle nie czuć, ludzie spacerują po ulicach, ładnie ubrani, zadowoleni, dzieci się śmieją, przyznam szczerze, jestem zdumiony...
Wuj Albert spoważniał. Między nim a moim ojcem rodziła się niechęć.
- Nie myślcie sobie, że do Krakowa wojna nie dotarła. Rychło się przekonacie, że mniej jest tu Polski, więcej Niemiec, a królem obojga narodów mianował się Frank!
- Frank... - Ojciec pogardliwie wydął usta.
Na Wawelu rezydował Hans Frank, który z nominacji był gubernatorem, nie rządził gubernatorstwem, a panował i od wszystkich, nawet swoich żołnierzy, oczekiwał przynależnego królowi bicia czołem i składania hołdu. Ojciec nie chciał słuchać o gubernatorze ani o niedogodnościach życia mieszkańców rządzonego przez niego miasta. Każde słowo wypowiadane przez Alberta irytowało go i z trudem powstrzymywał wybuch oburzenia. Żona błagała go wzrokiem, żeby przemilczał długi wywód starszego pana na temat panoszenia się Niemców w Krakowie i umiarkowanej niechęci, jaką on sam żywił do okupanta.
- Ale cóż, trzeba żyć... jakiż mamy wybór? W moim wieku już się za szable nie chwyta ani nie ustawia barykad. Prawdę powiedziawszy, nie mam natury wojownika, mój świętej pamięci ojciec zaszczepił we mnie hedonizm...
- Hedonizm?! Ludzie umierają na ulicach w setkach, tysiącach, tuż obok nas za murem, na Szucha wyrywa się ludziom włosy i paznokcie, by zmusić do zadenuncjowania swoich braci, synów czy sąsiadów, strzela w tył głowy, wpycha do masowych grobów, za spojrzenie czy gest można dostać kulę, a wuj mówi o hedonizmie? Doprawdy... - Głos ojca wszedł na wysokie tony, co zawsze było oznaką skrajnej irytacji. - Wie wuj, co spotkało Żydów?!
- Oni sobie poradzą... co jak co, ale przetrwać to potrafią - odparł wuj, krzywiąc usta w uśmiechu.
- Niemcy mają zamiar zgładzić naród żydowski! To się już dzieje!
Wuj odłożył fajkę i schylił się, by podnieść z niskiego stolika książkę.
- To czysta propaganda... - powiedział. - Właśnie o tym czytam.
Mama znów spojrzała błagalnie na swojego męża. Władysław Jagiełło przez moment rozważał, czy stać go na to, by wdać się w kłótnię z wujem, i ostatecznie zadecydował, że nie warto. Zostawiał pod jego bezpiecznym dachem żonę, córkę i problematyczną szwagierkę, nie był to czas sporu, ale wdzięczności. Pozwolił wujowi prawić o Niemcach, Żydach i Polakach, jakby to byli bohaterowie przygodowej powieści.
Osiedlający się w Krakowie Niemcy mieli zakaz zadawania się z Polakami i Żydami, kontakty takie obłożone były sankcjami, z karą śmierci włącznie, tymczasem wuj Albert, u którego mieszkałyśmy aż do czerwca 1945 roku, utrzymywał konszachty z okupantem, a dzień zaczytał od lektury "Krakauer Zeitung", gadzinówki wydawanej w gubernatorstwie, której nakład w 1942 roku przekroczył 140 tysięcy egzemplarzy. Elsa, matka Alberta, była Niemką, uwiedzioną przez polskiego hrabiego Jana Wodzickiego, czym wuj Albert szczególnie się nie chwalił, jako że była to kobieta bez rodowodu, ale gdy tylko do Krakowa wkroczyli Niemcy, fotografie matki wróciły na sekretarzyk tuż obok ojca Alberta, Jana. Dzięki zmarłej w zapomnieniu Elsie oraz jej czystej aryjskiej krwi mogliśmy spokojnie mieszkać w Krakowie nie niepokojeni przez Niemców.
Ojciec wyjechał następnego dnia, obiecując, że przyjedzie latem, najpóźniej na Boże Narodzenie. Pogłaskał mnie po głowie - nie miał zwyczaju manifestowania swoich uczuć w bardziej wylewny sposób, pocałował żonę w policzek i uścisnął mocno dłoń Alberta, zadowolony, że nie musi przechodzić na jego utrzymanie.
- Raz jeszcze dziękujemy wujowi za udzielenie schronienia naszym paniom. Bóg da, spotkamy się w lepszych czasach - powiedział na pożegnanie i zamknął drzwi.
Mama nie miała powodów do narzekań. Wuj okazał się miłym i serdecznym człowiekiem, nie wtrącał się w sprawy "naszego pokoju", przynosił smakołyki, wieczorami czytał na głos Trylogię, a jego służąca Leosia opiekowała się nami, jakbyśmy należeli do jej bliskiej rodziny. Kamienica przy Piłsudskiego była oazą spokoju na tle tego, co się działo w Europie. Można było pomyśleć, że Hitler i jego armia po prostu zapomnieli o tym miejscu i dzięki temu ściany mogły porosnąć bluszczem, a na klatce schodowej nikt nigdy nie krzyczał. Naszymi sąsiadami byli w większości Niemcy, wprawdzie nie mówili "Guten Tag", kiedy mijaliśmy się na schodach, ale też nie spotkały nas z ich strony żadne przykrości. Po doświadczeniach okupacji w Warszawie krakowski spokój, z jakim panowali tu Niemcy, wydawał się nierealny. Mama szybko przywykła do odzyskanego poczucia względnego bezpieczeństwa i jej plecy nie oblewały się zimnym potem, gdy sąsiad Niemiec przytrzymał jej drzwi do kamienicy lub pozbierał rozsypane na schodach kartofle. Wuj posiadał liczne przywileje, z których mama korzystała, usiłując nie myśleć, czy dopuszcza się zdrady, czy też pokazuje, jak wielka jest matczyna miłość, która każdą drogę przejdzie, nawet tę niechlubną, by chronić dziecko. Maryla miała nas dwie pod opieką i nie zawahałaby się przed niczym, żeby zapewnić nam bezpieczeństwo. Nie przyznała się nigdy przed mężem, a i Aldonie zakazała się chwalić, że niejednokrotnie do mieszkania wuja zachodzili niemieccy oficerowie i ona, Maryla Rostocka, podawała im koniak, czasami ciasteczka i podsuwała mosiężną popielniczkę. Wycofywała się szybko do naszego pokoju i pilnowała, żeby goście nie zobaczyli Aldony, która miała wciąż mało lat, ale bardzo dużo urody.
Wuj Albert udawał historyka sztuki i znawcę malarstwa, ubierał się jak paryski marszand i wzbudzał szacunek wszystkich lokatorów kamienicy, nawet tych mundurowych. Jakie on tam interesy z nimi prowadził, nie dowiedzieliśmy się nigdy, pozostały tylko spekulacje i podejrzenia, jakie mój ojciec spisał w notatniku wojennym, który został wydany kilka lat po wojnie. Nie znosił wuja Alberta, zatem pisanie lekką ręką "przypuszczeń", bo tak nazywał opisy działań Alberta na szkodę kultury i narodu polskiego w czasie okupacji, przychodziło mu łatwo. Wuj kryształowy nie był, ale pewnie nie zajmował się tym, o co posądzał go ojciec - grabieżą dzieł sztuki w czasie wojny, choć wiadomym było, że skala tego bezprawia była ogromna i wielu eksponatów nigdy nie udało się odzyskać. Niemcy, zaraz po Rosjanach, to najbardziej złodziejskie nasienie, jakie widział świat, mawiał mój ojciec. Na ścianach krakowskiego mieszkania wuja Alberta wisiały obrazy Jacka Malczewskiego i Wojciecha Kossaka, Wojciecha Weissa, a także Williama Turnera oraz jeden Ludwiga Richtera, który podobno stanowił posag jego żony Elsy, córki kupca. Z całą pewnością nie pochodziły one z kradzieży wojennej. Wodziccy byli bogaci i choć większość majątku Jan przepuścił, podróżując po świecie w poszukiwaniu diamentów i miłości, Albert odziedziczył po ojcu nie tylko kilka nieruchomości, ale też obrazy oraz akcje kopalni diamentów w RPA, które okazały się niewiele warte, kiedy przyszło do rozliczeń z dawnymi wspólnikami Jana.
Obrazy długo nie cieszyły oczu mojej mamy i Aldony, która również próbowała rysować, kopiując nieudolnie dzieła mistrzów. Jesienią 1942 roku wuj nagle zadecydował, że całą kolekcję trzeba ukryć gdzieś poza Krakowem. Mama zadeklarowała swoją pomoc, ale wuj się nie zgodził, nie chciał, aby wiedziała, gdzie wywozi dzieła. Gdyby jej wtedy zaufał, może nie przepadłyby na zawsze. Albert zawierzył oficerowi Wehrmachtu, Kurtowi Wisbachowi, który zadeklarował się wywieźć dzieła sztuki do Niemiec i tam przechować, aż do chwili ostatecznego zwycięstwa Hitlera. Niestety zabrał do grobu tajemnicę lokalizacji skrytki i wszelkie powojenne próby ustalenia, co stało się z dziełami sztuki, spełzły na niczym, choć mój ojciec przez wiele lat usiłował czegoś się dowiedzieć od członków rodziny Wisbacha i innych organizacji zajmujących się tropieniem zaginionych dzieł. Obrazy gromadzone przez Wodzickich zdobią do dziś cudze ściany, piwnice czy strychy.
Mój ojciec miał swoje teorie wykute w towarzyszących mu całe życie podejrzeniach, że wszyscy dookoła są nieuczciwi i tylko czyhają na okazję, żeby lepszą połowę ludzkości oszukać, a wuj Albert był na jego czarnej liście aż do samej śmierci staruszka w 1965 roku. Ojciec nie uznawał kompromisów i mimo swojego młodego wieku - w 1942 roku ledwie przekroczył trzydziestkę - był nieustępliwy i zasadniczy, gdy przychodziło do opowiedzenia się po stronie honoru, prawdy czy prawdziwej Polski, w tamtym okresie - walczącej Polski. Postawa wuja Alberta była mu obrzydliwa, szczególnie kiedy wuj zaczynał rozpościerać wizję o powrocie stolicy do Krakowa i ofierze, jaką każdy mieszkaniec miasta musi ponieść, żeby miasto przetrwało w swojej chwale i cudowności.
- Niemcy to nie są barbarzyńcy - perorował Albert, siedząc z ojcem przy wigilijnym stole. - Nie podniosą ręki na miasto zbudowane na planie magdeburskim, miasto, które w przeszłości było domem dla niemieckiego mieszczaństwa, że o plemionach germańskich nie wspomnę. Nie powinniśmy myśleć kategoriami tu i teraz, bo teraz zaraz się skończy, a co wówczas pozostanie? Nie wolno niszczyć takich miast jak Kraków.
- Chciał wuj powiedzieć Krakau!
- To tylko nazewnictwo... Zrozum, Władysław, Polski nie stać na to, aby rzucić teraz wyzwanie Niemcom, musimy przeczekać. Widziałeś, ilu ich tu jest? Gubernator Frank od początku wojny zachęca Niemców, żeby się tu osiedlali, i czynią to, czy nam się to podoba czy nie. Trzeba umieć oszacować, na co ma się wpływ, a co trzeba tylko obserwować jak płynącą rzekę...
- Nie musicie biernie patrzeć, możecie stawić opór. - Ojciec zniżył głos. - Tak jak Warszawa. My walczymy, dywersją, zamachami, propagandą skierowaną przeciwko okupantom, nawet poezją.
Wuj Albert pokiwał głową, ale nie był to odruch uznania dla odwagi i bohaterstwa warszawiaków, przeciwnie, on miał to już wszystko przekalkulowane. Nie był odosobniony w takim "matematycznym" rozliczaniu akcji polskiego podziemia.
- Tak, oczywiście, docierają do nas wieści o zamachach w Warszawie. Zastrzelicie jednego Niemca i jego kierowcę, a powieszą setkę Polaków w odwecie... Jeśli ty to nazywasz walką... to ja cię przepraszam, ale...
- Co też wuj plecie! - przerwał mu ojciec. - Najłatwiej siedzieć w Krakowie, pić kawę na rynku i podrywać Niemki z Czerwonego Krzyża, a Polska niech się wykrwawia!
Maryla zaczerwieniła się w imieniu swojego wuja, który faktycznie dużo czasu spędzał w kawiarni na rynku i bywało, że brał mnie i Aldonę, by mu towarzyszyć.
- Ty się, Władysławie, tak nie gorączkuj, gdyż nie znasz tego miasta i jego mieszkańców, nie masz pojęcia, co tu się dzieje, czego okiem przyjezdnego nie widać. Myślisz, że nie ma tu ruchu oporu? Że ludzie tylko cicho siedzą i usługują Niemcom? Otóż nie!
- Nie przejdziecie do historii - podsumował długą dyskusję ojciec i zaczął rozmawiać z żoną, która w obecności wuja nie miała mu wiele do powiedzenia. Starała się zachować lojalnie wobec obydwu, ważyła słowa i filtrowała informacje, jakimi się dzieliła z mężem. Wiedziała, że nie pochwaliłby jej, gdyby się dowiedział, jak żyje w Krakowie i przed czym się nie wzdryga.
Kiedy w końcu położyli się spać, uwolnieni od towarzystwa wuja, mojego i Aldony, mama wtuliła się w ojca i zaczęła kwilić jak dziecko. Tak bardzo za nim tęskniła, jednak nie umiała swoich uczuć wyrazić słowami, przede wszystkim wstydziła się ubrać w słowa to, o czym myślała każdego dnia przed zaśnięciem. W obcym mieście, w obcym domu czuła się bezpieczna, ale potwornie samotna. Nie miała żadnego zajęcia ani potrzeby wychodzenia, poniedziałki czy niedziele, wszystko jedno, zaczynały i kończyły się tak samo. Zabierała mnie na spacery, z daleka od ludzi, wędrowałyśmy na Błonia, to znów w stronę Kopca Kościuszki, który Niemcy zamknęli dla zwiedzających, bo widoczny z Wawelu irytował gubernatora Franka. Moje małe nóżki zaprawiły się w marszu i przez całe życie lubiłam dużo chodzić, pewnie dzięki tym długim spacerom z matką, która w ten sposób leczyła swoją melancholię i tęsknotę za mężem.
- Kiedy to się skończy? Władek, powiedz mi, kiedy to się skończy?
Leżeli obok siebie w ciemności, ojciec palił papierosa.
- Wytrzymaj jeszcze trochę...
- Jak długo? Rok? Dwa?
- Nie wiem. Jeśli Hitler zdobędzie Stalingrad... może i dłużej, ale podobno Rosjanie bronią się jak lwy - powiedział, ściszając głos. Nie było pewności, czy wuj ich nie podsłuchuje.
- Nie obchodzi mnie Stalingrad, tylko Warszawa. Kiedy będę mogła wrócić do Warszawy? - Mama położyła obie dłonie na swojej twarzy. Nie liczyła rozłąki z mężem na miesiące, ale na lata i to prowokowało jej płacz.
- W Warszawie jest coraz gorzej, nawet nie rozważaj powrotu. Muszę przyznać, że zgadzam się z twoim ojcem, tutaj jesteście bezpieczne, a to dla mnie najważniejsze. Ludzie się boją, dzieją się okropne rzeczy, nie chcesz na to patrzeć. Musisz teraz myśleć o naszej córce i o sobie, ja nie jestem w stanie was ochronić w Warszawie. - Nie pocieszał żony, przemawiał rozsądnie, przytaczał wszystkie argumenty za pozostaniem w Krakowie, jednak mama czuła, że z każdym kolejnym słowem ją zdradza, i nie słyszała już swojego męża, ale ojca.
- Jeśli mamy zginąć, to razem... - powiedziała cicho.
- W tym rzecz, żeby nie zginąć! Pomyśl o Oleńce, jakie miałaby życie w Warszawie, jakie ma tu? Niedługo skończy trzy latka i będzie coraz więcej rozumieć, coraz więcej pamiętać. Przecież wuj dobrze was traktuje, macie tu wszystko to, czego ja nie mógłbym wam zapewnić. W Warszawie brakuje żywności, prądu, czasami wody, z każdym miesiącem jest coraz gorzej. Nie chciałem ci pisać o tych bombardowaniach z sierpnia, ale naloty trwały i trwały, Rosjanie spuszczali bomby na Mokotów, Żoliborz i naszą Wolę. Zniszczyli Dworzec Wileński, Dworzec Pocztowy, getto, Powązki, no i przede wszystkim Kercelak. Nasze targowisko poszło z dymem i ceny żywności w Warszawie poszybowały w górę. Będziemy głodować, jak tak dalej pójdzie.
Mama nie odzywała się długo, nie wiedziała, co się dzieje w Warszawie, ojciec nie dotrzymał słowa i nie słał do niej listów raz w tygodniu.
- Obiecałeś mi pisać o wszystkim.
- Nie wiem, kto te listy czyta, nie chcę cię narażać, poza tym w jakim celu miałbym cię martwić? Teraz o tym mówię, żebyś sobie zdała sprawę z tego, jak jest źle i jak blisko czai się śmierć. Moi koledzy giną, nasz sąsiad Kłosiński został aresztowany, żonę profesora Drepca zastrzelili w biały dzień na ulicy, a ty chcesz tam wracać?
Mama bezgłośnie szepnęła: chcę. Nie odzywali się przez dłuższą chwilę, każde myślało o czymś innym, nie byli już taką jednością jak kiedyś. Ojciec zapalił kolejnego papierosa.
- To ja też coś ci powiem. - Mama wstała z posłania i podeszła do okna. Nie odsuwając zasłony, uchyliła je. Dopiero teraz zauważył, jaką ma piękną nocną koszulę, ale nie zapytał, skąd pochodzi to koronkowe cudo w mlecznym kolorze.
- Coś niedobrego dzieje się z moją siostrą.
- Nowego niedobrego czy to co zwykle? - zapytał, ziewając.
- W zeszłym miesiącu Aldona musiała poddać się zabiegowi.
- Jakiemu zabiegowi?
- Zaszła w ciążę - odparła mama, stojąc tyłem do ojca. Trzymała palce zaciśnięte na fałdzie zasłony. - Hitler grozi karą śmierci Niemkom za aborcję, ale Polki mogą to robić bez ograniczeń i legalnie w szpitalu.
- Z kim miała to dziecko?
- Nie chciała powiedzieć. A czy to nie wszystko jedno? Aldona sama jest dzieckiem, pięknym i ufnym, a mężczyźni to wykorzystują. Wymknęła się z domu pewnego wieczora, prawdę mówiąc, więcej niż raz. Nie sposób jej upilnować, przecież nie możemy trzymać jej pod kluczem. Ma taki dojrzały wygląd, to nie jest dziecko, tylko siedemnastoletnia panienka. Matka usiadła na brzegu łóżka.
- Widzisz, Władziu, my też mamy tu swoje problemy, nie wszystko jest wojną, czasami toczy się zwykłe życie. Lekarz zasugerował, żeby jej wszystko wyciąć, żeby nie mogła mieć dzieci, ale ja nie byłam w stanie podjąć takiej decyzji.
- To by było najlepsze wyjście - powiedział po chwili i odrzucił róg kołdry. - Kładź się już, niczego nie wymyślimy po nocy.
- Uważasz, że powinniśmy ją tak okaleczyć?
- Po cóż takie wielkie słowa? - obruszył się. - Aldona nie nadaje się na matkę, w tej kwestii chyba się ze mną zgodzisz?
- Ja nie rozumiem jej choroby, nie wiem, skąd się wzięła i jak się rozwinie, po prostu trudno mi podejmować decyzje w imieniu mojej siostry. Szczególnie takie... zdrowotne.
- Obawiam się, że będziesz musiała podjąć jeszcze niejedną decyzję dla dobra twojej siostry - odparł i obrócił się na bok, dając znak, że rozmowa jest skończona i pora spać.
W 1943 roku ojciec przyjechał do Krakowa tylko raz latem i spędził z nami dwa tygodnie. Wspomnieniami z tych beztroskich dni mama napełniła swoje serce i wiele miesięcy po kolejnym rozstaniu układały ją do snu i dodawały siły. Ojciec ten jeden raz nie zachowywał się, jakby był jednoosobową Polską walczącą, tylko całą swoją uwagę poświęcił żonie i córce. Kąpaliśmy się w Wiśle, jedliśmy razem śniadania, ojciec bawił się ze mną i zaczął mnie uczyć języka francuskiego. Powtarzałam za nim pojedyncze słowa i kiedy wychodziło mi to szczególnie dobrze, nagradzał mnie kawałeczkami Wedlowskiej czekolady. Skrawki normalności tamtych dni uszczęśliwiły moją mamę.
Z początkiem lipca 1944 roku ojciec przyjechał do Krakowa po raz trzeci, ale tym razem nie miał zamiaru spędzić z nami krótkich wakacji - przyjechał, żeby się pożegnać. Opowiedział mamie i wujowi Albertowi o planowanym powstaniu w Warszawie, prosząc, żeby go nie usiłowali powstrzymać, ponieważ podjął już decyzję i pójdzie walczyć ze swoimi. Podkreślił, że dzieli się z nimi supertajną informacją, jest zaangażowany w organizację powstania i spoczywa na nim ogromna odpowiedzialność za wiele młodych istnień. Mówił spokojnie, bez emocji, nie stawiał wykrzykników i przez całą rozmowę zerkał wyniośle na Alberta, ale wuj zamiast go podziwiać, kręcił głową i wzdychał.
- Porywacie się z motyką na słońce...
Mama z początku siedziała milcząca i nieobecna, obserwowała swojego męża. jakby był aktorem i grał główną rolę w przedstawieniu, wydawało się, że zaraz zacznie klaskać, ale kiedy ojciec wstał i powiedział: "Na mnie już czas", mama zerwała się z krzesła, stanęła pośrodku pokoju, rozkrzyżowała ręce i zaczęła krzyczeć. Z jej gardła nie wydobywały się żadne konkretne słowa, jedynie wrzask. Najpierw piskliwy, potem ochrypły. Aldona wybiegła z pokoju, wróciła po chwili z garnkiem napełnionym wodą i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, chlusnęła wodą w mamę. Mama wytarła twarz rąbkiem sukienki i opadła na kolana. Była to przerażająca scena, którą ojciec dokładnie opisał w Notatniku wojennym i nawet po latach, gdy czytam jego słowa, przechodzi mnie dreszcz. Do klęczącej mamy podeszła Aldona i próbowała ją podnieść.
- Zostaw! - Ojciec jej przeszkodził. - Zostaw ją w spokoju, już dosyć zrobiłaś.
Aldona nie zrozumiała tej sarkastycznej uwagi. Kiedy ona zachowywała się tak jak jej siostra, bez powodu krzyczała lub wyła niczym wilk, ojciec spryskiwał jej twarz wodą, czasami w ubraniu kładł do wanny i puszczał wodę i trzeba przyznać, zazwyczaj ją to uspokajało.
- Maryla... proszę cię... - Nie było wiadomo, o co prosi żonę, żeby wstała i rozebrała mokrą sukienkę czy żeby zrozumiała, że on musi wracać do Warszawy, ponieważ obiecał to swojej ojczyźnie i jej atak histerii nie spowoduje zmiany planów. Tego samego dnia zapisał w Notatniku wojennym, że biorąc pod uwagę psychiatryczną słabość Aldony, nie można wykluczyć, że i u jej siostry Maryli coś się zaczyna.
- Nie wrócisz do Warszawy!
- Muszę, tam jest moje miejsce, moja rola w szeregu!
Aldona usiadła obok swojej siostry i mocno się do niej przytuliła. Patrzyła na Władysława złowrogo, gotowa go ugryźć lub opluć, gdyby sprawy zaszły za daleko. Wuj Albert wstał z fotela i podał dłoń Aldonie.
- Chodź, kochanieńka, poprosimy Leosię, niech nam zaparzy ziół na uspokojenie.
Poszła za nim bez protestów. Wuj zazwyczaj zasuwał skrzydła drzwi dzielące salon od kuchni, ale tym razem tego nie uczynił. Kiedy rodzice zostali sami, mama, nie wstając z podłogi, powiedziała, że odbierze sobie życie, jeśli ją zostawi teraz samą.
- Na litość boską... Maryla! Nie wolno ci nawet mieć takich myśli!
- A tobie nie wolno jechać do Warszawy.
- Nie spodziewałem się po tobie takiego egoizmu - odparł z wyrzutem.
- Nie jesteś żołnierzem, Władek, jesteś literatem, ojcem i mężem, to my jesteśmy twoim obowiązkiem. Mówisz - egoizm? Nie większy od twojego.
- Naprawdę sobie wyobrażasz, że stchórzę i nie pójdę do powstania? Chciałabyś mieć tchórza za męża? No powiedz głośno, czy chciałabyś, aby twój mąż zostawił przyjaciół w broni na pastwę losu, wypiął się na nich w najważniejszej godzinie?!
Maryla powoli podniosła się z podłogi. Miała na sobie zwiewną sukienkę w kolorze budyniu waniliowego i czarne buty, które służyły jej latem i jesienią. Suknia podkreślała jej wąską talię, była dość głęboko wykrojona przy dekolcie. Założyła ją specjalnie dla męża, ale on nie zauważył lekkości sukni i bladości na twarzy żony.
- Chcę mieć żywego męża. To jest jedyne moje pragnienie - powiedziała cicho.
Stanęli naprzeciw siebie. Władysław był wysoki, co najmniej o głowę wyższy od żony, żeby go pocałować, musiała stawać na palcach.
- Wuj twierdzi, że wojna już się skończyła, Niemcy przegrały i możemy zacząć żyć, nadrobić te lata, kiedy nie pozwolono nam być razem, więc nie... nie martwię się o twoich kolegów i losy powstania. Polska nie wygrywa powstań, wiesz to z historii.
- Będę udawał, że nie słyszałem tego, co powiedziałaś. - Wyciągnął rękę, jakby ją chciał położyć na ramieniu żony, ale ona się uchyliła. - Nie chcę jednak rozstawać się w gniewie. Zostanę w Krakowie jeszcze dzień, może dwa, żebyś się oswoiła z tą myślą.
- Jeśli mam żyć, nie opuścisz mnie - wyznała i wyszła z pokoju.
Ojciec został aresztowany przez Gestapo następnego dnia. Przyszli po niego wieczorem, kiedy Alberta nie było w mieszkaniu. Obeszli się z nim grzecznie, pozwolili nawet się ogolić i ucałować żonę oraz córeczkę na pożegnanie. Ojciec zachował się dostojnie, nie dał po sobie poznać, jak bardzo się boi. Mówił biegle po niemiecku, co w czasie wojny przydawało się w niejednych okolicznościach i jego elokwencja podobno zrobiła wrażenie na gestapowcach. Jak gdyby nigdy nic zapytał, dokąd go zabierają i czy na długo. Niemiec powiedział tylko, że wszystko w swoim czasie, ale nie poszturchiwał go i nie ponaglał. Mama trzymała mnie na kolanach, patrzyła na przeszukujących mieszkanie Niemców. Nie byli zbyt gorliwi przy rewizji. Mama bez słowa skargi czy protestu przyjęła aresztowanie męża, a po ich wyjściu nie czuła nic poza ulgą, że jej mąż nie dołączy do powstania. Przecież Gestapo nie puści go ze swoich łap przez wiele, wiele dni, tygodni, może go nie zobaczyć nawet do końca wojny, jednak wolała, żeby jej męża trzymali Niemcy w Krakowie, niż jeśli miałby stawać do walki na gruzach Warszawy. Mama była cichą i dzielną kobietą, opiekowała się mną i Aldoną, nigdy nie narzekała, nie obnosiła smutnej twarzy i nie oceniała tych, którzy bez heroizmu postanowili wojnę przetrwać. Nie każdy urodził się bohaterem, powtarzała.
Czternastego lipca 1944 roku ojciec trafił na Pomorską 2, do tak zwanego Domu Śląskiego, gdzie urzędowało i przesłuchiwało Gestapo. W celi podręcznego aresztu, w której ojciec przesiedział do upadku Powstania Warszawskiego, wciąż widnieje na ścianie napis wyryty guzikiem - "Polska walczy, sierpień 1944 W. Jagiełło". Zwolnili go tak samo nagle jak aresztowali, nie podając żadnych przyczyn i wrócił na własnych nogach do mieszkania, skąd trzy miesiące wcześniej go zabrali. Po wojnie Władysław Jagiełło wydał zbiór opowiadań pod tytułem W podziemiach Domu Śląskiego, który przyniósł mu sławę i rozgłos, a tych dziesięć mistrzowsko spisanych historii współwięźniów przetłumaczyli i wydali zarówno Anglicy, jak i Rosjanie, na końcu również Niemcy.
Aldona miała swoją teorię na temat aresztowania mojego ojca, którą mnie uraczyła przy okazji jednego z naszych spotkań w latach osiemdziesiątych. Kiedy się spotykałyśmy, nigdy nie mówiłyśmy o sprawach bieżących, Aldona nie pytała o mojego męża, synów, o mnie, interesowała ją wyłącznie przeszłość. Tam żyła i stamtąd wyciągała nitki łączące ludzi i zdarzenia sprzed dziesiątek lat, którymi oplatała nasze rozmowy.
- Ola, ty słuchaj i nie ziewaj, jak ja coś opowiadam, bo ja wiem wszystko, nawet to, co oni nie przypuszczają.
- Oni? Czyli kto?
- No kto? Twoi rodzice!
- Dajże spokój staruszkom - protestowałam, ale Aldona brnęła dalej.
- Nie chcesz wiedzieć, jak to naprawdę było z aresztowaniem twojego ojca w czterdziestym czwartym w Krakowie? Ja ci chętnie opowiem. To wuj Albert spowodował aresztowanie Władka, ale twojej matce słówka nie pisnął. Sam wymyślił taki chytry plan, poszedł do swoich szkopskich kolesiów i załatwił sprawę.
- Wuj Albert miałby nasyłać gestapo na mojego ojca?! - Nie dowierzałam.
- Nie rozumiesz? Życie mu uratował tym aresztowaniem! Nie zrobił tego dla samego Władka, nie znosił go jak my wszyscy, ale dla mojej siostry, dla Maryli, którą bardzo kochał. I jeszcze to ci powiem, że ściągnął Kossaka ze ściany i zaniósł, gdzie trzeba, a kilka godzin później szkopy wpadły do mieszkania i Władka zabrali. Mieszkaliśmy na Piłsudskiego jak u Pana Boga za piecem, między Niemcami, między wrogami, i nikt nas nie niepokoił, poza tym jedynym razem.
- Ojciec należał do AK... szykował się do powstania, może o to chodziło?
Aldona wyśmiewała moją naiwność coraz głośniej.
- Zastanów się, Oleńka... Gdyby twój ojciec był kim ważnym, to by go rozstrzelali, a przecież puścili go wolno, nawet włos mu z głowy nie spadł - odparła i trudno było się z nią spierać.
Wuj Albert zabrał tajemnicę swojego udziału u aresztowaniu mojego ojca w ostatnią podróż w zaświaty, jego grób pękał od tajemnic, jakie tam ze sobą wziął, przynajmniej tak twierdziła Aldona. Dziś myślę, że wuj Albert faktycznie uratował mojemu ojcu życie, i wierzę, że zapłacił za nie Kossakiem.
Jako odwet za Powstanie Warszawskie Hitler rozkazał wymordowanie wszystkich mieszkańców miasta, bez wyjątku i bez wahania. Moi dziadkowie, Anna i Ryszard, zostali wypędzeni ze swojego mieszkania w kamienicy na Chłodnej i rozstrzelani na ulicy wraz z kilkunastoma innymi osobami, a było w tej grupie też dwoje małych dzieci. Niemcy palili, mordowali i gwałcili niczym wściekłe, choć już ranne psy, ganiali po mieście i zabijali dla samej przyjemności zabijania. Wiele lat po wojnie mojemu ojcu udało się ustalić, że jego teściowe zginęli z rąk siepaczy SS z pułku Dirlewangera, zbrodniarza wojennego, którego wierni kamraci zamordowali w czasie wojny ponad sto tysięcy ludzi, głównie cywilów. Na jego cześć Hans Frank wydał uroczysty obiad na Wawelu.
Trudno to dziś zrozumieć, dlaczego moi dziadkowie nie opuścili Warszawy, gdy był na to czas. Ludzie dziś nie są już tak sentymentalni i przywiązani do swego domu, ulicy, miasta, jak kiedyś. Łatwo zmieniają adresy, kraje, kontynenty, zakładają nie gniazda, ale tymczasowe obozy, z których w każdym momencie można wymaszerować z jedną walizką pod pachą. Dziadkowie nie chcieli opuścić Warszawy nie dlatego, że byli odważni, powodowały nimi przekonania i niezłomna wiara, że wojenna śmierć ich ominie. Czuli swoją wyjątkowość, którą miały im gwarantować losy bohaterskich przodków. Ci nie ginęli na wojnach, choć wojskowych w rodzinie Rostockich było wielu, umierali w wysłanych łóżkach otoczeni rodziną. Anna i Ryszard takiej śmierci wypatrywali, nie kuli w serce, pierś i głowę. Ich zwłoki ze zbiorowego grobu wydobyliśmy dopiero pod koniec 1946 roku dzięki dokumentom, jakie mieli w kieszeniach i ubraniach, które rozpoznał mój ojciec.
Kiedy po wyzwoleniu moi rodzice wrócili do Warszawy, zastali mieszkanie ograbione i zniszczone, nie przez bombardowania czy ogień, ale dzikich lokatorów, których mój ojciec rękami wynajętych opryszków po prostu wypędził. Nie było szyb w oknach, prądu i wody, ale pokoje na Chłodnej nadawały się do zamieszkania. Ciotka Aldona została jeszcze kilka tygodni w Krakowie, jednak kiedy zaczęła się w Warszawie akcja dokwaterowywania, musiała wrócić zawezwana przez mojego ojca telegramem i pokornie, choć nie było to w jej stylu, wykonała polecenie szwagra. Przywiozła ze sobą "narzeczonego" i jego kolegę, żeby nas w tych pięciu pokojach rozdzielonych na dwa mieszkania było jak najwięcej. Kolega nazywał się Bednarz i szybko znalazł zajęcie przy odgruzowywaniu miasta, przez co "zalatywał trupem", jak to określił mój ojciec. Pewnego dnia po prostu nie przyszedł na noc do domu i nigdy więcej już go nie widzieliśmy. Ludzie ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach i nikt ich specjalnie nie szukał.
Przyjazd Aldony z narzeczonym zmartwił moją mamę.
- Pewnym jest, że ona musi być cały czas przy nas. Ledwie miesiąc była sama w Krakowie i już się zaręczyła. Podobno wuj Albert ich pobłogosławił, bo ten Antoni Podgórski to nasz daleki, daleki krewny. Przecież oni nie mogą się pobrać! Czy on nie widzi, że Aldona jest inna?
Ojciec próbował powiesić na ścianie kawałek lustra i słuchał jednym uchem, co do niego mówi żona. Los Aldony był mu serdecznie obojętny, nigdy się specjalnie z tym nie krył.
- Niech sobie mieszkają obok, lepiej mieć Aldonę i Podgórskiego za ścianą niż obcych. Poza tym ona wydaje się być bardziej zrównoważona ostatnio. Już nie wychodzi nagusieńka na balkon, jak to bywało, nie plecie trzy po trzy, wojna ją nieco podleczyła.
- Może powinieneś z nim porozmawiać? Naświetlić Podgórskiemu sytuację, niech wie, że Donia miewa momenty, kiedy traci kontakt z rzeczywistością. Byłoby uczciwiej go uprzedzić, niechby był przygotowany na wypadek jej wybryków. Ach... to się już zaczęło w Krakowie, Donia dojrzała przedwcześnie i nosiło ją jak Żyda po pustym sklepie.
Ojciec przejrzał się w zamglonym lustrze. Poprawił krawat.
- Wolałbym się nie mieszać w wasze sprawy rodzinne - odparł. - Ale skoro nalegasz, obiecuję, że znajdę sposobność, żeby się z Podgórskim rozmówić, pod warunkiem, że ty rozmówisz się z siostrą. Wyperswaduj jej pomysł małżeństwa.
- Dobrze. Zabiorę ją jutro popatrzeć na miasto, zajdź do nich i porozmawiaj o przyszłości.
Ojciec dotrzymał słowa. Podgórski przyjął do wiadomości ostrzeżenie, ale ponieważ był to okres, kiedy Aldona czuła się dobrze i zachowywała bardzo zwyczajnie, uznał, że Władysław Jagiełło jest mu po prostu niechętny i próbuje na wszelkie sposoby odwieść go od planów poślubienia panny Rostockiej. Oficjalne zaręczyny Aldony z Antonim Podgórskim odbyły się w październiku 1946 roku, ale do ślubu nigdy nie doszło, choć to nie Antoni przestraszył się związku z szaloną dziewczyną, ale ciotka Aldona nagle zmieniła zdanie i wycofała dane słowo. Mimo to mieszkali razem na Chłodnej przez następnych kilka lat.
Odkąd Antoni zaczął pracować w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, mama całkowicie się od niego odsunęła ze wstydu i ze zgrozy, a ojciec przestał wymawiać jego imię. Nazywał go "ten obok", co czasami brzmiało jak "ten ubek". Jego retoryka diametralnie się zmieniła, gładko przeszedł od "niech sobie mieszkają obok" do "trzeba ich będzie jakoś wykurzyć z naszej kamienicy".
- Przyjęliśmy pod dach podłotę i padalca i nie będzie łatwo się go pozbyć, twoja siostra nieźle nas urządziła, trzeba przyznać.
- Przecież nie wiedziała, że Antek planuje pracować w bezpiece - protestowała nieśmiało mama. - Poza tym Aldona nie ma rozeznania, co jest dobre, co złe dla naszej ojczyzny, nie interesuje ją polityka.
- Jakaś ty naiwna, Marylo! Przecież ten obok tylko po to się z nią zaręczył, żeby tu zamieszkać i mieć mnie na oku!
- Ciebie? Dlaczego akurat ciebie?
Ojciec wzniósł oczy do nieba, jednak nie miał zamiaru udzielić odpowiedzi. Fakt, że nie był powstańcem, nie czynił go mniej podejrzanym i niewartym śledzenia przez nowe władze. Chętnie rozgłaszał swoją przynależność do struktur AK i oficjalnie wstawiał się za swoimi towarzyszami broni od samego początku, co było bez wątpienia aktem odwagi. Nie pozwalano mu wprawdzie drukować jego Apeli poległych ani publicznie wspominać tych, którzy walczyli za inną Polskę, ale też nie został ani razu aresztowany za swoje poglądy w powojennych rozliczeniach i starciach sanacji z socjalizmem.
Aldona przy Antonim wyciszyła się, ustały jej wybuchy nadpobudliwości, które tak martwiły mamę. Siedziała w domu, pichciła, czytała książki i śpiewała przedwojenne szlagiery, których słowa znała na pamięć. Stroiła się dla Podgórskiego, czekała na niego w oknie, sąsiedzi byli przekonani, że młodzi są już po ślubie. Nie zachodziła do naszego mieszkania, nie pozwalała się odwiedzać, jakby w obawie, że jej szczęście u boku Antoniego ktoś zechce zburzyć lub, co gorsza, podpatrzeć.
Rok później do mieszkania na Chłodnej, za zgodą Aldony - trzeba uczciwie dodać, wprowadziła się siostra Antoniego. Roześmiana, drobna panienka w okularach imieniem Teresa. Sprowadzona ze wsi dziewczyna miała sprzątać, gotować i pod każdym względem dbać o starszego brata i jego niedoszłą żonę, do której częściowo należało mieszkanie, w którym się rozgościli. Aldona zajmowała największy pokój z balkonem wychodzącym na ulicę, w kuchni posłanie miała Teresa, drugi pokój, zamykany na klucz, zajmował Antoni.
O tym, czy rodzeństwo Teresa i Antoni od początku spało w jednym łóżku, wiedziała tylko ich współlokatorka Aldona, nikogo innego nigdy do mieszkania nie wpuszczali, pilnie strzegli swojego grzechu, ciekawskim zamykając drzwi przed nosem. Kiedy dorosłam, nie postrzegałam Antka i Teresy inaczej jak małżeństwo i nikt mnie z tego błędu długo nie wyprowadzał. Widywałam ich razem na ulicy, czasami mijaliśmy się na schodach, a wieczorami, stojąc w oknie naszego salonu, obserwowałam, jak Antka przywoziło pod dom czarne auto i natychmiast z mieszkania obok zaczynały przenikać na klatkę schodową zapachy smażonej cebulki, wątróbki, jajecznicy albo flaków, wszystkich ulubionych potraw ubeka Antoniego Podgórskiego.
Miałam trzynaście lat, kiedy Aldona zaczęła mi się zwierzać i opowiadać o tym, co robiła ze swoim narzeczonym, zanim pojawiła się w ich mieszkaniu Tereska. Dostawałam gorączki policzków, słuchając dość szczegółowych opisów tej części ciała mężczyzny, która była dla niego najważniejsza. Aldona nazywała to "fają" i twierdziła, że to może uróść nawet do rozmiarów lagi kiełbasy.
- Ty się Ola szykuj, ciebie też to nie ominie, jak chcesz się stać kobietą...
- Na co mam się szykować? - pytałam zaciekawiona, ale też przestraszona.
Aldona wzruszyła ramionami.
- Paluchy mężczyźni mają grube, ale nie tak grube jak te ich faje, czerwone, jakby z nich krew zaraz miała trysnąć!
- I wujek Antek to wszystko... ma takie... czerwone?
- Aleś ty dziecko, Ola... On ma i inni też. Od pocałunków się zaczyna, ale potem robi się już ważniejsze rzeczy.
- Jakie?
- Robi się miłość. Twoja mama, przykładowo, nic nie wie o miłości, bo jej mąż kocha tylko samego siebie, i to z wzajemnością, a Antek kocha mnie. Więcej niż Tereskę.
Oprócz opowieści intymnych słuchałam o biesiadach, jakie sobie organizowali we trójkę, czasami nawet bez okazji, tak po prostu, żeby się zabawić. Antoni przynosił kawał wędzonego boczku, wódkę, chleb, konserwy, francuskie sery i czerwone wino oraz czekoladę, którą dostawała Aldona. Teresa robiła z tego zestawu małą ucztę, stroiła stół, zasuwała firanki i kotary, stawiała dwa rodzaje kieliszków i wołała do Podgórskiego: Jaśnie panie, podano do stołu. Antoni mył się w piątki bardzo dokładnie, przebierał z białej koszuli w szare polo, potem zasiadali z Teresą przy kuchennym stole, upewniwszy się uprzednio, że okna są szczelnie zamknięte i nikt już nie kręci się na podwórku. Zapraszali Aldonę do stołu, jedzenia zawsze było dość, jeszcze kilka dni po wystawnej kolacji zjadali z apetytem to, co Teresa przechowywała na balkonie w wiadrze przykrywanym deską, żeby darami amerykańskimi nie częstowały się gołębie.
- Tereska to jest taki wiejski garkotłuk, ale zna się na gotowaniu i pieczeniu, a Antek lubi zjeść na tłusto i na słodko. Nauczyłam ich oboje, jak się trzymać prosto przy stole, nie opierać łokci, nie mlaskać, nie siorbać i teraz można by Podgórskich nawet do jakiej ambasady wysłać. Tylko że języków nie znają, na to mają za ciasne głowy.
Siedziałyśmy z Aldoną w piwnicy, selekcjonując zawartość paczki z Ameryki, którą przyniósł Podgórski. On miał dostęp do skonfiskowanych przez władzę ludową paczek nadesłanych z zagranicy i wszyscy żeśmy z tego korzystali. Oczywiście poza moim ojcem, który konsekwentnie odmawiał poczęstunku z puszki.
Zanim władze komunistyczne nie zablokowały dostaw z UNRRA, przez krótki okres po wojnie Podgórscy gościli się przy smalcu z "małpiego tłuszczu" przysyłanego przez Amerykanów w ramach pomocy w odbudowywaniu kraju po wojnie, konserwach mięsnych i rybnych czy słodyczach, które smakowały jak sama Ameryka. Jako dziecko z dumą recytowałam wierszyk, który pamiętam do dziś: "Jedzie UNRRA na rowerze, marmoladę w kuble wiezie, a ludziska się radują, że se chlebek posmarują".
Antoni przynosił do domu pod osłoną nocy różne skarby, zawinięte w szmatę lub w pudle owiniętym skrawkiem koca. Nie dzielił się z nikim poza nami.
- Patrz, jakie zmyślne gacie... - Aldona wyciągnęła z kartonu czerwone, koronkowe majtki. - Już widzę, jak Antek się będzie ślinił...
- Te majtki nic nie przykrywają - powiedziałam, biorąc od niej skrawek koronki. Nigdy nie widziałam takich seksownych części bielizny, byłam szczerze zachwycona.
- Po co w ogóle majtki zakładać, jak zaraz trzeba ściągać? - Aldona chichotała.
Aldona żyła z Podgórskimi na zasadzie członka rodziny, jednego ramienia trójkąta, ale nie była dopuszczana do rozmów czy tajemnic rodzeństwa. Paradoksalnie, świetnie się orientowała we wszystkich pieczołowicie chronionych przez nich sekretach, ponieważ do perfekcji doprowadziła sztukę podsłuchiwania.
- Ale z nich barany, może i jestem chora na umyśle, ale nie głucha...
Zamknęła karton z "amerykańskimi luksusami" i zabrałyśmy się za przebieranie kartofli. Większość bulw wypuściło kłącza lub było zgnite. W całej piwnicy rozchodził się smród, od którego robiło mi się niedobrze.
- Nieładnie tak podsłuchiwać ciotkę i wuja - powiedziałam, wycierając zgniliznę w drewnianą skrzynkę. Antoniego nazywałam wujkiem, do Teresy zwracałam się per "ciociu", nigdy nie zastanawiałam się głębiej, dlaczego małżeństwo mieszka razem z Aldoną, i pewnie nigdy nie doznałabym olśnienia, gdyby pewnego dnia Aldona nie postanowiła wprowadzić mnie w skomplikowaną relację tej trójcy. Przy przebieraniu kartofli dowiedziałam się, że ten piękny związek cioci Teresy i wujka Antka to piekielne kazirodztwo jest, a nie pobłogosławiona w kościele miłość.
- Ciotka Teresa jest siostrą Antoniego?! Na serio?!
- Pewnie. Jak mi nie wierzysz, to pokażę ci ich metryki urodzenia, wiem, gdzie je chowają. Miałam ci już dawniej powiedzieć, ale czekałam, aż zrozumiesz, do takich delikatnych spraw trzeba mieć dorosły umysł.
- Czy moi rodzice wiedzą o tym sekrecie?
Aldona podniosła mały nożyk w górę i zakreśliła w powietrzu znak krzyża.
- Amen! Oczywiście, że wiedzą, przecież Antoni i Tereska są skoligaceni z naszą rodziną od strony babci. Odnoga rodziny, z której nikt nie jest dumny, ponieważ tam jakieś mezalianse były i ucieczki na Śląsk po ślub. Dość na tym, że Podgórscy trzymali się od wszystkich z daleka. Kiedy poznałam Antka, nie wiedziałam wiele na jego temat, po prawdzie dalej niewiele wiem, ale to, że jest bratem Tereski, a nie mężem, to jest sicher.
Kręciłam głową z niedowierzaniem.
- Dlaczego rodzice mi nie powiedzieli, że ciotka i wujek to brat i siostra?
Aldona wrzuciła ostatniego kartofla do koszyka.
- Zdradziłam ci rodzinną tajemnicę, nie wolno pary z ust puścić, rozumiesz? Żebyś się nie wygadała przed moją siostrą czy Władkiem, że wiesz o Podgórskich, bo ci już nigdy nic nie powiem.
Kurczyłam się, gdy Aldona mojego ojca nazywała Władkiem.
- A są jeszcze jakieś inne tajemnice w naszej rodzinie? - dopytywałam się zaciekawiona.
- Niejedna. Pożytecznie się złożyło, że się metryki urodzenia niektórym spaliły w trakcie wojny - odparła.
- Moja oryginalna metryka też się spaliła w powstaniu, mam tylko odpis - powiedziałam z przejęciem.
- Może tak, może nie. Osobiście wątpię. - Aldona spojrzała w małe okienko nad naszymi głowami, kiedy to mówiła.
Wtedy nie zrozumiałam, co miała na myśli, prychając "osobiście wątpię", ale nawet gdybym drążyła temat, Aldona by mi tego dnia więcej nie powiedziała. Musiało minąć kilkadziesiąt lat, żeby temat powrócił.
Od tamtej pory zupełnie inaczej patrzyłam na Teresę i Antoniego, ale nie dałam po sobie poznać, że znam ich sekret, i oczywiście nie zapytałam rodziców o charakter ich relacji. Z czasem jednak narosły we mnie wątpliwości: czy aby na pewno Podgórscy robią coś złego? Nie chodzili za rękę, nie całowali się w bramie, nigdy nie przedstawiali się jako małżeństwo, nikt nie plotkował na ich temat. Nazywali się tak samo, traktowali z szacunkiem, więc mogli być małżeństwem. Ostatecznie doszłam do wniosku, że jednak Teresa i Antoni małżeństwem są, a całą historię o grzechu zmyśliła ciotka Aldona. Jej umysł działał bez schematu i trudno było ocenić na gorąco, czy wytwarza fakty czy fikcję. Jednego Aldonie odmówić nie można, zawsze była na bieżąco z wydarzeniami dnia i jakimś tajemnym sposobem wchodziła w posiadanie wiadomości przed wszystkimi. Innymi słowy, Aldona wszystko wiedziała jako pierwsza.
To od niej dowiedzieliśmy się, że umarł Józef Stalin, zanim informacja ta pogrążyła w smutku robotników, chłopów i inteligencję, zanim gazety zaczęły łkać, że odszedł ojciec narodu. Przez naszą ojczyznę przetoczyła się fala żałoby, płaczących po Stalinie było więcej niż tych wiwatujących z ulgą. Przynajmniej w pierwszym okresie zbiorowej rozpaczy. Poeci pisali wiersze ku czci zmarłego siepacza, zakłady pracy prześcigały się w zaciąganiu zobowiązań upamiętniających jego śmierć, Katowice stały się Stalinogrodem, a Pałac Kultury i Nauki dostał go za patrona. "Kochaliśmy Go. Jak Ojca i jak Przyjaciela" - pisał Leon Kruczkowski w "Życiu Warszawy". Publikowane wówczas wypowiedzi, artykuły i wiersze tworzyły atmosferę, którą Jan Nowak Jeziorański ocenił jako "dni największego poniżenia polskiej inteligencji twórczej". Mój ojciec przywłaszczył sobie to stwierdzenie, nieco zmodyfikował i często się nim posługiwał w wywiadach jako swoim. Lista opłakujących genialnego wodza, nauczyciela partii komunistycznej i narodu była długa i imponująca, od Władysława Broniewskiego, Tadeusza Konwickiego, poprzez Zofię Nałkowską, Marię Dąbrowską, aż po Juliana Tuwima. Pożegnalne noty pisała też Wisława Szymborska, a także Konstanty Ildefons Gałczyński. Rozliczanie polskich twórców nastąpiło wiele lat później, natomiast w roku 1953 Polska otwarcie rozpaczała, a krokodyle łzy kapały na pierwszą stronę "Trybuny Ludu", wprost na wyretuszowaną fotografię Stalina. W tamtych czasach pisarze i poeci stanowili intelektualną elitę kraju, dlatego ich głos był dla ludzi tak ważny. Skoro uznane autorytety napisały, że umarł największy przyjaciel Polski, a w "Trybunie Ludu" rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Teodor Marchlewski oświadczył, że geniusz Stalina opromieniał naukę i ją uskrzydlił, prosty obywatel czuł bolesną stratę każdą kostką i mięśniem swojego ciała.
Antoni wrócił tego dnia do domu bardzo późno i przyniósł ze sobą tylko bimber w półlitrowej niebieskiej butelce. Dopiero następnego dnia, szóstego marca po piątej rano, Polskie Radio miało poinformować społeczeństwo, że Stalin nie żyje, ale dla Podgórskiego nie była to nowina. Powiedział o tym Teresie, jak tylko zdjął płaszcz i odłożył kapelusz na półkę. Aldona siedząca w kucki pod drzwiami kuchni aż przygryzła sobie wargę z wrażenia po tym, co usłyszała.
- Nie wiemy, jak umarł, czy aby nie pomogli, ale że trup, to pewne - mówił Podgórski dosyć głośno, jednocześnie walcząc z czkawką. Teresa napełniła kieliszki.
- Boże, taki silny człowiek, mocarz i nagle zgon? Przecież nawet nie chorował...
- Nawet jakby chorował, świat by o tym nie wiedział. Na moje oko okoliczności śmierci Stalina są cokolwiek podejrzane. Mieliśmy tajną informację, że kilka dni było z nim źle, jednak ostatecznie musimy poczekać na oficjalny komunikat. Coś w końcu powiedzą, przede wszystkim, kiedy pogrzeb. Musimy się przygotować i zastanowić, jak uczcić jego pamięć.
- Zjedz coś, nie pij tak na pusty żołądek... - poprosiła Teresa.
- Jadłem rano, teraz mam żołądek skurczony jak suszoną śliwkę. Jasny gwint! Co oni teraz zrobią? Kto na jego miejsce?! Beria? Malenkow? Poznałem Berię osobiście, nieprzenikniony człowiek, ale też, tak mi się zdaje, dobrze by pokierował naszymi krajami.
Podgórski nie mógł przewidzieć, że za kilka miesięcy po krótkim procesie Berię rozstrzelają jego partyjni koledzy i konkurenci do tronu ZSRR.
- A kogo ty byś wolał, Antoś? - zapytała Teresa.
- Ja? Kimże ja jestem, żeby kogoś woleć w takiej sytuacji?! Towarzysz Stalin był wielkim człowiekiem i ktokolwiek przyjdzie po nim, będzie miał cholernie trudne zadanie. Związek Radziecki to ogromne państwo, trzeba mądrze wybrać, żeby nie zaprzepaścić spuścizny Lenina i Stalina.
Kiedy to mówił, Teresa zamarła. Nie bała się swojego brata, ale czasami pokazywał nieznane oblicze i wtedy się zastanawiała, czy mówi do niej, czy do kogoś trzeciego, niewidzialnego. Tak było tego wieczora, w pewnym momencie Podgórski zaczął przemawiać jak członek partii ze świadomością, że towarzysze rozliczą go z każdego słowa, więc je ważył. Dla Aldony był to znak, że niczego ciekawego już się nie dowie, umiała rozróżnić propagandę od zwierzeń. Obudziła nas, ale ponieważ nigdy wcześniej nie zjawiła się w naszym mieszkaniu o tak późnej porze, wiedzieliśmy, że stało się coś złego albo bardzo ważnego.
- Lepiej sobie usiądźcie - zarządziła, kiedy zebraliśmy się w pokoju gościnnym. Ojciec był ubrany jak do wyjścia, mama zaspana, otulała się połami szlafroka. Ja w długiej nocnej koszuli, bosa, przysiadłam tuż obok Aldony. Jej ton był uroczysty.
- Towarzysz Stalin nie żyje - powiedziała i wskazała palcem na ścianę, na której wisiał ręcznie tkany dywan skrywający drzwi do mieszkania obok. Miały zostać zamurowane, ale skończyło się na zamknięciu kłódką, powieszeniu dywanu i przystawieniu szafą. Nikt jej nie zapytał, skąd wie, wystarczyło, że wszyscy jak na komendę spojrzeliśmy na to samo miejsce. Siedzieliśmy w ciszy przez dobrą minutę, zanim ojciec, zniżając głos, powiedział: "Panie świeć nad jego duszą i jak najszybciej zgaś". Aldona zachichotała i uczyniła znak krzyża lewą ręką.
Mama spojrzała na ojca, niepewna jak zareagować. Władysław Jagiełło poprawił krawat i pogładził policzki.
- No cóż, modlić się nie będę za spokój jego duszy. Jeśli oczywiście to prawda...
- Prawda na sto procent! - Aldona przysiadła obok siostry i wzięła ją za rękę. - Nic się nie bójcie, Antoni was obroni, gdyby przyszło do jakich nieprzyjemności. Głupia Tereska beczy w kuchni jak jaki bóbr za ostatnim zębem, a mnie się zdaje, że to dobrze, że Stalin umarł.
- Bez wątpienia! - Ojciec uderzył otwartą dłonią w stół. - To była wyjątkowa kanalia, więcej, to był potwór!
- Władziu! Na rany Chrystusa, ciszej...
- A niech mnie aresztują!
- Antek mówił, że już szykują następcę, choć Stalin jeszcze ciepły. - Aldona znów spojrzała na ścianę.
- Mówi się, że niejaki Beria.
- Beria? Niewykluczone - potwierdził ojciec. - Jeden pies!
- Ale nie będzie nowej wojny? Władziu? - Mama była przerażona. Jej bladość jeszcze się pogłębiła, a oczy zapadły głębiej w czaszkę. Było jej obojętne, kto będzie rządził w ZSRR, obawiała się tylko jednego: czy nowe rządy nie zakłócą jej miru domowego, któremu przewodził ukochany mąż.
- Historia pokazuje, że między wojnami musi być kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat przerwy, żeby ludzie odpoczęli, żeby wyprodukować nową broń i tak dalej, zatem ja bym się tym nie martwił. - Ojciec rozejrzał się po kuchni. - Mamy coś mocniejszego do wypicia? Trzeba by uczcić odjazd towarzysza Stalina.
Aldona spojrzała na szafkę, w której rodzice trzymali nalewki i bimber.
- Ja bym się też chętnie napiła!
- Donia, ty wracaj do siebie, późno już. - Mama ponagliła ją wzrokiem, ale Aldona nie zwracała na siostrę uwagi. W tym domu decydował Władysław Jagiełło. Tak długo świdrowała go wzrokiem, aż w końcu pozwolił jej zostać i poczęstował ją wyśmienitym bimbrem.
Przysłuchiwałam się rozmowie rodziców, ale dla mnie najważniejsze było to, żeby na moje trzynaste urodziny przyszły wszystkie zaproszone koleżanki i by śmierć Stalina nie zepsuła tego święta. Tylko o tym myślałam i martwiłam się, obgryzając paznokcie, czy zaplanowane przyjęcie dojdzie do skutku. Nigdy wcześniej mama nie urządzała moich urodzin, byłam zbyt smarkata na tort, świeczki i prezent, ale w tym roku zrobiła mi prawdziwą przyjemność, proponując, żebym zaprosiła na poczęstunek koleżanki z klasy, Kazię, Teodora z mieszkania pod nami i oczywiście ciotkę Aldonę. Obiecała z tej okazji upiec ciasto orzechowe i zrobić lemoniadę.
Aldona wróciła do swojego mieszkania, a mój ojciec jeszcze długo siedział przy stole i rozmyślał, a potem swoje przemyślenia zapisywał, żeby pozostał ślad po tej przełomowej dla historii świata chwili. Następnego dnia rano Polskie Radio podało wiadomość o śmierci wodza i wkrótce potem poinformowało, że uroczystości pogrzebowe odbędą się w Moskwie dnia 9 marca w poniedziałek i będą transmitowane na żywo. Mama nie umiała odpowiedzieć na moje pytanie, czy w takiej sytuacji moje urodzinowe przyjęcie zaplanowane na niedzielę dojdzie do skutku.
- Zapytaj ojca - poradziła. - On ma najlepsze wyczucie, co wypada, a czego nie wolno. Jeśli o mnie chodzi, zrobię, co trzeba, ale ostatecznie niech twój ojciec decyduje, żebyśmy nie popełniły błędu.
Ojciec nie miał dla mnie czasu aż do soboty, biegał po mieście na różne tajne spotkania, żeby się dowiedzieć czegoś więcej na temat okoliczności śmierci Stalina i przy kieliszku spekulować, czy taki marny koniec tyrana da początek wyczekiwanym zmianom i czy wypada już mieć nadzieję. Nieśmiertelny Stalin padł trupem jak każdy przeciętny obywatel ZSRR, najtrudniej było ten fakt przetrawić jego wyznawcom, którzy widzieli w nim nadczłowieka. Siedemdziesięcioczterolatek umarł całkiem zwyczajnie, na wylew, ale po trzech dniach agonii, ponieważ nikt z jego świty nie pośpieszył z pomocą, gdy istniała jeszcze szansa go uratować.
Nagle wszystko stało się możliwe, ojciec nie mógł ni spać, ni jeść, tak był podniecony wizją lepszego jutra, wolnego od sowieckich porządków. Kiedy dowiedział się, że "Tygodnik Powszechny" jako jedyna gazeta w Polsce odmówił wydrukowania nekrologu Stalina, przez kilka godzin był przyjacielem miasta Krakowa, ale szybko mu przeszło i powróciła dawna retoryka o dupkach bladych. Nie widział powodu, żeby odwoływać moje urodzinowe przyjęcie, co więcej, zaoferował, że zorganizuje balony i kolorowe wstążki do dekoracji stołu, bo akurat znał kogoś, kto rozdzielał tego typu materiały do organizacji akademii i wieców w dużych zakładach pracy. Ojciec nie lubił płacić, najbardziej cieszyło go, kiedy udało mu się zorganizować coś za darmo, i był w tej sztuce pozyskiwania darmowych rzeczy bardzo dobry.
Dokładnie pamiętam uczucie szczęścia, jakie na mnie spłynęło, gdy patrzyłam na piękną sukienkę, którą mama zakupiła od naszej sąsiadki handlującej zawartością paczek z Ameryki. Sukienka była żółta, odcięta w pasie, z fikuśną czarną kokardą pod szyją i czarnymi guziczkami przy mankietach. Ktoś ją nosił przede mną, tu i ówdzie widoczne były maleńkie plamki jak po sosie pomidorowym lub czerwonej farbie, ale tylko bardzo bystre oko mogło to wypatrzyć.
W niedzielę o godzinie 15.00 przyszła do nas ciotka Aldona i był to jedyny gość, jaki zjawił się na moim urodzinowym przyjęciu. Nikt poza Aldoną nie odważył się przerwać na te trzy godziny żałoby narodowej, a tata mojej koleżanki Grażynki wystosował do moich rodziców list protestacyjny, ganiąc ich i potępiając. Kto w takim dniu mógłby cokolwiek świętować czy weselić się, gdy "człowiek epoki" nie został jeszcze pochowany?! Chyba tylko wrogowie ojczyzny, wrogowie ludu!
Aldona przyniosła mi na prezent złoty łańcuszek z krzyżykiem. Podając mi zawiniątko, przyznała z rozbrajającą szczerością, że go ukradła Antoniemu, szybko uznałyśmy, że mnie się bardziej przyda niż ateiście.
- On przynosi do domu różne przedmioty, niektóre drogocenne, i wszystko chowa w wersalce. Sam nie wie, co ma, ale ja czasami zaglądam do tej skrytki, oczywiście pod nich nieobecność. Tereska zaraz by wypaplała, że grzebię w skarbach... - Aldona zajadała się babeczkami z waniliową czapą i rodzynkami na szczycie, które mama upiekła zamiast placka. Piłyśmy kompot porzeczkowy z maleńkich filiżanek, ponieważ mama, mimo obietnic, nie przyrządziła najlepszej na świecie lemoniady. Nie udało jej się kupić cytryn.
- Skąd on bierze te wszystkie kosztowności? - dopytywałam się.
- Na pewno nie kupuje, tylko kradnie, więc pomyślałam, że mogę buchnąć coś dla ciebie. Podoba ci się?
Wyciągnęłam łańcuszek spod sukienki. Był delikatny, z ładnym splotem, na krzyżyku umierał Pan Jezus. Nie protestowałam, gdy Aldona poprosiła, żebym na razie tym prezentem się nie chwaliła rodzicom i po domu nosiła go pod bluzką, ale w szkole mogłam śmiało paradować z łańcuszkiem wyłożonym na wierzch.
- W tej wersalce przyszyta jest od spodu wielka kieszeń i tam Antek trzyma dokumenty oraz pistolet.
- Pistolet?! - wrzasnęłam.
Aldona zeskoczyła z krzesła, podeszła do mnie i przyłożyła otwartą dłoń do mojej buzi.
- Ciiichooo... To są poważne sprawy, nikt nie powinien wiedzieć zbyt wiele. Ale tobie powiem... Antek jest mordercą, na pewno już nieraz użył tego pistoletu na ludziach.
- Wujek miałby strzelać? Eee... Do kogo?
- Już on tam ma kolekcję wrogów, o to się nie martw.
- A ciotka Teresa? Wie, że on trzyma pistolet w wersalce?
- Pewnie, żebyś ty wiedziała, co oni mówią w nocy, co mają pochowane w szufladach, nawet boję się tam zaglądać... - zaczęła, ale nagle urwała zdanie.
Ciekawiło mnie, co takiego ukrywają w szufladach, ale nie miałam odwagi zapytać. Aldona zapatrzyła się w swoje paznokcie, polizała każdy z osobna, podniosła obie dłonie w górę i uśmiechnęła się do nich.
- Wzięłam dwa pierścionki i kolczyki tak wielkie, jak tylko Cyganki noszą. Niestety na razie nie mogę ci ich pokazać. Noś ten łańcuszek na szczęście, uważaj, żeby Tereska go nie wypatrzyła u ciebie, bo będzie awantura. Ona jest jak pies ze stróżówki, zagryzie prędzej niż pomacha ogonem. Ale w sumie to ją lubię, nigdy na mnie nie huczy i mogę spać, ile chcę.
Pogłaskałam krzyżyk i włożyłam go pod sukienkę. Czułam się piękna i dorosła, mając pierwszą złotą błyskotkę na własność, i byłam po stokroć wdzięczna ciotce Aldonie. To ona reżyserowała moje dorastanie przez te najważniejsze dla młodej panny lata, prowadziła moją seksualną edukację na swoim przykładzie, przestrzegała przed chłopakami, którzy jak tylko im pozwolisz od pasa w górę, to się zaraz rzucą na cały dół i już nic nie jest wstanie ich powstrzymać. Była jedynym źródłem wiedzy na ten temat i przekazywała mi ją bez cenzury. Namówiła mnie kiedyś, żebym zapytała rodziców, co oznacza termin "kobieta lekkich obyczajów", żeby sprawdzić, czy im choćby oględne wytłumaczenie przejdzie przez gardło, i zapytałam którejś niedzieli przy obiedzie. Ojciec zachował zimną krew, ale mama nie trafiła łyżką do ust i krupnik wylał się na obrus.
Zaczynałam edukację w liceum z "dyplomem" stosunków damsko-męskich i niektórym zaufanym koleżankom przekazałam tę tajemną wiedzę o kobiecych miejscach wielkiej podniety, jak to nazywała Aldona, o tym, jak się całować z języczkiem, nawet o tym, jak nie zajść w ciążę, choć moje licealne koleżanki były do przesady cnotliwe i nie marzyły o czymś więcej jak tylko o "mokrym" pocałunku.
Wkrótce potem przestałam interesować się Podgórskimi, wyrosłam z tematów dotyczących lokatorów kamienicy i rewelacji ciotki Aldony, które coraz mniej mnie intrygowały, i coraz częściej myślałam o niej jako o dorosłym dziecku, któremu wierzyć nie warto. Dorastałam, w mojej głowie hulały coraz to odważniejsze myśli i malutkie pragnienia, teoretyczne rozważania ciotki Aldony zaczynałam wprowadzać w życie. Zakochałam się pierwszy raz w chłopaku z maturalnej klasy, który patrzył na mnie tak, że robiło mi się gorąco pod sukienką, potem podkochiwałam się w matematyku, chuderlawym okularniku w sztruksowym garniturze, latem przyjechali do Warszawy studenci z NRD i tam również wypatrzyłam przystojniaczka, któremu pozwoliłam na dosyć śmiałe pieszczoty przy okazji podciągania się w niemieckim.
Aldona nie pasowała do moich dojrzałych myśli, odsunęłam się zarówno od niej, jak i moich rodziców, którzy na szczęście nie interesowali się mną zbyt natarczywie. Pozwalali mi dojrzewać w moim własnym tempie. Ojca pochłonęły literackie dylematy i życie towarzyskie intelektualnej elity Warszawy, mama natomiast całą swoją energię i miłość poświęcała jednemu celowi - aby udało się wszystko to, co zaplanował sobie Władysław Jagiełło. Matka nie miała własnych planów czy ambicji, każdy oddech po to tylko wychodził z jej płuc, by grzać męża. Kobieta kochająca za bardzo, tak o mamie dziś myślę, ale nie oceniam jej surowo, a nawet trochę zazdroszczę. Poddańcza miłość do męża nie odbywała się moim kosztem, byłam dzieckiem kochanym i hołubionym, z mojego powodu nie pojawiła się ani jedna zmarszczka na czole mojego ojca czy matki. Problemy nadciągnęły później, kiedy weszłam w dorosłość i nie umiałam, a przede wszystkim nie chciałam podporządkować się woli ojca.
Pamiętam wyraźnie dzień wyprowadzki Podgórskich. Antoniemu za szczególne zasługi państwo przyznało mieszkanie w nowym bloku. Trzy pokoje z kuchnią i balkonem wychodzącym na południe! Ojciec był niezmiernie zadowolony, że Podgórscy się wyprowadzają i nie będzie już musiał mijać się z nimi na schodach. Kiedy Aldona przyszła do nas z tą nowiną, ojciec nalał do kieliszków koniaku i zaprosił żonę do stołu.
- Doczekaliśmy się! Alleluja! - Podniósł pękaty kieliszek w górę. - Twoje zdrowie, Aldona! I nas wszystkich przy tej wspaniałej okazji.
Ciotka po raz pierwszy została poczęstowana koniakiem i podeszła do tego wyróżnienia z należytym szacunkiem.
- No to zdrowie pięknych pań, może jeszcze przyjdą! - Wzniosła toast, czym rozbawiła mojego ojca, co nigdy wcześniej jej się nie udało. Wypiła porcję koniaku jednym haustem.
- Nalej, Władek, jeszcze po jednym. Raz nie zawsze, dwa nie wciąż! - Mrugnęła do szwagra, jakby byli koleżkami spod budki z piwem.
Mama patrzyła na siostrę zatrwożona. Język, jakim posługiwała się Aldona, był pokłosiem jej ciągłego przebywania z Podgórskim i kontaktów z ludźmi ulicy. Separacja Aldony od zwykłych ludzi, którym bliżej było do sfery niebieskiej niż do sfery towarzyskiej, Maryli Rostockiej po prostu się nie udała.
- Ja w każdym razie za Podgórskimi nie idę - powiedziała, sięgając po butelkę, widząc, że Władysław się nie kwapi. Nalała sobie do pełna.
- Donia... pij powoli... - jęknęła mama.
- Ja się już nie krztuszę przy piciu alkoholu jak kiedyś. - Odstawiła pusty kieliszek.
Na stole leżała paczka papierosów, przez chwilę zastanawiała się, czy nie poczęstować się wawelem, ale ostatecznie cofnęła rękę. Obserwowałam ją rozbawiona i jednocześnie zaskoczona. Aldona bardzo się zmieniła od czasów naszej zażyłości, kiedy byłam małą dziewczynką i potem panienką. Nie wydoroślała, ale zhardziała, rozwinęła się w kierunku męskim, nawet przy stole siedziała jak wójt gminy albo sekretarz partii. Trzymała ręce na stole z zaplecionymi palcami i przemawiała, wyciągając szyję. Była to próba naśladowania Podgórskiego, w jednej chwili stało się to dla mnie oczywiste, ale moi rodzice tego nie dostrzegali, dla nich Aldona była wciąż tak samo chora na umyśle.
- Bardzo się cieszę, że z nami zostajesz. Tu jest twój dom, nasz dom. Nic się nie martw, będziesz do nas przychodzić na obiady... - pocieszała ją Maryla.
Widziała i czuła, jak Aldona cierpi z powodu nadciągających zmian. Miała za chwilę stracić to, co było dla niej najważniejsze, poczucie bezpieczeństwa.
- Będę ich codziennie odwiedzać, to niedaleko, na Ochocie. Pojadę tramwajem albo taksówką, już mam to przemyślane. Antek powiedział, że jak się lepiej urządzą, to mogę zostawać u nich na noc.
Ojciec spojrzał na mamę ponad moją głową, tyle obojgu wystarczyło, żeby uzgodnić, że temat już się wyczerpał, dla dobra Aldony. Po jej wyjściu ojciec dał upust swojej radości.
- Wielki dzień nas czeka! Pozbyć się takiego człowieka to święto!
- Ciszej... - Mama przymknęła drzwi, za którymi się chowałam, przylegając do ściany. Sztuki podsłuchiwania nauczyłam się od Aldony.
- Panie i panowie, niech nikt się nie dowie... - Ojciec mówił to, patrząc w sufit, gdzie podobno zainstalowano podsłuchy. Przekonany był, że bezpieka ukryła w naszych żyrandolach pluskwy, czego nie można było wykluczyć, ale z drugiej strony, gdyby tak było, ojca aresztowaliby co najmniej raz w tygodniu za to, co głosił.
- Krzyżyk na drogę! Musimy utrzymać ich mieszkanie, żeby się jakiś kolejny ubek nie zechciał u nas zagnieździć.
- Władziu, ja bardzo proszę... - Głos mamy był łagodny niczym letni wietrzyk.
- Nie mówię tego, by ci zrobić przykrość, nie jesteś osobiście odpowiedzialna za każdego członka twojej licznej rodziny, jednak obecność Podgórskich za ścianą po prostu mnie mierziła.
- Dobrze, dajmy już spokój. Obawiam się, że z tego będą same problemy.
Wieść o wyprowadzce Podgórskich ucieszyła ojca, ale głęboko zasmuciła moją mamę. Przez ostatnich dziesięć lat Podgórscy opiekowali się Aldoną i choć nie była to łatwa w zdefiniowaniu opieka, fakt, że mieli ją na oku, karmili i sprawdzali, czy dobrze śpi, uspokajał mamę, jednocześnie zwalniał z obowiązku zajmowania się młodszą siostrą. Mama najlepiej wiedziała, że Aldona potrzebuje nadzoru oraz cierpliwości, mimo iż przez większość czasu sprawiała wrażenie normalnej, szczęśliwej kobiety.
- Martwię się. Co się stanie z moją siostrą po wyjeździe Podgórskich?
- W jakim sensie? - Ojciec udawał, że nie rozumie.
- Nie powinna mieszkać sama. Nigdy nie mieszkała sama.
- Odsuniemy szafę, zerwiemy dywan i połączymy mieszkania. W jednym z pomieszczeń mógłbym nareszcie mieć swój gabinet. - Miał na myśli pokój po Antonim, ale nie był w stanie wypowiedzieć tego głośno.
- Aldona zostanie u siebie, pokój gościnny może stać się naszą jadalnią, w końcu będziemy żyć na jakimś poziomie. Przecież to było nasze mieszkanie przed wojną. Cały metraż!
Nie było to do końca prawdą. Mieszkanie należało do dziadków Rostockich, po śmierci ich syna Tadeusza i ich własnej do mojej mamy i Aldony, ale ojciec czuł się prawowitym właścicielem lokalu na Chłodnej, mimo że sam wniósł w posagu tylko dobre maniery i kilka sztuk garderoby. Dziadkowie Jagiełło mieli syna i cztery córki, choć stać ich było ledwie na kota.
- Jestem niespokojna. - Mama miała szósty zmysł. - Aldona jeszcze nie zdaje sobie sprawy, jak to będzie po ich wyprowadzce, odczuwa niepokój, miota się, ale nie rozumie, co się z tym wiąże.
- Nic jej nie będzie. Tęsknota to nie śmiertelna choroba - burknął ojciec.
Nie miał wielkiej ochoty na rozmowę o szwagierce, ponieważ śpieszył się do swoich towarzyskich obowiązków, ale mama nie chciała zamknąć tematu, zanim czegoś nie postanowią.
- Aldona jest bardzo przywiązana do Antoniego... - powiedziała do męża, patrząc mu błagalnie w oczy. Chciała, by ją wsparł, by coś powiedział lub zrobił, żeby odpędzić jej złe przeczucia i czarne myśli. Ojciec modelował krawat, stojąc przed lustrem.
- Maryla, czy ty aby nie histeryzujesz? Ostatecznie zmiana jej nie dotyczy, zostaje w znajomym jej otoczeniu, wśród swoich. Twoja siostra ma nas, Oleńkę, swój kąt. Kiedy otworzy się drzwi pomiędzy mieszkaniami, będzie mogła do nas zachodzić w każdej chwili. Niepotrzebnie się zamartwiasz. Trzeba jej jasno wytłumaczyć, że mieszkamy razem.
- Ale jak jej wytłumaczyć, że Antoni już nie śpi za ścianą? Że nie będzie go codziennie widywać i nosić jego swetra? Życie Doni składało się dotychczas z drobiazgów obracających się wokół Podgórskich, ściślej mówiąc, wokół Antoniego.
- Uważasz, że ona coś czuje do Podgórskiego? - Ojciec skrzywił się z niedowierzaniem i wygładził włosy na skroniach. Był zadowolony z wyglądu mężczyzny, którego widział w lustrze.
- Władziu... Przecież ona go kocha...
- Doprawdy...?! Czy Aldona w ogóle odróżnia miłość od przywiązania?
Przysłuchiwałam się uważnie rozmowie rodziców i kiedy mama wspomniała o miłości Aldony do Antoniego, przypomniałam sobie zbereźne opisy, jakimi mnie Aldona raczyła. Antek był pod nią, nad nią, potem ona w nim. Antoni Podgórski w moich oczach był starym zgredem, mimo iż miał dopiero trzydzieści sześć lat, natomiast dwudziestoośmioletnią Aldonę uważałam za swoją rówieśnicę, więc wyobrażenia ich fizycznej miłości, które kiedyś mnie bawiły, teraz przyprawiały o mdłości. Myślę, że rodzice uważali ich dawne narzeczeństwo za nieskonsumowane i do głowy by im nie przyszło, jak sobie "młodzi" pofolgowali, nie będąc w pobłogosławionym związku. Nie wiedziałam tylko, czy Teresa odgrywała jakąś rolę w tych miłosnych igraszkach, o niej Aldona nigdy nie wspominała, opowiadając w szczegółach, na czym schodziły jej i Antoniemu gorące noce.
Podgórscy nie wzięli z mieszkania prawie nic poza swoimi ubraniami. Nie sprawdziły się przewidywania ojca, że ogołocą ściany, wywrócą szuflady do góry nogami, wynosząc tyle, ile będzie w stanie udźwignąć samochód ciężarowy.
W listopadzie 1956 roku Komitet do spraw Bezpieczeństwa Publicznego został zlikwidowany i powołano do życia nowy organ, Służbę Bezpieczeństwa przy Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, choć jak mawiał mój ojciec, jeden czort! Podgórski awansował po tej przemianie, w wyniku której wielu tajniaków i funkcjonariuszy starej gwardii straciło pracę. Był zaufanym człowiekiem Mieczysława Moczara, z którym znał się z dawnych czasów, i ten, gdy tylko wrócił do łask i objął stanowisko wiceministra, natychmiast zrobił Podgórskiego dyrektorem i dał mu mieszkanie, samochód służbowy oraz wiele cennych przywilejów. Wyprowadzili się z Chłodnej przed Bożym Narodzeniem 1956 roku.
Aldona z powodu straty ukochanego nie zażyła cyjanku ani nie podcięła sobie żył, leżąc w wannie. Kilka dni po wyprowadzce Podgórskich moja ciotka targnęła się na swoje życie. Podpaliła mieszkanie, a ściślej mówiąc, podpaliła siebie, siedząc na łóżku Antoniego.