Moja rodzina na piętrze. Pola - Magda Louis

Kup ebooka

49.90 zł
37.43 zł (28,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Kiedy w sierp­niu 1937 roku dziew­czyna miesz­ka­jąca w są­sia­du­ją­cej z na­szym dwor­kiem wsi wy­jeż­dżała do Lwowa, mia­łam osiem lat. Mój brat Teo­fil w dniu jej wy­jazdu pła­kał jak mały chłop­czyk, któ­remu za­brano ar­mię oło­wia­nych żoł­nie­rzy­ków ra­zem z pu­deł­kiem. Teo­fil był de­li­kat­nym chłop­cem z wy­glądu i w środku bar­dzo kru­chym, wy­star­czyło drzwiami gło­śniej trza­snąć, a już mu serce sta­wało. Gdy wsia­dał na ko­nia, za każ­dym ra­zem się że­gnał, w imię ojca i syna, pa­nie, pro­wadź i nie strąć, więc prze­ra­żała go wi­zja, że to­wa­rzyszka jego za­baw, anioł stróż, przy­ja­ciółka i po­cie­szy­cielka, Pola Wa­wel, go opusz­cza. Byli ró­wie­śni­kami, ale prze­paść mię­dzy hra­bią Teo­fi­lem Mo­raw­skim a Polą Wa­wel była li­czona w la­tach świetl­nych.

Teo­fil uro­dził się za wcze­śnie i roz­wi­jał bar­dzo po­woli. Ze wszyst­kim miał pro­blemy, z prze­ły­ka­niem, cho­dze­niem, ze snem czy uśmie­chem. Jego mała buźka nie wy­ra­żała żad­nych emo­cji, na­wet gdy szlo­chał, wy­glą­dał tak, jakby z dziu­rek w ma­sce wy­le­wały się łzy. Mama pa­trzyła na swo­jego dru­giego syna z naj­głęb­szym smut­kiem, to znów z czu­ło­ścią i de­li­kat­nie do­ty­kała jego ciem­nych lo­ków, owi­ja­jąc je wo­kół pal­ców. Pa­trząc na Teo­sia, ro­biła prze­gląd w pa­mięci, za­sta­na­wiała się, czy w ro­dzi­nie jej lub męża wy­cho­wy­wał ktoś ta­kie nie­mrawe dzieci, a je­śli tak, czy z tego opóź­nie­nia roz­wo­jo­wego wy­ro­sły, czy im tak zo­stało na za­wsze? Szu­kała w naj­dal­szej ro­dzi­nie i nie mo­gła tra­fić na taki przy­pa­dek jak Teo­fil, któ­rego nie dało się zdia­gno­zo­wać. Mój oj­ciec, Je­rzy Mo­raw­ski, nic so­bie nie ro­bił z la­men­tów mamy, po­nie­waż nie do­strze­gał, że jego młod­szy syn roz­wija się w wol­niej­szym tem­pie, niż po­wi­nien. Hra­bia Mo­raw­ski nie in­te­re­so­wał się nim, ale nie dla­tego, że ma­lec był nieco od­mienny, ale dla­tego, że dzieci w ogóle go nie in­te­re­so­wały. Ani wła­sne, ani cu­dze. Gdyby żona nie ob­ja­śniła mu, kim jest mała Pola, pew­nie by uznał, że to jego wła­sna córka, któ­rej na­ro­dziny prze­oczył.

- Ładna dziew­czynka... Ta­kie ma mą­dre oczka i taka jest... śmiała, za­uwa­ży­łeś?

Je­rzy nie odło­żył ga­zety, roz­ma­wia­jąc z żoną, ale przy­tak­nął.

- Teoś za nią prze­pada, we wszyst­kim ją na­śla­duje i co­raz wię­cej mówi... z sen­sem... Może bra­ko­wało mu to­wa­rzy­stwa, dla­tego wcze­śniej był taki apa­tyczny. Nie są­dzisz?

- Prze­cież ma brata! To naj­lep­sze dla niego to­wa­rzy­stwo - ob­ru­szył się oj­ciec.

- Se­we­ryn jest dla niego za duży, nie ma też tej cier­pli­wo­ści, co mała Pola, która trak­tuje go jak młod­szego bra­ciszka. Ja ich ob­ser­wuję i serce mi się ra­duje, że Teoś w końcu za­czyna bie­gać i śmiać się cał­kiem nor­mal­nie...

- Pola? Czy to nie ro­dzina na­szej ku­charki Ja­dzi? - py­tał oj­ciec zza ga­zety.

- Tak, to jej sio­stra.

Pola od po­czątku za­cho­wy­wała się tak, jakby przy­cho­dziła do na­szego domu w od­wie­dziny do krew­nych, a nie na służbę. Wcho­dziła do wszyst­kich po­miesz­czeń, za­ga­dy­wała, sia­dała na ka­na­pach, czę­sto­wała się cia­stecz­kami, i pod­sta­wiała rączkę pod brodę, kiedy je ja­dła, żeby nie na­kru­szyć. Miała po­ma­gać w kuchni, ale bar­dzo szybko oka­zało się, że więk­szy bę­dzie z niej po­ży­tek, je­śli zaj­mie się pa­ni­czem, niż je­śliby miała skro­bać ziem­niaki czy zmy­wać ta­le­rze. Uro­dziny Poli i Teo­sia przy­pa­dały w jed­nym mie­siącu i kiedy skoń­czyli sie­dem lat, ro­dzice urzą­dzili dla nich wspólne przy­ję­cie w ogro­dzie, da­jąc tym sa­mym znak, że Pola Wa­wel zo­stała mia­no­wana na członka ro­dziny.

Czego nie do­strze­gał mój oj­ciec, mama ana­li­zo­wała la­tami i nic jej nie umknęło z po­stę­pów, ja­kie ro­bił Teoś, od­kąd Pola za­miesz­kała we dwo­rze. Był to po­mysł mamy, żeby wy­szy­ko­wać jej po­koik na pię­trze, który do­tych­czas peł­nił funk­cję gra­ciarni. Po­pro­siła na­szych naj­bar­dziej za­ufa­nych słu­żą­cych, żeby się tym za­jęli. Jula uprząt­nęła za­bawki, książki, ozdoby cho­in­kowe i pu­dła pełne ni­czy­ich dro­bia­zgów, Edzio wsta­wił łóżko z me­ta­lo­wym za­głów­kiem, wą­ską szafę i od­ma­lo­wał fo­tel bu­jany, który zna­lazł na stry­chu.

- Zaj­miemy się jej edu­ka­cją, gar­de­robą, ma­nie­rami - za­po­zna­wała ojca ze swoim pla­nem mama. Mnie nie było jesz­cze wtedy na świe­cie, ale ona już za mną tę­sk­niła i mnie ko­chała, póki co rolę słod­kiej có­reczki od­gry­wała Pola.

Mama ubie­rała Polę od stóp do głów, od­kąd ta skoń­czyła sie­dem lat. Nie szczę­dziła przy tym na ma­te­riały i buty do­brej ja­ko­ści, w mod­nych ko­lo­rach. Nie było to jed­nak stro­je­nie la­leczki. Mama, jak to kie­dyś pal­nęła przy świą­tecz­nym stole cio­cia Ste­nia, za­an­ga­żo­wała się w wy­cho­wa­nie wiej­skiej dziew­czyny, żeby ukoić wła­sne roz­terki. Kto hra­binę Mo­raw­ską do­brze znał, wie­dział, ja­kie męki prze­cho­dzi z po­wodu nie­rów­no­ści kla­so­wych, na które co­dzien­nie mu­siała pa­trzeć, jak w głębi du­szy było jej wstyd, że ona ma tak wiele, pod­czas gdy wszy­scy do­okoła kle­pią dużą albo małą biedę. Oj­ciec nie ga­nił ani nie oce­niał po­stę­po­wa­nia mamy wzglę­dem Poli, po­wta­rzał, że je­śli tyle tylko, co kilka su­kie­nek na ko­ronce i ko­lo­ro­wych wstą­żek ma kosz­to­wać spła­ce­nie długu wo­bec nie­rów­nego świata, to on nie za­mie­rza pro­te­sto­wać. Eliza Mo­raw­ska miała jesz­cze inny ważny po­wód, żeby oto­czyć opieką Polę, prze­mil­czany na­wet przez naj­bar­dziej roz­plot­ko­wa­nych człon­ków na­szej ro­dziny i służby.

Otóż hra­bina była wiej­ską ak­ty­wistką, za­kła­dała ochronki, przy­tułki dla bez­dom­nych i pod­upa­dłych ko­biet. Wszyst­kie te przy­bytki brali ro­dzice na czę­ściowe utrzy­ma­nie albo mama do­tąd za­wsty­dzała in­nych bo­ga­tych zie­mian, aż w końcu nasi są­sie­dzi wspo­ma­gali tę mamy praw­dzi­wie bez­in­te­re­sowną do­bro­czyn­ność. Kiedy po woj­nie dwo­rek nasz po­szedł w lu­dowe ręce i urzą­dzono tam sie­ro­ci­niec, mama nie­wiele pro­te­sto­wała, ale kiedy wszedł w ży­cie de­kret o re­for­mie rol­nej i pań­stwo prze­jęło całe na­sze go­spo­dar­stwo oraz lasy, wy­sta­wia­jąc ro­dzi­com "laurkę" zdrajcy na­rodu, mama po­pa­dła w ciężką cho­robę smutku, któ­rej ni­gdy nie wy­le­czyła.

Oj­ciec nie po­świę­cał wiele czasu roz­my­śla­niom nad pro­ble­mami bied­nych i wy­zy­ski­wa­nych, był przede wszyst­kim rol­ni­kiem, do­piero po­tem mę­żem, oj­cem i hra­bią, a mama była przede wszyst­kim mi­ło­sier­dziem. Oj­ciec oży­wiał się i eks­cy­to­wał tylko wtedy, gdy na ho­ry­zon­cie po­ja­wiła się oka­zja do po­więk­sze­nia are­ału na­szych ziem. Po pierw­szej woj­nie świa­to­wej na­stał do­bry czas dla wol­nej Pol­ski, ale też i trudny dla zie­mian, z któ­rych wielu ban­kru­to­wało i od­da­wało grunty za bez­cen. Rząd nowo po­wsta­łej II Rze­czy­po­spo­li­tej stwo­rzył wa­runki prawne, żeby chłopi mo­gli na­być zie­mię, na któ­rej go­spo­da­ro­wali, ale to róż­nie szło, po­nie­waż nie mieli pie­nię­dzy. Je­rzy Mo­raw­ski był za­moż­nym czło­wie­kiem, w dniu wy­bu­chu dru­giej wojny świa­to­wej na­sze wło­ści li­czyły 160 hek­ta­rów.

W al­ma­na­chu Wo­ry­eda, czyli swo­istym prze­wod­niku po waż­nych i do­brze uro­dzo­nych, można zna­leźć kilku Mo­raw­skich z moim oj­cem na czele, a także Za­moy­skich, z któ­rych po­cho­dziła moja mama. Oby­dwie ro­dziny zbiły for­tuny w XVIII wieku w nie do końca zna­nych oko­licz­no­ściach. Ty­tuł trzeba było so­bie wtedy ku­pić, żeby go po­tem z ho­no­rami i za­dę­ciem prze­ka­zać po­tom­kom, i pew­nie moi przod­ko­wie ta­kiej trans­ak­cji do­ko­nali, za­równo po ką­dzieli, jak i po mie­czu. Moi ro­dzice byli roz­mi­ło­wani w zie­miań­skim ży­ciu po­śród zbóż, łąk, trzody, koni oraz wier­nych wło­ścian i wło­ścia­nek z oko­licz­nych wsi, któ­rych ciężka praca za­pew­niała ro­dzi­nie do­sta­nie i przy­jemne ży­cie.

Pola po­cho­dziła z ta­kiej wła­śnie ro­dziny, która od stu lat po­słu­gi­wała Mo­raw­skim, Od­ro­wą­żom, Krzy­szow­skim oraz ich przod­kom, któ­rych por­trety się nie za­cho­wały, a jed­nym śla­dem ich ist­nie­nia są za­pisy w księ­gach pa­ra­fial­nych. Do dworu przy­pro­wa­dzała Polę jej sio­stra Ja­dwiga, a Ja­dwigę jej matka. Wszyst­kie ko­biety szły pro­sto do kuchni, do kró­le­stwa, od któ­rego moja mama stro­niła, jakby to był szpi­tal po­lowy, taki, co brzydko pach­nie, a i ślady krwi można zo­ba­czyć na po­sadzce, gdy ku­charka kurę bez głowy za wcze­śnie do kuchni wnie­sie. Matka bała się wi­doku krwi, może to wła­śnie po niej Teo­fil odzie­dzi­czył róż­no­ra­kie lęki, które obej­mo­wały nie tylko zja­wi­ska re­alne, ta­kie jak krew na pniu, ale też te nie­re­alne, jak udu­sze­nie gwiezd­nym py­łem czy ze­msta przod­ków do­ko­nana rę­kami przy­by­sza z Czar­nego Lądu.

Kiedy Pola skoń­czyła dzie­więt­na­ście lat, ro­dzice za­we­zwali z kuchni Ja­dwigę i za­ko­mu­ni­ko­wali, że wy­sy­łają jej sio­strę na na­uki do Lwowa. Na wsi mó­wili, że miała za­le­d­wie sie­dem­na­ście lat, kiedy wy­je­chała z Mi­ło­wic, ale w rze­czy­wi­sto­ści była dwa lata star­sza, je­śli wie­rzyć jej me­tryce uro­dze­nia, którą po­dobno miała w se­kre­ta­rzyku moja mama.

Mama po­szła w ślady in­nych zie­mia­nek i dała przy­kład ko­lej­nym, by edu­ko­wać zdolną mło­dzież z niż­szych klas spo­łecz­nych, aby ta wy­ra­stała na mą­drych pa­trio­tów. Słowo "oj­czy­zna" wy­kute było w ser­cach mo­ich ro­dzi­ców zło­tymi li­te­rami i nic nie miało więk­szej war­to­ści niż pol­ski ję­zyk, pol­ska hi­sto­ria, pol­ska toż­sa­mość. Wpraw­dzie Pola nie wy­róż­niała się ta­len­tem ar­ty­stycz­nym i poza de­ko­ro­wa­niem tor­tów nie wy­ka­zy­wała się ni­czym szcze­gól­nym w tym za­kre­sie, jed­nak ro­dzice za­de­cy­do­wali, że sztuki piękne to bę­dzie naj­od­po­wied­niej­szy dla niej kie­ru­nek.

Pola przy­jęła pro­po­zy­cję, sto­jąc w drzwiach sa­lonu. Nie po­de­szła bli­żej sio­stry, słu­chała z da­leka, co pań­stwo Mo­raw­scy po­sta­no­wili w jej spra­wie, i ani raz nie spoj­rzała na Teo­fila, który sie­dział w ką­cie i roz­pacz­li­wie wpa­try­wał się w nią z na­dzieją, że pro­po­zy­cję wy­jazdu do Lwowa od­rzuci. Jakże by mo­gła?! O ni­czym in­nym nie ma­rzyła, jak tylko o cu­dzie, który by ją wy­rwał z za­py­zia­łej wsi, gdzie się uro­dziła, i rzu­cił po­mię­dzy cie­ka­wych lu­dzi, w nowe miej­sca, które trzeba zdo­by­wać, po­zna­wać, oswa­jać.

Nie li­czyła na po­moc hra­biny Mo­raw­skiej, są­dziła, że cud prze­no­sin w piękne miej­sce na­stąpi za przy­czyną ja­kie­goś przy­jezd­nego dżen­tel­mena ze świata, który się w niej za­ko­cha i za­bie­rze do sie­bie na za­mek, nie zwa­ża­jąc na jej li­che uro­dze­nie. Gdy jed­nak skoń­czyła osiem­na­ście lat, do­słow­nie z dnia na dzień za­częła my­śleć ina­czej. Do­szła do wnio­sku, że ża­den ka­wa­ler z kręgu to­wa­rzy­skiego Mo­raw­skich nie po­da­ruje jej tego, o czym ma­rzy, z jed­nego wię­zie­nia przej­dzie do na­stęp­nego, bę­dzie za­wsze za­leżna od dru­giej osoby, która ma wię­cej i wszystko fun­duje, wy­dziela, na ko­niec roz­li­cza. Tego dla sie­bie nie chciała. Pro­po­zy­cja Mo­raw­skich przy­szła w ostat­niej chwili, Pola od po­czątku tego lata roz­wa­żała wy­jazd do Ame­ryki i je­śli się wciąż wa­hała, to nie ze względu na mo­jego młod­szego brata Teo­sia, który trzy­mał się rąbka jej spód­nicy, jakby to koło ra­tun­kowe było, ale ze względu na mo­jego star­szego brata, Se­we­ryna.

Pola Wa­wel słu­chała słów hra­biny Mo­raw­skiej i le­ciała już po­nad da­chami wiej­skich chat, ma­cha­jąc lu­dziom na do wi­dze­nia białą chu­s­teczką.

- Ja­dwigo, chcie­li­śmy ci coś za­ko­mu­ni­ko­wać. Uwa­żamy z mę­żem, że Pola po­winna kon­ty­nu­ować na­ukę w du­żym mie­ście. Tu­taj moż­li­wo­ści są ogra­ni­czone, za­tem po­sta­no­wi­li­śmy wy­słać ją do Lwowa, oczy­wi­ście je­żeli sama ze­chce i je­żeli ty się zgo­dzisz. Trzy­ma­li­śmy w ta­jem­nicy tę no­winę, póki szcze­góły nie zo­staną usta­lone z pro­fe­so­rem, ale dziś przy­szedł list ze Lwowa i mo­żemy wam po­wie­dzieć, że zo­stała przy­jęta i czas w drogę. - Mama mó­wiła po­woli, wy­pusz­cza­jąc każde słowo z na­le­żytą mu aten­cją.

- Po­kry­jemy wszel­kie koszta, ma się ro­zu­mieć... - wtrą­cił oj­ciec.

- Bę­dzie nam jej bar­dzo bra­ko­wało... Przy­wy­kli­śmy do jej ra­do­snej obec­no­ści, mój boże, przy­pro­wa­dza­łaś ją do nas, gdy miała le­d­wie trzy lata... - Głos mamy stał się miękki i ak­sa­mitny. - Ale cóż... Chcemy dla niej jak naj­le­piej, nie bę­dziemy przez wła­sny ego­izm trzy­mać mło­dej panny we dwo­rze do sta­ro­ści. Bio­rąc pod uwagę pre­dys­po­zy­cje Poli, ję­zy­kowe oraz inne, wy­bra­li­śmy Lwow­ską Aka­de­mię Sztuki. Mamy tam za­przy­jaź­nio­nego pro­fe­sora Ja­wor­skiego, oso­bi­ście mnie za­pew­nił, że bę­dzie się o twoją sio­strę, moja Ja­dwi­siu, trosz­czył.

Ja­dwiga miała na utrzy­ma­niu jesz­cze dwoje dzieci, An­to­ninę i Sta­sia, choć wy­cho­wy­wa­nie Poli ogra­ni­czało się przez ostat­nie lata do na­po­mi­na­nia jej, by zno­szone su­kienki oraz inne rze­czy, które do­staje we dwo­rze, przy­no­siła pro­sto do cha­łupy, by z ni­kim się nimi nie dzie­liła, a przede wszyst­kim ni­komu się nie chwa­liła. Sio­stra Poli, twarda i ogo­rzała ko­bieta, miała tyle cech mę­skich, że gdyby nie jej ubiór, ła­two by­łoby ją po­my­lić z chło­pem. Duża, roz­ło­ży­sta ni­czym dąb, trzy­mała się pro­sto i ni­gdy nie zra­niła swo­jej twa­rzy naj­mniej­szym na­wet uśmie­chem. Kiedy mó­wiła, bły­skał w jej ustach je­den srebrny ząb.

- Co ty na to, Ja­dwi­siu? - Mama uśmie­chała się za­chę­ca­jąco.

- A to niech je­dzie, jak jej tu cia­sno - po­wie­działa Ja­dwiga, co w jej ję­zyku ozna­czało, że dzię­kuje.

Pola od­kle­iła się od drzwi i po­de­szła bli­żej roz­ma­wia­ją­cych ko­biet.

- Kiedy mam je­chać?

- Nie ma na co cze­kać, na­wet i w przy­szłym ty­go­dniu. Tak się składa, że mój brat do Lwowa je­dzie na dniach, Edzio cię za­wie­zie do Lu­dwi­ków, już ich uprze­dzi­łam, brat weź­mie cię swoim au­to­mo­bi­lem.

- Będę go­towa. - Pola dy­gnęła.

Ja­dwiga za­sta­na­wiała się przez chwilę, czy wy­pada jesz­cze coś po­wie­dzieć, ale osta­tecz­nie ski­nęła tylko głową, zro­biła krok w przód i wy­ćwi­czo­nym ru­chem po­rwała dłoń mo­jej matki i przy­ci­snęła do ust. Oj­ciec uśmiech­nął się, za­do­wo­lony, że ko­lejna mi­sja żony się po­wio­dła, a na ko­niec za­ko­mu­ni­ko­wał, że star­szego syna, Se­we­ryna, także wy­sy­łają na na­uki do Pa­ryża. Ubo­le­wał przez chwilę nad pustką, jaka wy­pełni dwo­rek. Pod­szedł do sie­dzą­cego w ką­cie Teo­sia i wy­zna­czył mu nowe za­da­nie.

- Bę­dziesz mu­siał Se­we­ryna i Polę za­stą­pić, chcę cię wię­cej wi­dy­wać, synu...

Teo­fil uchy­lił głowę przed czułą oj­cow­ską dło­nią, wstał i bez słowa wy­szedł z sa­lonu.

- Spo­dzie­wa­łam się, że tak to przyj­mie. - Mama po­smut­niała. - Zu­peł­nie so­bie nie ra­dzimy z jego wraż­li­wo­ścią. Trzeba z nim po­roz­ma­wiać, przy­tło­czy­li­śmy go no­winą, któ­rej sensu i kon­se­kwen­cji pew­nie nie ro­zu­mie.

- Ro­zu­mie na pewno, że my wy­jeż­dżamy, a on zo­staje sam - po­wie­działa Pola, pa­trząc w stronę drzwi. - Pro­szę się nie mar­twić, z po­czątku wszystko, co nowe, zdaje się prze­ra­żać, ale na­tura ludzka na­tych­miast się przy­zwy­czaja. Pójdę się z nim roz­mó­wić, jed­nak naj­pierw chcia­łam pani hra­bi­nie bar­dzo po­dzię­ko­wać. - Pola po­de­szła do sie­dzą­cej na ka­na­pie mamy i przy­klę­kła na jedno ko­lano, żeby ich oczy spo­tkały się na tej sa­mej wy­so­ko­ści. - Po­pro­szę Boga o jedno. Że­bym się mo­gła kie­dyś pani hra­bi­nie od­wdzię­czyć.

Mama nie umiała ukryć wzru­sze­nia. Po­chy­liła się i po­ca­ło­wała Polę w czoło. Kiedy po­my­śleć, co się stało kilka lat po­tem, słowo wdzięcz­ność za­czyna brzmieć jak obe­lga.

Pola wy­szła za sio­strą na sło­neczny dzie­dzi­niec. Lip­cowe niebo było czy­ste i go­rące, zie­mię tra­wiła su­sza, ale w tym dniu ważne było dla niej tylko to, że do­stała prze­pustkę do do­ro­słego i cie­kaw­szego ży­cia, z dala od fol­warku, la­sów i ry­czą­cych krów. Pola wal­czyła ze sobą, żeby nie ska­kać z ra­do­ści i nie rzu­cić się na szyję swo­jej sio­strze. Nie spo­dzie­wała się ta­kiej hoj­no­ści ze strony mo­ich ro­dzi­ców, cho­ciaż czuła się i była trak­to­wana jak czło­nek ro­dziny. Co in­nego za­sia­dać z pań­stwem przy jed­nym stole, dzie­dzi­czyć pa­ry­skie, lekko zno­szone ka­pe­lu­sze, co in­nego je­chać do szkół na ich ra­chu­nek.

- Zajdź do cha­łupy po­że­gnać się z Tośką, ona tak cię wy­pa­truje, że jej oczy mgłą za­cho­dzą. - Ja­dwiga po­pra­wiła wę­zeł chustki pod brodą. - Nic, tylko by do dworu la­tała.

- Oczy­wi­ście, że przyjdę! - Pola chciała za­trzy­mać sio­strę na dłuż­szą roz­mowę, ale Ja­dwiga ru­szyła w stronę fol­warku, nie oglą­da­jąc się.

- Za­cze­kaj... nie cie­szysz się z tej no­winy? Prze­cież to bę­dzie fan­ta­styczna przy­goda!

- A co mnie po two­ich przy­go­dach? - Ja­dwiga wzru­szyła ra­mio­nami i szła da­lej.

- Choćby to, że je­śli mnie się po­szczę­ści, to po­mogę Tosi i Sta­siowi. Chyba dla nich chcesz, jak każda matka, lep­szego ży­cia?

- Nie mąć im w gło­wie - wark­nęła. - Oni nie mają ta­kiej śmia­ło­ści jak ty, żeby się pchać, gdzie ich nie po­siali. Mają swoje miej­sce, swoje, ro­zu­miesz? Nie cu­dze.

Pola za­trzy­mała się i przez chwilę pa­trzyła w od­da­la­jące się plecy sio­stry. Nie za­uwa­żyła wcze­śniej, że Ja­dwiga utyka na jedną nogę i że jej wy­sta­jący spod chustki war­kocz, mimo jej mło­dego wieku, za­czyna si­wieć.

Dziew­czyna we­szła do parku, Teo­sia zna­la­zła bez trudu na końcu głów­nej alejki, gdzie ro­sło kilka pięć­set­let­nich dę­bów. Gdyby iść da­lej, park koń­czył się fosą, za nią za­czy­nał ogromny las po­prze­ci­nany sze­ro­kimi ścież­kami, któ­rymi zwo­żono drzewo z wy­cinki. Teo­fil scho­wał się pod naj­star­szym, naj­bar­dziej oka­za­łym dę­bem, który za­sa­dzono w rok chwały i zwy­cię­stwa pod Grun­wal­dem. Był już przy nim jego stra­szy brat, Se­we­ryn.

- Nie rób przed­sta­wie­nia - na­po­mi­nał go ostro. - To nie te­atr, nikt ci nie za­klasz­cze. Przy­go­tuj się na naj­gor­sze, bo ży­cie to jedna wielka strata. Dziś tra­cisz przy­ja­ciółkę, ju­tro ro­dzi­ców, da­lej, na kogo pad­nie.

Teo­fil spoj­rzał na brata z prze­ra­że­niem, po­tem na Polę.

- Po co to mó­wić ta­kie okropne rze­czy? Chcesz mnie do­bić?

- Prze­ciw­nie! Chcę, że­byś był silny i zro­zu­miał jak naj­szyb­ciej, że nie mamy wpływu na to, jak lu­dzie od nas od­cho­dzą i jak przy­cho­dzą. Nie wiń matki za to, że Polę w świat wy­syła.

- Ale ty też je­dziesz! - krzyk­nął z pre­ten­sją w gło­sie.

- Chcę być in­ży­nie­rem, gdzie mam się tego na­uczyć? W Wi­śnio­wej czy w Strzy­żo­wie? No sam po­myśl...

- Na­raz mu­si­cie je­chać?! Co ja będę tu sam ro­bił? - Teo­fil spu­ścił głowę i wy­da­wało się, że za­raz się roz­pła­cze.

Pola usia­dła obok niego.

- Będę do cie­bie pi­sać li­sty, może na­wet ro­dzice po­zwolą ci przy­je­chać do mnie w któ­rąś nie­dzielę, na przy­kład z wu­jem Lu­dwi­kiem, który co rusz do Lwowa jeź­dzi. Na Boże Na­ro­dze­nie wszy­scy zje­dziemy do Mi­ło­wic, będą to naj­pięk­niej­sze święta, ja­kie wi­dział świat! Se­we­ryn oczy­wi­ście też przy­je­dzie, chyba że po­gar­dzi na­szym to­wa­rzy­stwem, jak się roz­hula w Pa­ryżu...

- Oczy­wi­ście, że przy­jadę - żach­nął się. - Ale póki co mu­sisz od dzi­siaj o go­spo­dar­stwo dbać i ojcu po­ma­gać, od te­raz ty je­steś naj­star­szym sy­nem. Ro­zu­miesz?

Teo­fil ski­nął głową, roz­ch­mu­rzył się nieco. Pola wstała, prze­sia­dła się na drugi ko­niec ławki obok Se­we­ryna. Ich ra­miona ze­tknęły się prze­lot­nie. Dawno ze sobą nie roz­ma­wiali. Od dnia, kiedy ob­wie­ścił jej, że wy­jeż­dża na stu­dia, mi­jali się, uwa­żali, by się na­wet przy­pad­kiem nie spo­tkać twa­rzą w twarz. Gdyby ich ktoś pil­nie ob­ser­wo­wał, do­szedłby do wnio­sku, że są skłó­ceni.

- Do mnie też na­pi­szesz? - za­py­tał, nie od­wra­ca­jąc głowy w jej stronę.

- Nie wiem - od­parła szcze­rze. - Na pewno bę­dzie o czym, ale czy będą chęci?

- Roz­jeż­dżamy się na ja­kiś czas za­le­d­wie... - za­czął i urwał w pół zda­nia.

- Och, pro­szę... nie tłu­macz mi jak Teo­siowi, nie je­stem małą dziew­czynką.

Se­we­ryn przez wiele lat trzy­mał się z da­leka od ba­wią­cych się dzieci, Poli i Teo­sia, był od nich trzy lata stra­szy i znacz­nie doj­rzal­szy, ale kiedy Pola-dziew­czynka w jedno lato stała się Polą-pa­nienką, Se­we­ryn za­czął co­raz wię­cej czasu spę­dzać z bra­tem i jego uko­chaną przy­ja­ciółką. Zbli­żył się do nich, do­łą­czał, kiedy je­chali do mia­steczka, albo na dłu­gie spa­cery po le­sie, był szcze­rze za­sko­czony ro­dza­jem tej za­ży­ło­ści, która wcale nie po­le­gała na tym, że Pola rzą­dziła ga­po­wa­tym Teo­siem. Tych dwoje miało se­kretny ję­zyk, któ­rym się po­ro­zu­mie­wali po­nad gło­wami ob­cych, mieli sza­lone po­my­sły, czas po­dzie­lony na roz­rywki i edu­ka­cję, po­nie­waż Pola na­ło­gowo czy­tała książki. Mo­raw­scy zgro­ma­dzili wspa­niałą bi­blio­tekę, za­tem mo­gła za­nu­rzyć się w lek­tu­rze bez obaw, że za­brak­nie no­wych. Teoś nie chciał spę­dzać czasu z da­leka on Poli, więc też za­czął czy­tać, a od­po­wied­nie dla niego książki wy­bie­rała mu Pola.

Bra­cia Mo­raw­scy i Pola cie­szyli się wol­no­ścią, a mieli jej wię­cej niż mło­dzi w in­nych dwo­rach, mo­gli się za­cho­wy­wać tak swo­bod­nie, jak im się za­ma­rzyło. Ko­nie brać, do mia­steczka jeź­dzić na pro­jek­cje fil­mów, na po­tań­cówki, fe­styny, wy­stawy czy spek­ta­kle te­atralne do Kra­kowa. Poli nie bra­ko­wało po­my­słów na spę­dza­nie wol­nego czasu, Teoś na każdą pro­po­zy­cję przy­sta­wał z ochotą, na­wet je­śli po­tem się zmu­szał, żeby wy­trwać do końca przed­sta­wie­nia czy przejść ko­lejny ki­lo­metr przez pola i łąki. Cza­sami Pola i Se­we­ryn jeź­dzili konno tylko we dwoje, co do­pro­wa­dzało do roz­pa­czy Teo­sia, ale Pola za­raz mu to wy­na­gra­dzała i kilka dni z rzędu tylko z nim jeź­dziła. Za­pusz­czali się w ta­kie miej­sca wzdłuż brzegu rzeki, gdzie ta była naj­szer­sza, i ką­pali w zim­nej wo­dzie le­dwo odziani. Sła­bego zdro­wia Teo­fil ni­gdy nie za­cho­ro­wał po tym "pły­wa­niu", je­śli do­sta­wał ka­taru i kaszlu, to tylko wtedy, gdy go oj­ciec cią­gał na po­lo­wa­nie.

Teo­fil bar­dzo cier­piał po ich wy­jeź­dzie. Skoń­czyło się miłe, wiej­skie ży­cie, ja­kie uwiel­biał, i je­dyne, ja­kie znał. Wy­jazdy na stu­dia za­gra­niczne nie były w na­szej oko­licy normą, Teo­fil nie znał in­nej ro­dziny, która by wy­słała dziecko po na­uki tak da­leko, za­tem od­jazd Se­we­ryna i Poli przy­jął z cięż­kim ser­cem, jakby karę jemu wy­zna­czoną. Ja nie by­łam dla mo­jego brata ważna czy in­te­re­su­jąca, mała dziew­czynka nie ja­wiła się jako do­bry kom­pan, nie mógł ze mną ga­lo­po­wać po ma­now­cach ani w te­nisa grać na kor­tach u Ło­siów, więc mnie nie za­uwa­żał i dość osten­ta­cyj­nie omi­jał.

- Po­baw się z He­lenką - pro­siła go mama. - Może by­ście na grzyby ra­zem po­szli? Na praw­dziwki. Lu­dzie ko­szami z lasu wy­no­szą... Do­brze by było usu­szyć, ma­ry­naty zro­bić z tych ma­lut­kich.

- Niech ma­mu­sia ko­goś in­nego po­prosi, ja nie mam czasu - od­burk­nął.

- Może byś sio­strze po­ka­zał swoje ry­sunki? - Mama nie pod­da­wała się tak ła­two.

- Wrzu­ci­łem je do pieca, nie będę już nic ry­so­wał.

Teoś schudł i jesz­cze bar­dziej po­bladł z tę­sk­noty za Polą i Se­we­ry­nem. Po no­cach czy­tał, za dnia spał, pra­wie wcale nie wy­cho­dził z po­koi, z rzadka za­pusz­czał się do stajni po­pa­trzeć na ko­nie, ale na żadną prze­jażdżkę się nie od­wa­żył. Wszystko mu obrzy­dło, naj­bar­dziej to­wa­rzy­stwo lu­dzi, czy to we dworku, czy w fol­warku, le­d­wie "dzień do­bry" rano rzu­cał i "do­bra­noc" na ko­niec dnia.

Nie wiem, czy Pola mu jaki list przy­słała, co obie­cała przed wy­jaz­dem, i czy kie­dy­kol­wiek prze­stał na wia­do­mo­ści od niej cze­kać, dość na tym, że kiedy przy­szedł gru­dzień 1937 roku i wuj Lu­dwik znów do Lwowa je­chał za ze­bra­nie Związku Zie­mian, Teoś umy­ślał so­bie, że Pola z nim sa­mo­cho­dem do Mi­ło­wic przy­je­dzie na Boże Na­ro­dze­nie. Lu­dwik Za­my­oski był po­sia­da­czem wspa­nia­łej li­mu­zyny BMW 326, którą moja mama na­zy­wała ka­rocą, i chęt­nie sia­dał za kółko. Jeź­dził do Lwowa, Kra­kowa, na­wet do War­szawy, żeby cu­dze oko do za­zdro­ści po­bu­dzić tym cac­kiem, a so­bie hu­mor po­pra­wić. Nie miał wuj Lu­dwik szczę­ścia z żoną w domu, za­tem ucie­kał z niego przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji. Ze Lwowa wró­cił kilka dni przez Bo­żym Na­ro­dze­niem. Bez Poli.

Teoś ob­wą­chał jego auto i kiedy stwier­dził, że oprócz pa­czek na tyl­nym sie­dze­niu nie ma tam nic in­nego, le­d­wie się z wu­jem przy­wi­taw­szy, po­gnał do stajni i stam­tąd już nie wy­szedł, aż do na­stęp­nego ranka.

Wuj przy­wiózł ze Lwowa wszyst­kie książki za­mó­wione przez mamę, mię­dzy in­nymi an­giel­skie wy­da­nie Mor­der­stwa w Me­zo­po­ta­mii pióra Agaty Chri­stie, w któ­rej kry­mi­nal­nych hi­sto­riach za­czy­ty­wali się ro­dzice, Zna­chora Ta­de­usza Do­łęgi-Mo­sto­wi­cza oraz Ka­mieni na sza­niec Ka­rola Koź­miń­skiego. W ku­frze przy­je­chały rów­nież inne książki, po fran­cu­sku i nie­miecku, mniej zna­nych au­to­rów, ale one mu­siały dłu­żej cze­kać, za­nim ktoś po nie się­gnie. Kiedy miesz­kała z nami Pola, czy­tała na pniu wszyst­kie no­wo­ści, które przy­sy­łano do dworku, ale też kla­syki na­szych mi­strzów, Prusa, Sien­kie­wi­cza czy Mic­kie­wi­cza, po jej wy­jeź­dzie, bi­blio­teka stała się naj­mniej uczęsz­cza­nym po­ko­jem ze wszyst­kich.

Wuj opo­wie­dział skru­pu­lat­nie o swo­jej po­dróży do Lwowa, po­mi­ja­jąc oczy­wi­ście wą­tek, który moja gu­wer­nantka Emi­lia na­zy­wała "szka­rad­nym". Emi­lia pod­ko­chi­wała się w po­staw­nym szlach­cicu Lu­dwiku Za­moy­skim i nie zwa­ża­jąc na mój młody wiek, pod­su­wała mi zbe­reźne opo­wie­ści o uszmin­ko­wa­nych la­fi­ryn­dach, tan­cer­kach ka­ba­retu, które tyle fi­gur na sce­nie w roz­kroku zro­biły, że im się te­raz nogi nie scho­dzą. I żal jej było hra­biego Za­moy­skiego, na któ­rego te la­fi­ryndy wsia­dały ni­czym na osła, tym­cza­sem on, bie­da­czy­sko, szka­rad­nym ko­bie­tom ule­gał wię­cej ze stra­chu niż z chuci. Gdyby moja mama wie­działa, jak Emi­lia wy­raża się o jej bra­cie, z całą pew­no­ścią by ją od­pra­wiła.

Dla mnie wuj Lu­dwik był skoń­czo­nym dżen­tel­me­nem i uwiel­bia­łam, kiedy nas od­wie­dzał. Brat mamy pod każ­dym wzglę­dem róż­nił się od niej, nie byli do sie­bie po­dobni z wy­glądu, on wy­soki, py­zaty blon­dyn, ona drobna bru­netka, trudno było też zna­leźć po­do­bień­stwa w ce­chach cha­rak­teru. Wuj uwiel­biał wielki świat, szcze­gól­nie ten an­giel­ski, do­bre trunki, wy­stawne przy­ję­cia, roz­mowy o po­dró­żach i sław­nych lu­dziach, któ­rych miał przy­jem­ność w ży­ciu spo­tkać. Mama była za­an­ga­żo­wana tylko w swój mały świat, ten naj­bez­piecz­niej­szy, który roz­cią­gał się nie da­lej jak kilka ki­lo­me­trów za gra­nicę Mi­ło­wic. Roz­mach jej brata cza­sami ją prze­ra­żał. Wuj miał smy­kałkę do in­te­re­sów, wy­naj­dy­wał prze­różne oka­zje han­dlowe, wy­jąt­kowo udane trans­ak­cje zda­rzały mu się na­der czę­sto i chęt­nie o nich opo­wia­dał, za­czy­na­jąc za­wsze od słów: "Nie uwie­rzy­cie, ja­kie ostat­nio spo­tkało mnie szczę­ście!". Mój oj­ciec po ci­chu po­wąt­pie­wał w cu­downe zbiegi oko­licz­no­ści i czy­sty ta­lent wuja do po­mna­ża­nia for­tuny, po­nie­waż przez wszyst­kie lata, ja­kie znał szwa­gra, ten ani razu nie za­pro­sił go do swo­ich in­te­re­sów, by i on mógł małą for­tunę za­ro­bić. Nie chcąc ro­bić przy­kro­ści swo­jej żo­nie, ele­gancko mil­czał, gdy wuj Lu­dwik się prze­chwa­lał.

- Nie uwie­rzy­cie, ja­kie ostat­nio spo­tkało mnie szczę­ście...

Oj­ciec wzniósł oczy do nieba, ale nikt poza mną tego nie za­uwa­żył.

- Matka mo­jego sta­rego przy­ja­ciela zmarła. Zna­cie Ro­mu­alda Beka? Nie zna­cie? Mniej­sza z tym, ma­mu­sia Ro­mu­alda zmarła na za­pa­le­nie płuc i odzie­dzi­czył po niej dom z du­żym ogro­dem, cał­kiem nie­da­leko War­szawy. On jest ar­che­olo­giem, cią­gle w po­dróży, za­tem dom mu nie­po­trzebny. Ar­che­olo­giem jest nie byle ja­kim, trzeba do­dać, przy­jaźni się od lat z Ho­war­dem Car­te­rem, który od­krył w Do­li­nie Kró­lów gro­bo­wiec egip­skiego fa­ra­ona pa­nu­ją­cego w czter­na­stym wieku przed na­szą erą Tu­ten­cha­mona!

- Aku­rat... - mruk­nął mój oj­ciec, ale stał ty­łem do go­rącz­ku­ją­cego się szwa­gra i ten z pew­no­ścią nie usły­szał tej uwagi. Po­dał mu szklankę szkoc­kiej i usiadł obok żony.

- Ro­mu­lad po­trze­buje pie­nię­dzy na ko­lejną wy­prawę do Egiptu... Za­raz, na­wet pa­mię­ta­łem na­zwę tej świą­tyni, ale mi wy­pa­dło z głowy... Rzecz w tym, że to za­pa­le­niec jest, jak oni wszy­scy szu­ka­jący skar­bów, gro­bów, mu­mii czy szcze­rup garn­ków, ale to sza­leń­stwo kosz­tuje! Chciał sprze­dać dom ja­kie­muś ma­la­rzowi, już się po­ro­zu­mieli co do ceny, jed­nak szczę­śli­wym tra­fem spo­tkał mnie. Pew­nie się do­my­śla­cie... Da­łem mu uczciw­szą cenę. No, moi dro­dzy... Bę­dzie nam te­raz da­lej do sie­bie - po­wie­dział, czę­stu­jąc się cy­ga­rem.

- Wy­jeż­dżasz na stałe? - Mama spoj­rzała na swo­jego brata zdzi­wiona. Wpraw­dzie Lu­dwik wspo­mi­nał od roku, że jego in­te­resy się roz­wi­jają i co­raz trud­niej mu je pro­wa­dzić, miesz­ka­jąc na wsi, ale nie od­kry­wał, co za­mie­rza. Pro­wa­dze­nie go­spo­dar­stwa od­dał rządcy, sam za­jął się han­dlem i w roz­mo­wach ro­dzin­nych na­zy­wano go Wo­kul­skim. Z całą pew­no­ścią wuj po­mna­żał swój ma­ją­tek bar­dzo kon­se­kwent­nie, nie prze­pusz­cza­jąc żad­nej oka­zji, i cie­szył się, że suk­ces jego po­czy­nań nie był za­leżny od po­gody, za­razy lub siły chłop­stwa.

- Moja droga Elizo, czy w ży­ciu w ogóle jest coś na stałe? Le­d­wie się czło­wiek przy­zwy­czaił do swo­ich trzy­dzie­stu lat i stuk­nęła mu czter­dziestka!

- Och, bądź po­ważny choć raz. - Mama nie była w na­stroju do żar­tów. - Li­kwi­du­jesz ma­ją­tek? Ziemi rów­nież się wy­zbę­dziesz?

- Już sprze­da­łem - od­parł wuj Lu­dwik i za­nu­rzył nos w szklance, za­cią­ga­jąc się aro­ma­tem whi­sky.

Mama spoj­rzała na męża i słusz­nie oce­niła, że miał prawo się zi­ry­to­wać.

- A toś mnie na­wet nie za­py­tał, czy­bym ku­pił?! - Oj­ciec wstał z ka­napy. Zde­ner­wo­wał się, choć do­brze wie­dział, że nie ze­brałby środ­ków na taką po­ważną in­we­sty­cję jak od­ku­pie­nie ma­jątku od szwa­gra.

- Nie unoś się, Je­rzy, nie­po­trzebna ta ob­raza. - Ton wuja Lu­dwika nie zdra­dzał jego praw­dzi­wych od­czuć. - Mó­wi­łeś wie­lo­krot­nie, iż le­d­wie kre­dy­tem na­star­czasz na co­dzienne wy­datki, ani mi do głowy nie przy­szło, by ci pro­po­no­wać.

Za­pa­no­wało nie­zręczne mil­cze­nie. Mama od razu wy­ba­czyła swo­jemu bratu, że nie wziął ich pod uwagę przy sprze­daży, ale za­bo­lało ją, że się prze­pro­wa­dza tak da­leko, więc nie bę­dzie już wpa­dał nie­za­po­wie­dziany na po­ranną kawę czy wie­czorne wino i karty. Lu­dwik sta­no­wił jej ulu­bioną roz­rywkę, na­wet je­śli przy­wo­ził ze sobą żonę, która za­cho­wy­wała się tak, jakby mał­żeń­stwem z Lu­dwi­kiem od­pra­wiała po­kutę. Cio­cia Ste­nia przy­jeż­dżała do nas bar­dzo rzadko.

- Tak czy tak, gdy tylko się za­in­sta­lu­jemy w no­wym domu, za­raz was za­pro­szę na wiel­kie otwar­cie - kon­ty­nu­ował po chwili. - Już tam Ste­nia szy­kuje li­stę go­ści. Ty, Elizo, po­win­naś czę­ściej przy­jeż­dżać do War­szawy, do­brze by ci to zro­biło, miła od­miana po tej wiej­skiej sie­lance.

- Wszy­scy nas opusz­czają. - Mama wes­tchnęła te­atral­nie. - Se­we­ryn, Pola, te­raz ty.

- No wła­śnie o Poli chcia­łem wam opo­wie­dzieć! - Wuj na­gle so­bie przy­po­mniał.

Jula do­nio­sła do stołu mocne trunki i ze­staw krysz­ta­ło­wych kie­lisz­ków, du­żych oraz ma­łych. Oj­ciec nie upi­jał się czę­sto, ale za­wsze, kiedy od­wie­dzał nas wuj Lu­dwik, po­no­siła go at­mos­fera bie­siady i wy­chy­lał je­den kie­li­szek ko­niaku za dru­gim, je­śli ko­niaku bra­kło, ka­zał przy­no­sić wódkę.

- Za­ga­da­li­śmy się o prze­pro­wadzce, a prze­cież mam dla was wie­ści ze Lwowa!

- Wi­dzia­łeś się z Polą? Zdrowa? Za­do­wo­lona? - do­py­ty­wała mama.

- Je­cha­łem aku­rat z Ak­cyj­nego Banku Hi­po­tecz­nego, pa­trzę, Pola chod­ni­kiem idzie! Za­trzy­ma­łem auto, krzy­czę do niej, ma­cham i nic, jak za­klęta szła da­lej, pro­sto do ka­wiarni. Za­raz so­bie po­my­śla­łem, że szybko wy­do­ro­ślała, skoro tak śmiało, bez asy­sty in­nej panny czy pana, do Wie­deń­skiej wcho­dzi. Ty byś się, Elizo, ni­gdy sama nie pu­ściła po uli­cach Lwowa.

- Roz­mó­wi­łeś się z nią? - Mama była pod­eks­cy­to­wana, ale też za­nie­po­ko­jona.

- Tego dnia nie, śpie­szy­łem się do ho­telu. Sta­ną­łem jak za­wsze w Po­lo­nii, już tam na mnie Tu­rek cze­kał w in­te­re­sach, ale na­stęp­nego dnia za­sze­dłem na jej stan­cję. - Wuj zro­bił zna­czącą prze­rwę. - Tylko po to, żeby się do­wie­dzieć, że ona już tam nie mieszka!

Mama po­bla­dła na wieść, że Pola wy­pro­wa­dziła się ze stan­cji opła­co­nej do świąt, nie uzgad­nia­jąc tego z nią.

- Pe­wien je­steś? - Oj­ciec rów­nież nie do­wie­rzał.

Wuj ski­nął głową na po­twier­dze­nie.

- Jak się wkrótce oka­zało, do Poli uśmiech­nęło się wiel­kie szczę­ście, tra­fiła do prze­pysz­nej willi przy ulicy Po­nia­tow­skiego, do Bej­na­ro­wi­czów - po­wie­dział za­do­wo­lony z wra­że­nia, ja­kie ta no­wina zrobi na mo­ich ro­dzi­cach.

Mama spoj­rzała na mo­jego ojca, szu­ka­jąc po­mocy.

- W ja­kim cha­rak­te­rze ona tam za­miesz­kała? - za­py­tał oj­ciec, da­jąc od razu znać wzro­kiem wu­jowi Lu­dwi­kowi, że jakby miał wy­ja­wić coś nie­sto­sow­nego, niechby się po­wstrzy­mał.

- A w ta­kim to, że córka puł­kow­nika Bej­na­ro­wi­cza, Jo­lanta, na śmierć po­ko­chała wa­szą Polę i tak ojca uro­biła, że pa­nien­kom całe pię­tro willi od­dał, wraz ze słu­żącą oraz kie­rowcą! On wdo­wiec, za­słu­żony żoł­nierz, trzy tylko sła­bo­ści po śmierci uko­cha­nej żony ma. Wy­ścigi konne, ko­niak i córkę Jo­lantę.

Mama za­pa­dała się głę­biej na ka­na­pie i pod­kur­czyła nogi pod sie­bie. Może i nie­wiele wie­działa o lu­bią­cych go­rzałkę woj­sko­wych, ale z całą pew­no­ścią nie było to od­po­wied­nie to­wa­rzy­stwo dla mło­dych dam.

- Lu­dwiku, czy ty do­brze znasz tego puł­kow­nika? - Oj­ciec wy­rę­czył mamę w za­da­niu klu­czo­wego py­ta­nia. - Czy aby to roz­sąd­nie, żeby tam Pola miesz­kała, skoro jego żony w domu nie ma?

Wuja Lu­dwika trudno było nie lu­bić, roz­bra­jał swoją szcze­ro­ścią i bez­po­śred­nio­ścią, nie był też ob­se­syj­nie zwią­zany z klasą, z któ­rej się wy­wo­dził, uwiel­biał bra­tać się po­ni­żej swego uro­dze­nia, miał prze­różne zna­jo­mo­ści za­równo wśród bo­ga­tych, jak i uboż­szych, znał po­li­ty­ków, kup­ców, tan­cerki i po­etów, z każ­dym umiał się po­ro­zu­mieć i żadne oko­licz­no­ści nie były dla niego zbyt trudne czy nie­sto­sowne. Gdzie miał iść, tam szedł, nie ro­bił przy tym ce­re­mo­nii.

- Czy znam puł­kow­nika Bej­na­ro­wi­cza? Hm... Mo­żem go i wi­dział w "Atla­sie" czy w "Szkoc­kiej" , ale żeby oso­bi­ście z nim bie­sia­do­wać, to nie. Jed­nak za­się­gną­łem ję­zyka o puł­kow­niku, z góry prze­wi­dzia­łem, że bę­dziesz mnie, sio­stro, wy­py­ty­wać o jego osobę.

- W ja­kim on woj­sku do­ro­bił się stop­nia puł­kow­nika? - Oj­ciec spo­chmur­niał. - Czy aby nie w ro­syj­skim?

Lu­dwik wes­tchnął, nie lu­bił, gdy za­daje mu się py­ta­nia, na które nie znał od­po­wie­dzi, mu­siał wtedy zmy­ślać, w jego słow­niku nie było zwrotu "nie wiem".

- A cóż się stało z pa­nią Bej­na­ro­wi­czową? - za­py­tała mama, za­nim Lu­dwik zdą­żył od­po­wie­dzieć na po­przed­nie py­ta­nie.

- Po­py­ta­łem tu i ów­dzie, sam by­łem cie­kaw. Jak się oka­zało, ty­tuł i ma­ją­tek na­le­żał do żony puł­kow­nika, Anny z Tar­now­skich. Stara szlachta, za­cni lu­dzie, duże ma­jątki. No i tu­taj od­po­wia­dam na twoje, sio­stro, py­ta­nie, co stało się z żoną puł­kow­nika. Tego do­wie­dzia­łem się w szcze­gó­łach. Po uro­dze­niu dziecka pani Bej­na­ro­wi­czowa bar­dzo smutna się stała. I zmę­czona, cią­gle zmę­czona, choć wcale się dziec­kiem nie mu­siała zaj­mo­wać, gdyż tam kilka ko­biet do po­mocy było na­ję­tych. Nie­mow­la­kiem opie­ko­wali się le­ka­rze i niańki, po­nie­waż mała Jo­lanta cho­ro­wita była od pierw­szego dnia, za­tem na dzie­ciątko wszy­scy chu­chali i ob­cho­dzili się z nim jak ze skar­bem. Szkoda, że na matkę dziecka nikt nie zwra­cał uwagi. Od­po­czy­waj, mó­wili, od­po­czy­waj, leż w po­koju, przez okno wy­glą­daj, dziec­kiem my się zaj­miemy. To się zda­rzyło ja­koś trzy ty­go­dnie po uro­dze­niu Jo­lanty. Anna wstała wcze­śniej, za­nim jesz­cze służba w piecu na­pa­liła, ubrała się lekko, choć to paź­dzier­nik był, i po­szła nad rzekę. Sta­nęła na brzegu, przez długą chwilę pa­trzyła w wodę. Je­den miej­scowy ry­bak całe zda­rze­nie wi­dział i opo­wie­dział, ale nie od razu, bo kiedy to się stało, prze­ląkł się i uciekł. Do­piero kilka lat po­tem, jak już był w cięż­kim sta­nie i na wła­sną śmierć się szy­ko­wał, za­szedł do puł­kow­nika, by się wy­spo­wia­dać. Anna w tę wodę we­szła niby we śnie, szła wolno co­raz głę­biej i głę­biej, pa­trzyła pro­sto przed sie­bie, na drugi brzeg, jakby tam kogo wy­pa­try­wała, jesz­cze krok, dwa i znik­nęła pod wodą. Woda była dziw­nie nie­ru­choma, jak po­wie­dział ry­bak, nie po­rwała jej nur­tem, tylko wcią­gnęła na dno swoim wi­rem.

- Boże święty! Co to za tra­giczna hi­sto­ria! - Mama za­kryła usta dło­nią.

- Po­wia­dają, że puł­kow­nik wielki wstrząs prze­żył i gdyby nie jego do­świad­cze­nia wo­jenne, które go w tra­ge­diach za­pra­wiły, może by za żoną po­szedł. Po­dobno ko­chał Annę sza­leń­czo. Naj­pierw dziecko wzięli na wy­cho­wa­nie Tar­now­scy, po śmierci matki Anny, hra­biny Tar­now­skiej, pa­nienka za­miesz­kała z oj­cem i jego sio­strą, która zmarła na po­czątku tego roku na ty­fus. Jo­lanta, trzeci raz osie­ro­cona, przy­lgnęła do Poli jak mo­kra ko­szula do ple­ców.

Mama wes­tchnęła, ale nie było tam sły­chać ulgi, je­dy­nie kon­ster­na­cję i pre­ten­sję, że Pola w ostat­nim li­ście do niej, nie wspo­mniała o prze­no­si­nach ze stan­cji do willi puł­kow­nika, ani o no­wej przy­ja­ciółce. List przy­szedł koń­cem paź­dzier­nika, po­tem już nie przy­cho­dziły wia­do­mo­ści ze Lwowa. Tłu­ma­czyła so­bie, że skoro Pola przy­jeż­dża na Boże Na­ro­dze­nie, li­stów nie pi­sze, by przy stole świą­tecz­nym te­ma­tów do roz­mów nie za­bra­kło. Py­tała Ja­dwigi, czy miała ostat­nio ja­kieś wia­do­mo­ści od sio­stry, ale Ja­dwiga Wa­wel ze zło­ścią syk­nęła, że od wy­jazdu ze wsi Pola tylko jedną pocz­tówkę do domu ro­dzin­nego nadała. Nie wiem, ja­kim cu­dem moja mama wy­trzy­mała tyle lat z Ja­dwigą, która była ciemna ni­czym chmura gra­dowa i po­nura jak zmok­nięty pa­ra­sol z po­ła­ma­nymi dru­tami.

Pola nie przy­je­chała do dworku na Boże Na­ro­dze­nie, ty­dzień przed Wi­gi­lią przy­szedł list. Opi­sała swoje nowe miesz­ka­nie w willi, pod­kre­śla­jąc oszczęd­ność dla pań­stwa Mo­raw­skich, gdyż nowy ad­res nic ją nie kosz­tuje, wy­tłu­ma­czyła się męt­nie z po­wo­dów, dla któ­rych musi zo­stać na święta we Lwo­wie, wszyst­kich po­zdra­wiała i ser­decz­nie ści­skała. Nie po­ja­wiła się u nas na­stęp­nego lata, po­nie­waż z Jo­lantą i jej oj­cem po­je­chali do Pa­ryża na wy­stawę, na­stęp­nie da­lej na po­łu­dnie Fran­cji, do Ni­cei, gdzie Tar­now­scy mieli dom nad mo­rzem i fa­brykę ża­ró­wek. Żad­nego zdzi­wie­nia czy pre­ten­sji nie wzbu­dziła więc jej nie­obec­ność przy świą­tecz­nym stole w 1938 roku, bo w tym cza­sie za­rę­czyła się z Ta­de­uszem Ros­to­ckim, któ­rego po­ślu­biła trzy mie­siące póź­niej w War­sza­wie.

Puł­kow­nik Fran­ci­szek Bej­na­ro­wicz chęt­nie przyj­mo­wał u sie­bie wszel­kiej ma­ści ofi­ce­rów, jego lwow­ska willa była miej­scem spo­tkań to­wa­rzy­skich, żar­to­bliwe na­zy­wana "przy­czół­kiem", i za­cho­dzili tam różni woj­skowi, nie tylko Woj­ska Pol­skiego.

Bej­na­ro­wicz do­brze się czuł wy­łącz­nie z to­wa­rzy­szami broni, ta­kimi, co to już wojnę znają, i ta­kimi, co im do wojny pilno, jak wła­śnie młody ka­pi­tan z War­szawy, Ta­de­usz Ros­to­cki. Mieli pa­no­wie te­mat do roz­mów, pole do szam­pań­skich szarż i ogromne ape­tyty, jak przy­cho­dziło do pi­cia, za­bawy i pięk­nych ko­biet. Puł­kow­nik od ko­biet stro­nił, ale in­nym nie za­bra­niał tych uciech, do któ­rych sam stra­cił ochotę. Wiele się działo na par­te­rze willi w so­bot­nie wie­czory, kiedy zjeż­dżali go­ście nie tylko z War­szawy, ale i z Wied­nia czy Ber­lina. Kto Bej­na­ro­wi­cza raz miał oka­zję po­znać, za­raz się z nim za­przy­jaź­niał, po­nie­waż ta­kiego dru­giego domu, gdzie można było do­brze jeść i bez li­mi­tów pić na ra­chu­nek go­spo­da­rza, trudno zna­leźć. Jedna tylko obo­wią­zy­wała za­sada, na pię­tro willi wstęp wzbro­niony, tam miesz­kała uko­chana córka Jo­lanta, która nie po­winna na­wet po­wą­chać ty­to­niu ani do­sły­szeć słów spro­śnych pio­se­nek. Puł­kow­nik pra­gnął córkę do­brze wy­dać za mąż, jed­nak ta uparła się, że naj­pierw chce stu­dia skoń­czyć, świat zwie­dzić, po­tem do­piero dzieci ro­dzić ja­kie­muś wą­sa­temu je­go­mo­ściowi, który do­równa jej ma­jąt­kiem i po­cho­dze­niem. Drugą taką dziew­czyną była Pola.

Nie przy­pa­dła Jo­lan­cie do gu­stu przy pierw­szym spo­tka­niu, na­wet po­wie­działy so­bie kilka przy­krych słów, kiedy pro­fe­sor ry­sunku ka­zał im coś wspól­nie stwo­rzyć na po­trzeby ćwi­cze­nia. Pola nie miała wy­róż­nia­ją­cego się w tej dzie­dzi­nie ta­lentu, wszystko ro­biła po­praw­nie i za to ją chwa­lono, na­to­miast Jo­lanta była stu­dentką wy­bitną, za­po­wia­dała się na praw­dziwą, nie­za­leżną ar­tystkę i gdyby nie jej przed­wcze­sna śmierć, może świat by o niej usły­szał. Po pierw­szej sprzeczce Pola za­raz po za­ję­ciach za­cza­iła się przed wyj­ściem z bu­dynku. Cze­kała, aż Jo­lanta Bej­na­ro­wicz po­jawi się na scho­dach, i niby przy­pad­kiem zde­rzyła się z nią w drzwiach.

- Nie dość, że na mnie bu­czysz w kla­sie, to jesz­cze chcesz mnie roz­dep­tać? - po­wie­działa Jo­lanta i ru­szyła przed sie­bie. Za­trzy­mała się jed­nak w po­ło­wie scho­dów.

Pola stała wy­żej od niej, uśmie­chała się, co zdez­o­rien­to­wało Jo­lantę, go­tową na sprzeczkę. Pola ze­szła ni­żej, po­de­szła do niej bar­dzo bli­sko, mię­dzy nimi już nikt by się nie zmie­ścił.

- A mnie się zdaje, że bę­dziemy przy­ja­ciół­kami - po­wie­działa, nie ga­sząc uśmie­chu.

- Aleś ty bez­czelna! - fuk­nęła Jo­lanta.

- Może bez­czelna, ale po­sia­dam szó­sty zmysł i wiem, że bę­dziemy się bar­dzo lu­bić, mimo tego nie­for­tun­nego po­czątku przy­jaźni.

- Też coś...

Jo­lanta była wy­soką, ciem­no­oką bru­netką. Fale jej wło­sów ukła­dały się na­tu­ral­nie wo­kół twa­rzy w kształ­cie mig­dała. Miała mały, zgrabny nos i równe zęby osa­dzone na lekko wy­sta­ją­cej szczęce, ale jej to nie szpe­ciło.

- Przy­jaźń to nie jest prze­lotny ro­mans - po­wie­działa Jo­lanta. - Uwa­żaj, co pro­po­nu­jesz.

- Pro­po­nuję, że­by­śmy po­szły do Za­lew­skiego na ciastko - od­parła Pola. - Albo chodźmy gdzieś na wino, le­piej na wino, jak mi się zdaje...

Jo­lanta uda­wała, że się za­sta­na­wia. Wciąż jesz­cze cie­płe, wrze­śniowe po­wie­trze ła­two wcho­dziło do płuc, a wraz nim wszyst­kie za­pa­chy więd­ną­cego lata. Prze­wie­siła pa­sek lnia­nej torby na ukos, jak li­sto­noszkę.

- No to chodźmy. - Ru­szyła przo­dem.

Opo­wie­działy so­bie przy wi­nie swoje losy, a że były młode i ufne, nie za­ta­jały pod­czas tej pierw­szej, szcze­rej po­ga­wędki wsty­dli­wych se­kre­tów. Pola ni­gdy po­tem nie roz­ma­wiała z ni­kim tak otwar­cie. Opi­sała dwóch braci Mo­raw­skich, z któ­rych je­den ko­chał ją, dru­giego ko­chała ona, w re­wanżu Jo­lanta wy­znała, że ma­rzy jej się praw­dziwa mi­łość, ale nie wy­szła jesz­cze poza je­den po­ca­łu­nek z pew­nym pod­po­rucz­ni­kiem, pro­te­go­wa­nym jej ojca. Kiedy się roz­cho­dziły do swo­ich do­mów, a było już bar­dzo późno, Jo­lanta nie­spo­dzie­wa­nie ob­jęła Polę i przy­tu­liła się do niej ca­łym cia­łem tak mocno, że na mo­ment Pola stra­ciła rów­no­wagę.

- Bądź dla mnie do­bra - po­wie­działa.

Mię­dzy wrze­śniem a li­sto­pa­dem ich przy­jaźń roz­kwi­tła. Spę­dzały ze sobą każdą wolną chwilę, prze­waż­nie w willi, po­nie­waż po­kój na stan­cji, którą zaj­mo­wała Pola, nie prze­wi­dy­wał me­tra­żem gosz­cze­nia dru­giej osoby. Ra­zem się uczyły, ja­dły, piły wino i stro­iły żarty z pro­fe­so­rów i absz­ty­fi­kan­tów, któ­rych ich duet przy­cią­gał jak miód mrówki. Jo­lanta wciąż jesz­cze się pło­szyła, kiedy mę­skie spoj­rze­nia do­bie­rały się do jej de­koltu czy od­sło­nię­tych ły­dek, ale co­raz le­piej na­śla­do­wała swoją przy­ja­ciółkę, która była jak głaz i z ła­two­ścią wy­trzy­my­wała naj­zu­chwal­sze na­wet spoj­rze­nia. Na py­ta­nie, jak ty to ro­bisz, że się nie czer­wie­nisz, Pola od­po­wia­dała: niech oni się czer­wie­nią, do mo­jej twa­rzy le­piej bla­dość pa­suje. Co do jed­nego były zgodne, nie spo­tkały jesz­cze męż­czy­zny, który by im za­im­po­no­wał, dla któ­rego od­stą­pi­łyby od trzy­ma­nia się su­ro­wych za­sad, w ja­kich zo­stały wy­cho­wane.

Taki stan rze­czy za­stał ka­pi­tan Ta­de­usz Ros­to­cki, kiedy przy­je­chał do Lwowa na świą­teczną po­pi­jawę, dwu­dzie­stego dru­giego grud­nia.

Dla puł­kow­nika Bej­na­ro­wi­cza ostatni mie­siąc roku skła­dał się z sa­mych tylko smut­ków. Mimo upływu lat, jego ból po stra­cie żony w gru­dniowe dni sta­wał się nie do znie­sie­nia, jakby jego głowa miała wła­sny ka­len­darz, i gdy tylko li­sto­pad do­bie­gał końca, puł­kow­nik spa­dał na dno roz­pa­czy. Pił wtedy wię­cej, za­czy­nał wcze­snym po­po­łu­dniem od ku­fla piwa, na­stęp­nie szedł do klubu na kilka głęb­szych albo za­pra­szał do sie­bie i nie po­tra­fił prze­stać, do­póki nie stra­cił kon­taktu z rze­czy­wi­sto­ścią. Wtedy do­piero ból mi­jał, jed­nak na­stęp­nego dnia po­wra­cał, cza­sem lżej­szy, to znów ze zdwo­joną mocą, na to re­guły nie było.

Kiedy Pola na do­bre roz­go­ściła się w willi na Po­nia­tow­skiego, zdą­żyła po­znać ojca Jo­lanty także i z tej przy­gnę­bia­ją­cej strony. Szybko zo­rien­to­wała się, że puł­kow­nik pije al­ko­hol w ogrom­nych ilo­ściach nie na po­pra­wie­nie hu­moru, ale po to, by nie my­śleć i nie czuć. W miarę opróż­nia­nia kie­lisz­ków jego na­strój się zmie­niał. Śmieszne żoł­nier­skie aneg­doty, któ­rymi sy­pał jak z rę­kawa, za­stę­po­wały po pierw­szej pół­li­trówce opo­wie­ści o mar­no­ści ludz­kiego ży­cia. Wtedy przy­wo­ły­wał swo­ich po­le­głych ofi­ce­rów i sze­re­go­wych po imie­niu, stop­niu, wy­mie­niał ich za­lety, oko­licz­no­ści śmierci z bro­nią w ręku. Ostat­nim eta­pem, tuż przed utratą przy­tom­no­ści, było wspo­mnie­nie żony Anny, którą po­rwała brudna, zimna rzeka.

- Lu­dzie mó­wią, że mama za­biła się przeze mnie. - Jo­lanta zwie­rzała się przy­ja­ciółce.

Sie­działy jak co wie­czór w sa­lo­nie na par­te­rze willi, cze­ka­jąc na po­wrót puł­kow­nika. Jo­lanta nie kła­dła się spać, do­póki oj­ciec nie wró­cił.

- Mó­wią też, że papa tyle pije rów­nież przeze mnie, bo mu żonę przy­po­mi­nam.

- Nie pleć ta­kich nie­do­rzecz­no­ści! Gdyby twoja mama żyła, pew­nie też lu­biłby pić, nie ma co się obar­czać sła­bo­ściami na­szych naj­bliż­szych.

- Mu­siała być bar­dzo nie­szczę­śliwa, żeby taką śmierć dla sie­bie wy­brać. Nikt wła­ści­wie mi o matce nie opo­wie­dział, jakby się wszy­scy za nią wsty­dzili i jak naj­szyb­ciej chcieli za­po­mnieć. Papa, kiedy już mocno pi­jany, woła jej imię, ale prze­nigdy nie siadł ze mną do roz­mowy na ten te­mat. Pa­trzę na stare fo­to­gra­fie ro­dzi­ców, ko­bieta obok mo­jego papy, ona jest mi cał­kiem obca... Jak to jest mieć matkę? Nie za­sta­na­wia­łaś się ni­gdy?

Pola pod­cią­gnęła ko­lana i ob­jęła je ra­mio­nami.

- Moja matka zmarła, kiedy by­łam w be­ciku, oj­ciec po­szedł za­raz po niej, więc nie mam wiele do po­wie­dze­nia. Jedno wiem, nie można ko­chać ko­goś, kogo się nie znało, nie rób so­bie wy­rzu­tów, że nie ko­chasz fo­to­gra­fii.

Jo­lanta się uśmiech­nęła.

- Gdy­bym to umiała so­bie tak wszystko ja­sno tłu­ma­czyć! Jak ja prze­ży­łam bez cie­bie te wszyst­kie lata... Strach mi my­śleć, co bę­dzie za rok czy dwa, kiedy skoń­czymy na­uki.

- Strach my­śleć, co bę­dzie ju­tro, dla­tego żyjmy dniem, póki się jesz­cze nie skoń­czył.

Pod dom pod­je­chał sa­mo­chód. Przez chwilę na­słu­chi­wały. Jo­lanta po­de­szła do okna, żeby spraw­dzić, kto tym ra­zem przy­wiózł jej ojca. Było już bar­dzo późno, mimo to cze­kały na po­wrót puł­kow­nika, Jo­lanta nie ży­czyła so­bie, żeby go­spo­sia czy stróż wpusz­czali jej ojca do domu, gdy ten chwiał się na no­gach. Wo­lała sama do­pil­no­wać, by po wie­lo­go­dzin­nym bie­sia­do­wa­niu, tra­fiał pro­sto do łóżka. Wy­cie­rała wtedy cie­płym kom­pre­sem jego czoło i oko­licę ust, zdej­mo­wała mu buty i ga­siła świa­tło, ten ry­tuał po­wta­rzał się co naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu. Kiedy puł­kow­nik Boj­na­ro­wicz spę­dzał wie­czór w willi, jego córka ja­dła z nim ko­la­cję i cze­kała, aż po­łoży się spać. Cza­sami czuła się tak, jakby był jej sy­nem, nie oj­cem.

- Papa przy­je­chał. - Jo­lanta scho­wała się za za­słoną, ale wciąż pa­trzyła przez okno.

- Sam?

- W to­wa­rzy­stwie.

Wpraw­dzie to ofi­ce­ro­wie przy­wieźli puł­kow­nika, ale Jo­lanta nie sko­men­to­wała tego, mimo za­ży­ło­ści z Polą wciąż się wsty­dziła za ojca, kiedy wra­cał w ta­kim sta­nie.

Pola sta­nęła za jej ple­cami.

Pa­trząc, z ja­kim tru­dem męż­czyźni wy­cią­gają z auta puł­kow­nika, można było się do­my­ślić, że będą mu­sieli go wpro­wa­dzić do domu, po­nie­waż wła­snych sił za­bra­kło puł­kow­ni­kowi znacz­nie wcze­śniej. Bez słowa ob­ser­wo­wały wy­siłki ofi­ce­rów. Nie mieli ła­twego za­da­nia, otwie­rali drzwi raz z jed­nej strony, to znów z dru­giej i ra­dzili, jak ta­kiego cięż­kiego, wy­so­kiego męż­czy­znę po­sta­wić na chod­niku. Kiedy im się to w końcu udało, wzięli go mię­dzy sie­bie, za­rzu­ca­jąc ra­miona puł­kow­nika na swoje karki i tak wle­kli Fran­ciszka Bej­na­ro­wi­cza ni­czym ukrzy­żo­wa­nego. Na szczę­ście nogi puł­kow­nika na­gle za­częły cho­dzić i drogę do willi po­ko­nali dość szybko.

- Ja im otwo­rzę, ty przy­nieś na­sze szla­froki, bo pa­no­wie ofi­ce­ro­wie zo­ba­czą wię­cej, niż się spo­dzie­wali. - Jo­lanta skie­ro­wała się do holu, Pola po­bie­gła na górę.

- Do­bry wie­czór, prze­pra­szamy, że tak późno... - Przy­stojny ka­pi­tan przy­jął na sie­bie rolę od­po­wie­dzial­nego za stan puł­kow­nika. Oczy­wi­ste było, że wyż­szego rangą trzeba chro­nić. - Za­sie­dzie­li­śmy się w klu­bie, pan puł­kow­nik za­snął, sen ma mocny...

- Pro­szę wejść. - Jo­lanta otwo­rzyła sze­roko drzwi i usu­nęła się, by mo­gli wpro­wa­dzić za­la­nego w trupa ojca. - Chodźmy pro­sto do ga­bi­netu.

Ga­bi­net słu­żył jako po­kój sy­pialny w te dni, kiedy puł­kow­nik nie miał już siły wejść po scho­dach na górę. Go­spo­sia dbała, by miał tam za­wsze świeżą po­ściel, ka­rafkę z wodą przy łóżku i pi­żamę na opar­ciu fo­tela, choć rzadko zda­rzyło się, by zdą­żył się prze­brać, za­nim padł na po­du­chy. Jo­lanta za­pa­liła lampę na biurku. Męż­czyźni, wciąż pod­trzy­mu­jąc puł­kow­nika, roz­glą­dali się dys­kret­nie po po­miesz­cze­niu.

- Na ka­napę. - Wska­zała im miej­sce. - Pro­szę za­cze­kać mi­nutę, aż po­ścielę.

Pola we­szła do ga­bi­netu, nie wi­ta­jąc się z ni­kim, po­śpie­szyła z po­mocą przy­ja­ciółce. Kiedy po­sła­nie było go­towe, dziew­czyny od­su­nęły się na kilka kro­ków, by nie prze­szka­dzać w ukła­da­niu puł­kow­nika do snu. Jo­lanta na­kryła ojca ple­dem i wska­zała ofi­ce­rom drogę do sa­lonu.

- Bar­dzo dzię­kuję, oj­ciec cza­sami traci po­czu­cie czasu - po­wie­działa, pro­wa­dząc wszyst­kich ko­ry­ta­rzem. - Może pa­no­wie ofi­ce­ro­wie ze­chcą spo­cząć przy ko­minku? Wła­śnie mia­ły­śmy pa­rzyć her­batę.

Pola za­śmiała się pod no­sem. Jo­lanta uwiel­biała od­gry­wać ta­kie wła­śnie sceny. Kiedy zna­leźli się w sa­lo­nie, na­stą­piły ofi­cjalne pre­zen­ta­cje na­zwisk i stopni.

- Bar­dzo się cie­szę, że mam oka­zję pa­nią po­znać. - Uści­snął dłoń Jo­lanty. - Ka­pi­tan Ta­de­usz Ros­to­cki, a to pod­po­rucz­nik Sta­ni­sław Kur­mań­ski.

- Bar­dzo nam miło. Jo­lanta Boj­na­ro­wicz, moja przy­ja­ciółka, Pola Wa­wel.

Obaj męż­czyźni za­pa­trzyli się na Polę i trwało to nie­przy­zwo­icie długo.

Jo­lanta była ładną dziew­czyną i na ulicy od­wra­cało się za nią wiele głów, ale Pola była po pro­stu piękna. Na jej twa­rzy matka na­tura od­mie­rzała od­stępy mię­dzy oczami, ustami a no­sem, ko­śćmi po­licz­ko­wymi a pod­bród­kiem na mi­li­me­try. Ar­ty­styczny ra­chu­nek do­koń­czyła, ob­da­ro­wu­jąc ją ide­al­nie gładką cerą w ko­lo­rze por­ce­lany oraz wło­sami w kilku od­cie­niach złota.

Ofi­ce­ro­wie usie­dli przy ko­minku na fo­te­lach, które pach­niały jesz­cze per­fu­mami dziew­czyn.

- Niech pa­no­wie będą ła­skawi do­rzu­cić do ognia, roz­grze­jemy się. - Jo­lanta szturch­nęła przy­ja­ciółkę. - My tym­cza­sem za­pa­rzymy her­batę. Chyba że wo­le­li­by­ście coś moc­niej­szego?

- Może zo­stańmy przy her­ba­cie - mruk­nął Ros­to­cki, choć było oczy­wi­ste, że z naj­więk­szą roz­ko­szą na­piłby się szam­pana w tym to­wa­rzy­stwie.

Le­d­wie prze­kro­czyły próg kuchni, wy­bu­chły śmie­chem.

- Co ty wy­pra­wiasz?! Nie wy­pada tak się umi­zgi­wać... - skar­ciła ją Pola.

- Do­piero co mó­wi­łaś, że trzeba dniem żyć, póki się nie skoń­czy. - Jo­lanta prze­szu­ki­wała szafki i szu­flady. - Ja so­bie wzię­łam do serca twoje na­uki i za­raz ci po­wiem, co za­mie­rzam. O, są!

Pod­nio­sła w górę pu­dełko za­pa­łek i po­trzą­snęła nim.

- Mu­simy na wstę­pie usta­lić, który mun­dur bę­dzie czyj. Że­by­śmy się po­tem za ku­dły nie wzięły. Nie po­wiem ci, który mi się bar­dziej po­doba, bo za­raz byś mi go chciała od­stą­pić, le­piej bę­dzie, jak za­de­cy­duje los.

- Za­pałki bę­dziemy cią­gnąć? - Pola krę­ciła głową z dez­apro­batą.

- Oczy­wi­ście! Gdy­by­śmy miały matki, one by nam wy­brały mę­żów, w ich za­stęp­stwie, zrobi to dla nas prze­zna­cze­nie.

Jo­lanta odła­mała łe­pek siarki z jed­nej za­pałki, wło­żyła obie mię­dzy palce i scho­wała za ple­cami.

- Za­pałka z siarką to ka­pi­tan, zła­mana, pod­po­rucz­nik. Cią­gnij!

Pola się ro­ze­śmiała.

- Nie ma mowy! Po pierw­sze, ja już mam ko­goś, po dru­gie, nie po­zwolę, by ślepy los za mnie de­cy­do­wał! Nie ży­czę so­bie flir­to­wać ze zła­maną za­pałką.

- Może ci się po­szczę­ści i wy­cią­gniesz tę drugą? - Jo­lanta trzy­mała za­mknięte w dłoni za­pałki na wy­so­ko­ści oczu. - Polu Wa­wel, przyj­mij radę od życz­li­wej ci Jo­lanty Bej­na­ro­wicz. Daj so­bie spo­kój z pa­ni­czem Se­we­ry­nem Mo­raw­skim. Pa­ryż już mu tam prze­me­blo­wa­nie w gło­wie zro­bił, a pa­ry­żanki w ko­lejce pod jego gar­so­nierą stoją. Mulę z róż mu ofe­rują... No, da­waj, za­nim tamci się roz­my­ślą i zwieją, gdzie pieprz ro­śnie.

Pola za­mknęła oczy i się­gnęła po za­pałkę.

Wkro­czyły do sa­lonu. Jo­lanta nio­sła tacę ze szkla­necz­kami i im­bry­kiem, Pola szła za nią z pu­deł­kiem cy­gar. Szkla­neczki i cy­gara zo­stały przy­wie­zione z Istam­bułu, do­kąd mi­nio­nego lata puł­kow­nik za­brał swoją córkę w jej osiem­na­ste uro­dziny. Ofi­ce­ro­wie wstali z fo­teli, od­ru­chowo po­pra­wili koł­nie­rzyki mun­du­rów.

- Pa­no­wie na długo we Lwo­wie? - za­py­tała Pola, za­pra­sza­jąc ge­stem, by usie­dli.

Ta­de­usz Ros­to­cki za­cze­kał, aż obie zajmą miej­sca na ka­na­pie po dru­gie stro­nie sa­lonu. Dzie­liła ich spora prze­strzeń, sa­lon był duży, za­gra­cony me­blami usta­wio­nymi bez żad­nego po­rządku. Pa­nienki w szla­fro­kach pod­ku­liły nogi, sia­da­jąc, pa­no­wie w mun­du­rach wy­cią­gnęli przed sie­bie wy­po­le­ro­wane ofi­cerki.

- Ju­tro... - Ros­to­cki spoj­rzał na ze­ga­rek - ...wła­ści­wie to dzi­siaj wra­camy do War­szawy. Nie­stety, obo­wiązki wzy­wają.

- Szkoda... - Jo­lanta, mó­wiąc to, pa­trzyła śmiało w oczy pod­po­rucz­ni­kowi Kur­mań­skiemu. Zła­maną za­pałkę wło­żyła do kie­szeni szla­froka i cały czas ją ob­ra­cała mię­dzy pal­cami.

- Przed świę­tami bę­dzie w mie­ście sporo atrak­cji, na­stęp­nie bal no­wo­roczny w klu­bie, omi­nie was wiele wy­da­rzeń i świet­nej za­bawy. Choć... pa­no­wie za­pewne mają znacz­nie cie­kaw­sze plany w War­sza­wie ze swo­imi na­rze­czo­nymi czy żo­nami?

Mu­siały cze­kać kilka se­kund na za­prze­cze­nie. Kur­mań­ski i Ros­to­cki byli wolni i ja­sno się opo­wie­dzieli za za­bawą. Cho­ciaż z ich strony nie pa­dły żadne de­kla­ra­cje, po ich wyj­ściu przy­ja­ciółki zgod­nie uznały, że z całą pew­no­ścią nie było to ostat­nie spo­tka­nie. Do rana chi­cho­tały i roz­pra­wiały o za­le­tach ofi­ce­rów, któ­rzy w miarę roz­wi­ja­nia się pla­nów na przy­szłość stra­cili na­zwi­ska oraz stop­nie i wy­stę­po­wali jako Ta­de­usz i Sta­ni­sław. Ta­de­usz bar­dziej pa­so­wał do Jo­lanty uro­dze­niem i ma­jąt­kiem, ale za­pał­kowa lo­te­ria za­de­cy­do­wała ina­czej.

Jo­lanta na­ma­wiała Polę, by zo­stała na Boże Na­ro­dze­nie we Lwo­wie, szan­ta­żu­jąc ją nieco swoją sa­mot­no­ścią i stra­chem, wąt­pli­wo­ściami, czy po­ra­dzi so­bie z oj­cem, gdyby znów tak za­nie­mógł jak ostat­nio. Puł­kow­nik nie mie­wał już cał­kiem trzeź­wych dni, choć bę­dąc na cią­głym rau­szu, za­cho­wy­wał się sta­bil­nie i tylko do­świad­czone oko jego córki wi­działo, że spo­żył do śnia­da­nia setkę ko­niaku.

- Mo­raw­scy będą nie­po­cie­szeni, je­śli nie przy­jadę do Mi­ło­wic na święta. Teoś za­pła­cze się na śmierć.

- O so­bie po­myśl, nie o in­nych - na­po­mniała ją Jo­lanta. - Tacy nam się tra­fili ka­wa­le­ro­wie, a ty chcesz wy­jeż­dżać? Nie mu­sia­ły­śmy na­wet z domu wy­cho­dzić, sami do nas przy­szli. To istny cud!

Roz­su­nęła za­słony, za oknem wsta­wał świt, spa­da­jące z nieba grube płatki po­dwa­jały war­stwę śniegu na pa­ra­pe­cie.

- Boże, jaka piękna zima, jak tu się nie za­ko­chać?

- Nie za szybko?

- Nie czu­jesz grzmotu serca? Na­prawdę? - Jo­lanta przy­ło­żył otwartą dłoń do piersi i uda­wała, że serce pod­ska­kuje ryt­micz­nie. - Nie trawi cię go­rączka? Nie prze­szywa dreszcz roz­ko­szy, kiedy w my­ślach do­tyka twej dłoni ka­pi­tan Ros­to­cki?

Pola nie do­rów­ny­wała przy­ja­ciółce ta­len­tem ak­tor­skim ani eg­zal­ta­cją. Bar­dzo spodo­bał jej się Ta­de­usz, ale na­wet przed sobą nie od­wa­ży­łaby się do tego za­uro­cze­nia przy­znać.

Jo­lanta wspięła się na pal­cach i wy­cią­gnęła z gór­nej półki bi­blio­teczki cienką ksią­żeczkę. Po­dała ją Poli.

- Zaj­rzyjmy w przy­szłość, prze­ko­najmy się, co nas na­prawdę czeka w mi­ło­ści.

- Sy­billa, czyli zręczna wróżka. - Pola od­czy­tała ty­tuł. - Na­uczy wró­żyć z trzy­dzie­stu dwóch kart, tak że każdy w bar­dzo krót­kim cza­sie i bez ni­czy­jej po­mocy so­bie i dru­gim ka­bałę po­stawi. Przed­miot cie­ka­wo­ści, roz­rywka dla smut­nych, po­cie­cha dla cier­pią­cych, do­radca dla ko­cha­ją­cych i za­ko­cha­nych. Lwów ty­siąc osiem­set pięć­dzie­siąty trzeci rok. - Pola odło­żyła po­rad­nik wróżki Sy­billi bez wer­to­wa­nia kar­tek. - My­ślisz, że to, co nam się ma przy­da­rzyć w przy­szło­ści, można wcze­śniej zo­ba­czyć w kar­tach? Śmiem wąt­pić. Dla mnie to bzdury...

- O nie, ko­chana, żadne bzdury, naj­święt­sza prawda udo­wod­niona sta­ty­stycz­nie oraz na­ukowo. W dniu na­ro­dzin ukła­dają się losy każ­dego czło­wieka, nie­któ­rzy twier­dzą, że w mo­men­cie po­czę­cia, ale skupmy się na na­ro­dzi­nach. Czy za­pi­sują to gwiazdy, Pan Bóg, Al­lah, czy też ślepy los, do końca nie wia­domo, ale jedno jest pewne jak amen w pa­cie­rzu. Nic się nie da po dro­dze zmie­nić. Ro­zu­miesz? To, co nas czeka, już się stało. - Jo­lanta mó­wiła z po­wagą i roz­kła­dała karty na stole.

- Le­piej chodźmy spać. - Pola ziew­nęła osten­ta­cyj­nie. - Za dużo wra­żeń jak na je­den dzień.

- Po­cze­kaj, ju­tro nie­dziela, mo­żemy spać cały dzień. Za­raz zo­ba­czymy, co się dla cie­bie za­pi­sało w gwiaz­dach...

Pola oparła się łok­ciami o blat stołu i roz­ba­wiona, ob­ser­wo­wała, z ja­kim na­masz­cze­niem Jo­lanta prze­suwa karty i je ana­li­zuje. Po­mru­ki­wała przy tym i wzdy­chała.

- No, mów, co tam wi­dzisz...Ta­de­usz Ros­to­cki przy­je­dzie na syl­we­stra do Lwowa? Po­ca­łuje mnie w usta na mo­kro i pad­nie na ko­lano? Jak wielki bę­dzie dia­ment w pier­ścionku za­rę­czy­no­wym? - kpiła.

Jo­lanta za­mknęła oczy na mo­ment i wy­ko­nała głową kilka kó­łek. Kiedy spoj­rzała na Polę, ce­le­bro­wała każde wy­po­wie­dziane słowo.

- Wi­dzę, że czeka cię dużo szczę­ścia z ofi­ce­rem w mun­du­rze. Za­bie­rze cię do War­szawy i po­ślubi... Mi­łość to bę­dzie wielka, ty zresztą już go ko­chasz, a po­tem będą po­grzeby...

- O nie! Żad­nych po­grze­bów - za­pro­te­sto­wała Pola. - Przy­je­dzie na Nowy Rok czy nie? To mu­szę wie­dzieć, bo je­śli nie, jadę na święta do Mi­ło­wic.

- Przy­je­dzie. - Jo­lanta znów za­mknęła oczy. - Bę­dzie­cie tań­czyć i śmiać się, ale te po­grzeby... nie, to nie po­grzeb, to trupy...

- Prze­stań!

- Za­cze­kaj. - Chwy­ciła Polę za rękę. - Oprócz wy­so­kiego bru­neta w mun­du­rze ota­czają cię jesz­cze inne mun­dury, nie mają orzełka ani biało-czer­wo­nej flagi, groźne są, czapki, re­wol­wery, sznury. I czeka cię wielka po­dróż, sa­mo­lo­tem... Może to ka­pi­tan Ros­to­cki sie­dzi za ste­rami? Nie, to ktoś inny, jesz­cze przy­stoj­niej­szy niż ka­pi­tan, bę­dzie za tobą sza­lał, a po­tem...

- Pro­szę, już do­syć!

Jo­lanta nie znała się na ka­bale, ni­gdy nie prze­czy­tała in­struk­ta­rzu wróżki Sy­billi, zmy­ślała wi­dze­nie przy­szło­ści, żeby roz­ba­wić przy­ja­ciółkę, po­dro­czyć się z nią. Nie­wiele się po­my­liła, ale za­pi­sany w gwiaz­dach jej wła­sny los był o wiele tra­gicz­niej­szy niż Poli.

Roz­dział 2

Mia­łam je­de­na­ście lat, kiedy Pola znów po­ja­wiła się w na­szym dworku.

Wiele nie­praw­dzi­wych hi­sto­rii na te­mat mo­jej ro­dziny złe ję­zyki wy­pu­ściły w świat. Lu­dzie lu­bią prze­ka­zy­wać, prze­ina­czać bez re­flek­sji, ja­kie kon­se­kwen­cje mogą mieć plotki i po­mó­wie­nia. Biedni plot­kują o bo­ga­tych naj­chęt­niej, bo­gaci uwiel­biają ob­ma­wiać bar­dzo bo­ga­tych i w tym łań­cu­chu nie­życz­li­wo­ści wszyst­kie ogniwa są ze sobą ści­śle po­łą­czone. We wsiach przy­le­ga­ją­cych do dworu mó­wiło się, że moja mama po­pa­dła w na­łóg mor­fi­nowy i ca­łymi dniami le­żała wpół­przy­tomna na ka­na­pie, za­pa­trzona w mu­chy na su­fi­cie. Lu­dzie prze­ka­zy­wali so­bie smutną prawdę o moim bra­cie jak ra­do­sną no­winę. Teo­fil nie ma pią­tej klepki, co wcale dzi­wić nie po­winno, bio­rąc pod uwagę, jak się hra­bina za­cho­wy­wała, kiedy jesz­cze no­siła go pod ser­cem. Bę­dąc już w bar­dzo za­awan­so­wa­nej ciąży, za­miast sie­dzieć skrom­nie w domu i na oczy się służ­bie z brzu­chem nie po­ka­zy­wać, Eliza Mo­raw­ska za­ło­żyła w mia­steczku Czy­tel­nię i za­częła urzą­dzać po­ga­danki dla wło­ścia­nek na te­mat hi­gieny oso­bi­stej ko­biet, opieki nad nowo na­ro­dzo­nym dziec­kiem i na te­maty pa­trio­tyczne, które przy­cią­gały naj­więk­szą liczbę słu­cha­czy.

Te­ma­tem plo­tek by­łam rów­nież ja, którą we­dług wszech­wie­dzą­cych moi ro­dzice ku­pili od ubo­giej ku­zynki matki, którą zbrzu­cha­cił ofi­cer le­gio­nów. Moje po­ja­wie­nie się na świe­cie było dla wsi po­dej­rza­nym tylko dla­tego, że uro­dzi­łam się aż je­de­na­ście lat po Teo­filu, kiedy moja matka miała skoń­czone trzy­dzie­ści dzie­więć lat, za­tem we­dług tam­tych ka­len­da­rzy była już stara, a "dół" miała w roz­sypce. Ko­bieta w tak po­de­szłym wieku nie mo­gła więc uro­dzić zdro­wego dziecka, mu­sieli Mo­raw­scy He­lenkę ku­pić, po­nie­waż wszy­scy wie­dzieli, jak bar­dzo hra­bina Mo­raw­ska pra­gnie mieć córkę. Jed­nak mało kto wie­dział, ile nie­uda­nych prób po­prze­dziło moje na­ro­dziny, a ciałka dwóch mar­twych chłop­czy­ków, które wy­pły­nęły z mamy, trzeba było po­cho­wać w parku pod osłoną nocy, po­nie­waż byli już cał­kiem duzi i w pełni roz­wi­nięci.

Po woj­nie oko­liczne wsie opo­wia­dały so­bie przy świe­cach tra­giczną wer­sję śmierci mo­jej matki, ze zgrozą po­da­jąc z ust do ust ob­raz, jak krew z krtani hra­biny za­bry­zgała białe schody na fron­cie, gdy pod­czas zaj­mo­wa­nia dworku na so­wiecką kwa­terę ru­ski lejt­nant ba­gne­tem ją dźgnął. Z cza­sem ręka za­ci­śnięta na ba­gne­cie nie była już so­wiecka, a nie­miecka, kiedy ten i ów do­stał ostrze­że­nie od wła­dzy lu­do­wej przed kon­se­kwen­cjami sze­rze­nia an­ty­so­wiec­kiej pro­pa­gandy. Lu­dzie ple­tli głup­stwa na te­mat Se­we­ryna - rze­komo we Fran­cji na wsty­dliwą cho­robę za­padł, która go tak oszpe­ciła, że po­sta­no­wił już ni­gdy do Pol­ski nie wró­cić.

Nie ko­men­to­wa­łam, nie pro­sto­wa­łam, nie obu­rza­łam się, kiedy do­cie­rały do mo­ich uszu te bred­nie, szcze­gól­nie na te­mat Poli.

Nikt z na­szych są­sia­dów nie do­wie­dział się o jej nie­spo­dzie­wa­nym po­ja­wie­niu się w Mi­ło­wi­cach. Nie do­wie­dzieli się rów­nież Niemcy, któ­rzy sta­cjo­no­wali w na­szym dworku od stycz­nia 1940 roku i któ­rzy wspa­nia­ło­myśl­nie po­zwo­lili nam zo­stać po jego za­ję­ciu na po­trzeby nie­miec­kiej ar­mii zwy­cię­sko kro­czą­cej przez Eu­ropę. Ne­go­cjo­wał z nimi oj­ciec, nie wiem, co im obie­cał, dość na tym, że nie wy­rzu­cili nas na bruk, nie ka­zali się wy­nieść do izb fol­warcz­nych, tylko prze­su­nęli na drugi ko­niec bu­dynku. Na­szych nie­miec­kich pa­nów mimo wszystko onie­śmie­lała hi­sto­ria rodu Mo­raw­skich i Za­moy­skich, a przod­ko­wie pa­trzący z ob­ra­zów, wzbu­dzali sza­cu­nek.

Oku­panci urzą­dzili w na­szym ma­jątku biuro i skład, za­jęli ofi­cynę, skąd rzą­dzili za­opa­trze­niem i roz­ma­itymi trans­por­tami. W dworku roz­go­ścili się ofi­ce­ro­wie We­hr­machtu. Mo­raw­scy od­stą­pili im swoje po­miesz­cze­nia, ja­sne, wy­so­kie po­koje, ła­zienkę, kuch­nię, ja­dal­nię z wi­do­kiem na park oraz ręcz­nie tkane dy­wany, które od­tąd za­dep­ty­wały buty pa­no­szą­cych się Niem­ców. Gdy prze­pro­wa­dza­li­śmy się do pół­noc­nego skrzy­dła, nowi wła­ści­ciele po­zwo­lili za­brać nam ze sobą wy­łącz­nie rze­czy oso­bi­ste i roz­ło­ży­stą ka­napę.

Prze­strzeń, którą mie­li­śmy do dys­po­zy­cji, skła­dała się z czte­rech po­miesz­czeń. Po­koju kan­ce­la­ryj­nego, w któ­rym urzę­do­wał mój oj­ciec, dwóch po­koi kie­dyś prze­zna­czo­nych dla na­uczy­cie­lek i nia­niek oraz po­koju "in­ży­nier­skiego", gdzie przed wojną miesz­kał pan Ce­zary Chro­sto­wicz, ab­sol­went Po­li­tech­niki Lwow­skiej, Wy­działu Rol­ni­czo-Le­śnego. Chro­sto­wicz ra­mię w ra­mię z oj­cem pro­wa­dził na­sze go­spo­dar­stwo od strony me­cha­ni­za­cji, rów­no­cze­śnie za­rzą­dza­jąc la­sami. Za­ję­li­śmy rów­nież kuch­nię, gdzie Jula i jej na­rze­czony Edzio zor­ga­ni­zo­wali pro­wi­zo­ryczny sa­lon. W sy­pial­niach nie usta­wi­li­śmy żad­nych zbęd­nych me­bli, nie było na czym usiąść do czy­ta­nia czy choćby do od­po­czynku w ciągu dnia, za­tem kuch­nia za­częła peł­nić funk­cję sa­lo­niku i tam spę­dza­li­śmy naj­wię­cej czasu.

Tylko Jula i Edzio nie ucie­kli od nas po wy­bu­chu wojny. Moja na­uczy­cielka, panna Emil­lia, in­ży­nier Chro­sto­wicz i rządca Ma­lejko roz­je­chali się w róż­nych kie­run­kach, każde z nich miało inny po­mysł, jak prze­cze­kać wo­jenny czas. Że­gna­jąc się, obie­cy­wali, że wrócą, ale ni­gdy wię­cej już ich nie zo­ba­czy­łam. Lu­dzie w pa­nice wo­jen­nej rzu­cali się to w tę stronę, to znów w prze­ciwną, raz, żeby wła­sne ży­cie oca­lić, dwa, żeby o naj­bliż­szych za­dbać, albo do walki sta­nąć. My nie mie­li­śmy do­kąd ucie­kać, opusz­cze­nie dworu było dla mo­ich ro­dzi­ców nie do po­my­śle­nia! Przez pierw­szy rok wojny do pracy na roli wciąż przy­cho­dzili lu­dzie z wio­ski i oj­ciec wciąż im jesz­cze pła­cił.

- Do­bry wie­czór - po­wie­działa Pola, sta­wia­jąc mały ple­cak na pod­ło­dze.

Oparła się o fra­mugę drzwi i przez chwilę pa­trzyła pro­sto przed sie­bie, po­mi­ja­jąc wzro­kiem sie­dzą­cych przy stole Teo­sia i Se­we­ryna. Mama i oj­ciec od­po­czy­wali na ol­brzy­miej, wy­god­nej ka­na­pie, którą wspa­nia­ło­myśl­nie po­zwo­lono nam za­brać z za­ję­tej czę­ści dworku. Stało się to do­piero po in­ter­wen­cji ojca u sa­mego ko­men­danta. Wy­pro­sił lub ra­czej wy­ku­pił od niego tę ka­napę, żeby spra­wić żo­nie małą przy­jem­ność. Ten me­bel, wraz ze sto­łem na dwa­na­ście osób i ko­modą, sta­no­wił część po­sagu Elizy Za­moy­skiej.

Kiedy do kuchni we­szła Pola, ja sie­dzia­łam pod sto­łem na kocu, w moim "sza­ła­sie". Na drew­nia­nej kon­struk­cji przy­mo­co­wa­nej od spodu do blatu stołu wie­sza­łam ka­wałki płótna, osła­nia­jąc się tym sa­mym od reszty do­mow­ni­ków. Kła­dłam się na pod­ło­dze i słu­cha­łam spo­koj­nego, me­lo­dyj­nego głosu mamy. Czy­tała nam Ogniem i mie­czem na prze­mian z Prze­mi­nęło z wia­trem, któ­rego pol­skie wy­da­nie uka­zało się w 1938 roku. Była to opo­wieść o woj­nie se­ce­syj­nej, mi­ło­ści i twar­dej ko­bie­cie imie­niem Scar­lett, któ­rej mi­łość do ziemi my­liła się z mi­ło­ścią do męż­czy­zny i daw­nych cza­sów. Nie wszystko ro­zu­mia­łam z re­aliów opi­sy­wa­nego świata i na­wet oj­ciec nie po­tra­fił nam do­kład­nie wy­tłu­ma­czyć, dla­czego Ame­ry­ka­nie bili się z Ame­ry­ka­nami i od­bie­rali so­bie ma­jątki, za­miast cie­szyć się wspólną zie­mią, tak ogromną, że po­mie­ścić mo­gła kilka Kró­lestw Pol­skich.

Dla mnie trwa­jąca w Pol­sce wojna była zwy­kłą co­dzien­no­ścią, nie pa­mię­ta­łam w ogóle, jak żyło się przed wojną, pa­mięć dziecka jest krótka, sięga co naj­wy­żej tak da­leko jak mi­nione lato czy prze­szła nie­dziela. Nie ba­łam się Niem­ców, nie wi­dzia­łam jesz­cze wtedy żad­nych okrut­nych czy­nów, któ­rymi wsła­wiali się na te­re­nach pod­bi­tej Pol­ski, i choć in­stynk­tow­nie czu­łam, że oni u nas rzą­dzą, ich obec­ność nie przy­gnę­biała mnie tak mocno jak mo­ich ro­dzi­ców i Se­we­ryna, któ­rego oj­ciec na­po­mi­nał kilka razy i prze­strze­gał przed roz­ju­sza­niem ofi­ce­rów We­hr­machtu. Sam ukła­dał się z nimi na tyle, na ile do­pusz­czał ho­nor, po­zwa­lał wspa­nia­ło­myśl­nie na to, co sami i tak mo­gli so­bie wziąć, ale był to po­czą­tek wojny i wszy­scy jesz­cze uda­wali, że z nie są dzi­kimi be­stiami.

- Je­zus Ma­ria! Pola?! - Oj­ciec wsta­wał po­woli z ka­napy, jakby w oba­wie, że zjawa znik­nie, je­śli za­re­aguje zbyt gwał­tow­nie.

Mama odło­żyła eg­zem­plarz Prze­mi­nęło z wia­trem, grzbie­tem w górę. Tego wie­czora do­tar­li­śmy do mo­mentu, kiedy có­reczka Scar­lett i pana Rhetta Bu­tlera spa­dła z ku­cyka i się za­biła.

Pola miała na so­bie dość ele­gancką gra­na­tową su­kienkę od­ciętą w pa­sie, ozdo­bioną ko­ron­ko­wym koł­nie­rzy­kiem, która ni­jak się miała do jej znisz­czo­nych bu­tów, wy­świech­ta­nego ple­caka, brud­nych rę­ka­wów i po­dra­pa­nych, czer­wo­nych nóg, jakby co do­piero przez po­krzywy prze­szła. Jej włosy były w nie­ła­dzie, nie­dbale spięte w dwie kitki się­ga­jące ra­mion.

Oj­ciec pod­szedł do niej i za­nim zdą­żył coś po­wie­dzieć, przy­tu­lił ją do piersi. Za­raz za nim sta­nęła moja mama, nie mo­gąc opa­no­wać wzru­sze­nia, i uca­ło­wała jej po­liczki.

- Dzięki Bogu, ży­jesz...

Obej­mo­wali się przez chwilę w tym ro­dzin­nym trój­ką­cie, nie do­pusz­cza­jąc ni­kogo in­nego do swo­jego po­wi­ta­nia. Teoś nie ze­rwał się z miej­sca, żeby swoją ko­chaną przy­ja­ciółkę przy­jąć, wy­da­wało się, że ko­biety nie po­znał, a je­śli po­znał, jej wej­ście nie zro­biło na nim żad­nego wra­że­nia. Teo­fil wie­dział od dawna, że Pola wy­szła za mąż, choć li­stu, który przy­słała ro­dzi­com z War­szawy, in­for­mu­ją­cym o za­mąż­pój­ściu, nie miał prawa czy­tać, po­nie­waż ro­dzice scho­wali ko­pertę w se­kre­ta­rzyku pod klu­czem. Ale jak to zwy­kle bywa, naj­więk­sze ta­jem­nice naj­bar­dziej ku­szą, więc gdy tylko Teoś się do­wie­dział, że list z War­szawy do pani hra­biny przy­szedł, czy­hał na oka­zję, żeby do se­kre­ta­rzyka zaj­rzeć pod nie­obec­ność ro­dzi­ców. Do­piero koń­cem czerwca 1939 roku, kiedy ro­dzice końmi po­je­chali do Dem­biń­skich na uro­czy­sto­ści chrztu ich trze­ciego syna, Teoś, wy­mó­wiw­szy się od wy­jazdu bó­lem brzu­cha, do­brał się do skrytki. List od Poli scho­wany w bia­łej ko­per­cie za­adre­so­wany był tylko na Elizę Mo­raw­ską, jakby przy­ja­ciółka do przy­ja­ciółki pi­sała z ra­do­sną no­winą, taki też był w tre­ści. Ko­chana Pani Elizo, pierw­sze do Pani pi­szę o moim za­mąż­pój­ściu, bo wiem, jak Pani na moim szczę­ściu za­leży...

Pola w maju 1940 roku na szczę­śliwą nie wy­glą­dała.

- Jakże ty się do nas prze­do­sta­łaś? Strach tak po nocy cho­dzić. - Oj­ciec pro­wa­dził Polę do stołu. - Zjesz co? Mamy chleb, sło­ninę, zupę ja­rzy­nową, Elizo, dajmy dziew­czy­nie coś zjeść, her­baty z ma­li­nami za­parz­cie.

- Sia­daj, dziecko, zdej­mij płaszcz, roz­gość się... - Mama w pod­nie­ce­niu krę­ciła się po kuchni, nie bar­dzo wie­działa, od czego za­cząć go­ścinę.

Pola ro­zej­rzała się do­okoła.

- Czy mo­gła­bym się naj­pierw wy­ką­pać? Jadę i idę z Jor­da­no­wic już ty­dzień, umo­ru­sa­łam się w po­dróży ni­czym wę­glarz.

- Oczy­wi­ście! Nie­stety do ła­zienki wstępu nie mamy - wy­ja­śnił oj­ciec. - Tam te­raz Niemcy ką­pieli za­ży­wają.

W na­szej daw­nej ła­zience wy­ka­fel­ko­wa­nej po sam su­fit stała wielka ba­lia z gru­bej bla­chy po­la­kie­ro­wana na biało, ale ta część domu na­le­żała do Niem­ców, nie mo­gli­śmy z tej wanny ko­rzy­stać, za­tem pro­wi­zo­ryczną ła­zienkę urzą­dzi­li­śmy so­bie w pralni, gdzie w ma­łej beczce myło się po­szcze­gólne czę­ści ciała. Tylko ja mie­ści­łam się cała, choć po­trzebna mi była do ką­pieli druga osoba, żeby po­le­wać mnie z ogro­do­wej ko­newki cie­płą wodą. To była ro­bota Juli.

- Teoś, bie­gnij po Julę, niech przyj­dzie po­móc, wody za­grzać... - po­na­glała mama.

- Nie! Pro­szę, nie... - Pola zni­żyła głos po pierw­szym okrzyku pro­te­stu. - Le­piej bę­dzie, je­śli nikt się nie do­wie, że tu je­stem. Mo­gliby roz­po­wie­dzieć po wsi, wieść do­tar­łaby do mo­jej ro­dziny, tym­cza­sem ja nie mogę na ra­zie do nich iść.

- Do­brze, masz ra­cję, nie można dziś ni­komu zbyt­nio ufać. - Mama za­wró­ciła od drzwi. - Chodźmy do pralni, po­mogę ci się od­świe­żyć. Ty, synu, przy­nieś czy­sty ręcz­nik z bie­liź­niarki i mój szla­frok, po­tem po­szu­kam sto­sow­niej­szego ubra­nia.

Se­we­ryn, mi­ja­jąc Polę, ukło­nił się bez słowa. Był tak samo nie­wzru­szony jej wi­zytą jak jego brat. Wy­dało mi się to dziwne.

- Źle mi wy­glą­dasz... - Oj­ciec zwró­cił się do Poli, z nie­po­ko­jem spoj­rzał na żonę, żeby się upew­nić, czy my­śli tak samo.

Eliza Mo­raw­ska nie lę­kała się ła­two i miała w so­bie ten ro­dzaj spo­koju, jaki każdy chciałby mieć w trud­nej go­dzi­nie, kiedy naj­bar­dziej chce się krzy­czeć i pła­kać.

- A jak ma wy­glą­dać po tak dłu­giej tu­łaczce! Za­raz się tym zaj­miemy. Bądź ła­skaw coś do je­dze­nia przy­szy­ko­wać. Po­krzepi się, ru­mień­ców na­bie­rze, od­zy­ska siły.

Oj­ciec przy­jął roz­kaz żony bez pro­te­stów i za­czął od­wi­jać ze szmatki ka­wał sło­niny.

- Do­piero co mó­wi­li­śmy o to­bie... Od czasu do czasu przy­cho­dzą wie­ści z War­szawy, strach słu­chać, co tam się dzieje.

- Bom­bar­do­wa­nia, ter­ror, nie­pew­ność ju­tra - mó­wiła Pola bez emo­cji. - Mimo to lu­dzie sta­rają się żyć nor­mal­nie, choć nic już nie jest nor­malne. Można zgi­nąć na ulicy tylko dla­tego, że ko­muś za­chciało się strze­lać.

- Mo­jego brata Lu­dwika nie spo­tka­łaś przy­pad­kiem? Mar­twię się o niego, od mie­sięcy nie do­tarły żadne wie­ści. Ste­nia pi­sała raz, bar­dzo la­ko­nicz­nie, że Niemcy wszę­dzie, na­dzieja umiera. Zdaje się, nie w sa­mej War­sza­wie miesz­kają, tylko gdzieś na przed­mie­ściach, pew­nie tam bez­piecz­niej. Po­tem umyślny przy­niósł wie­ści od Lu­dwika, że ma się do­brze, żeby się o niego nie mar­twić. Kiedy cię zo­ba­czy­łam, prze­szło mi przez myśl, że może masz ja­kie wia­do­mo­ści od niego.

Pola za­prze­czyła, w War­sza­wie nie spo­tkała żad­nej zna­jo­mej twa­rzy. Kie­ru­jąc się do pralni, za­uwa­żyła moje nogi wy­sta­jące spod stołu. Za­trzy­mała się i po­chy­la­jąc, za­gląd­nęła pod stół.

- He­lenka? Po­każ się...

Po­su­nę­łam się bli­żej, szo­ru­jąc pupą po ka­mien­nej po­sadzce.

- Ro­zu­miem, że to jest twój schron?

Ski­nę­łam głową.

- Bar­dzo roz­sąd­nie, choć tu­taj bym się nie spo­dzie­wała na­lo­tów - po­wie­działa i prze­nio­sła wzrok na sie­dzą­cego przy kra­wę­dzi stołu Teo­sia. Spo­koj­nie cze­kała, aż na nią spoj­rzy, ale on prze­li­czał swoje palce, wpa­tru­jąc się w ob­gry­zione pa­znok­cie.

- Pa­nie hra­bio... jakże się pan miewa? - za­py­tała, sia­da­jąc na­prze­ciwko niego. Nie mógł dłu­żej omi­jać spoj­rze­niem jej śmie­ją­cych się oczu.

- Cał­kiem do­brze, dzię­kuję - od­parł i przez krótką chwilę pa­trzyli na sie­bie.

- Zmęż­nia­łeś Teo... - Przy­kryła jego dłoń swoją. - Zda­jesz mi się taki do­ro­sły, włosy ci jesz­cze bar­dziej po­ciem­niały.

- Włosy mi po­ciem­niały ze zło­ści na Niem­ców - po­wie­dział po­waż­nie. - Nie myśl so­bie, że tylko w War­sza­wie są szkopy. Za­jęli dom, ofi­cynę, ko­nie...

- Tak, wiem, Teo, wiem...

Pola na­zy­wała Teo­fila Teo. Nikt inny tak się do niego nie zwra­cał. Dziwna to była scena po­wi­ta­nia daw­nych przy­ja­ciół, trzy lata roz­ło­żyły się po­mię­dzy nimi jak trzy­sta.

Se­we­ryn wró­cił do sa­lonu z ręcz­ni­kiem i ka­wał­kiem my­dła w szkla­nej mi­seczce. Jesz­cze wtedy mie­li­śmy te luk­susy w domu. Były my­dło, pro­szek do my­cia zę­bów, ty­toń, per­fumy, olejki ró­żane, kroch­mal i droż­dże, które wkrótce oka­zały się to­wa­rem naj­bar­dziej luk­su­so­wym ze wszyst­kich, można było za nie dużo in­nego do­bra do­stać. Droż­dże sta­no­wiły pod­sta­wowy skład­nik bim­bru, a bim­ber w czas oku­pa­cji był zło­tem.

Kiedy Pola z mamą znik­nęły w pralni, oj­ciec za­rzą­dził ci­szę nocną.

- Idź­cie się po­ło­żyć, czuję, że to bę­dzie długa noc. Sam coś uszy­kuję do zje­dze­nia.

Teo­fil spoj­rzał na ojca, po­tem na brata, jakby u niego szu­kał od­wo­ła­nia od tej oj­cow­skiej de­cy­zji, ale Se­we­ryn tylko wzru­szył ra­mio­nami.

- Gdzie nasz gość bę­dzie spać? - za­py­ta­łam.

- Ty masz, He­lenko, duże łóżko, pew­nie z tobą, ale to już niech pani mama de­cy­duje.

Oj­ciec ty­tu­ło­wał swoją żonę pa­nią tylko w waż­nych spra­wach lub kiedy byli w to­wa­rzy­stwie.

Mama za­py­tała mnie, czy przyjmę Polę do swo­jego łóżka, choć było to już zde­cy­do­wane. Spa­łam sama w po­koju, który kie­dyś był ga­bi­ne­tem taty, moje łóżko wci­śnięte zo­stało po­mię­dzy książki, ku­ferki oraz pu­dła i nie­wiele po­zo­stało wol­nego miej­sca, ale z pew­no­ścią tyle, by taka drobna osóbka jak Pola po­mie­ściła się tam z ca­łym swoim do­byt­kiem ukry­tym w jed­nym ple­caku.

Pola już spała, kiedy ro­dzice, bar­dzo po­ru­szeni po­ja­wie­niem się noc­nego go­ścia, oma­wiali nową sy­tu­ację. Wciąż sie­dzia­łam pod sto­łem, ko­rzy­sta­jąc z nie­uwagi do­ro­słych. Czę­sto o mnie za­po­mi­nali, tak wiele się działo we dworku, dzięki temu mo­głam słu­chać i pa­trzeć na to, co w in­nych cza­sach było dla dziew­czy­nek w moim wieku za­bro­nione.

- Czy po­wie­działa coś wię­cej? Co do­kład­nie się wy­da­rzyło w War­sza­wie? A jej mąż? Prze­cież to był woj­skowy, z tego co pa­mię­tam...

Mama usia­dła bli­sko ojca przy stole, ich łok­cie się sty­kały. Po­chy­liła się, oj­ciec zro­bił to samo.

- Pola jest wdową - za­częła szep­tem. - Ka­pi­tan Ros­to­cki zgi­nął na po­czątku wojny, gdzieś pod War­szawą, ale na­wet nie mo­gła go po­cho­wać, bo ciała nie od­na­le­ziono.

- A z któ­rych to Ros­to­ckich? Nie zna­li­śmy aby Bo­gu­sława Ros­to­ckiego? - Oj­ciec nie miał pa­mięci do na­zwisk czy dat, mama mu­siała być jego pa­mię­cią i za­zwy­czaj wie­działa do­słow­nie wszystko, o co­kol­wiek ją mąż za­py­tał.

- Bo­gu­sław Ro­sto­wiecki był re­jen­tem w Rze­szo­wie, ale zmarł kilka lat temu, te­raz w kan­ce­la­rii urzę­duje jego syn, Ja­nusz Ro­sto­wiecki - wy­ja­śniła.

- Ach tak, przy­po­mi­nam so­bie! Szcze­gól­nie jego ze­psute zęby.

Mama nie chciała dłu­żej za­trzy­my­wać się przy wspo­mnie­niach re­jenta i przez chwilę opo­wia­dała ojcu, o czym roz­ma­wiała z Polą, ale nie było tam żad­nych waż­nych in­for­ma­cji.

- Co tam się wy­da­rzyło? - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Nie wiem. Rok temu od­był się ślub, mó­wiła, że piękny, po­tem na War­szawę spa­dły bomby, lu­dzi ogar­nęły roz­pacz i pa­nika, Ta­de­usz po­szedł wal­czyć i zgi­nął, Pola zo­stała sama. Mu­siała się dziew­czyna szybko prze­sta­wić na nową rze­czy­wi­stość. Pola ni­gdy nie była skora do zwie­rzeń, w tym wzglę­dzie nic się nie zmie­niła. Chcia­łam za­py­tać o ro­dzinę jej męża, ale czu­łam, że ona nie ży­czy so­bie o tym roz­ma­wiać. Zdra­dziła tylko, że wy­je­chała z War­szawy z po­cząt­kiem roku i ostat­nie mie­siące spę­dziła w Jor­da­no­wi­cach.

Oj­ciec nie był usa­tys­fak­cjo­no­wany taką od­po­wie­dzią.

- Za wiele ta­jem­nic jak na moje oko. Czort wie, co to za lu­dzie ci Ro­stoccy. Trzeba było się włą­czyć w te przy­śpie­szone za­ślu­biony, po­je­chać do War­szawy, przyj­rzeć się tej ro­dzi­nie, tym­cza­sem my­śmy tylko li­sty czy­tali i cie­szyli się, że męża zna­la­zła.

Mama po­smut­niała.

- No prze­cież nie mie­li­śmy za­pro­sze­nia...Na śluby nie jeź­dzi się z nie­spo­dzianką.

- Otóż to! Czy to nie po­dej­rzane?

- Och, dajmy już temu spo­kój. - Mama wes­tchnęła. - Co to te­raz ma za zna­cze­nie? Pola po­wie­działa mi ja­sno, że u nas nie zo­sta­nie, chce tylko nieco od­po­cząć. Mój Boże, kiedy po­ma­ga­łam się jej umyć, pa­trzy­łam na jej ciało i zda­łam so­bie sprawę, że wy­sy­ła­li­śmy do Lwowa młodą pannę, a wró­ciła do nas po­ra­niona doj­rzała ko­bieta.

Oj­ciec spoj­rzał na żonę z nie­po­ko­jem, do­słow­nie zro­zu­miał zna­cze­nie słowa "po­ra­niona". Eliza wy­ja­śniła, co ma na my­śli.

- Cho­dzi mi o to, że Pola jest ko­bietą, silną, już do­świad­czoną przez ży­cie, i zrobi, co po­sta­nowi, nie bę­dzie py­tać o po­zwo­le­nie.

- Je­śli kto ją za­uważy, co po­wiemy?

Mama przy­ga­siła lampę.

- Ukry­jemy ją, nie bę­dzie się po­ka­zy­wać. Prze­trzy­mamy ją w domu, aż zde­cy­duje, co da­lej za­mie­rza.

- A Niemcy? Co po­wiemy? Prze­cież za­raz się wyda, że przy­była nowa osoba we dwo­rze, na do­da­tek taka ładna i młoda.

Oj­ciec znał Niem­ców od tej strony, któ­rej jego żona nie znała, i wo­lał, by tak po­zo­stało. Eliza Mo­raw­ska omi­jała sta­cjo­nu­ją­cych u nas Niem­ców z da­leka. Kiedy się kła­niali, wy­ko­ny­wała le­d­wie wi­doczny ruch głową, ale do żad­nego z nich nie prze­mó­wiła ani jed­nego słowa. Oj­ciec wciąż z nimi de­li­be­ro­wał w po­czu­ciu, że je­śli on bę­dzie dla nich miły, od­wdzię­czą się tym sa­mym.

- Je­rzy, nikt nie po­wi­nien jej wi­dzieć. Nikt, ro­zu­miesz? Trzeba Teo­siowi i Se­we­ry­nowi sta­now­czo za­ka­zać roz­po­wia­da­nia o jej przy­jeź­dzie. He­lence rów­nież.

- Do­brze, już do­brze... - Oj­ciec przy­krył dłoń mamy swoją dło­nią. - Żeby tylko ja­kieś nie­szczę­ście z tego po­wodu na nas nie spa­dło.

Pola prze­spała cały ko­lejny dzień. Nie wie­dzie­li­śmy, co o tym są­dzić, czy się mar­twić, czy też cie­szyć, że od­po­czywa. Po nie­miec­kiej stro­nie domu rów­nież pa­no­wał spo­kój. Cięż­kie i dra­ma­tyczne czasy miały do­piero na­dejść, ale wio­sna 1940 roku była spo­kojna. Ro­dzice, jak więk­szość Po­la­ków, byli prze­ko­nani, że wojna szybko się skoń­czy i za­ci­ska­nie zę­bów szło im cał­kiem nie­źle, osta­tecz­nie, na krótką metę można wszystko znieść. Niemcy mieli sła­bość do ty­tu­łów i ary­sto­kra­tów, im­po­no­wało im, że z po­wodu za­wie­ru­chy wo­jen­nej osie­dli w dworku hra­biow­skim i mo­gli przed sobą się zgry­wać, że niby sami na­leżą do klasy wyż­szej, nie ro­zu­mieli, że uro­dze­nie to nie jest przy­wi­lej, ale obo­wią­zek.

"Nasz" Nie­miec na­zy­wał się Oskar von Ha­gen i po­cho­dził z sa­mego Ber­lina. Kiedy zaj­mo­wał dwor­skie po­koje, w jego za­cho­wa­niu znać było lek­kie skrę­po­wa­nie za­ist­niałą sy­tu­acją. Eliza Mo­raw­ska pa­trzyła w mil­cze­niu na tę za­mianę miejsc, po pro­stu przy­glą­dała się prze­pro­wadzce z da­leka, nie uczest­ni­cząc w tym ani sło­wem, ani czy­nem. Jej mil­cząca obec­ność miała jed­nak swoją moc, pro­ści żoł­nie­rze zer­kali na nią z sza­cun­kiem i cie­ka­wo­ścią, ofi­ce­ro­wie usi­ło­wali się kła­niać, zda­rzyło się, że je­den z roz­pędu jej za­sa­lu­to­wał jak wyż­szemu rangą. Mama była praw­dzi­wie ele­gancka i trzy­mała się pro­sto, dum­nie, ni­gdy nie wi­dzia­łam u niej oznak sła­bo­ści czy roz­pa­czy, chyba tylko wtedy, gdy była pewna, że nikt nie pa­trzy. Dla in­nych, szcze­gól­nie dla ob­cych i wro­gów, miała ka­mienną twarz, opa­no­wa­nie i god­ność. Kiedy Niemcy za­częli wy­wie­szać na dworku i ofi­cy­nie flagi ze swa­styką, a umie­ścili ich tyle, żeby cała oko­lica wi­działa, kto tu te­raz rzą­dzi i pod czyim roz­ka­zem, mama po­pro­siła ojca, żeby spro­wa­dził z mia­steczka fo­to­grafa, by ten uwiecz­nił czer­wone sztan­dary za­tknięte na bu­dyn­kach. Za­mie­rzała je wy­ko­rzy­stać po woj­nie do swo­ich po­ga­da­nek w Czy­telni.

Oskar von Ha­gen był naj­lep­szym z naj­gor­szych Niem­ców, któ­rzy prze­to­czyli się przez nasz dom. Wy­cho­wa­nie, ja­kie ode­brał we wła­snym domu, uru­cho­miło w nim ha­mu­lec i nie po­su­wał się ni­gdy do hań­bią­cych mun­dur czy­nów. Sta­rał się, mój oj­ciec go za to chwa­lił, by wier­nie słu­żąc Rze­szy, nie upodlić sie­bie. By­li­śmy wszy­scy bez­bronni wo­bec po­tęgi oku­panta, cał­ko­wi­cie za­leżni od hu­moru, na­stroju czy prze­ko­nań jed­nego czło­wieka, a ten, nie oba­wia­jąc się kon­se­kwen­cji, mógł za­strze­lić, zra­bo­wać, zgwał­cić, co tylko mu się za­ma­rzyło. Oskar no­sił w so­bie dużo czło­wie­czeń­stwa, które z niego nie wy­cie­kło w miarę po­stę­pów wojsk nie­miec­kich i ośmie­la­nia się żoł­nie­rzy SS. Był czę­ścią nie­miec­kiego planu po­zy­ska­nia prze­strzeni ży­cio­wej po­przez za­gar­nię­cie cu­dzych ziem i wy­mor­do­wa­nie opor­nych, ale jed­no­cze­śnie za­rzą­dzał i za­cho­wy­wał się tak, jakby z góry wie­dział, że to się nie uda, że prę­dzej czy póź­niej Niemcy, także on oso­bi­ście, będą mu­sieli za­pła­cić za bar­ba­rzyń­stwo, ja­kiego się do­pu­ścili. My­lił się co do za­płaty, Niem­com nikt nie wy­sta­wił ra­chunku za znisz­cze­nia, któ­rych do­ko­nali w mia­stach pol­skich.

Nasz do­bry Nie­miec nie prze­wa­żył jed­nak szali win i strat i da­leka je­stem od tego, by wy­chwa­lać kul­turę Niem­ców i prze­ciw­sta­wiać ją nie­okrze­sa­niu So­wie­tów. Oba te na­rody w oso­bach swo­ich żoł­nie­rzy oraz cy­wi­lów do­pu­ściły się po­twor­nych zbrodni. Wo­jo­wali na pod­bi­tych zie­miach tak, jakby po­cho­dzili z naj­dzik­szych ple­mion, dla któ­rych ży­cie ludz­kie nie dość, że żad­nej war­to­ści nie przed­sta­wia, to jesz­cze za­bi­ja­nie spra­wiało im ra­dość. Moje małe oczka wi­działy, jak pro­sty żoł­nierz SS, ka­pi­tan, po­rucz­nik a w końcu po­spo­lity "gra­na­towy" żan­darm wy­cią­gał z ka­bury pi­sto­let lub mie­rzył z ka­ra­binu do rzędu prze­ra­żo­nych lu­dzi wy­wle­czo­nych przed cha­łupę. Lu­dzie z kulą w pier­siach, z dziurą w gło­wie upa­dali na twardą zie­mię jak ku­kły, ani się prze­że­gnać nie zdą­żyli przed śmier­cią. Dzieci, cię­żarne ko­biety, dziad­ko­wie, mło­dzi męż­czyźni, ich żony i na­rze­czone, lu­dzie bez żad­nej winy poza tą, że ist­nieli. Tak kul­tu­ralni Niemcy ba­wili się w pa­nów, na­to­miast bar­ba­rzyńcy So­wieci gwał­cili, kra­dli, pa­lili i za­bie­rali wszystko to, co łań­cu­chem nie było przy­kute do pod­łogi. Wio­sną 1940 roku, kiedy wojna wy­da­wała się to­czyć swoim try­bem gdzieś z dala od na­szych za­bu­do­wań. Je­dy­nie fa­szy­stow­skie flagi roz­wie­szone w mia­steczku, ozna­cze­nia na dro­dze w ję­zyku nie­miec­kim, pę­dzący na mo­to­cy­klach i prze­miesz­cza­jący się cię­ża­rów­kami żoł­nie­rze nie­mieccy da­wały sy­gnał, że coś złego już się roz­po­częło i nie jest to sy­tu­acja przej­ściowa. Mimo to w lu­dziach było jesz­cze dużo na­dziei oraz uf­no­ści, że ten ciężki okres w końcu prze­mi­nie i nie trzeba bę­dzie po­sze­rzać gra­nic cmen­ta­rza.

Kiedy oj­ciec wró­cił do dworu póź­nym po­po­łu­dniem, za­stał Polę samą w kuchni. Sie­działa na ła­wie pod oknem, trzy­mała w dłoni gar­nu­szek pe­łen mleka, ale go nie piła. Pa­trzyła na dzie­dzi­niec, po któ­rym ubrani po cy­wil­nemu lu­dzie krę­cili się i prze­no­sili skrzy­nie do ofi­cyny sto­ją­cej kil­ka­dzie­siąt me­trów od dworu.

- Uwa­żaj, żeby cię nie zo­ba­czyli. Niby nie wtrą­cają się w na­sze sprawy, ale kto wie, do czego się po­suną, gdy się zo­rien­tują, że po­ja­wił się obcy. Mu­sie­li­śmy za­de­kla­ro­wać imien­nie, kto tu mieszka, kto do­cho­dzi ze służby, na tej pod­sta­wie spo­rzą­dzili li­stę osób, któ­rym wolno prze­by­wać we dwo­rze, ale nie wolno nam ni­kogo za­pra­szać. Nie dzi­wię się tej ostroż­no­ści, mają tu ar­se­nał, za­ple­cze dla frontu. W dru­gim fol­warku będą bu­do­wać kan­tynę dla żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów.

- Urzą­dzają so­bie ży­cie na fron­cie, w mia­stach, na wsi, my­ślą, że to już na­leży do nich. Lu­dzie, zwie­rzęta, bu­dynki, ulice, drzewa i niebo nad tymi drze­wami. Z po­czątku czu­łam tylko gniew, ale te­raz czuję strach.

Oj­ciec pod­szedł do niej i zaj­rzał w jej oczy.

- Pola Wa­wel mia­łaby się bać? Nie wie­rzę...

- Nie boję się o sie­bie, tylko o in­nych - od­parła z wy­sił­kiem, jakby bo­lała ją żu­chwa.

- Na ra­zie pa­nuje względny spo­kój, jed­nak czuję, że ten stan rze­czy nie po­trwa długo. Eliza ma mi za złe, twier­dzi, że je­stem dla Niem­ców zbyt miły, ale jakże mam do nich war­czeć, skoro oni są we­dle mnie w po­rządku? Wy­ko­nują roz­kazy, by­łem w woj­sku, wiem, co to jest roz­kaz, nie ma miej­sca na sen­ty­menty.

Pola sie­działa bez ru­chu i słu­chała dłu­giego wy­wodu hra­biego Mo­raw­skiego tłu­ma­czą­cego się z neu­tral­no­ści, jaka do­mi­no­wała w jego sto­sun­kach z oku­pan­tem, za­sta­na­wiała się, kiedy przej­rzy na oczy i zro­zu­mie, w ja­kiej nie­rów­no­wa­dze sił się znaj­duje. Miły Nie­miec może któ­re­goś dnia wstać lewą nogą z łóżka i po pro­stu go za­strze­lić. Pro­cesu nie bę­dzie.

Oj­ciec ścią­gnął i od­wie­sił na haku pi­ko­waną zie­loną kurtkę, która przy­je­chała pro­sto z An­glii. Wrę­czył mu ją wuj Lu­dwik, opo­wia­da­jąc przy tym szcze­gó­łowo, gdzie zo­stała uszyta i kto po­wi­nien no­sić ta­kie kurtki z metką firmy Ja­mes Pur­dey & Sons. Firma po­wstała w 1814 roku i zdo­była roz­głos, sprze­da­jąc broń palną oraz inne ak­ce­so­ria do po­lo­wań. Nie była to kom­pa­nia byle jaka, miała "gwa­ran­cje kró­lew­skie", Royal War­rant of Ap­po­int­ment, które otrzy­mują firmy lub osoby za­opa­tru­jące człon­ków ro­dziny kró­lew­skiej w roz­ma­ite pro­dukty. Pur­dey & Sons do­star­czali swoje wy­roby do pa­łacu już za kró­lo­wej Wik­to­rii w 1868 roku, ale to Książę Wa­lii, który po­tem zo­stał ko­ro­no­wany jako król Edward VII, przy­znał tej lon­dyń­skiej fir­mie za­szczyt, ja­kim jest Royal War­rant of Ap­po­int­ment. Oj­ciec po­sia­dał w swo­jej ko­lek­cji ich dwu­lu­fową ele­gancką strzelbę oraz pi­sto­lety z pięk­nym zdo­bie­niem, ale te już sam so­bie spro­wa­dził z An­glii, za­chę­cony re­ko­men­da­cjami szwa­gra. Lu­dwik był prze­wod­ni­kiem mo­jego ojca po luk­su­so­wych to­wa­rach i sno­bi­stycz­nych miej­scach Lon­dynu.

Pola uczyła się strze­lać ra­zem z Teo­siem, kiedy mieli po czter­na­ście lat. Lek­cje strze­la­nia pro­wa­dzili mój oj­ciec i stary Kli­mek, jego wierny druh, który las znał le­piej niż kto­kol­wiek inny w na­szym po­wie­cie. Pola za­pa­trzyła się na tę kurtkę, po­czuła za­pach lasu przed świ­tem i przy­po­mniała so­bie mocne ręce Klimka, który przy­trzy­my­wał jej strzelbę, kiedy skła­dała się do strzału. Dzi­wił się, skąd u ta­kiej mło­dej panny ta­kie pre­cy­zyjne oko. Pola strze­lała tak do­brze jak hra­bia Mo­raw­ski.

- Ukry­li­ście broń? - za­py­tała.

- Pierw­sze, co za­rzą­dzi­łem, jak tylko wojna wy­bu­chła, to zro­bić kry­jówki w le­sie na broń, sre­bra, por­ce­lanę, naj­cen­niej­sze ob­razy. Kli­mek z Edziem wy­brali miej­sce i wy­ko­pali po­tężną jamę, tak zmyśl­nie przy­kryli i przy­wa­lili ko­na­rami, że nikt się nie zo­rien­tuje, co leży pod mchem - od­parł za­do­wo­lony.

- Edzio to wierny i uczciwy czło­wiek, Kli­mek rów­nież, ale je­śli ko­muś się po­chwa­lili? Nie bę­dzie się chciał kto ze wsi do­brać do skrzyń w świe­tle księ­życa?

Pola za do­brze znała men­tal­ność lu­dzi, któ­rzy nie wcho­dzili na po­koje, nie wa­ha­liby się długo, gdyby nada­rzyła się oka­zja się­gnąć po dwor­skie do­bra. Jej ostroż­ność nie udzie­liła się ojcu. Był czło­wie­kiem na­iw­nym, jak wszy­scy ci wy­cho­wani w ho­no­rze, któ­rzy mieli tylko jedną miarę, swoją wła­sną, kiedy przy­szło im oce­niać in­nych.

- Kli­mek jesz­cze z moim oj­cem po­lo­wał, to jest czło­wiek skała i z całą pew­no­ścią mogę mu ufać. Zda­łem się na Edzia i Klimka, sam nie po­do­łał­bym ta­kiemu za­da­niu, Niemcy parli do przodu, nie było zbyt wiele czasu do na­my­słu. Inna rzecz... - Oj­ciec po­tarł skroń złą­czo­nymi pal­cami. - Nie można wy­klu­czyć, je­śli jaki miej­scowy nas pod­pa­trzył, to się do tego do­bie­rze prę­dzej czy póź­niej, ale na pewno nie Edzio czy Kli­mek.

Oj­ciec prze­ło­żył kilka dre­wie­nek z ko­sza pod piec i za­czął na nowo roz­pa­lać ogień.

- Za­grze­jemy się nieco, wi­dzę, że ci zimno.

Wie­czo­rem Jula szy­ko­wała dla nas wszyst­kich ko­la­cję i trzeba było drugi raz roz­pa­lić pod kuch­nią. Mie­li­śmy drzewo z na­szego lasu, jesz­cze wtedy nie mu­sie­li­śmy oszczę­dzać i aż do kwiet­nia pa­liło się wę­glem w pie­cach ka­flo­wych oraz pod kuch­nią za­równo u nas, jak i po stro­nie nie­miec­kiej. Kilka mie­sięcy póź­niej wpro­wa­dzono dla rol­ni­ków i chło­pów go­spo­da­ru­ją­cych na ka­wałku pola obo­wią­zek od­da­wa­nia Niem­com zboża, mleka, ziem­nia­ków, mięsa, jaj i bu­ra­ków, co na­zwano kon­tyn­gen­tem. Pol­skie mia­sta za­częły gło­do­wać, na wsiach rów­nież głód co­raz czę­ściej za­glą­dał lu­dziom w oczy. Przez na­szą wieś, przez nasz dwór i fol­wark je­chały kon­tyn­genty do Nie­miec aż do po­łowy 1944 roku, było czego pil­no­wać. Pol­ska kar­miła Niem­ców, so­bie odej­mu­jąc od ust.

Oj­ciec od­cze­kał, aż pło­mie­nie roz­poczną swój ta­niec, i do­piero wtedy za­mknął drzwiczki pieca.

- A co mó­wią w War­sza­wie? Ile to po­trwa?

- War­szawa leży pod bu­tem Niem­ców, ale nie skamle, tylko się mo­bi­li­zuje. - Pola wstała i po­de­szła do pieca. - Nie wia­domo, jak długo, może jesz­cze rok, może dwa, ważne, żeby nie sie­dzieć z za­ło­żo­nymi rę­kami i nie cze­kać na cud.

Oj­ciec pa­trzył, jak so­bie na­lewa cie­płej wody do kubka i grzeje na nim dło­nie. Oparła się o piec. Na ze­wnątrz pa­no­wały przy­jemne wio­senne tem­pe­ra­tury, ale Pola wy­glą­dała i za­cho­wy­wała się tak, jakby miała od­mro­żone koń­czyny.

- Co można zro­bić na wsi? Bić się na pię­ści? - W gło­sie ojca brzmiała kpina. - Po­bę­dziesz tu ja­kiś czas, sama oce­nisz, czy warto się rzu­cać na nich z no­żem, czy ra­czej zejść im z oczu. Wy, mło­dzi, ma­cie same ide­ały w gło­wie, pro­sto z wier­szy i po­ema­tów, ale ja prze­ży­łem po­przed­nią wojnę, tę bol­sze­wicką rów­nież, jed­nego się na­uczy­łem. Nie nad­sta­wiaj karku, kiedy cho­dzi o ży­cie, bo masz jedno i je­śli zgi­niesz, nie bę­dzie cię ob­cho­dzić, co na­pi­szą na two­jej mo­gile.

- Niech każdy robi to, co uważa za wła­ści­wie i moż­liwe do zro­bie­nia. Oce­niać ni­kogo nie mam za­miaru, ale ja bez­czyn­nie sie­dzieć nie będę ani Niem­com po­słu­gi­wać we dwo­rze.

Pola uni­kała wzroku Je­rzego Mo­raw­skiego, nie chciała do­pro­wa­dzić ich roz­mowy do mo­mentu, kiedy wej­dzie im po­mię­dzy słowa nie­chęć, a po­tem wro­gość. Za dużo mu za­wdzię­czała, zręcz­nie zmie­niła te­mat.

- Za­dzi­wia­jące, ile może się wy­da­rzyć w je­den rok. Mój ślub, wy­buch wojny, śmierć uko­cha­nego męża, prze­pro­wadzki, po­wroty... Pani Eliza pew­nie wspo­mniała, że stra­ci­łam męża.

- Tak, po­wie­działa, że zgi­nął z po­cząt­kiem wojny. - Oj­ciec chrząk­nął za­kło­po­tany, rów­nież ucie­kał przed Polą wzro­kiem, nie umiał roz­ma­wiać na bo­le­sne te­maty. - Tyle zmian w dwa­na­ście mie­sięcy, aż trudno uwie­rzyć, co było przed ro­kiem. Aku­rat w kwiet­niu by­li­śmy na we­selu w Udy­czu u Gna­tow­skich, dziś sły­szę, że tyle z ma­jątku wolno im było za­brać, co na jedną fur­mankę się zmie­ściło. Sta­siu Gna­tow­ski, jego żona Mela, no i mło­dzi, Ce­zary z Zo­fią le­dwo z ży­ciem uszli, za­raz po­tem za­częły się wy­wózki i ze­sła­nia. W samą porę żeś Lwów po­rzu­ciła...

- A pan Lu­dwik Za­moy­ski? - za­py­tała. - W War­sza­wie, tak?

Oj­ciec wy­tarł dło­nie w ręcz­nik i przy­kuc­nął przed drzwicz­kami do pieca. Spraw­dził, czy szczel­nie za­mknięte.

- Wy­prze­dał się z wszyst­kiego i do War­szawy wy­niósł. Ste­nia po­je­chała z nim, ma się ro­zu­mieć. Lu­dwik to jest pierw­szej wody in­te­re­siarz, lep­szy od Żyda, żad­nej oka­zji nie prze­pu­ści. Eliza się sza­le­nie mar­twi o brata, żeby on się o nią po­mar­twił choć raz w ży­ciu...

Pola przy­nio­sła krze­sło bli­żej pieca, usia­dła, opie­ra­jąc ko­lana o cie­płe ka­felki. Oj­ciec uda­wał, że szuka cze­goś w szaf­kach ku­chen­nych, otwie­rał drzwiczki, za­my­kał, wzdy­chał i mi­mo­cho­dem rzu­cił py­ta­nie:

- Nie wo­la­łaś przy ro­dzi­nie męża zo­stać?

- Dziś nie są już czasy na to, żeby coś wo­leć - od­parła krótko. - Z mo­jego miesz­ka­nia z te­ściami żad­nego po­żytku by nie było. To lu­dzie na­sta­wieni na prze­trwa­nie, za co ich nie wi­nię, ale ja nie umia­ła­bym ukry­wać się na pię­trze ka­mie­nicy na Chłod­nej do końca wojny.

- Kie­dyś ty się taka harda stała? - Oj­ciec krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem.

Ko­bieta sie­dząca przy piecu nie była Polą, którą znał od dziecka, uczył jeź­dzić konno i strze­lać do za­jęcy. Tamta była ra­do­sna, wszyst­kiego cie­kawa, żywe sre­bro, ale nie była krnąbrna i nie za­ci­skała pal­ców aż do bia­ło­ści, kiedy mó­wiła.

- La­leczką ni­gdy nie by­łam. Te­raz po pro­stu szu­kam drogi, szu­kam lu­dzi mnie po­dob­nych - od­parła.

- Do woj­ska chcesz się za­cią­gnąć? A gdzie to woj­sko? Ani śladu po rzą­dzie, po na­czel­nym wo­dzu, zo­sta­li­śmy sami.

- Dziś jest tak, ju­tro może być ina­czej - po­wie­działa. - Nie będę wam ro­bić kło­potu zbyt długo, mu­szę się tylko roz­mó­wić z Edziem, już on bę­dzie wie­dział, jak mnie w drogę po­słać.

- Edzio?! - prych­nął oj­ciec. - W czym ci nasz Edzio może po­móc? Na ko­niach się zna i na za­mie­nia­niu ziem­niaka w bim­ber, sprytny jest, od­dany, ale chyba nie jest ja­kim taj­nym ku­rie­rem z Al­gie­rii?

- Wła­śnie o spryt cho­dzi. Nie mogę mieć przed wami ta­jem­nic, choć nie wiem, czy was nie na­ra­żam, opo­wia­da­jąc o swo­ich pla­nach. Je­żeli nie chce hra­bia wie­dzieć, co za­mie­rzam, to pro­szę mnie te­raz po­wstrzy­mać.

Pola wstała i sta­nęła w lek­kim roz­kroku przed hra­bią Mo­raw­skim, który był wciąż jesz­cze przy­stoj­nym męż­czy­zną. Włosy, mimo skoń­czo­nych pięć­dzie­się­ciu lat, nie za­częły jesz­cze si­wieć, cerę miał zdrową, za­ró­żo­wioną, głę­boko osa­dzone w czaszce oczy i bujny wąs. Pa­trzyli na sie­bie tak głę­boko, jak tylko lu­dzie sto­jący na kra­wę­dzi wiel­kiego upadku po­tra­fią. Nie było już we­so­łej dziew­czynki bie­ga­ją­cej z siatką za mo­ty­lami, ani pana, który na po­lo­wa­nie za­pra­szał Lu­bo­mir­skich, Ła­dów czy Stad­nic­kich, tylko dwoje lu­dzi usi­łu­ją­cych oce­nić, czy mają prawo ry­zy­ko­wać ży­cie swo­ich bli­skich.

Pola była lep­szą kon­spi­ra­torką niż hra­bia Je­rzy Mo­raw­ski, ani jej po­wieka nie drgnęła, kiedy wy­mie­niła słu­żą­cego Edzia jako tego, który znałby spo­sób na zre­ali­zo­wa­nie jej pla­nów.

Kiedy do­tarła do na­szej wsi po wie­lo­dnio­wej wę­drówce przez Pol­skę, nie przy­szła pro­sto do dwor­skiej kuchni, żeby się przy­wi­tać. Przez dzień cały cze­kała, aż się ruch wo­kół fol­warku i w obej­ściu wy­ci­szy, żeby wy­wa­bić Edzia na pole. Znali się od dziecka. Chło­pak do wszyst­kiego, miesz­kał w tej sa­mej wsi co Wa­wele i wszystko wie­dział o Bronce, jej sio­strze Ja­dwi­dze, mężu i dzie­ciach. Wie­dział, jak żyli, do któ­rych świę­tych się mo­dlili i kto im w czym po­ma­gał, ale kiedy Pola prze­by­wała we dwo­rze, Edzio trak­to­wał ją po hra­biow­sku, nie go­rzej niż Se­we­ryna czy Teo­fila. Pola miała w so­bie coś tak nie­zwy­kłego, że lu­dzie od­ru­chowo chcieli się jej kła­niać i usłu­gi­wać.

Edzio trzy­mał psy na po­dwórku, dwa wil­czury i je­den po­mie­sza­niec przy­błęda. Za­nim przy­szli do nas Niemcy, psy bie­gały wolno, ale wraz z ogra­ni­cze­niami dla miesz­kań­ców dworu i fol­warku, przy­szły te dla zwie­rząt. Psy miały być uwią­zane, nie wolno ich było pusz­czać ani na mi­nutę! Od czasu do czasu Edzio brał swoją gro­madkę do lasu, żeby się wy­bie­gały, a ry­zy­ko­wał przy tym wiele. W końcu zo­stał przy­ła­pany i przy­szła kara za te jego sa­mo­wolne dzia­ła­nia wbrew roz­ka­zowi. Żan­darm z Ord­nung­spo­li­zei, szcze­gól­nie okrutny i gor­liwy, któ­rego na­zy­wa­li­śmy Krwa­wym Han­sem, za­strze­lił w 1941 roku wszyst­kie psy Edzia, a i do niego sa­mego wy­mie­rzył i ka­zał li­czyć do dzie­się­ciu, za­nim mu kulkę po­śle. Gdyby nie in­ter­wen­cja na­szego "do­brego Niemca", Obe­rleut­nanta We­hr­mahtu, Oskara von Ha­gena, Edzio po­szedłby do nieba wraz ze swo­imi ko­cha­nymi psami.

- Kto tam? - Edzio uniósł la­tar­nię i za­czął iść w kie­runku klatki, w któ­rej miesz­kały od kilku mie­sięcy wszyst­kie psy. Sam ją dla nich zbu­do­wał, a budy wy­ło­żył od środka szma­tami i słomą, żeby miały cie­pło.

Pola wy­szła z mroku wprost na niego.

- Je­zu­sie Na­za­reń­ski! Pa­nienka Pola! - Głos Edzia na­tych­miast uspo­koił war­czące psy. - Ci­cho mi! Le­żeć!

Pola zro­biła krok w przód.

- Wi­taj, Edziu...

- Lu­dzie świata! Żem się nie spo­dzie­wał ta­kiego go­ścia po nocy. Niech pa­nienka za­cho­dzi do dworu, tylko tam­tędy, od strony kuchni, na po­ko­jach Niemcy sie­dzą. Roz­go­ścili się jak u sie­bie, te­raz już śpią, ino je­den war­tow­nik stoi na fron­cie, ale on się z ganku nie ru­sza, boi się, cy­kor je­den - za­śmiał się Edzio. - Nie wszyst­kie one ta­kie od­ważne, pod mun­du­rem ga­la­rety...

- Mu­szę się pil­nie roz­mó­wić z Se­we­ry­nem - po­wie­działa. - Jest we dwo­rze?

- Pew­nie, że jest, za­jął po­kój po in­ży­nie­rze wraz z pa­ni­czem Teo­siem, ale tam już po­ga­szone i za­mknięte. Jak się będę te­raz do­bi­jać, pań­stwa wy­stra­szę na śmierć i Niem­ców po­bu­dzę. Część mieszka w ofi­cy­nie, te waż­niej­sze z We­hr­machtu we dwo­rze.

Pola spoj­rzała w stronę ciem­nych okien dworu. Za­sta­na­wiała się przez chwilę, co zro­bić.

- Prze­no­co­wał­byś mnie? - za­py­tała. - Może rano uda się Se­we­ryna dys­kret­nie wy­wo­łać? Cho­dzi o to, żeby ni­kogo nie nie­po­koić. Ro­zu­miesz?

Edzio zmru­żył oczy i pod­niósł la­tar­nię jesz­cze wy­żej.

- Prze­śpię się w stajni - za­pro­po­no­wała, wi­dząc, że się waha. - Po­pro­szę cię o tro­chę wody, nic wię­cej mi nie po­trzeba.

- Co to za czasy, żeby pa­nienki z ko­niami spały - mruk­nął i ru­szył w kie­runku stajni.

Pola po­szła za nim.

- Z da­leka pa­nienka przy­szła?

- Idę z War­szawy.

- A tam wojna! Bomby lecą, że aż cała zie­mia się trzę­sie. Był u nas przed­wczo­raj pan Łada, wszystko opo­wie­dział, strach było słu­chać. Ich wojna we War­sza­wie za­stała, trójkę dzieci tam do szkół po­słali. To zna­czy, mieli po­słać, szkoły Niemcy za­mknęli i wró­cili pę­dem na Po­dole, ale jak tam So­wieci we­szli, to znów pę­dem stam­tąd ucie­kli i te­raz wszyst­kie na ku­pie miesz­kają we Frysz­taku.

- Tu­taj też Niemcy... - Pola wes­tchnęła.

- Sztab ja­kiś tu mają, w każ­dym ra­zie ruch jest od rana do nocy. Jula im musi go­to­wać, choć jej to aku­rat płacą, ja Szko­pom buty czysz­czę i noc­niki opróż­niam, ale mi nie płacą. Bę­dziemy się z Julą że­nić za mie­siąc, może pa­nienka na na­sze we­se­li­sko zo­sta­nie?

Pola się uśmiech­nęła.

- Jula? Czy ja ją znam?

- Ra­czej nie. Jula przy­szła do dworu pra­co­wać w to lato, jak pa­nienka do Lwowa po­je­chała. Ona jest z ochronki, matka i oj­ciec po­marli wraz, jak pięć lat miała. Na­sza pani ją przy­wio­zła któ­re­goś dnia i przy­uczyła do po­ko­jów po­słu­gi­wać. Bar­dzo z niej za­do­wo­lona. - Edzio mó­wił to z dumą i go­rą­cym ser­cem.

- Szczę­ściarz z cie­bie! Tylko do­brze ją trak­tuj, jakby twoją pa­nią była.

- A pew­nie! To moje skarby je­dyne.

We­szli do stajni. Od progu czuć było za­pach słomy, skóry, su­chego drewna i zwie­rzę­cych od­de­chów. Pola lu­biła tę mie­szankę odo­rów, które ze sobą do­brze współ­grały, za­cią­gnęła się mocno po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa, jak wtedy, kiedy była dziec­kiem. Tu­taj ukry­wała się przed za­da­wa­nymi jej pra­cami, wa­biła Teo­sia, żeby sie­dział z nią na sia­nie i słu­chał opo­wie­ści o da­le­kim świe­cie, który znała z ksią­żek, albo pięk­nych ba­jek o księż­nicz­kach, świ­nio­pa­sach, cza­row­ni­cach i za­gu­bio­nych dzie­ciach.

- A pań­stwo Mo­raw­scy zdrowi? Teo zdrowy? - za­py­tała, roz­glą­da­jąc się, gdzie by zor­ga­ni­zo­wać so­bie le­go­wi­sko.

- Dzię­ko­wać Naj­święt­szej Pa­nience, wszy­scy do­brze się mają. Niech się po­łoży na końcu, pu­sto tam jest. Nie da­lej jak wczo­raj Ka­stora nam za­re­kwi­ro­wali i już go pew­nie nie od­da­dzą. Do woza go przy­wią­zali i ka­zali cią­gnąć... Ech... Szkoda mi śliny mar­no­wać na to, co oni tu wy­ra­biają. Wody przy­niesę ze studni.

Edzio za­brał la­tar­nię i na­gle zro­biło się ciemno. Pola spoj­rzała w pół­okrą­głe okna wy­soko w mu­rze. W jed­nym uka­zał się księ­życ i oświe­tlił przej­ście mię­dzy za­gro­dami. Szła po­woli, za­glą­da­jąc do koni, za­trzy­my­wała się przy tych, któ­rych nie znała, a do tych, które znała, Tun­dry, Gin­ger, Aresa i Pio­runa, za­częła prze­ma­wiać tak czule, że za­częły na­gle strzyc uszami i trze­pać łbem z za­do­wo­le­niem.

- Pa­mię­tasz mnie...? Pew­nie, że pa­mię­tasz... - Gła­skała kark Gin­ger, pięk­nej sze­ścio­let­niej kla­czy, którą Teoś do­stał na pre­zent od ojca. Po­da­ro­wał ją Poli w nie­for­mal­nej ce­re­mo­nii, w któ­rej tylko oni dwoje uczest­ni­czyli. Była to jedna z wielu ich dzie­cin­nych ta­jem­nic.

Pola ścią­gnęła płaszcz i roz­ście­liła go w ką­cie. Pod­ło­żyła ple­cak pod głowę i przez chwilę pa­trzyła na drep­czące w miej­scu ko­pyta "swo­jej kla­czy". Za­pach słomy i siana ją odu­rzył. Kiedy Edzio wró­cił do stajni z gar­nusz­kiem zim­nej wody, Pola spała z głową wtu­loną w ra­mię.

Roz­dział 3

Ni­gdy nie ba­łam się du­chów, cmen­ta­rzy ani opo­wie­ści o śmierci. Śmierć była ro­dzaju żeń­skiego, wy­stę­po­wała w prze­bra­niu że­bra­czym, miała ciemne oczo­doły, dziurę za­miast nosa i błysz­czącą kosę na drew­nia­nym trzonku. Zna­łam ją tylko z ry­cin książ­ko­wych, kiedy przy­szła po mo­ich dziad­ków i pra­dziad­ków, nie było mnie jesz­cze na świe­cie.

Ba­bu­nia Ste­fa­nia zo­stała po­cho­wana w ka­plicy znaj­du­ją­cej się na końcu parku, cze­kał tam na nią jej mąż, Hie­ro­nim Mo­raw­ski, i dwoje ich dzieci, które nie do­żyły pierw­szych uro­dzin, oraz ro­dzice Hie­ro­nima Mo­raw­skiego, moi pra­dziad­ko­wie.

Ka­plica była za­mknięta i za­kra­to­wana, nikt nie miał do niej wstępu, a klucz do kłódki trzy­mał w swoim biu­rze oj­ciec. W dniu Wszyst­kich Świę­tych oj­ciec otwie­rał ka­plicę, przed wej­ściem za­pa­la­li­śmy zni­cze. Ku­charka pie­kła wcze­śniej chlebki, które po­tem mama roz­da­wała że­bra­kom pod ko­ścio­łem, bo ci mieli po­dobno kon­takt ze zmar­łymi i w ten spo­sób, oprócz mo­dli­twy, wspo­mi­nało się po­cho­wa­nych w ka­plicy człon­ków na­szej ro­dziny.

Lu­bi­łam so­bie wy­obra­żać, że w trum­nach mo­ich dziad­ków ukryto wiele skar­bów, zło­tych kie­li­chów, sznury ko­rali, pier­ście­nie z oczkami wiel­kimi jak jajko prze­piór­cze i dla­tego wła­śnie na kra­cie ka­plicy od za­wsze wi­siała ogromna kłódka, a klu­cza strzegł oj­ciec. Kiedy na­stali we dwo­rze Niemcy, ka­zali ojcu ka­plicę otwo­rzyć, chcieli spraw­dzić, czy nie ma tam cze­goś po­dej­rza­nego albo nie­bez­piecz­nego dla III Rze­szy. Nic nie zna­leźli, w pu­stym, wil­got­nym po­miesz­cze­niu znaj­do­wały się dwa pię­trowe gro­bowce za­sło­nięte ciężką płytą i tyle. Kie­dyś po­dobno była tam ka­mienna ławka, żeby ba­bu­nia Ste­fa­nia mo­gła so­bie na sie­dząco z mę­żem po­roz­ma­wiać, po­ża­lić się albo po­dzie­lić do­brym wia­do­mo­ściami, kiedy ro­dziły się ich wnuki, ale z ja­kichś po­wo­dów ławkę z ka­plicy usu­nięto. Je­dyną ozdobą ro­dzin­nego miej­sca spo­czynku był pro­sty drew­niany krzyż, który pa­mię­tał czasy po­wsta­nia stycz­nio­wego i wi­tra­żowe, go­tyc­kie okno.

Pod tym krzy­żem, na ka­mien­nej po­sadzce, sie­działa Pola. Mój brat Se­we­ryn przy­kuc­nął na­prze­ciw niej, oparł jedno ko­lano na ziemi i słu­chał. Prze­wie­sili kłódkę tak nie­chluj­nie, że mi­ja­jąc ka­plicę, za­raz to za­uwa­ży­łam i za­miast iść da­lej do lasu, za­trzy­ma­łam się pod drzwiami, któ­rych nie do­mknęli, wcho­dząc do środka. Mia­łam naj­wię­cej swo­body ze wszyst­kich miesz­kań­ców i pra­cow­ni­ków. Wolno mi było cho­dzić po parku, po le­sie, za­glą­dać do ofi­cyny, na­wet do tych po­miesz­czeń, które zaj­mo­wali Niemcy. By­łam je­dy­nym dziec­kiem we dwo­rze i wstyd przy­znać, ale nasi nie­pro­szeni go­ście, nasi wro­go­wie, pa­trzyli na moje za­bawy z sym­pa­tią, za­ga­dy­wali mnie, cie­szyli się, kiedy od­po­wia­da­łam im po nie­miecku, choć zna­łam za­le­d­wie kil­ka­na­ście słów. By­wało, że ob­da­ro­wy­wali sło­dy­czami, do­sta­wa­łam po­ma­rań­cze, to znów chałwę grecką, cze­ko­ladę, ale to był po­czą­tek wojny, wtedy jesz­cze Niemcy uda­wali cy­wi­li­zo­wa­nych, trzy­mali na łań­cu­chu be­stię, która w nich sie­działa. Uśmie­chali się, pili, prze­ko­ma­rzali, jakby na wy­wcza­sach byli, tylko ich pi­sto­lety i ka­ra­biny prze­wie­szone przez ra­mię opo­wia­dały zgoła inną hi­sto­rię.

Wy­kłó­ca­łam się na ten te­mat przez wiele lat po woj­nie ze wszyst­kimi obroń­cami Niem­ców, któ­rzy w wy­niku szczę­śli­wego zrzą­dze­nia losu nie do­świad­czyli ich okru­cień­stwa. A to okru­cień­stwo prze­szło w lu­do­bój­stwo, osta­tecz­nie w dziwną hi­sto­rię o na­zi­stach, jakby to ja­kiś osobny na­ród był. Niemcy to było naj­więk­sze zło, ja­kie wi­działa Eu­ropa na wła­sne oczy, i moje wspo­mnie­nia o ich przy­zwo­itym za­cho­wa­niu po­cząt­kiem wojny ani na jotę tego nie zmie­nią.

Pola mó­wiła do­syć gło­śno, sły­sza­łam wy­raź­nie każde jej słowo.

- ... Jedni pła­czą, dru­dzy za­ra­biają, inni giną, w tym wo­jen­nym cha­osie każdy musi zna­leźć swoje miej­sce. Ro­zu­miesz? Moje miej­sce nie jest we dwo­rze, ja już nie je­stem tą osobą, którą zna­łeś.

- Ale chyba zo­sta­niesz tu przez ja­kiś czas?

- Nic mnie tu nie trzyma poza jedną sprawą - od­parła.

- Ja je­stem tą sprawą? - Se­we­ryn zaj­rzał w jej oczy, pró­bo­wał do­tknąć ra­mie­nia, ale Pola się uchy­liła.

- Prze­stań...

- Cią­gle masz do mnie żal o wy­jazd do Pa­ryża? - ob­ru­szył się. - Oboje wy­je­cha­li­śmy na stu­dia, taki był plan, żeby naj­pierw się uczyć, po­tem że­nić. Prze­cież to ty pierw­sza prze­sta­łaś li­sty pi­sać, ty się za­rę­czy­łaś i wy­szłaś za mąż, ty mnie zdra­dzi­łaś, nie ja cie­bie.

- Pro­szę cię, prze­stań - po­wtó­rzyła Pola. - Czy ty na­prawdę nie ro­zu­miesz, że to już nie ma zna­cze­nia? Pa­ryż, Lwów, wielki świat i jesz­cze więk­sze ma­rze­nia... Nic z tego nie zo­stało, nic.

- Mów za sie­bie.

Pod­słu­chu­jąc roz­mowę w ka­plicy, do­sta­łam lek­kiego za­wrotu głowy, na­gle do mnie do­tarło, że mój brat Se­we­ryn i Pola mają wła­sną hi­sto­rię, którą prze­rwał ich wy­jazd na na­uki, i to nie Teoś był jej ulu­bień­cem, ale jego stra­szy brat. Wie­lo­krot­nie sły­sza­łam od służby, na­wet mama o tym wspo­mniała, że Teoś za­du­rzył się w Poli i za nią cią­gle pła­cze, ale nikt chyba nie wie­dział o tych dwojgu, któ­rzy so­bie mi­łość i wspólną przy­szłość przy­się­gali przed wy­jaz­dem na stu­dia.

- Wojna za­stała mnie we Fran­cji... - cią­gnął Se­we­ryn. - Błą­ka­łem się na po­łu­dniu z grupą stu­den­tów me­dy­cyny, pi­łem na umór i roz­my­śla­łem o tym, czy kie­dyś cię jesz­cze zo­ba­czę. Cho­dzi­łem z no­żem w sercu i wcale nie chcia­łem go z rany wyj­mo­wać. Lu­bi­łem cier­pieć przez cie­bie, to jak­bym cier­piał dla cie­bie...

- Se­we­ryn... Może i je­stem ci winna ja­kieś wy­ja­śnie­nie, ale na­prawdę nie są­dzę, żeby to miało ja­kieś zna­cze­nie. Po­zna­łam Ta­de­usza, za­ko­cha­łam się, zo­sta­łam jego żoną... - Pola pod­nio­sła się z po­sadzki. Wy­gła­dziła spodnie i po­pra­wiła czapkę. W prze­bra­niu pa­robka pre­zen­to­wała się do­syć ko­micz­nie. Wsu­nęła ko­smyki wło­sów pod da­szek, na­cią­gnęła go głę­biej na czoło.

- Ale on zgi­nął! - Se­we­ryn zła­pał ją za rękę. - Nie mo­żesz ko­chać ko­goś, kogo nie ma!

Pola ob­ró­ciła nad­gar­stek, uwol­niła dłoń. Pa­trzyła na Se­we­ryna bez zło­ści, choć każ­dym sło­wem wpro­wa­dzał ją w stan iry­ta­cji. Miała przed sobą chłopca, który nie­wiele do­świad­czył i kar­mił głowę na­dę­tymi fra­ze­sami, dla niego naj­istot­niej­sze były wła­sne roz­terki, pie­lę­gno­wał je, roz­czu­la­jąc się nad sobą.

- W ta­kim ra­zie, po co tu przy­je­cha­łaś, je­śli nie do mnie? - za­py­tał ła­mią­cym się gło­sem.

- Przy­je­cha­łam w kon­kret­nym celu. - Pola oparła się o sar­ko­fag Mo­raw­skich, za­ło­żyła ra­miona na krzyż i mó­wiła da­lej, zni­ża­jąc głos. - Mu­szę się spo­tkać z Bo­ry­sem Ol­brach­tem.

Se­we­ryn spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem.

- Z Bo­ry­sem?!

- Ci­szej, na Boga!

Oboje spoj­rzeli na drzwi do ka­plicy, za któ­rymi sta­łam. Zdą­ży­łam uchy­lić głowę.

- Na­wet nie wiem, co się z nim te­raz dzieje... - Se­we­ryn wło­żył dło­nie do kie­szeni spodni i ner­wowo nimi szar­pał. - Jego matka była we dwo­rze, gdy przy­je­cha­łem z Pa­ryża w grud­niu, mó­wiła wtedy, że zo­stał wzięty do nie­woli i prze­wie­ziony w głąb Nie­miec.

- Po czę­ści prawda. - Pola przy­tak­nęła. - Ale udało mu się uciec z trans­portu.

- Skąd wiesz? - za­py­tał co­raz bar­dziej ob­ra­żony, że wia­do­mo­ści o lo­sach JEGO przy­ja­ciela przy­nosi Pola, pod­czas kiedy on sam nic nie wie i ni­czego nie sły­szał.

- Mamy wspól­nych zna­jo­mych. Po­słu­chaj, Se­we­ryn... Ja spo­tka­łam się przed wy­bu­chem wojny z Bo­ry­sem w War­sza­wie...

- Przy­pad­kiem? - rzu­cił iro­nicz­nie.

- Bo­rys po­pro­sił mnie o po­moc i tak to się za­częło.

- Co się za­częło?! - Ton głosu Se­we­ryna pod­niósł się wy­żej.

- Mu­sisz prze­stać my­śleć jak ob­ra­żony pa­nicz, obudź się, jest wojna. Bo­rys jest woj­sko­wym pi­lo­tem i gdy ty pi­łeś wino we Fran­cji, on wal­czył z Niem­cami. Za­pew­niam cię, że nie my­ślał wtedy o mnie czy o to­bie. Cho­dzi o duże sprawy, ro­zu­miesz? - Pola po­de­szła do Se­we­ryna. - Po­wiedz, że ro­zu­miesz.

Spu­ścił wzrok i ski­nął głową.

- Co się z nim te­raz dzieje? Mia­łaś wię­cej wia­do­mo­ści od niego?

Pola za­prze­czyła.

- Umó­wi­li­śmy się, że miej­scem kon­tak­to­wym bę­dzie na­sza ple­ba­nia, no wiesz, gdyby poczta prze­stała cho­dzić. Mu­szę spo­tkać się z Bo­ry­sem, je­śli żyje i po­jawi się w Mi­ło­wi­cach, dla­tego tu je­stem.

Dziwne to było lato 1937 roku w Mi­ło­wi­cach.

Oj­ciec nie był z po­czątku za­chwy­cony po­my­słem syna, któ­rego plany wy­jazdu na za­gra­niczne stu­dia wspie­rała mama. Nie cho­dziło o pie­nią­dze, po pro­stu uwa­żał, że Se­we­ryn po­wi­nien na­dal wdra­żać się do pracy na go­spo­dar­stwie i sta­wiać stopy tylko tam, gdzie już ślady jego stóp zo­stały od­ci­śnięte. Z ojca na syna, tak miało po­zo­stać, ale naj­star­szy syn nie pa­lił się do roli go­spo­da­rza i wszy­scy to wi­dzieli. Se­we­ryn nie miał ani serca, ani smy­kałki do rol­nic­twa, nad­zo­ro­wa­nie lu­dzi szło mu jesz­cze opor­niej i choć bar­dzo się sta­rał, jego głowa i serce były zu­peł­nie gdzieś in­dziej. Po­cią­gały go ma­szyny, sa­mo­loty, no­wo­cze­sna tech­nika, je­śli pa­trzył w niebo, to nie po to, aby spraw­dzić, czy nad­ciąga bu­rza, tylko by wy­pa­try­wać ma­łego sa­mo­lotu, któ­rym ste­ro­wał jego przy­ja­ciel, syn są­sia­dów, Bo­rys Ol­bracht.

Bo­rys la­ta­nia uczył się w Cen­trum Wy­szko­le­nia Ofi­ce­rów Lot­nic­twa w Dę­bli­nie i cała oko­lica była bar­dzo dumna z mło­dego Ol­brachta, po­nie­waż nikt inny z mia­steczka nie zdo­był szli­fów ofi­cer­skich w lot­nic­twie w tak mło­dym wieku. Se­we­ryn szcze­rze, przy­naj­mniej na po­czątku, bez odro­biny za­zdro­ści po­dzi­wiał swo­jego przy­ja­ciela, ale sam nie ma­rzył o la­ta­niu, tylko o kon­stru­owa­niu sa­mo­lo­tów. Za­wsze mieli z Bo­ry­sem wiele te­ma­tów do go­rą­cych dys­ku­sji, snuli am­bitne plany, za­pew­nia­jąc się wza­jem­nie, że do­ko­nają w ży­ciu wiel­kich rze­czy i cały świat o nich usły­szy. Pi­lot mó­wił, co trzeba by było ulep­szyć w sa­mo­lo­cie, Se­we­ryn za­sta­na­wiał się, jak to zro­bić. Ry­so­wał, ob­li­czał, go­rącz­ku­jąc się przy tym do póź­nych go­dzin noc­nych, rano wszyst­kie ar­ku­sze darł na małe ka­wałki, bo nic nie były warte. Po­sta­no­wił zo­stać in­ży­nie­rem, na­uczyć się na uni­wer­sy­te­cie tego, co bę­dzie mu po­trzebne, żeby do­ko­ny­wać in­no­wa­cji w la­ta­ją­cych ma­szy­nach. Zdał do­bie sprawę z tego, że sam en­tu­zjazm i pa­sja nie wy­star­czą, żeby ro­bić wy­na­lazki tech­niczne, po­trzebna jest so­lidna wie­dza. Matkę prze­ko­nał bez trudu, wspie­ra­łaby go, co­kol­wiek by po­sta­no­wił, ale oj­ciec nie wy­ra­żał zgody, ale pod pre­sją żony w końcu się ugiął. Osta­tecz­nie zgo­dził się wy­słać Se­we­ryna na stu­dia do Pa­ryża, a Polę w prze­ciw­nym kie­runku, do Lwowa, jed­nak ani mu przez myśl nie prze­szło, że roz­dziela w ten spo­sób za­ko­chaną parę. Je­żeli ktoś z ro­dziny za­uwa­żył ich nie­winne amory, to mama.

- Mogę po­je­chać do Ol­brach­tów, po­py­tać... - za­pro­po­no­wał Se­we­ryn.

- Jedź, ja nie mogę na ra­zie się ru­szyć. Je­śli żyje, zjawi się tu­taj prę­dzej czy póź­niej. Wąt­pię, czy Ol­brach­to­wie po­dzielą się z tobą...

W tym mo­men­cie za­uwa­ży­łam nad­jeż­dża­ją­cego z głębi parku Krwa­wego Hansa, który bez py­ta­nia brał na­sze ko­nie i jeź­dził so­bie po oko­licy ni­czym ja­kiś wielki pan. Jego wy­so­kie buty lśniły od ma­sła, a wielka głowa pod­ska­ki­wała na cien­kiej, po­pla­mio­nej ska­zami szyi. Nie za­wa­ha­łam się, wśli­zgnę­łam się do ka­plicy ni­czym wąż i od środka za­mknę­łam drzwi. Ca­łym cię­ża­rem ciała opar­łam się, by je przy­trzy­mać szczel­nie do­mknięte. Pola i Se­we­ryn od­ru­chowo scho­wali się za sar­ko­fag, ale po krót­kiej chwili się wy­chy­lili.

- Co ty tu ro­bisz? - syk­nął mój brat.

Pola po­ło­żyła pa­lec na ustach. Na­słu­chi­wa­li­śmy od­gło­sów z parku, uwa­ża­jąc, żeby na­sze od­de­chy nie były zbyt gło­śne. Go­tyc­kie, zdo­bione wi­tra­żem okno na fron­to­wej ścia­nie wpusz­czało do ka­plicy nieco żół­to­czer­wo­nego świa­tła. Na jego smu­dze fru­wały we wszyst­kich kie­run­kach dro­binki ku­rzu i pyłu.

- Kto jest w parku? - za­py­tał szep­tem Se­we­ryn i sam so­bie od­po­wie­dział. - Pew­nie Hans, inni się jesz­cze nie na­uczyli jeź­dzić konno.

- Obe­rleut­nant Oskar też cza­sem jeź­dzi, na­wet z na­szym ta­tu­siem... - po­wie­dzia­łam za­do­wo­lona z sie­bie. - Le­piej, żeby was tu nikt nie zła­pał. Za­raz by po­znali, że to Pola, nie pa­ro­bek.

Pola uśmiech­nęła się do mnie. Spa­ły­śmy ostat­nie trzy noce w jed­nym łóżku, już że­śmy były jak sio­stry, albo choć ser­deczne przy­ja­ciółki. Opo­wia­dała mi piękne hi­sto­rie i bajki, by­łam tak prze­jęta, że ani razu nie za­snę­łam przed pół­nocą. Za­wsze wie­dzia­ły­śmy, kiedy bije dwu­na­sta. Nie­miec, który stał na war­cie, dmu­chał w gwiz­dek, ozna­czało to, że ni­komu już nie wolno wyjść z fol­warku, ani ze dworu, ani z cha­łup po­bu­do­wa­nych po­ni­żej ofi­cyny, gdzie miesz­kały trzy ro­dziny pra­cu­jące na go­spo­dar­stwie. Na­wet za po­trzebą. W każ­dej cha­łu­pie i miesz­ka­niach fol­warcz­nych stało wia­dro, w na­szym dworku też, ale jesz­cze nie wi­dzia­łam, żeby ktoś z niego ko­rzy­stał.

- Śle­dzisz nas? - Se­we­ryn przy­szpi­lił mnie wzro­kiem.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami.

- Ja co­dzien­nie po parku cho­dzę, za­pę­dzi­łam się pod ka­plicę, pa­trzę, kłódka wisi, krata nie­do­mknięta, z cie­ka­wo­ści po­de­szłam bli­żej.

- He­lenko... - Pola wy­cią­gnęła do mnie dłoń. - Ura­to­wa­łaś nas, dzię­ku­jemy ci. Le­piej bę­dzie, jak ni­komu nie po­wiesz, że­śmy tu spo­tka­nie mieli z twoim bra­tem, we dwo­rze nie­bez­piecz­nie roz­ma­wiać na ważne te­maty.

- Prze­cież wiem... - Ostroż­nie uchy­li­łam drzwi. - Nie je­stem dziec­kiem.

Poza so­czy­stą zie­le­nią nie do­strze­głam ni­czego na ho­ry­zon­cie. Wy­szłam z ka­plicy i skie­ro­wa­łam się pro­sto do dworu. Chwilę po mnie wy­szła Pola i skrę­ciła w lewo w stronę ple­ba­nii i ko­ścioła. Zie­mię pod bu­dowę ko­ścioła prze­ka­zał Hie­ro­nim Mo­raw­ski, żeby uczcić od­zy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści przez Pol­skę, i jed­no­cze­śnie tym da­rem po­dzię­ko­wać ko­ścio­łowi ka­to­lic­kiemu za krze­wie­nie pol­sko­ści w cza­sach za­bo­rów i za więzi, ja­kie łą­czyły dwór z ko­ścio­łem. Moi przod­ko­wie, jak i moi ro­dzice żyli w wiel­kiej przy­jaźni z każ­dym pro­bosz­czem, który na­stał w pa­ra­fii w Mi­ło­wi­cach, i nie wy­ni­kało to tylko z usy­tu­owa­nia w są­siedz­twie oby­dwu bu­dyn­ków. Te dwa ogniwa łą­czył wielki pa­trio­tyzm i po­czu­cie obo­wiązku w walce o nie­pod­le­głość, a po­tem o jej utrzy­ma­nie.

Idąc, zer­ka­łam w stronę drzew za­sła­nia­ją­cych ple­ba­nię, wi­dzia­łam, jak Pola prze­myka się wzdłuż muru ko­ścioła, po­tem znika w za­bu­do­wa­niach fol­warcz­nych. Nie cze­ka­jąc na brata, po­szłam do domu.

Nic wię­cej się nie wy­da­rzyło tego dnia, każdy zaj­mo­wał się swo­imi spra­wami, oj­ciec wy­je­chał do mia­steczka po spra­wunki, także by roz­mó­wić się z są­sia­dami zie­mia­nami na te­mat pla­no­wa­nych przez Niem­ców obo­wiąz­ko­wych do­staw żyw­no­ści. Mama z Julą po­rząd­ko­wały szafy, prze­glą­da­jąc let­nie ubra­nia, które za kilka dni będą nam wszyst­kim po­trzebne. Ro­biło się co­raz cie­plej na polu, trzeba było grube swe­try i ko­żu­chy za­mknąć w skrzy­niach, a su­kienki i płasz­czyki od­pra­so­wać. Do­piero wie­czo­rem wszy­scy się ze­szli do ko­la­cji, jed­nak ni­komu się nie chciało roz­ma­wiać. Je­dli­śmy w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu biały chleb i pla­stry kieł­basy z ostat­niego świ­nio­bi­cia, ni­czym praw­dziwi chłopi. Stop­niowo z na­szego stołu zni­kały bar­dziej wy­kwintne po­trawy, jak pie­czone kaczki na­dzie­wane jabł­kami, owo­cowe stru­dle, po­trawki z kró­lika w śmie­ta­nie czy ryby w ga­la­re­cie, co­raz wię­cej było ziem­nia­ków we wszyst­kich po­sta­ciach, gro­chu, smalcu, ku­ku­ry­dzy i ra­cu­chów z jabł­kami.

Pola po­ło­żyła się spać jako pierw­sza i gdy tylko od­mó­wi­łam pa­cierz z mamą, po­szłam do na­szego po­koju. Zga­si­łam lampę, wsko­czy­łam pod koł­drę i le­żąc wy­pro­sto­wana jak struna, szy­ko­wa­łam się do wy­ja­wie­nia mo­jego se­kretu. Pola nie po­ru­szyła się, nie by­łam pewna, czy śpi, czy czuwa. Od­cze­ka­łam kilka se­kund i wy­pa­li­łam, jak to mia­łam w zwy­czaju, bez wstępu.

- Wiem, gdzie się ukrywa Bo­rys Ol­bracht.

Pola nie za­re­ago­wała, ale by­łam pewna, że nie śpi. Gnio­tłam rą­bek koł­dry w zde­ner­wo­wa­niu i mó­wi­łam da­lej.

- No­szę na ple­ba­nię mleko pra­wie co­dzien­nie. Mama po­syła pro­bosz­czowi mleko z ran­nego udoju, cza­sami chleb, pasz­tety, cia­sto, jak Jula co upie­cze. Pro­boszcz ma wpraw­dzie go­spo­dy­nię, ale pani Mar­ku­szowa tak się Niem­ców boi, że le­d­wie zupę ugo­tuje czy ja­jecz­nicę usmaży, za­raz do cha­łupy ucieka. Bie­dulka... Po­cząt­kiem wojny jej syna zła­pali i do Nie­miec na ro­boty wy­słali. Gdzieś aż pod Mag­de­burg. Ja czę­sto za­cho­dzę do ko­ścioła, lu­bię po­mo­dlić się, gdy jest pu­sty, choć po praw­dzie nie mo­dlę się wcale, tylko so­bie roz­ma­wiam z ob­ra­zami i po­są­gami, nikt mi wtedy nie prze­szka­dza. Ksiądz pro­boszcz po­zwala mi wszę­dzie wcho­dzić, prze­sia­dy­wać na ple­ba­nii, znam naj­śwież­sze wia­do­mo­ści z dworu i mia­steczka, ksiądz Cho­wa­niec lubi po­słu­chać, co lu­dzie ga­dają.

Zro­bi­łam małą prze­rwę, żeby wziąć głęb­szy wdech. Le­ża­ły­śmy na wznak jak dwie mu­mie, palce Poli były nie­ru­chome, głowa wci­śnięta w po­duszkę, tylko ko­lano le­wej nogi raz po raz lekko uno­siło się pod koł­drą.

- Nie je­stem pewna, kiedy Bo­rys za­miesz­kał w piw­nicy na ple­ba­nii, ale zdaje mi się, że jesz­cze zimą. Pro­boszcz nie wie, że go wi­dzia­łam. Z po­czątku przez przy­pa­dek, po­tem, któ­re­goś dnia, żeby się upew­nić, czy mi się nie zda­wało, ze­szłam ze świeczką do piw­nicy. No i wtedy Bo­rys mnie przy­ła­pał. Tak się prze­lę­kłam, dech mi za­brało, ale wcale mnie nie wy­go­nił, po­wie­dział: He­lenka, nie bój się... No i za­war­li­śmy ta­kie po­ro­zu­mie­nie, że ni­komu nic nie po­wiem. On te­raz musi się ukry­wać, jak go Niemcy znajdą, za­raz roz­strze­lają albo jesz­cze go­rzej, jego matkę, ojca, sio­strę, całą ro­dzinę wy­rżną...

- He­lenko, czy ty prawdę mó­wisz? - ode­zwała się na­gle Pola.

- Po cóż mia­ła­bym zmy­ślać w tak waż­nej spra­wie? - prych­nę­łam.

- Ra­cja, ra­cja, prze­pra­szam cię...

Pola się­gnęła po moją dłoń.

- Kiedy by­łaś małą dziew­czynką, prze­czu­wa­łam, że je­steś wy­jąt­kowa.

- Co to zna­czy wy­jąt­kowa? - za­py­ta­łam.

- We wszyst­kim lep­sza niż twoi ró­wie­śnicy.

- Taka się uro­dzi­łam?

- Tak, po­tem wszystko do­okoła cie­bie za­częło ci sprzy­jać. Bar­dzo przy­po­mi­nasz mi moją przy­ja­ciółkę ze Lwowa, Jo­lantę.

Zro­biło mi się miło, aż mnie w gar­dle ści­snęło z ra­do­ści, że Pola tak do mnie się zwraca, jak­bym była do­ro­sła i mą­dra. W wojnę szyb­ciej się do­ra­sta, nie ma czasu na dzie­ci­nady, roz­terki, doj­rze­wa­nie tak wolne jak u śliwki, jed­nego dnia jest się dziec­kiem z gi­lem pod no­sem, dru­giego może cię wcią­gnąć po­ważna sprawa i sta­jesz się czę­ścią cze­goś wiel­kiego i nie­bez­piecz­nego, pę­dem scho­dzisz z ob­łoczku dzie­ciń­stwa na twardą zie­mię.

- Czy ktoś poza tobą i pro­bosz­czem wie o kry­jówce Bo­rysa?

- Nie! - za­prze­czy­łam gwał­tow­nie. - Co by to była za ta­jem­nica, jakby wszy­scy wie­dzieli! Mama za­rzą­dza co­dzien­nie rano, co komu mam za­nieść i do­kąd pójść. Dziś ubi­jali ma­sło, pew­nie po­śle osełkę pro­bosz­czowi z sa­mego rana, mogę zajść do piw­nicy i po­wie­dzieć Bo­ry­sowi, że go szu­kasz.

Pola pod­nio­sła się na łok­ciu i ob­ró­ciła w moją stronę.

- He­lenko, je­steś ab­so­lut­nie nie­sa­mo­wita! To ważna mi­sja, ale wiem, że so­bie po­ra­dzisz. Ja ta­kiej od­waż­nej dziew­czynki ni­gdy w ży­ciu nie spo­tka­łam. - Mó­wiła to po­waż­nie, z za­chwy­tem oraz sza­cun­kiem, a ja pro­mie­nia­łam i pu­chłam jed­no­cze­śnie, po­nie­waż nikt inny nie do­ce­niał mo­jego sprytu i umie­jęt­no­ści trzy­ma­nia ję­zyka za zę­bami.

Ro­dzice i bra­cia trak­to­wali mnie jak dziecko, nie za­uwa­żali, że ro­snę i prze­po­czwa­rzam się, nie po­świę­cali mi wiele uwagi, dzięki temu mo­głam swo­bod­nie po­ru­szać się po obej­ściu i zni­kać na dłu­gie go­dziny. Na py­ta­nie: "Gdzie by­łaś, He­lenko?", za­zwy­czaj od­po­wia­da­łam, że po­ma­ga­łam Juli przy go­spo­dar­stwie, mama nie py­tała da­lej, tato chyba w ogóle nie sły­szał od­po­wie­dzi. Ro­dzice za­ło­żyli, że ich có­reczka He­lenka jest nie­śmier­telna, po­nadto zbyt mała, żeby do­pa­dło ją ja­kieś zło, więc wcale się o mnie nie mar­twili. Na­to­miast kiedy mama tra­ciła z oczu Teo­sia czy Se­we­ryna, naj­pierw pro­siła, bym ich szu­kała, na­stęp­nie pro­siła Edzia, żeby się ro­zej­rzał za pa­ni­czami, na końcu męża, który po­tra­fił ją uspo­koić jak nikt inny.

W je­den wie­czór naj­waż­niej­sza sta­łam się ja, przy­naj­mniej dla Poli, czu­łam to i de­lek­to­wa­łam się chwilą, kiedy wpa­try­wała się we mnie po­przez mrok i przy­go­to­wy­wała do ju­trzej­szej mi­sji. Bo­rys nie wspo­mi­nał, na kogo czeka w piw­nicy od tylu mie­sięcy, ale na­bra­łam pew­no­ści, roz­ma­wia­jąc z Polą, że wła­śnie na nią, i myśl, że to ja przy­niosę mu tę no­winę, spo­wo­do­wała u mnie praw­dziwą, do­ro­słą bez­sen­ność. Pola do­tknęła de­li­kat­nie mo­jej twa­rzy. Jej dłoń pach­niała la­wen­do­wym my­dłem, które Se­we­ryn przy­wiózł ma­mie z Pa­ryża. Za­częła go uży­wać do­piero kilka dni temu, po przy­by­ciu Poli do dworu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki