Moja rodzina na piętrze - Magda Louis

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Kiedy skoń­czy­łam osiem­dzie­siąt lat, po­czu­łam praw­dziwą ulgę. Nie są­dzi­łam, że do­żyję tak po­nu­rej rocz­nicy mo­ich uro­dzin. Pan Bóg nie chciał mi w swo­jej nie­zro­zu­mia­łej ła­ska­wo­ści zga­sić świa­tła. Py­ta­łam go wie­lo­krot­nie: "Czego jesz­cze ode mnie chcesz, Pa­nie? Mam ja­kieś za­le­głe prace do wy­ko­na­nia? Po­win­nam od­po­ku­to­wać winy? Bo je­śli nie masz dla mnie żad­nych za­dań, za­krę­caj czym prę­dzej ku­rek, prędko bierz mnie do sie­bie, tak jak obie­cy­wa­łeś". Tymi słowy koń­czy­łam mo­dli­twę wie­czorną od dzie­się­ciu lat. Cza­sami pro­po­no­wa­łam Mu moje ży­cie za ży­cie ja­kie­goś mło­dzieńca, który w upo­je­niu al­ko­ho­lo­wym wsiada za kie­row­nicę lub ska­cze do płyt­kiej rzeki na główkę i już nie wy­pływa na po­wierzch­nię. Mó­wi­łam Stwórcy: "Weź mnie, on niech wraca do domu, do matki, niech skoń­czy szkołę, znaj­dzie do­brą pracę, po­ślubi dziew­czynę z są­siedz­twa, spło­dzi dziecko". Tym­cza­sem mło­dzieńcy umie­rali, w sile wieku, w środku ma­rzeń o przy­szło­ści, a ja ży­łam da­lej, wbrew so­bie i ca­łemu oto­cze­niu. Im mniej mi się chciało żyć, tym czu­łam się le­piej, do­brze ja­dłam, do­sko­nale spa­łam, a wy­próż­nia­nie nie spra­wiało mi kło­potu. Nie za­ży­wa­łam żad­nych ta­ble­tek ofe­ro­wa­nych przez na­chalne re­klamy te­le­wi­zyjne, na­wet je­śli fak­tycz­nie przy­da­rzały mi się wzdę­cia czy ból w ko­la­nach. Kon­cer­nom far­ma­ceu­tycz­nym ogłu­pia­ją­cym bied­nego eme­ryta, na­cią­ga­ją­cego na ta­bletki cud, mó­wi­łam po­gar­dliwe "nie". Starsi lu­dzie wy­da­wali nędzne eme­ry­tury w ap­te­kach, miz­drząc się do pani ma­gi­ster przez otwór w szy­bie, a ja by­łam dumna, że ani zło­tówki od dzie­się­ciu lat nie wy­da­łam na leki. Skoń­czy­łam sie­dem­dzie­siątkę, a wraz z nią po­że­gna­łam się de­fi­ni­tyw­nie z wi­zy­tami w ap­te­kach i przy­chod­niach.

W dniu mo­ich osiem­dzie­sią­tych uro­dzin pod­ję­łam rów­nież inne zo­bo­wią­za­nie, przy­znaję, bar­dziej dra­styczne od nie­re­ali­zo­wa­nia re­cept. Spa­ko­wa­łam za­war­tość szafy do kilku czar­nych wor­ków i wy­sta­wi­łam je przed drzwi. Są­siadka, Flor­kowa, miała te rze­czy za­brać, wy­wieźć do ro­dziny na wieś, bo tam pa­no­wała praw­dziwa bieda. Uga­da­łam się z nią ty­dzień wcze­śniej. Obie­cała dys­kre­cję, nie py­tała, dla­czego wy­zby­wam się rze­czy jesz­cze do­brych, roz­miar 40, w przy­zwo­itych fa­so­nach. Zo­sta­wi­łam so­bie dresy oraz jedną czarną su­kienkę, którą mo­głam ewen­tu­al­nie za­kła­dać na spe­cjalne oka­zje, a oka­zją do­ce­lową miało być zło­że­nie mnie w tej aku­rat­nie skro­jo­nej sukni, odzie­dzi­czo­nej po ciotce Poli, w trum­nie. Suk­nia były ele­gancka, z dro­giego ma­te­riału, uko­ron­ko­wana, zwra­ca­jąca uwagę pań zna­ją­cych się na ga­tun­kach tka­nin. Miała metkę ze sklepu Marks & Spen­cer. Moja ciotka Pola fa­scy­no­wała się tą sie­cią dro­gich skle­pów, dumą i chwałą na­ro­dową An­gli­ków. To od ciotki wła­śnie do­wie­dzia­łam się, że za­ło­ży­cie­lem in­te­resu był Mi­chael Marks, Żyd ze Sło­ni­mia, dziś mia­sta na­le­żą­cego do nie­szczę­snej Bia­ło­rusi, oraz ka­sjer z Yorku, na­zwi­skiem Spen­cer. Pola wprost uwiel­biała ten sklep, głów­nie tam za­opa­try­wała się w kon­fek­cję oraz żyw­ność, tylko obu­wie ku­po­wała w in­nym miej­scu. Każdy pre­zent, ja­kim mnie ob­da­ro­wała, po­cho­dził z tego sklepu. Czarną suk­nię spre­zen­to­wała mi bar­dzo dawno, nie mia­łam oka­zji wło­żyć jej wcze­śniej, gdyż się w nią nie mie­ści­łam, do­piero kiedy po sie­dem­dzie­siątce za­czę­łam chud­nąć, roz­miar 38 oka­zał się moim ide­al­nym. Odło­ży­łam suk­nię do pu­dła wraz z parą czar­nych bot­ków na ma­łym nie­zgrab­nym ob­ca­sie, wzo­rzy­stymi raj­sto­pami i kom­ple­tem bie­li­zny. Na pu­dle na­pi­sa­łam dru­ko­wa­nymi li­te­rami - "Strój na ostat­nią po­dróż".

Nie wi­dzia­łam sensu w dal­szym ubie­ra­niu się, prze­bie­ra­niu, wci­ska­niu zmę­czo­nego ciała w ja­kieś pli­so­wane spód­nice czy wor­ko­wate ka­mi­ze­lki, golfy i spodnie na gumce. We wszyst­kim wy­glą­da­łam jak stara baba, nie po­ma­gały ani ża­boty, ani ja­skrawe ko­lory. Naj­wy­god­niej­szym, a przede wszyst­kim naj­prak­tycz­niej­szym odzie­niem dla ko­biety w moim wieku był dres. Chcia­łam do­bić do osiem­dzie­siątki, żeby osta­tecz­nie roz­stać się z fi­ku­śną gar­de­robą. Miało to oczy­wi­ście zwią­zek z waż­niej­szą ży­ciową de­cy­zją, nie cho­dziło bo­wiem tylko o strój. Po­sta­no­wi­łam, prze­my­ślaw­szy so­bie ewen­tu­alne kon­se­kwen­cje, że nie będę wię­cej wy­cho­dzić z domu.

Moje ostat­nie wyj­ście miało być już "no­gami do przodu".

Wszystko już w ży­ciu wi­dzia­łam, wielu rze­czy spró­bo­wa­łam, spo­tka­łam cie­ka­wych i głu­pich lu­dzi, wy­la­łam sporo łez, na­śmia­łam się aż do bólu w prze­po­nie, zwie­dzi­łam An­glię, Pol­skę, jej naj­bliż­szych są­sia­dów, uro­dzi­łam dzieci, one po­sta­rały się o wnuki dla mnie, po­cho­wa­łam męża, przy­ja­ciółkę Wan­dzię, ciotkę Polę, a także wielu in­nych bli­skich mi lu­dzi. Oce­ni­łam, że bez­pow­rot­nie wy­pa­liło się u mnie pra­gnie­nie no­wych wra­żeń i prze­żyć. Mia­łam dość. A poza tym, cóż może być gor­szego niż sta­ruszka ocze­ku­jąca od in­nych pa­sa­że­rów na­tych­mia­sto­wego ustą­pie­nia miej­sca w au­to­bu­sie, ta­ra­su­jąca wóz­kiem alejki mię­dzy pół­kami w su­per­mar­ke­cie, kuś­ty­ka­jąca po ko­ry­ta­rzach przy­chodni, wy­mu­sza­jąca na mło­dych le­ka­rzach oznak, że są ludźmi, nad­sta­wia­jąca się do ba­dań, które wy­ko­nuje się nie bez od­razy. Nie chcia­łam być ani dnia dłu­żej w gro­nie star­ców oku­pu­ją­cych okienka na po­czcie lub, nie daj Boże, w banku. Eme­ry­turę przy­no­sił mi prysz­czaty li­sto­nosz, na któ­rego też po­sta­no­wi­łam już ni­gdy nie cze­kać w oknie. Ani na pana z ga­zowni, ani na ku­riera, który do­star­czał mi kwiaty na Dzień Matki od mo­ich za­pra­co­wa­nych dzieci. Sta­rzy lu­dzie po­winni sie­dzieć w domu, je­śli mu­szą wyjść do sklepu po za­kupy, niechby uni­kali piąt­ków i so­bót, kiedy lu­dzie pra­cu­jący chcą się za­opa­trzyć w żyw­ność, nie tra­cąc przy tym cen­nego czasu. Eme­ryci, skoro upie­rają się przy dłu­go­wiecz­no­ści, po­winni ci­cho, z god­no­ścią cze­kać na ostatni dzień ży­wota, nie zaj­mo­wać oto­cze­nia swoim ist­nie­niem, nie wpro­wa­dzać za­mie­sza­nia w ży­cie swo­ich dzieci, wnu­ków czy są­sia­dów. Mieli czas się wy­hu­lać, na­wdy­chać świe­żego po­wie­trza, na­mie­szać w ro­dzi­nach, do­mach przy­ja­ciół, niechby się z god­no­ścią wy­co­fali, ustę­pu­jąc miej­sca mło­dym. Ci też się ze­sta­rzeją, to wszystko przed nimi. Komu po­trzebni są lu­dzie po osiem­dzie­siątce? I do czego? Co my mamy do za­ofe­ro­wa­nia światu ze­wnętrz­nemu? Na­sze do­świad­cze­nie i mą­drość? Chyba w pa­kie­cie z de­men­cją, zgagą, cią­głą sen­no­ścią, star­czym zmę­cze­niem, nie­straw­no­ścią i na­rze­ka­niem na wszystko, choć już tak nie­wiele nas do­ty­czy. Ni­ska eme­ry­tura? A ile jest w sta­nie skon­su­mo­wać sta­ruszka? Niechby jej tylko było cie­pło, to po­winno wy­star­czyć. Co uło­ży­łam so­bie w gło­wie, nie nada­wało się jed­nak do po­wie­dze­nia na głos.

Zwle­ka­łam do dnia uro­dzin. Dzieci za­pla­no­wały uro­czy­stą ko­la­cję w ulu­bio­nej re­stau­ra­cji, gdzie bie­sia­do­wa­li­śmy nie­jed­no­krot­nie pod­czas uro­czy­sto­ści ro­dzin­nych. Ar­tur ją so­bie upodo­bał, gdyż prze­pa­dał za wę­gier­ską kuch­nią. Dzień po moim ju­bi­le­uszu nic już nie stało na prze­szko­dzie, aby za­ko­mu­ni­ko­wać no­winę dzie­ciom.

Na pierw­szy ogień po­szła córka Zu­zanna. Trudno się z nią roz­ma­wiało, za­wsze mia­łam wra­że­nie, że mó­wię coś nie­sto­sow­nego, za­daję nie­wła­ściwe py­ta­nia, udzie­lam nie­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych od­po­wie­dzi. Pod jej wzro­kiem czę­sto prze­pa­lały się w moim sta­rym mó­zgu wszyst­kie ka­ble, za­miast ra­do­snych iskie­rek le­ciał ciemny dym. Zdu­mie­wała ją je­dy­nie moja spraw­ność fi­zyczna. Nie mo­gła się na­dzi­wić, kiedy zgrab­nie za­pi­na­łam sprzączki przy obu­wiu, sprę­ży­stym kro­kiem wcho­dzi­łam po scho­dach. Nie ję­cza­łam, ni­gdy nie sa­pa­łam przy wy­ko­ny­wa­niu tych czyn­no­ści. Zu­zanna, wal­cząca z oty­ło­ścią, za­zdro­ściła mi ener­gii oraz tej za­ska­ku­ją­cej ży­wot­no­ści. Ni­gdy nie usły­szała ode mnie, że je­stem zmę­czona, pod­czas kiedy ona za­zwy­czaj "pa­dała z nóg". Od progu ko­mu­ni­ko­wała mi, jaka jest "za­je­chana", bo ta­kiego wy­razu zwy­kła uży­wać, aby opi­sać swoją nie­dy­spo­zy­cję. Mę­czyła się pracą, spad­kami ci­śnie­nia, córką, po­li­ty­kami, wszyst­kimi są­sia­dami, ludźmi w ogóle, oraz so­bot­nim pro­gra­mem te­le­wi­zyj­nym.

Wpa­dała do mnie jak bu­rza, za­krę­ciła się, wy­rzu­cała z sie­bie ty­go­dniowe fru­stra­cje, wy­kasz­lała zmę­cze­nie i ucie­kała. Nie czer­pa­łam przy­jem­no­ści z jej wi­zyt, ale cze­ka­łam na nie, gdyż tak nie­wiele działo się w ży­ciu sta­ruszki.

Tym ra­zem bar­dzo sta­ran­nie przy­go­to­wa­łam się na jej od­wie­dziny. Na­pie­kłam, na­go­to­wa­łam, resztką sił prze­tar­łam szyby w oknach. Umyta i ucze­sana ubra­łam się w szarą bluzę dre­sową z na­pi­sem - Bo­ston Uni­ver­sity 1980 - oraz gra­na­towe spodnie, pa­su­jące ko­lo­ry­stycz­nie do bluzy.

Sta­nęła jak wryta, od progu oka­zu­jąc miaż­dżącą dez­apro­batę.

- Mama źle się czuje? Skąd mama ma ten dres? Ze szma­teksu? Nie, prze­cież mama tam nie ku­puje. We­zwać po­go­to­wie? Bo­ston?

Jaki Bo­ston? Co to ma ozna­czać?

- Po­go­to­wie?! Jesz­cze czego! Żeby mi ja­kiś mło­kos pa­vu­lon wstrzyk­nął? - obu­rzy­łam się. - Nic mi nie jest, nie hucz tak.

- To co się stało? - Rzu­ciła siatkę z za­ku­pami na pod­łogę i po­de­szła do fo­tela, na któ­rym sie­dzia­łam. Spoj­rzała mi w twarz, marsz­cząc czoło. Gdyby miała pod ręką małą la­tarkę, z pew­no­ścią za­świe­ci­łaby mi pro­sto w źre­nicę oka. Po wstęp­nych oglę­dzi­nach po­drep­tała do okna, za­częła za­ma­szy­stymi ru­chami od­sła­niać za­słony. Za­sa­pała się przy tej czyn­no­ści, więc po­pro­si­łam, żeby usia­dła, i nie do­pusz­cza­jąc jej do głosu, opo­wie­dzia­łam, co za­mie­rzam. Chcia­łam mieć to za sobą, roz­po­cząć jak naj­szyb­ciej nowe ży­cie we­dług wła­snego planu. Zu­zanna słu­chała z otwar­tymi ustami, jej re­ak­cja nie wy­trą­ciła mnie z rów­no­wagi, do­cią­gnę­łam opo­wieść o swo­ich za­mie­rze­niach do szczę­śli­wego końca.

- A je­żeli cho­dzi o prak­tyczną stronę - za­koń­czy­łam - to po­wiem tyle, że chło­pak z góry, Ja­cek Ku­bel­ski, bę­dzie mi ro­bił za­kupy, już z nim uzgod­ni­łam szcze­góły. Wczo­raj już za­ła­twi­li­śmy, że eme­ry­tura bę­dzie wpły­wać na moje konto w banku. Oczy­wi­ście je­steś upo­waż­niona, nic się nie martw.

- Ja się nie mar­twię twoim kon­tem w banku, ale tobą, mamo. Dla­czego nie chcesz wy­cho­dzić wię­cej z miesz­ka­nia? - Zu­zanna wy­rzu­cała te­raz pro­dukty z eko­lo­gicz­nej siatki na stół ku­chenny, wiele było zło­ści w tym wy­pa­ko­wy­wa­niu cia­stek i se­rów. Ku­po­wała za dużo żyw­no­ści, spora część się mar­no­wała.

- A co tam u cie­bie w pracy, Zu­ziu? Nic ostat­nio nie mó­wisz o swo­ich uczniach, a tu ma­tury za pa­sem. - Usi­ło­wa­łam zmie­nić te­mat.

- Mamo... a może ty chcesz za­miesz­kać z nami? Może to jest praw­dziwy po­wód tej szopki? Za­wsze mi się wy­da­wało, że ce­nisz so­bie nie­za­leż­ność, wła­sne miesz­ka­nie, że tu­taj do­brze się czu­jesz. Tak przy­naj­mniej twier­dzi­łaś przez ostat­nie lata! Ar­tur cię nie chce wziąć do sie­bie?

- Nic się nie zmie­niło - za­pew­ni­łam ją. - Uwiel­biam swoją norkę.

Zu­zanna prze­cha­dzała się po po­koju z ra­mio­nami za­ło­żo­nymi na krzyż, zu­peł­nie jakby spa­ce­ro­wała po kla­sie po­mię­dzy ław­kami. Chciała mnie zru­gać, dać mi złą ocenę z za­cho­wa­nia, ale nie wie­działa, jak to zro­bić, nie mo­gła po­su­nąć się za da­leko, nie by­łam jej uczen­nicą.

- Nic się nie zmie­niło - cią­gnę­łam te­mat. - Lu­bię to miesz­ka­nie, dla­tego wła­śnie chcę tu so­bie spo­koj­nie do­cze­kać śmierci. Nie u was, Zu­ziu, jak mo­głaś tak po­my­śleć? U Ar­tura też nie chcę miesz­kać, skąd ci to przy­szło do głowy?

- Ale dla­czego mama nie chce wy­cho­dzić na świeże po­wie­trze? - pi­snęła.

- Mam bal­kon, wy­star­czy.

- Mamo! To jest ja­kaś ko­lejna fa­na­be­ria. Ma­mu­sia robi się taka sama jak ciotka Pola, za­pa­trzyła się mama na nią! - rzu­ciła i wy­ma­sze­ro­wała z po­koju.

Wsta­łam z fo­tela i po­czła­pa­łam za córką do kuchni.

- Ciotka Pola nie ma tu nic do rze­czy, nie mie­szaj jej w moje sprawy, Pa­nie świeć nad jej du­szą. Ja nie ro­zu­miem, dla­czego tak się obu­rzasz, Zu­ziu. To chyba le­piej dla was, że nie bę­dzie­cie mu­sieli wo­zić mnie na te nie­dzielne wy­cieczki i tak da­lej, wszyst­kim nam bę­dzie ła­twiej.

- A co lu­dzie po­wie­dzą? Co oni so­bie po­my­ślą? Że zwa­rio­wa­łaś!

Otwo­rzy­łam lo­dówkę, z szu­fladki wy­cią­gnę­łam pu­dełko z wę­dli­nami.

- Zro­bię nam po ka­na­pce, za­pa­rzę her­batkę, idź do po­koju, włącz te­le­wi­zję. Zo­ba­czymy, co tam w Kla­nie - po­wie­dzia­łam, po czym za­bra­łam się do sma­ro­wa­nia chleba ma­słem. Zu­zanna stała obok mnie, pa­trzyła mi na ręce. Za­pa­no­wa­łam nad ich drże­niem, do­da­wa­łam so­bie otu­chy my­ślą, że już pra­wie mia­łam za sobą tę nie­przy­jemną roz­mowę.

- A co lu­dzie po­wie­dzą? - wes­tchnę­łam. - Mój Boże, jak się ma tyle lat co ja i jest się o krok od sądu osta­tecz­nego, to osądy ludz­kie na­prawdę nic nie zna­czą.

- Ar­tur wie? - za­py­tała nieco już spo­koj­niej­szym gło­sem.

- Ja mu nie mó­wi­łam - po­wie­dzia­łam wy­mi­ja­jąco.

Zu­zanna nie chciała ani mo­ich ka­na­pek, ani se­rialu na Je­dynce.

Wy­szła na bal­kon, pod­lała kwiatki, choć zwy­kłam sama ich do­glą­dać, wy­pa­liła pa­pie­rosa, jed­nak zde­ner­wo­wa­nia nie opa­no­wała. Za­dała mnó­stwo py­tań, na więk­szość sama od­po­wie­działa i naj­wy­raź­niej zmę­czona bez­owoc­nym śledz­twem po­je­chała do sie­bie. Nie że­gna­ły­śmy się wy­lew­nie, burk­nęła coś na do­bra­noc, spraw­dziła, czy okna są do­mknięte, i wy­szła. Usia­dłam w fo­telu z fi­li­żanką her­batki, już chyba czwartą tego dnia, do­la­łam kro­pelkę rumu, chcia­łam się roz­grzać przed pój­ściem spać. Mia­łam wpraw­dzie koc elek­tryczny, który Ar­tur przy­wiózł mi z An­glii, ale ba­łam się go pod­łą­czać, nie chcia­łam się spa­lić żyw­cem jak jedna moja zna­joma.

Ar­tur przy­je­chał do mnie dwa dni póź­niej, za­alar­mo­wany przez sio­strę. By­łam bar­dzo cie­kawa ich roz­mów na mój te­mat. Czy mnie ob­ga­dy­wali z za­cho­wa­niem spe­cjal­nej ostroż­no­ści, aby gło­śno nie po­wie­dzieć tego, co na­prawdę my­ślą? Zu­zanna mu­siała mu przez te­le­fon oznaj­mić, że je­stem o krok od sza­leń­stwa, po­nie­waż nie chcę opusz­czać mo­jego miesz­ka­nia. Nikt nie przyj­mo­wał do wia­do­mo­ści, że mam prawo być zmę­czona po osiem­dzie­się­ciu la­tach snu­cia się po ziemi!

Ar­tur pod­je­chał przed blok pięk­nym no­wym au­tem ko­loru czar­nego. Nie znam się na mar­kach sa­mo­cho­dów, ale za­wsze wy­ra­żam opi­nię, czy po­jazd mi się po­doba, czy też nie. Sa­mo­chód mo­jego pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­niego syna po­do­bał mi się bar­dzo, miał skó­rzane, pod­grze­wane sie­dze­nia, a skóra była pięk­nego ko­loru ni­czym pia­sek pu­styni. Zu­zanna do­gry­zała bratu, że ta­kimi au­tami to tylko ma­fia jeź­dzi, nie bra­li­śmy jed­nak jej ko­men­ta­rzy na se­rio, do­sko­nale orien­tu­jąc się na ma­pie jej kom­plek­sów. Pa­trzy­łam z bal­konu na syna. Wy­sia­da­nie z auta spra­wiało mu trud­ność, pod­glą­da­łam zza fi­ranki, jak gra­moli się z sie­dze­nia, ob­ma­cuje kie­sze­nie spodni, ma­ry­narki, po­tem znów się na­chyla do środka, sięga po coś, w końcu trza­ska drzwiami, uru­cha­mia­jąc alarm. Stał jesz­cze przez kilka se­kund, pa­trzył na swój po­jazd, coś mu się ko­tło­wało w gło­wie. Wie­dzia­łam, jaki jest za­pra­co­wany, ile wy­siłku wkłada w pro­wa­dze­nie firmy, jak mało czasu może mi po­świę­cić, tylko cze­kać, kiedy taki tryb ży­cia za­cznie go uwie­rać ni­czym za cia­sny but.

Usa­do­wi­łam się wy­god­nie w roz­ło­ży­stym fo­telu, który rów­nież był pre­zen­tem od mo­jego syna. Sporo było żar­tów na ten te­mat, po­nie­waż ten fo­tel ste­ro­wany pi­lo­tem, roz­kła­da­jąc się, wy­su­wał pod­nó­żek. Ab­so­lutna wy­goda, ale też tro­chę in­wa­lidzki luk­sus. Prze­sia­dy­wa­łam w nim, ile się dało. Wię­cej na­wet, mia­łam za­miar umrzeć, sie­dząc z unie­sio­nymi no­gami, oparta wy­god­nie, przy­go­to­wana do po­dróży w nie­znane jak ko­smo­na­uta w ra­kie­cie. Po śmierci wszy­scy wy­strze­limy w górę, za­nim za­ko­pią nas w ziemi.

Syn za­stał mnie roz­partą we wzo­rzy­stym fo­telu, po­pi­ja­jącą her­batkę z ja­śminu. Od progu za­czął ro­bić mi wy­mówki, wy­ma­chi­wać rę­kami, po­tem rzu­cił klu­czyki na stół po to tylko, aby je za­raz zgar­nąć z blatu ner­wo­wym ru­chem. Ob­ser­wo­wa­łam go spode łba, ale na­sze spoj­rze­nia się nie krzy­żo­wały. Szybko się uspo­koił.

- O co cho­dzi, mamo? Już przy­wy­kłem do two­ich prze­dziw­nych po­my­słów, ale żeby tak w pełni sił fi­zycz­nych i psy­chicz­nych za­my­kać się w miesz­ka­niu na resztę ży­cia, to już prze­sada...

- Reszta ży­cia? Chyba resztka - par­sk­nę­łam uba­wiona. - Jak do­ży­jesz osiem­dzie­siątki, to zo­ba­czysz, że też nie bę­dzie ci się już aż tyle chciało co dzi­siaj. Czy o tej po­rze nie po­wi­nie­neś być w pracy? Mia­łeś je­chać do An­glii, je­dziesz? My­śla­łeś o prze­nie­sie­niu pro­chów ciotki Poli do Pol­ski? Może to wcale nie wy­maga tyle za­chodu, ile nam się wy­daje...

Za­sta­na­wia­łam się gło­śno.

- Niech mama nie zmie­nia te­matu. Zuzka mnie wy­stra­szyła i tu przy­słała. Cza­sami mi się wy­daje, że mno­że­nie pro­ble­mów spra­wia ma­mie ja­kąś dziką przy­jem­ność. Nic mamy tak nie raj­cuje jak afery, które sama mama na­kręca. Ja mam te­raz go­rący okres, mo­gła mama po­cze­kać do je­sieni ze swo­imi po­my­słami! Jak się mama czuje?

Usiadł na­prze­ciwko mnie i ścią­gnął buty, a po­tem skar­petki. Oboje pa­trzy­li­śmy na jego wy­pie­lę­gno­wane stopy. Elek­tryczny czaj­nik pstryk­nął i się wy­łą­czył. Pod­nio­słam się z fo­tela, po­szłam za­pa­rzyć nam her­batę. Mia­łam ich w domu chyba z dwa­dzie­ścia ga­tun­ków, praw­dzi­wych, li­ścia­stych, nie w to­reb­kach. Wszy­scy znali moją mi­łość do her­bat i przy­wo­zili mi jej prze­różne ga­tunki z ca­łego świata. Pola przy­sy­łała mi przez lata ko­lo­rowe pa­czuszki, na­tu­ral­nie aro­ma­tyczne, opi­sane w róż­nych ję­zy­kach. Mie­sza­łam je w naj­dziw­niej­szych kon­fi­gu­ra­cjach, eks­pe­ry­men­to­wa­łam, zmie­nia­łam pro­por­cje, aż w końcu smak mik­stury her­ba­cia­nej za­spo­ka­jał moje pod­nie­bie­nie. Nie­które ga­tunki, te pro­sto z Chin, były tak mocne, że wy­star­czyło wrzu­cić dwa listki, aby uzy­skać wła­ściwy smak i ko­lor. Ar­tu­rowi po­da­łam chiń­ską białą her­batę z ma­leń­kimi susz­kami cy­tryny i mango. Cze­ka­li­śmy przez chwilę w mil­cze­niu, aż się za­pa­rzy.

- Mamo... Jak mama prze­sta­nie się ru­szać, to mama nam umrze - po­wie­dział ci­cho.

Było mi przez chwilę przy­kro, że taką nie­winną de­cy­zją zmar­twi­łam swoje do­bre dzieci. Słowa o śmierci nie ro­biły na mnie wra­że­nia. Na śmierć cze­ka­łam już od ja­kie­goś czasu jak na po­ciąg, który się wpraw­dzie spóź­nia, ale już go za­po­wia­dają przez me­ga­fon. Ale oni byli jesz­cze mło­dzi, na­wet nie chcieli wpi­sy­wać do swo­jego słow­nika ta­kiego wy­razu jak "śmierć".

- Synu, może by­śmy po­roz­ma­wiali o czymś przy­jem­nym, a nie o śmierci wsku­tek za­toru w płu­cach? Dawno cię nie wi­dzia­łam. Je­steś za­pra­co­wany? Okta­wia mó­wiła, że znów do An­glii le­cisz. Kiedy? A jak było w Ro­sji? Po­stra­szy­łeś mnie ostat­nio, mó­wiąc, że jak się robi in­te­resy na Wscho­dzie, to rano trzeba się że­gnać z żoną tak, jakby to było na za­wsze...

- Żar­to­wa­łem, mamo. In­te­resy do­brze idą, uru­cho­mi­li­śmy li­nię eko­lo­giczną, z na­tu­ral­nych skład­ni­ków, su­per­drogą, ale już sprze­daję ją w Eu­ro­pie. To był strzał w dzie­siątkę. Ko­biety się zmie­niają, chcą za­trzy­mać mło­dość, ale nie chcą oło­wiu w swo­ich kre­mach tylko wy­ciągi z kwia­tów i ro­ślin.

Ob­ja­śnił mi, upił łyk her­baty i za­czął grze­bać w swoim te­le­fo­nie ko­mór­ko­wym. Krę­cił głową, uśmie­cha­jąc się ta­jem­ni­czo. Czy zdra­dza swoją żonę? Wy­czy­ta­łam ostat­nio w ga­ze­cie, że więk­szość ro­man­sów wy­cho­dzi na jaw wła­śnie przez te­le­fony ko­mór­kowe. W dzi­siej­szych cza­sach ła­twość na­wią­zy­wa­nia kon­tak­tów i utrzy­my­wa­nia ich nie­sie za sobą spore ry­zyko, że w naj­mniej po­żą­da­nej chwili mleko się roz­leje. Żona Ar­tura rzadko tu przy­cho­dziła, ale wpa­dła ty­dzień temu ze sło­ikiem miodu spa­dzio­wego. Spra­wiła mi przy­jem­ność, przy­znaję, jed­nak ni­gdy jej nie po­lu­bię, choćby mi na­wet całą pa­siekę za­in­sta­lo­wała na bal­ko­nie.

- Na długo le­cisz do An­glii? - za­da­łam znacz­nie bar­dziej neu­tralne py­ta­nie.

- Na dwa dni. Na­wet nie wiem, czy uda mi się zo­ba­czyć z Agnieszką. Jak wrócę, mamo, będę miał tro­chę wię­cej czasu, to może za­biorę mamę gdzieś w ładne miej­sce, do Wie­deń­skiej, do Łań­cuta na spa­cer po parku, po­roz­ma­wiamy so­bie. - Ar­tur wstał, cmok­nął mnie w rękę i po­szedł do przed­po­koju.

- Po­sie­dzimy so­bie u mnie, a cia­sta z Wie­deń­skiej mo­żesz ku­pić po dro­dze. Zja­dła­bym eklera, a mnie cia­sto ostat­nio się nie udaje, krem też ja­kiś pla­sti­kowy w smaku mi wy­szedł.

Ar­tur spoj­rzał na mnie i wzniósł oczy ku niebu. Nie za­trzy­my­wa­łam dłu­żej mo­jego syna. My­ślami już zje­chał windą, wsiadł do swo­jego wy­god­nego auta, dzwo­nił do tej se­kut­nicy, żeby się jej wy­spo­wia­dać, dla­czego spóź­nia się na ko­la­cję. A może dzwo­nił do ko­chanki i uma­wiał się na se­kretne spo­tka­nie? Mia­łam nie­do­rzeczne my­śli, na sta­rość co­raz gor­sze!

Ar­tur nie wy­glą­dał na swoje lata. Far­bo­wał włosy na skro­niach, ob­se­syj­nie dbał o li­nię. Upra­wiał nor­dic wal­king, re­gu­lar­nie gry­wał w te­nisa z waż­nymi ludźmi, a ostat­nio z jesz­cze waż­niej­szymi w golfa. Znał po­li­ty­ków, biz­nes­me­nów, dzien­ni­ka­rzy, lu­dzi z te­le­wi­zji i spor­tow­ców. Jego pie­nią­dze, jak każde duże pie­nią­dze, przy­cią­gały róż­nych lu­dzi, bar­dziej lub mniej zna­nych, a mój syn ubo­le­wał nad tym, że to nie do niego się garną te znane twa­rze, ale do jego for­tuny. Miał tylko jed­nego przy­ja­ciela ze szkoły, a resztę sta­no­wiła, jak sam to okre­ślał, "nowa gwar­dia". Jego żona bry­lo­wała, jej ma­rze­nia speł­niły się od naj­mniej­szego do tego ostat­niego, wiel­kiego, jed­nak mój syn nie wy­da­wał się za­spo­ko­jony i ukon­ten­to­wany. To­wa­rzy­szyła mu ja­kaś ner­wo­wość, ner­wo­wość po­szu­ki­wa­cza lub ucie­ki­niera, nie mia­łam pew­no­ści. Cały czas był w ru­chu, nie sia­dał za biur­kiem, nie za­sia­dał za sto­łem przy oka­zji im­prez ro­dzin­nych, nie wy­le­gi­wał się na ka­na­pie przed te­le­wi­zo­rem, a mimo to miał pro­blemy z krę­go­słu­pem, ły­kał po­ta­jem­nie ta­bletki prze­ciw­bó­lowe i prze­ciw­za­palne. Jego wą­troba mu­siała skam­leć z prze­pra­co­wa­nia.

Moja ciotka Pola zwy­kła ma­wiać, że Ar­tur mógłby być jej sy­nem. "Jak nie zno­szę dzieci, tak jego to­le­ruję", po­wta­rzała. Nie miała wła­snych, może z wy­boru, a może była bez­płodna?

U hra­bio­stwa Mo­raw­skich od nie­pa­mięt­nych cza­sów po­słu­gi­wali człon­ko­wie mo­jej ro­dziny. Moja matka Ja­dwiga, bab­cia Ur­szula i pra­bab­cia An­to­nina. Na­to­miast dzia­dek Mi­chał, tak samo jak jego oj­ciec, był stan­gre­tem u Mo­raw­skich. Mój ta­tuś, Bo­gu­sław Wa­wel, do służby we dwo­rze ni­gdy się nie na­jął, dość nie­chęt­nie pa­trzył na pracę jego żony u pa­nów. Był zbyt dumny na to, aby z pod­ku­lo­nym ogo­nem i bo­jaź­nią w oczach la­tać do dworu. Jego świa­tły umysł po ci­chu tę­sk­nił za rów­no­ścią spo­łeczną, gło­śno kry­ty­ko­wał nędzne ochłapy, ja­kie ko­biety przy­no­siły ze dworu do domu. Rzadko były to pie­nią­dze, ra­czej pod­nisz­czone po­ściele, garnki, cza­sami odzież lub buty. Oj­ciec zwykł ma­wiać, że dla Mo­raw­skich by­li­śmy bez­i­mienni.

Je­dy­nie Pola, sio­stra mo­jej matki, od ma­leń­ko­ści cie­szyła się spe­cjal­nymi wzglę­dami we dwo­rze. Jako sie­dem­na­sto­latka wy­je­chała do Lwowa stu­dio­wać ma­lar­stwo pod okiem zna­nego pro­fe­sora, a ro­dzona sio­stra hra­biny zgo­dziła się trosz­czyć o jej po­trzeby. W tam­tych cza­sach pa­nienki nie wy­jeż­dżały z wła­snej ini­cja­tywy, trzeba je było po­słać pod wska­zany ad­res ni­czym paczkę. Pola na­wet kre­ski na płót­nie nie zdą­żyła po­sta­wić, a już roz­ko­chała w so­bie ka­pi­tana Woj­ska Pol­skiego, Ta­de­usza Ros­to­ckiego, i za­miast do ma­lar­stwa, za­częła spo­so­bić się do mał­żeń­stwa.

Mój świę­tej pa­mięci oj­ciec zwykł ma­wiać, że po­słu­gi­wa­nie we dwo­rze za­wsze koń­czyło się w ciem­nej ko­mo­rze, przy czym dzie­ciaki hra­bia pło­dził bar­dzo oso­bliwe. Matka obu­rzała się na jego zło­śli­wo­ści, nie za­prze­czała jed­nak tak gwał­tow­nie, jak by wy­pa­dało, by­wało, że w przy­pły­wie gniewu sama po­mru­ki­wała o roz­pu­ście w biały dzień. Nie ro­zu­mie­li­śmy po­wo­dów, dla któ­rych dwór Mo­raw­skich upodo­bał so­bie Polę. Ni­gdy nie da­łam wiary plot­kom, że była dziec­kiem z nie­pra­wego łoża hra­biego Je­rzego Mo­raw­skiego i mo­jej babki Ur­szuli.

Cza­sami by­wa­łam we dwo­rze, po­ma­ga­łam ma­mie w kuchni, roz­wie­sza­łam pra­nie ze słu­żącą, ale pań­stwa nie wi­dy­wa­łam, oni rów­nież nie byli mnie cie­kawi, gdyż nie za­ży­czyli so­bie przez te wszyst­kie lata, aby matka mnie przed­sta­wiła. Co in­nego moja ciotka. Po­dej­rza­łam kie­dyś, jak wcho­dzi do pa­ła­cyku fron­to­wymi drzwiami, nie jak gość z gminu, ale ni­czym dzie­dziczka, ze szpi­crutą i char­tem przy no­dze.

Pola spę­dzała sporo czasu w po­sia­dło­ściach Mo­raw­skich. Przy­pro­wa­dzano ją do ich domu, od­kąd za­częła mó­wić, a że Mo­raw­scy mieli syna w jej wieku, to też dzie­ciaki szybko się za­przy­jaź­niły, zwią­zały w prze­dziwną parę, gdzie chłopka zdo­mi­no­wała ary­sto­kratę. Ciotka musz­tro­wała ga­po­wa­tego pa­ni­cza z więk­szą su­ro­wo­ścią niż mój dzia­dek ich ko­nie. Wiem od matki, która opo­wia­dała mi, jak żyła w stra­chu, że pew­nego dnia hra­bina prze­pę­dzi nas wszyst­kich ze dworu z po­wodu bez­czel­no­ści Poli. Hra­bia za­jęty był mę­skimi spra­wami, czę­stymi po­dró­żami do Fran­cji, hra­bina - zwy­kle odu­rzona mor­finą - miała umi­ło­wany święty spo­kój. Pola spryt­nie dbała oto, aby jej wy­myślne gry i za­bawy nie od­by­wały się w miej­scach, do któ­rych sięga ich wzrok. Dzieci spę­dzały ze sobą dużo czasu, nikt się nimi nie in­te­re­so­wał, gu­wer­nantki mło­dego hra­biego uczyły rów­nież Polę, bo ten taki sta­wiał wa­ru­nek. Jego ga­po­wa­tość to pew­nie była dys­lek­sja po­łą­czona z cho­ro­bliwą nie­śmia­ło­ścią, jed­nak wtedy ta­kich ter­mi­nów się nie uży­wało. Dzięki przy­mu­so­wym lek­cjom Pola już jako dzie­się­cio­latka mó­wiła płyn­nie po ro­syj­sku i an­giel­sku. Chęt­nie po­ma­gała w kuchni, po­nie­waż jak nikt umiała ozda­biać torty i cia­steczka lu­kro­wymi ró­życz­kami, list­kami, za­wi­ja­sami wła­snych pro­jek­tów. Pod­śpie­wy­wała so­bie przy tym, a młody pa­nicz za­glą­dał jej przez ra­mię, po­dzi­wiał ru­chy pew­nej ręki, a po­tem nie chciał słod­ko­ści jeść i pła­kał, że zjada się dzieło jego przy­ja­ciółki Poli. Otu­ma­nio­nej nar­ko­ty­kiem hra­bi­nie zda­wało się chwi­lami, że Pola to moja matka, a moją matkę my­liła z jej matką, babką Ur­szulą, zda­rzało jej się też za­po­mi­nać, jak jej syn ma na imię. Teo­fil Mo­raw­ski nie do­ra­stał w zdro­wej ro­dzi­nie, więc trudno było ocze­ki­wać, że bę­dzie nor­malny.

Mia­łam sie­dem lat, kiedy Pola wy­je­chała do Lwowa. Nie wiem dla­czego, ale za­pa­mię­ta­łam, że wy­jeż­dżała w po­śpie­chu. Do­stała od hra­biny ele­gancki ku­fe­rek, kom­plet bie­li­zny, hra­bia po­da­ro­wał jej szta­lugi i farby, a wszystko zo­stało za­pa­ko­wane na drogę w so­lidną skrzy­nię. Bar­dzo byli dla niej ła­skawi, choć z wiel­kiej szczo­dro­ści nie sły­nęli. Być może ode­słali ją ze względu na swo­jego syna, który uza­leż­nił się od to­wa­rzyszki za­baw w nie­zdrowy spo­sób, nie chciał na­wet jeść, gdy ona nie sie­działa obok niego, za­cho­wy­wał się nie­do­rzecz­nie, szan­ta­żu­jąc ro­dzi­ców, że je­śli nie po­zwolą mu się z nią oże­nić, strzeli so­bie w skroń z re­wol­weru ojca. Mieli po sie­dem­na­ście lat, zbli­żali się nie­bez­piecz­nie do wieku, kiedy młode ciała mogą chcieć za­kosz­to­wać pod­niety, naj­su­row­sze pil­no­wa­nie obojga mo­głoby oka­zać się nie­wy­star­cza­jące, kiedy wtrą­ci­łaby się matka na­tura. Nikt so­bie nie ży­czył, aby ta dzie­cinna sym­pa­tia prze­ro­dziła się w coś wię­cej, naj­pew­niej stąd wziął się po­mysł jak naj­szyb­szego od­se­pa­ro­wa­nia pa­ni­cza Teo­fila od Poli. Bie­da­czy­sko okrą­gły mie­siąc za nią tę­sk­nił, na­wet do na­szej cha­łupy za­szedł, spra­gniony wie­ści o uko­cha­nej. Matka nie chciała mu po­wie­dzieć, do­kąd Polę wy­słali jego za­po­bie­gliwi ro­dzice, gdyż zo­bo­wią­zała się do­cho­wać ta­jem­nicy. Teo­fil zgi­nął w kam­pa­nii wrze­śnio­wej. Kto wie, może ze­tknął się przed śmier­cią z mę­żem Poli, ka­pi­ta­nem Ta­de­uszem? Los nie ta­kie fi­gle po­trafi pła­tać.

Że­gna­li­śmy sie­dem­na­sto­let­nią Polę całą ro­dziną w upalny sierp­niowy dzień 1937 roku. Pa­mię­tam do­sko­nale, trwały żniwa, od świtu do nocy po­ma­ga­łam w domu, a kiedy wszy­scy wy­cho­dzili w pole, zo­sta­wa­łam na go­spo­dar­stwie i uda­wa­łam sama przed sobą, że by­łam hra­biną M. Pola czę­sto przy­jeż­dżała z pa­ła­cyku na ko­niu, przy­wo­ziła mi sło­dy­cze, ko­lo­rowe wstążki pod­kra­dzione hra­bi­nie, ale za­raz po­tem zni­kała, kiedy koń pa­ni­cza uka­zy­wał się na górce. Wy­daje mi się, że na długo przed­tem prze­stała sy­piać w na­szej cha­łu­pie i że zo­sta­wała na noc u hra­bio­stwa. Moja matka cho­dziła tam już tylko spo­ra­dycz­nie, kiedy pań­stwo mieli go­ści lub w oko­li­cach świąt. Po­sy­łali po nią ze dworu, bo wciąż pie­kła naj­wspa­nial­sze cia­sta, szy­ko­wała dla ich de­li­kat­nego pod­nie­bie­nia naj­smacz­niej­sze pasz­tety z za­jąca. Miała swoje ku­char­skie ta­jem­nice, któ­rymi się nie po­dzie­liła, może wła­śnie dla­tego, aby do niej zwra­cali się o po­moc przy więk­szych oka­zjach. Hra­bio­stwo przyj­mo­wało go­ści kilka razy do roku, wtedy matka naj­wię­cej przy­no­siła ze dworu, bo od­by­wały się ge­ne­ralne po­rządki, prze­gląd po­ścieli i ser­wi­sów.

Pew­nie wy­jazd Poli był pla­no­wany dużo wcze­śniej, ale mnie po­wie­dziano w ostat­niej chwili i nie zdą­ży­łam się oswoić z tą in­for­ma­cją. Ca­łu­jąc mnie na po­że­gna­nie, Pola była smutna, nie umiała po­wie­dzieć, jak długo się nie zo­ba­czymy, do kogo je­dzie, pod jaki ad­res, obie­cy­wała czę­sto pi­sać. W na­szej ro­dzi­nie wszy­scy byli pi­śmienni, trzeba od­dać mo­jej matce, że tego do­pil­no­wała, sama rów­nież czy­tała i pi­sała, choć ni­gdy nie cho­dziła do żad­nej szkoły, przy­uczyła się we dwo­rze Mo­raw­skich. Kiedy już wy­ca­ło­wa­ły­śmy się na po­że­gna­nie, moja matka po­bło­go­sła­wiła zna­kiem krzyża na drogę swoją młod­szą sio­strę, nie uczy­niła żad­nego czul­szego ge­stu, nie przy­tu­liła do serca. Te­raz mnie to dziwi, ale wtedy wy­da­wało się nor­malne, po­nie­waż moja matka nie na­le­żała do wy­lew­nych ko­biet, wię­cej na­wet, była zimna jak ka­wał kry, co pły­nie po rzece na wio­snę. Mnie ni­gdy nie ho­łu­biła, ale też nie sztur­chała, po­zwa­lała mi się cza­sem przy­tu­lić do far­tu­cha.

Po­że­gna­nie ciotki Poli roz­darło mi serce. Ja i mój brat Sta­siek bie­gli­śmy długo za po­wo­zem, aż pa­dli­śmy za­sa­pani na wy­bo­istą drogę w miej­scu, gdzie skrę­cała w stronę mia­steczka przy ka­pliczce. Pola ma­chała do nas, ma­chała, po­tem usa­do­wiła się pro­sto w po­wo­zie, pa­trzyła przed sie­bie, głowy nie od­wró­ciła. Moje łzy zmie­szały się z pia­skiem, zgnie­cio­nymi po­rzecz­kami, które, nie wiem dla­czego, trzy­ma­łam w gar­ści. Mo­dli­li­śmy się tego dnia dłu­żej niż zwy­kle, do­dat­kowe zdro­waśki do­ło­ży­li­śmy do co­dzien­nych mo­dłów w in­ten­cji Poli. Było tak, jak­by­śmy ni­gdy wię­cej mieli jej nie zo­ba­czyć, dla­tego tak roz­pa­cza­łam. Uzna­łam, że je­śli wy­ru­sza się gdzieś z wiel­kim ku­frem przy­tro­czo­nym do po­wozu, to już ni­gdy się nie wróci. Ko­cha­łam ją, była mi bliż­sza niż matka, choć do­piero te­raz, bez ogłu­pia­ją­cego po­czu­cia winy mogę się do tego przy­znać. Słowa "ko­cham" nie wy­po­wia­dało się na pol­skiej wsi, kiedy by­łam mała. Było to słowo ta­jem­ni­cze, za­strze­żone dla po­etów, lu­dzi do­brze uro­dzo­nych, ele­ganc­kich pań i pa­nów z mia­sta. Nie wy­obra­ża­łam so­bie, że można by go było uży­wać ot tak. Na wsi lu­dzie co naj­wy­żej "byli za sobą", a po­tem się za­raz że­nili, o mi­ło­ści nikt nie wspo­mi­nał.

Pola do­trzy­mała słowa, po kilku mie­sią­cach na­pi­sała do nas długi list o ka­pi­ta­nie Ta­de­uszu Ros­to­ckim, któ­rego za­raz po przy­jeź­dzie do Lwowa po­znała. Ni­gdy jed­nak go nie przy­wio­zła do na­szej wsi, żeby się po­chwa­lić jego lam­pa­sami, ma­nie­rami, mod­nym cie­niut­kim wą­sem. Mo­gli­śmy so­bie tylko wy­obra­żać, jak wy­gląda i jaki jest dla niej do­bry. Wy­szła za niego za mąż w marcu 1939 roku. Moja matka do­stała piękną, po­zo­waną fo­to­gra­fię ze ślubu Poli oraz li­ścik na­pi­sany na cie­niut­kim pa­pie­rze, który ja uro­czy­ście od­czy­ta­łam.

Pola pi­sała: "Ko­chana moja Sio­stro Ja­dwigo, Bo­gu­sła­wie oraz Ty, słodka An­to­siu, i Sta­sieńku. Jaka szkoda, że nie mo­gli­ście mnie zo­ba­czyć w dniu ślubu z Ta­de­uszem! Wy­sy­łam Wam fo­to­gra­fię, którą mi przy­nie­śli przed chwilą z za­kładu fo­to­gra­ficz­nego. Uro­czy­stość od­była się w ko­ściele Świę­tej Anny w War­sza­wie w so­botę. W War­sza­wie te­raz bę­dziemy miesz­kać, gdzie sztab Ta­de­usza. Jego ro­dzice bar­dzo dla mnie mili, brat rów­nież ser­deczny. Na ra­zie za­miesz­ka­li­śmy u jego ciotki w sa­mym sercu mia­sta przy placu Dą­brow­skiego. Opie­ku­jemy się tro­chę sta­ruszką. Jak ją Pan Bóg po­woła do sie­bie, to dla nas bę­dzie to miesz­ka­nie. Bar­dzo ładne, cztery po­koje, wtedy przy­je­dzie­cie do mnie i po­każę Wam mia­sto. Ty, An­to­siu, tak lu­bisz ciastka, w War­sza­wie za­pro­wa­dzę Cię do naj­lep­szej cu­kierni. Mar­twię się tylko, czy mi Ta­de­usza nie za­biorą, bo dużo się mówi o woj­nie, ale jak na ra­zie je­stem szczę­śliwa i cze­kam na je­sień, bo mamy do ku­rortu nad mo­rze je­chać w po­dróż po­ślubną. Wszyst­kich Was ca­łuję i obie­cuję na­pi­sać. Lwów pięk­niej­szy od War­szawy, ale po­woli się przy­zwy­cza­jam.

Pola Ka­pi­ta­nowa Ros­to­cka".

Do War­szawy z wi­zytą nie zdą­ży­li­śmy po­je­chać. Moja matka nie miała na­wet ta­kiego za­miaru, ale ja ma­rzy­łam o wy­jeź­dzie do ciotki i prze­zor­nie za­cho­wa­łam ten list, żeby jej przy­po­mnieć o za­pro­sze­niu, je­śliby za­po­mniała. Nie pla­no­wa­łam zo­stać na na­szej wsi, jak moi przod­ko­wie ja­łową zie­mię upra­wiać, krowy paść, do po­wiatu jeź­dzić raz na rok, chcia­łam cze­goś wię­cej. Sama sie­bie prze­ko­na­łam, że czeka mnie lep­sze ży­cie gdzieś w mie­ście, a może na­wet w Ame­ryce? Z na­szych oko­lic mnó­stwo lu­dzi wy­je­chało do Ame­ryki za chle­bem, pra­wie nikt nie wró­cił, na­wet żeby od­wie­dzić ro­dzinne strony po la­tach. Jako mała dziew­czynka ma­rze­nia mia­łam co­raz śmiel­sze, a kiedy do­sta­li­śmy od są­siada kon­serwy z ety­kietką z nie­miec­kimi na­pi­sami, za­czę­łam po sta­rym atla­sie szu­kać miej­sca dla sie­bie. Niemcy były bli­sko, ale ja­koś się tam nie pa­li­łam, smaki i wi­doki mia­łam na Ame­rykę, na Chi­cago.

Po wy­bu­chu wojny nie otrzy­my­wa­li­śmy żad­nych wie­ści od Poli. Za­raz w paź­dzier­niku 1939 roku aresz­to­wano mo­jego ojca i po nim też słuch za­gi­nął, a o jego tra­gicz­nych lo­sach do­wie­dzie­li­śmy się do­piero po woj­nie. O Poli my­śla­łam czę­sto. Czy żyje? Czy jej mąż ka­pi­tan Ta­de­usz Ros­to­cki wal­czył z Niem­cami? Czy ich dom stoi? Mó­wiło się, że na War­szawę bomby spa­dły, całe dzie­siątki bomb, że znisz­cze­nia są wiel­kie. Moja matka też pew­nie o Poli my­ślała, ale już jako o zmar­łej, bo prze­cież gdyby żyła, da­łaby znać. Lu­dzie prze­sy­łali krew­nym in­for­ma­cje na wszel­kie spo­soby, poczta cho­dziła. Fak­tem jest, że nikt Poli nie szu­kał. Uzna­li­śmy, że nie żyje, opła­ka­łam ją, wy­ca­ło­wa­łam jej ślubną fo­to­gra­fię dzie­siątki razy, z wolna za­czę­łam za­po­mi­nać, jaka była, jak brzmiał jej głos. Wojna prze­szła i do­piero w 1949 roku do­sta­li­śmy te­le­gram, że Pola Ros­to­cka przy­je­dzie do nas w naj­bliż­szą nie­dzielę. Po­pła­ka­łam się ze szczę­ścia, ści­ska­łam i ca­ło­wa­łam na prze­mian te­le­gram zwia­stu­jący do­brą no­winę, ale mo­jej matce tylko bruzda na czole wy­sko­czyła, nie zna­la­złam cie­nia ra­do­ści na jej twa­rzy. Nie poj­mo­wa­łam, dla­czego nie oka­zuje choćby ulgi, wie­dząc, że jej sio­stra żyje, od­na­la­zła się i złoży nam wi­zytę!

Cze­ka­łam na nie­dzielę jak na pierw­szą gwiazdkę. W przed­dzień jej przy­jazdu nie zmru­ży­łam oka, za­mar­twia­jąc się, czy aby co złego się nie sta­nie i czy aby Pola do­je­dzie, jak obie­cała w te­le­gra­mie, czy też znów dłu­gie lata miną, za­nim ją zo­ba­czę. Sta­łam w nocy przy oknie, wwier­ca­łam się wzro­kiem w ciem­no­ści, za­kli­na­jąc moce, złe czy do­bre, żeby nic się nie wy­da­rzyło, żeby przy­je­chała.

Polę przy­wio­zła ze sta­cji ko­le­jo­wej tak­sówka. Wy­sia­dła z tego lśnią­cego auta, wol­nym, ta­necz­nym kro­kiem szła sze­roką mie­dzą w dół w kie­runku na­szej chaty. Za­raz obok na­szej cha­łupy, do­słow­nie kilka me­trów, stały drew­niana sto­doła i staj­nia, a przed nimi był ko­pia­sty gnój. Dziś by­łoby ab­so­lut­nie nie do po­my­śle­nia, aby od­chody krów, koni i świń zmie­szane ze słomą, wy­wa­lać przed staj­nię, bez­po­śred­nio na zie­mię. Dzie­sięć kro­ków da­lej znaj­do­wało się wej­ście do cha­łupy, za mało, aby za­pa­chy z gno­jo­wi­ska wy­wie­trzały. Matka re­gu­lar­nie zmie­niała po­sła­nie zwie­rzę­tom, wi­dłami wy­bie­rała sterty od­cho­dów, roz­rzu­ca­jąc je przed staj­nią. Naj­więk­szym ma­rze­niem Staśka było do­ro­snąć choćby po to, żeby te wi­dły od matki prze­jąć i pa­no­szyć się w stajni przed zwie­rzę­tami.

Miesz­ka­li­śmy bar­dzo bied­nie, w cha­łu­pie po­bu­do­wa­nej dawno temu, drew­nia­nej. Wcho­dziło się do środka oszklo­nym gan­kiem, po le­wej znaj­do­wało się ciemne po­miesz­cze­nie zwane ko­morą, gdzie ro­dzice trzy­mali ziarno, beczki z ka­pu­stą, ma­sło i ser. Da­lej była kuch­nia, jej dużą część wy­peł­niał piec, na któ­rym się go­to­wało, pie­kło chleb raz na dwa ty­go­dnie. Pod oknem stał dę­bowy, ma­sywny stół z czte­rema krze­słami. Z kuchni wcho­dziło się do dwóch izb miesz­kal­nych. Gnieź­dzi­li­śmy się tylko w jed­nej ogrze­wa­nej pie­cem ka­flo­wym, gdzie je­dy­nym ume­blo­wa­niem były na­sze łóżka wy­słane sien­ni­kami ze słomy. Każde z nas miało swoje łóżko, matka - duże po­dwójne, my ze Staś­kiem - mniej­sze. Te na­sze łóżka przy­po­mi­nały mi trumny, obu­do­wane były de­skami, wcho­dziło się do nich jak do pu­deł. Druga izba nie była uży­wana, stało tam jesz­cze jedno drew­niane łóżko, a na nim wy­pię­trzone koł­dry w ha­fto­wa­nych po­ście­lach, dę­bowa po­nura szafa oraz mały sto­lik z lu­strem otwie­ra­ją­cym się jak ikona. Ten sto­lik z lu­strem na­zy­wany był psy­che. Nad każ­dym łóż­kiem w na­szej cha­łu­pie wi­siał święty ob­raz. Nad moim Pan Je­zus Mi­ło­sierny, nad matki Pan Je­zus Bo­le­ściwy, a nad łóż­kiem Staśka Matka Bo­ska Czę­sto­chow­ska. W go­ścin­nej izbie wi­siały dwa ob­razki Świę­tego An­to­niego i Świę­tego Fran­ciszka. Wszyst­kie za szkłem. Ży­li­śmy na­prawdę skrom­nie, nic się nie zmie­niało od lat, matka pie­lę­gno­wała za­stój, nie ocze­ki­wała no­wego.

Przy­jazd Poli wpro­wa­dził za­mie­sza­nie, choć matka nie po­czy­niła sym­bo­licz­nych na­wet przy­go­to­wań, aby go­ścia god­nie przy­jąć. Nie­po­kój wi­siał w po­wie­trzu, głowę so­bie można było o niego roz­bić.

Do­strze­głam Polę z da­leka. Sta­łam pod cze­re­śnią nie­zde­cy­do­wana, czy biec do niej, czy też jak moja matka stać do­stoj­nie i zło­wiesz­czo na ganku. Cio­cia ubrana była w piękną czarną su­kienkę w białe gro­chy, na dło­niach miała białe rę­ka­wiczki, na gło­wie ka­pe­lusz z du­żym ron­dem. Żad­nego ba­gażu, tylko ele­gancka to­re­beczka w ma­li­no­wym ko­lo­rze dyn­dała jej na ra­mie­niu. Pa­mię­tam jesz­cze jej la­kie­ro­wane buty na ob­ca­sie oraz po­ma­lo­wane na czer­wony ko­lor pa­znok­cie u nóg. Sta­nęła na środku po­dwórka, ro­zej­rzała się po obej­ściu wzru­szona.

- No wi­taj­cie! An­to­siu! Sio­strzyczko! - Po­de­szła do mnie, po­ca­ło­wała w po­li­czek, a po­tem chciała się przy­wi­tać z moją matką, ale ta się wzdry­gnęła, więc Pola zre­zy­gno­wana od­stą­piła na parę kro­ków.

- Chodź do cha­łupy, są mleko i ser - po­wie­działa moja matka.

- Po­siedźmy na polu, tak tu uro­czo... - od­parła szybko. Tego dnia pa­no­wał straszny upał, kury za­grze­bały się w ziemi, krowy nie prze­żu­wały trawy, ga­piły się bez­myśl­nie przed sie­bie, na­chalne mu­chy pla­no­wały nas zjeść żyw­cem, jak tylko z kro­wami skoń­czą po­je­dy­nek. Tylko one żyły, nie prze­szka­dzała im du­chota po­łu­dnia, cała reszta stwo­rze­nia za­sty­gła w upale jak w pie­kiel­nym ko­tle. Pola zdjęła ka­pe­lusz, użyła go jako wa­chla­rza, ro­zej­rzała się w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś sie­dzi­ska. Po­ka­za­łam jej zbitą z kilku de­sek ławkę pod cze­re­śnią obok studni. Matka tym­cza­sem wy­nio­sła dwa krze­sła przed dom, jedno dla niej, dru­gie dla sie­bie, słusz­nie oce­nia­jąc, że Pola na ko­śla­wej ławce, przy­kry­tej wy­li­nia­łym ko­cem sia­dać nie za­mie­rza. Ja przy­cup­nę­łam na swe­trze roz­ście­lo­nym na tra­wie, za­raz obok szczu­płej nogi krze­sła i jesz­cze szczu­plej­szej nóżki Poli. Mo­gła­bym przy­siąc, że czu­łam la­wen­dowy za­pach tej nóżki bez poń­czo­chy.

- Ale upał! Le­d­wie można od­dech zła­pać - po­wie­działa i uśmiech­nęła się do mnie. Nie śmia­łam za­cząć roz­mowy, nie wie­dzia­łam, o co py­tać w pierw­szej ko­lej­no­ści, matka zaś nie zwle­kała z awan­turą.

- My­śla­łam, żeś umarła! Ani słowa przez tyle lat! Dzie­sięć lat! Tak się nie go­dzi! Po­grze­ba­li­śmy cię i opła­ka­li­śmy, a ty na­gle przy­jeż­dżasz jak jaka księż­niczka, jak gdyby ni­gdy nic!

- Wiem, wiem, ale to nie było pro­ste, wojna... - Pola po­gła­skała na­szego psa, który tak jak ja od razu się w niej za­ko­chał. Jej biała rę­ka­wiczka stra­ciła nieco ze swej bieli po tym od­ru­chu czu­ło­ści. Nasz pies był naj­więk­szym bru­da­sem w oko­licy, la­tał wolno po wsi, ni­gdy nie przy­wią­zy­wa­li­śmy go do budy.

- Wojna się dawno skoń­czyła, wszy­scy już zdą­żyli wró­cić z frontu, ze sta­lagu, tylko ty jedna nie! Tyle lat! Gdzieś ty była, Bronka?! - Moja matka nie po­zwa­lała jej dojść do słowa, ki­piała pre­ten­sją, w ogóle na nią nie pa­trząc.

Pola skrzy­wiła się na dźwięk swo­jego praw­dzi­wego imie­nia. Tylko moja matka jesz­cze pa­mię­tała, że jej sio­stra na chrzcie do­stała na imię Bro­ni­sława. Już jako dziecko prze­stała re­ago­wać na to imię, po­wie­działa wszyst­kim, że chce mieć na imię Pola, jak Pola Ne­gri. Jak po­sta­no­wiła, tak zro­biła. Kiedy wo­łano na nią Bronka, po pro­stu nie re­ago­wała. Moja matka, przy­tło­czona śmier­cią ro­dzi­ców, któ­rzy za­pa­dli na ta­jem­ni­czą cho­robę i jak na ko­mendę umarli w tym sa­mym mie­siącu, prze­jęła po nich obo­wiązki. Nie miała głowy do bła­hych spo­rów, po kilku ty­go­dniach się zła­mała i dzie­się­cio­let­niej Bronce po­zwo­liła być Polą. Te­raz Pola miała około trzy­dzie­stu lat, imię Bronka pa­so­wało do niej jesz­cze mniej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Jej twarz była piękna i szla­chetna, nie mo­głam od niej wzroku ode­rwać. Ma­leńki no­sek z wą­skimi dziur­kami osa­dzony był ide­al­nie po­środku gład­kiej twa­rzy, ogromne błę­kitne oczy, lekko wy­sta­jące ko­ści po­licz­kowe, wy­datne usta, jej naj­więk­szą ozdobę sta­no­wiły na­tu­ralne blond loki. Ni­gdy nie upi­nała wło­sów, po­zwa­lała im oka­lać fry­wol­nie piękną bu­zię. Nie wiem, ile wtedy wa­żyła, ale była bar­dzo, ale to bar­dzo szczu­pła, jed­nak pod grosz­kami su­kienki ukry­wała spo­rych roz­mia­rów piersi. Kiedy się wa­chlo­wała, z tru­dem wcią­ga­jąc upalne, su­che po­wie­trze, jej biust uno­sił się lekko, a po­tem opa­dał rów­nie po­nęt­nie. Matka za­nie­po­ko­jona tym ury­wa­nym od­de­chem Poli po­słała mnie po wodę do studni. Pola nie chciała pić mleka ani kom­potu z ra­bar­baru, miała ży­cze­nie na­pić się zim­nej wody ze studni. Za­nim ktoś wy­my­ślił han­dlo­wa­nie wodą w bu­tel­kach, chyba fran­cu­ska kom­pa­nia Evian, Pola miała wi­zję, aby źró­dlaną wodę można było ku­pić w War­sza­wie, w zgrab­nej szkla­nej bu­telce. To był jej po­mysł, sły­sza­łam na wła­sne uszy! Przy­nio­słam gar­nu­szek zim­nej wody, którą piła ma­łymi ły­kami. Za­nim przy­ło­żyła usta do brzegu me­ta­lo­wego gar­nuszka, wy­tarła go dys­kret­nie rąb­kiem su­kienki.

Nie do­cze­ka­ły­śmy się tłu­ma­cze­nia, co ro­biła przez te lata, gdzie miesz­kała i z kim ani dla­czego nie miała po­trzeby ode­zwać się do sio­stry choćby naj­krót­szym li­stem czy te­le­gra­mem. Pola jed­nym zda­niem za­mknęła te­mat dłu­giej, ta­jem­ni­czej nie­obec­no­ści.

- Wszy­scy­śmy sporo prze­szli, ja nie by­łam wy­jąt­kiem, ale trzeba za­po­mnieć, je­dyne le­kar­stwo to za­po­mnieć - mó­wiła śpiew­nie. - Tu­ła­łam się, nie chcia­łam was mar­twić, cho­ro­wa­łam...

Matka po­pa­trzyła na nią po­dejrz­li­wie, nie­chęt­nie od­stą­piła od dal­szego prze­py­ty­wa­nia. Lata póź­niej, kiedy spę­dza­ły­śmy dużo czasu ra­zem, roz­ma­wia­ły­śmy o wszyst­kim, ani razu nie po­wró­cił te­mat jej wo­jen­nych lo­sów oraz czasu po wy­zwo­le­niu. Coś mnie za­wsze ha­mo­wało, żeby o to py­tać, czu­łam, że wiążą się z tym okre­sem ja­kieś wiel­kie przy­kro­ści i tra­ge­die. Pola też mil­czała. Jed­nak tam­tego lata przy­je­chała do nas z wi­zytą nie po to, aby opo­wia­dać o po­żo­dze wo­jen­nej czy swoim wdo­wień­stwie, ale wręcz prze­ciw­nie, przy­wio­zła nam no­winę o po­wtór­nym za­mąż­pój­ściu.

- A co z twoim ka­pi­ta­nem, Ta­de­uszem? - za­py­ta­łam pod­nie­cona. Pola już nie gła­skała psa, te­raz się­gnęła w kie­runku mo­jej głowy.

- Ta­de­usz nie żyje. Zgi­nął w kam­pa­nii wrze­śnio­wej - po­wie­działa.

- O Jezu! - pi­snę­łam i po­gna­łam do cha­łupy po tę fo­to­gra­fię ślubną, którą nam przy­słała w roku 1939. Prze­cho­wy­wa­łam ją wraz z li­stem w ma­łym pu­de­łeczku, ja­kie moja matka do­stała od Niemca w po­dzię­ko­wa­niu za pra­nie i go­to­wa­nie. W cza­sie wojny sta­cjo­no­wały u nas re­mon­towo-bu­dow­lane od­działy nie­miec­kie, szy­ku­jące drogi, mo­sty dla woj­ska. Dzięki Niem­com prze­ży­ły­śmy wojnę, bo kiedy przy­szli Ru­scy, to tylko gwał­cili, okra­dali i po­rzu­cali. Niemcy byli do­brzy, a pu­dełko było po pro­stu piękne. Pola wzięła ode mnie fo­to­gra­fię, przez chwilę na nią pa­trzyła szklą­cymi oczami.

- To je­dyna fo­to­gra­fia ślubna, jaka się za­cho­wała - po­wie­działa po chwili. Wpa­try­wała się w utrwa­lony mo­ment szczę­ścia. - Wszystko się spa­liło w War­sza­wie, po pro­stu wszystko. An­to­siu, czy ja mo­gła­bym ją od cie­bie do­stać?

Kiw­nę­łam tylko głową. Pola ścią­gnęła swoje białe rę­ka­wiczki i mi je po­dała.

- To dla cie­bie, pro­sto z Pa­ryża. Weź je ode mnie, noś na szczę­ście.

Wzię­łam od niej te rę­ka­wiczki, ale nie śmia­łam ich przy­mie­rzyć. Gdzie mia­ła­bym je no­sić? Do ja­kiej su­kienki, kiedy cała moja gar­de­roba była w opła­ka­nym sta­nie, po­ce­ro­wana, od dawna nie­modna? Mia­łam jedną prak­tyczną su­kienkę, w zie­loną kratę, długą pra­wie do sa­mej ziemi, ale z pew­no­ścią nie pa­so­wa­łyby do niej te rę­ka­wiczki.

Pola wło­żyła fo­to­gra­fię do to­re­beczki, po­trzą­snęła lekko zło­ci­stymi lo­kami. Na gór­nej war­dze bły­snęło kilka kro­pe­lek potu.

- Ko­niec wspo­mnień, już się za Ta­de­uszem dość na­pła­ka­łam. Ty­dzień temu do­sta­łam list z Czer­wo­nego Krzyża po­twier­dza­jący, że nie żyje. Je­stem wdową i jako wdowa po­sta­no­wi­łam po­now­nie wyjść za mąż.

Wszystko to Pola po­wie­działa bar­dzo szybko, jakby tro­chę wsty­dząc się tego anonsu. W jed­nym zda­niu wy­szła za mąż, stra­ciła męża na woj­nie, do­stała list z Czer­wo­nego Krzyża, po­znała no­wego męż­czy­znę i dała na za­po­wie­dzi. Moja matka zło­żyła ra­miona na krzyż, świ­dru­ją­cym wzro­kiem wpa­try­wała się w sio­strę.

- Nie za szybko? Co ci tak pilno do ślubu? W ciąży je­steś? - za­py­tała. Pola nie za­prze­czyła, ale nie wy­glą­dało na to, że spo­dziewa się dziecka.

- Przy­stojny? - wtrą­ci­łam się. Przy­su­nę­łam się bli­żej pach­ną­cej Poli.

- Na­zywa się An­drzej Kwo­lek. W każ­dym ra­zie mamy za­miar się po­brać we wrze­śniu, cze­ka­li­śmy na ten list z Czer­wo­nego Krzyża, te­raz w końcu już nic nie stoi na prze­szko­dzie. An­drzej bar­dzo mi po­mógł w usta­le­niu, że mój mąż nie żyje. Gdyby nie on, to na­dal ży­ła­bym tak jak pani Staw­ska z Lalki, ni to wdowa, ni to mę­żatka. - Pola zmarsz­czyła czoło, ale tylko na mo­ment, za­raz po­tem jej twarz po­ja­śniała na myśl o po­wtór­nym za­mąż­pój­ściu.

- To ten twój An­drzej chyba ja­kiś ważny jest, jak do Czer­wo­nego Krzyża pi­sy­wał w two­jej spra­wie. - Wszyst­kie nuty w gło­sie mo­jej matki brzmiały zja­dli­wie. Wstyd mi było za nią. Nie dość, że nie mia­ły­śmy czym przy­jąć ta­kiego wspa­nia­łego go­ścia jak Pola, to jesz­cze matka nie była życz­liwa wo­bec tych pla­nów na przy­szłość.

- Przy­stojny? - po­wtó­rzy­łam py­ta­nie, wpa­tru­jąc się w ciotkę roz­ma­rzona. Zi­gno­ro­wała uwagi sio­stry i zwró­ciła się do mnie:

- Och, To­siu, bar­dzo przy­stojny, choć nie tak jak Ta­de­usz. Ta­de­usz w mun­du­rze wy­glą­dał jak ak­tor fil­mowy, ko­biety na ulicy bez­wstyd­nie od­wra­cały za nim głowę. An­drzej aż ta­kiego uroku nie po­siada, ale jest przy­stojny. - Pola mru­gnęła do mnie, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, że jej sio­stra pod­nosi się z krze­sła. Zo­sta­ły­śmy na chwilę same.

- An­drzej jest kimś waż­nym w par­tii, a do­piero za­czął ka­rierę. Wiem, że da­leko zaj­dzie, wszy­scy mu wróżą piękną przy­szłość. Cho­dzi mi o to, żeby Ja­dwiga nie opo­wia­dała ni­komu, że ja kie­dyś do Lwowa jeź­dzi­łam za pie­nią­dze hra­bio­stwa, że pa­nicz za mną ga­niał. Dzi­siaj to może tylko za­szko­dzić. Szcze­gól­nie An­drze­jowi. Nie mu­szą wszy­scy wie­dzieć, że ro­dzina żony miała sto­sunki z ary­sto­kra­cją. Zresztą, to była tylko służba, a nie po­wią­za­nia, ale wiesz, ja­kie są czasy, lu­dzie za­wistni, mo­gliby prze­ina­czyć fakty, za­szko­dzić nam.

- Ależ, cio­ciu, kto by tu do nas miał przy­je­chać i wy­py­ty­wać? Czy kto w ogóle wie, że my ist­nie­jemy? - ob­ru­szy­łam się. Nie ro­zu­mia­łam do­kład­nie, o czym Pola mówi, ale by­łam pewna, że umyśl­nie nikt by jej krzywdy nie zro­bił ja­kimś złym sło­wem do ob­cych. Za­pew­ni­łam ją o tym.

- Wiem, aniołku, wiem, ale lu­dzie wę­szą, żeby wy­wę­szyć. Biorą na spytki, udają ser­decz­ność. A co z tobą? Szkołę jaką skoń­czy­łaś?

- Tak, w Strzy­żo­wie, w na­szym li­ceum - po­chwa­li­łam się. - Ma­turę zda­łam.

- Wspa­niale! Trzeba się uczyć, To­siu. Ja ża­łuję, że mam tylko dwie klasy gim­na­zjum. - Pola wes­tchnęła. Nie by­ły­śmy długo same, matka wró­ciła na roz­kle­ko­tane krze­sło, z na­rze­ka­niem na ustach, że w upały to się na­wet jeść nie chce. Pola przy­tak­nęła, a za­raz po­tem po­wtó­rzyła swoją prośbę o za­cho­wa­nie dys­kre­cji na jej te­mat. Mia­ły­śmy obie mil­czeć jak grób, gdyby nas kto od­na­lazł na tej wsi. Pola chciała być taką samą chłopką, jaką była jej sio­stra Ja­dwiga, co w isto­cie się zga­dzało, choć kiedy tak sie­działy na­prze­ciwko sie­bie pod cze­re­śnią w upalne lato, nikt by się nie do­my­ślił, że to ro­dzone sio­stry. Jedna była li­lią, a druga wrzo­sem.

Czarna tak­sówka stała na górce pod gru­szą. Szo­fer, kim­kol­wiek był, nie za­je­chał przed cha­łupę, pew­nie w oba­wie, że po­tem nie wy­je­dzie na utwar­dzoną drogę. Zer­ka­łam w stronę wy­po­le­ro­wa­nego auta, de­ner­wo­wa­łam się. Poli spie­szyło się wra­cać, a ja chcia­łam, żeby zo­stała u nas jak naj­dłu­żej. Moja matka po­zwo­liła sio­strze się wy­ga­dać, ale kiedy już ze­brała my­śli i siły, ude­rzyła z całą mocą, aż mnie dreszcz prze­szedł:

- Przy­je­cha­łaś po bło­go­sła­wień­stwo na ślub z ko­mu­ni­stą? No bo kim on może być? Pe­pe­ero­wiec! W na­szej ro­dzi­nie ko­mu­ni­stów nam nie po­trzeba, że­byś mi go tu nie przy­wo­ziła! Ży­dek Aszel dzięki nam wojnę prze­żył, te­raz z ko­mu­ni­stami po wsiach jeź­dzi, do Po­la­ków strzela. Jak ci nie wstyd? Ilu to na­szych har­ce­rzy ze Strzy­żowa po­gi­nęło na fron­cie, a ilu po­tem ko­mu­ni­ści prze­śla­do­wali, na Sy­be­rię wy­wieźli, na zmar­no­wa­nie! Ty za ta­kiego chcesz iść?! - grzmiała moja matka.

- An­drzej to po­rządny czło­wiek. Ide­owiec. - Pola wło­żyła ka­pe­lusz na głowę i za­częła zbie­rać się do po­wrotu. - Pro­szę tylko, że­byś ni­komu nie opo­wia­dała o mo­jej prze­szło­ści.

- Wsty­dzisz się? - Z gar­dła matki wy­do­by­wał się te­raz pi­skliwy głos, ja­kiego ni­gdy wcze­śniej u niej nie sły­sza­łam. - Mo­raw­scy wojnę prze­żyli, Niem­ców prze­trzy­mali, a Ru­scy, ko­mu­ni­ści, ich oboje ba­gne­tami jak zwie­rzęta za­dźgali. Krew hra­bi­nie z gar­dła tak try­skała, że całą ścianę za­pa­sku­dziła na fron­cie pa­ła­cyku. Tam te­raz szkoła jest, ale krwi nie zmyli, po­do­bno w ka­mień wsią­kła głę­boko...

- Niech mama da spo­kój - ode­zwa­łam się za­nie­po­ko­jona wy­ra­zem twa­rzy Poli. Była blada, nie wie­dzia­łam, czy ma za­miar ze­mdleć, czy rzu­cić się z pię­ściami na swoją sio­strę.

- Prawdę mó­wię! - Matka sta­wała się co­raz su­row­sza. - Nie wiem, gdzie się po­dzie­wa­łaś przez te lata, z kim prze­sta­wa­łaś, kto cię utrzy­my­wał przy ży­ciu, ale może nie­po­trzeb­nie wojnę prze­ży­łaś, skoro te­raz za ko­mu­ni­stę idziesz!

- Ja­dziu! Ja bar­dzo pro­szę, nie mów ta­kich rze­czy. An­drzej ni­kogo ba­gne­tem nie dźgał, nie znasz go, nie po­są­dzaj o ta­kie po­twor­no­ści!

- Wszy­scy oni tacy sami. - Matka we­szła jej w słowo. - Naj­lepsi zgi­nęli na woj­nie albo w walce z UPA, jak ro­dzina mo­jego męża, a zo­stała sama szu­mo­wina, która te­raz w War­sza­wie się za­gnieź­dziła. Ja tam swoje wiem, nie za­chwa­laj mi ko­mu­ni­sty, tylko dla­tego, że bę­dziesz mu za chwilę dzieci ro­dzić! Jedź już. Do­brze, że twój oj­ciec tego nie do­żył... Tośka, spa­kuj jej parę jaj i ka­wał sera. Nie chciała jeść tu, to może w dro­dze zje.

Pola spoj­rzała na mnie, zro­zu­mia­łam w lot, że ja­jek nie chce, sera tym bar­dziej. Wy­gła­dziła su­kienkę, raz jesz­cze po­gła­skała psa, żeby za­jąć czymś ręce.

- W każ­dym ra­zie... jak się urzą­dzę z An­drze­jem, to po­win­naś do mnie An­to­się przy­słać, bo tu na tej wsi to cał­kiem prze­pad­nie - zwró­ciła się do sio­stry. - Dziew­czyna ma szkołę, zajmę się nią, niechby sko­rzy­stała z szansy...

Pod­sko­czy­łam na dźwięk tych słów.

- Przy­jadę, cio­ciu, jak tylko ma­mu­sia po­zwoli, przy­jadę! - zło­ży­łam ogni­stą de­kla­ra­cję. Prze­mknęła mi przez głowę myśl, że może Pola za­bie­rze mnie do sie­bie już tego dnia. Nic mnie tu nie trzy­mało, matka miała Sta­sia, śmierć wła­snego męża dawno prze­bo­lała, nie by­łam jej po­trzebna. Czarna tak­sówka błysz­czała w słońcu, mo­gła mnie prze­cież za­brać do lep­szego świata. Pola jed­nak miała inne plany.

- W War­sza­wie jest co ro­bić, bu­du­jemy nową Pol­skę, przy­dasz się, An­to­siu, a może i Sta­siek do­łą­czy? Szkoda, że go nie spo­tka­łam, szkraba jed­nego...

Staśka mama po­słała do ku­zy­nów miesz­ka­ją­cych w Tar­no­wie, tak ją bła­gał o po­zwo­le­nie, że w końcu ule­gła, a na drugi dzień przy­szedł te­le­gram od Poli. Sta­siek nie chciał wra­cać, mia­stem się za­chły­snął, Pola była mu zu­peł­nie obca.

- Jesz­cze co? Całą wieś chcesz do War­szawy prze­nieść? - Matka wzru­szyła ra­mio­nami. Prze­lę­kłam się, że i mnie unie­moż­liwi wy­jazd. By­łam jed­nak przy­go­to­wana na taką ewen­tu­al­ność, mo­głam w każ­dej chwili uciec się do szan­tażu. Wie­dzia­łam, że moja matka w wieku czter­dzie­stu pię­ciu lat szy­ko­wała się do ślubu z wdow­cem, na­szym są­sia­dem Jo­achi­mem! Tyle u nas prze­sia­dy­wał, więc było oczy­wi­ste, że smali cho­lewki, choć jesz­cze nie udało mi się ich przy­ła­pać na naj­mniej­szej na­wet czu­ło­ści. Zresztą, czy moja matka zdolna była do ja­kiej­kol­wiek czu­ło­ści? Na­der wąt­pliwe. Jo­achim miał na wy­cho­wa­niu czworo dzieci, szu­kał po­mocy, moja matka nada­wała się na ma­co­chę ide­al­nie. Su­rowa, pra­co­wita, świeżo owdo­wiała są­siadka zza mie­dzy, czego wię­cej można było pra­gnąć? Jo­achim nie miał jesz­cze czter­dzie­stu lat, jed­nak nie zna­lazł w swoim rocz­niku chęt­nej do mat­ko­wa­nia jego dzie­ciom, a dwoje z nich było upo­śle­dzo­nych. La­tały po po­lach jak dzi­kusy, po no­cach sły­sza­łam, jak wyją, nie uśmie­chało mi się z nimi za­miesz­kać, choć sam dom Jo­achima, mu­ro­wany i pię­trowy, bar­dzo mi się po­do­bał. Tego wszyst­kiego Pola oczy­wi­ście nie wie­działa, kiedy ści­skała mnie na po­że­gna­nie. Matka pod­nio­sła się w końcu z krze­sła, ale zro­biła to po to tylko, żeby na sto­jąco rzu­cić w twarz swo­jej sio­strze jesz­cze wię­cej cierp­kich słów:

- Nie wiem, jaką ty tam Pol­skę ze swoim ko­mu­ni­stą szy­ku­jesz, ale u nas bieda jak przed wojną, ale i Pol­ska przed­wo­jenna. Jedź, wy­chodź za mąż, nic mi do tego. An­tosi nie kuś, zo­sta­nie na wsi, w tej sta­rej Pol­sce.

- Ja­dziu, nie roz­sta­wajmy się w gnie­wie. - Pola sta­nęła na­prze­ciwko swo­jej sio­stry, zgrab­nym ge­stem po­chwy­ciła jej dłoń, ale moja matka się wy­rwała.

- Jedź, Bronka - po­wie­działa na po­że­gna­nie.

Zo­sta­wiła nas same pod cze­re­śnią. Pola stała nie­zde­cy­do­wana, pa­trzyła za od­cho­dzącą sio­strą, po­tem spoj­rzała na mnie. Nie umia­łam czy­tać z gry­masu twa­rzy, mo­gło mi się zda­wać, że zbiera jej się na płacz.

- Nie gnie­waj się, cio­ciu, na mamę, mar­twiła się przez te wszyst­kie lata, te­raz sama nie wie, co mówi - po­wie­dzia­łam szybko.

- Przy­ślę po cie­bie. Obie­cuję. - Pola przy­tu­liła mnie do sie­bie, po­czu­łam jej drobne ciało, wy­czu­łam drże­nie gdzieś na wy­so­ko­ści płuc. Ko­micz­nie wy­glą­da­łam w swo­jej po­ce­ro­wa­nej od­święt­nej su­kience, ale zdo­biły mnie białe rę­ka­wiczki od Poli, które jed­nak na­cią­gnę­łam na spa­lone słoń­cem, po­dra­pane dło­nie.

- Przy­jadę do cioci. - Po­ca­ło­wa­łam ją w po­li­czek, który był tak de­li­katny, jak je­dwab.

Pola po­szła sprę­ży­stym kro­kiem w kie­runku tak­sówki. Nie od­pro­wa­dzi­łam jej, nie by­łam go­towa na zbli­że­nie się do jej nie­zna­nego, ale z pew­no­ścią ele­ganc­kiego świata, do któ­rego wra­cała. Po­nad rok cze­ka­łam na speł­nie­nie obiet­nicy.

Roz­dział 2

Od roku pla­no­wa­łam w prak­tycz­nych szcze­gó­łach moje nie­wy­cho­dze­nie z domu. Pol­ska, mimo wiel­kich pre­ten­sji za­miesz­ku­ją­cych ją lu­dzi, nie była kra­jem no­wo­cze­snym, bez opusz­cza­nia do­mo­stwa nie można było funk­cjo­no­wać. Trudno było prze­cięt­nemu oby­wa­te­lowi wy­obra­zić so­bie ży­cie bez wi­zyty w urzę­dzie, spo­tka­nia z nie­chętną światu pa­nią w okienku. Obok wsze­la­kich urzę­dów od­wie­dzało się re­gu­lar­nie osie­dlowe sklepy spo­żyw­cze, pocztę, przy­chod­nię, ap­tekę, no i oczy­wi­ście ko­ściół. Ja nie by­łam wy­jąt­kiem, jak wszyst­kie "mo­he­rowe be­rety" drep­ta­łam raz do roku na ple­ba­nię w celu wnie­sie­nia opłaty na Za­duszki. Chcia­łam, żeby imię mo­jego zmar­łego męża wy­czy­tano w trak­cie na­bo­żeń­stwa wraz z in­nymi po­mar­łymi mę­żami. Wdowy ofia­ro­wały znacz­nie go­ręt­szą mi­łość mał­żon­kom po śmierci niż za ży­cia, krzą­tały się przy po­rząd­ko­wa­niu gro­bow­ców w po­nu­rym tańcu, ma­chały ścier­kami, prze­le­wały wodę z pla­sti­ko­wej bu­telki do do­niczki, wy­mie­niały wkłady zni­czy, wielki har­mi­der pa­no­wał przy tych czyn­no­ściach. Wy­bie­ra­łam różne pory dnia, żeby się z tymi wdo­wami nie spo­ty­kać oko w oko, ale kie­dy­kol­wiek nie po­szłam, one już tam były ze swoim wiel­kim sprzą­ta­niem. Ni­gdy nie mia­łam po­czu­cia, że od­wie­dzam mo­jego męża Wal­de­mara czy pie­lę­gnuję jego pa­mięć, wy­sia­du­jąc na cmen­ta­rzu, dla­tego by­łam rzad­kim go­ściem przy jego ro­dzin­nym na­grobku.

Ko­ściół ka­to­licki wy­zna­czył na­prawdę na­zbyt wiele oko­licz­no­ści, przy któ­rych trzeba było uiścić opłatę, bar­dzo rzadko "co ła­ska", jed­nak naj­droż­sze na li­ście wy­dat­ków były po­grzeby oraz ry­tu­ały po­śmiertne. Na wy­datki zwią­zane z po­chów­kiem nikt nie szczę­dził, liczba wień­ców rzu­ca­nych na świeży grób nio­sła ko­mu­ni­kat, jak bar­dzo cier­pimy, na szar­fach zło­tymi li­te­rami skła­dano wznio­słe de­kla­ra­cje o do­zgon­nej pa­mięci, oka­za­łość na­grobka miała pod­kre­ślić sza­cu­nek dla zmar­łej osoby. Ka­mie­nia­rze w Pol­sce pro­spe­ro­wali wy­śmie­ni­cie, moda na wy­myślne na­grobki trwała w naj­lep­sze, a płytę ozda­biało się już nie fo­to­gra­fią, ale por­tre­tem.

In­te­re­so­wa­łam się tro­chę swoim wła­snym po­grze­bem, aby moje dzieci nie mu­siały, gdy umrę, ro­bić zrzutki, więc by­łam na bie­żąco. W pa­ra­fii, gdzie po­cho­wa­łam męża, trzeba było księ­dzu i ko­ściel­nemu wrę­czyć osiem­set zło­tych, za­nim ru­szą ty­łek na cmen­tarz. Po­tem, je­śli się chciało wy­słać du­szę nie­bosz­czyka na skróty do nieba, trzeba było opła­cić co­dzienne msze święte, zwane gre­go­rian­kami. Przez mie­siąc, dzień w dzień, ksiądz miał wy­czy­ty­wać in­ten­cje za spo­kój du­szy zmar­łego, a wierni żar­li­wie się mo­dlić i pro­sić Boga, aby Ten jak naj­szyb­ciej pod­bił prze­pustkę do Wiecz­no­ści. Na­wet nie chcę my­śleć, co się dzieje z du­szycz­kami zmar­łych, któ­rych ro­dzin nie było stać na opła­ce­nie ca­łego mie­siąca mo­dlitw. Po­nie­wie­rały się gdzieś pew­nie po­mię­dzy nie­bem a zie­mią, po­mstu­jąc, że za ży­cia same nie opła­ciły so­bie gre­go­ria­nek w pa­ra­fii. We­dług ta­ry­fi­ka­tora mo­jej pa­ra­fii przy­spie­szony lot w kie­runku spo­koju wiecz­nego kosz­to­wał pół­tora ty­siąca zło­tych. Nie wnio­słam tej opłaty, ale da­łam księ­dzu ty­siąc zło­tych akonto wła­snego po­grzebu, żeby w ra­zie na­głego ude­rze­nia fali in­fla­cji, nie mu­siał pro­sić mo­ich dzieci o do­ło­że­nie stówki czy dwóch. Tro­chę się zdzi­wił, ale pie­nią­dze szyb­kim ru­chem zgar­nął, bez prze­li­cza­nia wrzu­cił do szu­flady. Miał taki sam za­mia­ta­jący gest jak le­karz or­dy­na­tor, który mo­jego męża obie­cy­wał wy­le­czyć z raka. Tak samo za­gar­niał ko­perty, które lą­do­wały w szu­fla­dzie, za­nim się czło­wiek zo­rien­to­wał, że w ogóle ja­kiś ruch zo­stał wy­ko­nany. Do­bi­łam targu z wie­leb­nym ze­szłego lata, za­mó­wi­łam so­bie Te Deum w ostat­nią drogę i ubła­ga­łam, żeby baby idące za moją trumną nie śpie­wały: "Do­bry Jezu, a nasz Pa­nie, daj jej wieczne spo­czy­wa­nie"... gdyż ta pieśń przy­gnę­biała mnie jesz­cze za ży­cia, a co do­piero po śmierci.

Ja­cek Ku­bel­ski nada­wał się wprost ide­al­nie na mo­jego asy­stenta. Nie­zno­śny był jako dziecko, ale lu­bi­łam go wła­śnie za tę nie­zno­śność. Kiedy ja się wpro­wa­dzi­łam do bloku, po śmierci Wal­de­mara zmu­szona opu­ścić jego dom ro­dzinny, ro­dzina Ku­bel­skich miesz­kała na gó­rze już od roku. Ja­cek miał skoń­czone pięć lat, a jego sio­stra trzy. Czę­sto prze­sia­dy­wali na klatce scho­do­wej, je­dli ciastka, lody, cza­sami na­wet wy­ja­dali coś z ron­dla. Za­trzy­my­wa­łam się wtedy przy nich po­ga­wę­dzić jak równy z rów­nym. Ja­cek był bar­dzo re­zo­lutny, z wie­kiem by­strość jego umy­słu bły­snęła dow­ci­pem, ale nie stał się prze­mą­drzały jak inne dzie­ciaki py­sku­jące w szkole i prze­krzy­ku­jące się na po­dwórku. Lu­bi­łam go, przy­po­mi­nał mi mo­jego syna Ar­tura, kiedy ten był w jego wieku. Ich matka, Irena Ku­bel­ska nie cie­szyła się moją sym­pa­tią. Była to ko­bieta chuda i wy­soka, przy­po­mi­nała mi ja­kieś drzewo. Jej za­wsze pod­krą­żone piwne oczy osa­dzone były bar­dzo głę­boko, jed­nak to cien­kie brwi, wy­re­gu­lo­wane ni­czym łuk trium­falny, szpe­ciły ją naj­bar­dziej. Ni­gdy się nie uśmie­chała, cza­sami przy mó­wie­niu uka­zy­wały się jej por­ce­la­nowe zęby, nie­na­tu­ral­nie wiel­kie, sztucz­nie lśniące. Fry­zurę miała Irena Ku­bel­ska od wie­ków jed­na­kową, pre­cy­zyj­nie uło­żone on­du­la­cją kasz­ta­nowe loki, przez które prze­świ­ty­wała biała skóra głowy. W uszach dyn­dały złote kol­czyki ozdo­bione ru­bi­nami, ty­powy wy­rób ra­dziec­kiego ju­bi­lera.

Wy­glą­dała na su­rową matkę i żonę, co to ni­gdy nie spra­wia so­bie żad­nych przy­jem­no­ści, na­wet my­ślą. Pan Ku­bel­ski był jej prze­ci­wień­stwem. Po­gwiz­dy­wane modne me­lo­die roz­brzmie­wały na klatce scho­do­wej, kiedy wra­cał z pracy w po­go­to­wiu. Zdaje się, że był tam kie­rowcą. Jego żona pra­co­wała w fa­bryce le­ków Po­lfa. Ku­bel­ski kła­niał mi się za­wsze ni­sko, rzu­cił miłe słowo, za­py­tał nie­raz o sa­mo­po­czu­cie, po­na­rze­ka­li­śmy na po­godę, mi­ja­jąc się na scho­dach. W cza­sie wy­miany zdań po­brzę­ki­wał wiel­kim pę­kiem róż­nych klu­czy i klu­czy­ków za­wie­szo­nych u szyi czer­wo­nego, ku­dła­tego dia­bełka. Mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że ten czło­wiek za­wsze się do­kądś spie­szy, ro­bił wo­kół sie­bie za­mie­sza­nie, wpro­wa­dzał ner­wo­wość, więc nie zaj­mo­wa­łam go długo po­ga­wędką. Irena Ku­bel­ska roz­ma­wiała ze mną nie­zwy­kle rzadko. Kiedy spo­ty­ka­ły­śmy się przy­pad­kiem, po­sy­łała mi wy­mu­szone moim spoj­rze­niem su­che "dzień do­bry", po czym ucie­kała do swo­jego miesz­ka­nia. Co nie­dziela, a także we wszyst­kie święta, matka pro­wa­dzała dzieci do ko­ścioła, trzy­ma­jąc je mocno za rączki. W dro­dze do świą­tyni po­pra­wiała im ubranka, grze­bała w ich fry­zu­rach, sztur­chała, przy­po­mi­na­jąc, żeby pro­sto­wali plecy, nie roz­glą­dali się na boki, nie sty­kali łok­ciami. Jac­kowi mó­wiła: "Nie garb się", a Aga­cie: "Nie szu­raj bu­tami". Nie sły­sza­łam, żeby z nimi nor­mal­nie roz­ma­wiała, wy­da­wała dys­po­zy­cje gło­sem kon­duk­torki po­ciągu. Ist­niało jed­nak spore ry­zyko, że kie­dyś się zbun­tują, pod czu­pry­nami cza­iła się nie­zgoda na ten mat­czyny re­żim, ale póki byli mali, pod­po­rząd­ko­wy­wali się bez szem­ra­nia. Nie wiem, na ja­kiej gle­bie wy­ro­sła oso­bo­wość matki Jacka i Agaty, ale nie był to spo­łeczny czar­no­ziem. Miesz­kali bez­po­śred­nio nade mną, a cien­kie ściany no­wo­cze­snego bu­dow­nic­twa PRL-u prze­pusz­czały od­głosy ży­cia co­dzien­nego tej ty­po­wej pol­skiej ro­dziny dwa plus dwa. W ka­len­da­rzu za­zna­czy­łam dzień, kiedy oj­ciec Jacka i Agaty wy­szedł z domu "po pa­pie­rosy", i nie wró­cił. Był to dzień po pierw­szej ko­mu­nii Agaty.

Po­goda tej nie­dzieli za­pi­sała się w mo­jej pa­mięci jako wy­jąt­kowo pa­skudna. Niebo pę­kło nad na­szą dziel­nicą, z chmur za­częła się wy­le­wać woda, ogromne ilo­ści, cały wo­do­spad. W samo po­łu­dnie deszcz na­gle ustał, prze­ja­śniło się, więc zde­cy­do­wa­łam się wyjść na bal­kon, osku­bać stłu­czone desz­czem li­ście kwia­tów. Wo­kół bloku, na tra­sie do ko­ścioła, gdzie dzie­ciaki miały za­de­kla­ro­wać swoją wier­ność Ko­ścio­łowi i przy­jąć po raz pierw­szy Ko­mu­nię, utwo­rzyły się brudne ka­łuże. Czarna maź kle­iła się do bu­tów, roz­bry­zgi­wała przy każ­dym, naj­de­li­kat­niej­szym choćby kroku. Ob­ser­wo­wa­łam z okna, jak dziew­czynki szły, uno­sząc w górę swoje prze­pyszne białe kre­acje. Stą­pały z wielką ostroż­no­ścią i na­masz­cze­niem, a nie było to ła­twe, po­nie­waż ich ścieżka usłana była ma­łymi ba­jor­kami ni­czym pole mi­nami. Śle­dzi­łam uważ­nie ten sza­cowny po­chód z bal­konu, za­sta­na­wia­jąc się, czy dziew­czynki i chłopcy bez­piecz­nie do­niosą do ko­ścioła tę nie­ska­zi­telną biel. Może by im się to na­wet udało, gdyby nie Ja­cek. Wy­je­chał zza rogu na swoim czer­wo­nym ro­we­rze gór­skim i gwał­tow­nie z wielką pręd­ko­ścią prze­je­chał obok dziew­czy­nek, które ni­czym cza­ple kro­czyły po wą­skim chod­niku. Brudna woda try­snęła po obu stro­nach przed­niego koła ro­weru, ochla­pu­jąc dziew­czynki w wia­nusz­kach, bia­łych rę­ka­wicz­kach, ko­ron­ko­wych ba­lo­wych suk­niach. Naj­gło­śniej krzy­czały matki, któ­rych ko­lo­rowe, ele­gancko od­pra­so­wane gar­sonki rów­nież zo­stały po­chla­pane bło­tem zmie­sza­nym z ka­mycz­kami i sko­szoną dzień wcze­śniej trawą. Ja­cek tylko raz obej­rzał się przez ra­mię, naj­wi­docz­niej za­do­wo­lony ze swo­jego dzieła znisz­cze­nia, i po­pe­da­ło­wał przed sie­bie. Nie wiem, jaka spo­tkała go za to kara, ale zna­jąc jego su­rową matkę, do­stał za swoje. Kilka lat póź­niej do­wie­dzia­łam się, dla­czego tak się brzydko za­cho­wał. On już wtedy wie­dział, że na­stęp­nego dnia oj­ciec po­rzuci ich na za­wsze. Mama z Agatą po­szły z rana do cu­kierni ode­brać tort bisz­kop­towy na przy­ję­cie, Ja­cek ob­jeż­dżał osie­dle na swoim ro­we­rze w po­szu­ki­wa­niu cze­goś cie­kaw­szego niż przy­go­to­wa­nia ko­mu­nijne.

- No i, pani To­siu, na­gle za­chciało mi się do ki­bla... - opo­wia­dał mi o zda­rze­niu sprzed lat. - Przy­ci­snęło mnie, że już nie było zmi­łuj. Wcho­dzę do miesz­ka­nia, jak za­wsze ci­cho, bo mama uczu­lona była na trza­ska­nie drzwiami, od progu wi­dzę, że te­le­fon prze­cią­gnięty jest do ła­zienki, a w ła­zience pali się świa­tło. Pod­sze­dłem pod drzwi, za­czą­łem na­słu­chi­wać. Po­ło­ży­łem się na pod­ło­dze, bo na­sze drzwi do ła­zienki mają dziurki u dołu, wie pani, żeby się dwu­tlen­kiem wę­gla nie za­cza­dzić chyba, bo prze­cież nie po to, żeby pod­słu­chi­wać. Ka­bel szedł pod drzwiami, tam duża szpara była. No i tato, ta­kim ja­kimś dziw­nie zmie­nio­nym gło­sem, jakby Lindę uda­wał czy in­nego ak­tora, ga­dał do słu­chawki ta­kie rze­czy, że mi się stopy w skar­petce za­po­ciły. Co plótł? Ra­czej świń­stwa, tyle na ten te­mat. Chcia­łem stam­tąd uciec, ale mnie kom­plet­nie spa­ra­li­żo­wało. Le­ża­łem jak skóra z ty­grysa przed ko­min­kiem! Kiedy już skoń­czył świ­nić, to do­piero no­wina gruch­nęła! Tato tej słu­chawce przy­się­gał, że jesz­cze tylko je­den dzień, jesz­cze żeby tę cho­lerną pierw­szą ko­mu­nię od­bęb­nić, i będą ra­zem. Na za­wsze! Wje­cha­łem w to błoto, z żalu, ze zło­ści, ale naj­bar­dziej to z bez­sil­no­ści.

"Po pa­pie­ro­ski wy­sko­czę, Irenko. Za­raz wra­cam", miał po­wie­dzieć kie­rowca Ku­bel­ski do swo­jej żony la­bo­rantki, za­nim znik­nął z jej ży­cia. Ist­nieje taki ga­tu­nek męż­czyzn, któ­rzy nie po­tra­fią ob­wie­ścić swo­jej żo­nie w kul­tu­ral­nej roz­mo­wie, że od­cho­dzą do in­nej ko­biety, tylko ucie­kają jak prze­stępcy z miej­sca zbrodni. Pew­nie, że taka szczera roz­mowa z mał­żonką to nic przy­jem­nego, tym bar­dziej ła­twego, szcze­gól­nie je­śli ma się za­miar po­rzu­cić wraz z żoną małe dzieci. Ku­bel­ski stchó­rzył, zmył się bez słowa wy­ja­śnie­nia. Irena zgło­siła jego za­gi­nię­cie na po­li­cję, po­rzu­cone tak na­gle dzieci za­cho­wy­wały się w tej ca­łej nie­po­ko­ją­cej sy­tu­acji nie­zwy­kle spo­koj­nie i god­nie. Z miesz­ka­nia nie do­cho­dziły żadne dźwięki, u mo­jego su­fitu wi­siała zło­wroga ci­sza, którą może wy­wo­łać tylko ja­kaś ro­dzinna tra­ge­dia. Dla osób wta­jem­ni­czo­nych te kilka dni prze­siąk­nięte były at­mos­ferą ocze­ki­wa­nia, aż w końcu dziel­ni­cowy przy­szedł do miesz­ka­nia Ireny Ku­bel­skiej, mię­to­ląc wąsa, za­mel­do­wał jej, że pan Ku­bel­ski żyje, ma się do­brze, ser­decz­nie ją po­zdra­wia z Gdań­ska, gdzie mieszka obec­nie ze swoją nową ko­bietą, trzy­dzie­sto­let­nią Jo­lantą, matką rocz­nej có­reczki. Dziel­ni­cowy Obe­rek nie był po­rząd­nym czło­wie­kiem, a na do­da­tek pa­sjami zwie­rzał się swo­jej żo­nie, zdra­dza­jąc roz­działy akt ob­ję­tych ta­jem­nicą służ­bową. Ko­bieta, z nie­zdro­wym ru­mień­cem na okrą­głej jak księ­życ w pełni twa­rzy, roz­ga­dała hi­sto­rię roz­sta­nia Ku­bel­skich na całe osie­dle. Roz­wle­kła ich naj­sta­ran­niej skry­wane ta­jem­nice po ła­wecz­kach, win­dach i skle­pach osie­dlo­wych. Ja, która nie uczest­ni­czy­łam w plot­kar­skim ży­ciu na­szego bloku, rów­nież usły­sza­łam sporo na ten te­mat. W tam­tych dniach Irena Ku­bel­ska wy­cho­dziła z klatki za­wi­nięta chustką tak szczel­nie, jak kie­dyś jej córka cho­ru­jąca na świnkę. Nie wiem, czy cier­piała, gdyż po­rzu­cił ją uko­chany męż­czy­zna, oj­ciec jej dzieci, ży­wi­ciel ro­dziny, ale na pewno tru­chlała ze wstydu. Te na­sze pol­skie bloki mają to do sie­bie, że brzy­dzą się ano­ni­mo­wo­ścią. Mię­dzy blo­kami od­bi­jają się jak piłki od ściany plotki, po­mó­wie­nia, do­my­sły, po­są­dze­nia, su­rowe sądy, nie spo­sób w sa­mot­no­ści prze­żyć co­kol­wiek lub za­cho­wać choćby na­miastkę god­no­ści. Tro­piły Irenę Ku­bel­ską wścib­skie oczy są­sia­dów, pro­wa­dziły od klatki do przy­stanku au­to­bu­so­wego, od kio­sku do sklepu, od placu za­baw do ko­ścioła i z po­wro­tem. Mo­głam jej nie lu­bić wcze­śniej, ale po tym, co za­szło, tylko jej współ­czu­łam.

Kiedy Ja­cek był jesz­cze cał­kiem mały, tar­gał dziel­nie moje siatki z za­ku­pami po scho­dach, wy­prze­dzał mój krok i moje my­śli. Zu­zanna za­żar­to­wała kie­dyś, że Ja­cek za­cho­wuje się w sto­sunku do mnie jak paź. Zu­peł­nie nie poj­mo­wała, ja­kie wspólne te­maty do roz­mów mogą mieć stara baba i mło­dzie­niec. Dla swo­jej matki Ja­cek rów­nież bez ustanku ga­niał do sklepu, a była to ko­bieta wielce za­po­mi­nal­ska, wciąż jej cze­goś bra­ko­wało w trak­cie go­to­wa­nia. Gdy tylko Ja­cek wy­szedł na po­dwórko, żeby so­bie po­jeź­dzić na tym swoim ro­we­rze gór­skim, matka otwie­rała okno, drąc się wnie­bo­głosy: "Ja­cek! Do domu! Ale już!". A Ja­cek ni­gdy nie od­krzyk­nął: "Za­raz!", jak miały w zwy­czaju inne dzieci, tylko szedł po­słusz­nie na górę, po chwili zbie­gał po scho­dach z siatką oraz małą port­mo­netką, w któ­rej dźwię­czały drobne. Cza­sami pu­kał do mo­ich drzwi, py­tał, za­nim otwar­łam:

- Są­siadko, trzeba pani cze­goś ze sklepu?

Da­wa­łam mu sym­bo­liczne zle­ce­nia, za­wsze pro­si­łam, aby za­trzy­mał so­bie zło­tówkę czy dwie za fa­tygę, ale grzecz­nie od­ma­wiał. Nie chciał, abym my­ślała, że po­maga mi z chęci zy­sku.

Dwa lata temu, kiedy po raz pierw­szy przy­szła mi do głowy myśl, aby za­prze­stać wy­cho­dze­nia z domu, spo­tka­łam Jacka przy na­szej nie­dzia­ła­ją­cej win­dzie. Rzadko go w tym okre­sie wi­dy­wa­łam, ale pew­nie dla­tego, że co­raz mniej chęt­niej sama wy­cho­dzi­łam z domu. Spoj­rza­łam w górę, na schody, po­tem na Jacka. Bez słowa wziął ode mnie torbę pełną ba­na­nów i przej­rza­łych cy­tryn z prze­ceny. Trzy ki­lo­gramy w eko­lo­gicz­nej par­cia­nej tor­bie nie miało wje­chać dziś windą na czwarte pię­tro, ale wdra­pać się tam na pie­chotę. Przyj­rza­łam się uważ­niej po­ma­ga­ją­cemu mi mło­dzień­cowi. Wy­do­ro­ślał i zmęż­niał. Z dnia na dzień ro­bił się co­raz bar­dziej po­do­bny do swo­jego ojca, któ­rego nie wi­dzia­łam od pa­mięt­nej pierw­szej ko­mu­nii Agaty. Ja­cek Ku­bel­ski miał we­sołe oczy po ojcu, jedną zmarszczkę na czole po wiecz­nie za­tro­ska­nej matce, z cha­rak­teru po­do­bny był do mo­jego Ar­tura.

Kiedy spo­tka­li­śmy się przy nie­czyn­nej win­dzie, do­tarło do mnie, że jest już cał­kiem do­ro­sły. Być może sta­no­wił o tym gę­sty za­rost, może słuszny wzrost, w każ­dym ra­zie prze­ra­ziło mnie, jak czas szybko gna, jak się z nami nie cacka. Ma­ru­dzi­łam przy ze­psu­tej win­dzie, prze­stę­po­wa­łam z nogi na nogę, pró­bo­wa­łam uru­cho­mić ją swoim gnie­wem, ale ani drgnęła. Ja­cek jak zwy­kle rzu­cił kilka śmiesz­nych po­wie­dzo­nek, zła­pał moją siatkę z za­ku­pami i ru­szył na­przód kro­kiem spor­towca.

- Szkoda się de­ner­wo­wać, pani są­siadko. To co, spa­cer­kiem na górę? - za­py­tał to­nem, jakby mnie za­pra­szał na wy­stawną ko­la­cję.

- Ale po­wo­lutku, Jacku, coś mi dzi­siaj w ko­la­nach strzyka - po­wie­dzia­łam. Od­sap­nę­łam, ru­sza­jąc wolno ni­czym czołg.

Winda nie dzia­łała śred­nio trzy mie­siące w roku. Niby wy­pro­du­ko­wana w Niem­czech, a dzia­dow­ska była zu­peł­nie po pol­sku. Na­rze­ka­łam na tę windę, Ja­cek mi grzecz­nie przy­ta­ki­wał, czła­pa­li­śmy wolno pod górę w rytm na­szych słów. Na trze­cim pię­trze zro­bi­li­śmy so­bie przy­sta­nek. Ja­cek wy­prze­dził mnie nieco, usiadł na szczy­cie scho­dów, cze­ka­jąc, aż do niego do­łą­czę. W tym cza­sie spraw­dzał swoją ko­mórkę, bo prze­cież te­le­fony ko­mór­kowe waż­niej­sze były niż woda i po­wie­trze. Pod­kpi­wa­łam so­bie z jego mi­ło­ści do te­le­fo­nów, zga­dzał się ze mną, że to ob­se­sja. Przyj­rza­łam mu się uważ­nie, kiedy tak wdra­py­wa­li­śmy się na upra­gnione czwarte pię­tro, gdzie miesz­ka­łam. Za­po­wia­dał się na przy­stoj­nego męż­czy­znę, ta­kiego, co to ni­gdy nie bę­dzie miał pro­blemu z ko­bie­tami, bę­dzie so­bie w nich prze­bie­rał jak w ulę­gał­kach. Agata po­do­bna była do matki, choć pa­nuje prze­ko­na­nie, że pierw­szy syn za­wsze do matki jest po­do­bny, a córka do ojca.

Kiedy do­łą­czy­łam do niego, za­trzy­ma­łam się, żeby choć chwilkę od­po­cząć.

- Po­wiem ci, Jacku, nie sta­rzej się. Sta­rość to po­tworna rzecz. - Opar­łam się o po­ręcz. Przez chwilę uspo­ka­ja­łam od­dech, la­tem mę­czy­łam się znacz­nie szyb­ciej.

- Ale tam, gdzie pani do sta­ro­ści, pani To­siu! - ofuk­nął mnie.

- Nie ma nic in­te­re­su­ją­cego w sta­ro­ści - cią­gnę­łam da­lej. - Kie­dyś po scho­dach ska­ka­łam jak sa­renka, te­raz dźwig by się przy­dał. Kiedy to się stało? Na­wet nie za­uwa­ży­łam, jak nad­cią­gnęło to podłe nie­do­łę­stwo.

Po­gro­ził mi pal­cem, nie lu­bił, jak tak o so­bie mó­wi­łam.

- Jak pa­trzę na pa­nią, to się wcale nie boję doj­rza­łego wieku. Pani taka rześka i by­stra. Schody wy­kań­czają wszyst­kich, mnie też nogi bolą, niech się pani są­siadka nie przej­muje. Z dru­giej strony dla­czego pani mieszka tak wy­soko? Na par­te­rze miesz­kają Bed­nar­scy, może by się za­mie­nili na miesz­ka­nia? Oni mają tylko dwa po­koje, a pani trzy, to jesz­cze by coś do­pła­cili... Już kie­dyś o tym my­śla­łem, prze­cież te schody to ja­kiś, kur­czę, kosz­mar jest, winda złom, oni mło­dzi, mo­gliby śmi­gać po scho­dach bez pro­blemu.

Sama się kie­dyś nad tym za­sta­na­wia­łam, ale od­kąd po­wzię­łam po­sta­no­wie­nie, że wy­cho­dzić z domu nie będę, wy­so­kość pię­tra prze­stała mieć zna­cze­nie, mo­głam na­wet na dzie­sią­tym miesz­kać. Co naj­wy­żej, jak przyj­dzie do wy­no­sze­nia zwłok, bo umrzeć też mia­łam za­miar w miesz­ka­niu, to się pa­no­wie tro­chę zmę­czą po scho­dach, tar­ga­jąc ciało na no­szach.

- Ja­cuś, ty się nie martw o starą babę, ja­koś so­bie po­ra­dzę. W moim wieku to już na­wet nie wy­pada prze­pro­wa­dzek urzą­dzać, chyba że na cmen­tarz... - po­wie­dzia­łam.

- Jezu, no co pani? Po co ta­kie rze­czy ga­dać? - de­ner­wo­wał się. Mu­sia­łam prze­stać wy­wo­ły­wać ta­kie po­nure te­maty. Za­py­ta­łam go więc o Agatę, jego sio­strę. Nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć, kiedy ją ostatni raz wi­dzia­łam. Jako dziecko była bar­dzo ci­cha, rzadko uśmiech­nięta, cho­dziła wol­nym kro­kiem ze spusz­czoną głową, kiedy usi­ło­wa­łam z nią roz­ma­wiać, spra­wiała wra­że­nie prze­stra­szo­nej. Jak pod­ro­sła, omi­jała mnie z da­leka, ale ni­gdy nie od­mó­wiła po­mocy, kiedy jej brata nie było pod ręką.

- W ogóle nie wi­duję Agatki. Wy­je­chała? - za­py­ta­łam. Szli­śmy wolno, scho­dek po schodku. Ja­cek prze­rzu­cił so­bie moją torbę przez ra­mię. Nie od­po­wie­dział od razu. Po­czu­łam, że w jego spra­wach ro­dzin­nych nie pa­nuje ide­alny po­rzą­dek.

- Nie wy­je­chała - po­wie­dział z ta­kim prze­ni­kli­wym smut­kiem w gło­sie, że aż się za­trzy­ma­łam. On też się za­trzy­mał, sto­jąc trzy stop­nie wy­żej ode mnie, spoj­rze­li­śmy na sie­bie. Mały Ja­cek wy­dał mi się dziw­nie zga­szony, jego ro­ze­śmiane oczy na­gle zmie­niły ko­lor na sza­ro­zie­lony. Nie trzeba było psy­cho­loga, żeby od­gad­nąć, że coś go drę­czy.

- Cho­ruje? - za­py­ta­łam, uwa­ża­jąc, żeby ja­kaś wścib­ska nuta nie wy­brzmiała w moim gło­sie. Za­sta­na­wiał się przez chwilę nad od­po­wie­dzią.

- Obie­ca­łem matce, że nie będę o tym trą­bił, ale pani to chyba po­wiem. Na­zywa się to hi­ki­ko­mori - po­wie­dział.

- Nie będę uda­wać, że zro­zu­mia­łam.

Ru­szył na­gle z miej­sca, ja za nim. Do­szli­śmy w mil­cze­niu do mo­ich drzwi. Wy­grze­ba­łam klu­cze z kie­szeni swe­tra, wpu­ści­łam nas do miesz­ka­nia, umor­do­wana opar­łam się o szafę. Ja­cek po­szedł pro­sto do kuchni, po­ło­żył torbę z za­ku­pami na bla­cie, umył ręce w zle­wie pod stru­mie­niem zim­nej wody i wy­pa­ko­wał pro­dukty. Roz­bie­ra­nie w przed­po­koju za­jęło mi do­brą chwilę. Gdyby nie myśl, że nie­długo skoń­czy się to bez­sen­sowne wę­dro­wa­nie po świe­cie, skle­pach, pię­trach, za­pa­dła­bym na ja­kąś no­wo­cze­sną cho­robę, jak na przy­kład de­pre­sja! Od­wie­si­łam płaszcz na wie­szak, wsu­nę­łam pan­to­fle na stopy i po­szłam do kuchni.

- Zmę­czona je­stem jak koń po we­ster­nie - po­wie­dzia­łam do Jacka. Klap­nę­łam na ta­bo­ret zu­peł­nie bez sił w no­gach.

- Pani to ma te swoje po­wie­dzonka... - Skła­dał moje garnki w zle­wie. Wy­da­wało się, że ode­szli­śmy da­leko od te­matu le­d­wie roz­po­czę­tego na scho­dach. Nie za­cho­dził do mnie ostat­nio, na­wet przy­szło mi do głowy, że mnie unika, nie wie­dzia­łam tylko z ja­kiego po­wodu.

- Ha­ra­kiri? To sły­sza­łam, ale hi­ki­ko­mori? Nie obiło mi się o uszy. Mu­sisz mi opo­wie­dzieć, na co Agatka cho­ruje. Tak coś po­dej­rze­wa­łam, że może... bo nie było cię tu dawno.

- Pro­blem mamy, pani To­siu, nie chcia­łem się pani na głowę zwa­lać z tym wszyst­kim - od­parł.

Stał po­środku kuchni, pa­trzył na cy­trusy gni­jące w ozdob­nej mi­sie. Prze­brał pod­gniłe, wrzu­cił je do ko­sza na śmieci, ro­biąc miej­sce świe­żym, które przy­nio­słam z wy­prawy do wa­rzyw­niaka. Po­ukła­dał je sta­ran­nie w no­wo­cze­snej kom­po­zy­cji.

- Pa­mięta pani, żeby po­ma­rań­cze i cy­tryny spa­rzyć wrząt­kiem przed je­dze­niem? W te­le­wi­zji mó­wili, żeby cy­tru­sów nie trzy­mać w lo­dówce, bo soki wy­sy­chają.

Wy­szedł na chwilę z kuchni, wró­cił bez swe­tra. W miesz­ka­niu pa­no­wało przy­jemne dla star­szej osoby cie­pełko, ale dla mło­dzieńca duszny ukrop. Nie dało się skrę­cić ka­lo­ry­fe­rów, mu­siały grzać na całą moc. Cen­tralne to cen­tralne. Ja­cek usiadł przy stole.

- Wła­śnie mija rok, od­kąd Agata za­mknęła się w swoim po­koju - za­czął, ma­lu­jąc pal­cem kółka po ob­ru­sie. - Nie wy­cho­dzi, cza­sami na­wet sika do mied­nicy. W dzień śpi, a w nocy żyje w sieci. Wie pani, w in­ter­ne­cie. Za­mu­ro­wało ją, nie ma z nią kon­taktu. Przy­szła do domu pew­nego dnia i naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­ba­ry­ka­do­wała się w po­koju. Mama my­ślała, że to przej­dzie, że to taka chwi­lowa de­pre­sja, może ją chło­pak rzu­cił albo po­kłó­ciła się z ko­le­żanką, tym­cza­sem dni mi­jały, a Agata wy­co­fy­wała się co­raz bar­dziej i za­nim że­śmy się zo­rien­to­wali, już była w swoim świe­cie in­ter­ne­to­wym, z tam­tymi ludźmi. Dla nas nie żyła.

- Czy to ja­poń­ska cho­roba to całe hi­ki­ko­mori? - Wsta­łam z krze­sła i po­de­szłam do zlewu. Na­la­łam zim­nej wody do czaj­nika.

- Opi­sano ją w Ja­po­nii jako syn­drom skraj­nego wy­co­fa­nia spo­łecz­nego. Już wszystko prze­czy­ta­łem na ten te­mat, je­stem eks­per­tem. Agata nie ode­zwała się do nas sło­wem od roku. Kiedy mama wtar­gnęła do jej po­koju, żeby po­sprzą­tać, to na jej oczach zła­mała oprawkę pla­sti­kową od dłu­go­pisu i tak się po­ha­ra­tała po nad­garst­kach i szyi, że matka mało za­wału nie do­stała. Bała się już po­tem wcho­dzić do jej po­koju, więc tylko pod drzwiami sta­wiała tackę z je­dze­niem. Jak we­zwała le­ka­rza, to Agata prze­stała jeść. Chyba z ty­dzień tej tacki nie ru­szyła, a le­karz jak przy­szedł, tak po­szedł, na­wet jej nie wi­dział. Głupi był, za­le­cił, żeby jej in­ter­net wy­łą­czyć, to mama mi ka­zała wy­łą­czyć. Wy­łą­czy­łem, sio­stra ob­cięła so­bie włosy, część po­ło­żyła na tacce z je­dze­niem, resztę wrzu­ciła do ta­le­rza z po­mi­do­rówką. Ma w po­koju no­życzki, jak tylko pró­bo­wa­li­śmy coś zro­bić, to się cięła, ale tak po­rząd­nie, do krwi. Po dwóch dniach pod­łą­czy­łem ro­uter, chcąc nie chcąc, od­da­łem jej świat in­ter­netu, bo ba­li­śmy się, że się za­bije. Co­dzien­nie matka drży, że znaj­dzie ją mar­twą w po­koju, na­wet nie bę­dziemy wie­dzieć kiedy, ona wy­cho­dzi do to­a­lety tylko nocą, jak śpimy. Cze­ka­łem na nią kie­dyś przy ła­zience, chcia­łem po­ga­dać, ale jak mnie zo­ba­czyła, przy­sta­wiła so­bie do gar­dła no­życzki, na­ro­bi­łem w ga­cie i ucie­kłem. Ona się za­ba­ry­ka­do­wała w po­koju, wie­rzy pani, że ja jej w ogóle nie wi­duję? Mama nie chce jej od­dać do za­kładu, boi się, że wtedy już ofi­cjal­nie bę­dzie mieć córkę wa­riatkę. Ja zna­la­złem le­ka­rza, a nie było ła­two, po­ga­da­łem z nim, ob­ja­śnił mi pro­blem, a resztę do­czy­ta­łem w in­ter­ne­cie...

- Ja­cek... - prze­rwa­łam mu - ty twier­dzisz, że Agata rok nie wy­cho­dzi z po­koju i mil­czy? Jezu, skąd ta cho­roba?! In­ter­net jej w gło­wie po­mie­szał?

- Do in­ter­netu to ona ucie­kła przed re­alem. W sieci jej wszystko wy­cho­dzi, zaj­muje się grami kom­pu­te­ro­wymi, ma przy­ja­ciół, pa­nuje nad wszyst­kim, czuje się bez­pieczna, ale tylko tam, nie mię­dzy ludźmi.

Ja­cek ob­ja­śniał mi cier­pli­wie, co stało się z jego sio­strą. Słu­cha­łam i tru­chla­łam, ale ja­kaś podła świnka w mo­jej gło­wie za­częła chrzą­kać, że to wina pani Ireny, bo tak te dzie­ciaki musz­tro­wała od ma­leń­ko­ści. Cza­sami po­krywka musi się unieść, kiedy para zbyt mocno na­piera. Jakże w ta­kiej sy­tu­acji mo­głam go po­pro­sić o po­moc przy pła­ce­niu ra­chun­ków przez in­ter­net? Jak mo­głam mu za­ko­mu­ni­ko­wać, że sama re­zy­gnuję z wy­cho­dze­nia z domu, kiedy jego sio­strę do­pa­dła taka kli­niczna me­lan­cho­lia? Uciekłby ode mnie. Dwie osoby w ży­ciu tego mło­dzieńca de­cy­du­jące się na izo­la­cję to o dwie za dużo. Mu­sia­łam albo wy­brać lep­szy mo­ment, albo nie po­wie­dzieć mu ca­łej prawdy. Po­sta­no­wi­łam jed­nak nie za­wra­cać mu tym głowy w ta­kiej chwili, kiedy przy­tła­czały go pro­blemy tak dra­ma­tyczne.

- A jak to się le­czy? - za­py­ta­łam, po­da­jąc nam her­batę.

- Bar­dzo trudno. Zna­la­złem te­ra­peutę, który pod­szyje się pod jej zna­jomka w sieci, bę­dzie z nią grał w jej ulu­bione gry, zdo­by­wał za­ufa­nie, bę­dzie ją chwa­lił, sło­dził jej, aż w końcu może ją prze­kona, że po­winna się le­czyć w ja­kimś spe­cja­li­stycz­nym ośrodku. Taki jest plan, ko­leś wstęp­nie się zgo­dził, na­wet za darmo, w ra­mach eks­pe­ry­mentu. Mama nic o tym nie wie, jest prze­ciwna no­wo­cze­snym me­to­dom te­ra­pii. Wo­la­łaby, że­bym przy­pro­wa­dził eg­zor­cy­stę, na­wet coś mi na­po­mknęła, bo we­dług niej Agata jest opę­tana.

Tak się na­gle zro­biło ci­cho, jakby sam lu­cy­fer sta­nął po­mię­dzy nami. Nie­przy­jemny dreszcz prze­szedł mi po ple­cach. Ja­cek ni­czego nie za­uwa­żył, mie­szał her­batę, raz po raz pró­bu­jąc, czy jest wy­star­cza­jąco słodka.

- Gdy­byś po­trze­bo­wał pie­nię­dzy... - za­czę­łam nie­śmiało.

- Nie, pani To­siu, on obie­cał le­czyć za friko, ale czy to się uda? Ja swo­jej sio­stry nie po­znaję, to już jest inna osoba. Nie chce przyj­mo­wać le­ków na de­pre­sję, nic nie chce, tylko żeby ją zo­sta­wić w spo­koju przed kom­pu­te­rem. Taki stan może trwać la­tami. Mama już chyba też so­bie zdaje sprawę, że Agata nie wyj­dzie z po­koju tak jak gdyby ni­gdy nic i nie usią­dzie z nami nad ta­le­rzem ro­sołu. Ale niech pani ni­komu o tym nie mówi...

- Jacku, a komu ja bym miała opo­wia­dać? Za­sta­na­wiam się tylko, czy ta dia­gnoza jest trafna. Może jej coś in­nego do­lega? - po­wie­dzia­łam spo­koj­nie.

- To nie jest zwy­kła de­pre­sja. Za­jęło mi kilka mie­sięcy, żeby to usta­lić. Mało jest w Pol­sce od tego spe­cja­li­stów, psy­cho­te­ra­peu­tów uza­leż­nień od me­diów cy­fro­wych. Zna­la­złem faj­nego ko­le­sia w Kra­ko­wie, dał mi tro­chę na­dziei, przy­jął mnie u sie­bie w domu, chyba mu się żal mnie zro­biło, jak tak go mal­tre­to­wa­łem e-ma­ilami. Ale pani ro­zu­mie, taka no­wo­cze­sna cho­roba to po­nad siły mo­jej mamy, ona już ma dość, jak te tacki sta­wia pod drzwiami, cią­gle na­słu­chuje, czy Agata jesz­cze żyje.

Ja­cek wstał na­gle od stołu, z fi­li­żanką w dłoni pod­szedł do okna.

- Mó­wię pani, nie jest lekko. - Stał ple­cami do mnie, za­pa­trzony w niebo.

- Do­my­ślam się, dziecko. Bar­dzo bym chciała po­móc, ale nie wiem jak. Je­stem już taka stara, że le­d­wie ro­zu­miem zna­cze­nie słowa in­ter­net, a to dzięki to­bie, boś mi kie­dyś ob­ja­śnił, jak on działa - po­wie­dzia­łam, wzdy­cha­jąc. Niby ro­zu­mia­łam dzi­siej­szy świat, jego za­gro­że­nia i pu­łapki, ale kiedy słu­cha­łam re­la­cji Jacka, to jak­bym ja­kiś pro­gram oglą­dała w te­le­wi­zji. Nie­re­alne pro­blemy za­gnieź­dziły się pię­tro wy­żej, re­alny był Ja­cek sto­jący po­środku mo­jej kuchni.

- Mnie się do­słow­nie nie­do­brze robi, jak sły­szę słowa in­ter­net i sieć. - Mó­wiąc to, po­tar­gał czu­prynę lewą ręką i klep­nął lekko w po­li­czek, jakby się chciał przy­wo­łać do po­rządku.

Od­sta­wił pu­stą fi­li­żankę do zlewu, za­czął za­bie­rać się do zmy­wa­nia. Za­pro­te­sto­wa­łam. Nie mia­łam nic in­nego do ro­boty, jak tylko prze­płu­kać te dwie fi­li­żanki le­ża­ku­jące w zle­wie, zro­bić so­bie grzankę na ko­la­cję. Za­ka­za­łam Jac­kowi zmy­wa­nia u mnie ga­rów, ale nie po­słu­chał, szyb­kimi, zwin­nymi ru­chami umył na­czy­nia. Kiedy wy­cho­dził, za­gad­nę­łam go nie­win­nie:

- Wpad­nij kie­dyś do mnie na dłuż­szą po­ga­wędkę, bo mam prośbę, ale to nic pil­nego. A co do two­jej sio­stry, wiem, że z ta­kim bra­tem Agata wy­zdro­wieje, będę cię wspie­rać. Gdyby coś trzeba było... że­byś mi się ni­gdy nie wa­hał przyjść po­pro­sić o co­kol­wiek.

- Wpadnę w przy­szłym ty­go­dniu - obie­cał. - Mu­szę iść, mama czeka na pro­szek do pie­cze­nia.

Po­szedł, nie sły­sza­łam na­wet, jak za­myka drzwi. Mnie do końca dnia po­zo­sta­wały jesz­cze dwa za­da­nia: zjeść ko­la­cję oraz obej­rzeć Szkło kon­tak­towe, po­śmiać się z tych pań Te­re­sek, He­len, Da­nut, które dzwo­niły do pro­gramu, nie ma­jąc nic do po­wie­dze­nia, by skrze­czeć i pisz­czeć pod­nie­cone fak­tem, że się w ogóle do­dzwo­niły! Po­tem jesz­cze przez pół mi­nuty ka­dziły temu Sia­nec­kiemu czy temu dru­giemu, po­wta­rza­jąc jedna przez drugą, jacy oni świetni, jak do­stoj­nie sie­dzą w fo­te­lach, uwo­dząc ko­lo­rem skar­pe­tek. Ich czas mi­jał, więc koń­czyły po­byt na an­te­nie albo po­chwałą pre­zesa Ka­czyń­skiego, albo jego kry­tyką. Nu­dziary prze­brzy­dłe. Wy­daje im się, że ich opi­nie czy po­glądy ko­goś in­te­re­sują, więc upar­cie sta­rają się ura­czyć kogo się da swo­imi prze­my­śle­niami. Dzwo­nią do te­le­wi­zji, do ra­dia, pi­szą li­sty, wy­stają pod kio­skami, wy­sia­dują na ław­kach osie­dlo­wych, opo­wia­da­jąc, co są­dzą i czy coś im się po­doba, czy też nie. Lu­bię my­śleć, że ni­gdy taka nie by­łam, a w moim wieku nie ma szans, że się taka stanę.

Ja­cek nie przy­szedł do mnie w na­stęp­nym ty­go­dniu, jak obie­cał, ale do­piero trzy mie­siące póź­niej, i miał tra­giczne wia­do­mo­ści.

Roz­dział 3

Zu­zanna nie zja­wiła się u mnie przez cały ty­dzień, tak się wście­kła. Do­bra była ta moja córka, ale mało to­le­ran­cyjna. Co nie mie­ściło się w jej gło­wie, nie mie­ściło się ni­g­dzie. Nie prze­sta­wa­łam się dzi­wić, in­ten­syw­nie za­sta­na­wiać, ja­kimi to dro­gami moja córka szła przez ży­cie, że do­tarła w ta­kie nie­cie­kawe i sztywne miej­sce, gdzie obo­wią­zują tylko jej ra­cje. Prze­cież my z Wal­de­ma­rem nie mie­li­śmy tak cia­snych umy­słów, a wręcz prze­ciw­nie, mo­gli­śmy słu­żyć za wzór to­le­ran­cji. Jak na tamte czasy oczy­wi­ście. Zu­zanna cho­dziła z li­nijką, w prze­no­śni i do­słow­nie, wszystko nią od­mie­rzała, co się nie mie­ściło, od­ci­nała no­życz­kami lub wręcz od­rą­by­wała sie­kierą. Sza­le­nie trudno się z nią roz­ma­wiało, bo od razu na­pa­dała na czło­wieka, wy­szy­dzała inne po­glądy i co było wręcz nie do znie­sie­nia, wy­mie­niała się osten­ta­cyj­nie po­ro­zu­mie­waw­czymi spoj­rze­niami ze swoim mę­żem. Nie byli w tym dys­kretni, na­wet mało by­stry ob­ser­wa­tor wy­chwy­ty­wał te spoj­rze­nia po­nad gło­wami to­wa­rzy­stwa, wy­mianę sy­gna­łów wy­ra­ża­jącą nic in­nego jak tylko dez­apro­batę.

Ja naj­czę­ściej ule­ga­łam pre­sji mo­jej córki, szcze­gól­nie ostat­nio, gdyż bra­ko­wało mi już sił. Raz po­sta­wi­łam się buń­czucz­nie, gdy dzie­sięć lat temu upar­łam się, ze po­lecę na po­grzeb Poli do An­glii. By­łam jej to winna, tym bar­dziej że nie spo­dzie­wa­łam się tłu­mów od­pro­wa­dza­ją­cych Polę Al­len w ostat­nią drogę. Do­brze, że po­je­cha­łam, przy­naj­mniej na po­grze­bie było okrą­głe dzie­sięć osób, z tego trzy pra­cow­nice opieki spo­łecz­nej oraz ksiądz z po­moc­ni­kiem, są­siadka z nie­do­ro­zwi­niętą umy­słowo córką oraz pa­sierb z sy­nem.

Po­le­cia­łam na po­grzeb Poli i nie spo­tkał mnie ża­den ka­ta­klizm prze­wi­dy­wany przez moją córkę Zu­zannę. Nikt mnie nie okradł, nie zgu­bi­łam się na lot­ni­sku, nie wy­wró­ci­łam na ru­cho­mych scho­dach, a na­wet nie mu­sia­łam dźwi­gać, bo do­brzy lu­dzie po­mo­gli. Wtedy też była na mnie zła, przez kilka dni ka­rała mil­cze­niem, osten­ta­cyjną nie­obec­no­ścią w mo­ich pro­gach. Mógłby kto po­my­śleć, że to ja­kaś próba sił mię­dzy nami.

Ar­tur po po­wro­cie z An­glii tylko za­te­le­fo­no­wał, nie zna­lazł czasu na wi­zytę, czego nie mia­łam mu za złe. Jak za­wsze wy­py­tał mnie naj­pierw o sa­mo­po­czu­cie, po­tem de­li­kat­nie na­wią­zał do draż­li­wego te­matu. Po­twier­dzi­łam, że nic się w tym wzglę­dzie nie zmie­niło, a syn są­siadki z góry, Ja­cek, uru­cho­mił moje płat­no­ści w in­ter­ne­cie, abym mo­gła zza jego ple­ców ob­ser­wo­wać, jak pie­nią­dze płyną z banku ING wprost do za­kładu ener­ge­tycz­nego, do spół­dzielni, do PZU. Mój Boże, ja­kie sprytne są te kom­pu­tery! Wielka szkoda, że mój mąż Wal­de­mar nie do­żył dni, kiedy w kilka se­kund na­stę­puje ko­mu­ni­ka­cja z ca­łym świa­tem za po­mocą ma­łego urzą­dze­nia, do­ce­niłby taki wy­na­la­zek, przy­uczyłby się do jego ob­sługi, nie to co ja. Nie usi­ło­wa­łam ob­jąć umy­słem za­wi­ło­ści dzia­ła­nia kom­pu­tera, wy­star­czała mi świa­do­mość, że coś ta­kiego mam na biurku i mogę w każ­dej chwili to włą­czyć, po­łą­czyć się z do­wol­nym miej­scem na ziemi. Czu­łam się ważna, sia­da­jąc przed ekra­nem kom­pu­tera, choć ni­gdy nie pró­bo­wa­łam sama się z nim zmie­rzyć, moje sto­sunki z ekra­nem od­by­wały się za­wsze w obec­no­ści Jacka. Na­bie­ra­łam pew­no­ści sie­bie, sta­wa­łam się co­raz śmiel­sza w ży­cze­niach, co jesz­cze ma nam wy­świe­tlić ekran. Ci­cha­czem wy­obra­ża­łam so­bie, że gdzieś tam w środku sie­dzi ja­kiś ta­jem­ni­czy pan i wy­syła te in­for­ma­cje, o ja­kie pro­szę, ste­ruje tym, co tra­fia na mój ekran, oraz że ten mą­dry pan mnie zna. Był to pew­nie ab­surd, tylko tak mo­głam so­bie wy­tłu­ma­czyć dzia­ła­nie in­ter­netu. Świat i jego od­kry­cia pę­dziły do przodu, a my, lu­dzie sta­rej daty, zo­sta­wa­li­śmy w na­szych po­wo­jen­nych przy­tul­nych miesz­kan­kach, łu­dząc się, że ro­zu­miemy, co się wo­kół nas dzieje.

Ar­tur wpraw­dzie sły­szał o Jacku Ku­bel­skim już wcze­śniej, ale nie da­rzył go za­ufa­niem, więc kiedy mu oznaj­mi­łam, że to wła­śnie on bę­dzie moim se­kre­ta­rzem nie dość, że wta­jem­ni­czo­nym, to jesz­cze upo­waż­nio­nym, nieco się zde­ner­wo­wał. Wy­py­tał, z za­cho­wa­niem po­zo­rów obo­jęt­no­ści, czy aby ten mło­dzie­niec wy­wiąże się so­lid­nie z za­dań. Czy mnie nie za­wie­dzie? Moja córka Zu­zanna, kiedy do­wie­działa się o roli, jaką Jac­kowi po­wie­rzy­łam w moim no­wym ży­ciu bez wy­cho­dze­nia z domu, na­krzy­czała na mnie go­rzej jesz­cze niż na uczniów w szkole. Cała się skur­czy­łam od tych jej po­dej­rzeń.

- Żeby on ma­mie ja­kiejś krzywdy nie zro­bił - grzmiała do słu­chawki, kiedy w końcu do mnie za­dzwo­niła po dwóch ty­go­dniach za­wie­sze­nia sto­sun­ków. - Tak go mama bez­tro­sko do domu wpusz­cza? Żeby się po­tem ta wa­sza dziwna zna­jo­mość nie zna­la­zła w Uwa­dze! w TVN-ie. Mało to się sły­szy hi­sto­rii o ta­kich cwa­niacz­kach, co na­cią­gają sta­ruszki na pie­nią­dze, wy­łu­dzają, a cza­sami na­wet mor­dują?

- Zu­ziu, znam Jacka od dziecka, nie wy­ga­duj bzdur. Z do­brego serca mi chło­pak po­maga...

- No nie wiem, nie wiem... trzeba mu się le­piej przyj­rzeć...

Nie mia­łam za­miaru przy­glą­dać się Jac­kowi, wszystko, co mnie in­te­re­so­wało, już o nim wie­dzia­łam. Zu­zannę wy­wio­dłam w pole, opo­wia­da­jąc o swo­jej bez­sen­no­ści oraz na­si­la­ją­cych się kło­po­tach ze sta­wami. Szybko dała spo­kój do­cho­dze­niu w spra­wie Jacka. Roz­mowa z Ar­tu­rem rów­nież szybko ze­szła na zu­peł­nie inny te­mat.

- Mia­łeś czas do­wie­dzieć się cze­goś w spra­wie spro­wa­dze­nia pro­chów ciotki Poli do kraju? - przy­po­mnia­łam mu po raz ko­lejny.

- Mamo, skoro obie­ca­łem, to się tym zajmę, ale nie w tej chwili. Bła­gam mamę, nie te­raz...

- Za­wsze tak mó­wisz, od lat to samo. Chcia­ła­bym mimo wszystko do­żyć dnia, kiedy Pola wróci do kraju. - Ude­rzy­łam w rzewną nutę. Ar­tur nie dał się spro­wo­ko­wać, za­wsze, kiedy usi­ło­wa­łam go po­stra­szyć swoją ry­chłą śmier­cią, zby­wał mnie. Co in­nego Zu­zanna, na nią to dzia­łało, wy­star­czyło wspo­mnieć, że stoję nad gro­bem. Bała się mo­jej śmierci bar­dziej niż ja, a prze­cież osiem­dzie­się­cio­let­nia matka ma prawo zbie­rać się po­woli na tam­ten świat bez po­czu­cia winy, że osie­roci swoje dzieci.

- Obie­ca­łem i słowa do­trzy­mam, ale te­raz to nie jest do­bry mo­ment. Mamo, ja wła­ści­wie dzwo­nię w in­nej spra­wie, żeby uprze­dzić. Lila do mamy za­dzwoni, nie chcę psuć nie­spo­dzianki, ale za­ko­mu­ni­kuje datę ślubu. Bar­dzo jej za­leży, żeby jej bab­cia była obecna.

- Już ze­psu­łeś nie­spo­dziankę! Na­wet nie wie­dzia­łam, że Lila ma na­rze­czo­nego! Po­da­ruję jej ładny pre­zent ślubny, obej­dzie się bez mo­jego kuś­ty­ka­nia po ko­ściele. Nie będę im spra­wiać kło­potu, mu­sie­liby mnie usa­dzić na końcu stołu, bli­sko to­a­lety, przy ja­kiejś in­nej babci, że­by­śmy mo­gły so­bie po­roz­ma­wiać o cho­ro­bach czy woj­nie, jak mło­dzi pójdą tań­czyć. Nie, dzię­kuję!

- Ale mama uparta jest! Zu­zan­nie bę­dzie przy­kro, Li­lian­nie na pewno rów­nież, niech mama się za­sta­nowi, do­brze? - Ar­tur prze­my­cał swoje pre­ten­sje w bar­dzo ele­gancki spo­sób. Sły­sza­łam, jak prze­kłada na biurku pa­piery i szura szu­fla­dami, ostre szpilki se­kre­tarki stu­kały gdzieś w po­bliżu jego te­le­fonu.

- Bez dra­matu synu, bez dra­matu. My­ślę, że się ucie­szą, że będą mieli o je­den kło­pot mniej. Jak duże bę­dzie to we­sele? Za kogo Lila wy­cho­dzi?

- No, to już ona sama opo­wie, ja nie chcę się mie­szać ani tym bar­dziej wy­po­wia­dać. Zu­zanna ma­mie nie wspo­mi­nała?

- Zu­zanna ma w zwy­czaju fil­tro­wać in­for­ma­cje z jej ży­cia, nie wiem, czy je­stem nie­godna, czy też boi się, że będę miała coś nie­sto­sow­nego do po­wie­dze­nia.

- W każ­dym ra­zie - Ar­tur ziew­nął - niech mama to so­bie jesz­cze prze­my­śli. Wpadnę w nie­dzielę, może na­wet Okta­wia się ze mną wy­bie­rze. Je­stem taki zmę­czony, gnam od kilku ty­go­dni, śpię mało...

Okta­wia, se­kut­nica z Kra­kowa, mia­łaby zna­leźć czas w nie­dzielę na wi­zytę u te­ścio­wej? Wąt­pliwe. Gdy odło­ży­łam słu­chawkę, za­czę­łam się za­sta­na­wiać, kiedy ostatni raz by­łam na we­selu i czyim. Gdzieś po­mię­dzy ro­bie­niem so­bie za­le­wajki a roz­my­śla­niem o ślu­bach, tych sław­nych - za kilka dni miało się od­być we­sele księ­cia Wil­liama z panną Kate - i tych ro­dzin­nych, przy­po­mnia­łam so­bie we­sele mo­jej matki.

Po wi­zy­cie Poli w 1949 roku wszystko się w na­szym ży­ciu zmie­niło. Pod ko­niec żniw, kiedy już zboża zo­stały zwie­zione do sto­doły i kłó­ska wy­zbie­rane ze ścier­ni­ska, Jo­achim We­ltz prze­ko­nał moją matkę Ja­dwigę, aby za niego wy­szła. Nie mam pod­staw twier­dzić, że były to ro­man­tyczne oświad­czyny, w cza­sie któ­rych męż­czy­zna przy­klęka na ko­lano, a ko­bieta ob­lewa się ru­mień­cem i mówi: "Tak". Jo­achim We­ltz był rol­ni­kiem jak moja matka, gdyby mo­gła, sama by się do pługa za­przę­gała. Ro­man­tycz­ność była jej obca. Nie zna­łam ni­gdy ko­biety bar­dziej su­ro­wej i tak po­zba­wio­nej chęci zro­bie­nia so­bie czy in­nym ja­kiej­kol­wiek, naj­mniej­szej choćby przy­jem­no­ści. Moja matka wie­rzyła tylko w ciężką pracę i mi­ło­sier­dzie bo­skie. Chyba po­wo­do­wała nią chęć pra­co­wa­nia jesz­cze cię­żej, aby za­skar­bić so­bie łask pań­skich, kiedy de­cy­do­wała się na po­now­nie za­mąż­pój­ście. Wie­działa już, że jest wdową. Do­sta­li­śmy rok wcze­śniej ofi­cjalną in­for­ma­cję na te­mat przy­pusz­czal­nej daty śmierci ojca i pew­nego miej­sca, gdzie na­stą­piła. Nic nie stało już na prze­szko­dzie, żeby zło­żyć raz jesz­cze przy­sięgę przed Bo­giem, że się mał­żonka swego nie opu­ści ani w cho­ro­bie, ani w po­trze­bie. Moja matka była za­kło­po­tana całą tą sy­tu­acją. Gdyby nie bała się ludz­kich ję­zy­ków, wy­szłaby za Jo­achima po kry­jomu, bez swo­ich oraz jego dzieci obec­nych w pierw­szych ław­kach przed oł­ta­rzem, jed­nak w tam­tych cza­sach nie urzą­dzało się ślu­bów ci­chych i skrom­nych.

Sy­no­wie Jo­achima, ci upo­śle­dzeni umy­słowo, zo­stali na czas ce­re­mo­nii za­mknięci w sto­dole. Wsty­dził się mój oj­czym tych chło­pa­ków opóź­nio­nych w roz­woju, a kiedy owdo­wiał, to już zu­peł­nie stra­cił dla nich serce. My­ślę, że cier­pieli na głę­boki au­tyzm, ale o tej cho­ro­bie ge­ne­tycz­nej nic się wtedy nie wie­działo, na­zy­wano ich de­bi­lami, kre­ty­nami, pół­głów­kami. Nie miał Jo­achim moż­li­wo­ści od­da­nia sy­nów do przy­tułku czy obar­cze­nia ko­goś z ro­dziny obo­wiąz­kiem ich wy­cho­wa­niem, więc sam chło­pa­ków do­glą­dał, pra­wie tak so­lid­nie i re­gu­lar­nie, jak swo­jej trzody. Nikt z nas nie za­re­ago­wał, kiedy chłopcy zo­stali za­mknięci z da­leka od go­ści we­sel­nych. Po praw­dzie ni­komu nie wy­da­wało się to okru­cień­stwem. W nie­jed­nym domu na wsi upo­śle­dzone dzieci tak się trak­to­wało, pra­wie ni­gdy nie do­ży­wały do­ro­sło­ści. Po­sia­da­nie upo­śle­dzo­nego po­tom­stwa ko­ja­rzone było z karą bo­ską, nie mam pew­no­ści, czy ta­kie my­śle­nie nie prze­trwało do dziś. Moja ser­deczna przy­ja­ciółka Wan­dzia zwy­kła mi opo­wia­dać, jak u niej w dziel­nicy matki z upo­śle­dzo­nymi dziećmi w wóz­kach wy­cho­dzą na spa­cery już po zmroku, żeby unik­nąć na­tręt­nych spoj­rzeń, nie­rzadko bo­le­snych uwag w stylu: "Patrz, jaki de­bil, wielki a jesz­cze na wózku!".

Przy­ję­cie we­selne od­było się w ogro­dzie u Jo­achima, równo wy­ko­szo­nym, pięk­nie przy­bra­nym wstąż­kami po­wie­wa­ją­cymi z drzew. Pod nimi stały ławy za­miast sto­łów, ła­we­czki do sie­dze­nia oraz parę krze­seł. Blaty ław od spodu ob­le­czone zo­stały przy­piętą pi­nez­kami ce­ratą, na ław­kach, gdzie roz­sie­dli się go­ście, po­ło­żono kilka de­rek, aby ja­kiej ko­bie­cie drza­zga w pupę nie we­szła. Jo­achim sam na oko­licz­ność we­sela te ławki zbi­jał, świeżo ohe­blo­wane de­ski ła­two mo­gły ja­kąś su­kienkę za­drzeć albo co gor­sza poń­czo­chę, a poń­czo­chy były to­wa­rem na­prawdę luk­su­so­wym. Panna młoda, bez poń­czoch, sie­działa za sto­łem sztywna, nie­ru­choma, jakby nie­usta­jąco po­zo­wała do fo­to­gra­fii. Wy­stro­jona w żółtą su­kienkę bar­dzo mi przy­po­mi­nała ba­ranka wiel­ka­noc­nego z cu­kru. Na gło­wie miała taki niby-wia­nek, niby-ka­pe­lu­sik, w su­mie szpe­cący do­da­tek do jej po­zba­wio­nej zmarsz­czek twa­rzy. Kiedy przed pój­ściem do ko­ścioła ro­biła ostat­nią przy­miarkę stroju, za­wo­łała mnie i chyba pierw­szy raz za­py­tała o zda­nie. A cóż ja mo­głam po­wie­dzieć matce w oczy, kiedy ona była prze­brana, a nie ubrana. Uło­ży­łam po­si­wiałe z lekka włosy na czole, wy­gła­dzi­łam bufy u rę­ka­wów, ocho­czo za­pew­ni­łam, że ład­nie jej w tej su­kience, do­da­łam w ostat­niej chwili, że lu­dziom na pewno się spodoba. Zro­bi­łam matce przy­jem­ność. Pod­czas przy­ję­cia, sie­dząc na naj­waż­niej­szym miej­scu przy ła­wie, to­nęła w po­wa­dze i na­dę­ciu. Nie uśmie­chała się, żeby so­bie broń Boże kto nie po­my­ślał, że jest szczę­śliwa albo cie­szy się na noc po­ślubną. Nie chciała też na wi­dok wy­sta­wiać swo­ich bra­ków w uzę­bie­niu, a nie wiem, czy w dniu ślubu miała wię­cej niż dzie­sięć zę­bów. Jej mąż był bar­dzo przy­stoj­nym męż­czy­zną, silny w ba­rach, ogo­rzały na twa­rzy, o dość de­li­kat­nych ry­sach. Ru­chy miał lek­kie jak mło­dzie­nia­szek, na­wet mnie wy­dał się przy­stojny, choć oczy­wi­ście cał­kiem stary. Byłby dla każ­dej ko­biety do­brym mę­żem i opie­ku­nem, ale żadna się nie od­wa­żyła za niego pójść ze względu na upo­śle­dze­nie umy­słowe jego sy­nów, a także przed­wcze­sną śmierć żony. Tylko moja matka nie bała się głu­pich plo­tek i ludz­kiego ga­da­nia o prze­kleń­stwie cią­żą­cym na ro­dzi­nie We­lt­zów. Kiedy ją Jo­achim po­pro­sił o rękę, zgo­dziła się bez wa­ha­nia. Nie przy­słał swa­tów, sam przy­szedł z bu­telką wódki i zło­tym łań­cusz­kiem dla mamy za­miast pier­ścionka za­rę­czy­no­wego. My­ślę, że no­siła go jego pierw­sza żona.

Mój brat Sta­siek na wieść o pla­no­wa­nym po­łą­cze­niu na­szych do­mów naj­pierw się ze­zło­ścił, po­tem po­padł w roz­pacz, za­czął matkę drę­czyć, żeby za We­ltza nie szła, bo to może nie­szczę­ście ścią­gnąć na nas wszyst­kich. My, lu­dzie nor­malni i bo­go­bojni nie po­win­ni­śmy tak losu ku­sić, bez­tro­sko prze­klę­tego do ro­dziny wpusz­czać. Sta­siek dużo po wsi la­tał, na­słu­chał się bredni, a po­tem matkę za­kli­nał, żeby go wy­słu­chała, wszyst­kich nas od po­msty nie­bios uchro­niła. Per­spek­tywa po­łą­cze­nia miesz­ka­ją­cych po są­siedzku ro­dzin wy­da­wała mu się gor­sza niż wszyst­kie plagi egip­skie. Bła­gał matkę do ostat­niej chwili, żeby nie szła za Jo­achima, ale jego za­klę­cia od­bi­jały się od ścian na­szej cha­łupy i lą­do­wały w bło­cie przed staj­nią. Matka była zde­cy­do­wana na po­nowne mał­żeń­stwo, choć nie umiała nam wy­tłu­ma­czyć dla­czego. My­ślę, że zda­nie "Za­ko­cha­łam się" nie prze­szłoby jej przez gar­dło, zresztą, ta­kich słów nie było w słow­niku mo­jej matki. Wy­tłu­ma­czyć ją można było pro­sto. Pew­nie się bała, że na stare lata nie po­doła go­spo­darce, już te­raz z tru­dem ob­ra­biała trzy hek­tary, tym bar­dziej że pola uprawne roz­rzu­cone były po ca­łej oko­licy, a łąki, z któ­rych zbie­ra­li­śmy siano dla krów, po­ło­żone były na stro­mych pa­gór­kach. Wiele wy­siłku kosz­to­wało pa­no­wa­nie nad ko­niem z wo­zem, kiedy biegł z góry wą­ską mie­dzą, a matce sił nie przy­by­wało.

Jo­achim We­ltz miał ładne grunty pod la­sem, brała to pod uwagę, de­cy­du­jąc się na ślub.

Pod wie­czór we­sele za­czy­nało przy­po­mi­nać ko­cioł. Sta­siek, roz­kle­jony zu­peł­nie, roz­mam­łany przez al­ko­hol, roz­pła­kał się w pew­nym mo­men­cie, wy­cie­ra­jąc nos w moją su­kienkę, plótł bzdury, któ­rych aż strach było mi słu­chać. Chcia­łam z nim za­tań­czyć, na­wet nie za­re­ago­wał na za­pro­sze­nie, ma­zgaił się. Męż­czyźni bar­dzo czę­sto pła­czą po al­ko­holu, wy­cią­gają na świa­tło dzienne wszel­kie żale, wy­ry­wają drza­zgi spod skóry, ro­biąc przy tym wielki la­ment. Z od­razą od­su­nę­łam się od brata.

Gła­ska­łam de­li­kat­nie białe rę­ka­wiczki spre­zen­to­wane przez Polę, tę­sk­ni­łam za nią, li­czy­łam, że zjawi się na we­selu sio­stry, choć nie zo­stała za­pro­szona. Czu­łam się wy­twor­nie na samą myśl, że kie­dyś te rę­ka­wiczki na­le­żały do niej, przy­je­chały z sa­mego Pa­ryża spe­cjalną prze­syłką. Pa­ryż był w de­li­kat­nym atła­sie i ni­ciach, wą­cha­łam je wie­lo­krot­nie, czu­łam te świa­towe za­pa­chy szu­flad skle­pów pod Łu­kiem Trium­fal­nym. Su­kienkę do­sta­łam od Jo­achima We­ltza. Prze­śliczną, w błę­kit­nym ko­lo­rze, z bia­łym, ha­fto­wa­nym koł­nie­rzy­kiem, du­żymi man­kie­tami, ide­al­nie skro­joną. Nie była wła­sno­ścią jego zmar­łej żony. Nie wy­glą­dała jak spod igły, ale z pew­no­ścią nikt jej przede mną nie no­sił. Miała złotą metkę sklepu Ka­DeWe z Ber­lina. Dla Staśka matka zdo­była białą ko­szulę z dłu­gimi rę­ka­wami, w któ­rej wy­glą­dał do­syć ele­gancko, mimo iż była ze dwa nu­mery na niego za duża. Sta­siek miał gę­stą czu­prynę, żółtą ni­czym doj­rzałe zboże, bar­dzo ja­sną cerę, zu­peł­nie jak nasz ta­tuś. Ojca aresz­to­wali za­raz na po­czątku wojny, kiedy mia­łam nie­spełna dzie­sięć lat, wi­dzia­łam go ostatni raz. Sta­siek ojca nie pa­mię­tał, wiele razy mi o tym mó­wił. Uwa­żał się za sie­rotę, a fakt, że pro­boszcz na­ma­ścił Jo­achima na na­szego oj­czyma, nie przy­niósł mo­jemu bratu ulgi, Sta­siek nie czuł, że zy­skał ro­dzica lub choćby opie­kuna.

- To­sia, ja z tymi im­be­cy­lami nie chcę miesz­kać - beł­ko­tał o swo­ich przy­rod­nich bra­ciach za­mknię­tych w sto­dole obok. - Za­bij mnie, To­sia, ale nie mogę! Po­de­rżną nam gar­dło w spa­niu. Sły­szysz, jak wyją?

- Nie wyją, zdaje ci się - od­par­łam.

- Po­szłem się wy­si­kać przed chwilą, wy­cho­dek był za­jęty, to po­szłem za sto­dołę, mó­wię ci, wyją jak zwie­rzęta - upie­rał się, cią­gnąc moje ra­mię do sie­bie. - Po­miot pie­kielny... po co to na­szej matce złe do cha­łupy za­pra­szać?

- Po­roz­ma­wiam z mamą, może po­zwoli, że­by­śmy oby­dwoje wy­je­chali do War­szawy, do ciotki Poli. Ja w każ­dym ra­zie jadę, jak tylko ciotka da znać - zdra­dzi­łam swoje plany, pierw­szy raz gło­śno mó­wiąc o za­mia­rze wy­jazdu.

Sta­siek prych­nął z po­gardą. Od­biło mu się czosn­kową kieł­basą po­mie­szaną z sa­mo­go­nem. Od­wró­ci­łam głowę z od­razą.

- Pola i Pola, gdzie ona ma te­raz głowę do za­pro­szeń, jak grzeje koł­drę ko­mu­ni­ście! - Mój brat wy­dał mi się wstrętny, kiedy to mó­wił. - Matka cię nie pu­ści, ona strasz­nie na ko­mu­ni­stów cięta... To­sia, za­miesz­kajmy ra­zem w na­szej cha­łu­pie, nową sto­dołę po­bu­duję, zo­ba­czysz, ko­nia ku­pię, mach­nij ręką na obiet­nice ciotki, ona już o to­bie za­po­mniała

- Jak mo­żesz?! Wy­szła za mąż i jak tylko się urzą­dzi, jadę do niej. Obie­cała! - od­par­łam po­iry­to­wana, wy­ry­wa­jąc dłoń, którą mi brat w swo­jej miaż­dżył. Od jej wy­jazdu mi­nęły trzy mie­siące, wpraw­dzie nie dała jesz­cze znaku ży­cia, ale ja by­łam cier­pliwa. Te­le­gram po­wia­do­mił nas, że jest już pa­nią Kwo­lek, cała reszta miała się zi­ścić w naj­bliż­szym cza­sie. Sta­siek gło­śno po­wąt­pie­wał, czy jego sio­stra istot­nie wy­rwie się z za­py­zia­łej wsi i wy­je­dzie do sto­licy. Beł­ko­tał bez ustanku, co­raz mniej ro­zu­mia­łam jego słowa, prze­sta­łam go słu­chać, kiedy wy­chy­lił ko­lejny kie­li­szek. Zgnia­tał mi ra­mię swoją ciężką głową, w kółko ma­ja­cząc, że nas Jo­achi­mowe syny wy­rżną w pień. Nie było sensu się z nim spie­rać, bo miał już nie tylko głowę, ale rów­nież mowę bar­dzo ciężką od księ­ży­cówki. Ja też wy­pi­łam dusz­kiem kie­li­szek, na­wet się nie za­krztu­si­łam.

- Jak cię Jo­achim usły­szy, to bę­dzie zły. Prze­stań już. Po­patrz, ja­kie ma córki ładne i... zwy­czajne. - Brodą wska­za­łam na bliź­niaczki do­no­szące do stołu. Sta­siek nie chciał na­wet na nie spoj­rzeć.

- Cza­row­nice! - szep­nął mi do ucha. Ode­pchnę­łam go z siłą i wsta­łam z miej­sca. Mnie też za­krę­ciło się w gło­wie, nie czu­łam się pi­jana, może tylko tro­chę oszo­ło­miona. Sta­siek oparł głowę o blat stołu, po czym mo­men­tal­nie za­snął. Matka da­wała mi znaki, żeby go wy­pro­wa­dzić gdzieś, gdzie bę­dzie mógł unik­nąć spoj­rzeń, ale uda­wa­łam, że nie ro­zu­miem jej ję­zyka mi­go­wego, nie ru­szy­łam się od stołu, wy­dłu­bu­jąc ro­dzynki z cia­sta, które przede mną po­sta­wiono. Żal mi było Staśka, nie za­ak­cep­to­wał po­now­nego mał­żeń­stwa na­szej matki, szcze­rze po­gar­dzał Jo­achi­mem, choć z bie­giem czasu ich sto­sunki prze­ro­dziły się w szorstką przy­jaźń. Jego dzieci jed­nak w ogóle nie to­le­ro­wał, w naj­lep­szym ra­zie ich ist­nie­nia nie za­uwa­żał. Nie przy­po­mi­nam so­bie, żeby kie­dy­kol­wiek zwró­cił się do bliź­nia­czek po imie­niu, sy­nów omi­jał z da­leka, prze­ko­nany, że może się od nich za­ra­zić tym po­mie­sza­niem ro­zumu. Mój brat nie nada­wał się na le­ka­rza, nie wiem skąd taka nie­do­rzeczna myśl mo­gła po­wstać w ma­rze­niach na­szej matki. Za­raz po skoń­cze­niu szkoły za­czął pra­co­wać w PGR-ze, za­jął się me­cha­ni­za­cją rol­nic­twa. Do śmierci w 1975 roku był rol­ni­kiem i ko­chał to, co ro­bił.

Ja pa­mię­ta­łam Jo­achima We­ltza z cza­sów wojny. Ni­gdy mu nie po­wie­dzia­łam, że wie­lo­krot­nie wi­dzia­łam, jak pił bim­ber z Niem­cami w cza­sie oku­pa­cji, zresztą, nie on je­den miał kon­szachty z na­jeźdźcą i ro­bił z nim in­te­resy. Matka po­sy­łała mnie do kwa­tery nie­miec­kiej z bańką mleka, cza­sami z jaj­kami. Wę­dro­wa­łam przez łąkę, mały wierz­bowy za­gaj­nik, sta­ra­jąc się nie uro­nić ani kro­pelki po­cho­dzą­cej z wy­mion na­szej Kra­suli. Niemcy w za­mian ofe­ro­wali cze­ko­ladę, cu­kier, ty­toń, po­ma­rań­cze, kon­serwy mię­sne, cza­sami ja­kieś bły­skotki dla ko­biet. Ja by­łam ku­rie­rem, szybko na­wią­za­łam kon­takty, wstyd po­wie­dzieć, ale chęt­nie do Niem­ców ła­zi­łam. Byli dla mnie do­brzy. Może zo­sta­wili w oj­czyź­nie swoje dzieci, więc te­raz wi­dok ma­łej dziew­czynki tak ich roz­czu­lał? Może po pro­stu od­po­wia­dały im ludz­kie re­la­cje w cza­sach tej okrut­nej i bez­sen­sow­nej wojny? To nie byli żoł­nie­rze fron­towi, oni sta­no­wili coś w ro­dzaju ekipy bu­dow­la­nej, choć oczy­wi­ście na­dal po­zo­sta­wali wro­gami. Jo­achim We­ltz za­po­cząt­ko­wał więc sym­biozę z oku­pan­tem. Przy­szedł do nas i po­wie­dział, że Niemcy chcie­liby brać od nas mleko, jajka, chleb, co tam jesz­cze mamy do je­dze­nia, co nie jest za­pusz­ko­wane, bo im już żo­łądki od­ma­wiały po­słu­szeń­stwa. Moja matka obu­rzyła się, jak miała w zwy­czaju, ale za­raz po­tem wy­szła przed dom z Jo­achi­mem i po krót­kiej na­ra­dzie za­de­cy­do­wała, że mo­imi rę­kami do tej ha­nieb­nej współ­pracy z Niem­cami się przy­łą­czy. Dziś już wiem, co po­wie­dział jej Jo­achim We­ltz, który jako pół-Nie­miec szybko wy­drep­tał ścieżkę do kwa­tery Szwa­bów. Obie­cał jej, że może który z tych wyż­szą rangą Niem­ców z We­hr­machtu, a we dwo­rze Mo­raw­skich nie­je­den ma­jor prze­by­wał, ustali coś w spra­wie jej męża, a mo­jego ojca, strzelca pod­ha­lań­skiego, Bo­gu­sława Wa­wela. Ta­tuś zo­stał aresz­to­wany w 1939 roku i wszelki słuch po nim za­gi­nął. Nikt wtedy nie wie­dział, gdzie znaj­dują się Ostasz­ków, Mied­noje czy Ka­tyń. Matka żyła na­dzieją, że jej uko­chany mąż, jak tylko za­wie­ru­cha wo­jenna przy­cich­nie, wróci z nie­woli lub z ro­bót w Niem­czech. Jo­achim uda­wał, że ma za­żyłe kon­takty z Niem­cami, szep­nie słówko ja­kiemu ofi­ce­rowi w spra­wie męża są­siadki, kiedy nada­rzy się spo­sob­ność. Matka mu uwie­rzyła, ja pew­nie też bym tak zro­biła. Dwa dni póź­niej po­słała mnie po raz pierw­szy z bańką pełną świe­żego mleka. Niemcy gła­skali moją zgrabną główkę i py­zatą bu­zię, je­den zro­bił mi na­wet fo­to­gra­fię, dzięki tej pa­miątce wiem, jak wy­glą­da­łam, ma­jąc je­de­na­ście lat.

Wró­ci­łam do domu po kilku go­dzi­nach, do­sta­łam na po­wi­ta­nie so­lidne la­nie od matki, która była prze­ko­nana, że mnie Szkopy za­biły. Gdy­bym do­star­czyła mleko i wró­ciła na­tych­miast, cała wy­cieczka nie trwa­łaby dłu­żej niż pół go­dziny, ja znik­nę­łam na cztery, ba­wiąc się w wy­prawę. Mimo że nie ro­zu­mia­łam, co do mnie mó­wią, krę­ci­łam się wo­kół Niem­ców za­cie­ka­wiona, za­glą­da­jąc im do garn­ków, przy­mie­rza­jąc ich hełmy, gła­ska­jąc ko­nie i za­ja­da­jąc się cze­ko­ladą. Koń­czyli bu­dowę kan­tyny, którą we wsi na­zy­wano - ka­sy­nem. To byli bar­dzo do­brzy Niemcy, na­wet moja matka mu­siała to przy­znać. Wkrótce inni miesz­kańcy wsi z nimi han­dlo­wali, in­te­res szedł na ca­łego, dziew­czyny pod­ko­chi­wały się w mun­du­ro­wych, nie zwa­ża­jąc na to, że umi­zgują się do wroga. W War­sza­wie za ta­kie sto­sunki z Niem­cami pa­niom go­lono głowy, w na­szej wsi było to jak naj­bar­dziej na miej­scu. Sio­stra mo­jego ojca za­szła w ciążę ze swoim nie­miec­kim ko­cha­siem. Przy­bie­gła z tym do matki, pro­sząc o po­moc w usu­nię­ciu pa­miątki wo­jen­nej. Nie wiem, kto tej abor­cji do­ko­nał i jak, ale dziecko na świat nie przy­szło. Moją spe­cjal­no­ścią było pod­słu­chi­wa­nie i dys­kretne pod­pa­try­wa­nie. Zna­łam wszyst­kie se­krety, na­wet te naj­bar­dziej chro­nione. Usu­nię­cie nie­miec­kiego bę­karta nie było grze­chem. Po praw­dzie słowo "abor­cja" do­piero nie­dawno za­częło stra­szyć Po­la­ków. Kie­dyś ka­to­liczki do­mo­wymi spo­so­bami usu­wały nie­chciane ciąże i ani my­ślały się z tego księ­dzu spo­wia­dać. W każ­dej nie­malże wsi była "Babka", która miała sku­teczne spo­soby na ku­rzajki, prze­wle­kły ka­szel i spę­dze­nie płodu. Dziś z za­ka­zem abor­cji na trans­pa­ren­tach nie­które par­tie idą do wy­bo­rów, ale to jest zu­peł­nie nowa moda. Raz je­den Wal­de­mar po­słał mnie w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych do sa­na­to­rium w Iwo­ni­czu-Zdroju, a tam po­zna­łam eme­ry­to­waną se­kre­tarkę, która po­wo­jen­nym wła­dzom słu­żyła w War­sza­wie. Imie­nia jej nie pa­mię­tam, ale żywe w mo­jej pa­mięci wciąż jest prze­ra­że­nie i szok, ja­kiego do­zna­łam, kiedy mi opo­wie­działa o swo­ich prze­ry­wa­nych cią­żach. Nie­chciane dzieci dzia­ła­czy so­cja­li­stycz­nych usu­wała sie­dem­na­ście razy! Jak się sama wy­ra­ziła, do jej służ­bo­wych obo­wiąz­ków na­le­żało być "na każde za­wo­ła­nie", a jak się se­kre­ta­rze po­pili, to tak, jak stała, mu­siała im ule­gać.

Jo­achima We­ltza przy­ła­py­wa­łam wie­lo­krot­nie na upi­ja­niu się z Niem­cami. By­łam ma­łym szpie­giem, nie będę się wy­pie­rać. Cały wolny czas wy­peł­nia­łam błą­ka­niem się po oko­licy, pod­słu­chi­wa­niem roz­mów w cu­dzych za­gro­dach, od­wie­dza­niem dworu, zdo­by­wa­niem ra­ry­ta­sów, bo tak na­zy­wa­li­śmy ze Staś­kiem pro­dukty wy­cy­ga­nione od Niem­ców. Żona Jo­achima cho­ro­wała na raka. Gdzie się rak usa­do­wił w jej ciele, nie wie­dzia­łam, ale cho­ro­wała kilka dłu­gich lat. W 1942 roku jej stan się gwał­tow­nie po­gor­szył. Jo­achim cho­dził do Niem­ców że­brać o mor­finę. Cier­piała bar­dzo. Mimo że ich cha­łupa była od­da­lona od na­szej o kil­ka­na­ście me­trów, sły­sze­li­śmy jęki cho­rej, prośby do Boga, żeby ją za­brał do sie­bie. Pod ko­niec ży­cia to już ję­czeć nie prze­sta­wała, a Jo­achim z bez­sil­no­ści po ca­łych dniach drewno rą­bał, od świtu jeź­dził wierz­chem na ko­niu. Moja matka że­gnała się, kiedy opusz­czał staj­nię ga­lo­pem, po­tem na­ka­zy­wała się nam za niego mo­dlić. Nie za nią, ale za niego. Oby­dwoje byli jesz­cze mło­dymi ludźmi, Jo­achim miał ze trzy­dzie­ści pięć lat, jego żona była nieco młod­sza. Uro­dziła mu zdrowe córki bliź­niaczki, nie­długo po­tem dwóch upo­śle­dzo­nych sy­nów. Lu­dzie ga­dali, że raka do­stała ze zgry­zoty po tym, jak chło­paki oka­zały się fe­lerne. Moja matka za­bra­niała nam roz­no­sze­nia głu­pich plo­tek. Mu­szę jej od­dać spra­wie­dli­wość, nie była plot­karą, za­wsze in­te­re­so­wała się tylko swo­imi wła­snymi spra­wami. Nas uczyła tego sa­mego. Kiedy po we­selu prze­nio­sła się do mu­ro­wa­nego domu męża, ja ze Staś­kiem zo­sta­li­śmy w na­szej cha­łu­pie. Oby­dwa do­mo­stwa dzie­liło może pięć­dzie­siąt me­trów, więc cho­ciaż spa­li­śmy w osob­nych mu­rach, pro­wa­dzi­li­śmy wspólne ży­cie. Sta­siek koń­czył szkołę, pra­wie go nie wi­dy­wa­łam, a kiedy w końcu przy­szedł list od Poli, było ja­sne, że za­pra­sza do sie­bie tylko mnie. Mu­sia­łam to bratu po­wie­dzieć. Mach­nął tylko ręką.

- Jedź. Ja so­bie żonę we­zmę i zo­stanę na go­spo­darce. Będę ty­toń ho­do­wał, już się na­my­śli­łem. Na łą­kach pod la­sem za­sieję li­ście, a w sto­dole bę­dzie su­sze­nie. Jak matka mi po­ży­czy tro­chę gro­sza, to ku­pię kaczki, będę wą­tróbki sprze­da­wał do Fran­cji, tam po­do­bno to przy­smak jest.

Po­mysł bar­dzo mi się spodo­bał, więc za­pew­ni­łam, że jak tylko za­cznę pracę w War­sza­wie na po­czcie, tak jak obie­cała Pola, to sama dam mu pie­nią­dze na kaczki. Po­mysł z ty­to­niem mniej mnie za­chwy­cił, ale nie chcia­łam ga­sić en­tu­zja­zmu brata. Dzie­sięć lat póź­niej Sta­siek był naj­pręż­niej­szym go­spo­da­rzem i ho­dowcą dro­biu w oko­licy, jak tego do­ko­nał w tam­tych cza­sach, nie wiem. Mąż Poli w tym palce ma­czał, bo kaczki Staśka bar­dzo sma­ko­wały se­kre­ta­rzom w War­sza­wie. Po śmierci Jo­achima w 1965 roku prze­jął jego zie­mie, któ­rych wła­ści­cielką stała się na­sza matka. Upo­śle­dzeni sy­no­wie zmarli rok po ślu­bie ich ojca, w od­stę­pie kilku dni. Źli lu­dzie roz­sie­wali obrzy­dliwe plotki, że Jo­achim ich po­to­pił w gli­niance na prośbę swo­jej dru­giej żony Ja­dwigi! Prawda była zgoła inna. Po ką­pieli w zim­nej rzece do­stali za­pa­le­nia płuc, szybko zmarli w szpi­talu, może nie byli od­porni, a może się nie kwa­pił, aby ich le­czyć? Miesz­ka­łam już wtedy w War­sza­wie, o ich śmierci do­wie­dzia­łam się z li­stu matki mie­siąc po zda­rze­niu. Pa­mię­tam, że zmó­wi­łam "Wieczny od­po­czy­nek" w in­ten­cji nie­bo­ra­ków. Ksiądz z na­szej pa­ra­fii nie chciał z po­czątku po­cho­wać ich na cmen­ta­rzu, tłu­ma­cząc, że nie byli ani u pierw­szej ko­mu­nii, ani też nie przy­jęli ostat­niego na­masz­cze­nia, ale Jo­achim za­pła­cił pro­bosz­czowi i ten w końcu się zgo­dził, aby mło­dych We­lt­zów po­cho­wać obok ich matki. Mama mi pi­sała, że po­grzeb był bar­dzo skromny, mo­dli­twy krót­kie, jed­nak przy­szło sporo są­sia­dów, było uro­czy­ście.

Lu­dzie we wsi nie lu­bili Jo­achima nie dla­tego, że jego oj­ciec był Niem­cem, ale z po­wodu jego za­moż­no­ści. W cza­sach naj­więk­szej biedy Jo­achim oraz jego pierw­sza żona do­sta­wali paczki z Nie­miec, przy­wo­ził je umyślny. Ich dzieci za­wsze były odziane ina­czej niż my. Ma­te­riały, z ja­kich wy­ko­nano ich ubra­nia, bar­dzo się róż­niły od tych par­cia­nych, w ja­kie nas matka ubie­rała. Mimo że nie ob­no­sili się ze swoją in­no­ścią, wzbu­dzali nie­chęć, a po­tem agre­sję, kiedy za­częła się wojna. Jo­achim czuł się Po­la­kiem, uro­dził się w na­szej wsi, jed­nak lu­dzie nie chcieli go za ta­kiego uznać, szcze­gól­nie kiedy do głosu do­szedł Hi­tler. Po wrze­śniu 1939 roku Jo­achim We­ltz de­fi­ni­tyw­nie prze­stał być dla wszyst­kich Po­la­kiem, moja mama w 1950 roku we­dle opi­nii go­spo­dyń i go­spo­da­rzy wsi Gro­towo też szła za Niemca, nie­daw­nego oku­panta. Miesz­ka­li­śmy obok We­lt­zów całe ży­cie, dla mnie byli po pro­stu są­sia­dami, ni­gdy nie za­sta­na­wia­łam się, skąd po­cho­dzą. My­ślę, że naj­bar­dziej za­bo­lały Jo­achima po­mó­wie­nia i roz­sie­wane plotki, że za­de­nun­cjo­wał ro­dzinę Ra­czy­ków jako tych, co ukry­wają Ży­dów. Cała ro­dzina zgi­nęła w po­tworny spo­sób, my mu­sie­li­śmy na to pa­trzeć, ku prze­stro­dze. Za­raz po woj­nie za­częły się opo­wie­ści, jak Jo­achim do­niósł swoim kom­pa­nom od bim­bru, że stary Ra­czyk w piw­nicy ukrywa ro­dzinę ży­dow­ską, ci zro­bili na­lot, wy­wle­kli Ży­dów, po­tem Ra­czy­ków po­sta­wili pod ścianą sto­doły i za­strze­lili. Niemcy zro­bili so­bie po fak­cie pa­miąt­kowe zdję­cia, po­zu­jąc obok zwłok je­de­na­stu osób. Od tam­tej pory nie chcia­łam już cho­dzić z mle­kiem do dworu, a matka nie uprała im wię­cej ani jed­nej pary gaci czy ko­szuli, choć to nie "nasi" Niemcy do­ko­nali mordu, ale ścią­gnięte po­siłki Ge­stapo. Ni­gdy nie wie­rzy­łam, że Jo­achim za­de­nun­cjo­wał Ra­czy­ków, jed­nak więk­szość miesz­kań­ców na­szej wsi za­cho­wała w pa­mięci taką wła­śnie wer­sję i prze­ka­zy­wała z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie, co­raz to coś do­da­jąc do hi­sto­rii albo znów uj­mu­jąc.

Jo­achim był do­brym mę­żem dla Ja­dwigi Wa­wel. Kiedy przy­szedł dzień mo­jego wy­jazdu do War­szawy, że­gnał mnie ze łzami w oczach, na da­leką drogę w nie­znane wy­po­sa­żył w kom­plet po­ścieli, pie­rzynę, ele­gancki płaszcz z koł­nie­rzem z li­siej kity, parę no­wiut­kich bu­tów zi­mo­wych oraz skó­rzaną to­rebkę ze złotą klamrą. Wie­dzia­łam, że to dary z Nie­miec, choć za­wistni lu­dzie szep­tali matce na ucho, że to rze­czy po ukry­wa­ją­cych się Ży­dach, któ­rzy zgi­nęli wraz z ro­dziną Ra­czy­ków. Trudno było wy­my­ślić coś bar­dziej ab­sur­dal­nego, jed­nak miesz­kań­com na­szej wsi udało się taką hi­sto­rię wy­ha­fto­wać na ho­no­rze na­szej ro­dziny.